Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 504 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 25 min Lektor: Wiktor Zborowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 25 min Lektor: Wiktor Zborowski

Opis ebooka Niewinny człowiek - John Grisham

Ronald Williamson, pierwszy w historii zawodnik ze stanu Oklahoma wybrany do Major Leagure Baseball, zostaje skazany na śmierć za zgwałcenie i zamordowanie młodej dziewczyny w swoim rodzinnym miasteczku. Po jedenastu latach pobytu w celi śmierci, udaje się doprowadzić do rewizji  procesu, który odbył się z pogwałceniem praw oskarżonego. Oparte na prawdziwej historii.

Opinie o ebooku Niewinny człowiek - John Grisham

Cytaty z ebooka Niewinny człowiek - John Grisham

Jak wielu miłośników trunków w  końcu musiał z  nich zrezygnować. Korzystał wtedy z  pomocy psa przewodnika, którego trzeba było zmienić, gdyż nie potrafił się odzwyczaić od prowadzenia Barneya do sklepu monopolowego.

Fragment ebooka Niewinny człowiek - John Grisham

O książce

Ron Williamson miał być dumą swojej rodzinnej miejscowości…

Utalentowanemu chłopakowi udaje się to, o czym marzą wszyscy jego koledzy z niewielkiego miasta w Oklahomie – dostaje się do zawodowej ligi baseballowej. Niestety to, co w powszechnej opinii uchodzi za największe osiągnięcie w tej dziedzinie, dla Rona okazuje się początkiem końca. Alkohol, narkotyki, niewłaściwe kobiety, wybuchy niekontrolowanej agresji i wreszcie głęboka depresja czynią z niego idealnego podejrzanego, kiedy w spokojnym dotąd miasteczku dochodzi do brutalnego gwałtu i morderstwa.

Po dwóch latach od zbrodni, która wstrząsnęła mieszkańcami Ady, śledztwo utyka w martwym punkcie. Niekompetentni policjanci koniecznie jednak chcą się wykazać, a Ron Williamson jest doskonałym kandydatem na kozła ofiarnego. Fakt, że zamordowana dziewczyna mieszkała blisko jego domu, wystarcza śledczym do podjęcia działań, które mają doprowadzić Rona na krzesło elektryczne.

JOHN GRISHAM

Współczesny pisarz amerykański, autor 30 powieści, w tym czterech dla młodzieży, fabularyzowanego reportażu oraz zbioru opowiadań. Jego książki ukazują się w 40 językach, a ich łączny nakład osiągnął 275 milionów egzemplarzy. Dziewięć z nich zostało zekranizowanych. W 2011 pisarz otrzymał prestiżową nagrodę literacką Harper Lee.

www.jgrisham.com

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

FIRMA KANCELARIA ZAKLINACZ DESZCZU KRÓL ODSZKODOWAŃ WIĘZIENNY PRAWNIK OSTATNI SPRAWIEDLIWY CALICO JOE KOMORA DARUJMY SOBIE TE ŚWIĘTA UŁASKAWIENIE RAPORT PELIKANA NIEWINNY CZŁOWIEK TRENER APELACJA BRACTWO TESTAMENT

Jake Brigance

CZAS ZABIJANIA CZAS ZAPŁATY

Theodore Boone

OSKARŻONY AKTYWISTA

Tytuł oryginału:THE INNOCENT MAN

Copyright © Bennington Press, LLC 2006All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Robert Waliś 2014

Redakcja: Izabela Majewska

Zdjęcie na okładce: © Christian Schmidt/Corbis/Fotochannels

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-088-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

DedykowaneAnnette Hudson i Renee Simmonsoraz pamięci ich brata

Rozdział 1

Pofałdowane wzgórza południowo-wschodniej Oklahomy ciągną się od Norman aż do Arkansas i niewiele wskazuje na to, że pod ich powierzchnią kiedyś znajdowały się rozległe złoża ropy naftowej. Kilka starych platform wiertniczych wciąż znaczy wiejski krajobraz; te, które jeszcze działają, z każdym powolnym obrotem wypompowują kilkanaście litrów i skłaniają przechodniów do zastanowienia, czy gra jest warta świeczki. Wiele po prostu się popsuło i teraz, stojąc nieruchomo pośród pól, stanowią rdzewiejące wspomnienie o pełnych chwały dniach, gdy tryskała ropa, a przedsiębiorcy błyskawicznie dorabiali się majątku.

Kilka platform wznosi się na rolniczych terenach wokół Ady, dawnego naftowego miasteczka o szesnastotysięcznej populacji, w którym znajdują się college oraz siedziba sądu hrabstwa. Jednak platformy nie pracują, gdyż ropa się skończyła. Obecnie mieszkańcy zarabiają na życie w fabrykach, zakładach produkujących paszę oraz na plantacjach orzechów pekanowych i są rozliczani według stawek godzinowych.

Centrum Ady tętni życiem. Przy Main Street nie ma opustoszałych ani zabitych deskami budynków. Handlarze przetrwali, chociaż większość przeniosła się na skraj miasta. W porze lunchu kawiarenki zapełniają się gośćmi.

Siedziba sądu hrabstwa Pontotoc jest stara, ciasna i pełna prawników oraz ich klientów. Wokół znajdują się rozmaite urzędy i kancelarie. Areszt, który przypomina przysadzisty, pozbawiony okien schron przeciwlotniczy, z jakiegoś dawno zapomnianego powodu wybudowano na trawniku przed sądem. Plaga metamfetaminy sprawia, że nigdy nie pustoszeje.

Main Street kończy się przy kampusie East Central University, gdzie uczy się cztery tysiące studentów; wielu z nich dojeżdża spoza miasteczka. Uczelnia pompuje nowe życie w lokalne środowisko, zapewniając dopływ młodych ludzi oraz kadry, co nieco zwiększa zróżnicowanie społeczne w południowo-wschodniej Oklahomie.

Niewiele rzeczy umyka uwadze „Ada Evening News”, redagowanego z pasją dziennika, który zajmuje się sprawami regionu i ostro rywalizuje z „The Oklahoman”, największą gazetą stanu. Na pierwszą stronę zazwyczaj trafiają wiadomości krajowe i zagraniczne, a dalej znaleźć można wieści ze stanu i z hrabstwa oraz to, co najciekawsze — wyniki szkolnych zawodów sportowych, lokalne wiadomości polityczne, kalendarz wydarzeń społecznych oraz nekrologi.

Mieszkańcy Ady i hrabstwa Pontotoc stanowią przyjemną mieszankę małomiasteczkowych południowców i niezależnych ludzi z zachodu. Mówią z akcentem, który mógłby pochodzić ze wschodniego Teksasu albo Arkansas, wyraźnie przeciągając samogłoski. To kraina Czikasawów. W Oklahomie mieszka więcej rdzennych Amerykanów niż w jakimkolwiek innym stanie, a po setkach lat mieszania się ras w wielu białych płynie indiańska krew. Dawna stygmatyzacja ustępuje miejsca dumie z takiego dziedzictwa.

Adę mocno oplata pas biblijny1. W miasteczku znajduje się pięćdziesiąt kościołów różnych chrześcijańskich wyznań. Tętnią życiem nie tylko w niedzielę. Są tu świątynia katolicka i świątynia episkopalna, ale nie ma synagogi. Większość mieszkańców to chrześcijanie, przynajmniej tak twierdzą, przynależność do Kościoła zaś jest obowiązkiem i często określa status społeczny.

Szesnastotysięczna populacja czyni z Ady spore miasteczko jak na standardy wiejskiej Oklahomy, co sprawia, że otwierane są tu fabryki oraz supermarkety. Pracownicy i kupujący przyjeżdżają z kilku hrabstw. Ada znajduje się sto trzydzieści kilometrów na południowy wschód od Oklahoma City i trzy godziny jazdy na północ od Dallas. Każdy tutaj zna kogoś, kto pracuje lub mieszka w Teksasie.

Największym powodem do lokalnej dumy jest licytacja koni rasy quarter. Na ranczach w Adzie hoduje się zwierzęta najwyższej klasy. A kiedy Ada Cougars zdobywają kolejne futbolowe mistrzostwo stanu, miasteczko przez lata chodzi w nimbie chwały.

To przyjazne miejsce, pełne ludzi, którzy lubią rozmawiać z nieznajomymi i ze sobą nawzajem oraz chętnie pomagają każdemu, kto jest w potrzebie. Dzieciaki bawią się na ocienionych trawnikach przed domami. W ciągu dnia nie zamyka się drzwi. Nastolatki wieczorami krążą w swoich samochodach, nie sprawiając niemal żadnych kłopotów.

Gdyby nie dwa głośne morderstwa, które popełniono tam na początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, Ada pozostałaby niezauważona przez świat. Dobrzy ludzie z hrabstwa Pontotoc nie mieliby nic przeciwko temu.

* * *

Jakby za sprawą niepisanego miejskiego rozporządzenia większość nocnych klubów i knajp w Adzie znalazła się na peryferiach, wygnana na skraj miasta, żeby wybryki hołoty nie męczyły porządnych mieszkańców. Coachlight było jednym z takich miejsc, ogromnym metalowym budynkiem z kiepskim oświetleniem, tanim piwem, szafami grającymi, weekendową kapelą, parkietem i rozległym żwirowym parkingiem, na którym zakurzone pick-upy znacznie przeważały liczebnie nad sedanami. Stałą klientelę, jak można się spodziewać, stanowili wpadający na drinka po pracy robotnicy z fabryk, szukające rozrywki wiejskie chłopaki, pojawiające się późnymi wieczorami grupy dwudziestokilkulatków oraz rozbawieni ludzie, którzy przychodzili potańczyć i posłuchać muzyki na żywo. Vince Gill i Randy Travis pojawili się tam na początku kariery.

W tym popularnym i zatłoczonym miejscu pracowało dorywczo wielu barmanów, ochroniarzy i kelnerek. Jedną z nich była Debbie Carter, tutejsza dwudziestojednolatka, która kilka lat wcześniej ukończyła szkołę średnią w Adzie i cieszyła się panieńskim życiem. Miała również dwie inne prace dorywcze, a czasami dorabiała jako opiekunka do dzieci. Posiadała własny samochód i mieszkała sama w trzypokojowym mieszkaniu nad warsztatem przy Ósmej Ulicy, niedaleko uniwersytetu. Była ładną dziewczyną — ciemnowłosą, smukłą, wysportowaną, lubianą przez chłopców i bardzo niezależną.

Jej matka, Peggy Stillwell, martwiła się, że Debbie spędza zbyt dużo czasu w Coachlight i innych klubach. Nie chciała, aby córka wiodła takie życie; prawdę mówiąc, Debbie dorastała w kościele. Jednak po skończeniu szkoły zaczęła imprezować i późno wracać do domu. Peggy się to nie podobało, więc czasami kłóciły się o nowy styl życia dziewczyny. W końcu Debbie postanowiła za wszelką cenę się usamodzielnić. Znalazła mieszkanie i wyprowadziła się z domu, chociaż nadal utrzymywała bliskie kontakty z matką.

