Niewypowiedziane słowa - Agata Kołakowska - ebook + książka

Niewypowiedziane słowa ebook

Agata Kołakowska

0,0
27,20 zł

lub
Opis

Państwo Szulc wiodą spokojne życie. Łucja jest okulistką. Andrzej prowadzi rodzinną aptekę żony. Ona - wychuchana przez rodziców jedynaczka, on od zawsze w cieniu młodszego brata. Łucja interesuje się malarstwem i pasjonuje się muzyką operową, której on nie cierpi. On przepada za filmami science-fiction, których ona nie uznaje. Duży dom, w którym mieści się apteka „Pod Jesionem” dzielą z rodzicami Łucji.
Hanna i Mariusz żyją w niesformalizowanym związku. Ona jest pedagogiem szkolnym. On muzykiem, gra w orkiestrze na instrumentach perkusyjnych. Hanka lubi pomagać, ma duszę społecznika. Stawia potrzeby innych nad swoimi, bo przez całe życie czuła się jak zastępcze dziecko po zmarłej siostrze. Mariusz nie ma takich problemów. Był i jest oczkiem w głowie matki, która wychowała go samotnie. To wieczny kawaler owładnięty własną pasją i potrzebą społecznego uznania.
Życie par toczy się przewidywalnie i spokojnie. I byłoby tak dalej, gdyby los nie skrzyżował ich dróg. Hanna przypadkowo wstępuje do apteki prowadzonej przez Andrzeja. Mariusz zagaduje Łucję w muzeum sztuki. Nowe znajomości przeradzają się w fascynacje. Rozpoczyna się poufna gra. Nowa sytuacja jest źródłem wiedzy nie tylko o własnych związkach, ale i o sobie samych. 
Czy to, co im się przytrafia, to tylko próba, a może szansa? I wreszcie, czy Niewypowiedziane słowa mogą wpłynąć na ich życie i związki?

Agata Kołakowska (ur. 1984) - wrocławianka z urodzenia i zamiłowania. Autorka powieści obyczajowych; do tej pory ukazały się: „Patrycja”, „Przyjaciółki”, „Siódmy rok”, „Niechciana prawda”, „Płótno”, „Wszystko co minęło”, „Zaciszny Zakątek” i „We dnie, w nocy”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 393




Copyright © Agata Kołakowska, 2016

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Rekha Garton/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

Maria Talar

ISBN 978-83-8097-457-9

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

1

– Nareszcie pierwszy śnieg! – obwieścił triumfalnie pan Waldemar, odchodząc od okna.

Firanka zafalowała miękko, zapachniała świeżo wyprana tkanina. Piwne oczy rozjaśnił blask ekscytacji, niemal siedemdziesięcioletnie policzki przyozdobił rumieniec. Na twarzy pojawił się wyraz typowy dla niesfornych chłopców. Pan Waldemar włożył dłonie w kieszenie tweedowych spodni i rozsiadł się wygodnie w brązowym skórzanym fotelu, ustawionym dokładnie pośrodku sporego salonu.

– Wszystko masz przygotowane? – zwrócił się do zięcia, który na fotelu obok przeglądał poranną prasę.

– Jak zwykle – odparł Andrzej, odwróciwszy stronę.

Lubił zapach farby drukarskiej. Czasem zastanawiał się nawet, czy aby nie czytuje gazet wyłącznie dla wrażeń węchowych.

Pan Waldemar potarł siwą brodę.

– Nie możesz być przygotowany jak zwykle. Sytuacja się zmieniła. Powinieneś zamówić więcej specyfików na przeziębienie. Zadbać o asortyment materiałów opatrunkowych, zimnych okładów. Leków przeciwbólowych, przeciwobrzękowych. Zaraz będą sobie nogi łamać. No i termofory. Masz na stanie termofory?

– Ktoś jeszcze tego używa? – bąknął Andrzej, zawieszając wzrok na rubryce sportowej.

Jakiś skoczek narciarski ucieszył swoich fanów wspaniałym wynikiem. Ale Andrzej nigdy nie rozumiał tej dyscypliny sportu. Ześlizgiwanie się z wysokości na dwóch deskach i skok w przestrzeń wydawały mu się wysoce nieracjonalne. A jeszcze bardziej tkwienie na zimnie pod skocznią, aby podziwiać ten wyczyn.

