Wydawca: Burda Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 662 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niewygodna prawda - Sophie Hannah

Kiedy jej samolot ma opóźnienie i odleci dopiero nazajutrz, Gaby Struthers z konieczności zmuszona jest spędzić noc, dzieląc pokój z nieznajomą, przerażoną młodą dziewczyną Lauren Cookson.

Ale dlaczego Gaby wzbudza w niej takie przerażenie? Lauren nie chce tego zdradzić. Mówi natomiast bez ładu i składu o niewinnym mężczyźnie, który trafił do więzienia za morderstwo, którego nie popełnił. Gaby wkrótce odkryje, że obecność Lauren w samolocie nie była przypadkowa. Ofiarą morderstwa jest bowiem Francine Breary, żona jedynego mężczyzny, którego Gaby kiedykolwiek kochała. Tim Breary przyznał się do morderstwa i nawet przekazał policji dowody popełnionej przez siebie zbrodni. Nie podał jedynie motywu: twierdzi, że nie ma pojęcia, dlaczego to zrobił.

Sophie Hannah tworzy wielopoziomową, skomplikowaną intrygę, pełną gwałtownych zwrotów akcji i niespodzianek. Wspaniale napisany, zuchwały i piekielnie wciągający triumf.

Heat Magazine

Hannah ponownie daje dowód literackich umiejętności, zdolności tworzenia skomplikowanych fabuł, barwnych postaci, nie wspominając już o wciągającym początku. Niewygodna prawda równie dobrze mogłaby wyjść spod pióra Agathy Christie. Narastające stopniowo napięcie wskazuje na dojrzałość autorki i jej warsztatu literackiego. Intryga to prawdziwy majstersztyk.

Daily Mail

Opinie o ebooku Niewygodna prawda - Sophie Hannah

Fragment ebooka Niewygodna prawda - Sophie Hannah

Tytuł oryginału: THE CARRIER
Przełożył: Robert P. Lipski
Redakcja: MAŁGORZATA GRUDNIK-ZWOLIŃSKA
Korekta: ROMA SACHNOWSKA
Projekt okładki: maszynowicz.com
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Redakcja techniczna: MARIUSZ TELER
Redaktor prowadząca: AGNIESZKA KOSZAŁKA
Skład i łamanie: IT WORKS, Warszawa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Copyright © 2013 by Sophie Hannah All rights reserved. First published in Great Britain in 2013 by Hodder & Stoughton, an Hachette UK company Copyright for the Polish Edition © 2013 G + J
ISBN 978-83-7778-571-3
Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42, faks 22 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77
Konwersja: eLitera s.c.

POLICYJNY MATERIAŁ DOWODOWY 1431 B/SK–TRANSKRYPCJA ODRĘCZNEGO LISTUKERRY JOSE DO FRANCINE BREARY,DATOWANEGO NA 14 GRUDNIA 2010

Czemu wciąż tu jesteś, Francine?

Zawsze wierzyłam, że ludzie są w stanie przyspieszyć swoją śmierć. Skoro nasz umysł może obudzić nas dokładnie na minutę przed włączeniem się budzika, to musi też umieć zatrzymać na zawsze oddech. Zastanów się nad tym: mózg i oddech są powiązane ze sobą silniej niż mózg i nocny stolik. Umysł nakazujący sercu, aby stanęło – i nieprzyjmujący odmowy – czyż mogłoby mieć jakąkolwiek szansę? Tak przynajmniej zawsze sądziłam.

Nie mogę uwierzyć, że wciąż chcesz tu być. A jeżeli nawet, to już raczej niedługo. Ktoś cię zabije. I to wkrótce. Każdego dnia zmieniam zdanie, kto będzie tym kimś. Nie odczuwam potrzeby, aby ich powstrzymać, chcę cię jedynie o tym poinformować. Dając ci szansę, byś usunęła się w cień, odeszła tam, gdzie nikt nie zdoła cię dosięgnąć, zachowuję się uczciwie wobec wszystkich.

Powiem to wprost: staram się nakłonić cię do samobójstwa, ponieważ boję się, że odzyskasz zdrowie. Jak niemożliwe może wydawać się możliwe? To chyba oznacza, że wciąż się ciebie boję.