Wieczorem siódmego grudnia 1982 roku Debbie podawała klientom drinki w Coachlight i zerkała na zegar. Było niewielu gości, więc spytała szefa, czy może na chwilę opuścić posterunek i dołączyć do grupki znajomych. Szef się zgodził i wkrótce dziewczyna piła drinka z Giną Viettą, przyjaciółką ze szkoły, oraz kilkorgiem innych osób. Kolejny kolega ze szkoły, Glen Gore, podszedł do stolika i poprosił Debbie do tańca. Przyjęła zaproszenie, ale w połowie piosenki nagle się zatrzymała i ze złością zostawiła Gore’a na parkiecie. Później w damskiej toalecie powiedziała, że czułaby się bezpieczniej, gdyby któraś z koleżanek przenocowała u niej w mieszkaniu, jednak nie zdradziła, co ją zaniepokoiło.

Tego wieczoru klub zamykano wcześniej, około wpół do pierwszej, więc Gina Vietta zaprosiła kilkoro spośród znajomych na drinka do swojego mieszkania. Większość się zgodziła, ale Debbie, ponieważ była zmęczona i głodna, wolała wrócić do domu. Wszyscy nieśpiesznie wyszli z lokalu.

Kiedy zamykano Coachlight, parę osób widziało, jak Debbie gawędzi na parkingu z Glenem Gore’em. Tommy Glover dobrze znał Debbie, ponieważ pracował z nią w miejscowej fabryce szkła. Znał także Gore’a. Gdy wsiadał do swojego pick-upa, zauważył, że dziewczyna otworzyła drzwi po stronie kierowcy w swoim samochodzie. Gore pojawił się znikąd, rozmawiali przez kilka sekund, po czym Debbie go odepchnęła.

Mike i Terri Carpenterowie pracowali w Coachlight — on jako ochroniarz, ona jako kelnerka. Gdy szli do swojego samochodu, minęli auto Debbie. Siedziała za kierownicą i rozmawiała z Glenem Gore’em, który stał obok przednich drzwi. Carpenterowie pomachali im na pożegnanie i poszli dalej. Miesiąc wcześniej Debbie wyznała Mike’owi, że boi się Gore’a z powodu jego porywczego charakteru.

Toni Ramsey pracowała w klubie jako pucybut. W 1982 roku w Oklahomie branża naftowa wciąż kwitła. Ulicami Ady spacerowało wielu ludzi w eleganckim obuwiu; ktoś musiał je polerować i dzięki temu Toni zdobywała gotówkę, której bardzo potrzebowała. Dobrze znała Glena. Kiedy odjeżdżała tego wieczoru, widziała Debbie za kierownicą jej samochodu. Gore przykucnął przy otwartym oknie po stronie pasażera. Rozmawiali, wydawało się, w cywilizowany sposób. Nie działo się nic niepokojącego.

Gore, który nie miał samochodu, przyjechał do Coachlight ze znajomym, niejakim Ronem Westem, około wpół do dwunastej. West zamówił piwo i usiadł przy stoliku, żeby się zrelaksować, a Gore przespacerował się po klubie. Wyglądało na to, że wszystkich tam zna. Kiedy zapowiedziano zamknięcie lokalu, West spytał go, czy nadal potrzebuje podwiezienia. Gdy ten przytaknął, West wyszedł na parking, żeby zaczekać na kolegę. Po kilku minutach Gore pośpiesznie opuścił klub i wsiadł do auta.

Stwierdzili, że są głodni, więc West pojechał do śródmiejskiej kawiarni zwanej Waffler, gdzie zamówili szybkie śniadanie. West zapłacił za posiłek, podobnie jak za drinki w Coachlight. Rozpoczął wieczór w Harold’s, innym klubie, do którego udał się w poszukiwaniu swoich wspólników. Natrafił jednak na Gore’a, który od czasu do czasu pracował tam jako barman i DJ. Ledwie się znali, ale kiedy Glen poprosił o podwiezienie do Coachlight, West nie potrafił odmówić.

West był szczęśliwym mężem i ojcem dwóch córeczek, dlatego rzadko zostawał do późna w barze. Chciał wrócić do domu, ale był skazany na towarzystwo Gore’a, który z każdą godziną stawał się coraz bardziej kosztownym kompanem. Kiedy opuścili kawiarnię, West spytał swojego pasażera, dokąd chce pojechać. Gore odpowiedział, że do domu swojej matki, przy Oak Street, kilka przecznic na północ. West dobrze znał miasteczko i ruszył we wskazanym kierunku, ale zanim dotarli do Oak Street, Gore nagle się rozmyślił. Po kilku godzinach jeżdżenia z Westem zapragnął się przespacerować. Na zewnątrz panował mróz, temperatura wciąż spadała i wiał ostry wiatr. Nadciągał zimny front.

Zatrzymali się obok kościoła baptystów przy Oak Avenue, podobno niedaleko domu matki Gore’a. Glen wyskoczył z auta, podziękował za wszystko i ruszył pieszo na zachód.

Kościół był oddalony o półtora kilometra od mieszkania Debbie Carter.

Matka Gore’a tak naprawdę mieszkała na drugim końcu miasta, daleko od kościoła.

Około drugiej trzydzieści Gina Vietta, która była w swoim mieszkaniu z grupą znajomych, odebrała dwa zaskakujące telefony, oba od Debbie Carter. Za pierwszym razem Debbie poprosiła Ginę, żeby przyjechała i ją zabrała, gdyż w jej mieszkaniu przebywa gość, przy którym czuje się nieswojo. Gina spytała, o kogo chodzi. Nagle rozmowa się urwała i rozległy się stłumione głosy oraz dźwięki wskazujące na to, że toczy się walka o słuchawkę. Gina poważnie się zaniepokoiła i uznała prośbę koleżanki za dziwną. Debbie miała własny samochód, Oldsmobile’a z 1975 roku, więc mogła sama pojechać tam, dokąd chciała. Kiedy Gina pośpiesznie wychodziła z mieszkania, telefon zadzwonił ponownie. Okazało się, że Debbie zmieniła zdanie: wszystko u niej w porządku i koleżanka nie musi się kłopotać. Gina ponownie spytała, kim jest ten tajemniczy gość, ale Debbie zmieniła temat i nie zdradziła jego tożsamości. Poprosiła, żeby Gina zatelefonowała rano i ją obudziła; nie chciała się spóźnić do pracy. Zaskoczyła koleżankę, gdyż nigdy wcześniej nie zawracała jej głowy takimi sprawami.

Gina mimo wszystko zamierzała pojechać do mieszkania Debbie, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła. Miała gości. Było bardzo późno. Debbie Carter potrafiła o siebie zadbać, a poza tym, jeśli była z chłopakiem, Gina nie chciała im przeszkadzać. Położyła się i zapomniała zadzwonić do Debbie kilka godzin później.

Ósmego grudnia około godziny jedenastej Donna Johnson wpadła do Debbie, żeby się z nią przywitać. Przyjaźniły się w szkole średniej, zanim Donna przeprowadziła się do Shawnee, oddalonego od Ady o godzinę jazdy. Spędzała dzień w miasteczku, u swoich rodziców i znajomych. Wspinając się po wąskich schodach prowadzących do mieszkania Debbie nad warsztatem, nagle zwolniła, gdy uświadomiła sobie, że stąpa po rozbitym szkle. Ktoś wybił okienko w drzwiach. Z jakiegoś powodu Donna pomyślała, że to Debbie zostawiła klucze w mieszkaniu, po czym zatrzasnęła zamek, dlatego musiała wybić szybę, żeby dostać się do środka. Zapukała. Nikt nie odpowiedział. Potem usłyszała muzykę dobiegającą z radia w mieszkaniu. Przekręciła gałkę i zauważyła, że drzwi są otwarte. Gdy tylko weszła, wiedziała, że coś jest nie w porządku.

Niewielkie lokum zostało wywrócone do góry nogami — poduchy z sofy leżały na podłodze, wszędzie walały się ubrania. Na ścianie po prawej stronie ktoś nabazgrał jakimś czerwonawym płynem słowa: „Jim Smith umrze następny”.

Donna zawołała Debbie; bez rezultatu. Już kiedyś była w tym mieszkaniu, więc szybko przeszła do sypialni, cały czas nawołując przyjaciółkę. Łóżko było przesunięte, a pościel ściągnięta. Zobaczyła stopę, a następnie, na podłodze po drugiej stronie posłania, ujrzała Debbie, która leżała na brzuchu — naga, zakrwawiona, z jakimś napisem na plecach.

Donna zastygła w bezruchu. Wpatrywała się w przyjaciółkę i czekała, aż ta zacznie oddychać. Miała nadzieję, że to tylko sen.

Cofnęła się i weszła do kuchni. Na białym stoliku zobaczyła kolejne nabazgrane przez zabójcę słowa. Nagle pomyślała, że on wciąż może być w mieszkaniu, i wybiegła do swojego samochodu. Popędziła ulicą do sklepu wielobranżowego, gdzie znalazła telefon, z którego zadzwoniła do matki Debbie.

Peggy Stillwell usłyszała słowa Donny, ale nie potrafiła uwierzyć, że jej córka leży na podłodze naga, zakrwawiona, nieruchoma. Poprosiła, żeby Donna powtórzyła to, co przed chwilą powiedziała, a następnie pobiegła do samochodu. Wyczerpał się akumulator. Zdrętwiała ze strachu, wpadła z powrotem do domu i zadzwoniła do swojego byłego męża, Charliego Cartera, ojca Debbie. Kilka lat wcześniej się rozwiedli, a ponieważ towarzyszące temu okoliczności nie były zbyt przyjemne, rzadko ze sobą rozmawiali.

U Charliego nikt nie odbierał. Naprzeciwko Debbie mieszkała jej koleżanka, Carol Edwards. Peggy zadzwoniła do niej z wiadomością, że chyba stało się coś strasznego, i poprosiła, żeby Carol zajrzała do jej córki. Długo czekała, aż w końcu ponownie zatelefonowała do Charliego; tym razem odebrał.

Carol pobiegła do mieszkania Debbie, gdzie również zauważyła rozbitą szybę i otwarte drzwi. Weszła do środka i znalazła ciało.

Charlie Carter był postawnym kamieniarzem, który czasami dorabiał sobie jako ochroniarz w Coachlight. Wskoczył do swojego pick-upa i pomknął w stronę mieszkania córki, po drodze walcząc ze wszystkimi potwornymi myślami, jakie tylko mogą nawiedzić ojca. To, co zastał na miejscu, okazało się gorsze od jego wyobrażeń.

Kiedy zobaczył ciało, dwukrotnie zawołał córkę po imieniu. Uklęknął obok niej i delikatnie ją obrócił, żeby spojrzeć na jej twarz. W ustach dziewczyny tkwiła zakrwawiona ścierka. Był pewien, że córka nie żyje, ale mimo wszystko czekał na jakąś oznakę życia. Ponieważ nic takiego nie nastąpiło, powoli wstał i rozejrzał się po sypialni. Ktoś odsunął łóżko od ściany i zabrał pościel, a w całym pokoju panował nieporządek. Bez wątpienia doszło tutaj do walki. Charlie wszedł do salonu i zobaczył napis na ścianie, a następnie rozejrzał się po kuchni. Teraz to było miejsce zbrodni. Wsadził ręce do kieszeni i wyszedł.