Jego teść nerwowym ruchem zdjął okulary w cienkich okrągłych oprawkach. Kiedy miał je na nosie, wyglądał jak profesor ze znakomitej uczelni. Za sam wygląd powinien być przyjęty do Cambridge lub Oksfordu jako wykładowca.

– Chyba żartujesz! Termofor wciąż ma swoich zwolenników. Zwłaszcza wśród starszego pokolenia. Nie możesz ignorować potrzeb klientów. – Pan Waldemar ze świstem wypuścił powietrze. – Musisz mieć stosowny zapas.

– Nikogo nie ignoruję. I na pewno znajdzie się kilka.

– Upewnij się. – Andrzej zobaczył wycelowany w siebie palec wskazujący.

– O coś jeszcze powinienem zadbać? – zapytał, składając gazetę na pół. Odłożył ją na okrągły stolik, na którym stała filiżanka z wystygłą już kawą.

– To ja mam ci mówić? Dobry farmaceuta jest zawsze przygotowany na wszelkie ewentualności. Od ilu lat już to powtarzam? Zapamiętaj wreszcie: apteka Pod Jesionem od zawsze cieszy się niesłabnącym zaufaniem klientów. Pracował na jej reputację mój dziadek, mój ojciec, ja. Kiedy powierzyłem ją tobie, liczyłem, że…

– Możesz liczyć na godną kontynuację. – Andrzej splótł dłonie na brzuchu, który ostatnimi czasy ponownie powiększył się nieco.

Nie miał pojęcia, jak to się dzieje. Może powinien przestać podjadać cukierki, które zawsze wystawia na ladę dla dzieci?

– Właśnie.

– Możesz być pewien, że robię co w mojej mocy.

– Wiem. – Pan Waldemar rozłożył ręce. – Czy ja coś mówię? Mógłbyś tylko częściej oglądać prognozę pogody. Tylko to chciałem ci powiedzieć.

Andrzej spojrzał na zegarek. Była siódma trzydzieści.

– Pora na mnie – oświadczył, podnosząc się z fotela.

– Nie wypiłeś kawy.

– Zapomniałem. Zresztą może to i lepiej? – Machnął ręką. – Ostatnio mam po niej zgagę.

– Nadkwasota. – Starszy pan pokiwał głową. Z uznaniem, jakby to było życiowym osiągnięciem zięcia. – Nieustannie zadziwia mnie, jak świetnie sprzedają się środki zobojętniające kwas żołądkowy… – zadumał się.

Andrzej uśmiechnął się pod nosem i wyszedł z pokoju.

Wcale nie potrzebował aż trzydziestu minut, żeby otworzyć aptekę, która znajdowała się na parterze willi z 1920 roku. Po prostu nie miał ochoty na kolejny wywód o prognozie pogody. Bo jego teść do meteorologicznych przewidywań podchodził wręcz nabożnie. Na ich podstawie kalkulował ruch w interesie. Pierwsze cieplejsze dni wiosny oznaczały dla niego, że nastolatki przedwcześnie zrzucą zimowe kurtki i najdalej po trzech dniach należy spodziewać się fali przeziębień. Wszelkie święta kojarzyły mu się z koniecznością dopilnowania zasobów specyfików na kaca, majówkę wiązał zaś z falą niestrawności. A i śnieg, jak widać, odbierał jednoznacznie. Andrzej natomiast nie zamierzał śledzić żadnych prognoz. Uważał, że ma w swojej aptece zawsze wszystkiego pod dostatkiem. To jego teść nie umiał pogodzić się z faktem, że już nie stoi za kontuarem. Rozległy zawał pięć lat temu odsunął go od pracy, a żona pilnowała troskliwie, aby tak pozostało. Pieczę nad rodzinnym interesem Jeleńskich powierzono Andrzejowi, który myślał wówczas, że wreszcie dostanie wolną rękę i nie będzie dłużej pracował pod bacznym wzrokiem teścia. No cóż, przeliczył się.