Ale nie Tim. Wiesz, o co mnie kiedyś spytał, wiele lat temu? On i ja byliśmy w twojej kuchni, w Heron Close. Te białe pierścienie do serwetek, które zawsze kojarzyły mi się z kołnierzami ortopedycznymi, leżały na stole. Wyciągnęłaś je z szuflady, wraz z brązowymi serwetkami z kaczuszkami na obrzeżach, i ostentacyjnie, z impetem rzuciłaś na stół, bez słowa. Tim miał zrobić resztę, nieważne czy był przekonany, że należy powsadzać je do pierścieni, z których przecież i tak zostaną za kwadrans wyjęte. Dan poszedł po chińczyka na wynos, a ty pomaszerowałaś na sam koniec ogrodu, aby się dąsać. Tim zamówił coś zdrowego i z kiełkami, czego, wiedzieliśmy, nie znosił, a ty oskarżyłaś go, że zamówił to z niewłaściwego powodu: aby ci sprawić przyjemność. Pamiętam, że mrugałam powiekami, by powstrzymać łzy, gdy nakrywałam do stołu, po tym jak niezdarnie wzięłam od niego sztućce. Nie było nic, co mogłabym zrobić, aby uratować go przed tobą, mogłam jednak oszczędzić mu wysiłku rozkładania widelców i noży i byłam zdeterminowana to zrobić. W owym czasie Tim pozwalał, byśmy go wyręczali jedynie w drobnych rzeczach, więc pomagaliśmy mu, ja i Dan, tak jak mogliśmy, wkładając w te czynności tyle wysiłku i troski, ile tylko się dało. Ale mimo wszystko nie potrafiłam tknąć tych cholernych serwetek.

Kiedy upewniłam się, że się nie rozpłaczę, odwróciłam się i ujrzałam znajomy wyraz na twarzy Tima, ten mówiący: Jest coś, o czym chciałbym, abyście wiedzieli, ale nie jestem gotowy wam o tym powiedzieć, więc zamiast tego tylko namieszam wam w głowie. Nie byłabyś w stanie wyobrazić sobie tego wyrazu twarzy, trzeba go było zobaczyć, a jestem pewna, że ty nigdy tego nie widziałaś. Tim zaprzestał prób nawiązania z tobą kontaktu w tydzień po waszym ślubie. Co? – zapytałam go. Zastanawiam się nad tobą, Kerry – powiedział. Chciał, abym usłyszała nutę podejrzliwości w jego głosie. Wiedziałam, że o nic mnie nie podejrzewał, i domyślałam się, że próbował znaleźć jakiś zakamuflowany sposób, aby pogadać o sobie, tak jak to często robił. Spytałam, nad czym się zastanawiał, a on odparł głośno, jakby mówił ze sceny do całej widowni: Wyobrażam sobie, że Francine nie żyje. Sześć słów, które przepełniły moje serce bolesną tęsknotą. Tak, bardzo chciałabym, żeby już cię nie było, Francine, ale zostaliśmy uwięzieni wraz z tobą. Przed twoim udarem sądziłam, że dożyjesz co najmniej stu dwudziestu lat.

Czy wciąż byś się jej bała? – zapytał Tim, i każdy kto by to usłyszał, a kto nie znałby go dobrze, pomyślałby, że się ze mną przekomarza i mówi żartobliwie. Myślę, że tak. Nawet gdybyś wiedziała, że ona nie żyje i nigdy już nie wróci. Mówisz, jakby istniała jakaś alternatywa – odparłam. Jakby mogła umrzeć i wrócić.

Czy wciąż słyszałabyś jej głos w swojej głowie, i te wszystkie rzeczy, które mówiła za życia? Czy byłabyś bardziej wolna, niż jesteś teraz? Bardziej uwolniona od niej? Gdybyś nie mogła jej widzieć, czy wyobrażałabyś sobie, że ona musi być gdzieś indziej i obserwuje cię?

Tim, nie pleć bzdur – powiedziałam. Jesteś najmniej przesądną i zabobonną osobą, jaką znam. Ale rozmawiamy teraz o tobie – odrzekł tonem uładzonej niewinności, ponownie zwracając uwagę na swoją grę. Nie. Nie bałabym się kogoś, kto nie żyje. Gdybyś tak samo bała się jej martwej, zabicie jej nic by ci nie dało – ciągnął Tim, jakbym w ogóle się nie odezwała. Może z wyjątkiem wyroku więzienia. Wyjął z kredensu cztery kieliszki do wina z masywnymi zielonymi, nieprzezroczystymi nóżkami. Nie znosiłam ich, bo zawsze miało się wrażenie, jakby na dnie kieliszka był osad.