Donna Johnson i Carol Edwards czekały, łkając, na podeście przed frontowymi drzwiami. Słyszały, jak Charlie żegna się z córką i mówi jej, jak bardzo mu przykro z powodu tego, co ją spotkało. Gdy chwiejnym krokiem wyszedł z mieszkania, on również płakał.

— Mam zadzwonić po karetkę? — spytała Donna.

— Nie — odparł. — Karetka nic tu nie pomoże. Zadzwoń po policję.

* * *

Najpierw pojawili się dwaj sanitariusze. Pośpiesznie wspięli się po schodach do mieszkania, a po kilku sekundach jeden z nich wyszedł na podest i zwymiotował.

Kiedy na miejsce przybył detektyw Dennis Smith, przed budynkiem roiło się od policjantów, sanitariuszy i gapiów; przyjechali nawet dwaj lokalni prokuratorzy. Gdy detektyw zrozumiał, że może mieć do czynienia z zabójstwem, zabezpieczył teren i odgrodził go od sąsiadów.

Jako kapitan i weteran, który już od siedemnastu lat służył w policji w Adzie, Smith dobrze wiedział, co robić. Usunął z mieszkania wszystkich poza drugim detektywem, po czym kazał pozostałym gliniarzom przejść się po okolicy, porozmawiać z sąsiadami i poszukać świadków. Smith był wściekły i z trudem powstrzymywał emocje. Dobrze znał Debbie; jej najmłodsza siostra przyjaźniła się z jego córką. Znał Charliego Cartera i Peggy Stillwell i nie mógł uwierzyć, że ich dziecko leży martwe na podłodze w swojej sypialni. Gdy już zabezpieczył miejsce zbrodni, rozpoczął przeszukiwanie mieszkania.

Szkło na podeście pochodziło z rozbitej szybki w drzwiach i było widoczne zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Przy ścianie po lewej stronie salonu stała kanapa pozbawiona poduch; rozrzucono je po pomieszczeniu. Przed nią leżała nowa flanelowa koszula nocna z metką Wal-Martu. Na ścianie po drugiej stronie znajdował się napis; detektyw od razu rozpoznał, że wykonano go lakierem do paznokci. „Jim Smith umrze następny”.

Znał Jima Smitha.

W kuchni, na białym kwadratowym stoliku, zobaczył kolejną wiadomość, najwyraźniej napisaną keczupem: „Nie szókajcie nas bo pożałójecie”. Na podłodze obok stolika znalazł dżinsy i buty. Wkrótce miał się dowiedzieć, że Debbie była w nie ubrana poprzedniego wieczoru w Coachlight.

Przeszedł do sypialni; łóżko częściowo zastawiało wejście. Okna były otwarte, zasłony rozsunięte, a w pomieszczeniu panował dotkliwy ziąb. Ofiara zapewne się broniła, gdyż podłogę pokrywały ubrania, prześcieradła, koce, pluszowe zwierzaki. Wydawało się, że nic nie jest na swoim miejscu. Kiedy detektyw Smith przyklęknął przy ciele Debbie, zauważył trzecią wiadomość pozostawioną przez zabójcę. Na plecach dziewczyny widniały słowa zapisane zaschniętym keczupem: „Duke Gram”.

Znał Duke’a Grahama.

Pod ciałem leżały przewód elektryczny oraz pasek w kowbojskim stylu, ozdobiony dużą srebrną sprzączką. Na jej środku wygrawerowano imię „Debbie”.

Podczas gdy funkcjonariusz policji w Adzie, Mike Kieswetter, fotografował miejsce zbrodni, Smith zaczął gromadzić ślady. Na zwłokach, podłodze, łóżku i pluszowych zwierzakach zauważył włoski. Starannie je zebrał i umieścił wewnątrz złożonej kartki, a następnie szczegółowo opisał miejsce ich znalezienia.

Ostrożnie pozbierał, oznaczył i schował do toreb prześcieradła, poszewki, koce, przewód elektryczny, pasek, podarte majtki, które leżały na podłodze w łazience, część pluszowych zwierzaków, paczkę papierosów Marlboro, pustą puszkę po napoju 7-Up, plastikową butelkę szamponu, niedopałki papierosów, szklankę z kuchni, telefon oraz nieco włosów znalezionych pod ciałem. Obok Debbie leżała owinięta w prześcieradło butelka keczupu Del Monte. Ją także detektyw schował, aby przeznaczyć ją do zbadania w stanowym laboratorium medycyny sądowej. Na butelce nie było nakrętki, ale później znalazł ją lekarz sądowy.

Kiedy detektyw Smith skończył zbierać ślady, rozpoczął proces zdejmowania odcisków palców, co robił wielokrotnie na licznych miejscach zbrodni. Posypał proszkiem obie strony drzwi wejściowych, ościeżnice okienne, wszystkie drewniane powierzchnie w sypialni, stół kuchenny, większe kawałki rozbitego szkła, telefon, malowane obramienia drzwi i okien, a nawet samochód Debbie zaparkowany na zewnątrz.

Gary Rogers pracował jako agent Stanowego Biura Śledczego w Oklahomie (Oklahoma State Bureau of Investigation, OSBI) i mieszkał w Adzie. Kiedy przybył do mieszkania około wpół do pierwszej, Dennis Smith zapoznał go z sytuacją. Przyjaźnili się i współpracowali przy wielu dochodzeniach.

W sypialni, u podstawy południowej ściany, tuż ponad listwą i niedaleko gniazdka elektrycznego, Rogers zauważył coś, co wyglądało jak plamka krwi. Później, kiedy zabrano ciało, poprosił funkcjonariusza Ricka Carsona o wycięcie dwudziestu pięciu centymetrów kwadratowych płyty gipsowo-kartonowej i zachowanie krwawego odcisku.

Dennis Smith i Gary Rogers mieli wrażenie, że zabójstwa dokonała więcej niż jedna osoba. Chaos panujący na miejscu zbrodni, brak śladów skrępowania na kostkach i nadgarstkach Debbie, rozległe obrażenia na głowie ofiary, ścierka wepchnięta głęboko w jej usta, sińce po obu stronach tułowia i na rękach, duże prawdopodobieństwo, że użyto przewodu i paska — wydawało się, że jeden zabójca nie byłby zdolny do takiej przemocy. Debbie nie była drobna — miała sto siedemdziesiąt trzy centymetry wzrostu i ważyła prawie sześćdziesiąt kilogramów. Była energiczną dziewczyną, która z pewnością dzielnie walczyła o życie.

Doktor Larry Cartmell, lokalny lekarz sądowy, przyjechał, żeby rzucić okiem na miejsce zbrodni. Wstępnie stwierdził, że przyczyną śmierci było uduszenie. Zezwolił na zabranie ciała i wydał je Tomowi Criswellowi, właścicielowi miejscowego domu pogrzebowego. Karawan Criswella zawiózł je do biura stanowego lekarza sądowego w Oklahoma City. Zwłoki trafiły tam o osiemnastej dwadzieścia pięć i zostały umieszczone w lodówce.

* * *

Detektyw Smith i agent Rogers wrócili na komendę policji w Adzie i spotkali się z członkami rodziny Debbie Carter. Próbowali ich pocieszyć, a także pytali o nazwiska — znajomych, chłopaków, współpracowników, wrogów, byłych pracodawców, wszystkich, którzy znali Debbie i mogli wiedzieć coś o jej śmierci. Podczas gdy lista się wydłużała, Smith i Rogers zaczęli dzwonić do mężczyzn znających ofiarę. Wszystkich prosili o to samo: „Przyjedźcie na komendę, żeby dostarczyć odciski palców oraz próbki śliny, włosów z głowy i włosów łonowych”.

Nikt nie odmówił. Mike Carpenter, ochroniarz w Coachlight, który widział Debbie na parkingu z Glenem Gore’em około wpół do pierwszej w nocy, jako jeden z pierwszych złożył zeznania. Tommy Glover, kolejny świadek spotkania Debbie z Gore’em, szybko dostarczył próbki.

Około dziewiętnastej trzydzieści ósmego grudnia Glen Gore pojawił się w Harold’s Club, gdzie miał puszczać płyty i stać za barem. Lokal był praktycznie pusty, a kiedy Glen spytał, dlaczego przyszło tak mało ludzi, ktoś powiedział mu o morderstwie. Wielu klientów, a nawet część pracowników klubu, przebywało na komendzie, gdzie zadawano im pytania i zdejmowano odciski palców.

Gore pośpieszył na komendę, gdzie został przesłuchany przez Gary’ego Rogersa i D.W. Barretta, policjanta z Ady. Powiedział, że znał Debbie Carter od czasów szkoły średniej, a poprzedniego wieczoru spotkał się z nią w Coachlight.

Oto pełna treść raportu z przesłuchania Gore’a:

Glen Gore pracuje w Harold’s Club jako DJ. Susie Johnson powiedziała mu o Debbie w Harold’s Club około 19.30 dnia 8.12.1982. Glen chodził z Debbie do szkoły. Widział ją w poniedziałek 6 grudnia w Harold’s Club oraz 7.12.1982 w Coachlight. Rozmawiali o polakierowaniu samochodu Debbie. Nie wspominała mu o żadnych problemach. Glen pojechał do Coachlight około 22.30 z Ronem Westem. Wyszedł z Ronem około 1.15. Nigdy nie był w mieszkaniu Debbie.

Raport został sporządzony przez D.W. Barretta w obecności Gary’ego Rogersa, a następnie złożony do akt razem z dziesiątkami innych.

Później Gore zmienił zeznania i powiedział, że widział, jak niejaki Ron Williamson narzuca się Debbie w klubie wieczorem siódmego grudnia. Nikt nie potwierdził tej wersji. Wielu z obecnych znało Rona Williamsona, niesławnego hulakę o niewyparzonym języku. Nikt nie pamiętał, żeby Ron pojawił się w Coachlight; prawdę mówiąc, większość przesłuchiwanych stanowczo twierdziła, że go tam nie było.

Kiedy Ron Williamson pojawiał się w barze, nie dało się tego nie zauważyć.

Co dziwne, ósmego grudnia podczas gromadzenia odcisków palców oraz próbek włosów z jakiegoś powodu pominięto Gore’a. Wykręcił się, został świadomie zignorowany albo pominięty przez nieuwagę. Niezależnie od przyczyny nie zostawił na komendzie ani odcisków palców, ani próbek śliny i włosów.

Minęło ponad trzy i pół roku, zanim policja w końcu pobrała te próbki od Gore’a, ostatniej osoby, która widziała Debbie Carter przed morderstwem.

* * *

Następnego dnia, czyli dziewiątego grudnia, o piętnastej doktor Fred Jordan, stanowy lekarz i patolog sądowy, wykonał sekcję zwłok. Uczestniczyli w niej agent Gary Rogers oraz Jerry Peters, również pracownik OSBI.