Pan Waldemar sięgnął po filiżankę, łypnął uważnie w stronę wejścia do pokoju i w kilku łykach opróżnił jej zawartość. Taka okazja zdarzała się niebywale rzadko, bo lekarz zabronił mu picia kawy ze względu na serce. On sam uważał jednak, że przy tak bezstresowym trybie życia rezygnacja z kofeiny jest zakazem dalece przesadzonym. Ale pani Janina, młodsza o cztery lata żona, skrupulatnie pilnowała nałożonej restrykcji. Zawsze chuchała na zimne. Dzisiaj jednak dzień zaczął się tak wspaniale, że starszy pan zapragnął jakoś to uczcić. Kawa nadawała się do tego idealnie.

Tegoroczna jesień była jak z koszmaru farmaceuty – dwa i pół miesiąca oszalałego słońca. Ludzie niemal nie chorowali. Przeziębień i gryp co kot napłakał. Żadnych zapaleń krtani. Coś strasznego!, pomyślał Jeleński. Na szczęście wciąż można liczyć na hipochondryków i zbawienną siłę reklamy, która wmawia społeczeństwu, że potrzebuje tabletek dosłownie na wszystko. Na skurcze w łydkach, spokojny sen, dobry wzrok, zimne stopy. A nawet na tajemnicze zakwaszenie organizmu. Ale teraz wszystko się zmieni…

Pan Waldemar popatrzył z rozmarzeniem w okno, za którym śnieg sypał coraz gęściej. Nareszcie. Los rodzinnej apteki bardzo leżał mu na sercu.

Hanna zbyt dobrze pamiętała swoje szkolne lata, aby się łudzić, że wyjście dzisiejszego dnia z pracy będzie proste. Jeśli nie oberwie kulką śnieżną od jakiegoś ucznia mierzącego w kolegę, będzie miała prawdziwe szczęście. A wolałaby uniknąć czerwonego guza na policzku, bo wieczorem chciała wyglądać naprawdę dobrze. Specjalnie na tę okazję kupiła nawet nową sukienkę. Wprawdzie nie była to jakaś nadzwyczajna kreacja – czarna, prosta, tuż przed kolano – ale bardzo ładnie podkreślała wcięcie w talii, z którego, jak z mało czego w swoim ciele, Hanna była naprawdę zadowolona. Nie była brzydka ani gruba, lecz jakoś nic we własnej fizyczności specjalnie nie wprawiało jej w zachwyt.

Wyjrzała przez okno gabinetu, umiejscowionego tuż nad głównym wejściem do budynku. Minął już kwadrans od ostatniego dzwonka, ale sytuacja na śnieżnym froncie nie ulegała zmianie. Krystian Wrona jak zwykle wiódł prym. Chudy piątoklasista, który przynajmniej raz w tygodniu lądował u Hanny na pedagogicznej rozmowie, chwytał się każdej okazji, by wyładować agresję, która aż w nim kipiała. Nic dziwnego. Oboje rodziców bardziej zajmowała dbałość o zapas alkoholu na stole niż o los swoich dzieci.

– O matko! – krzyknęła znienacka i cofnęła się w głąb pomieszczenia.

Na szybie rozbryzgnęła się śnieżna kulka.

Ktoś, zdaje się, ma niezłego zeza albo niezbyt za mną przepada, stwierdziła Hanna, zbliżając się do okna ponownie.

Na dole stał Krystian z zadartą głową. Wyprostowany i najwyraźniej zadowolony ze swojego wyczynu. Reszta kolegów rozbiegła się w obawie przed awanturą. Hanna pogroziła mu palcem, ale chłopak tylko się wyszczerzył. Schował ręce do kieszeni znoszonych dżinsów i niespiesznie ruszył w kierunku szkolnej bramy.

Odetchnęła z ulgą. Jeżeli się pospieszy, zdąży jeszcze wziąć relaksującą kąpiel. A może nawet jeszcze umyć i wyprostować włosy? Podobno wiele kobiet dałoby się pokroić za taką jak jej burzę blond loków, lecz Hanna od zawsze toczyła z nimi nierówną walkę.

