Opis

Kolejna mistrzowska książka Koontza - tajemnica pochłaniająca bez reszty, a zarazem głębokie spojrzenie w duszę człowieka. Doskonale napisana historia, która nie przemija po przeczytaniu ostatniej strony.

ON mieszka w odosobnieniu, daleko od miasta i ludzi, którzy zabiliby go natychmiast, gdyby stanął na ich drodze.

ONA żyje samotnie, ale na każdym kroku towarzyszy jej strach, że wrogowie, przed którymi udało jej się uciec, odnajdą ją i zniszczą.

Więź między nimi jest mocniejsza niż trauma po tragediach, które naznaczyły ich życia. Coś więcej niż przypadek i niewiele mniej niż przeznaczenie sprawiło, że razem pojawili się na świecie, w którym godzina rozrachunku jest bliska…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 426

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

NOWA POWIEŚĆ DEANA KOONTZA

Mistrzowskie połączenie elementów thrillera i horroru z przenikliwym spojrzeniem w głębię ludzkiej duszy!

On żyje pod ziemią, z dala od społeczeństwa, które mogłoby go zniszczyć.

Ona ucieka przed człowiekiem, który chce ją skrzywdzić.

On nie ma prawa jej dotknąć.

Ona nie może na niego spojrzeć.

Dwoje wyrzutków, których łączy niewytłumaczalna więź, głębsza niż rany, jakie zadało im życie.

Ich spotkanie w świecie stojącym u progu zagłady jest czymś więcej niż przypadkiem.

DEAN KOONTZ

Jeden z najpopularniejszych współczesnych autorów amerykańskich, mogący się pochwalić imponującą liczbą 450 milionów sprzedanych egzemplarzy książek. Karierę literacką rozpoczął w wieku 20 lat, startując w konkursie na opowiadanie zorganizowanym przez „Atlantic Monthly”. Należy do pisarzy niezwykle płodnych: jego dorobek to kilkadziesiąt powieści oraz liczne opowiadania wydane pod własnym nazwiskiem i kilkoma pseudonimami. Do najpopularniejszych powieści Koontza należą: Opiekunowie, Intensywność, Przepowiednia, Odd Thomas, Dobry zabójca, Prędkość, Mąż, Recenzja, Bez tchu, Co wie noc, Dom śmierci, Apokalipsa Odda, Interludium Odda, W świetle księżyca, Kątem Oka, Klucz do północy. Wiele z nich zostało przeniesionych na ekran telewizyjny lub kinowy.

www.deankoontz.com

Tego autora

TRZYNASTU APOSTOŁÓWAPOKALIPSAPRZEPOWIEDNIAPRĘDKOŚĆINWAZJAINTENSYWNOŚĆNIEZNAJOMIMĄŻOCALONANIEZNISZCZALNYDOBRY ZABÓJCAPÓŁNOCOSZUKAĆ STRACHOCZY CIEMNOŚCIANIOŁ STRÓŻTWOJE SERCE NALEŻY DO MNIEMASKAMROCZNE POPOŁUDNIEZŁE MIEJSCESMOCZE ŁZYRECENZJAOPIEKUNOWIEBEZ TCHUDOM ŚMIERCICO WIE NOCW MROKU NOCYKĄTEM OKAW ŚWIETLE KSIĘŻYCAKLUCZ DO PÓŁNOCYPIECZARA GROMÓWNIEWINNOŚĆOdd ThomasODD THOMASDAR WIDZENIABRACISZEK ODDKILKA GODZIN PRZED ŚWITEMAPOKALIPSA ODDAINTERLUDIUM ODDA

Tytuł oryginału:INNOCENCE

Copyright © Dean Koontz 2013All rights reservedPublished by arrangement with Prava i Prevodi and Lennart Sane Agency AB

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Marek Fedyszak 2015

Redakcja: Maciej Fliger

Zdjęcie na okładce: copyright © Alexandre Cappellari/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-259-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Książkę tę dedykuję Harry’emu Recardowi – za jego przyjaźń i za to, że na studiach nauczył mnie gry w bezika i w ten sposób omal nie zwichnął mi kariery akademickiej. Oraz Diane Recard za to, że tak dobrze opiekuje się Harrym przez te wszystkie lata, co nie jest łatwym zadaniem.

Nic nie sprawia pisarzowi większego zadowolenia niż listy od czytelników twierdzących, że jedna z jego książek zmieniła ich życie bądź zachęciła do wytrwałości w trudnych chwilach. Jednak list, jaki otrzymałem od Elizabeth Waters ze stanu Waszyngton, gdy skończyłem Niewinność, a dotyczący mojej powieści Kątem oka, poruszył mnie bardziej od innych. Beth, Twoja odwaga uczy mnie pokory. Nadzieja, którą znalazłaś w mojej książce, dorównuje nadziei, którą wzbudziłaś we mnie swoją życzliwą korespondencją. Roztaczasz blask wokół siebie.

Wielka uroda rzadko idzie w parze z wielką cnotą.

FRANCESCO PETRARCA, TRACTATUS DE REMEDIIS

CZĘŚĆ PIERWSZA

Dziewczyna, którą poznałem w świetle lampy,przy półce z powieściami Charlesa Dickensa

1

Po ucieczce od jednego ognia spodziewałem się kolejnego. Zbliżającym się płomieniom przyglądałem się bez lęku. Ogień był jedynie światłem i ciepłem. Każdy z nas potrzebuje w życiu ciepła i szuka światła. Nie mogłem więc bać się tego, czego potrzebowałem i czego szukałem. Dla mnie kontakt z ogniem stwarzał jedynie nadzieję na nieuchronny koniec. Ten piękny świat, złożony z mnóstwa pięknych, powabnych i wdzięcznych istot, budził we mnie tylko jeden stały lęk – że mogę na nim żyć zbyt długo.

2

Byłem zdolny do miłości, ale po śmierci Ojca żyłem samotnie. I dlatego kochałem jedynie drogich zmarłych, książki oraz chwile wspaniałego piękna, którym od czasu do czasu zaskakiwało mnie to miasto, gdy przemierzałem je w całkowitej tajemnicy.

Zdarzało się na przykład, że w bezchmurne noce, w tej szczególnej chwili, gdy większość mieszkańców śpi, gdy ekipy sprzątające kończą pracę, a wieżowce aż do świtu pozostają w ukryciu, nad głową ukazują się gwiazdy. Zapewne nie świecą nad tą metropolią równie jasno jak nad jakąś równiną w Kansas lub nad górą w Kolorado, ale i tak jaśnieją niczym miasto na niebie, czarujące miejsce, w którym mógłbym chodzić po ulicach bez strachu przed ogniem, gdzie mógłbym znaleźć kogoś, kogo bym miłował i kto miłowałby mnie.

Tutaj, gdy mnie widziano, swoją zdolnością do kochania nie budziłem w nikim litości. Wręcz przeciwnie. Na mój widok zarówno kobiety, jak i mężczyźni, wzdragali się, lecz ich strach szybko ustępował miejsca furii. Nie skrzywdziłbym ich w obronie własnej i dlatego pozostałem bezbronny.

3

W niektóre noce do mojego lokum, które nie miało nawet okien, docierała piękna, lecz smutna muzyka. Nie wiedziałem, skąd dochodzi, nie potrafiłem też rozpoznać melodii. Nie towarzyszyły jej słowa, ale byłem przekonany, że kiedyś słyszałem wyśpiewujący tę piosenkę, niski i chrapliwy kobiecy głos. I za każdym razem poruszałem ustami, chcąc odtworzyć treść, ale ona wciąż umykała.