Doktor Jordan, który przeprowadził tysiące autopsji, w pierwszej kolejności odnotował, że bada ciało młodej białej kobiety, nagiej, jeśli nie liczyć białych skarpetek. Całkowite stężenie pośmiertne oznaczało, że ofiara nie żyje od co najmniej dwudziestu czterech godzin. Na jej klatce piersiowej ktoś napisał czerwonym lakierem do paznokci słowo „umrzyj”. Inną czerwoną substancję, zapewne keczup, rozsmarowano na ciele kobiety, a na jej plecach, również za pomocą keczupu, zapisano słowa „Duke Gram”.

Na rękach, klatce piersiowej i twarzy ofiary znajdowało się kilka niewielkich sińców. Na wewnętrznej stronie ust lekarz zauważył małe skaleczenia. Głęboko w gardle tkwiła zakrwawiona zielona ścierka, która wystawała z ust i którą ostrożnie wyjął. Na szyi kobiety widniały otarcia i siniaki tworzące półokrąg. Ponadto doktor Jordan stwierdził u denatki obrażenia pochwy, a także rozszerzony odbyt; dostrzegł w nim niewielką metalową zakrętkę od butelki i ją usunął.

Badanie narządów wewnętrznych nie ujawniło niczego nieoczekiwanego — zapadnięte płuca, obrzęk serca, kilka drobnych siniaków na czaszce, ale żadnych uszkodzeń mózgu.

Wszystkie obrażenia powstały, gdy ofiara wciąż żyła.

Nie znaleziono żadnych śladów skrępowania nadgarstków ani kostek. Kilka małych sińców na przedramionach pojawiło się zapewne podczas odpierania ataku. Poziom alkoholu we krwi w chwili śmierci wynosił cztery dziesiąte promila. Pobrano wymaz z ust, pochwy i odbytu. Późniejsze badanie mikroskopowe wykazało obecność plemników w pochwie i odbycie, ale nie w ustach.

W celu zgromadzenia dalszych dowodów doktor Jordan obciął ofierze paznokcie, zdrapał próbkę keczupu i lakieru do paznokci, grzebieniem zebrał luźne włosy łonowe, a także odciął nieco włosów z głowy.

Jako przyczynę śmierci podano uduszenie na skutek zablokowania tchawicy ścierką oraz ściśnięcia gardła paskiem lub przewodem elektrycznym.

Kiedy doktor Jordan zakończył sekcję, Jerry Peters sfotografował ciało, po czym zdjął pełen zestaw odcisków palców i dłoni.

* * *

Peggy Stillwell była tak zrozpaczona, że nie potrafiła normalnie funkcjonować ani podejmować decyzji. Nie dbała o to, kto i jak zaplanuje pogrzeb, ponieważ nie zamierzała w nim uczestniczyć. Nie jadła, przestała się myć i z pewnością nie była w stanie zaakceptować faktu, że jej córka nie żyje. Jedna z jej sióstr, Glenna Lucas, zamieszkała z nią i powoli przejęła nad wszystkim kontrolę. Zorganizowała pogrzeb, a rodzina delikatnie poinformowała Peggy, że jej obecność jest oczekiwana.

W sobotę jedenastego grudnia w kaplicy w Domu Pogrzebowym Criswella odbył się pogrzeb Debbie. Glenna wykąpała i ubrała Peggy, po czym zawiozła ją na ceremonię i przez cały ten trudny czas trzymała ją za rękę.

Na wsiach w Oklahomie praktycznie wszystkie ceremonie pogrzebowe odbywają się przy otwartej trumnie, którą umieszcza się tuż poniżej ambony, żeby żałobnicy widzieli zmarłego. Nikt nie pamięta, skąd wziął się taki zwyczaj, ale skutkiem jest kolejna dawka cierpienia dla bliskich.

Przy otwartej trumnie nie mogło być wątpliwości, że Debbie została pobita. Miała posiniaczoną i opuchniętą twarz, ale wysoki kołnierzyk jej koronkowej bluzki ukrywał rany po duszeniu. Została pochowana w swoich ulubionych dżinsach i butach, w kowbojskim pasie z szeroką sprzączką oraz z wysadzanym brylantami pierścionkiem z podkową, który matka zdążyła jej kupić pod choinkę.

W nabożeństwie odprawionym przez wielebnego Ricka Summersa uczestniczyło bardzo dużo ludzi. Później, przy lekko padającym śniegu, Debbie pochowano na cmentarzu Rosedale. Dziewczyna pozostawiła rodziców, dwie siostry, dwoje dziadków oraz dwóch siostrzeńców. Należała do niewielkiego Kościoła baptystów, w którym ochrzczono ją w wieku sześciu lat.

Morderstwo wstrząsnęło miasteczkiem. Mimo że w dziejach Ady dochodziło już do przemocy i zabójstw, ofiarami zazwyczaj byli kowboje i włóczędzy, czyli ludzie, którzy, gdyby nie dostali kulki, zapewne wkrótce sami posłaliby kogoś na cmentarz. Jednak brutalny gwałt i morderstwo młodej kobiety przeraziły mieszkańców i wywołały falę plotek, spekulacji i strachu. Nocami zamykano drzwi i okna. Dla nastolatków wprowadzono godzinę policyjną. Młode matki bacznie obserwowały dzieci bawiące się na zacienionych trawnikach przed domami.

W lokalnych spelunkach nie rozmawiano o niczym innym. Debbie pracowała jako kelnerka, więc wielu bywalców lokali dobrze ją znało. Spotykała się z kilkoma chłopcami, a po jej śmierci policja wszystkich ich przesłuchała. Padały nowe nazwiska: przyjaciół, znajomych, chłopaków. Kilkadziesiąt przesłuchań pozwoliło ustalić kolejne nazwiska, ale wciąż nie było podejrzanych. Debbie była bardzo popularna, lubiana i towarzyska, dlatego trudno było uwierzyć, że ktoś chciałby ją skrzywdzić.

Policja sporządziła listę dwudziestu trzech osób, które przebywały w Coachlight siódmego grudnia, i większość z nich przesłuchała. Nikt nie przypominał sobie, żeby pojawił się tam Ron Williamson, chociaż prawie każdy go znał.

Na komendę napływały kolejne wskazówki, opowieści i relacje o dziwnych osobach. Młoda kobieta, niejaka Angelia Nail, skontaktowała się z Dennisem Smithem i opowiedziała o spotkaniu z Glenem Gore’em. Angelia była przyjaciółką Debbie Carter; Debbie twierdziła, że Gore ukradł wycieraczki z jej samochodu. Stało się to zarzewiem konfliktu. Nail znała Gore’a od czasów szkoły średniej i bała się go. Mniej więcej tydzień przed morderstwem zawiozła Debbie do domu, w którym mieszkał Gore, żeby dziewczyna mogła wyjaśnić tę kwestię. Debbie zniknęła w domu i chwilę rozmawiała z Gore’em. Kiedy wróciła do auta, była wściekła i przekonana, że to Glen zabrał wycieraczki. Przyjaciółki pojechały na komisariat i przedstawiły sprawę jednemu z funkcjonariuszy, ale nie złożyły oficjalnego zawiadomienia.

* * *

Zarówno Duke Graham, jak i Jim Smith byli dobrze znani policji w Adzie. Graham, razem ze swoją żoną Johnnie, prowadził własny nocny klub, w miarę cywilizowany lokal, w którym nie tolerowano awantur. Rzadko dochodziło w nim do głośnych kłótni, jednak miał tam miejsce jeden wyjątkowo paskudny incydent z udziałem Jima Smitha, lokalnego łobuza i drobnego przestępcy. Smith był pijany i sprawiał kłopoty, a kiedy odmówił opuszczenia klubu, Duke postraszył go śrutówką. Mężczyźni obrzucili się groźbami i przez kilka kolejnych dni w lokalu panowała nerwowa atmosfera. Smith był człowiekiem, który mógł w każdej chwili wrócić z własną śrutówką i zacząć strzelać.

Glen Gore był stałym klientem u Duke’a, dopóki pewnego dnia nie zaczął flirtować z Johnnie. Gdy stał się zbyt agresywny, ucięła jego zaloty i do akcji wkroczył Duke. Od tamtej pory Gore nie był mile widziany w klubie.

Ten, kto zabił Debbie Carter, w prymitywny sposób usiłował oskarżyć o zbrodnię Duke’a Grahama i jednocześnie przestraszyć Jima Smitha. Tylko że Smith właśnie przebywał w więzieniu stanowym, a Duke Graham zjawił się na komendzie i przedstawił mocne alibi.

* * *

Rodzinę Debbie poinformowano, że mieszkanie, które wynajmowała, musi zostać zwolnione. Matka dziewczyny wciąż nie była w stanie normalnie funkcjonować, więc ciotka zmarłej, Glenna Lucas, wzięła na siebie ten przykry obowiązek.

Policjant otworzył mieszkanie i Glenna powoli do niego weszła. Od czasu morderstwa niczego nie ruszano i pierwszą reakcją kobiety była nieokiełznana wściekłość. Zobaczyła wyraźne ślady bijatyki. Jej siostrzenica rozpaczliwie walczyła o życie. Jak ktokolwiek mógł z podobną agresją potraktować taką miłą i ładną dziewczynę?

W mieszkaniu panował ziąb oraz nieprzyjemny zapach, którego Glenna nie potrafiła rozpoznać. Słowa „Jim Smith umrze następny” wciąż znajdowały się na ścianie. Kobieta z niedowierzaniem wpatrywała się w nierówno nabazgrany napis. Pomyślała, że jego wykonanie wymagało sporo czasu. Zabójca długo tutaj przebywał, podczas gdy jej siostrzenica konała na skutek brutalnego maltretowania. W sypialni materac stał oparty o ścianę i nic nie było na swoim miejscu. Żadna z sukienek ani bluzek w szafie nie wisiała na wieszaku. Po co zabójca zrzucił na podłogę wszystkie ubrania?

W niewielkiej kuchni panował nieporządek, ale nie było tam śladów walki. Ostatni posiłek Debbie składał się z mrożonych krokietów ziemniaczanych; resztki pozostały nietknięte na tekturowym talerzu razem z odrobiną keczupu. Przy talerzu stała solniczka, a całość znajdowała się na małym białym stole, przy którym Debbie jadała. Na blacie widniała kolejna prymitywnie napisana wiadomość: „Nie szókajcie nas bo pożałójecie”. Glenna wiedziała, że zabójca do pisania użył keczupu. Zaskoczyły ją błędy w pisowni.

Zdołała odpędzić straszne myśli i zaczęła pakować rzeczy siostrzenicy. Potrzebowała dwóch godzin, żeby zebrać i pochować do pudełek ubrania, naczynia, ręczniki i tym podobne. Policja nie zabrała zakrwawionego prześcieradła. Na podłodze pozostały ślady krwi.