Teraz włożyła palto i owinęła się szczelnie szarym szalikiem, wciąż jeszcze pachnącym Love, zapachem od Chloé, który w zeszłą niedzielę testowała w perfumerii. Uderzająco ciepłym, bardzo pudrowym. W pierwszej chwili pomyślała, że to zapach nie dla niej, ale z każdym dniem przekonywała się, że jest przeciwnie. Woń otulała przyjemnie, sprawiając, że Hanna czuła się wyjątkowo. Tylko właściwie co z tego?, zadała sobie pytanie.

Wyszła, zamykając za sobą drzwi gabinetu szkolnego pedagoga.

Pacjentka, zamiast wziąć receptę na okulary i zniknąć, na odchodnym postanowiła opowiedzieć jeszcze o wnuczce, która „też zdała na medycynę”.

– O, naprawdę? – odparła beznamiętnie Łucja, bawiąc się długopisem.

– Mam nadzieję, że kiedyś zostanie tak wspaniałym lekarzem jak pani doktor – dodała kobieta. Wsunęła na dłonie skórzane rękawiczki.

Uwaga wywołała mimowolny uśmiech na twarzy okulistki.

– Teraz wszystko zależy od niej. Musi dużo pracować. Medycyna to nie przelewki.

– Tak, oczywiście. Ale to pracowita dziewczyna, więc myślę, że stanie na wysokości zadania. Dziękuję, pani doktor. Do widzenia. – Gadatliwa sześćdziesięciolatka skinęła głową i nacisnęła na klamkę.

Nareszcie zniknęła.

Jak to bywa w takich przypadkach, wizyta ostatniej pacjentki ciągnęła się w nieskończoność. Łucja miała już dość kobiety, ale uwaga na koniec nieco złagodziła to nastawienie. Ostatecznie co złego w tym, że ktoś opowie jej o sierpniowych wakacjach na Mazurach, przepisie na wiśniową nalewkę własnej roboty i ostatnim tomie wierszy jakiegoś lokalnego poety, o którym ona nawet nie słyszała? Do starszych ludzi wypada mieć cierpliwość. Mój własny ojciec też czasem działa mi na nerwy, ale cóż… Takie po prostu jest życie, pomyślała Łucja. Cieszyła ją myśl o weekendzie. Miała ochotę odpocząć od defilad astygmatyzmów, erozji, gradówek, zapaleń spojówek i początków zaćm. Wyłączyła komputer i wyszła z gabinetu.

– Pani doktor, ciągle sypie – odezwała się Ania, recepcjonistka. – Proszę się dobrze zapiąć.

– Nie wiem, dlaczego miałam nadzieję, że w tym roku nie będzie zimy – odparła Łucja, wyciągając z kieszeni płaszcza czarny beret.

– Nie lubi pani zimy?

– Niespecjalnie. Co w niej może być przyjemnego? Miłego weekendu, Aniu! – rzuciła pospiesznie, jakby obawiała się, że dziewczyna zatrzyma ją rozmową.

A ona nie miała zbyt wiele czasu.

Kaloryfery w całym mieszkaniu włączone były na maksa, a mimo to Mariusz marzł. Nie czuł się najlepiej. Bolało go gardło, ciałem wstrząsały nieprzyjemne dreszcze. Podczas porannej rozmowy matka poleciła mu przez telefon terapię czosnkową, ale jak, do licha, miał się napić śmierdzącego syropu tuż przed wyjściem do pracy? Koledzy chybaby go zabili!

– I ubierz się ciepło! Zwykłe przeziębienie może skończyć się zapaleniem płuc – dodała przed odłożeniem słuchawki.

Mariusz wiedział, że ta uwaga spowodowana była wyłącznie troską o jego dobro, ale chyba mama nie sądzi, że on wyszedłby na śnieg bez kurtki? Od maleńkości karmiła go opowieściami o tragicznych skutkach niedostosowania ubrania do panującej aury, przez co często, nawet dzisiaj, zdarzało mu się chadzać odzianym zbyt ciepło. W podświadomym lęku, że mocniejszy podmuch wiatru przeniesie go na tamten świat.