Ten kawałek nie był bluesowy, a mimo to ciążył na sercu niczym blues. Mógłbym go nazwać nokturnem, choć, jak sądzę, nokturn zawsze jest utworem instrumentalnym. Do tej melodii istniały zaś słowa, byłem tego pewien.

Powinienem dojść w ślad za tymi melodyjnymi dźwiękami do jakiegoś szybu wentylacyjnego lub kanału, ale wszystkie próby znalezienia ich źródła kończyły się niepowodzeniem. Wydawało się, że ta muzyka wydobywa się z powietrza, jakby przedostawała się przez membranę z innego niewidzialnego, równoległego świata.

Być może ci, którzy nie żyli w ukryciu, uznaliby myśl o niewidzialnym świecie za zbyt dziwaczną i odsunęli ją od siebie.

Jednak ci z nas, którzy pozostają w ukryciu przed całą resztą ludzi, wiedzą, że ten świat jest niezwykły i pełen tajemnic. Nie mamy zdolności magicznego postrzegania ani nadprzyrodzonego wglądu w rzeczywistość. Sądzę, że to, iż rozpoznajemy jej złożony wymiar, wynika z naszej samotności.

Życie w mieście tłumów, ulicznego ruchu i bezustannego hałasu, w wiecznym dążeniu do czegoś, w ciągłej rywalizacji o pieniądze, pozycję i władzę rozpraszało chyba ludzi, aż w końcu przestali dostrzegać cokolwiek innego – zapominali, że coś poza tym istnieje. A może, z powodu tempa i stresu związanego z tym życiem, zdrowie psychiczne zależało od niedostrzegania różnych cudów, rzeczy zadziwiających i zagadkowych, które składały się na prawdziwy świat.

Kiedy napisałem: „ci z nas, którzy pozostają w ukryciu”, powinienem był ująć to inaczej: „ja, który nadal się ukrywam”. O ile dobrze wiedziałem, w tej metropolii nie było drugiego takiego jak ja. Już od dawna żyję sam.

Przez dwanaście lat dzieliłem ten głęboki szaniec z Ojcem. Zmarł sześć lat temu. Kochałem go i codziennie za nim tęskniłem. Teraz miałem dwadzieścia sześć lat i przed sobą, być może, długie, samotne życie.

Zanim tutaj przybyłem, Ojciec mieszkał ze swoim ojcem, którego niestety nie poznałem. Od nich dostałem większość mebli i książek.

Być może pewnego dnia przekażę swój dobytek komuś, kto mnie mógłby nazywać Ojcem. Stanowiliśmy nieprzemijający ród wydziedziczonych, żyjący w tajemnym mieście, którego ludzie nigdy nie widzieli.

Mam na imię Addison, lecz wtedy imiona nie były nam potrzebne, ponieważ rozmawialiśmy tylko ze sobą.

Czasami, z uśmiechem na ustach, Ojciec mówił o sobie Ten. Nie było to jednak prawdziwe imię. Mnie nazywał Tym Tego lub Synem Tego – tak sobie żartowaliśmy.

Według norm innych ludzi byliśmy nadzwyczaj brzydcy. Tak bardzo, że nasza brzydota wzbudzała w nich wstręt i straszliwą wściekłość. Chociaż byliśmy ludźmi w takim samym stopniu jak ci, którzy żyli jawnie, nie chcieliśmy razić ich oczu, więc się ukrywaliśmy.

Ojciec tłumaczył mi, że nie wolno nam gniewać się na innych, mężczyzn i kobiety, za to tylko, jak nas traktują. Żywili lęki, których nie byliśmy w stanie pojąć. Powiedział, że my, ukryci, mamy swoje brzemię, lecz tamci dźwigają znacznie cięższe brzemię od naszego – co było prawdą.

Pozostawaliśmy w ukryciu, żeby uniknąć czegoś gorszego niż prześladowanie. Pewnej nocy Ojciec został schwytany na powierzchni. Dwaj przerażeni, rozjuszeni mężczyźni postrzelili go i zatłukli na śmierć.

Nie żywiłem do nich urazy. Było mi ich żal, ale kochałem tych oprawców, jak tylko mogłem. Wszyscy zostaliśmy sprowadzeni na świat z jakiegoś powodu i musimy zadać sobie pytanie, dlaczego tak się stało. I mieć nadzieję, że poznamy odpowiedź.

Małe, pozbawione okien lokum było również moją szkołą; starałem się tu uczyć, a w najważniejszym z trzech pomieszczeń ściany zabudowane zostały przez ojca mojego Ojca mahoniowymi regałami. Półki były wypełnione książkami niechcianymi przez tych, którzy żyli na świecie powyżej.

Każdy z głębokich wygodnych foteli miał wyściełany podnóżek. Obok nich stały proste drewniane sześciany, na których można było postawić coś do picia, oraz lampy z brązu, obleczone plisowanymi szantungowymi abażurami w kolorze brzoskwini.

Mały stół i dwa krzesła z prostymi oparciami zapewniały miejsce na posiłki. W czasach, gdy było nas dwóch, graliśmy przy tym stole w karty i szachy.

Wtedy od czasu do czasu stawiałem pasjansa. Nie przepadałem za tym, ale niekiedy, tasując karty, zamiast swoich widziałem ręce Ojca. Jego palce były zdeformowane, ponieważ w dzieciństwie, po tym, jak pewien pastor połamał mu je w niedzielny wieczór, zrosły się krzywo w łubkach, jakie sam sobie założył..

Kochałem te ręce, które nigdy nie skrzywdziły żywego stworzenia. Blade blizny i zdeformowane przez artretyzm kłykcie były piękne, ponieważ świadczyły o jego odwadze i przypominały mi, że nie mogę czuć rozgoryczenia z powodu popełnianych na nas okrucieństw. On cierpiał bardziej niż ja, a mimo to kochał życie i świat.

Stolik i większość pozostałych mebli zostały tutaj z trudem sprowadzone lub zrobione na miejscu przez moich poprzedników.

Przez sześć lat dwa fotele nie były mi potrzebne. Podczas lektury siedziałem przeważnie w fotelu, który był mój, odkąd tutaj przybyłem. Jednak od czasu do czasu sadowiłem się w fotelu Ojca, żeby go lepiej pamiętać i poczuć się mniej samotnie.

Drugie pomieszczenie, podobnie jak pozostałe, miało prawie dwa i pół metra wysokości. Grube ściany, podłogę i strop wykonano z betonu zbrojonego, przez który niekiedy przenikały jakieś drgania. Nigdy jednak nie przedostawały się żadne rozpoznawalne dźwięki oprócz wspomnianej muzyki.

Z obu stron pozbawionego drzwi otworu drzwiowego zawieszono hamaki rozciągnięte na całą długość pokoju. Grube płótno łatwo było wytrzeć do czysta gąbką, a mój koc stanowił jedyną wymagającą prania pościel.

Kiedy żył Ojciec, w bezsenne noce leżeliśmy w ciemności bądź przy świetle świecy i godzinami rozmawialiśmy. O tym, jak niewiele świata widzieliśmy na własne oczy, o cudach natury, które oglądaliśmy w książkach z kolorowymi zdjęciami, oraz o tym, co to wszystko może znaczyć.

I chyba to były najszczęśliwsze chwile, jakie wspominam. Choć tych radosnych nie brakowało, z trudem przychodzi mi wskazanie najlepszych.

Przy tylnej ścianie, między hamakami, stała lodówka. Ojciec Ojca radził sobie kiedyś bez takiego sprzętu. Mój Ojciec – samouk jak ja – zgłębił tajniki elektryki i mechaniki tego urządzenia. Zdemontował lodówkę, przyniósł ją z nadziemnego świata i z powrotem złożył.