Glenna nie miała w planie sprzątania mieszkania; chciała tylko zabrać rzeczy Debbie i jak najszybciej wyjść. Jednak wydało jej się niestosowne pozostawienie słów zabójcy napisanych lakierem do paznokci ofiary, a także plam krwi na podłodze.

Zastanawiała się, czy nie wyszorować całego mieszkania do czysta, tak aby usunąć każdy ślad po mordercy, jednak miała już dosyć. Nie chciała jeszcze bardziej pogrążać się w atmosferze śmierci.

* * *

W ciągu kolejnych dni po morderstwie na komendę wzywano następnych podejrzanych. W sumie dwudziestu jeden mężczyzn pozostawiło swoje odciski palców oraz próbki włosów lub śliny. Szesnastego grudnia detektyw Smith i agent Rogers dostarczyli do laboratorium kryminalistycznego OSBI w Oklahoma City ślady znalezione na miejscu zbrodni oraz próbki pochodzące od siedemnastu mężczyzn.

Kawałek płyty gipsowo-kartonowej stanowił najbardziej obiecujący ślad. Jeśli krwawy odcisk rzeczywiście powstał podczas walki i morderstwa, a okazałoby się, że nie należy do Debbie Carter, policja zyskałaby solidny trop, który w końcu doprowadziłby do zabójcy. Agent OSBI Jerry Peters zbadał fragment płyty i starannie porównał znajdujące się na niej ślady z odciskami palców, które pobrał od Debbie podczas sekcji zwłok. Początkowo odniósł wrażenie, że odciski nie należą do Debbie Carter, postanowił jednak ponownie to sprawdzić.

Czwartego stycznia 1983 roku Dennis Smith dostarczył kolejną porcję odcisków palców. Tego samego dnia próbki włosów Debbie Carter oraz włosów znalezionych na miejscu zbrodni zostały przekazane Susan Land, specjalistce z OSBI. Dwa tygodnie później na jej biurko trafiły kolejne próbki pochodzące z mieszkania ofiary. Zostały skatalogowane, dołączone do poprzednich i umieszczone w długiej kolejce próbek, które pewnego dnia miała zbadać przepracowana Land, wciąż zajmująca się dawnymi, zaległymi sprawami. Podobnie jak większość laboratoriów kryminalistycznych, także to w Oklahoma City było niedofinansowane i zmagało się z brakami personalnymi oraz olbrzymią presją.

Czekając na wyniki z OSBI, Smith i Rogers dalej szukali tropów. Morderstwo wciąż było na ustach wszystkich mieszkańców Ady, którzy domagali się wyjaśnienia sprawy. Jednak po rozmowach z barmanami, ochroniarzami, byłymi chłopakami i bywalcami nocnych klubów dochodzenie utknęło w martwym punkcie. Nie było żadnych podejrzanych ani wyraźnych tropów.

Siódmego marca 1983 roku Gary Rogers przesłuchał Roberta Gene’a Deatherage’a, jednego z miejscowych. Mężczyzna właśnie wyszedł z aresztu hrabstwa Pontotoc, gdzie odsiadywał krótki wyrok za jazdę po pijanemu. Dzielił tam celę z Ronem Williamsonem, który trafił za kratki z tego samego powodu. W areszcie huczało od plotek na temat morderstwa Debbie Carter i wielu osadzonych snuło szalone teorie dotyczące tego, co się stało, jak również twierdziło, że posiada informacje z pierwszej ręki. Więźniowie wielokrotnie rozmawiali o zabójstwie, a według Deatherage’a te rozmowy denerwowały Williamsona. Często się kłócili, a nawet doszło między nimi do bójki. Williamsona wkrótce przeniesiono do innej celi. Deatherage odniósł wrażenie, że Ron jest w jakiś sposób zamieszany w morderstwo, i zasugerował Gary’emu Rogersowi, żeby policja wzięła go pod uwagę jako podejrzanego.

Wtedy nazwisko Rona Williamsona po raz pierwszy pojawiło się w śledztwie.

Dwa dni później policja przesłuchała Noela Clementa, który jako jeden z pierwszych pojawił się na komendzie, żeby zostawić odciski palców i próbki włosów. Clement opowiedział, że Ron Williamson niedawno odwiedził go w jego mieszkaniu, gdzie podobno szukał kogoś innego. Wszedł bez pukania, zauważył gitarę, podniósł ją i zaczął rozmawiać z Clementem o zabójstwie Debbie Carter. Podczas tej rozmowy stwierdził, że kiedy w dniu morderstwa zobaczył w sąsiedztwie radiowozy, uznał, że przyjechały po niego. Wcześniej wpakował się w kłopoty w Tulsie i po przeprowadzce do Ady starał się ich unikać.

* * *

Było oczywiste, że policja w końcu trafi do Rona Williamsona, lecz aż dziw bierze, że przesłuchano go dopiero po trzech miesiącach. Kilku funkcjonariuszy, wliczając Ricka Carsona, wychowało się razem z Ronem, a większość policjantów pamiętała go z czasów, gdy grał w baseball w szkole średniej. Do 1983 roku żaden z wychowanków lokalnych drużyn nie cieszył się większym wzięciem podczas corocznego draftu do ligi zawodowej. Gdy w 1971 roku Williamson podpisał kontrakt z Oakland Athletics, wielu ludzi, wliczając jego samego, sądziło, że być może narodził się nowy Mickey Mantle, kolejny wielki zawodnik z Oklahomy.

Jednak dni baseballu dawno minęły i obecnie policja znała Rona jako bezrobotnego gitarzystę, który mieszka z matką, za dużo pije i dziwnie się zachowuje.

Dwukrotnie został zatrzymany za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu, raz trafił do aresztu za publiczne pijaństwo, a w Tulsie również nie cieszył się dobrą reputacją.

Rozdział 2

Ron Williamson urodził się w Adzie trzeciego lutego 1953 roku jako jedyny syn i ostatnie dziecko Juanity i Roya Williamsonów. Roy pracował jako domokrążca dla firmy Rawleigh, handlującej artykułami domowymi. Stanowił nieodłączny element miejskiego krajobrazu, gdy wędrował chodnikiem w płaszczu i krawacie, dźwigając walizkę pełną próbek suplementów diety, przypraw i przyborów kuchennych. Kieszenie miał zawsze pełne cukierków dla dzieciaków, które serdecznie go witały. Był to ciężki kawałek chleba, wymagający potężnego wysiłku fizycznego oraz siedzenia nocami nad robotą papierkową. Roy mógł liczyć na niewielką prowizję, a wkrótce po narodzinach Ronniego Juanita zatrudniła się w szpitalu w Adzie.

Ponieważ oboje rodzice pracowali, Ronniego przygarnęła pod swoje skrzydła dwunastoletnia siostra, Annette. Dziewczynka nie posiadała się z radości; karmiła go, myła, bawiła się z nim i go rozpieszczała — był cudowną zabawką, którą zesłał jej los. Kiedy akurat nie przebywała w szkole, opiekowała się braciszkiem, jak również sprzątała w domu i przygotowywała kolacje.

Renee, młodsza z sióstr Rona, miała pięć lat, kiedy przyszedł na świat, i chociaż nie odczuwała potrzeby, by się nim zajmować, wkrótce została jego towarzyszką zabaw. Annette sprawowała pieczę nad nimi obojgiem, dlatego później Renee i Ronnie często łączyli siły, aby przeciwstawić się matczynym zapędom swojej opiekunki.

Juanita była gorliwą chrześcijanką, upartą kobietą, która prowadzała swoją rodzinę do kościoła każdej niedzieli i środy oraz na wszystkie inne ważne nabożeństwa. Dzieci nigdy nie opuszczały zajęć w szkółce niedzielnej ani wakacyjnej szkole biblijnej, uczestniczyły w letnich obozach, rekolekcjach, spotkaniach parafialnych, a nawet ślubach i pogrzebach. Roy był mniej pobożny, lecz mimo wszystko dostosowywał się do tego uporządkowanego stylu życia: sumiennie chodził do kościoła, nie tykał alkoholu, nie uprawiał hazardu, nie przeklinał, nie grał w karty, nie tańczył i był całkowicie oddany rodzinie. Żył według surowych zasad i łatwo chwytał za pas, żeby pogrozić dzieciom, a czasami nawet wymierzyć kilka razów, które spadały głównie na siedzenie jego jedynego syna.

Rodzina należała do Pierwszego Zielonoświątkowego Kościoła Świętości, energicznej ewangelicznej wspólnoty. Jako zielonoświątkowcy wierzyli w życie żarliwą modlitwą, ciągłe podsycanie osobistej relacji z Chrystusem, wierność Kościołowi i wszystkim aspektom jego działalności, skrupulatne studiowanie Biblii oraz miłowanie współwyznawców. Nabożeństwa, przepełnione energiczną muzyką i żarliwymi kazaniami, nie były odpowiednie dla nieśmiałych, gdyż wymagały zaangażowania całego zboru, którego członkowie często przemawiali nieznanymi językami, dokonywali uzdrowień albo „nakładali ręce” oraz w otwarty i donośny sposób wyrażali emocje, które rozbudzał w nich Duch.

Małe dzieci nauczano barwnych starotestamentowych opowieści i zachęcano do uczenia się na pamięć najpopularniejszych biblijnych wersetów. Namawiano je, żeby wcześnie „przyjęły Chrystusa” — wyznały grzechy, poprosiły Ducha Świętego, by na wieki wszedł do ich życia, i wzorem Chrystusa publicznie się ochrzciły. Ronnie przyjął Chrystusa w wieku sześciu lat i został ochrzczony w rzece Blue, na południe od miasteczka, na zakończenie długich wiosennych rekolekcji.

Williamsonowie żyli spokojnie w niewielkim domu przy Czwartej Ulicy we wschodniej części Ady, niedaleko college’u. Dla rozrywki odwiedzali krewnych w okolicy, zajmowali się pracą na rzecz Kościoła i czasami biwakowali w pobliskim parku stanowym. Nieszczególnie interesowali się sportem, jednak to się zmieniło, gdy Ronnie odkrył baseball. Z innymi chłopcami ze swojej ulicy grał w niezliczone odmiany tej gry, stale zmieniając reguły. Od początku było jasne, że ma silną rękę i szybkie dłonie. Uderzał kijem z lewej strony. Baseball wciągnął go od pierwszej chwili i wkrótce Ron zaczął namawiać ojca, żeby kupił mu rękawicę i kij. Rodzina nie miała dużych oszczędności, ale Roy i tak zabrał syna na zakupy. W ten sposób narodziła się coroczna tradycja — wczesnowiosenna wyprawa do Haynes Hardware po nową rękawicę. Zazwyczaj najdroższą w sklepie.

Kiedy Ronnie nie używał rękawicy, trzymał ją w kącie swojego pokoju, gdzie wzniósł ołtarz ku czci Mickeya Mantle’a, najlepszego gracza Yankees i najwybitniejszego reprezentanta Oklahomy w lidze zawodowej. Mantle był idolem dzieciaków w całym kraju, ale w Oklahomie cieszył się niemal boską czcią. Każdy zawodnik Małej Ligi w stanie marzył o zostaniu jego następcą, wliczając Ronniego, który przyczepiał zdjęcia i karty z podobizną Mickeya do korkowej tablicy w kącie pokoju. W wieku sześciu lat potrafił wyrecytować wszystkie statystyki dotyczące Mantle’a, jak również wielu innych zawodników.

Jeśli akurat nie grał na ulicy, spędzał czas w salonie, gdzie z całej siły wymachiwał kijem. Dom był bardzo mały, a wyposażenie wnętrz skromne, ale niezastąpione, dlatego za każdym razem, gdy matka widziała, jak ćwicząc uderzenia, o mało nie trafia w lampę albo krzesło, wyganiała go na zewnątrz. Wracał po kilku minutach. Dla Juanity syn był kimś wyjątkowym. Mimo że był rozpieszczony, nie dostrzegała w nim żadnych wad.

Ronnie miewał zmienne nastroje. Potrafił być słodki i czuły, chętnie okazywał uczucia matce i siostrom, a za chwilę zmieniał się w rozwydrzonego samoluba, który zasypywał całą rodzinę żądaniami. Te wahania zauważono już we wczesnym dzieciństwie, ale nikogo nie zaniepokoiły. Ronnie po prostu bywał trudnym dzieckiem. Może dlatego, że był najmłodszy i opiekowało się nim tyle kobiet.

* * *

W każdym miasteczku można znaleźć trenera Małej Ligi, który tak bardzo kocha baseball, że stale wypatruje nowych talentów, nawet wśród ośmiolatków. W Adzie tym człowiekiem był Dewayne Sanders, trener Police Eagles. Pracował w stacji obsługi pojazdów na rogu ulicy, niedaleko domu Williamsonów przy Czwartej Ulicy. Usłyszał o młodym Williamsonie i wkrótce przyjął go do drużyny.

Nie ulegało wątpliwości, że Ronnie, mimo młodego wieku, potrafi grać. Było to o tyle dziwne, że jego ojciec nie znał się na baseballu. Chłopiec nauczył się wszystkiego na ulicy.

W letnich miesiącach baseball królował w miasteczku już od rana, gdy chłopcy zbierali się i rozmawiali o meczu Yankees rozegranym poprzedniego dnia. Interesowała ich tylko ta drużyna. Analizowali tabelę wyników, rozprawiali o tym, jak wypadł Mickey Mantle, rzucali do siebie piłkę, czekając na kolejnych graczy. Mniejsza grupa oznaczała mecz na ulicy, unikanie samochodów, czasem wybicie komuś szyby. Gdy pojawiało się więcej dzieciaków, szli na opuszczoną działkę, gdzie organizowali poważne rozgrywki, które trwały przez cały dzień. Późnym popołudniem wracali do domów, żeby się umyć, coś przegryźć, włożyć strój, a następnie ruszyć do Kiwanis Park na prawdziwy mecz.

Police Eagles zazwyczaj zajmowały pierwsze miejsce, co dowodziło poświęcenia Dewayne’a Sandersa. Ronnie Williamson był gwiazdą drużyny. Jego nazwisko po raz pierwszy pojawiło się na łamach „Ada Evening News”, gdy miał zaledwie dziewięć lat: „Police Eagles zaliczyły dwanaście hitów, w tym dwa homery w wykonaniu Rona Williamsona, który miał na koncie także dwa duble”.

Roy Williamson był obecny na wszystkich meczach i spokojnie oglądał grę z trybun. Nigdy nie krzyczał na sędziego ani trenera, nie krzyczał również na syna. Czasami, po nieudanym meczu, udzielał ojcowskich rad, zazwyczaj dotyczących życia. Nigdy nie grał w baseball i wciąż uczył się zasad gry. Syn wyprzedzał go o całe lata.

Kiedy Ronnie miał jedenaście lat, przeszedł do Dziecięcej Ligi i podczas draftu został wybrany w pierwszej kolejności przez drużynę Yankees sponsorowaną przez Oklahoma State Bank. Poprowadził swój nowy zespół do pierwszego miejsca w tabeli, nie doznając po drodze żadnej porażki.

Kiedy miał dwanaście lat i wciąż grał dla Yankees, miejscowa gazeta relacjonowała cały sezon drużyny: „Oklahoma State Bank odnotowała piętnaście homerów w pierwszej rundzie… Ronnie Williamson zaliczył dwa triple” (9 czerwca 1965 roku); „Yankees uderzali tylko trzykrotnie… ale potężne uderzenia Roya Haneya, Rona Williamsona i Jamesa Lamba załatwiły sprawę. Williamson zaliczył tripla” (11 czerwca 1965 roku); „Oklahoma State Bank Yankees dwukrotnie punktowali w pierwszej rundzie… Ron Williamson i Carl Tilley zdobyli dwa z czterech hitów… każdy z nich to dubl” (13 lipca 1965 roku); „Tymczasem drużyna Yankees wybiła się na drugie miejsce… Ronnie Williamson zaliczył dwa duble i jednego singla” (15 lipca 1965 roku).

* * *

W latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku Byng High School była oddalona o dwanaście kilometrów na północny wschód od granic miasteczka. Placówkę uznawano za wiejską szkołę, znacznie mniejszą od rozległej Ada High School. Chociaż dzieciaki z sąsiedztwa mogły uczęszczać do tej większej szkoły, jeśli nie przeszkadzała im konieczność dojazdów na własną rękę, praktycznie wszystkie wybierały skromniejszą Byng, głównie dlatego, że jej szkolny autobus docierał także do wschodniej części miasteczka. Większość dzieci z ulicy Rona chodziła do Byng.

W poprzedniej placówce w siódmej klasie Ronniego wybrano na sekretarza, rok później zaś został przewodniczącym i najbardziej lubianym uczniem ósmej klasy.

W 1967 roku rozpoczął naukę w dziewiątej klasie Byng High School jako jeden z sześćdziesiątki nowicjuszy.

W Byng nie grano w futbol — ta dyscyplina była nieoficjalnie zarezerwowana dla Ada High School, której silne drużyny co roku walczyły o mistrzostwo stanu. Byng specjalizowała się w koszykówce, a Ronnie już od pierwszego roku rozpoczął treningi i opanował tę grę równie szybko jak baseball.

Mimo że nigdy nie był molem książkowym, lubił czytać i dostawał same piątki i czwórki. Najbardziej interesowała go matematyka. Gdy znudziły go podręczniki, zagłębiał się w słownikach i encyklopediach. Obsesyjnie interesował się różnymi tematami. W euforii zasypywał znajomych słowami, których nigdy nie słyszeli, i drażnił się z nimi, gdy nie znali ich znaczenia. Badał życiorysy wszystkich amerykańskich prezydentów, zapamiętywał niezliczone szczegóły biograficzne, a potem całymi miesiącami nie mówił o niczym innym. Chociaż stopniowo oddalał się od Kościoła, nadal znał na pamięć dziesiątki biblijnych wersetów, które często wykorzystywał na własne potrzeby, a jeszcze częściej w celu prowokowania otoczenia. Bywało, że jego obsesje wyprowadzały z równowagi rodzinę i przyjaciół.

Ronnie był jednak utalentowanym sportowcem, dzięki czemu cieszył się w szkole popularnością. Został wybrany na wiceprzewodniczącego dziewiątej klasy. Podobał się dziewczętom, lubiły go i chciały się z nim umawiać, a on z pewnością się ich nie wstydził. Zaczął zwracać dużą uwagę na swój wygląd i zawartość szafy. Chociaż rodziców nie było stać na jego wymarzone stroje, i tak się ich domagał. Roy w tajemnicy zaczął kupować sobie używane ubrania, żeby mieć więcej pieniędzy dla syna.

Annette wyszła za mąż i pozostała w Adzie. W 1969 roku razem z matką otworzyły Beauty Casa, salon fryzjerski na parterze hotelu Julienne w centrum miasteczka. Ciężko pracowały i wkrótce rozwinęły firmę, w której było zatrudnionych także kilka prostytutek korzystających z górnych pięter hotelu. Panie do towarzystwa przez dziesięciolecia stanowiły stały element krajobrazu miasteczka i zachwiały niejednym małżeństwem. Juanita z trudem je tolerowała.

Annette nigdy nie potrafiła odmawiać bratu, co odczuła, gdy Ron zaczął od niej wyciągać pieniądze na ubrania i dziewczyny. Kiedy odkrył, że siostra ma rachunek kredytowy w lokalnym sklepie odzieżowym, zaczął z niego korzystać. Nigdy nie kupował tanich rzeczy. Czasami prosił o zgodę, ale najczęściej się tym nie kłopotał. Annette wpadała we wściekłość i dochodziło do kłótni, po których i tak regulowała należność. Za bardzo uwielbiała Ronniego i chciała dla niego tego, co najlepsze. Podczas każdej sprzeczki udawało mu się powiedzieć, jak bardzo ją kocha. Nie było wątpliwości, że mówi prawdę.

Zarówno Renee, jak i Annette martwiły się, że ich brat jest zbyt rozpieszczony i wywiera za dużą presję na rodziców. Czasami atakowały go z tego powodu, a niektóre kłótnie na długo zapadły im w pamięć, jednak Ronnie zawsze wychodził z nich obronną ręką. Płakał, przepraszał i ostatecznie zmuszał wszystkich do uśmiechu. Siostry często podsuwały mu pieniądze, żeby mógł kupować rzeczy, na które nie było stać rodziców. Bywał skupiony tylko na sobie, wymagający, egocentryczny i dziecinny — jak to w przypadku najmłodszych dzieci — ale dzięki silnej osobowości skłaniał całą rodzinę do jedzenia mu z ręki.

Bardzo go kochali, a on odwzajemniał ich uczucia. Nawet podczas sprzeczek wiedzieli, że w końcu dostanie wszystko, czego pragnie.

* * *

Po zakończeniu nauki w dziewiątej klasie kilku szczęściarzy ze szkoły Ronniego zamierzało wziąć udział w letnim obozie baseballowym organizowanym przez pobliski college. Ronnie także tego pragnął, ale Roy i Juanita nie mogli sobie pozwolić na taki wydatek. Chłopiec nie rezygnował; była to wyjątkowa okazja, żeby podnieść umiejętności i być może wpaść w oko uczelnianym trenerom. Przez kilka tygodni nie mówił o niczym innym i obrażał się, gdy sprawa przyjmowała niekorzystny obrót. W końcu Roy uległ i wziął pożyczkę w banku.

Kolejnym pomysłem Rona był zakup motocykla, czemu Roy i Juanita stanowczo się sprzeciwiali. Gdy odmówili, twierdząc, że ich na to nie stać, a motocykl jest zbyt niebezpieczny, Ronnie oświadczył, że sam za niego zapłaci. Znalazł pierwszą pracę — popołudniowe rozwożenie gazet — i zaczął odkładać każdego zarobionego centa. Kiedy stać go już było na zaliczkę, kupił motocykl i umówił się ze sprzedawcą na spłatę w miesięcznych ratach.

Jego plan zakłóciły objazdowe rekolekcje, które zawitały do miasteczka. W Adzie pojawiła się Krucjata Buda Chambersa — wielkie tłumy, mnóstwo muzyki, charyzmatyczne kazania, zajęcie na cały wieczór. Ronnie poszedł na pierwsze nabożeństwo, które tak go poruszyło, że następnego wieczoru wrócił z większością swoich oszczędności. Gdy podsunięto tacę na ofiary, opróżnił kieszenie. Jednak brat Bud potrzebował więcej, więc nazajutrz Ronnie przyniósł resztę pieniędzy. Potem zebrał całą gotówkę, którą udało mu się znaleźć lub pożyczyć, i następnego dnia wrócił do namiotu, żeby wziąć udział w kolejnym hałaśliwym nabożeństwie i złożyć kolejny ciężko zarobiony datek. Przez cały tydzień Ronniemu udawało się dostarczać pieniądze, a gdy rekolekcje się skończyły, był bankrutem.

Potem zrezygnował z rozwożenia gazet, ponieważ praca kolidowała z grą w baseball. Roy zdołał zebrać brakującą sumę i spłacić motocykl.

Skoro obie siostry wyprowadziły się z domu, Ronnie domagał się pełnej uwagi rodziców. W wypadku mniej czarującego dziecka mogłoby to być nie do zniesienia, jednak Ron miał w sobie mnóstwo uroku. Był ciepły i towarzyski, a jako osoba szczodra chętnie korzystał z nieuzasadnionej szczodrości swojej rodziny.

Kiedy zdał do dziesiątej klasy, trener drużyny futbolowej z Ada High School zgłosił się do Roya i zasugerował, żeby jego syn przeniósł się do większej szkoły. Chłopiec był urodzonym sportowcem; wszyscy w miasteczku wiedzieli, że znakomicie gra w koszykówkę i baseball. Jednak Oklahoma to kraina futbolu amerykańskiego, a trener zapewnił Roya, że jego syn zyska większą sławę, wychodząc na boisko w barwach drużyny Ada Cougars. Dzięki swojej posturze, szybkości i silnej ręce mógłby szybko zostać czołowym graczem, a nawet trafić do ligi zawodowej. Trener zaproponował, że codziennie będzie podwoził chłopca do szkoły.

Jednak decyzja należała do Rona, który ostatecznie pozostał w Byng, przynajmniej na kolejne dwa lata.

* * *

Wioska Asher tkwi niemal niezauważona przy drodze numer 177, trzydzieści kilometrów na północ od Ady. Mieszka w niej mniej niż pięćset osób, nie ma w niej centrum, są dwa kościoły, wieża ciśnień oraz kilka brukowanych ulic, przy których stoją stare domy. Dumą mieszkańców jest piękne boisko do baseballu obok malutkiej szkoły średniej przy Division Street.

Jak w wypadku większości bardzo małych miejscowości, nie wydaje się prawdopodobne, żeby w Asher działo się cokolwiek godnego uwagi, a jednak przez czterdzieści lat lokalna szkolna drużyna baseballowa odnotowała najwięcej zwycięstw w skali całego kraju. Żadna szkoła średnia w historii, ani publiczna, ani prywatna, nie wygrała tylu meczów co Asher Indians.

Wszystko zaczęło się w 1959 roku, gdy młody trener Murl Bowen przybył do Asher i przejął zaniedbany program szkoleniowy oraz drużynę, która w 1958 roku nie wygrała ani jednego meczu. Sytuacja szybko uległa zmianie. W ciągu trzech lat Asher zdobyło swoje pierwsze mistrzostwo stanu, a potem powtarzało ten wyczyn jeszcze kilkadziesiąt razy.

Z powodów, które chyba nigdy nie staną się jasne, Oklahoma dopuszcza szkolne drużyny baseballowe do jesiennych rozgrywek — ale tylko w wypadku szkół, które są zbyt małe, żeby mieć drużynę futbolową. Kiedy trener Bowen pracował w Asher, jego podopieczni nierzadko zdobywali mistrzostwo stanu jesienią, po czym wiosną dorzucali kolejny tytuł. Pod jego kierownictwem drużyna z Asher kwalifikowała się do finałów mistrzostw stanu sześćdziesiąt razy z rzędu, zarówno jesienią, jak i wiosną.

Na przestrzeni czterdziestu lat drużyny Murla Bowena wygrały dwa tysiące sto piętnaście meczów, przegrywając tylko trzysta czterdzieści dziewięć, zdobyły czterdzieści trzy tytuły mistrzów stanu, a dziesiątki wychowanków trenera trafiły do drużyn uczelnianych i młodzieżowej ligi baseballowej. W 1975 roku Bowen został szkolnym trenerem roku, a lokalna społeczność uhonorowała go, rozbudowując boisko jego imienia. W 1995 roku Bowen ponownie otrzymał tę samą nagrodę.

„To nie moja zasługa”, stwierdza skromnie, spoglądając wstecz. „Wszystkiego dokonały dzieciaki. Ja nie zdobyłem ani jednego punktu”.

Być może, ale z pewnością przyczynił się do sukcesów drużyny. Każdego sierpnia, gdy temperatura w Oklahomie często przekracza trzydzieści pięć stopni Celsjusza, trener Bowen zbierał swoją grupkę zawodników i planował kolejny atak na mistrzostwo stanu. Nigdy nie miał dużego wyboru — każdą klasę w Asher kończyło około dwadzieściorga uczniów, z czego połowa to dziewczęta — więc zdarzało się, że kadra składała się z zaledwie dwunastu graczy, wśród których mógł się znaleźć jakiś obiecujący ósmoklasista. Aby upewnić się, że nikt nie zrezygnuje, trener zaczynał od rozdania strojów. Wszyscy chłopcy trafiali do drużyny.

Potem zaczynały się treningi, początkowo trzy razy dziennie. Były niezwykle wymagające — całe godziny treningu kondycyjnego, sprintu, biegania między bazami, przyswajania podstaw. Bowen wpajał chłopcom wartość ciężkiej pracy, silnych nóg, poświęcenia i, przede wszystkim, sportowej postawy. Żaden gracz z Asher nigdy nie pokłócił się z sędzią, nie rzucił kaskiem ze złości ani nie próbował ośmieszyć przeciwnika. Drużyny z Asher nigdy nie poprawiały sobie statystyk meczami ze słabszymi szkołami.

Trener Bowen starał się unikać słabych przeciwników, zwłaszcza wiosną, gdy sezon trwał dłużej, co wiązało się z większą elastycznością. Jego podopieczni zasłynęli zwycięskimi meczami z dużymi szkołami. Regularnie spuszczali lanie zespołom z Ady i Norman, a także gigantom z Oklahoma City i Tulsy. Sława Asher rosła, a przeciwnicy woleli grać z nimi na idealnie przygotowanym boisku, którym osobiście zajmował się trener Bowen. Po meczu najczęściej odjeżdżali w milczeniu.

Drużyny trenera Bowena były niezwykle zdyscyplinowane i, według niektórych krytyków, dysponowały bardzo starannie dobranymi zawodnikami. Szkoła w Asher stała się magnesem dla poważnych baseballistów o dużych planach, więc było tylko kwestią czasu, żeby trafił tam Ronnie Williamson. Podczas letnich rozgrywek zaprzyjaźnił się z Bruce’em Lebą, uczniem Asher, zapewne drugim najlepszym zawodnikiem w okolicy, pozostającym o krok albo dwa za Ronniem. Chłopcy zaczęli być nierozłączni i wkrótce toczyli rozmowy o wspólnej grze w Asher w ostatniej klasie. Na boisku pojawiali się łowcy talentów, zarówno z drużyn uczelnianych, jak i zawodowych, a podopieczni Bowena mieli dużą szansę na zdobycie mistrzostwa stanu jesienią 1970 roku i wiosną 1971 roku. Po przenosinach Ron stałby się znacznie bardziej widoczny.

Zmiana szkoły oznaczała konieczność wynajęcia mieszkania w Asher, co stanowiłoby olbrzymie obciążenie dla rodziców. W domu nigdy się nie przelewało, a teraz Roy i Juanita musieliby stale dojeżdżać stamtąd do Ady. Jednak Ronnie nie zamierzał ustąpić. Miał absolutne przekonanie, podobnie jak większość okolicznych trenerów i łowców talentów, że gdy skończy naukę w ostatniej klasie, drużyny ligi zawodowej będą się o niego biły podczas letniego draftu. Marzenie o zawodowej karierze było w zasięgu ręki; potrzebował tylko dodatkowej mobilizacji.

Niektórzy szeptali, że może się stać następnym Mickeyem Mantle’em, a Ronnie to słyszał.

Dzięki potajemnej pomocy entuzjastów baseballu Williamsonowie wynajęli niewielki dom dwie przecznice od Asher High School, a w sierpniu Ronnie zgłosił się na obóz szkoleniowy trenera Bowena. Początkowo przytłoczyła go ilość czasu, jaki trzeba było przeznaczyć na bieganie. Trener musiał wielokrotnie tłumaczyć swojej nowej gwieździe, że stalowe nogi są niezbędne do skutecznego uderzania, miotania, zaliczania baz, wykonywania długich rzutów spoza pola i wytrzymywania końcowych rund podwójnych partii przy niewielkiej liczbie rezerwowych zawodników. Ronnie niechętnie na to przystał, ale wkrótce zainspirowała go etyka pracy Bruce’a Leby oraz innych graczy z Asher. Dostosował się i niebawem był w świetnej formie. Jako jeden z zaledwie czterech uczniów ostatnich klas w drużynie, szybko został jej nieoficjalnym kapitanem oraz — wspólnie z Lebą — liderem.

Murl Bowen był zachwycony potężną posturą, szybkością i dalekimi rzutami Ronniego ze środka pola. Chłopak miał w ręku dynamit i potężne uderzenie z lewej strony. Niektóre z jego treningowych odbić, gdy piłka szybowała ponad ogrodzeniem, robiły niesamowite wrażenie. Kiedy rozpoczął się sezon jesienny, pojawili się łowcy talentów; wkrótce zwrócili uwagę na Rona Williamsona i Bruce’a Lebę. Drużyna z Asher grała z mnóstwem małych szkół, w których nie było drużyn futbolowych, i przy zaledwie jednej porażce pewnie przeszła końcową fazę rozgrywek, zdobywając kolejny tytuł. Ron uzyskał średnią 0,468 i zdobył sześć homerów. Bruce, jego kolega i rywal, odnotował tyle samo homerów oraz średnią 0,444. Zmuszali się nawzajem do wysiłku, przekonani, że zmierzają prosto do ligi zawodowej.

Zaczęli ostro grać także poza boiskiem. W weekend pili piwo i odkrywali marihuanę. Podrywali dziewczęta, co nie było trudne, gdyż bohaterowie Asher cieszyli się powszechnym uwielbieniem. Imprezy weszły im w krew, a kluby i spelunki wokół Ady roztaczały nieodparty urok. Kiedy byli zbyt pijani, żeby ryzykować powrót samochodem do Asher, wpadali do Annette, budzili ją i zazwyczaj prosili o coś do jedzenia, przez cały czas żarliwie przepraszając. Ronnie błagał siostrę, żeby o niczym nie mówiła rodzicom.

Jednak byli ostrożni, dzięki czemu udało im się uniknąć kłopotów z policją. Bali się Murla Bowena, poza tym wiosna 1971 roku zapowiadała się wspaniale.

Koszykówka stanowiła dla drużyny baseballowej dobry sposób na podtrzymanie formy. Ron zaczął grać w ataku i prowadził w statystyce zdobytych punktów. Kilka niewielkich drużyn uczelnianych próbowało go pozyskać, ale nie był zainteresowany. Pod koniec sezonu zaczął otrzymywać listy od łowców talentów z zawodowej ligi baseballowej, którzy przedstawiali się, zapowiadali, że za kilka tygodni będą na niego zwracać uwagę, prosili o rozkład meczów i zapraszali na letnie obozy próbne. Bruce Leba także otrzymywał listy i obaj chłopcy świetnie się bawili, porównując korespondencję. W jednym tygodniu pisali Phillies i Cubs, w następnym Angels i Athletics.

Kiedy pod koniec lutego zakończył się sezon koszykarski, w Asher zabrano się do dzieła.

Drużyna rozgrzała się dzięki kilku łatwym zwycięstwom, po czym weszła na pełne obroty, gdy przyjechały reprezentacje największych szkół. Ron zaczął z animuszem i ani na chwilę nie odpuszczał. Łowcy talentów się naradzali, drużyna wygrywała i w Asher High School panowała świetna atmosfera. Jako że przeciwnicy zazwyczaj wystawiali najsilniejszy skład, podopieczni trenera Bowena co tydzień mierzyli się ze znakomitymi miotaczami. Na trybunach zasiadało coraz więcej łowców talentów, a Ron udowadniał, że potrafi poradzić sobie z każdym. Uzyskał średnią 0,500, pięć homerów i czterdzieści sześć RBI, wypałkowanych awansów. Rzadko dawał się wyeliminować i często zmieniał pozycję na boisku, ponieważ przeciwnicy starali się go unikać. Łowcom talentów podobały się jego siła i zdyscyplinowanie, szybkość, z jaką docierał do pierwszej bazy, oraz, oczywiście, silna ręka.

Pod koniec kwietnia został nominowany do Nagrody imienia Jima Thorpe’a, którą w stanie Oklahoma przyznawano wybitnym sportowcom ze szkolnych drużyn.

Drużyna z Asher wygrała dwadzieścia sześć meczów, przegrała pięć, a pierwszego maja 1971 roku pokonała Glenpool pięć do zera, zdobywając kolejne mistrzostwo stanu.

Trener Bowen zgłosił Rona i Bruce’a Lebę do reprezentacji stanu. Z pewnością na to zasłużyli, ale sami niemal pogrzebali swoje szanse.

Kilka dni przed uroczystością wręczenia dyplomów, w obliczu czekających ich istotnych zmian, zrozumieli, że wspólna gra w drużynie z Asher wkrótce dobiegnie końca. Już nigdy nie będą ze sobą tak blisko jak przez ostatni rok. Postanowili to uczcić niezapomnianymi nocnymi szaleństwami.

W Oklahoma City były wtedy trzy kluby ze striptizem. Wybrali elegancki lokal Red Dog, a przed wyjściem zabrali z kuchni Leby butelkę whisky i sześciopak piwa. Opuścili Asher, a zanim dotarli do klubu, byli już pijani. Na miejscu poprosili o piwo i patrzyli na striptizerki, które z każdą chwilą stawały się coraz ładniejsze. Zamówili taniec erotyczny i zaczęli błyskawicznie pozbywać się gotówki. Ojciec Bruce’a zawsze wymagał od syna powrotu przed pierwszą w nocy, ale tancerki i alkohol sprawiły, że o tym zapomnieli. W końcu wytoczyli się z klubu około wpół do pierwszej. Od domu dzieliły ich dwie godziny jazdy. Bruce ostro ruszył swoim podrasowanym camaro, ale nagle się zatrzymał, gdy Ron powiedział coś, co mu się nie spodobało. Chłopcy zaczęli obrzucać się wyzwiskami i postanowili natychmiast wyjaśnić sobie wszystkie nieporozumienia. Wyszli z samochodu i rozpoczęli bójkę na środku Dziesiątej Ulicy.

Po kilku minutach okładania się pięściami i kopania zmęczyli się i zdecydowali się zawrzeć rozejm. Wrócili do samochodu i na nowo podjęli podróż do domu. Później żaden z nich nie pamiętał powodu bójki; był to jeden ze szczegółów, które na zawsze skryła mgła niepamięci.

Bruce przegapił zjazd, skręcił w niewłaściwym miejscu, a w końcu, zupełnie zagubiony, postanowił zatoczyć pętlę nieznanymi wiejskimi drogami, kierując się, jak uważał, mniej więcej w stronę Asher. Wiedział, że nie zdąży wrócić do domu na czas, więc pędził jak szalony. Jego kompan leżał nieprzytomny na tylnym siedzeniu. Wokół panowała ciemność, aż nagle Bruce zobaczył z tyłu czerwone światła, które szybko się zbliżały.

Pamiętał, że zatrzymał się przez siedzibą firmy Williams Meat Packing, ale nie był pewien, w pobliżu jakiego miasteczka się znajduje. A nawet w jakim jest hrabstwie.

Wysiadł z samochodu. Funkcjonariusz policji stanowej bardzo uprzejmie spytał go, czy pił.

— Tak, panie władzo — odpowiedział Bruce.

— Zdaje pan sobie sprawę, że przekroczył dozwoloną prędkość?

— Tak, panie władzo.

Porozmawiali chwilę i wydawało się, że policjant nie ma zamiaru wypisać mandatu ani zatrzymać Bruce’a. Chłopak zdołał go już przekonać, że potrafi bezpiecznie wrócić do domu, gdy nagle Ron wystawił głowę przez tylne okno i wrzasnął coś chrapliwym, niewyraźnym głosem.

— Kto to jest? — spytał policjant.

— To tylko kolega.

Kolega wykrzyczał coś jeszcze, a policjant kazał mu wysiąść. Z jakiegoś powodu Ron otworzył drzwi od strony pobocza, po czym wpadł do głębokiego rowu.

Obu młodzieńców zatrzymano i odstawiono do zimnego, wilgotnego aresztu, w którym brakowało łóżek. Dozorca rzucił dwa materace na podłogę w malutkiej celi i chłopcy spędzili na nich noc, drżący, przerażeni i wciąż pijani. Postąpili na tyle roztropnie, że nie zadzwonili do swoich ojców.

Dla Rona była to pierwsza z wielu nocy spędzonych za kratami.

Rankiem dozorca przyniósł im kawę i bekon oraz poradził, żeby zadzwonili do domu. Obaj zrobili to z wielkim wahaniem i dwie godziny później zostali zwolnieni. Bruce sam pojechał do domu swoim camaro, tymczasem Ron, z jakiejś przyczyny, musiał pojechać razem z panami Lebą i Williamsonem. To była bardzo długa dwugodzinna podróż, którą dodatkowo wydłużała perspektywa konfrontacji z trenerem Bowenem.

Obaj ojcowie nalegali, żeby chłopcy natychmiast udali się do swojego trenera i wyznali mu prawdę, co też uczynili. Murl przez jakiś czas się do nich nie odzywał, ale nie wycofał nominacji.

Skończyli szkołę bez dalszych wybryków. Bruce, drugi w klasie pod względem końcowych ocen, wygłosił znakomitą przemowę. Podczas uroczystości wręczenia dyplomów do absolwentów przemówił czcigodny Frank H. Seay, popularny sędzia z sąsiedniego hrabstwa, Seminole.

Klasa kończąca Asher High School w 1971 roku składała się z siedemnaściorga uczniów. Było to ważne wydarzenie, które absolwenci dzielili z dumnymi rodzinami. Niewielu rodziców miało okazję uczęszczać do college’u, niektórzy nie skończyli nawet szkoły średniej. Jednak dla Rona i Bruce’a uroczystość tyle nie znaczyła. Wciąż opromieniała ich chwała mistrzów stanu, a co ważniejsze, marzyli, że zwerbuje ich drużyna z ligi zawodowej. Nie zamierzali spędzić życia na wsi w Oklahomie.

Miesiąc później obaj zostali wybrani do reprezentacji stanu, a Ron zajął drugie miejsce w kategorii zawodnik roku. Podczas dorocznego meczu gwiazd zagrali przed pełnymi trybunami i łowcami talentów ze wszystkich drużyn ligi zawodowej oraz licznych drużyn uczelnianych. Po meczu przedstawiciele Phillies oraz Oakland Athletics wzięli obu chłopców na bok i złożyli im nieoficjalne oferty. Gdyby młodzi zawodnicy zgodzili się na osiemnaście tysięcy dolarów na głowę, to podczas draftu Phillies wybraliby Bruce’a, a Athletics Rona. Ron doszedł do wniosku, że to zbyt skromna propozycja, i odmówił. Bruce zaczynał się martwić o swoje kolana i również uznał sumę za zbyt niską. Próbował przycisnąć łowcę talentów, twierdząc, że zamierza przez dwa lata grać w Seminole Junior College i że tylko wyższa oferta mogłaby go przekonać do zmiany planów, ale łowca talentów pozostał nieugięty.

W następnym miesiącu Ron został zwerbowany przez Oakland Athletics w drugiej rundzie draftu wolnych agentów, jako czterdziesty pierwszy zawodnik z ośmiuset, a pierwszy z Oklahomy. Phillies, chociaż nie wybrali Bruce’a, zaproponowali mu kontrakt, jednak on ponownie odmówił i dołączył do jednej z drużyn uczelnianych. Marzenie o wspólnej karierze zawodowej zaczynało się rozwiewać.

Pierwsza oficjalna oferta Oakland była obraźliwa. Williamsonowie nie mieli agenta ani prawnika, ale wiedzieli, że Athletics próbują zaoszczędzić na Ronie.

Chłopak pojechał do Oakland, aby spotkać się z władzami klubu. Rozmowy nie przyniosły efektów, więc wrócił do Ady bez podpisanej umowy. Wkrótce działacze ponownie do niego zadzwonili, a podczas drugiej wizyty Ron spotkał się z Dickiem Williamsem, menedżerem drużyny, oraz kilkoma zawodnikami. Drugim bazowym był Dick Green, sympatyczny gość, który oprowadził Rona po budynku klubowym i boisku. Wpadli na Reggiego Jacksona, niekwestionowaną supergwiazdę, twarz drużyny; gdy Reggie dowiedział się, że Ron został wybrany w drugiej rundzie draftu, spytał go, na jakiej pozycji gra.

Dick Green, chcąc nieco podrażnić Reggiego, odpowiedział:

— Ron gra jako prawy zapolowy.

Reggie oczywiście królował na tej pozycji.

— Stary, przepadniesz w przedbiegach — odparł, po czym się oddalił. W ten sposób skończyła się ich rozmowa.