Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 613 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niewierny - Karin Slaughter

Nowe wydanie bestsellerowego thrillera Karin Slaughter z cyklu hrabstwo Grant!

Sara Linton, lekarka i koronerka, i Jeffrey Tolliver, policjant i jej były mąż, znajdują w lesie skrzynię, a w niej zwłoki pięknej dziewczyny. Sekcja zwłok wykazuje, że ofiarę zakopano żywcem. Sara i Jeffrey chcą za wszelką cenę schwytać zabójcę. Rozpoczyna się dochodzenie, które podda próbie ich burzliwy związek i zmusi do konfrontacji z trudną prawdą. Nie ma bowiem nikogo, kto byłby niewinny...

Niewierny” to thriller o wierze, zwątpieniu i zbrodni, który przykuwa uwagę czytelnika od pierwszej do ostatniej strony.

Opinie o ebooku Niewierny - Karin Slaughter

Fragment ebooka Niewierny - Karin Slaughter

NIE­WIER­NY

KA­RIN SLAU­GH­TER

prze­ło­żył An­drzej Jan­kow­ski

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu Fa­ith­less

Co­py­ri­ght © by Ka­rin Slau­gh­ter, 2005

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Prze­kład An­drzej Jan­kow­ski

Ko­or­dy­na­cja

Ko­rek­ta Ka­ta­rzy­na Hu­me­niuk

Ad­iu­sta­cja Ma­ria Kar­piń­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny wnę­trza i okład­ka Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Skład TYPO

Wy­da­nie I

War­sza­wa

ISBN 978-83-7881-218-0

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Su­san i Ri­char­do­wi

NIEDZIELA1

Sara Lin­ton sta­ła przed fron­to­wy­mi drzwia­mi domu ro­dzi­ców, trzy­ma­jąc w rę­kach tyle pla­sti­ko­wych to­reb z za­ku­pa­mi, że nie czu­ła pal­ców. Pró­bo­wa­ła otwo­rzyć drzwi łok­ciem, ale skoń­czy­ło się na tym, że wal­nę­ła ra­mie­niem w szy­bę. Od­su­nę­ła się i na­ci­snę­ła klam­kę sto­pą, ale drzwi nadal nie ustę­po­wa­ły. W koń­cu pod­da­ła się i za­stu­ka­ła w nie czo­łem. Pa­trzy­ła przez fa­li­ste szkło, jak ko­ry­ta­rzem idzie jej oj­ciec. Otwo­rzył drzwi z nie­ty­po­wym dla nie­go gry­ma­sem na twa­rzy.

– Dla­cze­go nie wzię­łaś tego na dwa razy? – za­py­tał Ed­die, bio­rąc od niej parę to­reb.

– Dla­cze­go drzwi są za­mknię­te na klucz?

– Twój sa­mo­chód stoi nie­ca­łe pięt­na­ście stóp od wej­ścia.

– Tato – od­par­ła. – Dla­cze­go drzwi są za­mknię­te na klucz?

Pa­trzył po­nad jej ra­mie­niem.

– Masz brud­ny sa­mo­chód. – Po­sta­wił tor­by na pod­ło­dze. – Dasz radę za­nieść je na dwa razy do kuch­ni?

Sara otwo­rzy­ła usta, by od­po­wie­dzieć, ale oj­ciec scho­dził już ze scho­dów. Za­py­ta­ła:

– Gdzie idziesz?

– Umyć twój sa­mo­chód.

– Na dwo­rze jest dzie­sięć stop­ni.

Od­wró­cił się i spoj­rzał na nią zna­czą­co.

– Brud przy­le­pia się bez wzglę­du na po­go­dę. – Po­wie­dział to ta­kim to­nem, jak­by był szek­spi­row­skim ak­to­rem, a nie hy­drau­li­kiem z wiej­skiej oko­li­cy Geo­r­gii.

Za­nim zdą­ży­ła ob­my­ślić od­po­wiedź, był już w ga­ra­żu. Sta­ła na we­ran­dzie, kie­dy oj­ciec wy­ło­nił się po­now­nie z przy­bo­ra­mi nie­zbęd­ny­mi do my­cia sa­mo­cho­du. Pod­cią­gnął spodnie od dre­su, gdy przy­klęk­nął, by na­peł­nić wia­dro wodą. Sara po­zna­ła spodnie z cza­sów szko­ły śred­niej – jej szko­ły; no­si­ła je, gdy upra­wia­ła bie­gi.

– Masz za­miar tam stać i wpusz­czać zim­no? – za­py­ta­ła Ca­thy, wcią­ga­jąc ją do środ­ka i za­my­ka­jąc drzwi.

Sara po­chy­li­ła się, by mat­ka mo­gła po­ca­ło­wać ją w po­li­czek. Ku swo­jej wiel­kiej kon­ster­na­cji, od pią­tej kla­sy była o do­brą sto­pę wyż­sza od mat­ki. Pod­czas gdy Tes­sa, młod­sza sio­stra Sary, odzie­dzi­czy­ła po mat­ce drob­ną bu­do­wę, ja­sne wło­sy i nie­wy­mu­szo­ną gra­cję ru­chów, Sara wy­glą­da­ła jak dziec­ko są­sia­dów, któ­re pew­ne­go po­po­łu­dnia przy­szło na obiad i po­sta­no­wi­ło u nich zo­stać.

Ca­thy po­chy­li­ła się, by pod­nieść parę to­reb z za­ku­pa­mi, ale po­tem jak­by się roz­my­śli­ła.

– Weź je, do­brze?

Sara zgar­nę­ła wszyst­kie osiem to­reb, zno­wu na­ra­ża­jąc się na utra­tę czu­cia w pal­cach.

– O co cho­dzi? – za­py­ta­ła, my­śląc, że mat­ka nie wy­glą­da naj­le­piej.

– Isa­bel­la – od­par­ła Ca­thy i Sara stłu­mi­ła śmiech. Ciot­ka Bel­la była je­dy­ną zna­ną jej oso­bą, któ­ra po­dró­żo­wa­ła z wła­snym za­pa­sem al­ko­ho­lu.

– Rum?

– Te­qu­ila – szep­nę­ła Ca­thy ta­kim to­nem, jak­by mó­wi­ła: Rak.

Sara skrzy­wi­ła się ze współ­czu­ciem.

– Po­wie­dzia­ła, jak dłu­go ma za­miar tu zo­stać?

– Jesz­cze nie – od­par­ła Ca­thy.

Bel­la nie cier­pia­ła hrab­stwa Grant i nie była u nich od na­ro­dzin Tes­sy. Po­ja­wi­ła się dwa dni temu, z trze­ma wa­liz­ka­mi w ba­gaż­ni­ku mer­ce­de­sa ka­brio­le­tu i bez żad­nych wy­ja­śnień. Nor­mal­nie nie uda­ło­by się Bel­li utrzy­mać cze­go­kol­wiek w ta­jem­ni­cy, ale zgod­nie z nową, obo­wią­zu­ją­cą w ro­dzi­nie Lin­to­nów za­sa­dą: „Nic nie mów, o nic nie py­taj”, nikt nie do­ma­gał się od niej żad­ne­go wy­ja­śnie­nia. Tyle się zmie­ni­ło od ubie­głe­go roku, kie­dy Tes­sa zo­sta­ła na­pad­nię­ta. Nie otrzą­snę­li się jesz­cze z szo­ku, cho­ciaż wy­da­wa­ło się, że nikt nie ma ocho­ty roz­ma­wiać o tym. Na­past­nik w ułam­ku se­kun­dy zmie­nił ży­cie nie tyl­ko Tes­sy, ale ca­łej ro­dzi­ny. Sara czę­sto się za­sta­na­wia­ła, czy ktoś z nich doj­dzie kie­dy­kol­wiek w peł­ni do sie­bie.

– Dla­cze­go drzwi były za­mknię­te na klucz? – za­py­ta­ła.

– Mu­sia­ła to zro­bić Tes­sa – po­wie­dzia­ła Ca­thy i na chwi­lę za­szkli­ły się jej oczy.

– Mamo…

– Idź – prze­rwa­ła jej Ca­thy i wska­za­ła kuch­nię. – Za­raz tam będę.

Sara pod­nio­sła tor­by i po­szła ko­ry­ta­rzem, zer­ka­jąc na zdję­cia, któ­re wi­sia­ły na ścia­nach. Nikt nie mógł przejść od drzwi fron­to­wych na tył domu, nie obej­rzaw­szy ob­raz­ko­wej hi­sto­rii roz­wo­ju dziew­cząt Lin­to­nów. Oczy­wi­ście na więk­szo­ści z nich Tes­sa wy­glą­da­ła ślicz­nie i była szczu­pła. Sara nig­dy nie mia­ła tyle szczę­ścia. Było tam jed­no szcze­gól­nie okrop­ne zdję­cie Sary z obo­zu let­nie­go po ósmej kla­sie, któ­re zdar­ła­by ze ścia­ny, gdy­by tyl­ko mat­ka jej na to po­zwo­li­ła. Sta­ła na ło­dzi w ko­stiu­mie ką­pie­lo­wym, któ­ry wy­glą­dał jak ka­wa­łek czar­ne­go kar­to­nu przy­pię­ty do jej ko­ści­stych ra­mion. Na no­sie wy­szły jej pie­gi, na­da­jąc jej skó­rze nie­zbyt miły, po­ma­rań­czo­wy od­cień. Jej rude wło­sy wy­schły na słoń­cu i wy­glą­da­ły jak bła­zeń­skie afro.

– Ko­cha­nie! – krzyk­nę­ła ra­do­śnie Bel­la, roz­kła­da­jąc sze­ro­ko ra­mio­na, kie­dy Sara we­szła do kuch­ni. – Spójrz na sie­bie! – po­wie­dzia­ła, jak­by był to kom­ple­ment.

Sara do­sko­na­le wie­dzia­ła, że nie wy­glą­da naj­le­piej. Zwlo­kła się z łóż­ka go­dzi­nę temu i nie za­dba­ła na­wet o to, żeby się ucze­sać. Jako nie­odrod­na cór­ka swo­je­go ojca mia­ła na so­bie ko­szu­lę, w któ­rej spa­ła, a dre­so­we spodnie z cza­sów, kie­dy była człon­ki­nią li­ce­al­ne­go ze­spo­łu bie­ga­czek, były tyl­ko odro­bi­nę mniej za­byt­ko­we. Na­to­miast Bel­la była w je­dwab­nej nie­bie­skiej su­kien­ce, któ­ra praw­do­po­dob­nie kosz­to­wa­ła for­tu­nę. W jej uszach iskrzy­ły się bry­lan­to­we kol­czy­ki, a licz­ne pier­ścion­ki na pal­cach błysz­cza­ły w słoń­cu wpa­da­ją­cym stru­mie­niem przez okna kuch­ni. Mia­ła, jak zwy­kle, ide­al­ny ma­ki­jaż i fry­zu­rę i na­wet w nie­dziel­ne przed­po­łu­dnie wy­glą­da­ła olśnie­wa­ją­co.

– Prze­pra­szam, że nie przy­je­cha­łam wcze­śniej – po­wie­dzia­ła Sara.

– Eee. – Ciot­ka zby­ła prze­pro­si­ny mach­nię­ciem ręki i usia­dła. – Od­kąd ro­bisz ma­mie za­ku­py?

– Od­kąd nie może się ru­szyć z domu, bo cię za­ba­wia, czy­li od dwóch dni. – Sara po­sta­wi­ła tor­by na bla­cie ku­chen­nym i za­czę­ła roz­cie­rać pal­ce, by przy­wró­cić krą­że­nie krwi.

– Nie tak trud­no jest mnie za­ba­wić – po­wie­dzia­ła Bel­la. – To two­ja mat­ka musi czę­ściej wy­cho­dzić.

– Z po­wo­du te­qu­ili?

Bel­la uśmiech­nę­ła się szel­mow­sko.

– Nig­dy nie mia­ła moc­nej gło­wy. Je­stem prze­ko­na­na, że tyl­ko z tego po­wo­du wy­szła za two­je­go ojca.

Sara ro­ze­śmia­ła się, wsta­wia­jąc mle­ko do lo­dów­ki. Ser­ce za­bi­ło jej ży­wiej, kie­dy zo­ba­czy­ła pół­mi­sek, na któ­rym pię­trzy­ły się go­to­we do sma­że­nia kur­cza­ki.

– Wczo­raj wie­czo­rem przy­go­to­wa­ły­śmy fa­sol­kę szpa­ra­go­wą – rzu­ci­ła Bel­la.

– Świet­nie – mruk­nę­ła Sara, my­śląc, że to naj­lep­sza wia­do­mość, jaką sły­sza­ła w tym ty­go­dniu. Du­szo­na fa­sol­ka szpa­ra­go­wa Ca­thy była do­sko­na­łym do­dat­kiem do sma­żo­nych kur­cza­ków. – Jak było w ko­ście­le?

– Jak dla mnie, tro­chę za dużo ognia i siar­ki – wy­zna­ła Bel­la, bio­rąc po­ma­rań­czę z mi­ski na sto­le. – Opo­wiedz mi, jak ży­jesz. Zda­rzy­ło się coś cie­ka­we­go?

– Wszyst­ko po sta­re­mu – od­par­ła Sara, prze­glą­da­jąc pusz­ki.

Bel­la obie­ra­ła po­ma­rań­czę, a w jej gło­sie za­brzmia­ło roz­cza­ro­wa­nie, kie­dy po­wie­dzia­ła:

– Cza­sa­mi ru­ty­na pod­no­si na du­chu.

Sara wy­da­ła z sie­bie „hm”, usta­wia­jąc pusz­kę zupy na pół­ce nad ku­chen­ką.

– Bar­dzo pod­no­si na du­chu.

– Hm – po­wtó­rzy­ła Sara, do­kład­nie wie­dząc, do cze­go to zmie­rza.

Kie­dy stu­dio­wa­ła me­dy­cy­nę na Emo­ry Uni­ver­si­ty w Atlan­cie, miesz­ka­ła krót­ko u ciot­ki. Przy­ję­cia do póź­nej nocy, pi­cie i nie­ustan­ny prze­pływ męż­czyzn do­pro­wa­dzi­ły w koń­cu do roz­sta­nia. Sara mu­sia­ła wsta­wać o pią­tej rano, żeby zdą­żyć na za­ję­cia, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że wie­czo­ra­mi po­trze­bo­wa­ła spo­ko­ju, by móc się uczyć. Trze­ba przy­znać, że Bel­la sta­ra­ła się ogra­ni­czyć swo­je ży­cie to­wa­rzy­skie, ale osta­tecz­nie zgo­dzi­ły się, że naj­le­piej dla Sary bę­dzie, je­śli znaj­dzie so­bie wła­sny kąt. Roz­ma­wia­ły ze sobą bar­dzo ser­decz­nie, do­pó­ki Bel­la nie za­su­ge­ro­wa­ła, by Sara zaj­rza­ła do jed­ne­go z seg­men­tów domu eme­ry­ta przy Cla­ir­mont Road.

Do kuch­ni wró­ci­ła Ca­thy, wy­cie­ra­jąc ręce w far­tuch. Prze­sta­wi­ła pusz­kę zupy, któ­rą Sara po­sta­wi­ła na pół­ce, od­su­wa­jąc przy tym cór­kę na bok.

– Do­sta­łaś wszyst­ko z li­sty?

– Oprócz cher­ry – po­wie­dzia­ła Sara, sia­da­jąc na­prze­ciw­ko Bel­li. – Wie­dzia­łaś, że w nie­dzie­lę nie moż­na ku­pić al­ko­ho­lu?

– Tak – po­wie­dzia­ła Ca­thy ta­kim to­nem, że sło­wo to za­brzmia­ło jak oskar­że­nie. – Wła­śnie dla­te­go po­wie­dzia­łam ci, że­byś po­je­cha­ła do skle­pu wczo­raj wie­czo­rem.

– Prze­pra­szam – rze­kła Sara. Wzię­ła od ciot­ki ka­wa­łek po­ma­rań­czy. – Per­trak­to­wa­łam do ósmej z fir­mą ubez­pie­cze­nio­wą z Za­cho­du. To była je­dy­na pora, kie­dy mo­gli­śmy po­roz­ma­wiać.

– Je­steś le­kar­ką – stwier­dzi­ła Bel­la oczy­wi­sty fakt. – Dla­cze­go, u li­cha, mu­sisz roz­ma­wiać z fir­ma­mi ubez­pie­cze­nio­wy­mi?

– Po­nie­waż nie chcą pła­cić za ba­da­nia, na któ­re kie­ru­ję pa­cjen­tów.

– Czy nie jest to ich za­da­niem?

Sara wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Zła­ma­ła się w koń­cu i wy­na­ję­ła na pe­łen etat ko­bie­tę, by po­ko­ny­wa­ła róż­ne prze­szko­dy, któ­re pię­trzy­ły fir­my ubez­pie­cze­nio­we, ale mimo to dwie do trzech go­dzin każ­de­go dnia, któ­ry spę­dza­ła w kli­ni­ce dzie­cię­cej, mar­no­wa­ła na wy­peł­nia­nie nu­żą­cych for­mu­la­rzy albo na roz­mo­wy, a cza­sa­mi kłót­nie te­le­fo­nicz­ne z sze­fa­mi tych firm. Za­czę­ła przy­jeż­dżać do pra­cy go­dzi­nę wcze­śniej, by nad tym za­pa­no­wać, ale wy­da­wa­ło się, że na te fir­my nic nie dzia­ła.

– To śmiesz­ne – mruk­nę­ła Bel­la, gry­ząc ka­wa­łek po­ma­rań­czy. Mia­ła do­brze po­nad sześć­dzie­siąt­kę, ale z tego, co wie­dzia­ła Sara, nig­dy jesz­cze nie cho­ro­wa­ła. Może jed­nak pa­le­nie jed­ne­go pa­pie­ro­sa za dru­gim i pi­cie te­qu­ili do świ­tu mia­ło pew­ne plu­sy.

Ca­thy, grze­biąc w tor­bach, za­py­ta­ła:

– Ku­pi­łaś szał­wię?

– Chy­ba tak. – Sara wsta­ła, by jej po­móc, ale Ca­thy od­su­nę­ła ją na bok. – Gdzie jest Tess?

– W ko­ście­le – od­par­ła Ca­thy.

Sara wo­la­ła nie do­cie­kać, dla­cze­go mat­ka po­wie­dzia­ła to to­nem dez­apro­ba­ty. Naj­wi­docz­niej Bel­la rów­nież była tego sa­me­go zda­nia, bo unio­sła brew, spo­glą­da­jąc na Sarę i po­da­jąc jej dru­gi ka­wa­łek po­ma­rań­czy. Tes­sa prze­sta­ła cho­dzić do ko­ścio­ła pierw­szych bap­ty­stów, do któ­re­go cho­dzi­ła Ca­thy od cza­su, kie­dy i ona, i Bel­la były jesz­cze dzieć­mi, wy­braw­szy w celu za­spo­ko­je­nia po­trzeb du­cho­wych mniej­szy ko­ściół w są­sied­nim hrab­stwie. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach Ca­thy by­ła­by za­do­wo­lo­na z tego, że przy­najm­niej jed­na z jej có­rek nie jest bez­boż­na, ale naj­wi­docz­niej w wy­bo­rze Tes­sy było coś, co ją nie­po­ko­iło. Jak w wy­pad­ku wie­lu in­nych spraw, ostat­nio nikt nie drą­żył tej kwe­stii.

Ca­thy otwo­rzy­ła lo­dów­kę, prze­su­nę­ła mle­ko na dru­gą stro­nę pół­ki i za­py­ta­ła:

– O któ­rej wró­ci­łaś wczo­raj do domu?

– Koło dzie­wią­tej – od­par­ła Sara, obie­ra­jąc dru­gą po­ma­rań­czę.

– Nie zjesz obia­du – upo­mnia­ła ją Ca­thy. – Jef­frey wpro­wa­dził się już ze wszyst­kim?

– Pra… – Sara w ostat­niej chwi­li ugry­zła się w ję­zyk, czer­wie­niąc się jak bu­rak. Prze­łknę­ła parę razy śli­nę, za­nim zdo­ła­ła wy­do­być z sie­bie głos. – Kie­dy się do­wie­dzia­łaś?

– Och, złot­ko – za­chi­cho­ta­ła Bel­la – miesz­kasz w nie­wła­ści­wym mie­ście, je­śli chcesz, żeby lu­dzie nie wty­ka­li nosa w two­je spra­wy. Głów­nie z tego po­wo­du wy­je­cha­łam za gra­ni­cę, kie­dy tyl­ko stać mnie było na bi­let.

– Ra­czej kie­dy zna­la­złaś fa­ce­ta, któ­ry za­pła­cił za ten bi­let – do­da­ła cierp­ko Ca­thy.

Sara po­now­nie prze­łknę­ła śli­nę. Czu­ła się tak, jak­by obrzmiał jej ję­zyk.

– Tata wie?

Ca­thy wzię­ła głę­bo­ki od­dech i wy­pu­ści­ła po­wie­trze ze świ­stem mię­dzy zę­ba­mi. Ko­men­tarz ojca na te­mat przy­le­pia­nia się bru­du na­brał na­gle sen­su.

– Jest zły?

– Tro­chę – przy­zna­ła Ca­thy. – Bar­dziej nie­za­do­wo­lo­ny.

Bel­la syk­nę­ła, przy­ci­ska­jąc ję­zyk do zę­bów.

– Małe mia­sta, małe umy­sły.

– To nie mia­sto – za­opo­no­wa­ła Ca­thy. – To Ed­die.

Bel­la usia­dła wy­god­niej, jak­by przy­go­to­wu­jąc się do roz­po­czę­cia opo­wie­ści.

– Ży­łam z pew­nym chłop­cem w grze­chu. By­łam tuż po col­le­ge’u, wła­śnie prze­nio­słam się do Lon­dy­nu. On był spa­wa­czem, ale jego dło­nie… och, miał dło­nie ar­ty­sty. Czy mó­wi­łam wam kie­dyś…

– Tak, Bel­lo – po­wie­dzia­ła Ca­thy znu­żo­nym to­nem.

Bel­la za­wsze wy­prze­dza­ła swo­je cza­sy – była bit­nicz­ką, hi­pi­ską, we­gan­ką, ale ku jej ogrom­nej kon­ster­na­cji nig­dy nie uda­ło jej się zgor­szyć ro­dzi­ny. Sara była prze­ko­na­na, że jed­nym z po­wo­dów wy­jaz­du ciot­ki z kra­ju było to, iż mo­gła opo­wia­dać, że jest czar­ną owcą. W hrab­stwie Grant nikt nie ku­po­wał ta­kich hi­sto­rii. Bab­cia Earn­shaw, któ­ra dzia­ła­ła na rzecz eman­cy­pa­cji ko­biet, była dum­na z bez­wstyd­ne­go za­cho­wa­nia cór­ki, a dzia­dek w roz­mo­wach z każ­dym, kto chciał go słu­chać, na­zy­wał ją swo­ją „małą pe­tar­dą”. Praw­dę mó­wiąc, Bel­li uda­ło się za­szo­ko­wać ich tyl­ko raz, kie­dy oznaj­mi­ła, że wy­cho­dzi za mąż za ma­kle­ra o na­zwi­sku Colt i prze­no­si się na przed­mie­ście. Na szczę­ście mał­żeń­stwo trwa­ło tyl­ko rok.

Sara czu­ła, że wzrok mat­ki wwier­ca się w nią jak la­ser. W koń­cu ustą­pi­ła:

– O co cho­dzi?

– Nie wiem, dla­cze­go po pro­stu za nie­go nie wyj­dziesz.

Sara okrę­ca­ła pier­ścień na pal­cu. Jef­frey był fut­bo­li­stą na uni­wer­sy­te­cie Au­burn i od tam­tej pory no­si­ła jego uni­wer­sy­tec­ki sy­gnet jak za­du­rzo­na na­sto­lat­ka.

– Twój oj­ciec go nie zno­si. – Bel­la wska­za­ła na ten oczy­wi­sty fakt ta­kim to­nem, jak­by była to ja­kaś za­chę­ta.

Ca­thy za­ło­ży­ła ręce na pier­si.

– Dla­cze­go? – Po­wtó­rzy­ła i od­cze­ka­ła chwi­lę. – Dla­cze­go po pro­stu za nie­go nie wyj­dziesz? On chce się z tobą oże­nić, praw­da?

– Tak.

– No więc dla­cze­go się nie zgo­dzisz, żeby mieć to wresz­cie za sobą?

– To skom­pli­ko­wa­ne – od­par­ła Sara, ma­jąc na­dzie­ję, że na tym za­koń­czy się ta roz­mo­wa.

Obie ko­bie­ty zna­ły hi­sto­rię jej związ­ku z Jef­frey­em od chwi­li, kie­dy się w nim za­ko­cha­ła i wzię­ła ślub, po ów wie­czór, gdy wró­ci­ła wcze­śniej z pra­cy i za­sta­ła go w łóż­ku z inną ko­bie­tą. Na­stęp­ne­go dnia wy­stą­pi­ła o roz­wód, ale z ja­kie­goś po­wo­du nie po­tra­fi­ła się od nie­go uwol­nić.

Trze­ba po­wie­dzieć na jej obro­nę, że w ostat­nich kil­ku la­tach Jef­frey się zmie­nił. Doj­rzał i stał się męż­czy­zną, któ­re­go za­po­wiedź wi­dzia­ła w nim pra­wie pięt­na­ście lat wcze­śniej. Mi­łość, któ­rą go da­rzy­ła, była nowa, w pew­nym sen­sie bar­dziej pod­nie­ca­ją­ca niż za pierw­szym ra­zem. Nie była to już ta przy­pra­wia­ją­ca o za­wrót gło­wy na­mięt­ność, któ­rą od­czu­wa­ła przed­tem, ob­se­syj­ne my­śle­nie „umrę, je­śli nie za­dzwo­ni”. Było jej z nim do­brze. Pod ko­niec dnia wie­dzia­ła, że bę­dzie na nią cze­kał. Po pię­ciu la­tach ży­cia w sa­mot­no­ści wie­dzia­ła też, że bez nie­go czu­ła­by się pod­le.

– Je­steś zbyt dum­na – orze­kła Ca­thy. – To two­je ego…

– To nie moje ego – prze­rwa­ła jej Sara, nie wie­dząc, jak to wy­ja­śnić, bar­dzo roz­draż­nio­na, że czu­je się do tego zmu­szo­na. Ta­kie już mia­ła szczę­ście, że jej zwią­zek z Jef­frey­em wy­da­wał się je­dy­ną rze­czą, o któ­rej mat­ka lu­bi­ła roz­ma­wiać. Po­de­szła do zle­wu, żeby spłu­kać z rąk sok po­ma­rań­czy. Sta­ra­jąc się zmie­nić te­mat, za­py­ta­ła Bel­lę: – Jak było we Fran­cji?

– Po fran­cu­sku – od­par­ła Bel­la, ale nie pod­da­ła się tak ła­two. – Ufasz mu?

– Tak – po­wie­dzia­ła – bar­dziej niż pierw­szym ra­zem i wła­śnie dla­te­go nie po­trze­bu­ję świst­ka pa­pie­ru, by wie­dzieć, co czu­ję.

Bel­la była bar­dzo za­do­wo­lo­na z sie­bie, kie­dy po­wie­dzia­ła:

– Wie­dzia­łam, że zno­wu się zej­dzie­cie. – Wy­ce­lo­wa­ła w Sarę pa­lec. – Gdy­byś po­waż­nie my­śla­ła o usu­nię­ciu go ze swo­je­go ży­cia, to rzu­ci­ła­byś po­sa­dę ko­ro­ne­ra.

– To tyl­ko część eta­tu – rze­kła Sara, cho­ciaż wie­dzia­ła, że Bel­la ma ra­cję. Jef­frey był sze­fem po­li­cji w Grant. Sara była pa­to­mor­fo­lo­giem. Każ­dy po­dej­rza­ny zgon w trój­miej­skim ob­sza­rze spro­wa­dzał go z po­wro­tem w jej ży­cie.

Ca­thy wy­ję­ła li­tro­wą colę z ostat­niej tor­by z za­ku­pa­mi.

– Kie­dy mia­łaś za­miar nam po­wie­dzieć?

– Dzi­siaj – skła­ma­ła Sara. Spoj­rze­nie, któ­re Ca­thy rzu­ci­ła jej przez ra­mię, świad­czy­ło, że nie było to zbyt do­bre łgar­stwo. – W koń­cu – do­da­ła, wy­cie­ra­jąc dło­nie w spodnie i sia­da­jąc przy sto­le. – Ro­bisz pie­czeń na ju­tro?

– Tak – od­par­ła Ca­thy, ale nie dała się od­wieść od te­ma­tu. – Miesz­kasz nie­ca­łą milę od nas, przy tej sa­mej uli­cy, Saro. My­śla­łaś, że oj­ciec nie zo­ba­czy sa­mo­cho­du Jef­freya za­par­ko­wa­ne­go w każ­dy ra­nek na pod­jeź­dzie?

– Z tego, co sły­sza­łam – rze­kła Bel­la – był­by tam bez wzglę­du na to, czy się wpro­wa­dził czy nie.

Sara pa­trzy­ła, jak mat­ka prze­le­wa colę do du­żej mi­ski tup­per­wa­re. Ca­thy doda jesz­cze parę skład­ni­ków i bę­dzie przez noc mo­czyć udziec w tej za­pra­wie, a ju­tro przez cały dzień piec go w bryt­fan­nie. Re­zul­ta­tem koń­co­wym bę­dzie naj­bar­dziej kru­che mię­so, ja­kie kie­dy­kol­wiek zna­la­zło się na ta­le­rzu, ale choć wy­da­wa­ło się to ła­twe, Sa­rze nig­dy nie uda­ło się po­wtó­rzyć osią­gnię­cia mat­ki. Do­strze­ga­ła iro­nicz­ną wy­mo­wę tego, że mimo iż ukoń­czy­ła z wy­róż­nie­niem che­mię na jed­nej z lep­szych uczel­ni me­dycz­nych w kra­ju, za nic nie po­tra­fi­ła przy­rzą­dzić ma­ry­no­wa­nej w coli pie­cze­ni we­dług prze­pi­su swo­jej mat­ki.

Ca­thy z roz­tar­gnie­niem do­da­ła tro­chę przy­praw do za­le­wy i po­wtó­rzy­ła py­ta­nie:

– Kie­dy mia­łaś za­miar nam po­wie­dzieć?

– Nie wiem – od­par­ła Sara. – Po pro­stu chcie­li­śmy naj­pierw oswo­ić się z tą my­ślą.

– Nie ocze­kuj, że twój oj­ciec szyb­ko się z nią oswoi – po­ra­dzi­ła jej Ca­thy. – Wiesz, że ma w ta­kich spra­wach usta­lo­ne po­glą­dy.

Bel­la za­chi­cho­ta­ła.

– Od pra­wie czter­dzie­stu lat sto­pa tego czło­wie­ka nie sta­nę­ła w ko­ście­le.

– To nie są wzglę­dy re­li­gij­ne – spro­sto­wa­ła Ca­thy. Zwró­ci­ła się do Sary: – Obo­je wie­my, jaka by­łaś przy­bi­ta, kie­dy od­kry­łaś, że Jef­frey robi sko­ki w bok. Two­je­mu ojcu jest po pro­stu cięż­ko po­go­dzić się z tym, że naj­pierw wi­dzi cię taką za­ła­ma­ną, a po­tem Jef­frey wra­ca do cie­bie jak­by nig­dy nic.

– Nie po­wie­dzia­ła­bym, że było to jak­by nig­dy nic – rze­kła Sara. Ich po­go­dze­nie się nie było wca­le ta­kie ła­twe.

– Nie mogę ci po­wie­dzieć, że oj­ciec kie­dy­kol­wiek mu wy­ba­czy.

– To­bie Ed­die wy­ba­czył – za­uwa­ży­ła Bel­la.

Sara pa­trzy­ła, jak z twa­rzy mat­ki od­pły­wa cała krew. Krót­ki­mi, opa­no­wa­ny­mi ru­cha­mi Ca­thy wy­tar­ła dło­nie w far­tuch.

– Obiad bę­dzie go­to­wy za kil­ka go­dzin – po­wie­dzia­ła ci­cho i wy­szła z kuch­ni.

Bel­la wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i cięż­ko wes­tchnę­ła.

– Pró­bo­wa­łam, kot­ku.

Sara ugry­zła się w ję­zyk. Parę lat temu Ca­thy opo­wie­dzia­ła jej o czymś, co na­zwa­ła nie­roz­waż­nym po­stęp­kiem w swo­im mał­żeń­stwie, a co zda­rzy­ło się, za­nim uro­dzi­ła się Sara. Cho­ciaż mat­ka po­wie­dzia­ła, że ro­mans ten nie zo­stał nig­dy skon­su­mo­wa­ny, omal nie roz­wio­dła się z Ed­diem z po­wo­du tego dru­gie­go męż­czy­zny. Sara mo­gła so­bie wy­obra­zić, że mat­ka nie lubi, by przy­po­mi­na­no jej o tym po­nu­rym okre­sie ży­cia, zwłasz­cza w obec­no­ści jej naj­star­sze­go dziec­ka. Ona sama nie­zbyt lu­bi­ła o tym słu­chać.

– Halo? – za­wo­łał Jef­frey z ko­ry­ta­rza.

Sara sta­ra­ła się ukryć uczu­cie ulgi.

– Tu­taj – od­krzyk­nę­ła.

Wszedł z uśmie­chem na twa­rzy, więc Sara po­my­śla­ła, że oj­ciec był zbyt za­ję­ty my­ciem sa­mo­cho­du, by zde­ner­wo­wać Jef­freya.

– Oho – po­wie­dział, pa­trząc to na jed­ną, to na dru­gą z peł­nym uzna­nia uśmie­chem. – Kie­dy śnię o tym, to zwy­kle je­ste­śmy wszy­scy nadzy.

– Ty zbe­reź­ni­ku – zbesz­ta­ła go Bel­la, ale Sara wi­dzia­ła, że jej oczy po­ja­śnia­ły z ra­do­ści. Mimo że wie­le lat miesz­ka­ła w Eu­ro­pie, nadal była praw­dzi­wą po­łu­dnio­wą pięk­no­ścią.

Jef­frey ujął jej dłoń i po­ca­ło­wał.

– Za każ­dym ra­zem, kie­dy cię wi­dzę, Isa­bel­lo, wy­glą­dasz co­raz le­piej.

– Do­bre wino, przy­ja­cie­lu. – Bel­la pu­ści­ła do nie­go oko. – To zna­czy pi­cie go.

Jef­frey ro­ze­śmiał się, a Sara od­cze­ka­ła chwi­lę, po czym za­py­ta­ła:

– Wi­dzia­łeś się z tatą?

Jef­frey po­trzą­snął gło­wą aku­rat w chwi­li, gdy trza­snę­ły drzwi fron­to­we. W ko­ry­ta­rzu roz­le­gły się cięż­kie kro­ki Ed­die­go. Sara chwy­ci­ła Jef­freya za rękę.

– Chodź­my na spa­cer – po­wie­dzia­ła, nie­mal wy­cią­ga­jąc go przez tyl­ne wyj­ście. – Po­wiedz ma­mie, że wró­ci­my w porę na obiad – po­pro­si­ła Bel­lę.

Jef­frey zszedł, po­ty­ka­jąc się, po scho­dach ta­ra­su, a ona po­cią­gnę­ła go na bok, by nie wi­dzia­no ich z ku­chen­nych okien.

– Co się dzie­je? – Po­tarł ra­mię, jak­by się ude­rzył.

– Nadal cię boli? – za­py­ta­ła. Nie­daw­no zra­nił bark i mimo fi­zy­ko­te­ra­pii staw wciąż go bo­lał.

Lek­ko wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nic mi nie jest.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła, kła­dąc dłoń na jego zdro­wym bar­ku. Nie mo­gła na tym po­prze­stać; ob­ję­ła go i wtu­li­ła twarz w jego szy­ję. Wcią­gnę­ła głę­bo­ko jego za­pach, któ­ry uwiel­bia­ła. – Boże, tak ład­nie pach­niesz.

Po­gła­dził ją po wło­sach.

– Co się dzie­je?

– Bra­ku­je mi cie­bie.

– Prze­cież tu je­stem.

– Nie – od­chy­li­ła się, żeby go wi­dzieć. – Przez cały ty­dzień. – Za­pu­ścił so­bie dłuż­sze wło­sy, więc czę­sto za­kła­da­ła mu je za uszy. – Wpa­dasz, zo­sta­wiasz parę pu­deł i wy­cho­dzisz.

– We wto­rek wpro­wa­dza­ją się na­jem­cy. Obie­ca­łem im, że do tego cza­su wy­szy­ku­ję kuch­nię.

Po­ca­ło­wa­ła go w ucho i wy­szep­ta­ła:

– Za­po­mnia­łam, jak wy­glą­dasz.

– Ostat­nio mam młyn w pra­cy. – Od­su­nął się o parę cali. – Pa­pier­ko­wa ro­bo­ta i tak da­lej. Przez dom i pra­cę nie mam cza­su dla sie­bie, a co do­pie­ro mó­wić o spo­ty­ka­niu się z tobą.

– Nie o to cho­dzi – po­wie­dzia­ła. Zdzi­wił ją jego de­fen­syw­ny ton. Obo­je za dużo pra­co­wa­li; nie była nie­win­na, żeby rzu­cać w nie­go ka­mie­niem.

– Wiem, że nie od­po­wie­dzia­łem na parę two­ich te­le­fo­nów – po­wie­dział, co­fa­jąc się o kil­ka kro­ków.

– Jeff – za­trzy­ma­ła go. – Przy­pusz­cza­łam, że je­steś za­ję­ty. To nie jest wiel­ki pro­blem.

– No to o co cho­dzi?

Sara za­ło­ży­ła ręce na pier­si, czu­jąc na­gle, że jest jej zim­no.

– Tata wie.

Wy­da­wa­ło się, że się tro­chę uspo­ko­ił, za­czę­ła się więc za­sta­na­wiać, czy nie spo­dzie­wał się usły­szeć cze­goś in­ne­go.

– Chy­ba nie my­śla­łaś, że uda się to nam utrzy­mać w se­kre­cie, co?

– Nie wiem – przy­zna­ła Sara. Wi­dzia­ła, że coś go gnę­bi, ale nie wie­dzia­ła, jak to z nie­go wy­cią­gnąć. Za­pro­po­no­wa­ła: – Przejdź­my się wo­kół je­zio­ra, do­brze?

Zer­k­nął na dom, a po­tem na nią.

– Do­brze.

Po­pro­wa­dzi­ła go przez ogród ka­mien­nym chod­ni­kiem, któ­ry po­ło­żył oj­ciec, za­nim się uro­dzi­ła. Trzy­ma­jąc się za ręce, szli w mil­cze­niu piasz­czy­stą ścież­ką, któ­ra bie­gła brze­giem je­zio­ra. Sara po­śli­znę­ła się na mo­krym ka­mie­niu i zła­pał ją za ło­kieć, uśmie­cha­jąc się z po­wo­du jej nie­zdar­no­ści. W gó­rze sły­sza­ła ja­zgot wie­wió­rek, a tuż nad drze­wa­mi za­nur­ko­wał duży my­szo­łów z roz­po­star­ty­mi nie­ru­cho­mo skrzy­dła­mi.

Je­zio­ro Grant było sztucz­nym zbior­ni­kiem o po­wierzch­ni trzech ty­się­cy dwu­stu akrów. Miej­sca­mi mia­ło trzy­sta stóp głę­bo­ko­ści. Z wody nadal wy­sta­wa­ły wierz­choł­ki drzew, któ­re ro­sły w do­li­nie przed jej za­to­pie­niem. Sara czę­sto my­śla­ła o znaj­du­ją­cych się na dnie opusz­czo­nych do­mach i za­sta­na­wia­ła się, czy za­gnieź­dzi­ły się w nich ryby. Ed­die miał zdję­cie tego te­re­nu sprzed utwo­rze­nia je­zio­ra. Wy­glą­dał tak jak wiej­skie oko­li­ce hrab­stwa – ład­ne domy, tu i ów­dzie ja­kaś cha­łu­pa. Pod wodą były skle­py, ko­ścio­ły i przę­dzal­nia ba­weł­ny, któ­ra prze­trwa­ła woj­nę se­ce­syj­ną i od­bu­do­wę po to tyl­ko, by za­mknię­to ją w okre­sie wiel­kie­go kry­zy­su. Wszyst­ko to zmio­tły pę­dzą­ce wody rze­ki Ocha­wa­hee, by za­pew­nić Grant pew­ne źró­dło ener­gii.

La­tem lu­stro wody to się pod­no­si­ło, to opa­da­ło, w za­leż­no­ści od po­trzeb tamy, więc w dzie­ciń­stwie Sara na­bra­ła zwy­cza­ju ga­sze­nia wszyst­kich świa­teł w domu, my­śląc, że dzię­ki temu po­wierzch­nia wody utrzy­ma się na tyle wy­so­ko, by mo­gła jeź­dzić po je­zio­rze na nar­tach. Więk­sza część te­re­nu, po­nad ty­siąc akrów, na­le­ża­ła do Na­tio­nal Fo­re­stry Se­rvi­ce. Jed­na stro­na do­ty­ka­ła ob­sza­ru miesz­kal­ne­go, gdzie sta­ły domy Sary i jej ro­dzi­ców, a po dru­giej mie­ścił się Grant In­sti­tu­te of Tech­no­lo­gy. Sześć­dzie­siąt pro­cent osiem­dzie­się­cio­mi­lo­wej li­nii brze­go­wej było pod ochro­ną, a ulu­bio­ny ka­wa­łek Sary znaj­do­wał się do­kład­nie po­środ­ku. W le­sie wol­no było roz­bi­jać na­mio­ty, ale brzeg był zbyt ska­li­sty i stro­my, by moż­na było ko­rzy­stać z przy­jem­no­ści obo­zo­wa­nia nad wodą. Przy­by­wa­ła tu prze­waż­nie mło­dzież, by się ob­ści­ski­wać albo po pro­stu uciec od ro­dzi­ców. Dom Sary znaj­do­wał się na­prze­ciw­ko wi­do­wi­sko­wej gru­py skał, któ­re praw­do­po­dob­nie były wy­ko­rzy­sty­wa­ne przez In­dian, za­nim ich stam­tąd wy­par­to, i cza­sa­mi o zmierz­chu wi­dzia­ła błysk za­pał­ki, kie­dy ktoś za­pa­lał pa­pie­ro­sa albo kto wie co in­ne­go.

Znad wody po­wiał zim­ny wiatr i za­drża­ła. Jef­frey ob­jął ją i spy­tał:

– Na­praw­dę my­śla­łaś, że się nie do­wie­dzą?

Sara za­trzy­ma­ła się i od­wró­ci­ła twa­rzą do nie­go.

– Chy­ba mia­łam tyl­ko taką na­dzie­ję.

Ob­da­rzył ją jed­nym ze swo­ich krzy­wych uśmie­chów i wie­dzia­ła z do­świad­cze­nia, że za­raz usły­szy prze­pro­si­ny.

– Prze­pra­szam, że tak dużo pra­cu­ję.

– Ja przez cały ty­dzień nie wra­ca­łam do domu przed siód­mą.

– Uda­ło ci się wresz­cie dojść do ładu z tą fir­mą ubez­pie­cze­nio­wą?

Jęk­nę­ła.

– Nie chcę o tym roz­ma­wiać.

– W po­rząd­ku – po­wie­dział, wy­raź­nie sta­ra­jąc się wy­my­ślić ja­kiś te­mat do roz­mo­wy. – Jak się ma Tess?

– O tym też nie chcę roz­ma­wiać.

– W po­rząd­ku… – Zno­wu się uśmiech­nął, a słoń­ce tak za­iskrzy­ło w jego nie­bie­skich tę­czów­kach, że aż za­drża­ła.

– Chcesz wra­cać? – za­py­tał, od­czy­tu­jąc błęd­nie jej re­ak­cję.

– Nie – po­wie­dzia­ła, obej­mu­jąc go za szy­ję. – Chcę, że­byś wziął mnie za te drze­wa i wy­obra­cał.

Ro­ze­śmiał się, ale prze­stał, kie­dy zo­ba­czył, że Sara nie żar­tu­je.

– Tu­taj, na otwar­tej prze­strze­ni?

– Wo­kół nie ma ni­ko­go.

– Nie mó­wisz po­waż­nie.

– To już dwa ty­go­dnie – rze­kła, cho­ciaż do tej pory zbyt­nio się nad tym nie za­sta­na­wia­ła. Tak dłu­gie prze­rwy nie le­ża­ły w jego na­tu­rze.

– Jest zim­no.

Przy­ło­ży­ła war­gi do jego ucha i szep­nę­ła:

– Usta mam cie­płe.

– Je­stem tro­chę zmę­czo­ny – po­wie­dział, wbrew re­ak­cji swo­je­go cia­ła.

Przy­tu­li­ła się moc­niej.

– Mnie nie wy­da­jesz się zmę­czo­ny.

– W każ­dej chwi­li za­cznie pa­dać.

Nie­bo było za­chmu­rzo­ne, ale w wia­do­mo­ściach po­da­wa­li, że deszcz spad­nie za do­bre trzy go­dzi­ny.

– Chodź – po­wie­dzia­ła. Chcia­ła go po­ca­ło­wać, ale zre­zy­gno­wa­ła gdy za­uwa­ży­ła, że Jef­frey zda­je się wa­hać. – Co się sta­ło?

Cof­nął się o krok i spoj­rzał na je­zio­ro.

– Po­wie­dzia­łem ci, że je­stem zmę­czo­ny.

– Nig­dy nie je­steś zmę­czo­ny – rze­kła. – Nie aż tak.

Mach­nię­ciem ręki wska­zał na je­zio­ro.

– Tu­taj jest strasz­nie zim­no.

– Nie jest tak zim­no – od­par­ła, czu­jąc, że po­dej­rze­nia prze­ni­ka­ją ją ni­czym peł­zną­cy wzdłuż krę­go­słu­pa dreszcz stra­chu. Po pięt­na­stu la­tach zna­ła wszyst­kie ozna­ki świad­czą­ce o sta­nie du­cha Jef­freya. Dra­pał pa­zno­kieć kciu­ka, kie­dy czuł się win­ny, i sku­bał pra­wą brew, kie­dy w spra­wie, któ­rą pro­wa­dził, było coś, co sta­rał się od­gad­nąć. Gdy miał szcze­gól­nie cięż­ki dzień, gar­bił się i mó­wił mo­no­ton­nym gło­sem, do­pó­ki nie uda­ło się jej na­kło­nić go w ja­kiś spo­sób, by wy­rzu­cił z sie­bie to, co mu le­ża­ło na wą­tro­bie. Układ jego ust w tej chwi­li świad­czył, że jest coś, o czym musi jej po­wie­dzieć, ale albo nie chce, albo nie wie jak.

Skrzy­żo­wa­ła ra­mio­na i spy­ta­ła:

– Co się dzie­je?

– Nic.

– Nic? – po­wtó­rzy­ła, wpa­tru­jąc się w nie­go, jak­by mo­gła siłą woli wy­du­sić z nie­go praw­dę. Nadal miał za­cię­te usta i ręce zło­żo­ne przed sobą. Pra­wym kciu­kiem dra­pał skór­kę wo­kół pa­znok­cia le­we­go. Za­czę­ło ją ogar­niać nie­ja­sne uczu­cie, że kie­dyś już to prze­ra­bia­li; to po­dzia­ła­ło na nią jak ude­rze­nie obu­chem. – O Chry­ste – wy­szep­ta­ła, na­gle zro­zu­miaw­szy. – O Boże – po­wie­dzia­ła. Przy­ło­ży­ła dłoń do brzu­cha, sta­ra­jąc się za­pa­no­wać nad wzbie­ra­ją­cą falą nud­no­ści.

– Co?

Od­wró­ci­ła się i po­szła ścież­ką. Czu­ła się głu­pio i była na sie­bie zła. Krę­ci­ło się jej od tego w gło­wie.

– Saro… – Po­ło­żył rękę na jej ra­mie­niu, ale ją strzą­snę­ła. Pod­biegł parę kro­ków, by za­stą­pić jej dro­gę, tak żeby mu­sia­ła na nie­go spoj­rzeć. – Co się sta­ło?

– Kto to jest?

– Jaki kto?

– Kim ona jest? – wy­ja­śni­ła Sara. – Kto to jest, Jef­frey? Ta sama co ostat­nim ra­zem?

Za­ci­ska­ła zęby tak moc­no, że aż za­bo­la­ła ją szczę­ka. Wszyst­ko za­czę­ło się ukła­dać w sen­sow­ną ca­łość: ten roz­tar­gnio­ny wy­raz jego twa­rzy, ase­ku­ranc­ki spo­sób mó­wie­nia, ten dy­stans, któ­ry sta­rał się za­cho­wać. Każ­de­go wie­czo­ru przez cały ty­dzień znaj­do­wał róż­ne wy­mów­ki: pa­ko­wa­nie pu­deł, pra­ca do póź­na w ko­mi­sa­ria­cie, ko­niecz­ność wy­koń­cze­nia tej prze­klę­tej kuch­ni, któ­rej re­mont za­jął pra­wie dzie­sięć lat. Za każ­dym ra­zem kie­dy go wpusz­cza­ła, kie­dy zmniej­sza­ła czuj­ność i czu­ła się swo­bod­nie, znaj­do­wał ja­kiś spo­sób, by ją ode­pchnąć.

– Kogo pie­przysz tym ra­zem? – za­py­ta­ła wprost.

Cof­nął się o krok, a na jego twa­rzy po­ja­wi­ło się zmie­sza­nie.

– Chy­ba nie my­ślisz…

Po­czu­ła, że łzy na­pły­wa­ją jej do oczu, i za­sło­ni­ła twarz rę­ka­mi, by je ukryć. Po­my­ślał­by, że jest zra­nio­na, pod­czas gdy była na nie­go tak wście­kła, że mo­gła mu roz­szar­pać gar­dło go­ły­mi rę­ka­mi.

– Boże – wy­szep­ta­ła. – Je­stem taka głu­pia.

– Jak mo­głaś po­my­śleć coś ta­kie­go? – po­wie­dział ta­kim to­nem, jak­by zo­stał skrzyw­dzo­ny.

Opu­ści­ła ręce, nie dba­jąc o to, co zo­ba­czy.

– Wy­rządź mi przy­słu­gę, do­brze? Tym ra­zem mnie nie okła­muj. Nie waż się mnie okła­my­wać.

– Nie okła­mu­ję cię – upie­rał się, mó­wiąc z taką samą wście­kło­ścią, jaką czu­ła Sara.

Jego obu­rzo­ny ton był­by dla niej bar­dziej prze­ko­nu­ją­cy, gdy­by nie użył go za pierw­szym ra­zem.

– Saro…

– Odejdź – po­wie­dzia­ła, za­wró­ciw­szy w stro­nę je­zio­ra. – Nie mogę w to uwie­rzyć. Nie mogę uwie­rzyć, jaka je­stem głu­pia.

– Nie oszu­ku­ję cię – po­wie­dział, idąc za nią. – Po­słu­chaj mnie, do­brze? – Zno­wu wy­su­nął się przed nią i za­gro­dził jej dro­gę. – Nie oszu­ku­ję cię.

Za­trzy­ma­ła się i pa­trzy­ła na nie­go, pra­gnąc mu uwie­rzyć.

– Nie patrz na mnie w ten spo­sób – po­wie­dział.

– Nie wiem, jak in­a­czej mam na cie­bie pa­trzeć.

Wes­tchnął cięż­ko, jak­by na pier­si legł mu ogrom­ny cię­żar. Jak na ko­goś, kto utrzy­my­wał, że jest nie­win­ny, za­cho­wy­wał się bar­dzo po­dej­rza­nie.

– Wra­cam do domu – po­wie­dzia­ła mu, ale pod­niósł gło­wę i w wy­ra­zie jego twa­rzy do­strze­gła coś, co ją po­wstrzy­ma­ło.

Prze­mó­wił tak ci­cho, że mu­sia­ła wy­tę­żać słuch:

– Mogę być cho­ry.

– Cho­ry? – po­wtó­rzy­ła, na­gle prze­stra­szo­na. – Na co?

Od­szedł, usiadł na gła­zie i opu­ścił ra­mio­na. Tym ra­zem to ona po­szła za nim.

– Jeff? – po­wie­dzia­ła, uklęk­nąw­szy obok nie­go. – Co się sta­ło? – Zno­wu łzy na­pły­nę­ły jej do oczu, ale tym ra­zem ser­ce wa­li­ło nie ze zło­ści, lecz z trwo­gi. Ze wszyst­kich rze­czy, któ­re mógł po­wie­dzieć, naj­bar­dziej wstrzą­snę­ło nią to, co usły­sza­ła.

– Za­dzwo­ni­ła Jo.

Sara usia­dła na pię­tach. Zło­ży­ła ręce na po­doł­ku i wpa­try­wa­ła się w nie­go nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. W szko­le śred­niej Jo­le­ne Car­ter mia­ła to wszyst­ko, cze­go bra­ko­wa­ło Sa­rze: wdzięk, ape­tycz­nie za­okrą­glo­ne kształ­ty, lecz szczu­płą syl­wet­kę, i po­wo­dze­nie u chłop­ców, dzię­ki któ­re­mu mo­gła wy­bie­rać naj­przy­stoj­niej­szych. Była kró­lo­wą balu na za­koń­cze­nie roku szkol­ne­go, głów­ną che­er­le­ader­ką, prze­wod­ni­czą­cą kla­sy. Była na­tu­ral­ną blon­dyn­ką, mia­ła nie­bie­skie oczy i mały pie­przyk, zna­mię pięk­no­ści, na pra­wym po­licz­ku, któ­ry nada­wał jej ide­al­nym poza tym ry­som świa­to­wy, eg­zo­tycz­ny wy­gląd. Na­wet tuż przed czter­dziest­ką Jo­le­ne Car­ter mia­ła nadal ide­al­ne cia­ło, o czym Sara wie­dzia­ła, bo pięć lat temu, wró­ciw­szy do domu, za­sta­ła Jo zu­peł­nie nagą, z tą jej ide­al­ną dupą w gó­rze, ujeż­dża­ją­cą Jef­freya w ich łóż­ku.

– Ona ma za­pa­le­nie wą­tro­by – po­wie­dział Jef­frey.

Sara ro­ze­śmia­ła­by się, gdy­by mia­ła wię­cej ener­gii. W tej sy­tu­acji zdo­by­ła się tyl­ko na py­ta­nie:

– Ja­kie­go typu?

– Złe­go.

– Jest parę złych – rze­kła Sara, za­sta­na­wia­jąc się, jak do­szło do tego, że zna­la­zła się w ta­kiej sy­tu­acji.

– Spa­łem z nią tyl­ko raz, wte­dy. Wiesz o tym, Saro.

Przez kil­ka se­kund pa­trzy­ła na nie­go, roz­dar­ta mię­dzy chę­cią, by wstać i uciec, i pra­gnie­niem po­zo­sta­nia, by po­znać fak­ty.

– Kie­dy do cie­bie za­dzwo­ni­ła?

– W ze­szłym ty­go­dniu.

– W ze­szłym ty­go­dniu – po­wtó­rzy­ła, a po­tem wzię­ła głę­bo­ki od­dech i za­py­ta­ła: – Któ­re­go dnia?

– Nie wiem. Na po­cząt­ku.

– W po­nie­dzia­łek? We wto­rek?

– A ja­kie to ma zna­cze­nie?

– Ja­kie to ma zna­cze­nie? – po­wtó­rzy­ła z nie­do­wie­rza­niem. – Je­stem pe­dia­trą, Jef­frey. Przez cały dzień ro­bię dzie­ciom, ma­łym dzie­ciom, za­strzy­ki. Po­bie­ram im krew. Do­ty­kam ich ska­le­czeń i za­dra­pań. Są środ­ki ostroż­no­ści. Róż­ne środ­ki… – Za­wie­si­ła głos, za­sta­na­wia­jąc się, ile dzie­ci na to na­ra­zi­ła, sta­ra­jąc się przy­po­mnieć so­bie każ­dy za­strzyk, każ­de ukłu­cie. Czy nie była za­gro­że­niem? Za­wsze kłu­ła się igła­mi. Nie mo­gła na­wet po­zwo­lić so­bie na mar­twie­nie się o wła­sne zdro­wie. Tego było już za dużo.

– Wczo­raj po­sze­dłem do Hare’a – po­wie­dział, jak­by fakt od­by­cia wi­zy­ty u le­ka­rza w ty­dzień po uzy­ska­niu złej wia­do­mo­ści go roz­grze­szał.

Za­ci­snę­ła usta, sta­ra­jąc się sfor­mu­ło­wać wła­ści­we py­ta­nia. Za­wsze mar­twi­ła się o dzie­ci, któ­ry­mi się opie­ko­wa­ła, ale do­pie­ro te­raz do­tar­ły do niej w peł­ni kon­se­kwen­cje tego, co się sta­ło. Ona też mo­gła być cho­ra. Mo­gła mieć prze­wle­kłą, może śmier­tel­ną, cho­ro­bę, któ­rą za­ra­ził ją Jef­frey.

Prze­łknę­ła śli­nę, gar­dło mia­ła ści­śnię­te.

– Czy zle­cił pil­ne wy­ko­na­nie prób wą­tro­bo­wych?

– Nie wiem.

– Nie wiesz. – Było to po­twier­dze­nie, nie py­ta­nie. Oczy­wi­ście, że nie wie­dział. Jef­frey miał ty­po­wo mę­ski sto­su­nek do wszyst­kie­go, co zwią­za­ne było z jego zdro­wiem – wy­pie­rał to. Wie­dział wię­cej o hi­sto­rii utrzy­ma­nia swo­je­go sa­mo­cho­du niż o sta­nie swo­je­go zdro­wia i mo­gła so­bie wy­obra­zić, jak sie­dzi w ga­bi­ne­cie Hare’a ze skon­ster­no­wa­ną miną, sta­ra­jąc się wy­my­ślić ja­kąś wy­mów­kę, by wyjść stam­tąd jak naj­szyb­ciej.

Sara wsta­ła. Mu­sia­ła po­spa­ce­ro­wać.

– Zba­dał cię?

– Po­wie­dział, że nie wy­ka­zu­ję żad­nych ob­ja­wów.

– Chcę, że­byś po­szedł do in­ne­go le­ka­rza.

– A co jest nie tak z Hare’em?

– On… – Nie mo­gła zna­leźć od­po­wied­nich słów. Jej umysł nie funk­cjo­no­wał jak na­le­ży.

– To, że jest two­im dur­nym ku­zy­nem, nie zna­czy, że nie jest do­brym le­ka­rzem.

– Nic mi nie po­wie­dział – po­wie­dzia­ła, czu­jąc się zdra­dzo­na przez nich obu.

Jef­frey spoj­rzał na nią uważ­nie.

– Pro­si­łem go o to.

– Oczy­wi­ście – rze­kła, czu­jąc się nie tyle zła, ile za­sko­czo­na. – Dla­cze­go ty sam mi nie po­wie­dzia­łeś? Dla­cze­go nie wzią­łeś mnie ze sobą, że­bym mo­gła za­py­tać o to, o co trze­ba?

– Dla­te­go – po­wie­dział, wska­zu­jąc na jej cho­dze­nie w tę i z po­wro­tem. – I tak masz do­syć na gło­wie. Nie chcia­łem, że­byś się de­ner­wo­wa­ła.

– Gów­no praw­da i wiesz o tym. – Jef­frey nie cier­piał prze­ka­zy­wa­nia złych wia­do­mo­ści. Cho­ciaż w pra­cy mu­siał być ostry, w domu nie był zdol­ny do stwa­rza­nia kło­po­tli­wych sy­tu­acji. – To dla­te­go nie chcia­łeś się ze mną ko­chać?

– By­łem ostroż­ny.

– Ostroż­ny – po­wtó­rzy­ła.

– Hare po­wie­dział, że mogę być no­si­cie­lem.

– Za bar­dzo się ba­łeś po­wie­dzieć mi o tym.

– Nie chcia­łem, że­byś się de­ner­wo­wa­ła.

– Nie chcia­łeś, że­bym się de­ner­wo­wa­ła na cie­bie – po­pra­wi­ła go. – To nie ma nic wspól­ne­go z oszczę­dza­niem mo­ich uczuć. Nie chcia­łeś, że­bym się na cie­bie wście­kła.

– Pro­szę, nie rób tego. – Wy­cią­gnął rękę, by ująć jej dłoń, ale gwał­tow­nie się od­su­nę­ła.

– To nie moja wina.

Spró­bo­wał jesz­cze raz:

– To było wie­le lat temu, Saro. Mu­sia­ła mi po­wie­dzieć, bo ka­zał jej to zro­bić jej le­karz. – Jak­by mo­gło to po­pra­wić sy­tu­ację, do­dał: – Ona też cho­dzi do Hare’a. Za­dzwoń do nie­go. To on jej po­wie­dział, że musi mnie o tym po­in­for­mo­wać. To tyl­ko śro­dek ostroż­no­ści. Je­steś le­kar­ką. Wiesz o tym.

– Prze­stań – roz­ka­za­ła, pod­no­sząc ręce do góry. Mia­ła już coś na koń­cu ję­zy­ka, ale po­wstrzy­ma­ła się przed wy­po­wie­dze­niem tych słów, choć przy­szło jej to z tru­dem. – Nie mogę te­raz o tym roz­ma­wiać.

– Gdzie idziesz?

– Nie wiem – od­par­ła, idąc w stro­nę brze­gu. – Do domu – po­wie­dzia­ła. – Dzi­siaj mo­żesz zo­stać na noc u sie­bie.

– Wi­dzisz – rzekł, jak­by zwra­cał na coś jej uwa­gę. – Wła­śnie dla­te­go ci nie po­wie­dzia­łem.

– Nie ob­wi­niaj mnie za to – od­pa­ro­wa­ła, a jej gar­dło ści­snę­ło się przy tych sło­wach. Chcia­ła wrzesz­czeć, ale była tak prze­peł­nio­na wście­kło­ścią, że nie mo­gła pod­nieść gło­su. – Nie je­stem na cie­bie wście­kła, Jef­frey, za to, że pie­przy­łeś się z kim po­pad­nie. Je­stem na cie­bie wście­kła za to, że trzy­ma­łeś to w ta­jem­ni­cy przede mną. Mam pra­wo wie­dzieć. Na­wet je­śli nie szko­dzi to mnie, mo­je­mu zdro­wiu i moim pa­cjen­tom, to szko­dzi to­bie.

Pod­biegł, by się z nią zrów­nać.

– Nic mi nie jest.

Za­trzy­ma­ła się i od­wró­ci­ła, by na nie­go spoj­rzeć.

– Czy ty cho­ciaż wiesz, co to jest wi­ru­so­we za­pa­le­nie wą­tro­by?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– My­śla­łem, że zaj­mę się tym, kie­dy będę mu­siał. Je­śli będę mu­siał.

– Jezu – wy­szep­ta­ła Sara. Czu­ła, że nie jest w sta­nie już nic zro­bić. Mo­gła je­dy­nie odejść. Skie­ro­wa­ła się w stro­nę dro­gi, my­śląc, że po­win­na obrać dłu­gą tra­sę do domu ro­dzi­ców, by się uspo­ko­ić. Jej mat­ka bę­dzie mia­ła uży­wa­nie w związ­ku z tym, i słusz­nie.

Jef­frey ru­szył za nią.

– Do­kąd idziesz?

– Za­dzwo­nię do cie­bie za kil­ka dni. – Nie cze­ka­ła na od­po­wiedź. – Po­trze­bu­ję tro­chę cza­su, żeby to prze­my­śleć.

Do­go­nił ją i po­gła­dził jej ra­mię.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać.

– Te­raz chcesz o tym roz­ma­wiać. – Ro­ze­śmia­ła się.

– Saro…

– Nie ma nic wię­cej do po­wie­dze­nia – rze­kła, przy­spie­sza­jąc kro­ku.

Jef­frey nie da­wał za wy­gra­ną, jego cięż­kie kro­ki dud­ni­ły za nią. Za­czę­ła prze­cho­dzić w trucht, kie­dy wpadł na nią. Upa­dła na zie­mię z głu­chym ude­rze­niem, któ­re po­zba­wi­ło ją tchu. Od­głos tego ude­rze­nia roz­brzmie­wał jej w uszach jak od­le­głe echo.

Ode­pchnę­ła go, py­ta­jąc ze zło­ścią:

– Co ty…

– Jezu, prze­pra­szam. Nic ci nie jest? – Ukląkł przed nią i wy­jął ga­łąz­kę z jej wło­sów. – Nie chcia­łem…

– Ty dup­ku – wark­nę­ła. Prze­stra­szył ją nie na żar­ty, więc była wście­kła. – Co ty, do dia­bła, wy­pra­wiasz?

– Po­tkną­łem się – po­wie­dział, pró­bu­jąc po­móc jej wstać.

– Nie do­ty­kaj mnie. – Od­trą­ci­ła go i sama wsta­ła.

– Nic ci nie jest? – spy­tał po­now­nie, otrze­pu­jąc jej spodnie z pia­chu.

Od­su­nę­ła się od nie­go.

– Nie.

– Na pew­no?

– Nie je­stem z por­ce­la­ny. – Spoj­rza­ła z gniew­ną miną na po­bru­dzo­ną zie­mią blu­zę. Mia­ła na­de­rwa­ny rę­kaw. – Co ty wy­pra­wiasz?

– Po­wie­dzia­łem ci, że się po­tkną­łem. My­ślisz, że zro­bi­łem to ce­lo­wo?

– Nie – od­par­ła, cho­ciaż nie zła­go­dzi­ło to jej zło­ści. – Boże, Jef­frey. – Zba­da­ła swo­je ko­la­no i stwier­dzi­ła, że ścię­gno jest nie­na­ru­szo­ne. – To na­praw­dę bo­la­ło.

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzył i znów wy­jął z jej wło­sów ga­łąz­kę.

Po­pa­trzy­ła na na­de­rwa­ny rę­kaw, te­raz bar­dziej zi­ry­to­wa­na niż zła.

– Co się sta­ło?

Od­wró­cił się i prze­cze­sy­wał wzro­kiem te­ren.

– Mu­siał tam być… – Urwał.

Po­dą­ży­ła za jego spoj­rze­niem i zo­ba­czy­ła ster­czą­cy z zie­mi ka­wa­łek me­ta­lo­wej rury. Jej otwór ob­wią­za­ny był ka­wał­kiem dru­cia­nej siat­ki, któ­ry przy­trzy­my­wa­ła gu­mo­wa opa­ska.

Po­wie­dział tyl­ko „Sara”, ale lęk w jego gło­sie wstrzą­snął nią.

Od­twa­rza­ła tę sce­nę w gło­wie, dźwięk, któ­ry się roz­legł, gdy upa­dła. Po­win­no to być cięż­kie wal­nię­cie, a nie głu­che echo. Coś było pod nimi. Coś było tam za­ko­pa­ne.

– Chry­ste – wy­szep­tał Jef­frey. Ścią­gnął siat­kę i zaj­rzał do rury.

Sara wie­dzia­ła, że przez otwór o śred­ni­cy pół cala ni­cze­go nie doj­rzy. Mimo to za­py­ta­ła:

– Wi­dzisz coś?

– Nie. – Spró­bo­wał po­ru­szyć rurą do tyłu i do przo­du, ale na­wet nie drgnę­ła. Coś pod zie­mią trzy­ma­ło ją moc­no w tej po­zy­cji.

Osu­nę­ła się na ko­la­na i za­czę­ła zmia­tać rę­ka­mi li­ście i szpil­ki so­sno­we, po­su­wa­jąc się do tyłu po luź­nej zie­mi. Była mniej wię­cej czte­ry sto­py od Jef­freya, kie­dy oboj­gu za­świ­ta­ło w gło­wie, co może być pod nimi.

Sara po­czu­ła, że jej prze­ra­że­nie na­ra­sta tak samo jak prze­ra­że­nie Jef­freya, kie­dy za­czął roz­dra­py­wać pal­ca­mi zie­mię. Pia­sek da­wał się ła­two wy­grze­bać, jak­by ktoś nie­daw­no tam ko­pał. Wkrót­ce zna­la­zła się na ko­la­nach obok nie­go, wy­cią­ga­jąc bry­ły zie­mi i ska­ły, sta­ra­jąc się nie my­śleć o tym, co mogą zna­leźć.

– Kur­wa! – Jef­frey szarp­nął ręką do góry i Sara zo­ba­czy­ła głę­bo­kie roz­cię­cie na boku jego dło­ni, w miej­scu, gdzie ostry pa­tyk wbił się w cia­ło. Rana ob­fi­cie krwa­wi­ła, ale po­wró­cił do ro­bo­ty, wy­ko­pu­jąc zie­mię i od­rzu­ca­jąc ją na bok.

Sara na­tra­fi­ła pa­znok­cia­mi na coś twar­de­go i kie­dy wy­cią­gnę­ła rękę, zo­ba­czy­ła pod zie­mią drew­no.

– Jef­frey – po­wie­dzia­ła, ale on nadal ko­pał. – Jef­frey.

– Wiem – od­parł. Od­sło­nił ka­wa­łek drew­na wo­kół rury. Ota­czał ją me­ta­lo­wy koł­nierz, trzy­ma­jąc moc­no w miej­scu.

Jef­frey wy­jął scy­zo­ryk i Sara mo­gła się tyl­ko przy­glą­dać, jak sta­ra się od­krę­cić śru­by. Krew z roz­cię­cia na dło­ni spra­wia­ła, że ręce ze­śli­zgi­wa­ły mu się z trzon­ka, i w koń­cu dał za wy­gra­ną, od­rzu­cił nóż i chwy­cił rurę. Na­parł na nią ra­mie­niem, krzy­wiąc się z bólu. Mimo to pchał nadal, aż drew­no zło­wiesz­czo jęk­nę­ło, a po­tem trza­snę­ło, kie­dy wy­su­nął się z nie­go me­ta­lo­wy koł­nierz rury.

Sara za­sło­ni­ła nos, kie­dy z otwo­ru buch­nę­ło stę­chłe po­wie­trze. Dziu­ra mia­ła z grub­sza trzy cale kwa­dra­to­we, a ostre drza­zgi ster­cza­ły w niej jak zęby. Jef­frey przy­ło­żył do niej oko. Po­trzą­snął gło­wą.

– Nic nie wi­dzę.

Sara nadal ko­pa­ła, po­su­wa­jąc się do tyłu wzdłuż drew­na, a każ­da nowa część, któ­rą od­kry­wa­ła, spra­wia­ła, że czu­ła się tak, jak­by mia­ło jej pęk­nąć ser­ce. Było tam kil­ka de­sek o wy­mia­rach jed­na na dwie sto­py, zbi­tych ra­zem i two­rzą­cych górę cze­goś, co mo­gło być tyl­ko dłu­gą, pro­sto­kąt­ną skrzy­nią. Sa­rze bra­ko­wa­ło tchu i mimo że wiał chłod­ny wiatr, zla­na była zim­nym po­tem. Na­gle po­czu­ła, że blu­za krę­pu­je jej ru­chy jak ka­ftan bez­pie­czeń­stwa, ścią­gnę­ła ją więc przez gło­wę i ci­snę­ła na bok, by móc się swo­bod­niej po­ru­szać. Rzad­ko się mo­dli­ła, ale myśl o tym, co mogą zna­leźć pod tymi de­ska­mi, spra­wi­ła, że bła­ga­ła o po­moc tego, kto jej słu­chał, kim­kol­wiek była ta isto­ta.

– Uwa­żaj – ostrzegł ją Jef­frey, uży­wa­jąc rury jak łomu, by pod­wa­żyć de­ski.

Sara od­chy­li­ła się i osło­ni­ła oczy, kie­dy pry­snę­ły w górę ziar­na pia­chu. Drew­no, w więk­szej czę­ści nadal przy­sy­pa­ne zie­mią, trzesz­cza­ło, ale Jef­frey nie prze­ry­wał, wy­ła­my­wał rę­ka­mi cien­kie de­ski. Roz­legł się ni­ski, ję­kli­wy dźwięk, kie­dy pod jego na­po­rem ustą­pi­ły gwoź­dzie. Sarę owio­nął, ni­czym kwa­śny po­wiew wia­tru, odór świe­że­go roz­kła­du, ale nie od­wró­ci­ła oczu, kie­dy Jef­frey po­ło­żył się pła­sko na zie­mi, by wło­żyć rękę w wą­ski otwór. Pod­niósł na nią wzrok, kie­dy ma­cał pod de­ska­mi z za­ci­śnię­ty­mi szczę­ka­mi.

– Coś czu­ję – po­wie­dział. – Ko­goś.

– Od­dy­cha? – za­py­ta­ła Sara, ale po­trzą­snął gło­wą, za­nim to sło­wo wy­szło z jej ust.

Jef­frey pra­co­wał te­raz wol­niej, bar­dziej me­to­dycz­nie, kie­dy pod­wa­żał dru­gą de­skę. Obej­rzał jej spód, po czym po­dał ją Sa­rze. Zo­ba­czy­ła na zbu­twia­łej po­wierzch­ni śla­dy za­dra­pań, jak­by pod zie­mią uwię­zio­no ja­kieś zwie­rzę. W na­stęp­nym ka­wał­ku, któ­ry wrę­czył jej Jef­frey, tkwił pa­zno­kieć wiel­ko­ści jej wła­sne­go. Sara po­ło­ży­ła de­skę na zie­mi spodem do góry. Na­stęp­ny ka­wa­łek był moc­niej po­dra­pa­ny. Po­ło­ży­ła go obok pierw­sze­go, utrzy­mu­jąc po­rzą­dek, w ja­kim zo­sta­ły przy­bi­te, wie­dząc, że jest to do­wód. Mo­gło to być zwie­rzę. Psi­kus ja­kie­goś dziec­ka. Sta­ry cmen­tarz in­diań­ski. Przez gło­wę prze­bie­ga­ły jej róż­ne wy­ja­śnie­nia, ale mo­gła tyl­ko pa­trzeć, jak Jef­frey wy­ry­wa ko­lej­ne de­ski, z któ­rych każ­dą czu­ła jak drza­zgę wbi­ja­ną w ser­ce. Było ich ogó­łem pra­wie dwa­dzie­ścia, ale już przy dwu­na­stej zo­ba­czy­li, co jest w środ­ku.

Jef­frey wpa­try­wał się we wnę­trze trum­ny, a jego jabł­ko Ada­ma po­ru­sza­ło się w górę i w dół, gdy prze­ły­kał śli­nę. Wy­da­wa­ło się, że, po­dob­nie jak Sa­rze, ode­bra­ło mu mowę.

Ofia­ra była mło­dą ko­bie­tą, praw­do­po­dob­nie osiem­na­sto-dzie­więt­na­sto­let­nią. Jej ciem­ne wło­sy się­ga­ły do pasa, okry­wa­jąc cia­ło jak koc. Mia­ła na so­bie pro­stą, nie­bie­ską su­kien­kę, się­ga­ją­cą do po­ło­wy ły­dek, i bia­łe skar­pet­ki, ale była bez bu­tów. Jej usta i oczy były sze­ro­ko otwar­te w wy­ra­zie pa­ni­ki, któ­rą Sara czu­ła nie­mal na­ma­cal­nie. Jed­na ręka była wy­cią­gnię­ta do góry, ze skur­czo­ny­mi pal­ca­mi, jak­by dziew­czy­na nadal sta­ra­ła się wy­do­być z trum­ny. Twar­dów­ka jej oczu usia­na była drob­ny­mi punk­ci­ka­mi wy­bro­czyn, cien­kie czer­wo­ne li­nie w biał­kach były świa­dec­twem daw­no za­schnię­tych łez. W skrzy­ni znaj­do­wa­ło się kil­ka pu­stych bu­te­lek po wo­dzie i sło­ik, któ­ry ewi­dent­nie słu­żył do za­ła­twia­nia po­trzeb fi­zjo­lo­gicz­nych. Po jej pra­wej stro­nie le­ża­ła la­tar­ka, po le­wej do po­ło­wy zje­dzo­ny ka­wa­łek chle­ba. Na jego brze­gach osia­dła pleśń, po­dob­na do ple­śni, któ­ra po­kry­ła jej gór­ną war­gę jak de­li­kat­ny wą­sik. Dziew­czy­na nie była ude­rza­ją­cą pięk­no­ścią, ale była praw­do­po­dob­nie ład­na na swój skrom­ny spo­sób.

Jef­frey wol­no wy­pu­ścił po­wie­trze i usiadł na zie­mi. Po­dob­nie jak Sara, cały był po­kry­ty zie­mią. Po­dob­nie jak ona, zda­wał się na to nie zwa­żać.

Ga­pi­li się obo­je na dziew­czy­nę, pa­trzy­li, jak wie­trzyk znad je­zio­ra po­ru­sza jej wło­sa­mi i po­trą­ca dłu­gie rę­ka­wy jej su­kien­ki. Sara za­uwa­ży­ła pa­su­ją­cą do su­kien­ki nie­bie­ską wstąż­kę w jej wło­sach i za­sta­na­wia­ła się, kto ją za­wią­zał. Czy zro­bi­ła to jej mat­ka lub sio­stra? Czy dziew­czy­na sie­dzia­ła w swo­im po­ko­ju i pa­trząc w lu­stro, za­wią­za­ła ją sama? A co się zda­rzy­ło po­tem? Kto ją tu­taj spro­wa­dził?

Jef­frey wy­tarł ręce o dżin­sy, zo­sta­wia­jąc na nich krwa­we śla­dy pal­ców.

– Nie mie­li za­mia­ru jej za­bić – wy­ra­ził przy­pusz­cze­nie.

– Tak – zgo­dzi­ła się Sara, ogar­nię­ta przy­tła­cza­ją­cym smut­kiem. – Chcie­li ją tyl­ko śmier­tel­nie prze­ra­zić.

2

W kli­ni­ce za­py­ta­li Lenę o siń­ce.

– Nic ci nie jest, ko­cha­nie? – po­wie­dzia­ła star­sza czar­na ko­bie­ta, ścią­ga­jąc z tro­ską brwi.

Lena od­par­ła ma­chi­nal­nie, że nie, cze­ka­jąc, aż pie­lę­gniar­ka wyj­dzie, żeby skoń­czyć się ubie­rać.

Mia­ła siń­ce, któ­re po­cho­dzi­ły stąd, że była po­li­cjant­ką – otar­cia na bio­drze, w miej­scu, gdzie re­wol­wer wrzy­nał się tak głę­bo­ko, że w nie­któ­re dni czu­ła, jak­by kość zo­sta­ła trwa­le wgnie­cio­na. Cien­ka sina li­nia, jak kre­ska zro­bio­na kred­ką, na przed­ra­mie­niu od przy­ci­ska­nia tego ka­wał­ka sta­li, kie­dy trzy­ma­ła rękę jak naj­bli­żej boku, sta­ra­jąc się nie wy­wo­łać wśród lu­dzi po­pło­chu, że nosi ukry­tą broń.

Kie­dy była no­wi­cjusz­ką, mia­ła jesz­cze wię­cej do­le­gli­wo­ści: ból ple­ców, otar­cia od pasa z bro­nią, prę­gi od pał­ki obi­ja­ją­cej się o nogi, gdy bie­gła co sił, by do­go­nić ja­kie­goś prze­stęp­cę. Cza­sa­mi, kie­dy któ­re­goś z nich schwy­ta­ła, miło było użyć tej pał­ki, dać im po­sma­ko­wać, jak się czu­ła, ści­ga­jąc ta­kie­go dup­ka przez pół mili w trzy­dzie­sto­stop­nio­wym upa­le, w chło­sta­ją­cym cia­ło osiem­dzie­się­cio­fun­to­wym ekwi­pun­ku. Poza tym była jesz­cze ka­mi­zel­ka ku­lo­od­por­na. Lena zna­ła gli­nia­rzy – po­tęż­nych, krzep­kich fa­ce­tów – któ­rzy pod­czas upa­łów mdle­li z wy­cień­cze­nia. W sierp­niu było tak go­rą­co, że za­sta­na­wia­li się, co lep­sze – do­stać po­strzał w klat­kę pier­sio­wą czy umrzeć na udar ciepl­ny.

A jed­nak kie­dy do­sta­ła w koń­cu zło­tą od­zna­kę de­tek­ty­wa, zrzu­ci­ła mun­dur i czap­kę, po raz ostat­ni za­mel­do­wa­ła się przez swo­je prze­no­śne ra­dio, bra­ko­wa­ło jej cię­ża­ru tego ca­łe­go sprzę­tu. Bra­ko­wa­ło jej cię­ża­ru, któ­ry przy­po­mi­nał o tym, że jest gli­ną. By­cie de­tek­ty­wem ozna­cza­ło pra­cę bez re­kwi­zy­tów. Nie mia­łaś mun­du­ru, któ­ry na uli­cy mó­wił za cie­bie, ani wozu pa­tro­lo­we­go, któ­re­go sam wi­dok spra­wiał, że sa­mo­cho­dy zwal­nia­ły, na­wet je­śli już wcze­śniej je­cha­ły z do­zwo­lo­ną pręd­ko­ścią. Mu­sia­łaś zna­leźć inne spo­so­by onie­śmie­la­nia złych fa­ce­tów. O tym, że je­steś gli­ną, przy­po­mi­nał ci tyl­ko twój mózg.

Kie­dy pie­lę­gniar­ka zo­sta­wi­ła ją w tym po­ko­ju w Atlan­cie, któ­ry w kli­ni­ce na­zy­wa­no salą po­za­bie­go­wą, Lena pa­trzy­ła na te do­brze zna­ne siń­ce, po­rów­nu­jąc je z no­wy­mi. Śla­dy pal­ców owi­nię­te wo­kół ra­mie­nia jak opa­ska. Spuch­nię­ty prze­gub po wy­krę­ce­niu ręki. Nie wi­dzia­ła siń­ca w kształ­cie pię­ści nad lewą ner­ką, ale czu­ła go za każ­dym ra­zem, gdy wy­ko­na­ła nie­ostroż­ny ruch.

Wi­dzia­ła to wszyst­ko w pierw­szym roku no­sze­nia mun­du­ru. Awan­tu­ry do­mo­we, po któ­rych ko­bie­ty rzu­ca­ły ka­mie­nia­mi w twój sa­mo­chód, my­śląc, że od­wio­dą cię w ten spo­sób od od­wie­zie­nia mal­tre­tu­ją­cych je mę­żów do aresz­tu. Są­sie­dzi rżną­cy się na­wza­jem no­ża­mi z po­wo­du zbyt ni­sko zwi­sa­ją­cych ga­łę­zi mor­wy czy za­gi­nio­nej ko­siar­ki do tra­wy, któ­ra od­naj­dy­wa­ła się póź­niej w ja­kimś ką­cie ga­ra­żu, zwy­kle obok to­reb­ki z ma­ri­hu­aną albo czymś tward­szym. Małe dzie­ci cze­pia­ją­ce się oj­ców i bła­ga­ją­ce, by nie za­bie­ra­no ich z domu, a kie­dy za­wio­złaś je do szpi­ta­la, le­ka­rze od­kry­wa­li ozna­ki ro­ze­rwa­nia po­chwy lub od­by­tu.

In­struk­to­rzy w aka­de­mii sta­ra­li się przy­go­to­wać cię na tego ro­dza­ju rze­czy, ale nig­dy nie mo­głaś być w peł­ni przy­go­to­wa­na. Mu­sia­łaś to zo­ba­czyć na wła­sne oczy, po­sma­ko­wać tego, po­czuć to sama. Nikt nie wy­ja­śnił, jak prze­ra­ża­ją­ca jest kon­tro­la dro­go­wa ja­kie­goś po­dróż­ne­go spo­za mia­sta, kie­dy pod­cho­dzi­łaś z wa­lą­cym ser­cem i ręką na kol­bie re­wol­we­ru do drzwi od stro­ny kie­row­cy, za­sta­na­wia­jąc się, czy fa­cet w sa­mo­cho­dzie też nie trzy­ma ręki na bro­ni. W pod­ręcz­ni­kach były zdję­cia zwłok i Lena pa­mię­ta­ła, jak fa­ce­ci z jej roku śmia­li się z nie­któ­rych z nich. Ta ko­bie­ta, któ­ra się upi­ła i stra­ci­ła przy­tom­ność w wan­nie, z raj­sto­pa­mi wo­kół ko­stek. Ten fa­cet, któ­ry wie­sza­jąc się, wy­rwał so­bie ją­dro, i kie­dy pa­trzy­łaś na nie­go, uświa­da­mia­łaś so­bie w pew­nej chwi­li, że to, co trzy­ma w ręku, nie jest doj­rza­łą śliw­ką. Praw­do­po­dob­nie był czy­imś mę­żem, oj­cem, a na pew­no sy­nem, ale dla wszyst­kich ka­de­tów był „śli­wo­jaj­cym”.

Nic z tego nie przy­go­to­wy­wa­ło cię do wi­do­ku i smro­du praw­dzi­we­go tru­pa. Ofi­cer szko­le­nio­wy nie po­tra­fił opi­sać at­mos­fe­ry śmier­ci, któ­rą czu­łaś, kie­dy wcho­dzi­łaś do ja­kie­goś po­miesz­cze­nia i je­ży­ły ci się wło­sy na kar­ku, co ozna­cza­ło, że sta­ło się albo – co gor­sza – za­raz sta­nie się coś złe­go. Twój szef nie po­tra­fił cię prze­strzec przed od­ru­cho­wym splu­wa­niem, pró­bą po­zby­cia się tego ohyd­ne­go sma­ku, któ­ry czu­łaś w ustach. Nikt ci nie po­wie­dział, że choć­byś nie wia­do­mo ile razy szo­ro­wa­ła cia­ło, odór śmier­ci może usu­nąć z two­jej skó­ry tyl­ko czas. Co­dzien­ny trzy­mi­lo­wy bieg w pa­lą­cym słoń­cu, wy­ci­ska­nie cię­ża­rów w si­łow­ni, pot le­ją­cy się z cie­bie jak deszcz z czar­nych chmur, aż w koń­cu uwal­nia­łaś się od tego za­pa­chu, a wte­dy uda­wa­łaś się na we­zwa­nie – do sta­cji pa­liw, po­rzu­co­ne­go sa­mo­cho­du, domu są­sia­da, przed któ­re­go drzwia­mi le­ża­ła ster­ta ga­zet, a ze skrzyn­ki na li­sty wy­sy­py­wa­ła się ko­re­spon­den­cja – i znaj­do­wa­łaś po­now­nie czy­jąś bab­cię, bra­ta, sio­strę czy wuja, któ­rych zno­wu mu­sia­łaś wy­po­cić ze swo­je­go cia­ła.

Nikt nie wie­dział, jak po­móc ci upo­rać się z tym, że w two­je ży­cie wkra­dła się śmierć. Nikt nie po­tra­fił prze­go­nić żalu, któ­ry czu­łaś, wie­dząc, że two­je dzia­ła­nia po­ło­ży­ły kres czy­je­muś ży­ciu, bez wzglę­du na to, jak złe było to ży­cie. Jako gli­na uczy­łaś się szyb­ko, że je­ste­śmy „my” i „oni”. Lena nig­dy nie przy­pusz­cza­ła, że bę­dzie ża­ło­wa­ła ja­kichś „ich”, ale ostat­nio mo­gła my­śleć tyl­ko o tym. A te­raz ode­bra­ła ży­cie ko­lej­nej isto­cie, mia­ła ko­lej­ną śmierć na su­mie­niu.

Przez ostat­nie kil­ka dni czu­ła wy­do­by­wa­ją­cy się z niej za­pach śmier­ci i nic nie mo­gło uwol­nić jej zmy­słów od tego wra­że­nia. W ustach czu­ła go­rycz, każ­dy haust po­wie­trza po­tę­go­wał za­pach, któ­ry wy­da­wał się jej odo­rem roz­kła­du. W uszach brzmiał prze­ni­kli­wy dźwięk sy­re­ny, a skó­ra na­bra­ła ja­kiejś ośli­zgło­ści – mia­ła wra­że­nie, jak­by przy­lgnę­ła do niej w gro­bie. Jej cia­ło nie było jej cia­łem, a umysł stał się czymś, nad czym nie pa­no­wa­ła. Od chwi­li, kie­dy opu­ści­ła kli­ni­kę, przez noc, któ­rą spę­dzi­li w po­ko­ju ho­te­lo­wym w Atlan­cie, po mo­ment, gdy we­szła do domu wuja, nie mo­gła my­śleć o ni­czym in­nym, jak tyl­ko o tym, co zro­bi­ła, o złych de­cy­zjach, któ­re ją tu­taj przy­wio­dły.

Le­żąc w łóż­ku, wyj­rza­ła przez okno, na przy­gnę­bia­ją­cy ogród. Hank nic nie zmie­nił w domu od cza­sów, kie­dy była dziec­kiem. W rogu jej sy­pial­ni nadal była brą­zo­wa pla­ma po za­cie­ku w miej­scu, gdzie pod­czas bu­rzy ga­łąź prze­dziu­ra­wi­ła dach. Tam, gdzie użył nie­wła­ści­we­go pod­kła­du grun­tu­ją­ce­go, złusz­cza­ła się far­ba, a w ta­pe­tę wsiąk­nę­ło tyle ni­ko­ty­ny, że nada­wa­ła wszyst­kie­mu to samo cho­ro­bli­we, żół­te za­bar­wie­nie.

Lena wy­cho­wa­ła się tu­taj ze swą sio­strą bliź­niacz­ką, Sy­bil. Ich mat­ka zmar­ła przy po­ro­dzie, a kil­ka mie­się­cy przed­tem Ca­lvin Adams, ich oj­ciec, zo­stał za­strze­lo­ny pod­czas kon­tro­li dro­go­wej. Trzy lata temu zo­sta­ła za­bi­ta Sy­bil. Ko­lej­na śmierć, ko­lej­ne po­rzu­ce­nie. Może to dzię­ki sio­strze Lena była za­ko­rze­nio­na w ży­ciu. Te­raz da­wa­ła się uno­sić wy­da­rze­niom, do­ko­nu­jąc jesz­cze gor­szych wy­bo­rów i nig­dy nie pró­bu­jąc ich na­pra­wić. Żyła, po­no­sząc kon­se­kwen­cje swo­ich dzia­łań. A może lep­szym okre­śle­niem by­ło­by stwier­dze­nie, że za­le­d­wie uda­wa­ło się jej je prze­trwać.

Do­tknę­ła pal­ca­mi brzu­cha, gdzie nie­speł­na przed ty­go­dniem było dziec­ko. Tyl­ko jed­na oso­ba po­no­si­ła tego kon­se­kwen­cje. Tyl­ko jed­na oso­ba prze­trwa­ła. Czy dziec­ko mia­ło­by jej ciem­ną kar­na­cję, czy da­ły­by o so­bie znać geny jej mek­sy­kań­skiej bab­ki, czy też odzie­dzi­czy­ło­by sza­ro­sta­lo­we oczy i ja­sną skó­rę po ojcu?

Pod­nio­sła się i wsu­nę­ła pal­ce do tyl­nej kie­sze­ni. Wy­ję­ła z niej dłu­gi scy­zo­ryk i ostroż­nie wy­su­nę­ła jego ostrze. Ko­niec był odła­ma­ny, a w pół­ko­lu za­schnię­tej krwi wi­dać było od­cisk pal­ca Etha­na.

Spoj­rza­ła na ra­mię, na si­niec w miej­scu, gdzie chwy­cił ją Ethan, i za­czę­ła się za­sta­na­wiać, jak to moż­li­we, by pa­lec, któ­ry po­zo­sta­wił ten ślad spi­ral­nej li­nii na ostrzu, ręka, któ­ra trzy­ma­ła ten nóż, pięść, któ­ra za­da­ła tyle bólu, była tą samą dło­nią, któ­ra de­li­kat­nie prze­su­wa­ła się po jej cie­le.

Głos po­li­cjant­ki mó­wił jej, że po­win­na go aresz­to­wać. Głos ko­bie­ty, że jest on złym czło­wie­kiem. Głos re­alist­ki, że pew­ne­go dnia ją za­bi­je. Ja­kieś nie­na­zwa­ne miej­sce w jej gło­wie od­rzu­ca­ło te my­śli, stwier­dzi­ła więc, że jest naj­gor­sze­go ro­dza­ju tchó­rzem. Była tą ko­bie­tą ob­rzu­ca­ją­cą ka­mie­nia­mi sa­mo­chód po­li­cyj­ny. Była tym są­sia­dem z no­żem. Była tym głu­pim dziec­kiem przy­wie­ra­ją­cym do swo­je­go opraw­cy. Była tą małą dziew­czyn­ką z łza­mi, któ­re uwię­zły jej w głę­bi gar­dła, krztu­szą­cą się tym, co ka­zał jej po­łknąć.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

– Lee?

Za­mknę­ła scy­zo­ryk i szyb­ko usia­dła. Kie­dy Hank otwo­rzył drzwi, trzy­ma­ła się kur­czo­wo za brzuch. Czu­ła się tak, jak­by coś z niej wy­rwa­no.

Pod­szedł i sta­nął z boku z dło­nią wy­cią­gnię­tą w stro­nę jej ra­mie­nia, ale go nie do­tknął.

– Do­brze się czu­jesz?

– Za szyb­ko usia­dłam.

– Chcesz coś zjeść? – Wło­żył rękę do kie­sze­ni.

Ski­nę­ła gło­wą, ło­wiąc po­wie­trze lek­ko roz­chy­lo­ny­mi usta­mi.

– Mam ci po­móc wstać?

– To już ty­dzień – po­wie­dzia­ła, jak­by była to od­po­wiedź na jego py­ta­nie. Po­wie­dzia­no jej, że bę­dzie mo­gła wró­cić do pra­cy dwa dni po za­bie­gu, ale nie mia­ła po­ję­cia, jak ko­bie­tom uda­je się to zro­bić. Pra­co­wa­ła w po­li­cji hrab­stwa Grant od dwu­na­stu lat i aż do tej pory nig­dy nie bra­ła urlo­pu. By­ło­by za­baw­ne, gdy­by moż­na się było z tego śmiać.

– Zja­dłem obiad w dro­dze do domu – po­wie­dział.

Wi­dząc jego po­rząd­nie upra­so­wa­ną ha­waj­ską ko­szu­lę i bia­łe dżin­sy, od­ga­dła, że przez cały ra­nek był w ko­ście­le. Zer­k­nę­ła na ze­gar; było po po­łu­dniu. Spa­ła pięt­na­ście go­dzin.

– Będę za mi­nu­tę – po­wie­dzia­ła.

Hank stał tam nadal z rę­ka­mi w kie­sze­niach, jak­by cze­kał, aż Lena jesz­cze coś po­wie.

– Po­trze­bu­jesz cze­goś?

– Na przy­kład cze­go, Hank?

Za­ci­snął cien­kie war­gi, dra­piąc się po ra­mio­nach, jak­by go swę­dzia­ły. Na­wet po tych wszyst­kich la­tach były wi­docz­ne śla­dy po igłach na jego skó­rze, a ona nie cier­pia­ła ich wi­do­ku, nie cier­pia­ła tego, że zda­wał się nie dbać o to, iż przy­po­mi­na­ły o wszyst­kim, co się mię­dzy nimi źle ukła­da­ło.

– Przy­go­tu­ję ci ta­lerz – po­wie­dział.

– Dzię­ki – na tyle się zdo­by­ła, zwie­sza­jąc nogi z łóż­ka.

Opar­ła sto­py moc­no na pod­ło­dze, sta­ra­jąc się przy­po­mnieć so­bie, że jest tu­taj, w tym po­ko­ju. W ostat­nim ty­go­dniu po­dró­żo­wa­ła w my­ślach, prze­no­si­ła się w miej­sca, w któ­rych czu­ła się le­piej, bez­piecz­niej. Nadal żyła Sy­bil. W jej ży­cie nie wkro­czył jesz­cze Ethan Gre­en. Było ła­twiej.

Miło by­ło­by wziąć dłu­gą, go­rą­cą ką­piel, ale jesz­cze przez co naj­mniej ty­dzień nie wol­no jej było usiąść w wan­nie. Sek­su nie wol­no jej było upra­wiać jesz­cze przez dwa ty­go­dnie. My­śla­ła, że za­miast pró­bo­wać zna­leźć ja­kieś uspra­wie­dli­wie­nie za każ­dym ra­zem, kie­dy nie bę­dzie mo­gła iść do łóż­ka, by­ło­by ła­twiej po­zwo­lić Etha­no­wi to zro­bić. Je­śli coś by jej się sta­ło, by­ła­by to wy­łącz­nie jej wina. Musi kie­dyś na­dejść dzień sądu za to, co zro­bi­ła. Musi być ja­kaś kara za to łgar­stwo, któ­rym było jej ży­cie.

Wzię­ła szyb­ki prysz­nic, żeby się roz­bu­dzić, sta­ra­jąc się nie za­mo­czyć wło­sów, bo sama myśl o trzy­ma­niu su­szar­ki przez wie­le mi­nut była nie do znie­sie­nia. Roz­le­ni­wi­ła się przez to wszyst­ko, sie­dząc i ga­piąc się przez okno, jak­by za­śmie­co­ne po­dwó­rze z sa­mot­ną opo­ną za­wie­szo­ną w cha­rak­te­rze huś­taw­ki i ca­dil­la­kiem z 1959 roku, któ­ry tkwił tam jesz­cze przed przyj­ściem na świat jej i Sy­bil, było po­cząt­kiem i koń­cem jej świa­ta. Mo­gło być. Hank mó­wił co naj­mniej kil­ka­krot­nie, że z po­wro­tem może się do nie­go wpro­wa­dzić, a po­czu­cie wol­no­ści, jaką na­pa­wa­ła ją ta pro­po­zy­cja, ko­ły­sa­ło ją jak prąd oce­anicz­ny. Je­śli wkrót­ce nie wy­je­dzie, za­cznie dry­fo­wać bez na­dziei do­tar­cia do lądu. Nig­dy już nie po­czu­je pod sto­pa­mi twar­dej zie­mi.

Hank sprze­ci­wiał się za­wie­zie­niu jej do kli­ni­ki w Atlan­cie, ale mu­sia­ła mu od­dać spra­wie­dli­wość, że usza­no­wał jej de­cy­zję. Przez te wszyst­kie lata zro­bił dla niej wie­le rze­czy, w któ­rych słusz­ność nie wie­rzył – czy to z po­wo­dów re­li­gij­nych, czy przez swój prze­klę­ty ośli upór – i do­pie­ro te­raz za­czę­ła so­bie uświa­da­miać, ja­kim to było dla niej da­rem. Nie żeby kie­dy­kol­wiek mu się do tego przy­zna­ła. Cho­ciaż Hank Nor­ton był jed­nym z nie­licz­nych sta­łych punk­tów w jej ży­ciu, do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że była dla nie­go je­dy­ną oso­bą, któ­rej mógł się trzy­mać, je­dy­ną rze­czą, któ­ra mu po­zo­sta­ła. Gdy­by była mniej­szą ego­ist­ką, by­ło­by jej żal sta­re­go.

Kuch­nia była tuż za ła­zien­ką, owi­nę­ła się więc szla­fro­kiem, za­nim otwo­rzy­ła drzwi. Hank stał nad zle­wem, zdzie­ra­jąc skór­kę z ka­wał­ka pie­czo­ne­go kur­cza­ka. Na bla­cie roz­rzu­co­ne były pu­deł­ka z na­pi­sem KFC, obok pa­pie­ro­we­go ta­le­rza z ziem­nia­ka­mi pu­rée, su­rów­ką z bia­łej ka­pu­sty i pa­ro­ma bisz­kop­ta­mi.

– Nie wie­dzia­łem, któ­ry ka­wa­łek chcesz – po­wie­dział.

Wi­dzia­ła krzep­ną­cy na ziem­nia­kach brą­zo­wy sos pie­cze­nio­wy, a za­pach ma­jo­ne­zu z su­rów­ki spra­wił, że ści­snął się jej żo­łą­dek. Na samą myśl o je­dze­niu ro­bi­ło jej się nie­do­brze. Na jego wi­dok i za­pach omal nie zwy­mio­to­wa­ła.

Hank po­ło­żył udko na bla­cie i roz­ło­żył ręce, jak­by miał za­miar ją pod­trzy­mać, gdy­by upa­dła:

– Usiądź.

Cho­ciaż raz zro­bi­ła to, o co ją pro­szo­no, wy­cią­gnąw­szy spod ku­chen­ne­go sto­łu roz­chwia­ne krze­sło. Na bla­cie le­ża­ły tony bro­szur – spo­tka­nia AA i NA były naj­trwal­szym uza­leż­nie­niem Han­ka – ale od­su­nę­ła je i zro­bi­ła tro­chę miej­sca, żeby zjeść. Opar­ła łok­cie na sto­le i wspar­ła gło­wę na dło­niach. Nie krę­ci­ło jej się w gło­wie, po pro­stu źle się czu­ła w tym oto­cze­niu.

Roz­tarł jej ple­cy, za­cze­pia­jąc szorst­ką skó­rą pal­ców o ma­te­riał szla­fro­ka. Za­ci­snę­ła zęby. Wo­la­ła, żeby jej nie do­ty­kał, ale nie od­su­nę­ła się, by nie wi­dzieć jego zra­nio­nej miny.

Od­chrząk­nął.

– Chcesz, że­bym we­zwał le­ka­rza?

– Nic mi nie jest.

– Nig­dy nie mia­łaś sil­ne­go żo­łąd­ka – stwier­dził.

– Nic mi nie jest – po­wtó­rzy­ła, oba­wia­jąc się, że Hank sta­ra się przy­po­mnieć ich dzie­je, fakt, że był świad­kiem wszyst­kich jej trud­nych prze­żyć.

Wy­cią­gnął dru­gie krze­sło i usiadł na­prze­ciw­ko niej. Czu­ła, że cze­ka, aż na nie­go spoj­rzy, i była mu wdzięcz­na za to, że się nie od­zy­wa. Bę­dąc dziec­kiem, uwa­ża­ła, że Hank jest sta­ry, ale te­raz, kie­dy mia­ła trzy­dzie­ści czte­ry lata, czy­li tyle, ile Hank, kie­dy wziął na wy­cho­wa­nie bliź­niacz­ki swo­jej zmar­łej sio­stry, wy­glą­dał na zu­peł­nie zgrzy­bia­łe­go. Ży­cie, któ­re pro­wa­dził, wy­żło­bi­ło głę­bo­kie zmarszcz­ki na jego twa­rzy, tak jak igły, któ­re wbi­jał so­bie w żyły, zo­sta­wi­ły śla­dy. Jej spoj­rze­nie od­wza­jem­ni­ły lo­do­wa­to nie­bie­skie oczy, a pod tro­ską wi­dzia­ła w nich złość. Złość była sta­łą to­wa­rzysz­ką Han­ka i cza­sa­mi, kie­dy Lena na nie­go pa­trzy­ła, wi­dzia­ła swo­ją przy­szłość wy­pi­sa­ną w jego po­ora­nej twa­rzy.

Po­dróż do kli­ni­ki w Atlan­cie prze­bie­gła w mil­cze­niu. Zwy­kle nie mie­li so­bie dużo do po­wie­dze­nia, ale ta ci­sza le­gła na jej pier­siach jak cię­żar. Po­wie­dzia­ła Han­ko­wi, że chce wejść do kli­ni­ki sama, ale kie­dy już zna­la­zła się w bu­dyn­ku, któ­re­go flu­ore­scen­cyj­ne świa­tła nie­mal pul­so­wa­ły wie­dzą o tym, co chce zro­bić, za­tę­sk­ni­ła za jego obec­no­ścią.

W po­cze­kal­ni była jesz­cze tyl­ko jed­na ko­bie­ta, ża­ło­śnie chu­da my­sia blon­dyn­ka, któ­ra bez prze­rwy wy­krę­ca­ła so­bie dło­nie, uni­ka­jąc wzro­ku Leny nie­mal tak samo sta­ran­nie jak Lena jej. Była o parę lat młod­sza od Leny, ale wło­sy mia­ła upię­te na szczy­cie gło­wy w cia­sny kok, jak­by była star­szą pa­nią. Lena przy­ła­pa­ła się na tym, że za­sta­na­wia się, co spro­wa­dzi­ło tam tę dziew­czy­nę – czyż­by była stu­dent­ką, w któ­rej sta­ran­nie za­pla­no­wa­nym ży­ciu po­ja­wi­ła się na­gle prze­szko­da? Nie­ostroż­ną flir­cia­rą, któ­ra po­su­nę­ła się za da­le­ko na ja­kimś przy­ję­ciu? Ofia­rą czu­ło­ści ja­kie­goś pi­ja­ne­go wuja?

Nie py­ta­ła jej – nie mia­ła śmia­ło­ści i nie chcia­ła da­wać pre­tek­stu do tego, by dziew­czy­na spy­ta­ła ją o to samo. Sie­dzia­ły więc tam pra­wie przez go­dzi­nę, dwie więź­niar­ki cze­ka­ją­ce na wy­rok śmier­ci. Obie zże­ra­ne po­czu­ciem winy z po­wo­du swo­jej zbrod­ni. Lena nie­mal po­czu­ła ulgę, kie­dy za­bra­no ją do sali za­bie­go­wej, a ulży­ło jej po­dwój­nie, kie­dy zo­ba­czy­ła Han­ka, gdy wy­wieź­li ją na par­king. Mu­siał cho­dzić w tę i z po­wro­tem przy swo­im sa­mo­cho­dzie, cały czas pa­ląc. Chod­nik za­sła­ny był brą­zo­wy­mi nie­do­pał­ka­mi pa­pie­ro­sów, któ­re spa­lił do sa­me­go fil­tra.

Za­brał ją po­tem do ho­te­lu na Dzie­sią­tej Uli­cy, wie­dząc, że nie po­win­na opusz­czać Atlan­ty, na wy­pa­dek gdy­by wy­stą­pi­ły ja­kieś kom­pli­ka­cje po za­bie­gu. Re­ese, miej­sco­wość, w któ­rej Hank wy­cho­wał ją i Sy­bil, była małą dziu­rą, gdzie lu­dzie nie mie­li lep­szych te­ma­tów do roz­mo­wy niż ob­ga­dy­wa­nie są­sia­dów. Poza tym żad­ne z nich nie ufa­ło, że tam­tej­szy le­karz bę­dzie wie­dział, co ro­bić, gdy­by Lena po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy. Czło­wiek ten od­ma­wiał wy­pi­sy­wa­nia re­cept na środ­ki an­ty­kon­cep­cyj­ne, a miej­sco­wa ga­ze­ta czę­sto cy­to­wa­ła jego wy­po­wie­dzi, że kło­po­ty z nie­sfor­ną mło­dzie­żą bio­rą się stąd, że mat­ki pra­cu­ją za­wo­do­wo, za­miast sie­dzieć, jak Pan Bóg przy­ka­zał, z dzieć­mi w domu.

Po­kój ho­te­lo­wy był naj­przy­jem­niej­szym lo­ka­lem, w ja­kim kie­dy­kol­wiek miesz­ka­ła, czymś w ro­dza­ju mi­nia­par­ta­men­tu z kom­plek­sem wy­po­czyn­ko­wym. Hank sie­dział na ka­na­pie i oglą­dał te­le­wi­zję ze ści­szo­nym dźwię­kiem. Za­ma­wiał da­nia do po­ko­ju i nie wy­cho­dził na­wet na pa­pie­ro­sa. W nocy uło­żył się na tej ka­na­pie, pod­cią­ga­jąc tycz­ko­wa­te nogi, a jego lek­kie po­chra­py­wa­nie nie po­zwa­la­ło Le­nie za­snąć, ale jed­no­cze­śnie do­da­wa­ło jej otu­chy.

Po­wie­dzia­ła Etha­no­wi, że je­dzie do la­bo­ra­to­rium szko­le­nio­we­go od­dzia­łu Biu­ra Śled­cze­go Sta­nu Geo­r­gia na kurs za­bez­pie­cza­nia miej­sca prze­stęp­stwa, na któ­ry skie­ro­wał ją Jef­frey. Nan, swo­jej współ­lo­ka­tor­ce, po­wie­dzia­ła, że chce tro­chę po­być u Han­ka, żeby przej­rzeć rze­czy po Sy­bil. Pa­trząc na to z per­spek­ty­wy cza­su, do­szła do wnio­sku, że po­win­na była po­wie­dzieć im oboj­gu to samo kłam­stwo, ale z ja­kie­goś po­wo­du okła­my­wa­nie Nan ją pe­szy­ło. Jej sio­stra i Nan były ko­chan­ka­mi, żyły ze sobą. Po śmier­ci Sy­bil Nan pró­bo­wa­ła wziąć Lenę pod swo­je skrzy­dła. Lena była mar­ną na­miast­ką Sy­bil, ale Nan przy­najm­niej pró­bo­wa­ła. Lena nadal nie wie­dzia­ła, dla­cze­go nie mo­gła zdo­być się na to, by wy­ja­wić jej praw­dzi­wy po­wód swo­je­go wy­jaz­du.

Nan była les­bij­ką i, są­dząc z ko­re­spon­den­cji, któ­rą otrzy­my­wa­ła, praw­do­po­dob­nie ja­kie­goś ro­dza­ju fe­mi­nist­ką. Bar­dziej niż Hank nada­wa­ła­by się do tego, by za­wieźć ją do kli­ni­ki, pod­trzy­my­wa­ła­by ją na du­chu, za­miast po­grą­żyć się w ci­chej po­gar­dzie. Pew­nie po­gro­zi­ła­by pię­ścią ma­ni­fe­stan­tom przed kli­ni­ką, któ­rzy wy­krzy­ki­wa­li „dzie­cio­bój­czy­ni” i „mor­der­czy­ni”, kie­dy pie­lę­gniar­ka wio­zła ją na skrzy­pią­cym fo­te­lu na kół­kach do sa­mo­cho­du. Pew­nie po­cie­sza­ła­by ją, może przy­nio­sła jej her­ba­tę i skło­ni­ła do zje­dze­nia cze­goś, za­miast po­zwa­lać jej cier­pieć z gło­du, jak­by mia­ła to być kara za to, co zro­bi­ła, cie­szyć się z jej za­wro­tów gło­wy i pa­lą­ce­go bólu w brzu­chu. Na pew­no nie po­zwo­li­ła­by jej le­żeć przez cały dzień w łóż­ku i ga­pić się przez okno.

I to wła­śnie było rów­nie do­brym po­wo­dem jak każ­dy inny, by utrzy­mać to przed nią w se­kre­cie. Nan i tak już zbyt dużo wie­dzia­ła o jej nie­cnych spraw­kach. Nie było po­trze­by do­da­wa­nia do tej li­sty ko­lej­nej po­raż­ki.

– Mu­sisz z kimś po­roz­ma­wiać – po­wie­dział Hank.

Opar­ła po­li­czek na dło­ni, pa­trząc przez ra­mię. Była tak zmę­czo­na, że kie­dy zmru­ży­ła oczy, po­wie­ki jej za­trze­po­ta­ły. Pięć mi­nut. Da mu pięć mi­nut, a po­tem wró­ci do łóż­ka.

– To, co zro­bi­łaś… – za­wie­sił głos. – Ro­zu­miem, dla­cze­go to zro­bi­łaś. Na­praw­dę.

– Dzię­ki – po­wie­dzia­ła gład­ko.

– Jak Boga ko­cham, zro­bił­bym to – za­czął, za­ci­ska­jąc dło­nie. – Ro­ze­rwał­bym chło­pa­ka na strzę­py i za­ko­pał tam, gdzie ni­ko­mu nig­dy nie przy­szło­by na myśl go szu­kać.

Od­by­wa­li już ta­kie roz­mo­wy. Prze­waż­nie Hank ga­dał, a Lena tyl­ko na nie­go pa­trzy­ła, cze­ka­jąc, aż zro­zu­mie, że ona nie ma ocho­ty na po­ga­węd­kę. Brał udział w zbyt wie­lu spo­tka­niach, wi­dział zbyt wie­lu pi­ja­ków i nar­ko­ma­nów otwie­ra­ją­cych ser­ca przed grup­ką nie­zna­jo­mych po to tyl­ko, by mieć w kie­sze­ni mały pla­sti­ko­wy że­ton.

– Wy­cho­wał­bym je – po­wie­dział, nie pierw­szy raz skła­da­jąc tę pro­po­zy­cję. – Tak jak wy­cho­wa­łem cie­bie i two­ją sio­strę.

– Taa – od­par­ła, owi­ja­jąc się cia­śniej szla­fro­kiem. – Tak wspa­nia­le się spi­sa­łeś.

– Nig­dy mnie do tego nie do­pu­ści­łaś.

– Do cze­go? – za­py­ta­ła. Jego ulu­bie­ni­cą była za­wsze Sy­bil. W dzie­ciń­stwie była za­wsze bar­dziej ule­gła, ła­twiej było ją za­do­wo­lić. Lena była tym dziec­kiem, nad któ­rym nie moż­na było za­pa­no­wać. Tym, któ­re chcia­ło wy­sta­wiać jego cier­pli­wość na cięż­kie pró­by.

Zda­ła so­bie spra­wę, że po­cie­ra brzuch, i zmu­si­ła się, żeby prze­stać. Ethan ude­rzył ją pro­sto w brzuch, kie­dy po­wie­dzia­ła mu, że był to fał­szy­wy alarm, że nie jest w cią­ży. Ostrzegł ją, że je­śli za­bi­je ich dziec­ko, on ją też za­bi­je. Ostrze­gał ją przed zro­bie­niem wie­lu rze­czy, ale go nie słu­cha­ła.

– Je­steś taka sil­na – po­wie­dział Hank. – Nie ro­zu­miem, dla­cze­go po­zwa­lasz, żeby ten chło­pak nad tobą pa­no­wał.

Wy­ja­śni­ła­by, gdy­by wie­dzia­ła, jak to zro­bić. Męż­czyź­ni tego nie chwy­ta­li. Nie ro­zu­mie­li, że nie ma zna­cze­nia, jak sil­na je­steś psy­chicz­nie czy fi­zycz­nie. Zna­cze­nie mia­ła we­wnętrz­na po­trze­ba, któ­rą się czu­je, i to, jak dzię­ki nim opusz­czał cię ten ból. Daw­niej Lena czu­ła od­ra­zę do ko­biet, któ­re po­zwa­la­ły się bić męż­czy­znom. Co było z nimi nie tak? Co spra­wia­ło, że były tak sła­be, iż nie trosz­czy­ły się o sie­bie? Były ża­ło­sne, do­sta­wa­ły to, o co same się pro­si­ły. Cza­sa­mi mia­ła ocho­tę im przy­lać, po­trzą­snąć nimi, żeby wró­ci­ły do pio­nu, prze­sta­ły po­zwa­lać się trak­to­wać jak szma­ty.

Od we­wnątrz wi­dzia­ła to in­a­czej. Cho­ciaż nie­na­wi­dzi­ła Etha­na, kie­dy go przy niej nie było, to kie­dy był i oka­zy­wał jej czu­łość, nie chcia­ła, by od niej od­szedł. Cho­ciaż jej ży­cie było mar­ne, to – w za­leż­no­ści od jego hu­mo­ru – mo­gło być jesz­cze gor­sze lub lep­sze. Prze­ka­za­nie mu tego pa­no­wa­nia, tej od­po­wie­dzial­no­ści, było nie­mal ulgą, jesz­cze jed­ną spra­wą, z któ­rą nie mu­sia­ła się mie­rzyć. I, mó­wiąc szcze­rze, cza­sa­mi od­da­wa­ła mu cios za cios. Cza­sa­mi to ona za­czy­na­ła.