Wydawca: Melanż Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 340 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niewinna - Marta Kijańska

(Nie)winna jest powieścią o miłości trzydziestotrzylatki. Miłości do szaleństwa, do skowytu, do spazmów, do gryzienia palców. To jedna rzeczywistość. Druga rzeczywistość to jej dom; bezpieczny i ciepły, a w nim kochający mąż. Którego również kocha. Te dwie rzeczywistości zderzają się z codziennością tego, dla którego oszalała i chce rzucić wszystko. Chociaż nie wie, czy chce. Jest rozdarta, „zatraca” się w uczuciu, popada ze stanów euforycznych w depresyjne, wręcz samobójcze. Oferuje i daje wszystko. A co on? Czy on również? Jak on na to patrzy? Historia przedstawiona jest z punktu widzenia kobiety i mężczyzny, których ta opowieść dotyczy. Zakochują się w sobie, choć są szczęśliwi w stałych związkach. Ich romans jest niezwyczajny; on bowiem fascynuje ją nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim „intelektualnie”. A wszystko przecież bierze się z głowy; największe szczęście i największa rozpacz…

Opinie o ebooku Niewinna - Marta Kijańska

Fragment ebooka Niewinna - Marta Kijańska

Wydaje się, że nie umiem się zwierzać. Każde słowo jest fałszem i prawdą; to istota słowa i kto chce wierzyć albo wszystkiemu, albo niczemu…

Brak mi słów, aby opisać, co znaczy kochać go i być przez niego kochaną. Brak mi słów, aby opisać, co znaczy go utracić. Ale czy można coś utracić, nie posiadając?

Jak można pożegnać się z kimś, bez kogo nie można żyć? Nie można.

Nie pożegnałam się.

A przecież on był dla mnie tym, kim nie był nikt.

Może trzeba było nie ujmować miłości w słowa, głupia. Może trzeba było nie ujmować w nic.

JA: Myślę, że nie sprawdzasz już tej skrzynki mailowej, a mo­że nawet mam taką nadzieję. Piszę więc sobie a księżycowi. Szeptem, chociaż chciałabym wykrzyczeć.

Szeptać też mi wszakże nie wolno, nic mi nie wolno, kocham cię.

Kocham cię i nie wiem, co robić, a czasami nawet jak dalej funkcjonować i czy w ogóle warto.

Niczego to nie zmieni, że teraz to napiszę, naturalnie. Może jedynie trochę sobie oczy oczyszczę, jaka ładna zbitka wyrazów. Każdego dnia.

Myślę o tobie każdego dnia.

To już tyle czasu, prawda? Wszedłeś na chwilę, chwyciłeś, puściłeś. Świat zatrzymał się nagle, a w środku ty.

Było pięknie. Chcę, żebyś to wiedział. Jesteś najpiękniejszym człowiekiem, jakiego poznałam. Jesteś najpiękniejszym mężczyzną, jakiego poznałam. Odrobinę cię za to nienawidzę, bo gdybyś się nie zjawił, nie miałabym szansy wiedzieć, że tacy jak ty mogą istnieć. Życie jest takie przewrotne i ma w sobie tak wiele ironii.

Każdego dnia.

Myślę o tobie każdego dnia.

Świat mija mnie leniwie i powoli, wypełniam go pisaniem, spacerami, czytaniem, gotowaniem i winem, ale wszystko to psu na budę bez miłości, jak powiedział poeta. Pustka w moim sercu.

Czemu to piszę?, nie ma nawet pełni, ja nie jestem pijana, a ta skrzynka mailowa nie istnieje.

Ale patrzę na ciebie w moim śnie i jesteś tam, blisko, bliżej moich dłoni. Słucham Mozarta. Za oknem ciemno. Za oknem jasno. Wchodzisz boso i bardzo cicho w moje sny, a niebo jeszcze bardziej wtedy niebieskie. Bo z tobą wszystko jest bardziej.

Myślę o tym, jak mogłoby być, gdyby było inaczej. I jedynie światło z naprzeciwka. Inni jedzą kolację, a może już zjedli i siedzą teraz, i nudzą się, i też myślą o tym, jak mogłoby być, gdyby było inaczej. Gdyby zawiązała się jednak inna koalicja. Gdyby ten nie przyszedł kiedyś do tamtego. Gdyby na obiad do kurczaka był ryż, a nie ziemniaki. Gdyby kupili droższy proszek, ten z reklamy, może lepszy jednak. Gdyby samolot nie spadł. Gdyby ten się nie powiesił. Gdyby pojechali tramwajem, a nie autobusem. Zdążyliby na pogodę po wiadomościach, a tak dupa. Gdyby nie padało. Gdyby padało. Gdybyś nie wszedł, jak wszedłeś, a ja bym nie siedziała tam, tylko gdzie indziej.

A ty nagle wtargnąłeś w moją rzeczywistość i jesteś. Tak zwyczajnie. Ale nie zwyczajnie. Ty.

Niewątpliwie nie powinnam cię już spotkać, bo bez przerwy marzę jedynie o twoich ustach na moich ustach i o twoim ciele nade mną. Marzę, by położyć głowę w zagłębieniu twojej ręki. Abyś opowiedział mi o ironii, o nowym filmie, o nowej fascynującej książce albo jakąś cudowną anegdotę, tak jak to jedynie ty potrafisz.

Niewątpliwie nie powinnam cię już spotkać, bo bez przerwy marzę jedynie o twoich dłoniach na moich piersiach. Nikt nie dał mi takiej rozkoszy i nigdy więcej nie poczułam już tego, co czułam przy tobie. Przerażające, bo mam dopiero trzydzieści trzy lata i kiedy pomyślę, że już nigdy nie będzie tak dobrze…

Niewątpliwie nie powinnam cię już spotkać, bo twoje oczy i to, jak marszczysz brwi.

Niewątpliwie nie powinnam, bo twój głos.

Uszczęśliwiłeś na pewno wiele kobiet, na wiele sposobów. Przecież sama twoja obecność. A ja czuję się nawet w pewien sposób wybrana, bo wydaje się, że byłeś przez moment bardzo prawdziwie. Dziękuję.

I przepraszam za moje wszystkie za bardzo, za mocno i inne egzaltacje.

Sobie a księżycowi.

Tak mną zawładnąłeś! Piękny wspaniały mężczyzno, cudowny kochanku. Każdego dnia. Myślę o tobie każdego dnia.

Teraz już tylko niebo przekrzywione, powietrze takie ostre i ten brak pełni wściekle nade mną.