Na lewo od lodówki stał stół mieszczący toster, płytkę do podgrzewania potraw oraz prodiż. Na prawo znajdowały się półki, które służyły mi za spiżarkę i do układania zastawy stołowej.

Jadłem dobrze i byłem wdzięczny, że w mieście jedzenia jest w bród.

Gdy ojciec Ojca odkrył ten głęboki szaniec, były już tam elektryczność i podstawowe elementy instalacji wodno-kanalizacyjnej. W pokojach nie było jednak mebli. Nic nie świadczyło o tym, by wcześniej ktoś tu mieszkał.

Zanim Ojciec znalazł mnie – czekającego na niechybną śmierć – istnienie tych komór wyjaśniali sobie z jego ojcem na wiele sposobów.

Można by pomyśleć, że to miejsce było schronem przeciwbombowym, umieszczonym tak głęboko pod powierzchnią ulicy, pod tyloma grubymi warstwami betonu, że nawet wielokrotne wybuchy bomb atomowych nie zdołałyby go skruszyć. Docierało się do niego drogą tak okrężną, że zabójcze promieniowanie, przenoszone po liniach prostych, nie mogłoby tutaj trafić.

Jednak po zdjęciu gniazdek z dowolnego miejsca na ścianie, nazwa wytwórcy wytłoczona w metalowej puszce wskazywała na firmę, która, jak dowiodły zebrane informacje, zwinęła interes w 1933 roku, na długo przed pojawieniem się zagrożenia atomowego.

Poza tym budowa schronu przeciwbombowego dla zaledwie dwóch osób w wielkim, wielomilionowym mieście nie miała sensu.

Trzeciego pomieszczenia, łazienki, także całej z betonu, nie zaprojektowano w oczekiwaniu, że miasto i jego wodociągi zostaną zniszczone bronią atomową. Umywalka na postumencie i wanna na nóżkach miały po dwa krany, chociaż woda była co najwyżej przyjemnie ciepła, a więc ogrzewający ją bojler musiał znajdować się daleko. Stara ubikacja była wyposażona w górnopłuk, z którego po pociągnięciu za łańcuch spływała do muszli woda.

Być może podczas budowy jakiś urzędnik, który był seksualnym drapieżnikiem o zbrodniczych skłonnościach, zaplanował pod jakimś pozorem budowę tego azylu, zamierzając usunąć potem ze wszystkich rejestrów publicznych informacje o jego istnieniu, żeby móc sprowadzać kobiety do prywatnego lochu i torturować je tam oraz mordować bez obawy, że ktokolwiek w rojnym mieście u góry usłyszy ich wrzaski.

Wyglądało jednak na to, że ani miejski architekt, ani inżynier, który zaprojektował doprowadzenie mediów do tego obiektu, nie byli nienasyconymi seryjnymi zabójcami. I gdy ojciec Ojca odkrył kiedyś tę przytulną kwaterę, gładkich betonowych ścian nie szpeciły makabryczne plamy ani żadne inne dowody popełnionych tam morderstw.

W każdym razie te pomieszczenia nie miały w sobie niczego złowieszczego.

Tym, którzy nie żyli w ukryciu, brak okien i nagi beton mogły przywodzić na myśl loch. Ale taka konstatacja opiera się na założeniu, że ich sposób życia jest nie tylko lepszy od naszego, ale również nie ma dla niego realnej alternatywy.

Opuszczałem to schronienie z wielu powodów, tylekroć, ile razy moje życie było w niebezpieczeństwie. I dlatego wykształciłem w sobie wyostrzony zmysł zbliżającego się zagrożenia. Tutaj nic mi nie groziło. To był mój dom.

Byłem zwolennikiem teorii świata równoległego, o której wcześniej wspomniałem. Jeśli istniało miejsce, oddzielone od świata membraną, której obecności nie mogliśmy wykryć naszymi pięcioma zmysłami, to w pewnym punkcie kontinuum trwania czasoprzestrzennego wybrzuszyła się ona wokół niewielkiej części tej drugiej rzeczywistości i dodała ją do otaczających nas rzeczy. I jeśli oba te światy u swego zarania powstały z tego samego, pełnego miłości źródła, chciałem wierzyć, że takie sekretne schronienia jak to zapewniono zwłaszcza tym, którzy, podobnie jak ja, byli wyrzutkami nie z własnej winy, napiętnowanymi, ściganymi i rozpaczliwie potrzebującymi kryjówki.

Była to jedyna teoria, jaką pragnąłem wyznawać. Nie mogłem stać się kimś innym, kimś bardziej pociągającym dla tych, którzy cofali się przede mną odruchowo, nie mogłem wieść życia innego niż to, na które byłem z natury skazany. Moja teoria dawała mi komfort. Gdyby pojawiła się jakaś mniej krzepiąca, nie chciałbym jej brać pod uwagę. W moim życiu było tyle piękna, że nie zaryzykowałbym rozważania jakiejkolwiek zaciemniającej obraz myśli, która mogłaby zatruć mój umysł i pozbawić mnie niezachwianej radości.

Nigdy nie wychodziłem z ukrycia za dnia, nie czyniłem tego nawet o zmierzchu. Z wyjątkiem nielicznych sytuacji pojawiałem się na górze tylko po północy, gdy większość ludzi spała, a pozostali oddawali się marzeniom.

Kamuflaż zapewniały mi czarne buty trekkingowe, ciemne dżinsy oraz czarna bądź granatowa bluza z kapturem. Pod kurtką nosiłem szalik, założony tak, że gdybym musiał przejść jakąś ścieżką czy ewentualnie ulicą i narazić kogoś na swój widok, mogłem go podciągnąć pod oczy. Swoje rzeczy zdobywałem w sklepach z artykułami używanymi; wchodziłem do nich po godzinach drogą, z której mogłyby skorzystać szczury, gdyby nadawały się do skrytych działań równie dobrze jak ja.

Miałem taki strój na sobie pewnej grudniowej nocy, gdy moje życie zmieniło się na zawsze. Gdybyście byli taką istotą jak ja, sądzilibyście, że żadna duża zmiana nie może być pozytywna na dłuższą metę. Gdybym jednak otrzymał szansę cofnięcia czasu i postąpienia w inny sposób, znowu zrobiłbym to, co wtedy zrobiłem, bez względu na konsekwencje.

4

Nazywałem go Ojcem, ponieważ był najbliższą tego miana osobą, jaką znałem. Moim prawdziwym ojcem był ktoś inny.

Według mojej matki mój rodzony ojciec kochał bardziej wolność niż ją. Dwa tygodnie przed moimi narodzinami ten niespokojny duch, który podróżował, żeby odnaleźć siebie, a zamiast tego się zagubił, wyszedł z domu i nigdy nie wrócił, wypłynął na morze lub wyjechał gdzieś daleko do dżungli.

W noc moich narodzin gwałtowny wiatr wstrząsnął małym domem, lasem, a nawet, jak opowiadała, górą, którą ów las porastał. Wichura awanturowała się na dachu, dobijała się do okien, szarpała za drzwi, jakby była zdecydowana wtargnąć do domu, w którym przyszedłem na świat.

Zaraz po moich narodzinach dwudziestoletnia córka akuszerki przerażona uciekła z sypialni. Szlochając, schroniła się w kuchni.

Kiedy akuszerka próbowała mnie udusić w kocyku dla noworodka, moja matka, mimo osłabienia ciężkim porodem, wyjęła broń palną z szuflady stolika nocnego i grożąc jej użyciem, uratowała mnie od śmierci.

Później, w spokoju poranka, odleciały wszystkie ptaki, jakby zmiotło je z drzew na skraj kontynentu. Wróciły dopiero czwartego dnia – najpierw wróble i jerzyki, potem kruki i jastrzębie, a na samym końcu sowy.