Musiał już wychodzić. Zajrzał do kuchni, wyrwał kartkę z notesu i pospiesznie naskrobał na niej kilka słów. Położył ją na szafce w przedpokoju.

„Trzymaj za mnie kciuki! Do zobaczenia potem!”.

2

Ludzie spieszyli do gmachu opery. Trudno było wyrokować, czy gnało ich na spotkanie z wysoką kulturą, czy przeszywające zimno skłaniało raczej do jak najszybszego skrycia się w cieple ogrzewanego budynku.

Widzowie, w obłokach perfum i najlepszych ubraniach, wyraźnie cieszyli się na ten wieczór. W foyer ekscytacja i radosne wyczekiwanie mieszały się z odgłosami rozmów. Większość przybyłych miała zobaczyć historię Samsona i Dalili po raz pierwszy, ale kilkoro melomanów przyszło dzisiaj wyłącznie po to, aby po raz któryś w swoim życiu podelektować się przejmującą arią Mon coeur s’ouvre à ta voix.

Jak choćby ta niska blondynka w granatowej sukience, która podawała właśnie bilet do sprawdzenia. Zapewne została poinstruowana jak wszyscy, gdzie znajduje się jej miejsce, choć rozkład widowni znała na pamięć. I zawsze żałowała Samsona, nieświadomego spisku, wyśpiewującego wybrance serca: Dalila! Dalila! Je t’aime! Blondynka wzdychała wówczas i marzyła, że to jej ktoś tak śpiewa, bo jak dotąd mogła liczyć wyłącznie na swojego wyjącego mopsa… A to ją przygnębiało. Dlatego dzisiaj, kupując kieliszek białego wina przed spektaklem, przyglądała się bacznie przybyłym mężczyznom, zastanawiając się, czy może któryś, podobnie jak ona, przyszedł sam.

Zatrzymała wzrok na brunecie w świetnie skrojonym grafitowym garniturze i szarym krawacie. Czarne grube oprawki okularów sprawiają, że jego twarz dość przeciętnej urody wydaje się pociągająca, pomyślała i upiła łyk wina. Zrobiła dwa kroki w jego kierunku, licząc na szczęśliwy los w życiowej loterii, lecz po chwili spuściła wzrok i zaklęła w duchu.

Jak spod ziemi wyrosła u boku mężczyzny smukła szatynka w szarej sukience z delikatnej wełny i wsunęła dłoń z purpurowym manikiurem pod jego ramię.

– Andrzej, to jak? Zajmiemy miejsca?

– Napiłbym się czegoś – odparł, patrząc w stronę baru.

– To w przerwie – zdecydowała Łucja, obrzuciwszy spojrzeniem kobietę w granatowej sukience. – Niektórzy widać nie potrafią się powstrzymać – wyszeptała złośliwie. – Opera jednak nie jest dla każdego – podsumowała i pociągnęła męża w kierunku drzwi prowadzących na balkon.

Miejsca znajdowały się w pierwszym rzędzie. A Łucja uwielbiała pierwsze rzędy. Gdyby miała usiąść w innym, najpewniej nie zaszczyciłaby widowiska swoją obecnością.

W kanale orkiestrowym muzycy przygotowywali się do występu. Siedzący przy gongu Mariusz pożałował, że nie posłuchał matki i nie łyknął syropu.

– Wyglądasz jak z krzyża zdjęty – zauważył Jacek, waltornista.

– Jakbym przysnął do mojej partii, to mnie szturchnij – rzucił Mariusz, poluzowując muszkę. – Chyba grypa mnie bierze.

– I tak nie zauważyliby braku gongu…

– Nie widzowie mnie martwią, a Wachowicz! Jeszcze zszedłby z wrażenia. Po co mam go mieć na sumieniu?

– Cóż by poczęła nasza droga opera bez swego najlepszego dyrygenta? Ile komórek dzisiaj obstawiasz? – zmienił temat Jacek, gdy przyciemniono światła.

– Trzy – odparł Mariusz, wycierając nos.

– Ja dwie.

Chwilę potem z głośników rozległ się komunikat z prośbą o wyłączenie telefonów i zakazem nagrywania przedstawienia. Siedemdziesięcioletni szczupły dyrygent wyszedł na podest i skłonił się widzom. Rozległy się oklaski.