Czy wolno mi oczekiwać?

Czy od codzienności wolno oczekiwać uniesienia i fruwania kilka centymetrów nad ziemią?, czy codzienność to codzienność, a nie egzaltacja i ekstaza, a życie to nie bajka i takie tam. Czy mam przejść do porządku dziennego nad tym, że nie mogę odetchnąć głębiej, nad uczuciem niespełnienia i niedosytu. Choć w zasadzie mam wszystko i powinnam się tym zadowolić. Powinnam powiedzieć sobie, że tak ma być i nic się nie zmieni, bo tak właśnie wygląda życie. Powinnam, wszakże powinnam! Tymczasem chciała­bym móc wciąż szukać niedoścignionego i gonić za nim.

Jak długo można poszukiwać? Kiedy należy, kiedy TRZEBA przestać biec i gonić za tym, co się jedynie wydaje, za ułudą? Tylko czy to na pewno ułuda? A jeśli to jest właśnie prawdziwe? Jeśli to, za czym chcę biec, jest prawdą, a rzeczywistość skazuje mnie na obcowanie z chimerami zamiast z prawdą, czy też raczej sprawia, iż to, co biorę za prawdę, jest tylko przebraną za nią chimerą?

A jeśli TO jest możliwe i znajduje się tuż za rogiem, tuż obok, niemalże na wyciągnięcie ręki? A co, jeśli już się tego dotknęło? A co, jeśli tego dotknęłam?!

Czy szuka się przez całe życie, a ci, którzy nie szukają, nie robią tego, bo znaleźli czy wydaje im się, że znaleźli, a może wmawiają sobie, że znaleźli? Kiedy mam przestać? Może jednak powinnam pogodzić się z tą duszącą mnie rzeczywistością?

Ale jak mam się pogodzić, jeśli przez chwilę mogłam zobaczyć, że istnieje coś więcej, coś ponad, że można. Przez chwilę tylko, ale widziałam, poczułam, posmakowałam. Zerwałam ten kwiat we śnie i przecież trzymałam go w dłoni po obudzeniu, cholera, trzymałam!

I co teraz? Każdy dzień to ból i płacz, bo utraciłam coś, czego nigdy nie miałam, ale zobaczyłam, że istnieje?

– A nie wydaje ci się, że ty zbyt dużo chcesz? Bardzo ładnie i literacko potrafisz to wszystko ubrać w słowa, ale to jakieś dziwne dla mnie i niezrozumiałe. Chcesz tęczy i spadających gwiazd, o co chodzi?

Pragmatyczna jak zawsze przyjaciółka pierwsza, czy też raczej druga, a właściwie żadna, ale jednak; dziewczyna, z którą rozmawiam. Chociaż nie powinnam.

Nie powinnam rozmawiać z nią o niczym, a najmniej o własnych rozterkach, ale rozmawiam, no oczywiście, jak zawsze robię rzeczy, których nie powinnam.

– Gonisz za jakąś iluzją i wyobrażeniem czegoś. Sama w dodatku chyba nie wiesz czego, tak to odbieram. Powinnaś zejść na ziemię i zająć się tym, co masz tutaj. A masz przecież wszystko.

– Ale co wszystko? Co to jest wszystko?

– Wszystko. Przecież wiesz, o co mi chodzi. A spadające gwiazdy też kiedyś widziałam. Nad jeziorem we wrześ­niu. Ale nie dorabiam do tego żadnej ideologii.

– Wiesz co, wydaje mi się, że mówimy o kompletnie różnych rzeczach.

Czy naprawdę jesteś ślepa i niewrażliwa, tak jak właściwie zawsze uważałam, że jesteś? Ale myślałam też głupio, że przeciwieństwa się przyciągają, więc i mnie przyciągnęło do ciebie, moja przyjaciółko pierwsza, która powinnaś być drugą, a najpewniej żadną. I już na zawsze jestem na ciebie skazana, bo znasz zbyt wiele z moich sekretów; jakie to smutne i tragiczne zarazem; uwikłanie.

Po co z tobą rozmawiam, po co zaprosiłam cię na wino i zaczęłam zwierzenia, co ja sobie myślałam, że nadal jesteśmy nastolatkami, poszczebioczemy wspólnie pod kołdrą i może nawet posikamy się ze śmiechu?

Jak zwykle mówię za dużo, po ojcu najpewniej to mam, podobnie jak egzaltację i wieczne nienasycenie.

Co ty możesz wiedzieć, ułożona, poprawna i zawsze od linijeczki? Do mojego męża może nawet pasujesz bardziej niż ja, on też mnie nie rozumie i gwiazdy widzi jedynie na fasadach hoteli. Czy raczej gwiazdki. Może trzeba było mi go wcale nie przedstawiać. Nie pasuję ani do ciebie, ani do niego, ani najpewniej do nikogo, i po co to wszystko, cały ten cyrk.

A ja przecież nie tylko widziałam te spadające gwiazdy i tęczę, ale i chodziłam po niej. Tyle że tego już ci nie powiem.

– Wiesz co, nie obraź się, ale wydaje mi się, że ty tak trochę żyjesz w innym świecie niż cała reszta ludzi. A już na pewno wszyscy, absolutnie wszyscy moi rówieśnicy.

– Twoi? Czyżbym nagle zrobiła się starsza, a może młodsza? Przypominam nieśmiało, że rok urodzenia mamy ten sam.

„I może to jedyna rzecz, jaka nas łączy”… nie powiedziałam tego na głos. Czy powiedziałam?

– Nie łap mnie za słówka. No sorry, ale to jest standard, nie wiem, przynajmniej w moim środowisku. Ludzie zapieprzają, i te durne rozterki, gwiazdy, wybory, nikt nie ma na to czasu! Wszystko podporządkowują pracy, karierze, stażowi.

– Tak jak ty, matko Polko, która tyrasz w szpitalu.

– Tak jak ja, która tyram.

– Durne rozterki…

Ironia, trudne słowo.

Dziewczyna, z którą rozmawiam, patrzy na mnie cielęcymi oczami znad kieliszka czerwonego wina, które niepotrzebnie nalałam, skoro wina nie lubi, a to naprawdę dobry rocznik. Patrzy na mnie i wiem, że nie czujemy powiewu wiatru z tej samej pustyni, czy też ona w ogóle żadnego powiewu nie czuje. I pewnie nigdy nie poczuje.

Nie można żyć jedynie marzeniami, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale czy nie wolno mi oczekiwać i szukać? Nawet jeśli… nawet jeśli.

– A co ma piernik do wiatraka? Ja ci mówię o moich rozterkach i wahaniach, o moich niepewnościach, a ty mi wyjeżdżasz, że żyję w innym świecie, nie podporządkowuję życia pracy i zajmuję się durnymi sprawami. Tak, naturalnie, żyję w innym świecie i nie mam pojęcia, czym jest prawdziwe życie młodego człowieka w dzisiejszych czasach, wybacz.

– Ale nie wściekaj się, o to właśnie chodzi, prawie wszyscy chcieliby mieć tak jak ty. Że właśnie nie musisz podporządkowywać i dlatego masz czas na te wszystkie… inne sprawy… nie musisz codziennie wstawać do roboty, nie masz żadnych testów ani egzaminów, nie masz dzieci, czas poświęcasz na swoje pasje, na wyjazdy, na robienie tego, na co masz ochotę. Masz wolny zawód, robisz wszystko wtedy, kiedy chcesz, a nie kiedy musisz. Masz czas na kawki w ciągu dnia, na gotowanie, na przyjemności…

– Że nie podporządkowuję życia pracy i wszyscy by tak chcieli… Wylewasz na mnie teraz jakieś swoje żale? Proszę cię, nie próbuj robić nagle korekty mojego życia, bo akurat twoje nie ułożyło się tak, jak tego chciałaś. Bo ty podporządkowujesz? O co chodzi? O to, że mam pieniądze, że mój mąż jest przystojniejszy, że nie muszę prać pieluch czy że lepiej gotuję?

– Chodzi o to, że myślisz o niebieskich migdałach, a gdybyś zapierdalała tak jak wszyscy, to nie miałabyś na to czasu. Ani zapewne chęci. Żyjesz sobie w szklanej wieży i patrzysz na świat z wysokości. A zamiast skupiać się na problemach codzienności, nie wiem, jak to nazwać… doczesnych, to wynajdujesz sobie jakieś problemy… wyższe, że tak powiem. Wydaje ci się chyba, że życie to jakiś worek prezentów, z którego możesz sobie wyciągać coraz to nowe. Nie rozumiem, czego ci brakuje, czego jeszcze chcesz?

Aż się zachłysnęła, biedaczka.

– Tak, jestem popieprzona, patrzę na świat z góry i nie umiem inaczej, twoje zdrowie.

– Uwierz mi, mało jest ludzi, a szczególnie młodych, którzy mogą tak żyć.

– I mam za to ludzkość przepraszać? Mówisz do mnie jak do kretynki. Zupełnie jakbym nie miała kontaktu z rzeczywistością i żyła w oderwaniu od tego, co mnie otacza, no proszę cię. Czy mam przepraszać za to, że moje życie tak się ułożyło? Czy to jest moja wina? A skoro już tak właśnie żyję, to czy nie mam prawa mieć wątpliwości, niepokojów, nie mam prawa być rozdarta? Poza tym nie rozumiem, czemu znów zeszłyśmy na temat kasy, skoro mowa była o czymś zupełnie innym. Czy to jest najważniejsze? Wygląda na to, że wszystko kręci się wokół pieniędzy. Nie dla mnie! Naprawdę nie rozumiesz?

– Nie przemawia przeze mnie zazdrość. Ostatnia rzecz, jakiej bym chciała dla ciebie, to żebyś zostawiła takie życie. Jasne, że pieniądze to nie wszystko, ale to właśnie kasa dała ci możliwość życia trochę w tym innym świecie. I nie sądzę, że mogłabyś z tego zrezygnować. Ja zapieprzam i walczę o staż, właściwie wszyscy moi znajomi dookoła tak zapieprzają, a ty, sorry, ale kiedy ostatni raz pracowałaś na etacie? Fajnie, oczywiście, jesteś wolnym strzelcem, robisz zlecenia raz dla tych, raz dla innych, jestem z ciebie dumna, naprawdę, ale zrozum, możesz sobie na to pozwolić, a większość ludzi… ale to nie jest wyrzut. Po prostu ludzie nie mają czasu na twoje rozterki! Nie mają czasu na pierdoły w stylu spadających gwiazd, bo codziennie się szarpią. I z szefem w pracy, i z brakiem urlopu, z siedzeniem po godzinach, i z niewystarczającą pensją, słyszę to na co dzień, a ty? Szczęściara.

– Pierdoły…

– Okay, może jestem dziś rozgoryczona, nie wiem, może jestem zmęczona, miałam trzy dyżury z rzędu, a teraz jeszcze mały jest chory. Może źle to wszystko odebrałam, ale poczułam, jakbyśmy były z dwóch naprawdę zupełnie różnych światów, a ty z tego mniej realnego. Właściwie nie wiem kompletnie, o co ci chodzi.

Zaczęła płakać, choć do tej pory udało jej się nie płakać. Wielkie łzy matki Polki, dzielnej lekarki i dzielnej żony. Mojej przyjaciółki pierwszej. A ja. A ja co?

– No widzisz, kilkanaście lat przyjaźni, a nic, okazuje się, o sobie nie wiemy. Ale co tam. To znaczy, to źle, oczywiście. Oddaliłyśmy się od siebie, bo mężowie, bo rodziny, bo dziecko, praca, moje wyjazdy, twój szpital…

Dzielna matka-lekarka nadal płacze prosto do kieliszka z dobrym rocznikiem.

– I masz rację, na etacie pracowałam ostatnio ponad dwa lata temu i już nie pamiętam, jak to jest. To znaczy pamiętam, że to jakaś droga przez mękę była. Rzeczywiście nie mam pojęcia, jak wygląda twoje życie i życie ZWYKŁYCH ludzi. Ja jestem, mój boże, wychodzi na to, że niezwykła. Ale ty z kolei nie wiesz, czy to jest cudownie, czy nie cudownie, nie mieć nic swojego poza marzeniami i brać kasę od męża z poczuciem, że nic od ciebie nie zależy, bo wszystko zależy od niego. I że całe twoje życie podporządkowane jest mężczyźnie, którego w dodatku nie wiesz, czy kochasz. To znaczy kocham, nie patrz tak na mnie, no kocham, kocham. Ale te wyjazdy, teraz praca w innym mieście, oderwanie od tego, co mam tutaj… to zmieniło moje spojrzenie na wiele spraw, właś­ciwie przewartościowało mi świat, przewróciło go do góry nogami. O tym chciałam ci opowiedzieć, o tym próbuję ci od godziny opowiedzieć. O tym, że już sama nie wiem, czy jestem szczęśliwa, czy też że coraz częściej wiem, że jestem zwyczajnie luksusowo nieszczęśliwa. Ale tego też nikt nie zrozumie, nieważne. Kiedyś może ci opowiem, jak to jest w tym „innym świecie” i czy bardzo oślepiająco brylantowo. Teraz wypiłyśmy za dużo. Może rzeczywiście niewiele pojmuję. Chociaż wydaje mi się, że bardzo wiele, być może nawet więcej, niż myślisz.

Ona płacze nadal, ale pomiędzy jednym szlochem a drugim udaje jej się powiedzieć, że to wszystko nie zmienia faktu, że jestem jej najlepszą przyjaciółką. Chociaż wcale przecież nie jestem i ona wie o tym najpewniej tak samo dobrze jak ja. Całe to udawanie powoli zaczyna nie mieć sensu, ale trwa, no więc bawmy się dalej, chcesz pograć w klasy czy poskakać na skakance?

– To wszystko nie zmienia faktu, że jesteś moją najlepszą przyjaciółką ze szklanej wieży i chociaż z tej wieży patrzysz na świat, jest na pewno tysiąc rzeczy, które grają ci w sercu. Poza tym ja wiem, że jesteś dobrym człowiekiem, a nie skupionym wyłącznie na sobie egoistą. Tylko chcesz… no czego ty chcesz…

– No właśnie. Czego ja chcę…

Chcę więcej i chodzić po tęczy. I tak, owszem, uważam, że życie to worek prezentów. A teraz siedzę tu z dzielną matką-polką-lekarką, patrzę na jej łzy w moim winie i myślę, że na nic to wszystko, na nic moje tłumaczenie, ja pójdę górą, a ty doliną. Co może wiedzieć o rozterkach ze szklanej wieży moja numer jeden przyjaciółka? Co ona o gwiazdach może, skoro ona, że to pierdoły.

Pierdoły na urodziny, bo to już jutro. Idź więc, przyjaciółko pierwsza, na kolejny dyżur, walcz dzielnie, jak każdego dnia. A potem zdejmij kitel i wracaj do smoczków, pieluch i mieszkania, w którym nic z nieba nie spada, a już na pewno nie gwiazdy.

Idź do swojej codzienności, bo przecież jesteś w niej szczęśliwa. I bardzo dobrze, to zupełnie tak, jak ja nie jestem w swojej. Czy też raczej nie wiem, czy jestem. Dlatego chcę szukać. Tego właśnie chcę.

Tylko jak mogę w codzienności szukać unoszenia się niczym derwisz, kiedy to wszystko trwało chwilę, ale nie tu wcale, tylko gdzie indziej, z kimś innym, w innej rzeczywistości.

Jak mam teraz wytłumaczyć sobie, że nie ma nic więcej ponad to, co jest, kiedy dobrze wiem, że jest. Położyć się i płakać? Mam udawać? Zmuszać się? Czekać bezczynnie, aż serce zupełnie pęknie?

A co, jeśli prawdziwe życie mija mnie niczym pociąg InterCity i do tego Express?

I jedynie wiatr w moich włosach.

Trzydzieste trzecie urodziny. Wszystkiego najlepszego, mała dziewczynko, która wyrosłaś na całkiem dużą dziewczynkę. Czas kolejnych podsumowań, bo to przecież taka świetna liczba, trzydzieści trzy, to prawie niczym czterdzieści i cztery.

Tylko czy warto robić podsumowania? Czy nie jest przypadkiem tak, że zwykle w podsumowaniach niezależnie od wieku i dokonań wypada się przed samym sobą fatalnie, jakby się przepieprzyło życie, niczego nie osiągnęło i do niczego nie doszło. Siada się przy oknie z kieliszkiem albo bez i myśli: życie przeleciało mi w pogoni za nie-wiado­moczym, a teraz już trochę na wszystko za późno.

Ale może w wieku trzydziestu trzech lat wcale jeszcze nie jest aż tak bardzo późno? Pytania bez odpowiedzi, wciąż jedynie: czy, dlaczego, kiedy, a może. Bez wątpienia wszystkie największe tragedie tego świata biorą początek od czydlaczegokiedyamoże. Pytania bez odpowiedzi i czemu pan też nic nie mówi, wszyscy milczycie, świat milczy, a we mnie wszystko krzyczy tak głośno, że skali brak.

Za wcześnie, za późno, a przecież w żadnym wieku nie powinno być ani za wcześnie, ani za późno. Urodziny, ten jakże fantastyczny czas na podsumowania i kolejne postanowienia. Podobnie jak każdy inny czas, tyle że urodziny to tak symbolicznie i spektakularnie. I świeczki zdmuchnąć można, a wraz ze świeczkami wszystko inne. Może upiekę nawet tort, to też sobie zdmuchnę. Wszystkiego najlepszego, mistrzyni pierwszych razów i zaczynania od nowa i od jutra.

Oto ja, mam trzydzieści trzy lata i bardzo długie rzęsy oraz uroczy dar odkładania wszystkiego na jutro.

Może widział pan te plakaty z genialnym cytatem z Mrożka: Jutro to dziś, tyle że jutro?, całe miasto obklejone. A ja wciąż myślę, że jutro to jakieś inne będzie i wystar­czy rzecz przesunąć i da się to zrobić, napisać, wytworzyć, zacząć.

Niektórzy mają taką przewagę, że są krótko przez życie za twarz trzymani i lenią się, lenią, a potem przychodzi termin i MUSZĄ, choćby mieli umrzeć, więc robią, vide przyjaciółka pierwsza, dziewczyna, z którą rozmawiałam, dzielna matka-polka-lekarka. Mnie niestety życie za twarz nie trzyma, zasadniczo moja sytuacja jest więc gorsza niż w jakimś Pipidówku, bo wówczas musiałabym pełznąć do światła. Ale nie muszę, jakże piękne i niepowtarzalne są te okoliczności przyrody. Mam po prostu bogatego męża, który mnie zamknął w szklanej wieży na dwunastym piętrze, i to załatwia wszystko, mówi przyjaciółka; sztuka dla sztuki. Tylko że za chwilę będę jak ta psinka na smyczy, za to z diamencikami, albo ptaszek w klatce. Ale na pewno złotej. A że nie jestem ani ptaszkiem, ani psinką, wykończy mnie alkohol lub prochy, wszystko zresztą jedno.

(kokaina) C17H21NO4może bym i wzięła obiecuje kopa i totalny odlot życie nie obiecywało nic a popatrz

Ale dlaczego właściwie się panu tłumaczę. Czy może sobie tłumaczę, patrząc w lustro w dniu trzydziestych trzecich urodzin, wiek chrystusowy, jaki piękny. Jutro już nie będzie tak uroczyście. Można tylko raz założyć koronę cierniową po raz pierwszy.

Tak więc jutro od nowa, dobrze, zgadza się pan? Zmartwychwstanie i wszystko takie symboliczne. Od jutra wszystko zmienię. Przestanę palić papierosy, zacznę prowadzić zdrowy i sportowy tryb życia, od jutra będę wręcz gigantem sportu, nawet zapiszę się na tenisa! Jutro zetnę włosy, zawsze o tym marzyłam, a pan lubi długie czy krótkie? Od jutra przestanę się objadać, dziś jeszcze tylko trzy babeczki migdałowe, moje ulubione, kubełek lodów i ser pleśniowy; tak do wina pasuje. Od jutra bowiem przestanę pić alkohol. Dziś jeszcze wykończę buteleczkę, ale taką malutką bardzo, naprawdę, proszę zobaczyć. Od jutra zacznę też pisać. To najważniejsze postanowienie poza tym, że natychmiast od jutra przestanę być panem zauroczona. Ale to natychmiast później, to zaraz potem. Najpierw zacznę pisać, ale tak „na poważnie” i wreszcie o tym, o czym chcę. Koniec z pisaniem dla agencji na zlecenia, które albo są, albo ich nie ma, ileż można myśleć za kogoś? Od jutra zacznę myśleć za siebie i napiszę mnóstwo świetnych tekstów, co najmniej kilkanaście, a potem wyślę do magazynów, w których zawsze chciałam publikować. Zacznę też kończyć powieść. Nie, no w ogóle jutro ją skończę po prostu. Napiszę teksty, skończę powieść i machnę też parę wierszy, niechby uzbierał się tomik, co mi szkodzi. Życie całkiem nowe od jutra zacznę. Całkowicie. Jutro to wszystko pięknie zrobię.

Powinnam dostać za to order, za to odkładanie i wieczne zaczynanie, krzyż zasługi albo kokardkę chociaż.

Że niby od nowa… czy w wieku trzydziestu trzech lat wypada? Nic już nie wypada, krzyżować się tylko.

czy w wieku trzydziestu trzech lat wypada powiedzieć, że życie oszukało? że pustka pustki jest tak pusta, że nawet pustki już nie ma? czy wypada przyznać, że to wszystko powierzchowne, płytkie takie udawane jakby i plastikowe jest a nie wcale ze złota jak mówili. a kto mówił, do cholery. mama mówiła? mówiła, ale się okazało, że szumiało wytrawne martini a nie te brzozy za oknem. i co? i co z tego i teraz czyja to wina, że.

czy w wieku trzydziestu trzech lat wypada się powiesić czy to za bardzo już w ogóle chrystusowe takie i przez to przekomiczne i plastikowe też może trzeba się zapić jednak, więc dolej mi tego wina kochanie, bo przecież bez niego ten cały plastik nawet pusty jest i też bez sensu

Czy to więc uczciwe – zaczynać od nowa? Kiedy się jeszcze nawet nie skończyło tego, co się przed chwilą zaczęło, kiedy się jeszcze właściwie przecież nie zdążyło zacząć.

Zjeżdżam windą ze śmieciami i płaczę. Czemu płaczę, do cholery? Bo mi go żal, że leży na kanapie i trzyma się za serce? Rany boskie, ma trzydzieści siedem lat, czemu trzyma się za serce, to jeszcze za wcześnie, żeby się trzymał. Bo przyjęcie urodzinowe się skończyło? Bo mi żal siebie? Bo mi żal lat z nim wspólnych ośmiu? A to dużo czy mało, nie doszliśmy nawet do okrągłej liczby, a ja… bo mi małżeństwa żal? Bo go kocham, bo go nie kocham, kocham, nie kocham, gałązka akacji.

I co teraz. Porzucić ten szczęśliwy i uczciwy świat, który tworzę tutaj z nim, po to aby dalej szukać? Bo się Tołstoja naczytałam, który w liście do córki każe wiecznie porzucać i wiecznie zaczynać: Śmiech mnie ogarnia, gdy sobie przypomnę, że myślałem (…) że można sobie urządzić szczęśliwy i uczciwy światek, w którym spokojnie, bez błędów, bez skruchy żyje się pomalutku, robiąc bez pośpiechu, dokładnie tylko to, co jest dobre. Śmieszne to!Nie można (…). Aby żyć uczciwie, trzeba się szarpać, błądzić, walczyć, mylićsię, zaczynać, porzucać, znów zaczynać i znów porzucać, i wiecznie walczyć i tracić…1 czyli jednak wypada od nowa czy nie wypada? I kogo ja się teraz pytam: boga jakiegoś czy losu, kogo, czego, który to przypadek. Męża się pytam? Nie wiem już sama, czy powinnam jego, czy ciebie, a może żadnego z was.

A ty to który ty; TEN ty czy tamten on.

Bez sensu wszystko. Świat bez sensu, ja bez sensu, życie bez sensu. Jedynie wino ma sens, a ja po winie winna, ale jakby nie, bo przecież urodziny. I nawet kolejny wiersz można bezkarnie. Jak Osiecka, czerwonowinna poetka. Na zakręcie, proszę pana. I ja na zakręcie.

Chociaż wina zawsze jest po stronie wina, a hiszpańskie, rocznik ’97 właśnie rozlało się pięknie i urodzinowo po ściance kieliszka. Moje pragnienia, tęsknoty i chcenie moje, wszystko winą podszyte, winem podlane. Czy może na los mam winę zrzucać, że to on wodził na pokuszenie? I zwiódł, bo kto kołacze do bram piekła, temu się one otworzą.

I to pan zwiódł mnie, uwiódł, powiódł… ale powiódł do ołtarza – ten inny…

Do pana teraz, tak, proszę pana, tak to właśnie wygląda, chyba nieprzyzwoicie. I to niecałe dwa lata po zawarciu małżeństwa, a wszystkie lata z nim przecież szczęśliwe. Tyle czasu i co dalej, dokąd, kretyńskie quo vadis.

Wspaniale, mogę więc siedzieć teraz w celi klasztornej, więziennej, jakiejkolwiek; w celi mojego domu, mojego pokoju, pokoju hotelowego, wszystko jedno, co to za cela, ważna jest cela moich uczuć, czy raczej cela, w której powinno się je zamknąć. Uczucia zamknąć, myśli zamknąć, mnie zamknąć, uśpić może najlepiej, chociaż nie, bo we śnie też przecież.

Rozdarta i niewierna.

Już niewierna, zanim coś, zanim cokolwiek, przecież nic jeszcze. A pan mnie pyta tym swoim zmysłowym głosem, czy jestem gotowa ponieść karę. Nie wiem, a za co? Czy ktoś oprócz świętych jest gotowy dobrowolnie ponosić karę? Już ich wystarczy na tym świecie, czy gdzie oni tam są, ci święci. Tam z mężem moim na pewno, chociaż on jest tu, ale święty jakiś taki niemalże, złotowłosy. Obok mnie raczej ich nie ma. Gdyby byli, może spłynęłoby na mnie trochę świętości i nie byłabym taka. A tak to…

Że chaotycznie? A jak ma być? Przecież ja jestem zbudowana z chaosu, z chaotycznej energii pełnej pasji i oczekiwań; romantyzm w stanie czystym. Mówi pan, że chaos jest niebezpieczny i nieprzewidywalny, nieujmowalny w ramy rozumu. Ale fascynujący, prawda?

Ja lubię chaos. Przecież rozkosz też leży gdzieś pomiędzy nudą a chaosem, powiedział on, czy może pan to powiedział, mówi pan tyle pięknych i mądrych rzeczy. Moje życie jest chaotyczne i zawsze takie było. A odkąd się w nim pan pojawił, zjawił, odkąd pan NASTAŁ, stało się chaosem w chaosie. Nadchaosem. Hiperchaosem.

Zimno mi. Bardzo mi zimno i wolałabym paść się teraz na łące słonecznej i ciepłej, trawą świeżą i soczystą, taką zieloną, najzieleńszą, sprężystą, twardą, której każde źdźbło ma twoje imię. Tymczasem siedzę tu i zagryzam wargi, już całe popękane.

Siedzę, czy też raczej się miotam. Nawet gdy siedzę, to się miotam, gdy leżę, to się miotam i na nic by się zdało, gdyby mnie przywiązali, a zresztą kto ma mnie przywiązać i do czego? I tak bym się miotała, muszę. Muszę się miotać, bo, właściwie nie, źle – nie muszę wcale, nikt mi nie każe, ja sama tak. Nadal bardzo mi zimno i piąta symfonia Mahlera.

Nikt również nie kazał trzepotać do pana rzęsami i rzucać tych wszystkich niebieskich spojrzeń spod półprzymkniętych powiek, co za teatr, rany boskie. A jednak stało się i teraz mi nawet trochę wstyd. Jest, będzie, było szczęśliwe małżeństwo, moje przyszłe niedoszłe szczęście i nagle pan.

W zasadzie to jednak pan winny.

Nie mam właściwie śmiałości powiedzieć panu wprost jak bardzo chcę zatracić się w pana oczach. Orzechowe są, prawda – nie widzę z daleka. Jak bardzo chcę poczuć pana dłoń na moim policzku. Pewnie ma pan gładkie dłonie. Jak marzę o pana ustach na moich. Moje usta są miękkie i pełne. A pana? Jakie są pana usta. Taka rozmowa idiotyczna – ja sobie do pana zdjęcia. A pan nie ma o tym pojęcia.

Wstaję rano. Nie mogę zasnąć od czwartej trzydzieści, a nawet gdy śpię, to właściwie nie śpię, bo wciąż o panu. Deszcz uderza o metalowy parapet i zastanawiam się, co za pomysł robić metalowe parapety, przecież nerwicy można dostać. Wstaję i biegnę do komputera. Wydaje mi się to trochę bez sensu, ale biegnę i potykam się o moje tęsknoty porozrzucane po pokoju. Biegnę do komputera i już z daleka go zaklinam. Czy bardziej może siebie zaklinam, żeby się nie rozczarować. Przypadkiem. Ale w razie czego? Z podniecenia trzęsą mi się kolana. A gdyby nagle właśnie dziś nie było sieci? Pluton egzekucyjny dla dostawcy. Ale sieć jest, a tęsknoty już kotłują się po podłodze jak dzikie. Może pójdę najpierw umyć zęby i się przygotuję. Na każdą ewentualność.

odpisał nie odpisał kolorowy ekran komputera odśwież odśwież a może twoja broda łaskocze podczas pocałunków zaklinam niebieski przycisk odbierz nie ma nowych a może zdejmujesz okulary kiedy dotykam twojej twarzy odpisał nie odpisał tak czekam wpatrzona w ekran odśwież odśwież a może przymykasz oczy kiedy kładę swój oddech na twoich wargach odśwież pusto odśwież odśwież musisz napisać żebym mogła sprawdzić czy ten romans się zacznie

Moja wina, pana wina, nasza bardzo wielka. Nie mogę spać, nie mogę zasnąć, nie mogę się obudzić, wciąż pada deszcz, drżą mi palce. To pewnie od serca idzie tak. Serce łomocze tak mocno, że gdybym miała sąsiada, to na pewno by usłyszał. Ale nie mam, to całkiem nowy blok. I otwieram list.

I jesteś tam tak blisko i tak naocznie jesteś. A gdyby cię nie było? Moja wyobraźnia nie jest aż tak przewrotna, więc nie wymyśliłabym ciebie. Ale jesteś. Piszesz. Czytasz. Czytam.

Jesteś przy mnie myślą, niemową, przyczynkiem. Do czego? Zobaczymy. Zimno, bo wciąż nieubrana. Ale wiem, że ty i ja.

I nie musimy nic tłumaczyć, odgadujemy się nawzajem, bo spotkaliśmy się już w snach. I wiem, że dzisiaj znowu na niczym się nie skupię. A tu obiad. Kino. Matka zadzwoni na pewno. Jakoś trzeba będzie przeżyć te kilka godzin od twojego listu do twojego listu. Godzin odmierzanych tym drżeniem palców, które od serca idzie, to drżenie. A przecież nic o tobie nie wiem, nawet jaki masz kolor oczu, skąd to drżenie? Widziałam cię zaledwie dwa razy i odmierzam swój świat rymami do twojego imienia. Zrobię herbatę, opanuję palce, mąż przyjdzie, będzie chciał śniadanie, a ja wezmę nóż i w chlebie wytnę twoje inicjały.

Szeptanie, kuszenie, nęcenie, pragnienie, dręczenie, wołanie, pieszczenie, myślenie, zadurzenie, zniewolenie, zespolenie, jakie piękne rzeczowniki.

Niedziela dzień święty. Uświęcony kolejnymi o panu snami.

Choć znowu zasnąć nie mogłam, nie wiem – czy tak już będzie do końca i do jakiego końca, czy na końcu jest raj, czy co, i kiedy wreszcie będę spała normalnie.

I myślę, że zachowuję się niczym zadurzona nastolatka, a nastolatką dawno być przestałam. I myślę, że najpewniej nie ma sensu to, co jest między nami, a raczej we mnie, mimo iż jest takie piękne. I tak niewinnie się zaczęło, właś­ciwie nic nie miało być dalej, a teraz chciałabym oddać panu całe swoje życie.

Dalej to miało być z moim mężem w naszym wspólnym spokojnym świecie, nic mniej, nic więcej. Pan niezaplanowany i teraz do obłędu.

Że to ja zaczęłam? Zwykle zaczynam, taka już ze mnie kusicielka, może trzeba było do klasztoru. Przepraszam, ale kocham kusić i kuszę skutecznie, nie wiem, czy już się pan boi, czy nie. Proszę się nie bać, nie ma czego, jestem w tym naprawdę dobra. Trochę we mnie dziewczynki, trochę kobiety, trochę nieśmiałości i trzepotu rzęs, które ładnie ocieniają mi policzki, a trochę uwodzicielskiego i grzesznego wampa i to ta mieszanka właśnie tak na was działa.

Nie wiem, czemu zatrzepotałam do pana, ale od pierwszej sekundy, kiedy pana zobaczyłam, wiedziałam, że będę trzepotać, i wiedziałam, że gdy zatrzepoczę, to będą kłopoty.

Deszcz przestał wreszcie padać, wyrżnięte za oknem moje miasto, ja tu, pan tam, może to i lepiej. Wezmę gorącą kąpiel, przejdzie może to drżenie, tęsknoty utopię. Kąpiel pomaga na stany melancholijne. Samotna, bo jeśli wspólna, to tylko pod prysznicem, a najlepiej pod wodospadem, skóra na opuszkach palców nie zdąży się wtedy pomarszczyć, a to bardzo brzydko wygląda; dla pana chciałabym być tylko piękna. Chociaż piękna wcale nie jestem. Och, proszę zaprzeczyć, no oczywiście, że proszę zaprzeczyć! Ale czy niepiękna grzesznica nie jest przypadkiem lepsza od pięknej cnotliwej? Na odwrót?

Nie jestem grzeczna, przepraszam, nie chcę być. Ani grzeczna, ani grzeszna, ani pana, ani jego, ani niczyja, ani swoja jedynie też nie chcę być już, jeszcze. Stoję teraz przed lustrem i patrzę na siebie pana oczyma, czy już Poświatowska to napisała?, przez pana wszystko miesza się w głowie, wszystko jest poezją, świat jest poezją.

jutro będę prozą dziś cała jestem poezją nie musisz mnie rozumieć ale czytaj mnie czytaj nieprzytomnie

Dotykam szyi i gładkiej skóry moich piersi. Mam ładne piersi, okrągłe i chciałabym, żeby to pan ich dotykał, czy to jest przestępstwo? Przecież nie robię nikomu krzywdy, prawda? Krzywda się dzieje, ponieważ pana tutaj nie ma.

A jeśli jutra nie będzie? A jeśli nie stanie się albo stanie się, beze mnie. A jeśli jutro obudzi się beze mnie?

Mają się takie piersi zmarnować?

Całymi dniami chodzę rozanielona i uśmiecham się jak głupia, bo chcę, bo muszę, bo pan. Wierzy pan w przeznaczenie? Czy to za bardzo egzaltacja? Ale moje drżenie jest już tak widoczne, że w sklepie przy stoisku z pomidorami pani spytała, czy ze mną wszystko w porządku. A co miałoby być nie w porządku, że się zadurzyłam niczym licealistka? Może przynajmniej parę wierszy powstanie, z książką też coś naprzód ruszy, bo można ruszyć naprzód, to nie jest pleonazm, prawda? Nie można skoczyć do góry, wiem, ale ruszyć naprzód? Według mnie można skoczyć do góry, bo przecież można też w bok albo w tył. Skoczyć w bok… à propos. Targa mną to i szamoce trochę, bardzo, niepotrzebne skreślić. Bo przecież on.

On jest.

I bardzo niby wszystko szczęśliwie i ładnie, nadaje się na sielankowy obrazek i w rzeźbione ramki. Bo to wcale nie jest tak, że jestem nieszczęśliwa w tym małżeństwie. Że mąż mnie ignoruje, nie zauważa, jest dla mnie niedobry albo nieczuły. Jesteśmy razem od ośmiu lat, a małżeństwem niemal dwa i wszystko jest wspaniale. Jest w porządku i bywa nawet pięknie. On jest miły i kochany, daje mi poczucie bezpieczeństwa i ciepło. Może nie czyta mi na głos wierszy poetów metafizycznych, może sam ich również nie czyta, ale za to kawę mi robi codziennie rano, gdy go ładnie poproszę, a nawet gdy nie poproszę, to też robi. I nauczył się obsługi pralki, i wie, który dżem w rogalikach lubię najbardziej, chociaż wcale nie lubię rogalików. I kiedy mu obiecywałam i złote kółko mu wkładałam na palec serdeczny i teraz nawet. I teraz też dobrze mi z nim, bezpiecznie, domowo i w ogóle, a tu nagle piorun, błyskawica, grad, huragan; PAN.

I trzęsienie ziemi.

„Uśmiechasz się jak idiotka”, mówi przyjaciółka druga, która powinna być pierwszą i jedyną. Siedzimy w mojej kuchni, jemy tatara, którego dla nas zrobiłam, bo ja, musi pan wiedzieć, jestem świetną kucharką, popijamy schłodzone wino, jest mi dobrze i jakoś tak miękko, bo jeszcze słyszę, jak wszeptuje pan piękne słowa do mojego ucha, chociaż przecież są jedynie listy. „Uśmiechasz się jak idiotka”, zaczepia mnie ponownie moja druga przyjaciółka i wiem, że nie ucieknę. „A ty się przeprowadzasz wreszcie czy nie?”, próbuję zmienić temat, ale nic z tego, uśmiecham się jak idiotka, nic nie mogę poradzić, to właśnie ten moment, to ten stan, uśmiecham się. Jest miękko… „Ale co, masz romans, tak?”, pyta ona, zagryzając tatara świeżą bagietką, co wiem, przez jakie żet się pisze, wyłącznie dlatego, że powiedział pan, że lubi, kiedy je wymawiam, bo zabawnie przy tym seplenię, chociaż RZ i Ż wymawia się przecież tak samo. „No i, kochanie, bardzo dobrze, bardzo się cieszę, powinnaś mieć już dawno, tak myślałam, że powinnaś, naprawdę, nie gniewaj się, bardzo lubię twojego męża, ale, no tak czułam, tak czułam, opowiedz, jaki on jest, to ktoś z tego nowego wydawnictwa, prawda?” Oż ty wnikliwa przyjaciółko, uważaj, żebyś się nie zadławiła tym tatarem i tą świeżą przez żet bagietką, a na twarz znów wypływa mi miękki uśmiech pijanej idiotki. Życie to jednak worek prezentów. I tak minie ten wieczór znów cały o panu.

Za oknem ciemno, a z kątów zaczynają wychodzić małe pożądania. Oswajam je, a raczej próbuję oswoić. Chodzę dziś właściwie cały dzień dziwnie podniecona. Może to przez fakt, że we śnie, nad ranem, przeżyłam spełnienie z panem…

A pan mi pisze, że mruczał przez sen do mnie i śniłam się panu wilgotna, że moje ciało niczym liść mimozy, że zwijam się pod dotykiem, oddechem. I jak tu się w ogóle obudzić, jak? Kiedy prawda jest taka drżąca i mokra. Że śmiało i odważnie?, być może mama się zgorszy, bo ojciec to się na pewno ucieszy.

Na cały dzień musiałam zabronić tęsknotom wstępu do pokoju i teraz siedzą pod drzwiami i miauczą. Robi się to nie do wytrzymania. Chyba będę musiała je wpuścić. A tu wszystko w purpurowej poświacie. Z tęsknoty pisze się wiersze, nic nowego.

Nie, nie otwieraj oczu, kochany, ja twoją dłoń poprowadzę bezpiecznie po nagości. Usta rozchylone, łaknące całować można nie patrząc. Smakować ciało można nie patrząc i dłonie można zanurzyć i ciepło czuć drżące i oddech.

A ja cię poprowadzę; palce, wargi, język w piekło, w niebo, w krągłość piersi i we wszystkie orzechowe zakamarki. Nie otwieraj oczu,

tak pięknie mi się śni!

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

spis wierszy

kokaina

33

nie mam śmiałości

a może?

jutro będę prozą

śnię, śnij

proszę szeptać

anioły też grzeszą

nic

wiersz awantura

[na moim ciele narysuj mapę…]

bądź (czytając, pokryłeś się kropelkami mojego potu)

wydarte z zeszytu

obłęd

fazy księżyca

czekoladki After Eight

obiecałam ci erotyk

[czuję bicie twojego serca…]

zazdrość

walc niemal brillante

przeczucie

[gdy ciało zachłanne pochylisz nade mną…]

smętny walczyk

dojrzały erotyk

ja nie ona

przepraszam

mogłabym

zły kwiat

igraszka

[a może tak jest prościej…]

dwa słowa

tatuaż

wiatr

sen pana Coleridge’a 

głośna cisza

granat

chcę zaśnić

Mały Książę

piękno jest w oku patrzącego

[a więc to tydzień temu było…]

[pasiesz mnie złudzeniami…]

Formuła 1

patetyczne t.

kosztorys

passiflora

zawsze

[dziękuję za twój oddech szybki…]

samobójstwo

fraszka na zdradę

modlitwa alkoholiczki. sonet

cytaty

1 Adam Zagajewski, W cudzym pięknie, Wydawnictwo a5, Kraków 2007.

2 Max Frisch, Stiller, Czytelnik, Warszawa 1976.

3 Philip Roth, Oszustwo, Czytelnik, Warszawa 2007.

4 Max Frisch, Stiller, Czytelnik, Warszawa 1976.

5 John Donne, Gorączka, [w:] Antologia angielskiej poezji metafizycznej XVII stulecia, Wydawnictwo a5, Kraków 2009.

6 John Donne, Spadek, [w:] Antologia angielskiej poezji metafizycznej XVII stulecia, Wydawnictwo a5, Kraków 2009.

7 Tadeusz Kijański, Zapiski Psubrata Wałkonia, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1993.

8 Bernard Schlink, Lektor, MUZA SA, Warszawa 2009.

9 Anaïs Nin, Dziennik Anaïs Nin 1931–1934. Tom 1, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2004.

10 święty Augustyn, O nauce chrześcijańskiej. Sprostowania, Akademia Teologii Katolickiej, Warszawa 1979.

11 Edward Stachura, Dzienniki. Zeszyty podróżne 1, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2010.

12 Adam Zagajewski, Lekka przesada, Wydawnictwo a5, Kraków 2007.

13 Jacek Bocheński, Tabu, Czytelnik, Warszawa 1971.

14 Marcel Proust, W poszukiwaniu straconego czasu, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974.

15 Edward Stachura, Dzienniki. Zeszyty podróżne 1, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2010.

16 Adam Zagajewski, Lekka przesada, Wydawnictwo a5, Kraków 2007.

17 Antoni Libera, Madame, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

18 Adam Zagajewski, W cudzym pięknie, Wydawnictwo a5, Kraków 2007.

19 James Joyce, Ulisses, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013.

20 Sadi z Szirazu, Gulistan to jest Ogród różany, Wydawnictwo Armoryka, Sandomierz 2011.

21 Herman Hesse, Wilkstepowy, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1999.

22 Jean Baptiste Racine, Fedra, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978.

23 Philip Roth, Upokorzenie, Czytelnik, Warszawa 2010.

24 Herman Hesse, Wilkstepowy, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1999.

Ilustracje na okładce i w książceAnna Halarewicz

Projekt graficznyAgata Plewicka

Redakcja i korektaRedaktornia.com

Skład i łamanieAkant

Skład wersji elektronicznejpan@drewnianyrower.com

ul. Rajskich Ptaków 50, 02-816 Warszawa +48 664 402 402wydawnictwo@genczelewska.plwww.genczelewska.pl

Tekst © Copyright by Marta Kijańska-Bednarz, Warszawa 2013 Copyright © by Wydawnictwo MELANŻ, Warszawa 2013

Wydanie I Warszawa 2013

ISBN 978-83-928029-6-9

Wszystkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.