Akuszerka i jej córka zachowały moje istnienie w tajemnicy albo dlatego, że bały się oskarżenia o usiłowanie zabójstwa, albo dlatego, że zapomnienie o mnie było warunkiem ich spokojnego snu. Twierdziły, że urodziłem się martwy, a moja matka potwierdziła ich wersję.

Przeżyłem na tej górze osiem lat, sypiając najczęściej w tym przytulnym domku stojącym na końcu wąskiej drogi gruntowej. Przez cały ten czas, aż do dnia mojego wyjazdu, nie widywałem żadnych innych istot ludzkich poza moją błogosławioną matką.

W końcu, będąc w wieku, w którym większości dzieci nie pozwala się oddalać w ustronne miejsca, ja mogłem włóczyć się po odizolowanych od świata zakątkach lasu. Byłem jednak bardzo silny i miałem niesamowitą intuicję oraz pewien rodzaj więzi z Naturą, jakby moje DNA zawierało soki drzew i krew zwierząt. Natomiast matka czuła się spokojniejsza, gdy przebywałem poza domem. Las, cienisty za dnia i oświetlony blaskiem księżyca nocą, był mi równie dobrze znajomy jak własna twarz w lustrze.

Znałem jelenie, wiewiórki, rozmaite ptaki, wilki, które wyłaniały się z wyginających się z gracją w łuk paproci i znikały pod nimi. Moje środowisko było zamieszkane przez pierzaste i futerkowe stworzenia, przemieszczające się na skrzydłach lub czterech chyżych łapach.

W gęstych lasach i na okolonych nimi łąkach, a od czasu do czasu także na naszym podwórzu widywałem Przejrzystych i Mglistych, bo tak w końcu ich nazwałem. Nie wiedziałem, kim mogą być, ale intuicja podpowiadała mi, że matka nigdy ich nie widziała, ponieważ o nich nie mówiła. Ja zaś nigdy o nich nie wspominałem, ponieważ wiedziałem, że wzięłaby to sobie do serca i martwiła się o mnie jeszcze bardziej niż dotychczas.

Później widywałem Przejrzystych i Mglistych także w mieście. I, jak później wyjaśnię, stopniowo pojąłem ich naturę.

W każdym razie czułem się w tamtych latach szczęśliwy, ponieważ zawsze do pewnego stopnia tak się czułem. Las nie stanowił dla mnie dzikiego obszaru, lecz był mi jak własny ogród, kojący mimo swej rozległości i nieskończenie tajemniczy.

Im bardziej znajome staje się jakieś miejsce, tym większej nabiera też tajemniczości, jeśli uświadamiamy sobie istotę rzeczy. Całe życie przekonywałem się, że tak właśnie jest.

Niedługo po moich ósmych urodzinach matka przestała tolerować moją obecność w domu. Nie mogła przy mnie spać. Straciła apetyt, przez co bardzo schudła. Nie chciała również, bym mieszkał w pobliskim lesie. Po części dlatego, że myśl o tym, jak swobodnie się tam czuję, przypominała jej, że nie jest tam równie mile widziana jak ja, a także z powodu tego myśliwego. Musiałem więc odejść.

Nie mogłem jej winić. Kochałem ją.

Ona próbowała mnie kochać i do pewnego stopnia obdarzała mnie uczuciem. Byłem jednak wyjątkowym ciężarem. Chociaż jestem zawsze szczęśliwy – lub przynajmniej nie jestem nieszczęśliwy – napawałem ją straszliwym smutkiem. I ten smutek powoli ją zabijał.

5

Ponad osiemnaście lat później, w tym znanym mi, a mimo to tajemniczym mieście, nastał grudzień, który zmienił moje życie.

Kiedy wychodziłem tamtej nocy z plecakiem przewieszonym przez ramię – zamierzałem bowiem częściowo uzupełnić zapasy w spiżarce – wziąłem ze sobą dwie ledowe latarki, jedną do ręki, a drugą przypiętą do pasa, na wypadek gdyby ta pierwsza się zepsuła. Droga z mojego lokum do metropolii na powierzchni ziemi była spowita w niemal całkowitych ciemnościach, podobnie jak wiele przejść na tym świecie – ukrytym i naziemnym, betonowym i otwartym.

Szeroki na półtora metra i długi na trzy korytarz prowadził z pomieszczenia z hamakami i wydawał się kończyć pustą ścianą. Sięgnąłem wysoko do prawego rogu, wsadziłem palec wskazujący do otworu, który był jedynym charakterystycznym elementem na tej gładkiej powierzchni, i przycisnąłem znajdujący się tam guzik zwalniający zasuwę. Płyta trzydziestocentymetrowej grubości obróciła się bezszelestnie na ukrytych zawiasach z łożyskiem kulkowym, osadzonych trzydzieści centymetrów od jej lewej krawędzi.

Powstały w ten sposób otwór miał szerokość stu dwudziestu centymetrów. Gdy przestąpiłem próg, masywne drzwi zamknęły się za mną.

Nawet bez światła potrafiłem odnaleźć drogę w drugim korytarzu: prawie dwa i pół metra prosto, potem po łuku w lewo i w końcu trzy metry do zmyślnie zaprojektowanych drzwi żaluzjowych. Z większej odległości wyglądały one na pokrywę dużego szybu wentylacyjnego.

Nasłuchiwałem w ciemnościach, ale jedynym, co przedostawało się między żaluzjami, były cisza i powiew powietrza, tak słaby, chłodny i czysty, jak oddech bałwana ożywionego przez miłość i czary.

Powietrze niosło ze sobą woń wilgotnego betonu, zawartego w murach wapnia, który przez dziesięciolecia emitował światło. W tej części podziemnego świata miasta nigdy nie czułem rozkładających się szczurów lub cuchnącej pleśni, które czasem rozwijały się gdzie indziej.

Tak jak w betonowej ścianie schowano obracające się drzwi, tak w żaluzjowych drzwiach znajdował się ukryty przycisk zwalniający zasuwę. Drzwi zamknęły się za mną samoczynnie. Zapaliłem latarkę i z ciemności wyłonił się kanał burzowy, jakby ostrze światła wyżłobiło go w skalnym podłożu. Wielki cylindryczny tunel z betonu wydawał się wystarczająco duży, by oszczędzić światu powtórki biblijnego potopu.

Od czasu do czasu przejeżdżały takimi kanałami brygady konserwatorskie w pojazdach elektrycznych wielkości pick-upa. W tym momencie byłem tam jednak sam. Przez lata takie brygady migały mi z rzadka w oddali, a jeszcze rzadziej musiałem się przed nimi kryć.

Wydawało się niemal, że rzuciłem na siebie urok samotności. Kiedy wędrowałem pod lub nad ziemią, ludzie zazwyczaj odwracali się ode mnie, a ja od nich, zanim mogli mnie dostrzec.

Inaczej bowiem już dawno zostałbym zamordowany.

Do ostatniej dużej ulewy doszło pod koniec października. W tunelu było sucho, dno zaśmiecały drobne przedmioty – foliowe worki, puszki po piwie i napojach gazowanych, pojemniki z fast foodów, kubki ze Starbucksa, rękawiczka z dzianiny, dziecięcy bucik, błyszczący fragment sztucznej biżuterii – które opadły na nie jako ostatnie, gdy osłabł nurt spływającej wody.

Ilość szczątków była nieznaczna. Mógłbym przejść wiele kilometrów, nie nadepnąwszy na nic. Jednak niespełna metr nad dnem kanału, z obu jego stron, znajdowały się pomosty konserwacyjne, na których wzbierająca woda rzadko osadzała śmieci.

Od czasu do czasu mijałem inne panele wentylacyjne, które były po prostu tym, na co wyglądały, oraz żelazne drabinki prowadzące do włazów w suficie, a także wyloty mniejszych rur, które podczas burzy doprowadzały wodę do tego kanału.

W tym podziemnym labiryncie starsze kanały budowano z cegieł lub kamienia, albo z betonowych bloków. Miały one więcej uroku od nowszych konstrukcji, były dziełem kamieniarzy, dumnych rzemieślników.

Zgodnie z metropolitalną tradycją jedna z kamieniarskich brygad była potajemnie na usługach szefa przestępczego gangu z tej odległej epoki i zamurowała kilku jego wrogów, niektórych żywcem. Nigdy nie widziałem żadnego z małych krzyży, które ponoć wyryto w cegłach, żeby oznaczyć ich groby, ani szkieletów dłoni w szparach po zaprawie między kamieniami, przypominających kłącza żłobika koralowatego, niegdyś szukające wyjścia, lecz już od dawna skamieniałe. Być może takie opowieści były nieprawdziwe, stanowiły tylko miejskie legendy, myślałem, chociaż dobrze zdawałem sobie sprawę, jak nieludzcy potrafią być ludzie.

Będąc w połowie drogi do pierwszego skrzyżowania głównych kanałów burzowych, dostrzegłem znajomą srebrzystobiałą mgiełkę jarzącą się w oddali. Był to jeden z Mglistych. Wijąc się, płynął ku mnie zwartym strumieniem, jakby powietrze, w którym się poruszał, było wodą, a on świetlistym węgorzem.

Przystanąłem, by go obserwować; zawsze byłem ciekawy tego zjawiska oraz innych widm, które nazwałem Przejrzystymi. Wiedziałem z doświadczenia, że nie mam powodu się bać, ale przyznaję, że nie czułem się pewnie. W odróżnieniu od smugi prawdziwej mgły lub pary wydobywającej się z kanału wentylacyjnego, ta zjawa nie rozmywała się na brzegach i nie zmieniała kształtu pod wpływem prądów powietrznych. Mierząc niespełna dwa i pół metra długości i trzydzieści centymetrów średnicy, wiła się tylko w moim kierunku, a gdy mnie mijała, zatrzymała się i przez moment stała na końcu, gnąc się pośrodku tunelu niczym kobra zauroczona muzyką fletu. Potem znowu ułożyła się horyzontalnie i odpłynęła – mieniąca się srebrzystym blaskiem smuga, zmniejszająca się do punktu, a potem niknąca bez śladu.

Mglistych i Przejrzystych spotykałem przez całe życie. Miałem nadzieję, że pewnego dnia dowiem się, kim są i co znaczy ich widok, choć podejrzewałem, że być może nigdy to nie nastąpi. Albo że odkrywszy prawdę o nich, zapłacę słono za tę wiedzę.

6

– Zbyt dużo mnie kosztujesz – oświadczyła moja matka w dniu, gdy wypędzała mnie z domu. – Żyłam według własnych zasad i liczyłam się z konsekwencjami, ale nie z czymś takim. Nie z tobą.

Zawsze śliczna jak kobiety z kolorowych czasopism, jak gwiazdy telewizji, którymi zachwycają się miliony, ostatnio wydawała się chuda i wymizerowana. Nawet wyraźne znużenie i podkrążone sino oczy nie szkodziły jej urodzie. Tak naprawdę świadczyły o tym, że ma czułe serce i jest udręczona jakąś straszną stratą, że jej cierpienie jest piękne niczym święte męczeństwo; jej twarz stawała się przy tym jeszcze piękniejsza.

Matka siedziała przy kuchennym stole o lśniących chromowanych nogach i czerwonym blacie z laminowanego tworzywa. Pod ręką miała swoje leki i whiskey, która jej zdaniem stanowiła po prostu kolejne lekarstwo.

Jeśli o mnie chodziło, ta whiskey wydawała się jej najlepszym lekarstwem, ponieważ w najgorszym razie wpędzała ją w przygnębienie, ale czasami rozśmieszała lub sprawiała, że matka kładła się i zasypiała. Z drugiej strony, tabletki oraz proszek, jaki czasem wdychała, mogły wywołać nieprzewidywalne zmiany nastroju. Dużo wówczas płakała lub wpadała w szał i rzucała, czym popadło, albo z premedytacją zadawała sobie lekkie rany.

Dotknięciem swoich zgrabnych rąk przemieniała wszystko w piękne przedmioty: zwyczajna szklanka szkockiej iskrzyła się niczym cięty kryształ, gdy raz po raz wodziła czubkiem palca po jej zwilżonym brzegu, a cienki papieros przypominał czarodziejską różdżkę, z której unosił się dym oznaczający spełnienie życzeń.

Nie poprosiła, bym usiadł; stałem więc po drugiej stronie stołu. Nie próbowałem do niej podejść. Dawno temu czasami mnie przytulała. W końcu mogła znieść co najwyżej przelotne dotknięcie, odgarnięcie włosów z czoła, położenie na chwilę dłoni na mojej ręce. W ostatnich kilku miesiącach nawet przelotny dotyk był ponad jej siły.

Ponieważ rozumiałem, jaki ból jej sprawiam, obrażając ją samym swoim widokiem, sam też byłem udręczony. Mogła przecież przerwać ciążę, ale tego nie zrobiła. Urodziła mnie. A gdy zobaczyła, co wydała na świat… nawet wtedy obroniła mnie przed akuszerką, która chciała mnie udusić. Mogłem ją tylko kochać i pragnąć, by umiała pokochać coś takiego jak ja.

Październikowe niebo, widoczne przez okno za jej plecami, stało się szare i ponure. Jesień ogołociła stary figowiec z większości liści, lecz pozostałe drżały w porywistym wietrze niczym brunatne nietoperze mające lada chwila zerwać się do lotu. To nie był dzień na opuszczanie domu ani świat dla samotnych istot.

Matka kazała mi założyć kurtkę z kapturem i tak też zrobiłem. Przyszykowała mi plecak z jedzeniem i środkami pierwszej pomocy, a ja go zarzuciłem na ramię.

Teraz wskazała na zwitek banknotów.

– Weź to… choć zbytnio ci to nie pomoże. Są kradzione, ale to nie ty je ukradłeś. W tej rodzinie tylko ja kradłam. Dla ciebie to po prostu prezent, i to czysty.

Wiedziałem, że pieniędzy nigdy jej nie brakowało. Przyjąłem ten dar i wetknąłem banknoty do kieszeni dżinsów.

Łzy, które dotąd powstrzymywała, polały się jej z oczu, lecz matka nawet nie westchnęła z żalu. Wyczułem, że ćwiczyła tę scenę od dłuższego czasu, zdecydowana doprowadzić sprawę do końca, nie dając mi szansy na zmianę scenariusza, który napisała.

Łzy zamgliły mi wzrok i próbowałem wyrazić swą miłość do niej oraz żal, że doprowadziłem ją do rozpaczy, ale nieliczne słowa, które wyrwały się z moich ust, były zniekształcone i żałosne. Jak na ośmioletniego zaledwie chłopca byłem silny fizycznie i emocjonalnie, mądrzejszy niż dzieci w tym wieku, ale choćby dlatego nadal byłem dzieckiem.

Zgniótłszy papierosa w popielniczce, matka zwilżyła palce obu rąk parą skroploną na szklance szkockiej z lodem. Zamknęła oczy, przytknęła palce do powiek i kilka razy głęboko westchnęła.

Czułem, jak moje obrzmiałe serce tak mocno napiera na mostek, żebra i kręgosłup, że wydawało się, że pęknie.

Kiedy znowu na mnie spojrzała, usłyszałem:

– Żyj nocą, jeśli uda ci się pozostać przy życiu. Nie zdejmuj kaptura i nie podnoś głowy. Ukrywaj twarz. Maska przyciągnie uwagę, ale bandaże mogą okazać się skuteczne. A przede wszystkim nigdy nie pozwól, by zobaczyli twoje oczy, bo one od razu cię zdradzą.

– Nic mi nie będzie – zapewniłem.

– To nieprawda – odparła ostro. – I nie powinieneś się łudzić taką perspektywą.

Skinąłem głową.

Opróżniwszy napełnioną do połowy szklankę jednym haustem, dodała:

– Nie wyrzuciłabym cię, gdyby nie ten myśliwy.

Myśliwy zobaczył mnie tego ranka w lesie. Strzelił do mnie parę razy i chybił o kilka centymetrów.

– On wróci – dodała matka. – Będzie wracał raz za razem, dopóki cię nie znajdzie. I nie opuści tych lasów, dopóki nie zginiesz. A wtedy zostanę w to wciągnięta. Będą chcieli dowiedzieć się czegoś o mnie, poznać każdy szczegół, a ja w żadnym razie nie mogę sobie pozwolić na tego rodzaju lustrację.

– Przepraszam – odparłem. – Bardzo przepraszam.

Pokręciła głową. Trudno mi powiedzieć, czy chodziło jej o to, że te przeprosiny są niepotrzebne, czy o to, że są niewystarczające. Podniosła paczkę papierosów i wyjęła z niej jeden.

Na dłoniach miałem już rękawiczki z dzianiny, ponieważ moje ręce też mogły mnie zdradzić przed innymi. Podciągnąłem kaptur kurtki.

Przy drzwiach, gdy położyłem dłoń na klamce, usłyszałem, jak moja matka mówi:

– Skłamałam, Addisonie.

Odwróciłem się, żeby na nią spojrzeć.

Jej piękne ręce drżały tak gwałtownie, że nie mogła przystawić papierosa do płomienia gazowej zapalniczki. Upuściła ją i cisnęła go na bok.

– Skłamałam, gdy powiedziałam, że gdyby nie myśliwy, mógłbyś zostać. Wyrzuciłabym cię tak czy owak, myśliwy nie myśliwy. Nie mogę tego dłużej znieść. Jestem samolubną suką.

– To nieprawda – zaprzeczyłem, robiąc krok w jej stronę. – Boisz się, to wszystko. Boisz się nie tylko mnie, ale też… tylu rzeczy.

Wtedy była piękna na inny sposób, niczym jakaś pogańska bogini burz, pełna napięcia i gniewu.

– Po prostu się zamknij i uwierz w moje słowa, chłopcze. Jestem samolubna, próżna, chciwa, nie tylko chciwa, i lubię siebie taką. To mi służy.

– Nie, nie jesteś taka, jesteś…

– Zamknij swą dziwaczną gębę, po prostu ją zamknij! Nie znasz mnie lepiej ode mnie. Jestem, kim jestem, i tutaj nie ma dla ciebie miejsca, tutaj czeka cię tylko śmierć. A teraz wynoś się!

Rzuciła we mnie szklanką, ale jestem pewien, że nie chciała trafić. Źle wycelowała i szklanka roztrzaskała się o ścianę.

Każda chwila mojego zwlekania dodatkowo ją raniła. Nie pomogłoby jej nic, co mogłem powiedzieć bądź zrobić. W świecie, który stoi na głowie, niełatwo jest żyć.

Płacząc bardziej gorzko niż kiedykolwiek wcześniej – i później też – wyszedłem z domu i nie obejrzałem się nawet. Martwiłem się, choć nie z uwagi na mój stan czy marne perspektywy. Martwiłem się o nią, wiedziałem bowiem, że matka nie mnie nienawidzi, tylko siebie. Gardziła sobą nie dlatego, że ponad osiem lat wcześniej wydała mnie na świat, lecz przede wszystkim z tego powodu, że teraz zostawiała mnie z nim samego, odsyłając w nieznane.

Nisko zawieszone chmury dokonywały dnia. Wcześniej gładkie i szare, teraz były postrzępione i czarne jak sadza.

Gdy szedłem przez ogród, poderwane na wietrze liście unosiły się u moich stóp niczym tańczące zwierzęta, mali klakierzy otaczający i adorujący wiedźmę. Wkroczyłem do lasu pewny, że myśliwy na razie sobie poszedł. Przerażenie wzięło w nim górę nad furią; nie chciał zostawać na noc, ale wróciłby o świcie.

Kiedy tylko nabrałem pewności, że skrywa mnie cień, zatrzymałem się, obróciłem i oparłem o drzewo. Czekałem, aż wyschną łzy, które zamgliły mi wzrok.

Wtedy po raz ostatni widziałem dom, gdzie się urodziłem i wychowywałem. Chciałem zobaczyć, jak zmierzch zastyga w ciemność wokół tych murów, zobaczyć, jak w oknach rozbłyska światło lamp.

W dni, kiedy mój widok najbardziej przeszkadzał matce, włóczyłem się po lesie aż do zmierzchu i noc spędzałem w ogrodzie, a kiedy było zimno, zasypiałem, opatulając się śpiworem w wolno stojącej ruderze, gdzie matka garażowała forda. Na przednim fotelu forda zostawiała mi koszyk z wałówką i wtedy jadłem obiad o zmierzchu, obserwując dom z oddali, tak bardzo bowiem cieszyły mnie okna płonące nagle ciepłym światłem i świadomość, że pod moją nieobecność matka na pewno jest spokojna.

I teraz znowu, gdy czarny całun bezgwiezdnej nocy okrył niewielki dom, gdy wiatr przeminął wraz z dniem, a nad lasem zaległa cisza, w oknach pojawiło się światło. Jarzące się nim szyby od razu wzbudziły we mnie bardzo przyjemne poczucie ciepła domowego ogniska, bezpieczeństwa i wygody. Kiedy jednak mogłem przebywać w domu, to samo światło, widziane od wewnątrz, nie budziło już takich emocji.

Powinienem był wtedy odejść, podążyć wąskim gruntowym szlakiem do odległej asfaltowej szosy, ale zwlekałem. Z początku miałem nadzieję, że zobaczę, jak przechodzi za oknem, że ujrzę w przelocie tę kobietę, której zawdzięczałem swoje istnienie. Kiedy minęła najpierw jedna, a potem dwie godziny, przyznałem w duchu, że nie wiem, co robić, dokąd iść, że tutaj, na skraju lasu, jestem bardziej zagubiony, niż byłem kiedykolwiek w głębokich kniejach.

Drzwi od frontu otworzyły się i w ciszy dobiegł do mnie wyraźnie delikatny protest zawiasów; moja matka wyszła na werandę oświetlona od tyłu, widać było jedynie zarys jej sylwetki. Myślałem, że może krzyknie moje imię, licząc na to, że wciąż jestem w pobliżu, że powie, iż kocha mnie bardziej, niż się mnie boi, i ma wątpliwości, czy powinienem odchodzić.

Potem jednak spostrzegłem śrutówkę. Strzelba samopowtarzalna z chwytem pistoletowym i lufą grubości 2,5 milimetra była zawsze naładowana na wypadek wizyty nieproszonych gości, których matka nigdy nie wskazała z nazwiska; nazywała tę broń swoją polisą ubezpieczeniową. Lustrując wzrokiem otoczenie, nie trzymała jej niedbale, lecz oburącz, w pogotowiu, z lufą skierowaną ku górze. Przypuszczalnie podejrzewała, że zostałem, i tą demonstracją zamierzała mnie przekonać, że moje wygnanie jest nieodwołalne.

Było mi wstyd, że nie uszanowałem jej życzenia od razu. Kiedy jednak wróciła do domu i zamknęła drzwi, pozostałem na obrzeżach lasu, wciąż niezdolny wyruszyć w drogę.

Minęło chyba pół godziny, gdy rozległ się wystrzał. Jego huk, choć stłumiony przez ściany domu, w ciszy panującej na szczycie góry zabrzmiał głośno i wyraźnie.

Najpierw pomyślałem, że ktoś musiał się wedrzeć do środka przez tylne drzwi lub niewidoczne dla mnie okno, ponieważ matka często mówiła o wrogach i swojej determinacji, by mieszkać tam, gdzie nigdy jej nie zdołają znaleźć. Rzuciłem się przez niskie krzaki do ogrodu i dopiero w połowie drogi do domu zdałem sobie sprawę, że nie leży tam ranny ani martwy żaden intruz, a tylko jej najgorszy wróg, czyli ona sama.

Gdyby moja śmierć mogła przywrócić jej życie, umarłbym tam, w ogrodzie.

Pomyślałem, że powinienem wejść do środka. Mogła być tylko ranna i potrzebować pomocy.

Nie wróciłem jednak do domu. Dobrze znałem moją matkę. Kiedy zależało jej na wykonaniu jakiegoś zadania, angażowała się w to całym sercem i umysłem, osiągając swój cel. Nie popełniała błędów i nie stosowała półśrodków.

Nie wiem, jak długo stałem w ogrodzie, w ciemności.

Później odkryłem, że klęczę.

Nie pamiętam momentu odejścia. Zdałem sobie sprawę, że idę jakąś ścieżką, zaledwie minutę przedtem, nim ta doprowadziła mnie do asfaltowej drogi.

Niedługo po świcie schroniłem się w zniszczonej stodole na opuszczonej farmie, gdzie spłonął kiedyś dom, którego nigdy nie odbudowano. Prawowitymi mieszkankami stodoły były myszy; nie bały się jednak mnie zbytnio, a ja zapewniłem je, że mam zamiar zostać tylko kilka godzin.

Matka włożyła do plecaka wszystkie niezbędne rzeczy, ale także sześć moich ulubionych ciasteczek z czekoladą i orzeszkami, które sama upiekła.

7

Przemierzając miasto na piechotę, pół metra pod jego powierzchnią, kanałami, dotarłem do ich skrzyżowania, gdzie nagle rozległo się dudnienie, podziemny łoskot pociągu metra, którego tunele były jedyną siecią, jaka znajdowała się pod burzówką. Czasami, kiedy linię miejskiej kolei zalewa woda, pompuje się ją do kanałów deszczowych. Przed przełomem tysiącleci przepompowywano je do instalacji kanalizacyjnej, jednak kiedyś katastrofalna cofka spowodowała wylanie szlamu na długości trzech kilometrów, co wymagało wielu tygodni odkażania przez brygady neutralizacji, i wówczas wypracowano nową metodę.

Miasto to na wpół bestia, na wpół maszyna, z tętnicami ze słodką wodą i żyłami ze zużytą, nerwami kabli telefonicznych i elektrycznych, instalacjami ściekowymi zamiast jelit, rurami wypełnionymi parą pod ciśnieniem oraz innymi tłoczącymi gaz rurami, zaworami, wentylatorami, filtrami, miernikami, silnikami, przetwornikami i tysiącami połączonych siecią komputerów. Chociaż jego mieszkańcy śpią, miasto zawsze czuwa.

To miasto żywiło mnie i zapewniło mi bezpieczne schronienie, za które byłem wdzięczny, lecz nadal trochę nie ufałem mu i czasem się go bałem. Logika podpowiadała, że mimo swojej złożoności, jest ono tylko nagromadzeniem rzeczy – budynków, maszyn i instalacji, które nie potrafiły wykształcić w sobie świadomości ani zamiarów. Mimo to często wydawało mi się, że obserwują każdy mój ruch i chociaż pozostaję obcym dla mieszkańców tego miasta, ono samo zna mnie i śledzi.

Jeżeli to miasto wiodło życie niezależnie od swoich obywateli, to musiało być zdolne zarówno do życzliwości, jak i do okrucieństwa. Jako wytwór mężczyzn i kobiet z pewnością dzieliło z nimi ich niegodziwości oraz cnoty.

Dudnienie pociągu pod moimi stopami ustało i za skrzyżowaniem ogromnych kanałów burzowych skręciłem w kanał doprowadzający, który szedł w górę. Brakowało w nim podwieszonych pomostów technicznych, a jego niewielka średnica zmusiła mnie do przejścia znacznej odległości ze zgarbionymi plecami i pochyloną głową.

Tak dobrze znałem te podziemne aleje i korytarze, że mógłbym znaleźć drogę bez pomocy latarki. Choć jednak odważałem się wyjść na zewnątrz tylko nocą, a dni spędzałem pod ziemią, urodziłem się dla światła i pragnąłem go więcej, niż pozwalały okoliczności.

Doszedłem do otwartej zatoczki w prawej ścianie kanału burzowego, przypominającej półcylinder wykonany z wygiętych w łuk betonowych bloków. Miał półtora metra średnicy i ponad dwa metry wysokości, jak studzienka po zdjęciu włazu, tyle że studzienki były głębsze, zamknięte na całym obwodzie i dostępne tylko od góry.

Umieszczona nad głową ciężka żeliwna pokrywa miała wbudowaną na obrzeżu nakrętkę. Wyciągnąłem z plecaka jedyne znajdujące się w nim narzędzie: trzydziestocentymetrowy żelazny pręt z poprzecznym uchwytem na jednym końcu i czymś w rodzaju klucza nasadowego na drugim. Gdy chwyciłem nakrętkę kluczem i obróciłem go, zasuwa w wieńcu pokrywy wysunęła się z kołnierza włazu, dzięki czemu mogłem pchnąć pokrywę i unieść ją na zawiasach.

Ojciec mojego Ojca przywłaszczył sobie ten klucz z ciężarówki miejskiego wydziału dróg wiele lat przed swoją śmiercią. Stanowił on najcenniejszą rzecz, jaką miałem. Gdyby mi zginął, nie mógłbym już poruszać się, z taką swobodą.

Włożywszy klucz do zamykanej na zamek kieszeni plecaka i wetknąwszy latarkę między zęby, chwyciłem za kołnierz włazu i podciągnąłem się przez otwór do podziemi biblioteki miejskiej. Jak należało się spodziewać, panowała tam głucha cisza, powietrze było suche, lecz nie sterylne, chłodne, ale nie zimne.

W tej pierwszej godzinie niedzielnego poranka wielki gmach świecił pustkami. Sprzątaczki już sobie poszły. W niedziele biblioteka była zamknięta. Powinienem mieć ją dla siebie do poniedziałku rano. Zamierzałem jednak spędzić w jej murach tylko kilka godzin, po czym pójść gdzie indziej, żeby zaopatrzyć moją spiżarnię w bunkrze.

Klimatyzowane podziemia były rozległe, stanowiły jedno ogromne pomieszczenie z rzędami masywnych kolumn rozszerzających się promieniście u góry i tworzących piękne sklepienie wachlarzowe z kamienia wapiennego. Między kolumnami, na betonowych cokołach trzydziestocentymetrowej wysokości, stały metalowe szafki z szufladami. Niektóre zawierały zwykłe akta, inne były płytkie i na tyle szerokie, by pomieścić światłokopie oraz niewielkie pliki starych publikacji, które ze starości kruszyły się pod własnym ciężarem i ułożone w wysokie stosy, szybko uległyby całkowitemu zniszczeniu.

Było to miejskie archiwum, co wyjaśniało, dlaczego w posadzce znajdował się właz do kanału burzowego. Do tego dochodziły pokrywy kratek ściekowych, które w przypadku mało prawdopodobnego zalania pomieszczeń – z powodu pęknięcia rur bądź innego wypadku – można było otworzyć, aby woda nie wzniosła się ponad cokoły, na których stały metalowe szafki. Lubiłem tę rozległą przestrzeń, kolumnady i łukowe sklepienia, które przypominały mi zdjęcia wielkich zbiorników, zbudowanych przez François d’Orbaya pod tarasem wodnym i ogrodami pałacu w Wersalu. W przesuwającej się smudze światła latarki cienie kolumn odchylały się na boki niczym wielkie czarne drzwi.

Z podziemi kursowały windy, osobowa i towarowa, ale ja nigdy z nich nie korzystałem. Schody były ciche i bardziej bezpieczne. Mając do wyboru różne klatki schodowe, poszedłem tą w południowo-wschodnim rogu budynku.

Tym, co ciągnęło mnie do tej biblioteki, były oczywiście książki. Chociaż Ojciec i wcześniej jego ojciec zgromadzili tomy wyrzucone przez tych, którzy nie żyli w ukryciu, chociaż mogłem wypożyczać lektury ze sklepów z artykułami używanymi, do których wstępowałem po godzinach, wiele książek można znaleźć tylko w bibliotece głównej.

Po schodach trafiłem do wyłożonej orzechową boazerią sali, w której można było poczytać gazety i czasopisma. Krótki korytarz prowadził do czytelni głównej – arcydzieła architektury o powierzchni ponad tysiąca czterystu metrów kwadratowych, wyłaniającego się z marmurowej posadzki w kolorze ciemnego karmelu. Ta ogromna komnata mieściła część zbioru książek i za labiryntem regałów zapewniała miejsca siedzące przy drewnianych refektarzowych stołach co najmniej pięciuset czytelnikom.

O tak późnej porze mroki czytelni rozjaśniało zawsze tylko niesamowite światło miasta, sączące się przez wysokie, zwieńczone łukiem okna. Tym razem jednak paliło się wiele lamp.

Omal się nie cofnąłem, ale intuicja podpowiedziała mi, żeby zaczekać, poobserwować i dowiedzieć się, o co tu chodzi.

Przed kilkoma dekadami liczne sale i korytarze biblioteki głównej patrolowali nocni stróże, ale w kraju, który szastając pieniędzmi, doprowadził się do niemal zupełnej ruiny, mocne zamki i system alarmowy ochrony obwodowej stanowiły preferowaną formę zabezpieczenia, ponieważ nie wymagały wypłacania pensji, zapewnienia opieki zdrowotnej i emerytur. Przejścia między niemal dwuipółmetrowymi regałami, prowadziły ze wschodu na zachód i z północy na południe. Zbliżając się do wejścia do tego labiryntu, usłyszałem kroki, które nawet w tej ciszy były niemal niedosłyszalne, kroki tak lekkie i szybkie, że mogły być krokami ducha małego dziecka, rozpaczliwie uciekającego przed świadomością własnej przedwczesnej śmierci.

W przestrzeni przede mną, z lewej strony, czyli od północy, pojawiła się szczupła młoda dziewczyna, biegnąca na palcach z szybkością gazeli i gracją baletnicy. Jej buty były srebrne, niczym Hermesowe sandały ze skrzydłami, a reszta stroju czarna. Długie włosy nastolatki też wydawały się czarne i lśniły w świetle lamp, tak jak nocą lśni w basenie woda rozświetlona blaskiem księżyca. Po chwili zniknęła, a ja miałem wrażenie, że ucieka w popłochu. Nie słyszałem nikogo więcej, choć zatrwożenie dziewczyny wyraźnie świadczyło o tym, że ktoś musi deptać jej po piętach. Jeżeli była ofiarą, to nie znałem i nie mógłbym sobie wyobrazić żadnego drapieżcy skradającego się ciszej niż ona.

Wszedłem ostrożnie między półki. Żarówki w dużych żyrandolach, zwisających z sufitu piętnaście metrów nad podłogą, były zgaszone. Zupełnie puste długie przejście, którym przebiegła dziewczyna, było oświetlone za sprawą przymocowanych wysoko i oddzielających kolejne regały kinkietów z kloszami ze szczotkowanej stali wykończonymi polerowanym mosiądzem. Regały miały tylne ścianki, nie mogłem więc zajrzeć nad książkami do sąsiedniego przejścia. Stąpając cicho, szedłem dalej na wschód, do następnego równoległego przejścia, ale tam też jej nie było.

Regały ustawiono tak, że tworzyły dużą siatkę. Nie była ona aż tak skomplikowana jak plansza do tej starej gry wideo Ms. Pac-Man, a mimo to, gdy ostrożnie kroczyłem korytarzami, zerkając zza półek i skręcając tam, gdzie podpowiadała mi intuicja, ich ciąg wydawał się znacznie trudniejszy do spenetrowania.

Szedłem w kierunku południowym, zbliżając się do końca regału i zamierzając skręcić w lewo, gdy chyba coś usłyszałem – może bardzo cichy pisk buta na gumowej podeszwie. Zastygłem w bezruchu miedzy dwoma ostatnimi kinkietami, w niezbyt mocno oświetlonej części przejścia.

Jakiś wysoki, muskularny mężczyzna przemknął przez skrzyżowanie korytarzy przede mną, z prawej strony do lewej, tak pewny tego, gdzie jest ścigana zwierzyna, że mijając mnie, nawet nie spojrzał w bok i zniknął z pola widzenia. Pomyślałem, że na pewno zarejestrował moją obecność i nagle się cofnie, by się upewnić, ale nawet nie zwolnił kroku.

Był w spodniach od garnituru i krawacie, rękawy białej koszuli miał podwinięte, co wskazywało, że jest u siebie, pracuje tu na jakimś kierowniczym stanowisku. Było w nim jednak coś – może wyraz przejęcia na twarzy, ściągnięte ponuro usta, dłonie zaciśnięte w duże kościste pięści – co przekonało mnie, że ma podejrzane, może nawet niegodziwe zamiary.

Ośmieliłem się ruszyć jego śladem, ale zniknął, zanim skręciłem za regałem. Mimo że zdążyłem dobrze poznać bibliotekę, on mógł znać ten labirynt jeszcze lepiej. Jeśli odgrywał rolę legendarnego Minotaura, a mnie przypadła rola Tezeusza, który zabijał takie bestie, to ta historia mogła się źle skończyć dla porządnych facetów, zważywszy, że nigdy nikogo – nie tylko potwora – nie zabiłem.

Dziewczyna głośno krzyknęła, mężczyzna zawołał: – Ty suko, ty mała suko, zabiję cię! – a dziewczyna znowu krzyknęła. Tupot i głuchy odgłos lawiny spadających książek świadczyły o tym, że ktoś posłużył się bronią wiedzy w niekonwencjonalny sposób.

Akustyka olbrzymiej sali była zwodnicza. Bogato zdobione i złocone kasetony sufitu, ściany z kamienia wapiennego, marmurowa posadzka, niekończące się przepierzenia z tłumiących dźwięk książek na przemian pochłaniały i odbijały odgłosy krótkiej walki, aż w końcu wydawało się, że toczy się ona we wszystkich przejściach między regałami, z każdej strony. Po czym nagle zapadła cisza.

Stałem na skrzyżowaniu przejść z przekrzywioną głową, obracając się. Serce biło mi gwałtownie ze strachu, że coś się jej stało. Przypomniałem sobie, że Minotaur w jaskiniach w Gortynie pożerał ludzi.