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ktoś uważa za ciekawe rozważanie różnic pomiędzy mordercami a resztą z nas. Tim wyjął butelkę białego wina z lodówki. Kogo obchodzi, co sprawia, że jakaś osoba chce i jest w stanie zabić, a inna nie? Odpowiedź jest oczywista: poziom cierpienia i to, gdzie znajdujesz się na skali spektrum odwagi i tchórzostwa. Nie chodzi o nic więcej. Jedyną różnicą wartą rozpatrzenia jest to, co odróżnia tych spośród nas, których obecność, jakkolwiek przygaszona i chaotyczna, nie unicestwia ducha w innych, od tych, o których nie da się tego powiedzieć, bez względu na to, jak bardzo chcielibyśmy być mili i życzliwi. Każda ofiara morderstwa to ktoś, kto zainspirował co najmniej jedną osobę do tego, by zechciała go zgładzić. A my powinniśmy im współczuć, kiedy spotka ich nędzny koniec. Parsknął pod nosem.

Zaśmiałam się, słysząc jego oburzenie, ale zaraz zrobiło mi się głupio, że tak zareagowałam. Tim najbardziej podnosi mnie na duchu, kiedy sam nie widzi pocieszenia dla siebie; mam poczuć się lepiej i wyobrażać sobie, że on też podąża tą samą trajektorią emocjonalną.

Chcesz powiedzieć, że wszystkie ofiary morderstw prosiły się o to? Celowo zareagowałam na jego prowokację. Jeżeli chce o czymś podyskutować, choćby temat był skrajnie absurdalny, tak jak ten, dyskutuję z nim, aż uzna, że ma już dość. Dan także. To jedna z wielu milionów dziwnych postaci, jakie może przyjmować miłość. Wątpię, abyś to zrozumiała.

Zakładasz, aczkolwiek błędnie, że ofiarą morderstwa jest zawsze osoba, która została zabita, a nie zabójca. – Tim nalał sobie kieliszek wina. Mnie nie poczęstował. Sprawienie komuś tylu przykrości, że ten ktoś jest skłonny zaryzykować wolność i poświęcić tę pozostałą resztkę człowieczeństwa, by usunąć cię z tego świata, powinno być uważane za znacznie poważniejszą zbrodnię niż sięgnięcie po pistolet czy coś ciężkiego w celu pozbawienia kogoś życia; trzeba wziąć pod uwagę wszystkie inne kwestie.

Mówiąc o przykrości, miał na myśli ból. Jesteś uprzedzony – powiedziałam. Wiedziałam, że Dan może lada chwila wrócić z jedzeniem, i chciałam powiedzieć coś bardziej bezpośredniego i otwartego niż zazwyczaj. Uznałam, że zaczynając tę niezwykłą rozmowę, Tim udzielił mi swego cichego przyzwolenia. Skoro uważasz, że Francine druzgocze ducha ludziom, jeżeli uważasz ją za osobę tak destruktywną, a jedynym powodem, dla którego jej nie zabiłeś, jest to, że bardziej obawiałbyś się jej martwej niż żyjącej... – ciągnęłam.

Nie wiem, skąd ci to wszystko przyszło do głowy. – Tim uśmiechnął się. Znowu musiałaś się przesłyszeć. Oboje zrozumieliśmy dlaczego: odebrałam jego przekaz i już tego nie zapomnę. Wiedział, że ten sekret pozostanie tylko między nami. Potrzebowałam lat, aby pojąć, że Tim nigdy nie dąży do zmiany, jedyne, czego pragnie, to podzielić się ważną informacją z kimś, komu może zaufać.

Możesz od niej odejść, to prostsze, niż myślisz – powiedziałam, łaknąc zmian, tych ogromnych, nieodwracalnych, i to dla nas obojga. Nie musi dojść do konfrontacji. Nie musisz mówić jej, że odchodzisz, ani kontaktować się z nią już po odejściu. Dan i ja moglibyśmy ci pomóc. Niech Francine zatrzyma ten dom. A ty przeprowadź się i zamieszkaj z nami.

Nie możesz pomóc – powiedział stanowczo Tim. Zamilkł na dostatecznie długą chwilę, abym mogła zrozumieć – nieważne, mylnie czy nie, choć zapewne próbowałby się ze mną spierać, gdybym zaoponowała, po czym dodał: Bo ja nie potrzebuję pomocy. U mnie wszystko gra.

Podsłuchałam, jak wczoraj mówił do ciebie, Francine. Nie dobierał słów, nie ważył ich, jakby planował rozmowę na kilka zdań do przodu. Po prostu mówił, snuł kolejną historię o Gaby. Oczywiście w tej historii było też lotnisko. Kiedy akurat nie znajduje się na pokładzie samolotu, wydaje się, że Gaby mieszka na lotniskach. Nie wiem, jak ona może to znosić, ja chybabym oszalała. Ta konkretna historia dotyczyła urządzenia do prześwietlania bagaży podręcznych i rzeczy osobistych w Madrid-Barajas, które pożarło jej jeden but, a Tim miał niezłą frajdę, kiedy ją relacjonował. Sprawiał wrażenie, jakby mówił to, co mu przychodziło na myśl, bez konieczności cenzurowania słów. Żadnych sztuczności, zero elementów gry aktorskiej. To było całkiem nie w jego stylu. Gdy tak się temu przysłuchiwałam, uświadomiłam sobie, że wszelkie lęki i obawy, jakie go kiedyś trawiły, dawno już minęły. Nie mogę tylko odgadnąć jednego: czy to oznacza, że najprawdopodobniej zamierza cię zabić, czy że chce, abyś żyła wiecznie?

1

Czwartek 10 marca 2011

Młoda kobieta tuż obok jest bardziej zdenerwowana ode mnie. Nie tylko ode mnie, jest zdenerwowana bardziej niż wszyscy inni na lotnisku razem wzięci, i chce, abyśmy o tym wiedzieli. Z tyłu za mną ludzie burczą pod nosem: O, nie – ale nikt inny prócz tej kobiety nie pochlipuje ani nie dygocze z wściekłości. Potrafi równocześnie wygłaszać tyradę pod adresem przedstawiciela Fly4You i szlochać jak bóbr. Jestem pod wrażeniem, że nie musi przerywać swojej diatryby choćby po to, by przełknąć ślinę, tak jak to zwykle robią popłakujące osoby. Poza tym, w przeciwieństwie do zwykłych ludzi, zdaje się nie znać różnicy pomiędzy opóźnieniem w podróży a rozdzierającym smutkiem.

Nie jest mi jej żal. Mogłoby być, gdyby jej reakcja była mniej ekstremalna. Najbardziej jest mi szkoda ludzi, którzy upierają się, że wszystko z nimi w porządku, nawet gdy ich organy są pochłaniane w zastraszającym tempie przez pożerającego tkanki mikroba. To prawdopodobnie nie świadczy o mnie najlepiej.

Ja nie jestem ani trochę zdenerwowana. Jeżeli nie dotrę do domu dziś, to jutro. Dla mnie to i tak będzie w sam raz.

– Odpowiedz na moje pytanie! – krzyczy dziewczyna do nieszczęsnego, łagodnego Niemca, który miał pecha, że postawiono go przy bramce do wejścia na pokład oznaczonej symbolem B56. – Gdzie jest teraz samolot? Czy wciąż tu jest? Czy jest tam, na drugim końcu? – Wskazuje na znajdujący się za nim rękaw, ten sam, którym jeszcze pięć minut temu mieliśmy nadzieję wejść na pokład samolotu. – Jest tam, prawda? – dopytuje się. Jej twarz jest gładka, nieskazitelna i dziwnie pusta, jak buzia wrednej, szmacianej lalki. Wygląda na jakieś osiemnaście lat, a może nawet mniej. – Posłuchaj, koleś, nas są setki, a ty tylko jeden. Moglibyśmy odepchnąć cię na bok i wedrzeć się na pokład tego samolotu, tłum rozwścieczonych Angoli, i odmówić opuszczenia maszyny, dopóki ktoś nie odwiezie nas do domu! Na twoim miejscu nie chciałabym zadrzeć z tłumem rozwścieczonych Angoli! – Ściąga czarną, skórzaną kurtkę, jakby szykowała się do walki. Na prawym ramieniu ma wytatuowane granatowym atramentem, wielkimi, drukowanymi literami słowo: OJCIEC. Ubrana jest w obcisłe czarne dżinsy, wąski obły pasek, a na ramionach widać jej ramiączka białego biustonosza, cienkiej, różowej bluzeczki i czerwonego topu bez rękawów.

– Samolot jest przekierowywany do Kolonii – wyjaśnia jej cierpliwie Niemiec z Fly4You, już po raz trzeci. Na brązowym mundurze nosi plakietkę z nazwiskiem: Bodo Neudorf. Trudno by mi było zwracać się w ostrych słowach do kogoś, kto ma na imię Bodo, choć nie oczekuję, aby inni podzielali moje skrupuły w tej kwestii. – Warunki pogodowe są zbyt niebezpieczne – mówi. – Nic na to nie poradzę. Przykro mi. – Próbuje odwoływać się do jej rozsądku. Na jego miejscu pewnie próbowałabym tej samej taktyki – nie dlatego, że poskutkuje, tylko dlatego, że posiadając w sobie pewną dozę racjonalności i czyniąc z niej regularnie użytek, stajesz się niejako jej orędownikiem i masz w zwyczaju przeceniać jej potencjalną użyteczność, nawet gdy przyjdzie ci użerać się z kobietą, która uważa za bardziej stosowne oskarżanie niewinnych osób o ukrywanie przed nią samolotu.

– Wciąż powtarzasz, że jest przekierowywany! To oznacza, że nigdzie go jeszcze nie odesłaliście, tak? – Wyciera mokre policzki tak brutalnie, jakby chciała zdzielić się po twarzy, a potem energicznie odwraca się, aby przemówić do stojącego za nią tłumu: – On wcale nie odesłał tej maszyny. – Mówi, a wibracja jej przepełnionego oburzeniem głosu tłumi hałas przy bramce do wejścia na pokład o numerze B56, w tym także rozlegający się niemal bez przerwy elektroniczny sygnał poprzedzający komunikat o otwarciu bramek dla pasażerów innych lotów, tych, którym bardziej niż nam dopisało szczęście. – Jak mógł go odesłać? Jeszcze pięć minut temu wszyscy siedzieliśmy tutaj i szykowaliśmy się do wejścia na pokład. Nie może nigdzie odesłać samolotu w ciągu pięciu minut! Mówię, nie pozwólmy go odesłać! My tu jesteśmy i samolot też musi tu być, a wszyscy chcemy przecież wrócić do domu. Nie dbamy o cholerną pogodę. Mamy ją gdzieś! Kto jest za takim rozwiązaniem?

Chciałabym się odwrócić i sprawdzić, czy tak jak ja wszyscy uznali jej solowy występ za żenujący i żałosny, ale nie chcę, by reszta naszych niedoszłych pasażerów pomyślała, że ja i ona jesteśmy razem, tylko dlatego, że stoimy obok siebie. Lepiej dać jasno do zrozumienia, że ona nie ma ze mną nic wspólnego. Uśmiecham się zachęcająco do Boda Neudorfa. Odpowiada powściągliwym uśmiechem, jakby chciał powiedzieć: Doceniam ten gest wsparcia, ale nie sądzi pani chyba, że mogłaby zrobić cokolwiek, co byłoby w stanie zrekompensować obecność tego monstrum obok pani.

Na szczęście Bodo nie wydaje się zbytnio przejęty jej groźbami. Zapewne zauważył, że wiele z osób, które zarezerwowały bilety na lot 1221, to zachowujące się wyjątkowo grzecznie członkinie chóru kościelnego w wieku od mniej więcej ośmiu do dwunastu lat, wciąż jeszcze ubrane w skromne habity po koncercie w Dortmundzie, w którym dziś brały udział. Wiem o tym, bo kierownik chóru wraz z piątką czy szóstką rodziców – opiekunów grupy, czekając na wejście na pokład, wspominali z dumą, jak pięknie dziewczęta zaśpiewały pieśń Anieli archanieli, czy jakoś tak. Nie sprawiali wrażenia osób, które mogłyby zechcieć stratować niewinnego przedstawiciela linii lotniczych w szaleńczej gonitwie przez rękaw do czekającego samolotu albo narażać utalentowane latorośle na potencjalnie groźne w skutkach warunki pogodowe, tylko po to, aby wrócić na czas do domu.

Bodo sięga po małe, czarne urządzenie przymocowane czarnym, skręconym przewodem do kontuaru przy stanowisku odlotów i mówi do niego, naciskając uprzednio guzik, co wywołuje charakterystyczny dźwięk, poprzedzający wszystkie podawane na lotnisku komunikaty.

– Informacja dla wszystkich pasażerów lotu jeden dwa dwa jeden do Combingham w Anglii. Lot linii Fly4You jeden dwa dwa jeden do Combingham. Uprzejmie państwa informujemy, że wasz samolot został przekierowany na lotnisko w Kolonii i że właśnie stamtąd odbędzie się państwa odlot. Proszę o udanie się do punktu odbioru bagażu w celu odebrania waszych walizek i toreb podróżnych, a następnie opuszczenie budynku i przejście przed terminal odlotów. Oczekujemy właśnie na przyjazd autokarów, które dowiozą państwa na lotnisko w Kolonii. Prosimy o jak najszybsze udanie się do punktu zbiórki przed halą odlotów.

Po mojej prawej szykownie ubrana kobieta z farbowanymi na rudo włosami i amerykańskim akcentem stwierdza:

– Nie ma się co spieszyć, ludziska. To hipotetyczne autokary: jak przyjadą, to będą.

– Jak długo jedzie się stąd do Kolonii? – pyta jakiś mężczyzna.

– Nie znam szczegółów dotyczących czasu dojazdu autokarów na miejsce – odpowiada Bodo Neudorf. Jego głos niknie wśród coraz większego gwaru.

Cieszę się, że omija mnie wizyta w punkcie odbioru bagażu. Na samą myśl, że miałabym tłoczyć się tam ze wszystkimi i czekać w zakręconej kolejce po odbiór walizki lub torby podróżnej, co na moje oko musiałoby potrwać dobrą godzinę, czuję się zmęczona. Jest dwudziesta, miałam wylądować w Combingham o dwudziestej trzydzieści czasu brytyjskiego i wrócić do domu na gorącą kąpiel w pianie i z kieliszkiem schłodzonego muscatela. Obudziłam się dziś rano o piątej, aby złapać lot o siódmej z Combingham do Düsseldorfu. Nie jestem rannym ptaszkiem, i nie znoszę dni, kiedy muszę wstawać przed siódmą rano, a ten dzień trwał już zdecydowanie za długo.

– Och, to jakiś pieprzony żart! – woła szurnięta szmaciana lala. – Ktoś robi sobie z nas jaja! – Jeżeli Bodo sądził, że wzmacniając swój głos i emitując go przez głośniki, zdoła zmusić swoją nemezis do milczącego posłuszeństwa, to się pomylił. – Nie będę odbierać żadnych walizek!

Chudy, łysy mężczyzna w szarym garniturze robi krok do przodu i mówi:

– Wobec tego najprawdopodobniej wróci pani do domu bez walizki. I wszystkiego, co się w niej znajduje. – W głębi duszy uśmiecham się promiennie; lot 1221 ma swego pierwszego, cichego bohatera. Ten mężczyzna ma wciśniętą pod pachę gazetę. Chwyta za jeden koniec, spodziewając się odwetu.

– Nie wtrącaj się pan! – krzyczy mu prosto w twarz szmaciana lalka. – Popatrz tylko na siebie: uważasz się za lepszego ode mnie! Nawet nie mam walizki, to wszystko, co o mnie wiesz! – Ponownie przenosi swoją uwagę na Boda: – To jak, zamierzacie wyładować teraz wszystkie bagaże z samolotu? Gdzie w tym sens? Wytłumacz mi, gdzie w tym sens! To po prostu... przepraszam za słownictwo, ale to jest, kurwa, jakaś popieprzona głupota!

– A może – odzywam się nagle, zwracając się do niej, bo nie mogę pozwolić, aby łysy bohater został sam na placu boju, gdyż najwyraźniej nikt nie spieszy mu z pomocą – to ty jesteś głupia. Skoro nie zdałaś walizki na bagaż, to oczywiste, że nie musisz niczego odbierać. Bo niby jak? – Ona patrzy na mnie. Łzy wciąż spływają jej po twarzy. – Poza tym gdyby samolot był teraz tutaj i moglibyśmy bezpiecznie polecieć na lotnisko w Kolonii, moglibyśmy dotrzeć tam na pokładzie tego samolotu, zgadza się? – mówię. – Albo nawet polecieć do domu, na co wszyscy tutaj z niecierpliwością czekamy. – Cholera. Po co otworzyłam usta? To nie jest moje zadanie ani nawet Boda Neudorfa, aby zrewidować jej mylne rozumowanie. Łysy mężczyzna już się oddalił ze swoją gazetą, pozostawiając mnie samą. Niewdzięczny drań. – Z uwagi na warunki pogodowe nasz samolot nie może polecieć do Düsseldorfu. – Kontynuuję moją misję polegającą na szerzeniu pokoju i zrozumienia. – Nigdy go tu nie było i teraz też go nie ma, a twoja walizka, jeżeli ją masz, w ogóle nie znalazła się na jego pokładzie, a co za tym idzie, nie trzeba było jej stamtąd wyładowywać. Samolot jest gdzieś w powietrzu. – Wskazuję ręką w górę. – Kierował się do Düsseldorfu, a teraz zmienił kurs i leci do Kolonii.

– Nie-e – zaprzecza niepewnie, obrzucając mnie wzrokiem od stóp do głów, z wyraźną odrazą i szokiem, jakby była przerażona, że w ogóle musi się do mnie odezwać. – To nie jest w porządku. Przecież wszyscy tam siedzieliśmy. – Macha ręką w stronę pomarańczowych plastikowych krzesełek z wytłoczek na rzędach czarnych, metalowych wsporników. – Przecież powiedziano, że podkołowuje do bramki. A mówią tak tylko wtedy, kiedy samolot jest gotowy do zabrania pasażerów.

– Zazwyczaj tak właśnie jest, ale nie dziś – mówię z przekonaniem w głosie. Nieomal widzę kółka obracające się za jej gałkami ocznymi, gdy jej mentalna maszyneria próbuje powiązać jedną myśl z drugą. – Kiedy powiedzieli nam, żebyśmy podeszli do bramki, wciąż mieli nadzieję, że samolot poleci do Düsseldorfu. Wkrótce po tym, jak zebrano nas tutaj, okazało się jednak, że to nie będzie możliwe. – Spoglądam na Boda Neudorfa, który kiwa potakująco głową i lekko wzrusza ramionami. Czy przerzuca to na mnie? To szaleństwo. Powinien wiedzieć więcej o utajnionych procedurach linii Fly4You niż ja!

Zagniewana Szlochająca Dziewczyna odwraca wzrok i kręci głową, słyszę jej bezgłośny szept: Możesz w to wierzyć, jeżeli chcesz. Bodo rozmawia z kimś po niemiecku przez krótkofalówkę. Chórzystki nieopodal zaczynają dopytywać się, czy wrócą dzisiaj do domu. Rodzice odpowiadają, że nie wiadomo. Trzej mężczyźni w piłkarskich koszulkach zastanawiają się, ile piwa zdołają wypić od teraz do ewentualnego odlotu, spekulując, czy linia lotnicza Fly4You pokryje rachunki za alkohol.

Zmartwiona siwowłosa kobieta około pięćdzięciu paru lub nawet sześćdziesięciu paru lat mówi mężowi, że zostało jej tylko dziesięć euro.

– Co? Jak to? – pyta tamten ze zniecierpliwieniem. – To za mało. – Cóż, nie myślałam, że będziemy jeszcze potrzebować pieniędzy.

– Kręci się wokół niego, przyjmując na siebie odpowiedzialność i licząc na łagodne potraktowanie.

– Nie myślałaś? – odpowiada gniewnie. – A co z sytuacjami awaryjnymi?

Wykorzystałam już cały swój potencjał interwencyjny, w przeciwnym razie mogłabym zapytać go, czy słyszał kiedykolwiek o bankomatach i co by zrobił, gdyby jego żona zginęła nagle w wyniku spontanicznego samospalenia, a wraz z nią poszłaby z dymem cała ich gotówka, którą miała w torebce. Co powiesz na taką sytuację awaryjną, cuchnąca mordo? Czy twoja żona ma w rzeczywistości trzydzieści pięć lat, ale wygląda na sześćdziesiąt, bo zmarnowała przy tobie najlepsze lata swego życia?

Nic tak nie zabija w nas wiary w ludzkość jak właśnie lotnisko. Oddalam się od tłumu, mijam ciąg nieobsługiwanych przez nikogo bramek, nie idę w żadnym konkretnym kierunku. Mam po dziurki w nosie pozostałych pasażerów, wszystkich co do jednego, nawet tych, których twarzy nie zdążyłam zapamiętać. Tak, mam dość nawet tych milutkich chórzystek. Nie pragnę ponownie ich ujrzeć, w bezradnym, pełnym nadziei tłumie, jaki zbierze się przed halą odlotów, gdzie będziemy stać godzinami na deszczu i wśród porywistego wiatru, ani w autokarze, czy przysypiających przy stolikach w barze na lotnisku w Kolonii.

Z drugiej strony, to tylko opóźniony samolot. Nie ma o co kruszyć kopii. Często zdarza mi się latać. Takie sytuacje bywają nagminnie. Słyszałam słowa „uprzejmie przepraszamy...” równie często, jak oglądałam brudne, szare, przemysłowe linoleum w halach na lotnisku Combingham, z cętkowanymi niebieskimi obwódkami przy każdej bocznej krawędzi, dla kontrastu.

Stałam pod ekranami informacyjnymi i patrzyłam, jak drobne opóźnienia przeradzają się w odwołane loty tak samo często, jak widziałam drobne równoległe linie układające się w nierozdzielone niczym kwadraty, które z kolei tworzą wzory na milionach srebrnych stopni prowadzących do i z samolotu; raz śniło mi się, że ściany i sufit mojej sypialni były pokryte aluminiowymi płytami przypominającymi fakturę schodków, po których wsiada się do samolotu.

Najgorsze, jeśli chodzi o opóźnienia, jest zawsze to, że muszę zadzwonić do Seana, aby powiedzieć mu, że znowu nie wrócę o tej porze, o której mówiłam, że będę. Tego telefonu nie chcę wykonać. Choć... w tej sytuacji może nie będzie tak źle. Może uda mi się sprawić, aby nie było tak źle.

Uśmiecham się do siebie, gdy w mojej głowie zaczyna świtać pewien pomysł. Sięgam do torebki, nie patrząc, wciąż idąc, i zamykam dłoń wokół kanciastego, zafoliowanego pudełeczka: testu ciążowego, który nosiłam ze sobą przez ostatnie dziesięć dni i nie znalazłam odpowiedniego momentu, aby go zrobić.

Często zastanawiam się nad moją tendencją do prokrastynacji, choć ewidentnie odkładam na później zmierzenie się z problemem. Nigdy tak nie było, gdy chodzi o coś, co ma związek z moją pracą, i nadal tak nie jest, ale gdy w grę wchodzi coś ważnego i osobistego, robię co w mojej mocy, aby odwlekać to w nieskończoność. Może właśnie dlatego nie płaczę na lotniskach, kiedy mój samolot nie odleci o czasie; opóźnienie to dla mnie element naturalnego rytmu życia.

Część mnie nadal nie jest gotowa zmierzyć się z testem, choć z każdym mijającym dniem cała ta bzdura z siusianiem na plastikową pałeczkę i oczekiwaniem na wynik zaczyna wydawać się coraz bardziej bezsensowna. To oczywiste, że jestem w ciąży. Mam dziwnie przewrażliwiony spłachetek skóry na czubku głowy, którego wcześniej tam nie było, i czuję się bardziej zmęczona niż kiedykolwiek dotąd.

Spoglądam na zegarek, zastanawiając się, czy mam czas, aby zrobić test, po czym karcę sama siebie za naiwność. Amerykanka miała rację. Nie ma żadnych rzeczywiście istniejących autokarów, które jechałyby tu, żeby nas wybawić. Bóg raczy wiedzieć, kiedy się zjawią. Bodo nie ma pojęcia, co się dzieje; oszukał nas, pozwalając wierzyć, że ponieważ jest Niemcem, na pewno zadbał o wszystko. Co oznacza, że mam co najmniej piętnaście minut, aby zrobić test i zadzwonić do Seana, podczas gdy reszta pasażerów będzie odbierać swoje bagaże. Na szczęście łatwo odwrócić uwagę Seana, jest jak dziecko. Kiedy mu powiem, że dziś nie wrócę, zacznie narzekać. Kiedy mu powiem, że test ciążowy wypadł pozytywnie, tak się ucieszy, że przestanie go obchodzić, kiedy wrócę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki