Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 464 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niewinny - Harlan Coben

Dziewięć lat po wyjściu z więzienia Matt Hunter nadal wraca myślami do owego strasznego wieczoru, kiedy w przypadkowej, niesprowokowanej przez siebie bójce zabił człowieka. Wydarzenie to kładzie się cieniem na jego życiu i relacjach rodzinnych... ale w końcu wszystko ponownie zmierza ku szczęśliwej, ustabilizowanej przyszłości. Świeżo poślubiona, piękna, kochająca go żona Olivia spodziewa się dziecka, kariera prawnicza Matta nabiera rozpędu. Wydaje się, że nic nie zakłóci ich idylli -do czasu, kiedy decydują się kupić telefony komórkowe wyposażone w funkcję przekazu wideo. Kilka godzin po służbowym wyjeździe Olivii do innego miasta, na komórce Matta pojawia się wiadomość wysłana z telefonu żony: na krótkim filmiku widać Olivię i nieznanego mężczyznę w pokoju hotelowym...

Opinie o ebooku Niewinny - Harlan Coben

Fragment ebooka Niewinny - Harlan Coben

O książce

Jeden mały błąd może zmienić wszystko

Zabicie człowieka, nawet nieumyślne, pozostawia piętno na całe życie.

W każdym razie dla kogoś o normalnej wrażliwości. Matt Hunter potrzebował dziewięciu lat, żeby otrząsnąć się po tym, jak przypadkiem zabił mężczyznę. Jego życie w końcu wraca do normy, kariera prawnicza nabiera rozpędu, a ukochana żona jest w ciąży. Przyszłość zaczyna wyglądać obiecująco.

Do momentu gdy na jego komórkę przychodzi zdjęcie żony z innym mężczyzną, a na progu domu pojawia się policja. Znaleziono ciało zamordowanego człowieka, który z jakiegoś powodu śledził Matta.

A to dopiero początek…

Przeciętny człowiek wplątany w śmiertelnieniebezpieczną intrygę, której nie rozumie.

HARLAN COBEN

Współczesny amerykański pisarz, który uznanie w kręgu miłośników literatury sensacyjnej zdobył swoją trzecią książką Bez skrupułów, opublikowaną w 1995 r. Jako pierwszy współczesny autor otrzymał trzy prestiżowe nagrody literackie przyznawane w kategorii powieści kryminalnej, w tym najważniejszą – Edgar Poe Award. Światowa popularność Cobena zaczęła się w 2001 r. od thrillera Nie mów nikomu, zekranizowanego w 2006 r. Kolejne powieści, za które otrzymał wielomilionowe zaliczki, m.in. Na gorącym uczynku, Wszyscy mamy tajemnice, Zostań przy mnie, Schronienie, Kilka sekund od śmierci, Sześć lat później i Tęsknię za tobą uczyniły go megagwiazdą gatunku i jednym z najchętniej czytanych autorów, także w Polsce. Twórczość pisarza wciąż budzi zainteresowanie filmowców: na podstawie Sześć lat później powstaje film z Hugh Jackmanem w roli głównej, a prawa do ekranizacji Tęsknię za tobą zostały kupione przez Warner Bros.

www.harlancoben.com

Tego autora

NIE MÓW NIKOMU BEZ POŻEGNANIA JEDYNA SZANSA TYLKO JEDNO SPOJRZENIE NIEWINNY W GŁĘBI LASU ZACHOWAJ SPOKÓJ MISTYFIKACJA NA GORĄCYM UCZYNKU KLINIKA ŚMIERCI ZOSTAŃ PRZY MNIE SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ TĘSKNIĘ ZA TOBĄMyron Bolitar BEZ SKRUPUŁÓW KRÓTKA PIŁKA BEZ ŚLADU BŁĘKITNA KREW JEDEN FAŁSZYWY RUCH OSTATNI SZCZEGÓŁ NAJCZARNIEJSZY STRACH OBIECAJ MI ZAGINIONA WSZYSCY MAMY TAJEMNICEMickey Bolitar SCHRONIENIE KILKA SEKUND OD ŚMIERCI ODNALEZIONYJako współautor AŻ ŚMIERĆ NAS ROZŁĄCZY NAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2011

Tytuł oryginału:THE INNOCENT

Copyright © Harlan Coben 2005All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Zbigniew A. Królicki 2006

Redakcja: Jacek Ring

Zdjęcie na okładce: © Mark Owen/Arcangel Images

ISBN 978-83-7985-174-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

PamięciStevena Z. Millera

Do tych z nas, którzy mieli szczęście być jego przyjaciółmi:Próbujemy dziękować za wspólnie spędzone chwile,ale tak trudno się z tym pogodzić.

A do rodziny Steve’a, szczególnie do Jessego, Mai T. i Nica:Kiedy poczujemy się na siłach, porozmawiamy o waszym ojcu,ponieważ był najlepszym ze znanych nam ludzi.

Prolog

Wcale nie zamierzałeś go zabić.

Nazywasz się Matt Hunter. Masz dwadzieścia lat. Wychowałeś się w zamieszkanej przez wyższą klasę średnią podmiejskiej dzielnicy na północy New Jersey, niedaleko Manhattanu. Mieszkasz w biedniejszej części miasta, ale to bardzo bogate miasto. Twoi rodzice ciężko pracują i bezgranicznie cię kochają. Masz starszego brata, którego podziwiasz, i młodszą siostrę, którą tolerujesz.

Jak każdy dzieciak w sąsiedztwie dorastasz, niepokojąc się o swoją przyszłość i college, do którego się dostaniesz. Solidnie pracujesz i otrzymujesz naprawdę dobre stopnie. Twoja średnia to piątka z minusem. Nie mieścisz się w pierwszej dziesiątce, ale niewiele ci brakuje. Nie stronisz od prac społecznych, przez jedną kadencję byłeś nawet skarbnikiem szkolnym. Nieźle grasz w futbol i w kosza — wystarczająco dobrze, by występować w drużynie szkolnej, ale nie dość dobrze, żeby przyznali ci stypendium. Jesteś sprytny i czarujący. W rankingach popularności zajmujesz miejsce w czołówce. Twoje doskonałe wyniki testów kwalifikacyjnych zadziwiają szkolnego psychologa.

Ubiegasz się o przyjęcie do najlepszych uczelni, ale te są poza twoim zasięgiem. Harvard i Yale odrzucają twoje podanie od razu. Penn i Columbia umieszczają cię na listach oczekujących. W końcu idziesz do Bowdoin, niewielkiego elitarnego college’u w Brunswick. Podoba ci się tam. Klasy są niewielkie. Znajdujesz przyjaciół. Nie wiążesz się na stałe z żadną dziewczyną, ale pewnie dlatego, że nie chcesz. Już na pierwszym roku występujesz jako obrońca w uczelnianej drużynie futbolowej. Świetnie grasz w kosza i teraz, kiedy środkowy rozgrywający skończył studia, masz poważną szansę na stałe miejsce w drużynie.

I właśnie wtedy, gdy wracasz do miasteczka uniwersyteckiego w przerwie między pierwszym a drugim semestrem, zabijasz kogoś.

Spędziłeś cudowne wakacje ze swoją rodziną, ale musisz trenować. Żegnasz się z matką i ojcem, po czym wracasz do miasteczka uniwersyteckiego ze swoim najlepszym przyjacielem i współlokatorem, Duffem. Duff jest z Westchester w stanie Nowy Jork. To krępy osiłek o klocowatych nogach. W futbol gra na prawym skrzydle, a na meczach koszykówki przeważnie siedzi na ławce rezerwowych. Jest największym opojem na uczelni — Duff nigdy nie przepuści okazji do wypitki.

Ty prowadzisz.

Duff chce po drodze wpaść na Umass w Amherst. Jego kolega z liceum jest tam członkiem bractwa studenckiego. Organizują wielką bibę.

Nie jesteś entuzjastycznie nastawiony, ale zawsze tak reagujesz. Wolisz kameralne imprezy, na których wszystkich znasz. Na Bowdoin uczy się około tysiąca sześciuset studentów. Na Umass prawie czterdzieści tysięcy. Jest początek stycznia i piekielnie zimno. Na ziemi leży śnieg. W drodze do siedziby bractwa widzisz w powietrzu parę swojego oddechu.

Razem z Duffem rzucacie płaszcze na stertę innych. Będziesz o tym rozmyślał przez kilka lat, o tym niedbałym rzuceniu płaszczy. Gdybyś został w płaszczu, gdybyś zostawił go w samochodzie albo położył gdzie indziej…

Jednak nie.

Impreza jest niezła. Owszem, trochę zwariowana, ale masz wrażenie, że to wymuszone szaleństwo. Przyjaciel Duffa chce, żebyście obaj przenocowali w jego pokoju. Zgadzasz się. Sporo wypiłeś — w końcu to studencka zabawa — chociaż na pewno nie tyle co Duff. Zabawa się kończy. W pewnej chwili obaj idziecie po płaszcze. Duff trzyma piwo. Bierze płaszcz i zarzuca sobie na ramię.

Kiedy to robi, wylewa trochę piwa.

Niedużo. Tylko trochę. Jednak to wystarcza.

Piwo ląduje na czerwonej kurtce bez rękawów. To jeden ze szczegółów, które zapamiętasz. Na zewnątrz temperatura spadła poniżej zera, a jednak ktoś przyszedł tu w kurtce bez rękawów. Nie zapomnisz także tego, że bezrękawnik jest nieprzemakalny. Ta odrobina piwa nie mogła go zabrudzić. Nie pozostawiłaby plamy. Z łatwością dałoby się ją wytrzeć.

— Hej! — krzyczy ktoś.

To właściciel czerwonego bezrękawnika; postawny, ale nieprzerośnięty. Duff wzrusza ramionami. Nie przeprasza. Facet, Pan Czerwony Bezrękawnik, uderza go w twarz. To błąd. Ty wiesz, że Duff uwielbia się bić i łatwo wpada w złość. W każdej szkole jest taki Duff — facet, który nigdy nie przegrywa.

Oczywiście, o to właśnie chodzi. W każdej szkole jest taki Duff. I czasem jeden Duff trafia na drugiego Duffa.

Próbujesz to przerwać, obrócić w żart, ale masz przed sobą dwóch pijanych, czerwonych na twarzy facetów, którzy zaciskają pięści. Jeden z nich rzuca wyzwanie. Nie pamiętasz który. Wszyscy wychodzicie na mroźne powietrze i uświadamiasz sobie, że wpadłeś w tarapaty.

Postawny facet od bezrękawnika ma przyjaciół.

Jest ich ośmiu lub dziewięciu. Ty i Duff jesteście sami. Rozglądasz się za szkolnym przyjacielem Duffa — Markiem czy też Mikiem — ale nigdzie go nie widać.

Bójka zaczyna się szybko.

Duff opuszcza głowę i atakuje Czerwonego Bezrękawnika. Ten robi unik i łapie go za szyję. Wali Duffa w nos. Wciąż jedną ręką ściska jego szyję, a drugą uderza ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze.

Duff słania się. Zadaje chaotyczne, niecelne ciosy. Po siódmym czy ósmym uderzeniu przestaje je zadawać. Przyjaciele Czerwonego Bezrękawnika zaczynają wiwatować. Ręce Duffa bezwładnie zwisają wzdłuż boków.

Chcesz to powstrzymać, ale nie wiesz jak. Czerwony Bezrękawnik metodycznie zabiera się do roboty, wymierzając zamaszyste uderzenia. Kumple go dopingują. Wydają głośne ochy i achy przy każdym ciosie.

Jesteś przerażony.

Twój przyjaciel zbiera cięgi, ale ty bardziej obawiasz się o siebie. To cię zawstydza. Chcesz coś zrobić, ale boisz się, naprawdę się boisz. Nie możesz się poruszyć. Nogi masz jak z waty. Przechodzi cię dreszcz. I nienawidzisz się za to.

Czerwony Bezrękawnik kolejny raz wali Duffa w twarz. Puszcza go. Duff pada na ziemię, bezwładnie jak worek z ciuchami do prania. Czerwony Bezrękawnik kopie go w bok.

Jesteś najgorszym z przyjaciół. Zbyt przestraszonym, żeby pomóc. Nigdy nie zapomnisz tego uczucia. Tchórzostwo. To gorsze od bicia, myślisz. Twoje milczenie. To okropne uczucie zhańbienia.

Następny kopniak. Duff z jękiem przetacza się na plecy. Twarz ma zalaną szkarłatnymi strumykami krwi. Później się dowiesz, że odniósł tylko powierzchowne obrażenia. Podbite oczy i liczne siniaki. Tylko tyle. Teraz jednak wygląda paskudnie. Ty wiesz, że on nigdy by tak nie stał, gdyby to ciebie tak okładano.

Nie możesz już tego znieść.

Wyskakujesz z tłumu.

Wszystkie głowy odwracają się w twoją stronę. Przez moment nikt się nie rusza. Nikt się nie odzywa. Czerwony Bezrękawnik ciężko dyszy. Widzisz parę jego oddechu, unoszącą się w mroźnym powietrzu. Drżysz. Próbujesz przemówić mu do rozumu. Hej, mówisz, on ma już dość. Koniec z tym. Wygrałeś, mówisz Czerwonemu Bezrękawnikowi.

Ktoś skacze na ciebie z tyłu. Obejmuje cię w niedźwiedzim uścisku.

Zostałeś unieruchomiony.

Teraz Czerwony Bezrękawnik rusza na ciebie. Serce tłucze ci się w piersi jak ptak w zbyt małej klatce. Uderzasz głową w tył. Z trzaskiem walisz czaszką w czyjś nos. Czerwony Bezrękawnik jest coraz bliżej. Odskakujesz w bok. Znów ktoś wyłania się z tłumu. Ma jasne włosy i rumianą cerę. Domyślasz się, że to kolejny kumpel Czerwonego Bezrękawnika.

Nazywa się Stephen McGrath.

Usiłuje cię złapać. Rzucasz się jak ryba na haczyku. Za nim ruszają następni. Wpadasz w panikę. Stephen McGrath łapie cię za ramiona. Próbujesz się wyrwać. Gwałtownie obracasz się na pięcie.

A potem łapiesz go za szyję.

Czy rzuciłeś się na niego? Czy on cię pociągnął, czy też ty go popchnąłeś? Nie wiesz. Czy jeden z was stracił równowagę? Czy powodem był oblodzony chodnik? Będziesz wracał do tego myślami mnóstwo razy, lecz nigdy nie znajdziesz odpowiedzi.

Tak czy inaczej, obaj padacie.

Ty wciąż trzymasz go za szyję. Za gardło. Nie puszczasz.

Lądujecie z łoskotem. Głowa Stephena McGratha uderza o krawężnik. Słychać trzask, okropny dźwięk, rodzaj plaśnięcia połączonego z głuchym łoskotem, odgłos, jakiego jeszcze nigdy nie słyszałeś.

Ten dźwięk oznacza kres znanego ci życia.

Zawsze będziesz go pamiętał. Nigdy cię nie opuści ten okropny dźwięk.

Wszystko zastyga. Patrzysz w dół. Oczy Stephena McGratha są otwarte i nieruchome. Jednak ty już wiesz. Poznajesz to po nagłym zwiotczeniu jego ciała i po tym okropnym trzasku.

Tłum się rozpierzcha. Ty zostajesz. Nie ruszasz się bardzo długo.

Potem wszystko dzieje się szybko. Przybywa ochrona kampusu. Potem policja. Mówisz im, co się stało. Twoi rodzice wynajmują dobrą prawniczkę z Nowego Jorku. Ona radzi ci zeznać, że działałeś w samoobronie. Tak robisz.

I wciąż słyszysz ten okropny trzask.

Oskarżyciel marszczy brwi. Wysoki Sądzie, mówi, oskarżony poślizgnął się, ściskając oburącz gardło Stephena McGratha? Czy on naprawdę oczekuje, że w to uwierzymy?

Proces ma niepomyślny przebieg.

Ciebie nic nie obchodzi. Kiedyś przejmowałeś się stopniami i grą. Żałosne. Przyjaciele, dziewczyny, popularność, zabawy, postępy w nauce, wszystko. Jakże ulotne. Zastąpił je ten okropny trzask czaszki uderzającej o krawężnik.

Podczas procesu słyszysz płacz rodziców, ale nawiedzać cię będą twarze Soni i Clarka McGrathów, rodziców ofiary. Sonya McGrath przez cały czas przeszywa cię wzrokiem. Usiłuje zmusić, żebyś spojrzał jej w oczy.

Nie możesz.

Próbujesz słuchać werdyktu, ale przeszkadzają ci te inne odgłosy. One nigdy nie cichną, nigdy nie ustają, nawet wtedy kiedy sędzia mierzy cię surowym wzrokiem i wydaje skazujący wyrok. Prasa pilnie obserwuje proces. Nie zostaniesz wysłany do łagodnego wiejskiego więzienia dla białych chłopców. Nie teraz, kilka miesięcy przed wyborami.

Twoja matka mdleje. Ojciec stara się być silny. Siostra wybiega z sali sądowej, a brat, Bernie, stoi jak skamieniały.

Zakładają ci kajdanki i zostajesz wyprowadzony. Nie jesteś przygotowany na to, co cię czeka. Oglądałeś telewizję i słyszałeś tyle opowieści o gwałtach w więzieniach. To cię nie spotyka — nie napastują cię seksualnie — ale nim minie tydzień, zostajesz pobity. Popełniasz błąd, identyfikując napastnika. Zostajesz pobity jeszcze dwukrotnie i spędzasz dwa tygodnie na izbie chorych. Jeszcze po latach czasem znajdujesz krew w moczu — pamiątkę po ciosie w nerki.

Żyjesz w nieustannym strachu. Kiedy wracasz na łono więziennej społeczności, przekonujesz się, że możesz przetrwać tylko wtedy, gdy przyłączysz się do upiornego odłamu Aryan Nation. Jej członkowie nie mają żadnych wielkich idei ani cudownych recept na przyszłość Ameryki. Po prostu kochają nienawidzić.

Sześć miesięcy po procesie twój ojciec umiera na atak serca. Wiesz, że to twoja wina. Chcesz płakać, ale nie możesz.

Spędzasz w więzieniu cztery lata. Cztery lata — tyle samo, ile większość studentów spędza w college’u. Zbliżają się twoje dwudzieste piąte urodziny. Ludzie mówią, że się zmieniłeś, ale ty nie jesteś tego pewny.

Kiedy wychodzisz, ostrożnie stawiasz kroki. Jakby grunt mógł usunąć ci się spod nóg, jakby ziemia w każdej chwili mogła się pod tobą rozstąpić.

To wrażenie już nigdy cię nie opuści.

Twój brat Bernie czeka na ciebie przy bramie. Właśnie się ożenił. Jego żona Marsha nosi ich pierwsze dziecko. Bernie bierze cię w ramiona. Niemal czujesz, jak ostatnie cztery lata odpływają w dal. Brat rzuca jakiś żart. Śmiejesz się, naprawdę się śmiejesz, po raz pierwszy od tak dawna.

Pomyliłeś się — twoje życie nie zakończyło się tamtej mroźnej nocy w Amherst. Brat pomoże ci wrócić do normalnego życia. Z czasem spotkasz nawet piękną kobietę. Ma na imię Olivia. Uczyni cię bezgranicznie szczęśliwym.

Ożenisz się z nią.

Pewnego dnia — dziewięć lat po wyjściu z więzienia — dowiesz się, że twoja piękna żona jest w ciąży. Postanawiasz kupić telefon komórkowy z aparatem fotograficznym, żeby być z nią w nieustannym kontakcie. Jesteś w pracy, kiedy dzwoni telefon.

Nazywasz się Matt Hunter. Telefon dzwoni po raz drugi. A kiedy go odbierasz…

DZIEWIĘĆ LAT PÓŹNIEJ

1

RENO, NEVADA18 KWIETNIA

Dzwonek do drzwi wyrwał Kimmy Dale z głębokiego snu.

Poruszyła się na łóżku, jęknęła i spojrzała na zegar stojący na nocnym stoliku.

11.47.

Chociaż dochodziło południe, w przyczepie mieszkalnej było ciemno jak w nocy. Kimmy to lubiła. Pracowała w nocy i miała lekki sen. Za dawnych czasów w Vegas dopiero po kilku latach prób z zasłonami, żaluzjami, roletami, kotarami i przepaskami na oczy znalazła taką kombinację, która naprawdę nie pozwalała prażącemu słońcu Nevady wyrwać jej z drzemki. Słońce Reno nie było tak bezlitosne, lecz mimo to potrafiło znaleźć i wykorzystać nawet najmniejszą szparę.

Kimmy usiadła na szerokim łożu. Telewizor, produkt jakiejś anonimowej firmy, który kupiła, kiedy pobliski motel w końcu postanowił wymienić sprzęt na lepszy, wciąż grał z wyłączoną fonią. Postacie na ekranie przepływały niczym widma w jakimś odległym świecie. Teraz spała sama, ale bywało różnie. Kiedyś każdy gość, każdy przyszły kochanek, przynosił do tego łóżka nadzieję. Myślała wtedy optymistycznie „może to właśnie ten”, ale po jakimś czasie doszła do wniosku, że oddaje się marzeniom.

Teraz już straciła nadzieję.

Powoli wstała. Przy tym ruchu zabolały ją piersi, powiększone kolejną operacją plastyczną. Kimmy przeszła już trzeci taki zabieg, a nie była młoda. Nie chciała tego, ale Chally, który uważał się za eksperta w tych sprawach, bardzo nalegał. Dostawała coraz mniejsze napiwki. Jej popularność malała. Tak więc zgodziła się.

Jednak skóra piersi była zbyt rozciągnięta po poprzednich zabiegach chirurgicznych. Kiedy Kimmy leżała na plecach, przeklęte cycki opadały na bok i wyglądały jak rybie ślepia.

Dzwonek zadźwięczał ponownie.

Kimmy spojrzała w dół, na swoje hebanowe nogi. Trzydzieści pięć lat, nigdy nie miała dziecka, a żylaki, które się jej porobiły, wyglądały jak plątanina żerujących larw. Zbyt wiele lat pracy na nogach. Chally chciał, żeby i z tym coś zrobiła. Wciąż była w formie, miała świetną figurę i niesamowity tyłek, ale cóż, trzydzieści pięć lat to nie osiemnaście. Początki cellulitis. I te żylaki. Niczym jakaś cholerna mapa.

Wetknęła w usta papierosa. Pudełko z zapałkami pochodziło z jej obecnego miejsca pracy, lokalu striptizowego Eager Beaver. Kiedyś była gwiazdą Vegas, występowała pod pseudonimem Black Magic. Nie tęskniła za tamtymi czasami. Prawdę mówiąc, nie tęskniła za żadnymi czasami.

Kimmy Dale narzuciła szlafrok i otworzyła drzwi sypialni. Frontowy pokój nie był zabezpieczony przed słońcem. Zaatakowało ją wściekle. Osłoniła oczy i zamrugała. Kimmy nie miewała wielu gości — nigdy nie sprowadzała gachów do domu — doszła więc do wniosku, że to zapewne świadkowie Jehowy. W przeciwieństwie do niemal wszystkich innych obywateli wolnego świata Kimmy nie miała nic przeciwko ich sporadycznym wizytom. Zawsze zapraszała tych krzewicieli religii do swego domu i uważnie wysłuchiwała, co mieli do powiedzenia. Zazdrościła im tego, co znaleźli, i żałowała, że nie potrafi przekonać się do ich wiary. Tak samo jak z mężczyznami jej życia, miała nadzieję, że tym razem będzie inaczej, że tym razem zdołają ją przekonać i uwierzy.

Otworzyła drzwi, nie pytając, kto tam.

— Pani jest Kimmy Dale?

Dziewczyna w drzwiach była młoda. Osiemnaście, dwadzieścia lat, coś koło tego. Nie, to nie świadek Jehowy. Nie miała na ustach tego bezmyślnego uśmiechu. Przez moment Kimmy zastanawiała się, czy to jedna z dziewcząt zwerbowanych przez Chally’ego, ale nie. Ta dziewczyna nie była brzydka ani nic takiego, ale też nie w jego typie. Jak na Chally’ego, za mało seksowna.

— Kim jesteś? — zapytała Kimmy.

— To nieważne.

— Proszę?

Dziewczyna opuściła oczy i przygryzła dolną wargę. Kimmy dostrzegła w tym zachowaniu coś dziwnie znajomego i poczuła mrowienie w piersiach.

— Pani znała moją matkę — oznajmiła dziewczyna.

Kimmy bawiła się papierosem.

— Znam wiele matek.

— Moją matką była Candace Potter.

Kimmy skrzywiła się. Było ponad trzydzieści stopni, ale nagle mocniej otuliła się szlafrokiem.

— Mogę wejść?

Czy przytaknęła? Sama nie wiedziała. Odsunęła się na bok i dziewczyna weszła do środka.

— Nie rozumiem — rzekła Kimmy.

— Candace Potter była moją matką. Oddała mnie do adopcji w tym samym dniu, w którym się urodziłam.

Kimmy usiłowała zachować spokój. Zamknęła drzwi przyczepy.

— Napijesz się czegoś?

— Nie, dziękuję.

Obie kobiety przyglądały się sobie. Kimmy założyła ręce na piersi.

— Nie wiem, czego chcesz — powiedziała.

— Dwa lata temu dowiedziałam się, że jestem adoptowana — zaczęła dziewczyna, jakby wcześniej przygotowała sobie przemowę. — Kocham moją przybraną rodzinę, więc nie chcę, żeby wyciągnęła pani niewłaściwe wnioski. Mam dwie siostry i cudownych rodziców. Byli dla mnie bardzo dobrzy. Nie chodzi o nich. Po prostu… kiedy człowiek dowiaduje się czegoś takiego, musi wiedzieć.

Kimmy kiwnęła głową, chociaż nie była pewna dlaczego.

— Tak więc zaczęłam szukać jakichś informacji. To nie było łatwe. Jednak są ludzie, którzy pomagają adoptowanym dzieciom odnaleźć rodziców.

Kimmy wyjęła papierosa z ust. Trzęsła jej się ręka.

— Jednak wiesz, że Candi… to znaczy twoja matka… Candace…

— Nie żyje. Tak, wiem. Została zamordowana. Dowiedziałam się w zeszłym tygodniu.

Kimmy poczuła, że nogi ma jak z waty. Usiadła. Wspomnienia napłynęły bolesną falą.

Candace Potter. Znana w klubach jako Candi Cane.

— Czego ode mnie chcesz? — spytała Kimmy.

— Rozmawiałam z policjantem, który prowadził śledztwo. Nazywa się Max Darrow. Pamięta go pani?

Och tak, pamiętała dobrego starego Maksa. Znała go jeszcze przed tym morderstwem. Z początku detektyw Max Darrow zajmował się tą sprawą jakby od niechcenia. Kwestia priorytetów. Martwa striptizerka, bez rodziny. Jeszcze jeden uschnięty kaktus na pustyni, oto czym Candi była dla Darrowa. Kimmy postanowiła zmienić jego podejście do sprawy, wymieniła przysługę za przysługę. Taki już jest ten świat.

— Taak — powiedziała. — Pamiętam go.

— Przeszedł na emeryturę. Mówię o Maksie Darrowie. Mówi, że wiedzą, kto ją zabił, tylko nie wiedzą, gdzie jest.

Kimmy poczuła, że łzy napływają jej do oczu.

— To było dawno temu.

— Pani i moja mama byłyście przyjaciółkami?

Kimmy zdołała kiwnąć głową. Wciąż pamiętała tamte czasy, oczywiście. Candi była dla niej kimś więcej niż przyjaciółką. Na tym świecie rzadko znajduje się ludzi, na których naprawdę można liczyć. Candi była jedną z takich osób — może jedyną, od kiedy mama umarła, gdy Kimmy miała dwanaście lat. Były nierozłączne, Kimmy i ta biała laska, czasem używały, przynajmniej na scenie, pseudonimów Pic i Sayers, z tego starego filmu Pieśń Briana. A potem, tak samo jak na filmie, jej biała przyjaciółka umarła.

— Była prostytutką? — zapytała dziewczyna.

Kimmy potrząsnęła głową i skłamała:

— Nigdy.

— Jednak była striptizerką.

Kimmy milczała.

— Ja jej nie osądzam.

— No to czego chcesz?

— Chcę się dowiedzieć czegoś o mojej matce.

— Teraz to już nie ma żadnego znaczenia.

— Dla mnie ma.

Kimmy pamiętała, kiedy usłyszała tę wiadomość. Była na scenie na przedmieściu Tahoe, wykonując powolny numer dla gości w porze lunchu, największej bandy nieudaczników w historii ludzkości, facetów mających na butach kurz, a w sercach dziury, które jeszcze się powiększały na widok nagich kobiet. Nie widziała Candi od trzech dni, ale Kimmy była w trasie. Tam, na tej scenie, po raz pierwszy usłyszała plotki. Wiedziała, że stało się coś złego. Modliła się, żeby to nie dotyczyło Candi.

Na próżno.

— Twoja matka miała ciężkie życie — oznajmiła Kimmy.

Dziewczyna siedziała, czekając.

— Candi myślała, że uda nam się jakoś wyrwać, wiesz? Z początku uważała, że dzięki facetom z klubu. Poznają nas i zabiorą ze sobą. Co za bzdury. Niektóre dziewczyny tego próbują. Nigdy nie wychodzi. Facet pragnie spełnienia swoich fantazji, nie ciebie. Twoja matka nauczyła się tego bardzo szybko. Była marzycielką, ale miała wytyczony cel.

Kimmy zamilkła i zapatrzyła się w dal.

— I?

— I wtedy ten drań zatłukł ją, jakby była robakiem.

Dziewczyna wierciła się na krześle.

— Detektyw Darrow powiedział, że nazywał się Clyde Rangor?

Kimmy pokiwała głową.

— Wspomniał również o kobiecie, niejakiej Emmie Lemay. Czy ona była jego wspólniczką?

— W pewnych sprawach, owszem. Jednak nie znam szczegółów.

Kimmy nie płakała, kiedy pierwszy raz usłyszała tę wiadomość. Nie mogła. Jednak doszła do siebie. Zaryzykowała życie, mówiąc temu cholernemu Darrowowi wszystko, co wiedziała.

Człowiek w życiu na ogół się nie stawia. Jednak Kimmy nie zdradziłaby Candi nawet wtedy, kiedy już nie mogła jej pomóc. Ponieważ wraz ze śmiercią Candi umarła najlepsza część Kimmy.

Dlatego rozmawiała z glinami, szczególnie z Maksem Darrowem. Ktokolwiek to zrobił — a tak, była pewna, że to sprawka Clyde’a i Emmy — mógł ją skrzywdzić lub zabić, ale nie zdoła jej powstrzymać.

W końcu Clyde i Emma nie zemścili się na niej. Zamiast tego uciekli.

Od tamtych wydarzeń minęło już dziesięć lat.

— Wiedziała pani o mnie? — spytała dziewczyna.

Kimmy powoli skinęła głową.

— Twoja matka powiedziała mi, ale tylko raz. To było dla niej zbyt bolesne, żeby o tym mówić. Musisz zrozumieć. Candi była młoda, kiedy to się stało. Miała piętnaście lub szesnaście lat. Zabrali cię, gdy tylko przyszłaś na świat. Nawet nie wiedziała, czy urodziła chłopca, czy dziewczynkę.

Zapadła głucha cisza. Kimmy chciała, żeby dziewczyna już sobie poszła.

— Jak pani sądzi, co się z nim stało? Z Clyde’em Rangorem.

— Pewnie nie żyje — odparła Kimmy, chociaż sama w to nie wierzyła. Takie karaluchy jak Clyde nie umierają. Po prostu chowają się, żeby znów krzywdzić ludzi.

— Chcę go odnaleźć — oznajmiła dziewczyna.

Kimmy tylko spojrzała na nią.

— Chcę odszukać mordercę mojej matki i postawić go przed sądem. Nie jestem bogata, ale mam trochę pieniędzy.

Obie milczały przez chwilę. Powietrze było ciężkie i lepkie. Kimmy zastanawiała się, jak to ująć w słowa.

— Mogę ci coś powiedzieć? — zaczęła.

— Oczywiście.

— Twoja matka próbowała walczyć z tym wszystkim.

— Z czym?

Kimmy nie rezygnowała.

— Większość dziewcząt poddaje się. Rozumiesz? Twoja matka nigdy tego nie zrobiła. Nie ugięła się. Marzyła. Jednak nie mogła wygrać.

— Nie rozumiem.

— Jesteś szczęśliwa, dziecko?

— Tak.

— Jeszcze chodzisz do szkoły?

— Zaczynam naukę w college’u.

— W college’u — powiedziała z rozmarzeniem Kimmy. I zaraz dodała: — Ty.

— Co w tym dziwnego?

— Widzisz, twoja matka zwyciężyła.

Dziewczyna milczała.

— Candi, twoja matka, nie chciałaby, żebyś była w to zamieszana. Rozumiesz?

— Chyba tak.

— Zaczekaj chwilkę. — Kimmy otworzyła szufladę. To było tam, oczywiście. Już nie trzymała tego zdjęcia na wierzchu, ale wciąż je miała. Ona i Candi śmiejące się do całego świata. Pic i Sayers. Kimmy popatrzyła na siebie i uświadomiła sobie, że ta młoda dziewczyna, którą nazywali Black Magic, to obca osoba, jakby Clyde Rangor i ją zatłukł na śmierć.

— Weź je — powiedziała.

Dziewczyna delikatnie wzięła zdjęcie, jakby było z porcelany.

— Była piękna — szepnęła.

— Bardzo.

— Wygląda na szczęśliwą.

— Nie była. Jednak dziś byłaby szczęśliwa.

Dziewczyna stanowczo podniosła głowę.

— Nie wiem, czy zdołam trzymać się od tego z daleka.

Może więc jesteś bardziej podobna do matki, niż ci się wydaje, pomyślała Kimmy.

Potem uściskały się i obiecały, że pozostaną w kontakcie. Kiedy dziewczyna poszła, Kimmy ubrała się. Pojechała do kwiaciarni i poprosiła o tuzin tulipanów, ulubionych kwiatów Candi. Odbyła czterogodzinną podróż na cmentarz i uklękła przy grobie przyjaciółki. Wokół nie było nikogo. Kimmy starła kurz z niewielkiego nagrobka. Sama opłaciła kamieniarza. Candi nie będzie leżeć w anonimowym grobie.

— Dziś odwiedziła mnie twoja córka — rzekła głośno.

Wiał łagodny wietrzyk. Kimmy zamknęła oczy i nasłuchiwała. Wydało jej się, że słyszy głos Candi, tak długo niesłyszany, proszący ją, żeby zadbała o bezpieczeństwo jej córki.

I klęcząc tak w prażącym słońcu Nevady, Kimmy obiecała, że to zrobi.

2

IRVINGTON, NEW JERSEY20 CZERWCA

— Wideotelefon — wymamrotał Matt Hunter, kręcąc głową.

Wypatrywał jakiegoś znaku, lecz ujrzał jedynie ogromną butelkę piwa.

Był to znajomy widok, który Matt widywał za każdym razem, gdy wychodził ze swojego niszczejącego dwurodzinnego domku, obłażącego z farby. Z szyjką sterczącą na wysokość niemal sześćdziesięciu metrów, słynna butelka dominowała nad horyzontem. Firma Pabst Blue Ribbon założyła tutaj browar, ale zamknęła go w 1985 roku. Przed laty ta butla była wspaniałą wieżą ciśnień, z powłoką z miedziowanej stalowej blachy, emaliowaną etykietą i złotym kapslem. W nocy butelkę oświetlały reflektory, żeby mieszkańcy Jersey mogli podziwiać ją z odległości wielu kilometrów.

Teraz miała brązowy kolor butelki z piwem, który w rzeczywistości zawdzięczała rdzy. Etykieta dawno znikła. Idąc za przykładem tej flaszki, niegdyś kwitnąca okolica nie tyle popadła w ruinę, ile powoli podupadła. Już od dwudziestu lat nikt nie pracował w browarze. Patrząc na resztki hal, można by pomyśleć, że znacznie dłużej.

Matt przystanął na najwyższym stopniu. Olivia, miłość jego życia, nie. Kluczyki od samochodu pobrzękiwały jej w ręku.

— Chyba nie powinniśmy — powiedział.

Olivia nie zwolniła kroku.

— Chodź. To będzie zabawne.

— Telefon powinien być telefonem — rzekł Matt. — A kamera kamerą.

— Och, co za głęboka myśl.

— Jeden gadżet spełniający obie funkcje… to zboczenie.

— Ekspert się odezwał — zauważyła Olivia.

— Cha, cha. Nie dostrzegasz zagrożenia?

— Nie, żadnego.

— Kamera i telefon jednocześnie… — Matt urwał, szukając odpowiednich słów. — To… sam nie wiem, co o tym myśleć, to coś w rodzaju krzyżówki międzygatunkowej, jak jeden z tych eksperymentów z filmów klasy B, który wymyka się spod kontroli i niszczy wszystko na swej drodze.

Olivia tylko obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem.

— Jesteś niesamowity.

— Po prostu nie jestem pewien, czy powinniśmy kupować wideotelefon, to wszystko.

Nacisnęła przycisk pilota i drzwi samochodu się otworzyły. Złapała klamkę. Matt wahał się.

Olivia spojrzała na niego.

— Co? — zapytał.

— Gdybyśmy oboje mieli takie telefony — powiedziała Olivia — mogłabym ci przysyłać gołe fotki, kiedy jesteś w pracy.

Matt otworzył drzwiczki.

— Verizon czy Sprint?

Olivia obdarzyła go uśmiechem, od którego serce zabiło mu mocniej.

— Kocham cię, wiesz.

— Ja też cię kocham.

Oboje byli już w samochodzie. Obróciła się do niego. Zobaczył jej zatroskane spojrzenie i o mało nie odwrócił głowy.

— Wszystko będzie dobrze — powiedziała Olivia. — Wiesz o tym, prawda?

Przytaknął i udało mu się uśmiechnąć. Nie zwiódł Olivii, ale liczyły się dobre chęci.

— Olivio? — rzekł.

— Tak?

— Powiedz mi coś więcej o tych gołych fotkach.

Dała mu kuksańca.

Niepokój Matta jednak powrócił, gdy tylko weszli do salonu Sprinta i usłyszeli wykład o dwuletniej umowie. Uśmiech sprzedawcy wydawał się dziwnie sataniczny, jak u diabła na jednym z tych filmów, w których naiwny facet sprzedaje swoją duszę. Kiedy sprzedawca wyciągnął mapę Stanów Zjednoczonych i informował ich, że obszary leżące poza zasięgiem sieci są oznaczone jasnoczerwonym kolorem, Matt zaczął się wahać.

Co do Olivii to nic nie mogło ostudzić jej zapału, lecz jego żona z natury była entuzjastką. Należała do tych rzadko spotykanych osób, które znajdują radość zarówno w rzeczach dużych, jak i małych, co z pewnością u nich dwojga było jedną z cech ilustrującą teorię o przyciąganiu się przeciwieństw.

Sprzedawca wciąż gadał. Matt wyłączył się, lecz Olivia uważnie słuchała. Zadała kilka pytań, tak dla formalności, ale sprzedawca wiedział, że rybka nie tylko połknęła haczyk, ale została wyłowiona, oprawiona, upieczona i na pół zjedzona.

— Państwo pozwolą, że przygotuję umowę — rzekł i wymknął się.

Olivia z promiennym uśmiechem złapała Matta za ramię.

— Czy to nie fajne?

Matt zrobił dziwną minę.

— Co?

— Naprawdę użyłaś określenia „gołe fotki”?

Roześmiała się i oparła głowę na jego ramieniu.

Oczywiście euforia Olivii i nieustanny dobry humor były wywołane czymś więcej niż zmianą operatora telefonii komórkowej. Zakup wideotelefonów stanowił tylko symbol, zapowiedź tego, co nadchodziło.

Dziecka.

Dwa dni temu Olivia wykonała domowy test ciążowy i na białym tle w końcu pojawił się czerwony krzyżyk, co Matt uznał za przedziwnie obciążone symboliką religijną. Oniemiał. Od roku próbowali począć dziecko — właściwie od dnia ślubu. Napięcie wywołane ciągłymi porażkami zmieniło to, co zawsze było raczej spontanicznym, jeśli nie wręcz mistycznym przeżyciem, w starannie przestrzegany rytuał mierzenia temperatury, sprawdzania kalendarza, wymuszonej abstynencji i skupionego wysiłku.

Teraz to wszystko było za nimi. Jeszcze wcześnie, ostrzegł ją. Nie uprzedzajmy wypadków. Jednak otaczająca Olivię aura mówiła sama za siebie. Jej euforia była jak żywioł, burza, przypływ. Matt nie potrafił jej powstrzymać.

Właśnie dlatego znaleźli się tutaj.

Wideotelefony, naciskała Olivia, pozwolą ich wkrótce trzyosobowej rodzinie prowadzić takie życie rodzinne, jakiego pokolenie ich rodziców nawet nie umiało sobie wyobrazić. Dzięki wideotelefonom żadne z nich nie przegapi decydujących, a nawet zupełnie zwyczajnych chwil w życiu ich dziecka — pierwszego kroku, pierwszych słów, zabaw i czego tylko chcecie.

A przynajmniej taki był plan.

Godzinę później, kiedy wrócili do swojej połówki bliźniaka, Olivia cmoknęła go i zaczęła wchodzić po schodach na piętro.

— Hej! — zawołał Matt, chwytając swój nowy telefon i unosząc brew. — Chcesz spróbować… hm… jak działa wideo?

— Można nim nakręcić piętnastosekundowy film.

— Piętnastosekundowy. — Rozważył to, wzruszył ramionami i rzekł: — A zatem wydłużymy grę wstępną.

Olivia jęknęła, co najzupełniej zrozumiałe.

Mieszkali w okolicy, którą większość ludzi uznałaby za kiepską, w dziwnie przyjemnym cieniu olbrzymiej butelki piwa w Irvington. Zaraz po wyjściu z więzienia Matt uważał, że na nic lepszego nie zasługuje (łatwo mu było tak mówić, ponieważ na nic lepszego nie było go stać) i pomimo protestów rodziny wynajął tu mieszkanie. Irvington to znużone miasto, w którym mieszka wielu Afroamerykanów — ponad osiemdziesiąt procent. Ktoś mógłby wyciągnąć oczywisty wniosek o poczuciu winy wywołanym pobytem w więzieniu. Matt wiedział, że te sprawy nigdy nie są takie proste, ale nie potrafił wyjaśnić tego w inny sposób, twierdził jedynie, że jeszcze nie jest gotowy wrócić na bogate przedmieścia. Zmiana byłaby zbyt gwałtowna, zbyt wyczerpująca.

Tak więc ta okolica — stacja benzynowa Shella, stary sklep z artykułami gospodarstwa domowego, delikatesy na rogu, menele na popękanym krawężniku, drogi dojazdowe do lotniska Newark, tawerna schowana w pobliżu starego browaru Pabsta — stała się ich domem.

Kiedy Olivia przeniosła się z Wirginii, przypuszczał, że będzie chciała przeprowadzić się do lepszej dzielnicy. Wiedział, że przywykła, jeśli nie do czegoś lepszego, to na pewno innego. Wychowała się w małym miasteczku Northways, w Wirginii. Ledwie zaczęła chodzić, a matka porzuciła męża i ją.

Trochę za stary jak na młodego ojca — bo kiedy Olivia przyszła na świat, miał pięćdziesiąt jeden lat — Joshua Murray ciężko pracował, żeby zarobić na siebie i swoją córeczkę. Joshua był jedynym lekarzem w Northways i zajmował się dosłownie wszystkim, od wyrostka robaczkowego u sześcioletniej Mary Kate Johnson po gościec starego Ritemana.

Według Olivii Joshua był miłym i łagodnym człowiekiem oraz cudownym ojcem, zauroczonym jedynaczką. Byli tylko we dwoje, ojciec i córka, mieszkali w domu z czerwonej cegły przy głównej ulicy. Gabinet ojca mieścił się w przybudówce, po prawej stronie podjazdu. Olivia przeważnie po szkole pędziła do domu, żeby pomóc przy pacjentach. Uspokajała przestraszone dzieci lub gawędziła z Cassie, ich długoletnią rejestratorką i pielęgniarką. Cassie była również „jakby nianią”. Jeśli ojciec był zbyt zajęty, Cassie gotowała obiad i pomagała Olivii odrabiać lekcje. Olivia uwielbiała ojca. Jej marzeniem — i tak, teraz uważała, że to brzmi beznadziejnie naiwnie — było zostać lekarką i pracować z ojcem.

Kiedy jednak była na ostatnim roku college’u, wszystko się zmieniło. Ojciec, będący jedynym jej krewnym, umarł na raka płuc. Ta wiadomość podcięła skrzydła Olivii. Dawne marzenie — żeby pójść na medycynę i w ślady ojca — umarło razem z nim. Olivia zerwała zaręczyny z chłopakiem, z którym chodziła w college’u, przyszłym lekarzem o imieniu Doug, i wróciła do rodzinnego domu w Northways. Ale życie tam bez ojca było zbyt bolesne. W końcu sprzedała dom i wprowadziła się do kompleksu mieszkalnego w Charlottesville. Podjęła pracę w firmie komputerowej, wymagającą częstych podróży, dzięki czemu w pewnym stopniu odnowiła dziwną i krótką znajomość z Mattem.

Irvington w New Jersey niezbyt przypominało Northways czy Charlottesville w Wirginii, ale Olivia go zaskoczyła. Chciała, by pozostali tutaj, w tej kiepskiej okolicy, żeby mogli zaoszczędzić pieniądze na wymarzony i już zamówiony dom.

Trzy dni po tym jak kupili nowe telefony komórkowe, Olivia wróciła do domu i od razu skierowała się na górę. Matt nalał sobie szklaneczkę cytrynowej wody sodowej i wziął kilka tych precelków w kształcie cygar. Pięć minut później poszedł za nią. Olivii nie było w sypialni. Zajrzał do małego gabinetu. Siedziała przy komputerze, tyłem do drzwi.

— Olivio?

Odwróciła się do niego i uśmiechnęła. Matt zawsze gardził tym wyświechtanym powiedzeniem o uśmiechu rozjaśniającym pokój, ale Olivia naprawdę potrafiła to zrobić — „przemienić swym uśmiechem cały świat”. Jej uśmiech był zaraźliwy. Był jak katalizator, dodający barw i wyrazu jego życiu, zmieniający wszystko wokół.

— O czym myślisz? — zapytała Olivia.

— O tym, że jesteś nieodparcie pociągająca.

— Nawet w ciąży?

— Szczególnie w ciąży.

Olivia stuknęła w klawisz i ekran zgasł. Wstała i delikatnie pocałowała Matta w policzek.

— Muszę się spakować.

Wyjeżdżała służbowo do Bostonu.

— O której wylatujesz? — zapytał.

— Myślę, że raczej tam pojadę.

— Dlaczego?

— Jedna z moich znajomych poroniła po podróży samolotem. Nie chcę ryzykować. Och, a jutro rano przed podróżą zamierzam odwiedzić doktora Haddona. Chcę ponownie wykonać test i upewnić się, że wszystko w porządku.

— Mam iść z tobą?

Pokręciła głową.

— Musisz iść do pracy. Pójdziesz następnym razem, kiedy będą robili sonogram.

— W porządku.

Olivia pocałowała go ponownie, tym razem nieco dłużej.

— Hej — szepnęła. — Szczęśliwy?

Zamierzał znów zażartować, rzucić jakąś aluzję. Jednak nie zrobił tego. Spojrzał jej prosto w oczy i powiedział:

— Bardzo.

Olivia odsunęła się, on wciąż stał w drzwiach i obserwował ten uśmiech.

— Lepiej się spakuję.

Matt patrzył, jak odchodzi. Było mu dziwnie lekko na sercu. Naprawdę był szczęśliwy, co piekielnie go przerażało. Szczęście jest takie kruche. Dowiadujesz się tego, kiedy zabijasz chłopaka. Dowiadujesz się tego, kiedy spędzasz cztery lata w więzieniu o zaostrzonym rygorze.

Szczęście jest tak delikatne, tak nietrwałe, że może je zniszczyć byle podmuch.

Lub dzwonek telefonu.

* * *

Matt był w pracy, gdy poczuł wibracje wideotelefonu.

Spojrzał na numer dzwoniącego i zobaczył, że to Olivia. Wciąż siedział przy swoim starym podwójnym biurku, chociaż druga strona była wolna już od trzech lat. Jego brat Bernie kupił to biurko, kiedy Matt wyszedł z więzienia. Przed tym, co rodzina eufemistycznie nazywała „wypadkiem”, Bernie wiązał wielkie nadzieje z nimi dwoma, Braćmi Hunter. Nie chciał z nich rezygnować. Matt miał zapomnieć o tych czterech latach. Ten wypadek był tylko wybojem na drodze, niczym więcej, a teraz Bracia Hunter znowu siedzieli w siodle.

Bernie był tak przekonujący, że Matt prawie w to uwierzył.

Bracia siedzieli przy tym biurku przez sześć lat. Prowadzili w tym pokoju kancelarię prawniczą — Bernie zajmował się lukratywnymi zleceniami korporacyjnymi, a Matt, jako skazany przestępca niemający prawa wykonywania zawodu, przejmował sprawy leżące na przeciwnym biegunie, ani lukratywne, ani korporacyjne. Wspólnicy Berniego uważali to za dziwactwo, ale żaden z braci nie odczuwał potrzeby samotności. Jako dzieci mieli wspólny pokój, w którym Bernie spał na górze piętrowego łóżka i był dla Matta głosem dobiegającym z góry, z ciemności. Obaj tęsknili za tymi czasami — a przynajmniej tęsknił za nimi Matt. Sam zawsze czuł się nieswojo. Miło było dzielić pokój z Berniem.

Przez sześć lat.

Matt położył dłonie na mahoniowym blacie. Powinien już pozbyć się tego biurka. Od trzech lat nikt nie siedział po stronie Berniego, lecz Matt wciąż czasem zerkał tam, spodziewając się go zobaczyć.

Wideotelefon znów zawibrował.

W jednej chwili Bernie miał wszystko — wspaniałą żonę, dwóch wspaniałych chłopców, duży dom na przedmieściu, partnerstwo w dużej kancelarii prawniczej, zdrowie i popularność — a w następnej rodzina sypała ziemię na jego grób i usiłowała zrozumieć, co się stało. Tętniak mózgu, powiedział lekarz. Możesz chodzić z nim latami, a potem bach i umierasz.

Telefon był ustawiony na wibrowanie, dopiero potem rozlegał się dzwonek. Przestał wibrować i zaczął odgrywać stary motyw z Batmana, ten z ambitnym tekstem składającym się głównie z „na, na, na”, zakończonym okrzykiem „Batman”!

Matt odczepił nowy aparat od paska.

Zatrzymał palec tuż nad przyciskiem odbioru. To było dziwne. Olivia, chociaż pracowała w firmie komputerowej, zupełnie nie radziła sobie z elektroniką. Rzadko używała telefonu, a jeśli już, to przecież wiedziała, że Matt jest w biurze. Zadzwoniłaby na stacjonarny.

Matt nacisnął klawisz odbioru, lecz na ekraniku pojawił się komunikat, że „nadchodzi” zdjęcie. To również było dziwne. Pomimo początkowego entuzjazmu Olivia jeszcze nie nauczyła się korzystać z kamery.

Odezwał się interkom.

Rolanda — Matt mógłby nazwać ją sekretarką lub asystentką, ale wtedy zrobiłaby mu krzywdę — odkaszlnęła.

— Matt?

— Tak?

— Marsha na drugiej linii.

Wciąż patrząc na ekran, Matt podniósł słuchawkę biurowego telefonu, żeby porozmawiać ze swoją bratową, wdową po Berniem.

— Cześć — powiedział.

— Cześć — odparła Marsha. — Czy Olivia wciąż jest w Bostonie?

— Uhm. W rzeczy samej, chyba właśnie przesyła mi zdjęcie przez nowy telefon komórkowy.

— Och. — Na moment zapadła cisza. — Jednak będziecie dziś w pobliżu?

W kolejnym geście sygnalizującym więź rodzinną Matt i Olivia przymierzali się do zakupu domu niedaleko Marshy i chłopców. Dom znajdował się w Livingston, gdzie Matt i Bernie dorastali.

Matt kwestionował sens tego powrotu. Ludzie mają dobrą pamięć. Bez względu na to, ile minie lat, zawsze będą szeptać za jego plecami. Z jednej strony Matt już dawno przestał się przejmować takimi drobiazgami, z drugiej zaś martwił się o Olivię i ich przyszłe dziecko. Przekleństwo przechodzące z ojca na syna i tym podobne rzeczy.

Olivia zdawała sobie sprawę z ryzyka. Chciała tego dziecka.

Co więcej zawsze trochę nadpobudliwa Marsha miała — Matt zastanawiał się, jak to najłagodniej ująć — humory. Rok po nagłej śmierci Berniego przeszła załamanie nerwowe. „Musiała odpocząć” — kolejny eufemizm — przez dwa tygodnie, a na ten czas Matt wprowadził się do jej domu i zajął chłopcami. Teraz Marsha była w dobrej formie — przynajmniej tak wszyscy twierdzili — ale Matt wciąż wolał trzymać się w pobliżu.

Dziś mieli obejrzeć osobiście nowy dom.

— Powinienem niedługo tam być. Czemu pytasz, czy coś się stało?

— Mógłbyś tu wpaść?

— Do ciebie?

— Tak.

— Pewnie.

— Jeśli ci nie pasuje…

— Nie, skądże.

Marsha był piękną kobietą o owalnej twarzy, która czasem miała okropnie smutny wyraz. Jego bratowa często nerwowo spoglądała w górę, jakby upewniając się, że czarna chmura jest na swoim miejscu. Oczywiście był to tylko odruch, tak samo nic niemówiący o prawdziwej osobowości jak niski wzrost czy szramy.

— Wszystko w porządku? — zapytał Matt.

— Tak, świetnie. To nic takiego. Po prostu… Mógłbyś przez parę godzin zająć się dziećmi? Muszę być w szkole, a Kyra ma dziś wieczorem wychodne.

— Chcesz, żebym zabrał je na obiad?

— Byłoby wspaniale. Tylko nie do McDonalda, dobrze?

— Chińszczyzna?

— Idealnie — powiedziała.

— Bombowo, będę.

— Dzięki.

Na ekranie wideotelefonu zaczął pojawiać się obraz.

— Zobaczymy się później — powiedział Matt.

Pożegnała się i rozłączyła.

Matt znów skupił uwagę na wideotelefonie. Zmrużył oczy, patrząc na ekran. Ten był maleńki. Miał może ponad trzy centymetry, nie więcej niż cztery. Dzień był słoneczny. Zasłony odsunięte. W słonecznym blasku trudno było coś dostrzec. Matt osłonił dłonią maleńki wyświetlacz i pochylił się nad nim, rzucając cień. Poskutkowało.

Na ekraniku pojawił się jakiś człowiek.

Nadal trudno było dostrzec szczegóły. Mężczyzna miał najwyżej trzydzieści kilka lat — tak samo jak Matt — i bardzo ciemne, niemal granatowe włosy. Nosił czerwoną koszulę, zapinaną na guziki. Jedną rękę miał uniesioną, jakby nią machał. Znajdował się w pokoju o białych ścianach, z szarym niebem widocznym za oknem. Twarz wykrzywiał mu kpiący uśmiech — jeden z tych oznaczających „jestem sprytniejszy od ciebie”. Matt przyglądał mu się uważnie. Ich spojrzenia się spotkały i Matt mógłby przysiąc, że w oczach nieznajomego dostrzegł drwinę.

Matt nie znał go.

Nie wiedział, dlaczego jego żona zrobiła zdjęcie temu człowiekowi.

Ekran zgasł. Matt nie ruszał się. W uszach wciąż szumiało mu jak w muszli wyłowionej z morza. Wciąż słyszał inne dźwięki — odległy pisk faksu, ciche głosy, uliczny ruch — ale jakby przefiltrowane przez watę.

— Matt?

To Rolanda Garfield, asystentka-sekretarka. Firma prawnicza nie była zachwycona, kiedy Matt ją zatrudnił. Rolanda była nieco zbyt „pospolita” dla wykrochmalonych kołnierzyków z Carter Sturgis. Jednak Matt się uparł. Była jedną z jego pierwszych klientek i w jej sprawie odniósł sukces, a tych miał na koncie niewiele.

Odsiadując wyrok, Matt zdołał ukończyć studia prawnicze. Dyplom uzyskał niedługo po zwolnieniu. Bernie, będący motorem napędowym prosperującej firmy prawniczej Carter Sturgis, sądził, że uda mu się przekonać palestrę, żeby uczyniła wyjątek i przyjęła do swego grona jego brata kryminalistę.

Mylił się.

Jednak Berniego niełatwo było zniechęcić. Namówił swoich wspólników, żeby przyjęli Matta jako „radcę”. Wspaniały, ogólnikowy tytuł, który najczęściej oznaczał człowieka od czarnej roboty.

Partnerom z Carter Sturgis z początku to się nie podobało. Żadna niespodzianka. Były skazaniec w ich schludnej kancelarii prawniczej? Nie ma mowy. Jednak Bernie odwołał się do ich jedynego ludzkiego uczucia, twierdząc, że zatrudnienie Matta zrobi dobre wrażenie. Dowiedzie, że firma ma serce i wierzy — przynajmniej teoretycznie — w resocjalizację. Matt jest sprytny. Będzie dobrym nabytkiem. Co więcej, mógłby przejąć większą część spraw, które firma musi prowadzić dla dobra publicznego, co pozwoliłoby partnerom drenować kieszenie bogatych, nie irytując klasy średniej.

I dwa najmocniejsze argumenty: Matt będzie tani — bo jaki ma wybór? A poza tym jego braciszek Bernie, będący w firmie kurą znoszącą złote jajka, odejdzie, jeśli się nie zgodzą.

Jego wspólnicy rozważyli ten scenariusz. Może naprawdę zrobią dobry uczynek i jednocześnie dobry interes? Właśnie na takiej logice opiera się większość przedsięwzięć charytatywnych.

Matt nie odrywał oczu od ciemnego wyświetlacza. Puls trochę mu przyspieszył. Zastanawiał się, kim jest ten facet o kruczoczarnych włosach.

Rolanda wzięła się pod boki.

— Ziemia do „Challengera” — powiedziała.

— Co? — otrząsnął się z zadumy Matt.

— Dobrze się czujesz?

— Ja? Doskonale.

Rolanda obrzuciła go dziwnym spojrzeniem.

Wideotelefon znowu zaczął wibrować. Rolanda stała podparta pod boki. Matt spojrzał na nią. Nie zareagowała na aluzję. Rzadko reagowała. Telefon znów zabuczał, a potem zaczął wygrywać melodię z Batmana.

— Nie zamierzasz odebrać? — zapytała Rolanda.

Zerknął na telefon. Na wyświetlaczu znowu migał numer komórki jego żony.

— Hej, Batmanie.

— Już odbieram — rzekł Matt.

Dotknął kciukiem zielonego przycisku i przytrzymał go chwilę, po czym nacisnął. Ekranik znów się rozjaśnił.

Pojawił się film.

Technologia poczyniła postępy, lecz filmy oglądane na wyświetlaczu o słabej rozdzielczości zwykle miały jakość dwie klasy niższą od filmów Zaprudera. Przez sekundę lub dwie Matt starał się skupić wzrok na tym, co działo się na ekranie. Wiedział, że ten film będzie krótki. Dziesięć, najwyżej piętnaście sekund.

To był jakiś pokój. Na pewno. Kamera ukazała telewizor stojący na stoliku. Na ścianie wisiał obraz. Matt nie potrafił stwierdzić, co przedstawia to płótno, ale odniósł wrażenie, że film ukazuje pokój w hotelu. Kamera zatrzymała się na drzwiach łazienki.

I wtedy pojawiła się kobieta.

Miała platynowe włosy. Nosiła ciemne okulary i obcisłą niebieską suknię. Matt zmarszczył brwi.

Co jest, do diabła?

Kobieta przez moment stała nieruchomo. Matt odniósł wrażenie, że nie wiedziała, iż jest filmowana. Obiektyw poruszył się razem z nią. Obraz znikł w błysku światła — chyba promienie słoneczne wpadały przez okno — a potem pojawił się znowu.

Kiedy kobieta ruszyła w kierunku łóżka, Mattowi zaparło dech.

Rozpoznał ten chód.

Poznał też sposób, w jaki usiadła na łóżku, jej ostrożny uśmiech, sposób, w jaki uniosła brodę i założyła nogę na nogę.

Zastygł.

Z drugiego końca pokoju usłyszał głos Rolandy, teraz łagodniejszy:

— Matt?

Zignorował ją. Kamera została postawiona na czymś, zapewne na biureczku. Nadal była wycelowana w łóżko. Mężczyzna ruszył w kierunku platynowej blondynki. Matt widział tylko jego plecy. Tamten miał czerwoną koszulę i kruczoczarne włosy. Podchodząc, zasłonił kobietę. I łóżko.

Oczy Matta zaczęły zasnuwać się mgłą. Zamrugał, skupiając wzrok. Ekran ciekłokrystaliczny wideotelefonu zaczął ciemnieć. Obraz zamigotał i znikł, Matt siedział skamieniały, Rolanda spoglądała na niego dziwnie, a fotografie po tej stronie biurka, która należała do Berniego, wciąż stały na swoim miejscu. Był pewien — no cóż, prawie pewien, bo przecież to zaledwie ponadtrzycentymetrowy ekranik — że kobieta w obcym pokoju hotelowym, ta kobieta w obcisłej niebieskiej sukni, nosiła blond perukę, a naprawdę była brunetką, na imię miała Olivia i była jego żoną.

3

NEWARK, NEW JERSEY22 CZERWCA

Loren Muse, inspektor z biura prokuratora okręgu Essex, siedziała w gabinecie szefa.

— Zaczekaj chwilkę — powiedziała. — Chcesz mi powiedzieć, że ta zakonnica miała implanty w piersiach?

Ed Steinberg, prokurator okręgowy, siedział za biurkiem, masując sobie wielkie brzuszysko. Miał taką budowę ciała, że patrząc na niego nawet od tyłu, nie widziało się jego tuszy, tylko szeroki tyłek. Odchylił się na fotelu i założył ręce za głowę. Koszulę miał pożółkłą pod pachami.

— Owszem, na to wygląda.

— Jednak umarła z przyczyn naturalnych? — zapytała Loren.

— Tak uważaliśmy.

— Już tak nie uważacie?

— Ja już tak nie uważam — rzekł Steinberg.

— W tym momencie mogłabym rzucić cięty dowcip, szefie.

— Jednak nie rzucisz. — Steinberg westchnął i założył okulary do czytania. — Siostra Mary Rose, ucząca socjologii, została znaleziona martwa w swoim klasztornym pokoju. Żadnych śladów walki, żadnych ran, sześćdziesiąt dwa lata. Pozornie zwyczajna śmierć w wyniku ataku serca, udaru, czegoś takiego. Nic podejrzanego.

— Ale? — wtrąciła Loren.

— Ale pojawił się pewien nowy fakt.

— Chyba mówi się „ślad”.

— Przestań, dobijasz mnie.

Loren podniosła ręce.

— Nadal nie rozumiem, dlaczego mnie ściągnąłeś.

— Może dlatego, że jesteś najlepszym inspektorem dochodzeniowym w całym… hmm… okręgu?

Loren skrzywiła się.

— Tak, wcale nie myślałem, że to przejdzie. Ta zakonnica… — Steinberg znów zdjął okulary. — Uczyła w St Margaret’s High.

Spojrzał na Loren.

— I co z tego?

— To, że byłaś jej uczennicą, mam rację?

— Powtarzam: i co z tego?

— To, że matka przełożona ma znajomości. Zażądała ciebie.

— Matka Katherine?

Zajrzał do papierów.

— Tak ma na imię.

— Żartujesz, prawda?

— Wcale. Poprosiła o przysługę. Zażądała, żeby przysłano ciebie.

Loren pokręciła głową.

— Zakładam, że ją znasz?

— Matkę Katherine? Tylko dlatego, że wciąż wysyłano mnie do niej na dywanik.

— Chwila, byłaś niegrzeczną dziewczynką? — Steinberg przycisnął dłoń do piersi. — Wytatuuj mi na czole „wstrząśnięty”.

— Nadal nie rozumiem, dlaczego chciała właśnie mnie.

— Może pomyślała, że będziesz dyskretna.

— Nienawidziłam tego miejsca.

— Dlaczego?

— Nie chodziłeś do katolickiej szkoły, prawda?

Podniósł stojącą na biurku tabliczkę z nazwiskiem i postukał w nią palcem.

— Steinberg — przeczytał powoli. — Zauważ: Stein. I Berg. Często spotyka się takie nazwiska wśród katolików?

Loren skinęła głową.

— No właśnie, więc równie dobrze mogłabym wyjaśniać głuchemu, czym jest muzyka. Któremu prokuratorowi mam podlegać?

— Mnie.

To ją zaskoczyło.

— Bezpośrednio?

— Bezpośrednio i wyłącznie. Nikomu innemu, jasne?

Kiwnęła głową.

— Jasne.

— Jesteś gotowa?

— Na co?

— Na matkę Katherine.

— Co z nią?

Steinberg wstał i wymaszerował zza biurka.

— Jest w sąsiednim pokoju. Chce porozmawiać z tobą w cztery oczy.

* * *

Kiedy Loren Muse była uczennicą szkoły dla dziewcząt St Margaret’s, matka Katherine miała cztery metry wzrostu i ze sto lat. Z upływem czasu skurczyła się i odmłodniała — ale niewiele. Kiedy Loren chodziła do St Margaret’s, matka Katherine nosiła habit. Teraz też miała na sobie bezsprzecznie skromny strój, chociaż znacznie mniej rzucający się w oczy. Reakcja zakonnic na styl obowiązujący w republikach bananowych, domyśliła się Loren.

— Zostawię was same — powiedział Steinberg.

Matka Katherine stała z rękami złożonymi jak do modlitwy. Drzwi się zamknęły. Żadna z kobiet się nie odezwała. Loren dobrze to znała. Nie zamierzała odezwać się pierwsza.

W pierwszej klasie szkoły średniej w Livingston Loren została uznana za „trudną uczennicę” i posłana do St Margaret’s. Była drobna i miała zaledwie metr pięćdziesiąt wzrostu, a i później niewiele urosła. Inni inspektorzy, banda dowcipnych samców, nazywali ją Pętakiem.

Inspektorzy. Tylko im pozwól, to zaraz wezmą cię na języki.

Z Loren nie zawsze były kłopoty. W szkole podstawowej była żywą jak iskra dziewczyną, która grała w nogę jak chłopak i prędzej by umarła, niż włożyła coś różowego. Jej ojciec imał się różnych zajęć, przeważnie związanych ze spedycją. Był miłym, spokojnym mężczyzną, który popełnił błąd, zakochując się w zbyt pięknej kobiecie.

Rodzina Muse mieszkała w Livingston w stanie New Jersey, w dzielnicy Coventry, na przedmieściu, gdzie mieli domy ludzie znacznie od nich zamożniejsi. Matka Loren, olśniewająca i wymagająca pani Muse, uparła się, ponieważ — do licha — zasługiwała na to. Nikt, absolutnie nikt, nie będzie patrzył z góry na Carmen Muse.

Orała ojcem Loren, wymagając, by pracował ciężej, brał więcej kredytów i jakoś sobie z tym radził, aż pewnego dnia — dokładnie dwa dni po tym, jak Loren skończyła czternaście lat — jej tata strzelił sobie w głowę w przydomowym, wolno stojącym garażu na dwa samochody.

Z biegiem lat doszła do wniosku, że ojciec był niezrównoważony. Teraz to rozumiała. Powodem były zaburzenia procesów chemicznych w jego mózgu. Taki człowiek zabija się i nie należy obwiniać o to innych. Jednak Loren to robiła. Winiła swoją matkę. Zastanawiała się, jak wyglądałoby życie jej miłego, spokojnego ojca, gdyby poślubił osobę mniej wymagającą niż Carmen Valos z Bayonne.

Młoda Loren zareagowała na tę tragedię tak, jak można było oczekiwać: zbuntowała się przeciwko całemu światu. Zaczęła pić, palić, zadawać się z nieodpowiednim towarzystwem i sypiać z kim popadnie. Loren uważała, że to potworna niesprawiedliwość, iż chłopcy mający liczne kontakty seksualne są podziwiani, podczas gdy robiące to samo dziewczyny są uważane za głupie zdziry. Prawda wyglądała jednak tak — chociaż Loren niechętnie to przyznawała — że pomimo wszystkich feministycznych usprawiedliwień doskonale zdawała sobie sprawę z tego, iż częstotliwość jej kontaktów seksualnych jest ściśle związana z poczuciem własnej wartości. Kiedy jej samoocena była niska, rósł współczynnik… hmm… uległości. Z mężczyznami było chyba inaczej, a jeśli nie, lepiej to ukrywali.

Matka Katherine przełamała impas.

— Miło cię widzieć, Loren.

— Też się cieszę — powiedziała ostrożnie Loren, co było zupełnie nie w jej stylu. O rany, co dalej? Czy znów zacznie ogryzać paznokcie? — Prokurator Steinberg mówił, że chce pani ze mną porozmawiać.

— Możemy usiąść?

Loren wzruszyła ramionami. Jak pani chce. Usiadły. Loren założyła ręce na piersi i wyciągnęła się na krześle. Założyła nogę na nogę. Przypomniała sobie, że ma w ustach gumę do żucia. Ściągnięta twarz matki Katherine wyrażała dezaprobatę. Loren przekornie zaczęła energiczniej poruszać szczękami, tak że dyskretne żucie zaczęło przypominać zaciekłe przeżuwanie.

— Zechce mi pani wyjaśnić, o co chodzi?

— To bardzo delikatna sytuacja — zaczęła matka Katherine. — Wymaga…

Uniosła oczy ku niebu, jakby prosiła Wielkiego Szefa o pomoc.

— Delikatności? — podsunęła Loren.

— Tak. Delikatności.

— Dobrze — powiedziała Loren, przeciągając to słowo. — Chodzi o tę zakonnicę z powiększonymi cyckami, prawda?

Matka Katherine zamknęła oczy i znów je otworzyła.

— Tak. Sądzę jednak, że czegoś nie zauważasz.

— Czego?

— Straciliśmy wspaniałą nauczycielkę.

— Czyli siostrę Mary Rose — odparła Loren, myśląc: naszą Madonnę z Wielkim Cycem.

— Tak.

— Sądzi pani, że umarła z przyczyn naturalnych? — zapytała Loren.

— Tak uważam.

— A zatem?

— Bardzo trudno mi o tym mówić.

— Chciałabym pomóc.

— Zawsze byłaś dobrą dziewczyną, Loren.

— Nie, byłam wrzodem na tyłku.

Matka Katherine zdołała powstrzymać uśmiech.

— No cóż, to też.

Loren odpowiedziała takim samym uśmiechem.

— Są różne rodzaje trudnych dzieci — kontynuowała matka Katherine. — Byłaś zbuntowana, owszem, ale zawsze miałaś dobre serce. Nigdy nie postępowałaś okrutnie wobec innych. Dla mnie to zawsze było kluczową cechą. Często pakowałaś się w kłopoty, ponieważ ujmowałaś się za kimś słabszym.

Loren pochyliła się i zrobiła coś, co ją samą zdziwiło: ujęła dłoń zakonnicy. Matka Katherine też wyglądała na zaskoczoną tym gestem. Błękitnymi oczami popatrzyła na Loren.

— Obiecaj mi, że zatrzymasz dla siebie to, co ci powiem — rzekła matka Katherine. — To bardzo ważne. Szczególnie w tym klimacie. Najlżejszy powiew skandalu…

— Nie będę niczego ukrywać.

— Nigdy bym tego od ciebie nie żądała — odparła matka przełożona lekko urażonym tonem. — Musimy dotrzeć do prawdy. Poważnie się zastanawiałam, czy… — Machnęła ręką. — Czy po prostu tak tego nie zostawić. Siostra Mary Rose zostałaby pochowana po cichu i na tym wszystko by się skończyło.

Loren nadal trzymała ją za rękę. Dłoń starej kobiety była czarna jak z hebanu.

— Zrobię co w mojej mocy.

— Musisz zrozumieć. Siostra Mary Rose była jedną z naszych najlepszych nauczycielek.

— Uczyła socjologii?

— Tak.

Loren poszperała w pamięci.

— Nie pamiętam jej.

— Dołączyła do nas później, jak skończyłaś szkołę.

— Jak długo uczyła w Margaret’s?

— Siedem lat. I pozwól, że coś ci powiem. Ta kobieta była święta. Wiem, że to nadużywane słowo, ale w inny sposób nie potrafię jej opisać. Siostra Mary Rose nigdy nie pragnęła chwały. Nie była samolubna. Chciała po prostu robić to, co należy.

Matka Katherine zabrała rękę. Loren znów usiadła wygodnie i założyła nogę na nogę.

— Proszę mówić dalej.

— Kiedy ją znalazłyśmy… Mówiąc my, mam na myśli dwie siostry i siebie. Kiedy znalazłyśmy ją rano, siostra Mary Rose miała na sobie nocny strój. Ona też, jak wiele z nas, była bardzo skromną kobietą.

Loren zachęcająco skinęła głową.

— Byłyśmy przestraszone, oczywiście. Nie oddychała. Spróbowałyśmy sztucznego oddychania i masażu serca. Niedawno odwiedził nas miejscowy policjant, który uczył dzieci tych metod pierwszej pomocy. Tak więc spróbowałyśmy je zastosować. To ja robiłam masaż serca i…

Zamilkła.

— I wtedy zorientowała się pani, że siostra Mary Rose miała powiększane piersi?

Matka Katherine skinęła głową.

— Czy wspomniała pani o tym innym siostrom?

— Och nie. Oczywiście, że nie.

Loren wzruszyła ramionami.

— Naprawdę nie rozumiem, w czym problem — powiedziała.

— Jak to?

— Zanim została zakonnicą, siostra Mary Rose zapewne miała własne życie. Kto wie, jak wyglądało.

— W tym sęk — rzekła matka Katherine. — Nie miała.

— Chyba nie nadążam.

— Siostra Mary Rose przybyła do nas z bardzo konserwatywnej parafii w Oregonie. W wieku piętnastu lat została sierotą i wstąpiła do zakonu.

Loren zaczęła się zastanawiać.

— Zatem nie miała pani pojęcia, że…?

Mimo woli przesunęła dłonią w powietrzu tuż nad swoimi piersiami.

— Absolutnie żadnego.

— No to jak pani to wyjaśni?

— Sądzę… — Matka Katherine przygryzła wargę. — Sądzę, że siostra Mary Rose nas oszukała.

— W jakim sensie?

— Nie wiem.

Matka Katherine spojrzała wyczekująco na Loren.

— I dlatego — powiedziała Loren — ja mam wkroczyć do akcji?

— No cóż, tak.

— Chce pani, żebym się dowiedziała, o co jej chodziło.

— Tak.

— Dyskretnie.

— Na to liczę, Loren. Jednak przede wszystkim musimy poznać prawdę.

— Nawet jeśli jest nieprzyjemna?

— Szczególnie jeśli jest nieprzyjemna. — Matka Katherine wstała. — Właśnie tak należy czynić ze złem tego świata. Wyciągać je na boskie światło dnia.

— Tak — mruknęła Loren. — Na światło dnia.

— Ty już nie jesteś wierząca, prawda, Loren?

— Nigdy nie byłam.

— Och, nie jestem pewna. — Loren wstała, lecz matka Katherine wciąż nad nią górowała. Tak, pomyślała Loren, nadal ma cztery metry wzrostu. — Pomożesz mi?

— Dobrze pani wie, że tak.

4

Mijały sekundy. Matt Hunter zgadywał, że tylko sekundy. Gapił się na telefon i czekał. Nic się nie działo. Jego mózg przestał pracować. Otrząsnął się z tej stagnacji, ale wtedy zapragnął ponownie w nią zapaść.