Burzliwy aplauz po pierwszym akcie wyrwał Hannę z drzemki. Zdezorientowana, rozejrzała się wokół. Blondynka obok uśmiechnęła się przyjaźnie.

– Chyba nie jest pani miłośniczką opery?

– Mam nadzieję, że nie chrapałam… – przejęła się zawstydzona Hanna.

– Nie – odparła kobieta, przygładzając granatowy materiał sukienki.

– Mój facet by mnie zabił! – Hanna wskazała w kierunku orkiestry.

– O, pani partner jest muzykiem? A na czym gra?

– Instrumenty perkusyjne. Trójkąt, bębny, gong.

– To musi być fascynujące… – stwierdziła rozmarzona blondynka.

– Fascynujące? – powtórzyła Hanna. Widać było, że rozważa to określenie.

– …choć artyści bywają chwiejni, emocjonalni. A przynajmniej tak się o nich mówi. Dobrze się żyje z muzykiem?

Hanna w zamyśleniu poprawiła dłonią kok, który udało się jej pospiesznie upiąć przed wyjściem.

– Och, przepraszam za niedyskrecję! – Nieznajoma poderwała się z miejsca. – Wybaczy pani, ale zaschło mi w gardle. To chyba z emocji. Makowski jest dzisiaj w szczytowej formie, prawda? Uwielbiam tego tenora – dodała, odchodząc.

Kolejny kieliszek wina był jej potrzebny jak powietrze. Prowadzenie nieustannego castingu na męża okazało się silniejsze od niej. Nie byłoby w tym wprawdzie nic złego, gdyby nie stawała się przy tym wścibska i nietaktowna. Muszę się opanować!, pomyślała.

W foyer ponownie minęła zauważoną przed spektaklem parę, nie odważyła się jednak unieść wzroku. Choć korciło ją, aby przyjrzeć się mężczyźnie ponownie. Dość kompromitacji tego wieczoru!

– I jak ci się podoba? – zapytała Łucja, przyglądając się pozawieszanym na ścianach fotosom z różnych przedstawień operowych.

– Znasz moje zdanie – odparł Andrzej bez entuzjazmu. – Gdyby nie ty, na pewno by mnie tutaj nie było.

– Nie rozumiem… – Założyła proste włosy za ucho.

– Mnie to po prostu stresuje. Ci wszyscy ludzie w garniturach, jak w przebraniu, muzycy w muchach. Atmosfera przesadnej powagi, odgrywanej wzniosłości. Do tego to patetyczne zawodzenie! Zamiast się zrelaksować, jestem cholernie spięty. Poza tym… Poza tym mam dużo pracy w aptece. Dzisiejsze wyjście było mi zupełnie nie na rękę.

– Chodzi o ten śnieg? Wiesz, że mój ojciec przesadza…

– Może i przesadza, ale to nie ty musisz go wysłuchiwać. Ja czasami wolę zrobić, czego chce, i mieć święty spokój. Dzisiaj na przykład zamówiłem jakąś oszalałą ilość termoforów!

Łucja szturchnęła męża dyskretnie.

– Patrz! Ta kobieta znów wraca z baru z kieliszkiem…

Jakoś jej się nie dziwię, pomyślał Andrzej, obrzucając blondynkę przyjaznym, pełnym zrozumienia spojrzeniem.

Podczas trzeciego aktu Mariusz marzył już jedynie o własnym łóżku. Czuł, że dobiera się do niego gorączka; zawsze w takich przypadkach bolały go wszystkie zęby, więc i teraz szczęka zaczęła dawać mu się we znaki. Niechby ktokolwiek znalazł się choć raz chory pośród hałasu, który generuje orkiestra symfoniczna i sopran artystki za plecami, a dowiedziałby się, jakie to uczucie!, pomstował w duchu. Jakby wszystko, co człowieka dotąd tylko bolało, teraz bolało, wibrując nieznośnie. Gdyby nie czujność Jacka, zapomniałbym zupełnie o swoim „gong”, pogrążony w cierpieniu. Mariusz zapatrzył się na pierwszy rząd na prawym dolnym balkonie. No nie, to niemożliwe!, wstrzymał oddech. Albo zaczynam ślepnąć, albo ona… Ona śpi! Cóż, o Hannie można powiedzieć wiele dobrego, ale na pewno nie to, że jest tak troskliwa i zapobiegliwa jak mama, pomyślał. Tylko dlaczego tak się upierała, że przyjdzie dzisiaj zamiast niej, skoro i tak nie zamierzała słuchać? Matka zawsze była wdzięczną słuchaczką i potrafiła w pełni docenić kunszt orkiestry, ze szczególnym uwzględnieniem istotnego wkładu syna w jej brzmienie. Hanna w tej kwestii od dawna zawodziła, a dzisiaj… Dzisiaj to już była przesada.

Łucja chłonęła spektakl całą sobą, kompletnie urzeczona. Snuła fantazje, że to ona jest śpiewaczką operową w lśniącym kostiumie, smukłą tancerką z baletu albo chociaż utalentowaną skrzypaczką w białej bluzce… Ci wszyscy ludzie wydawali jej się tacy interesujący! Na pewno prowadzą ciekawe życie! Zagapiła się na mężczyznę, który w ostatnim rzędzie orkiestry stał przy gongu. Cierpliwy, spokojny, czekający na swój moment. Jedno jego uderzenie w instrument było jak kropka nad i. Idealnie podkreślało charakter bohatera. Elegancki blondyn w muszce. Wrażliwy na sztukę muzyk, rozmarzyła się. Miło by było posłuchać, jak opowiada wieczorem przed snem o czymś innym niż o lekarstwach, receptach i klientach. Lekarstwa, recepty i klienci! Od dziecka nie słucham o niczym innym!, westchnęła, gdy oklaski widzów po ostatnim akcie cichły, by w końcu ustać zupełnie. Artyści skończyli się kłaniać i rozdawać wdzięczne uśmiechy. Kwiaty rozdano, kurtyna opadła. Czar prysł.

– Widzę, że i ty jesteś znużona – powiedział rozbawiony Andrzej, wstając z fotela.

– Ja? Chyba żartujesz!

– Wzdychałaś. Słyszałem.

– Wydawało ci się – ucięła, zawiesiwszy małą czarną torebkę na przedramieniu.

Hanna wiedziała, że powinna wyrazić troskę o samopoczucie Mariusza i podziw dla jego starań, ale nie potrafiła się zdecydować, w jakiej kolejności to uczynić. Czy najpierw się zatroszczyć, czy podziwiać. A może na odwrót?

Kiedy wreszcie pojawił się w holu, gdzie czekała, zauważyła rozpalone policzki i szklane oczy.

– O rety! – przejęła się. – Ale cię rozłożyło!

– Spałaś, prawda? – Pociągnął zaczerwienionym nosem. – Nie słyszałaś żadnej z moich partii?

Hanna już wiedziała, że należało jednak najpierw się zachwycić.

– Przysnęłam zaledwie na chwilę. Miałam dzisiaj okropny dzień w pracy. Byłam wyjątkowo zmęczona.

– Nie musisz tutaj przychodzić, skoro nie jesteś w stanie wytrzymać…

– Przecież chciałam. Sama powiedziałam twojej mamie, że tym razem to ja…

– Właśnie! – uciął Mariusz. Złapał się za gardło.

– Co: właśnie?

– Nieważne. Źle się czuję – wykrztusił z trudem. – Jedźmy do domu. – Zapiął płaszcz pod samą szyję.

– Masz czapkę?

– Myślisz, że wyszedłbym bez czapki w taki ziąb?

Wyjął z kieszeni kluczyki i popchnął ciężkie drzwi.

Radość z weekendu wyparowała nagle. Hanna wiedziała już, że przed nią dwa trudne dni. Nie tylko z powodu choroby Mariusza, choć zawsze, gdy mu coś dolegało, bywał nieznośny. Głównie dlatego, że będzie jej wypominał ową nieszczęsną drzemkę. Na co, w przeciwieństwie do innych czynności, znajdzie siłę.

POZOSTAŁE ROZDZIAŁY DOSTĘPNE W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI