10 osób interesuje się tą książką

Opis

Po raz pierwszy w Czarnej Serii powieść z elementami fantastyki i mitologii baskijskiej.

W mrocznej dolinie rzeki Baztán zostaje znalezione nagie ciało nastoletniej dziewczyny. Policja szybko ustala związek pomiędzy jej śmiercią a mordem na innych młodych ofiarach. Śledztwo trafia w ręce detektyw śledczej Amaii Salazar. Aby je prowadzić, Amaia wraca do rodzinnego miasteczka, które kojarzy jej się raczej z koszmarami dzieciństwa, niż beztroską idyllą młodości. Jej zmagania ze sprawą brutalnych morderstw angażują ją także osobiście, a wstrząsające zbrodnie ujawniają symbolikę seksualną. Wzdłuż rzeki odnajdują się kolejne ciała, nie pozostawiając detektyw ani chwili wytchnienia. Przerażająca, nierozwikłana tajemnica z dzieciństwa powraca niczym koszmarny sen…

Odizolowana od świata społeczność małego miasteczka, otoczonego gęstwiną lasów przywołuje na myśl klimaty serialu Miasteczko Twin Peaks.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 501

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­na­łu

EL GU­AR­DI­ÁN IN­VI­SI­BLE

Re­dak­cja

Gra­ży­na Ma­sta­lerz

Pro­jekt okład­ki

Jor­di Gon­záles Ca­stel­ló

Zdję­cia na okład­ce

© Lar­ry Dale Gor­don/Cor­bis/Fo­to­chan­nels

© Atlan­ti­de Pho­to­tra­vel/Cor­bis/Fo­to­chan­nels

Ko­rek­ta

Ma­ciej Kor­ba­siń­ski

Co­py­ri­ght © Do­lo­res Re­don­do, 2013

By Agre­ement with Pon­tas Li­te­ra­ry & Film Agen­cy

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2013

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ni­niej­szy plik jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku. Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy wła­ści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-7554-747-4

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawae-mail: [email protected]ł handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:Virtualo Sp. z o.o.

Dla Edu­ar­da, któ­ry po­pro­sił mnie, że­bym na­pi­sa­ła tę książ­kę,

i dla Ri­car­da Do­min­go, któ­ry zo­ba­czył ją, kie­dy była nie­wi­dzial­na

Dla Rúbe­na i Es­ther, któ­rzy roz­ba­wia­li mnie do łez

Za­po­mi­na­nie jest ak­tem mi­mo­wol­nym. Im bar­dziej chcesz coś zo­sta­wić za sobą, tym bar­dziej cię prze­śla­du­je.

Wil­liam Jo­nas Bar­kley

Ależ, dro­gie dziec­ko, to nie jest zwy­kłe jabł­ko, ono jest ma­gicz­ne.

Kró­lew­na Śnież­ka, Walt Di­sney

1

Ain­hoa Eli­za­su była dru­gą ofia­rą ba­sa­jau­na1, cho­ciaż wte­dy pra­sa jesz­cze go tak nie na­zy­wa­ła. Za­czę­ła tro­chę póź­niej, kie­dy wy­szło na jaw, że wo­kół zwłok zna­le­zio­no sierść zwie­rząt, śla­dy skó­ry i inne, z pew­no­ścią nie ludz­kie­go po­cho­dze­nia. Przy­po­mi­na­ło to po­grze­bo­wą ce­re­mo­nię oczysz­cza­ją­cą. Wy­glą­da­ło, jak­by ja­kaś pra­daw­na ziem­ska moc od­ci­snę­ła swo­je pięt­no na cia­łach tych jesz­cze dziew­czy­nek, któ­rych ubra­nia zo­sta­ły po­dar­te, wło­sy ło­no­we ogo­lo­ne, a dło­nie zło­żo­ne w nie­win­nym ge­ście, jak u dzie­wi­cy. Kie­dy wcze­snym ran­kiem za­wia­da­mia­no ją, że ma się sta­wić na miej­scu zbrod­ni, in­spek­tor Ama­ia Sa­la­zar za­wsze od­pra­wia­ła ten sam ry­tu­ał: wy­łą­cza­ła bu­dzik, żeby rano nie obu­dzić Ja­me­sa, kła­dła te­le­fon na zło­żo­nych ubra­niach, po czym ci­cho scho­dzi­ła do kuch­ni. Ubie­ra­ła się, pi­jąc kawę z mle­kiem, zo­sta­wia­ła mę­żo­wi wia­do­mość, a po­tem wsia­da­ła do sa­mo­cho­du i je­cha­ła za­to­pio­na w pu­stych my­ślach, w bia­łym szu­mie, któ­ry za­wsze wy­peł­niał jej umysł, kie­dy bu­dzi­ła się przed świ­tem, i któ­ry to­wa­rzy­szył jej ni­czym reszt­ki nie­do­koń­czo­nej drzem­ki w po­nad­go­dzin­nej po­dró­ży z Pam­pe­lu­ny na miej­sce zbrod­ni, gdzie cze­ka­ła na nią ofia­ra. We­szła w ostry za­kręt. Pisk opon uświa­do­mił jej, jak bar­dzo jest roz­ko­ja­rzo­na. Zmu­si­ła się więc do sku­pie­nia uwa­gi na krę­tej, pro­wa­dzą­cej w górę dro­dze, wi­ją­cej się wśród buj­nych la­sów ota­cza­ją­cych Eli­zon­do. Pięć mi­nut póź­niej za­trzy­ma­ła sa­mo­chód przy ozna­ko­wa­niu. Roz­po­zna­ła spor­to­wy wóz dok­to­ra Jor­ge San Mar­ti­na i te­re­no­wy sę­dzi­ny Es­téba­nez. Wy­sia­dła, otwo­rzy­ła tyl­ne drzwi, wy­cią­gnę­ła gu­mia­ki. Wkła­da­ła je opar­ta o ba­gaż­nik, pod­czas gdy pod­in­spek­tor Jo­nan Etxa­ide i in­spek­tor Mon­tes szli w jej stro­nę.

– Nie­do­brze to wy­glą­da, sze­fo­wo. Ofia­rą jest dziec­ko. – Jo­nan zer­k­nął w no­tat­ki.

– Dwa­na­ście, trzy­na­ście lat. Ro­dzi­ce zgło­si­li, że dziew­czy­na nie do­tar­ła do domu na je­de­na­stą.

– Tro­chę za wcze­śnie, żeby zgło­sić za­gi­nię­cie – stwier­dzi­ła Ama­ia.

– Tak. Z tego, co wie­my, za­dzwo­ni­ła na ko­mór­kę bra­ta oko­ło ósmej dzie­sięć i po­wie­dzia­ła, że uciekł jej au­to­bus do Ariz­kun.

– A brat nic nie po­wie­dział aż do je­de­na­stej?

– Wie pani, jak to jest: Aitas2 mnie za­bi­ją. Bła­gam cię, nic im nie mów. Może pod­rzu­ci mnie oj­ciec ko­le­żan­ki. Tak czy in­a­czej na­brał wody w usta i grał na Play­Sta­tion. O je­de­na­stej, kie­dy stwier­dził, że sio­stry nadal nie ma, a mat­ka wpa­da w hi­ste­rię, po­wie­dział, że Ain­hoa dzwo­ni­ła. Ro­dzi­ce zgło­si­li się na ko­mi­sa­riat w Eli­zon­do, prze­ko­na­ni, że cór­ce coś się sta­ło. Nie od­bie­ra­ła te­le­fo­nu, a za­dzwo­ni­li już do wszyst­kich jej ko­le­ża­nek. Zna­lazł ją pa­trol. Na za­krę­cie zo­ba­czy­li buty sto­ją­ce na skra­ju szo­sy – po­wie­dział Jo­nan, wska­zu­jąc la­tar­ką na miej­sce na kra­wę­dzi as­fal­tu. Le­ża­ły tam, ide­al­nie uło­żo­ne je­den przy dru­gim, czar­ne la­kier­ki na ni­skim ob­ca­sie. Ama­ia po­chy­li­ła się, żeby im się przyj­rzeć.

– Po­rząd­nie usta­wio­ne. Ktoś je ru­szał? – za­py­ta­ła. Jo­nan znów zer­k­nął do no­ta­tek. Ama­ia po­my­śla­ła, że za­rad­ność tego mło­de­go pod­in­spek­to­ra, an­tro­po­lo­ga i w do­dat­ku ar­che­olo­ga, jest da­rem od nie­bios w spra­wach tak cięż­kich, na jaką ta się za­po­wia­da­ła.

– Nie. Już tak le­ża­ły, usta­wio­ne rów­niut­ko i wzdłuż jezd­ni.

– Po­wiedz tech­ni­kom, żeby przy­szli, jak skoń­czą. Niech spraw­dzą w środ­ku. Żeby je tak usta­wić, trze­ba wło­żyć pal­ce do środ­ka.

In­spek­tor Mon­tes, któ­ry do tej pory mil­czał, wpa­tru­jąc się w czub­ki swo­ich mar­ko­wych wło­skich mo­ka­sy­nów, na­gle gwał­tow­nie pod­niósł gło­wę, jak­by zo­stał wy­rwa­ny z głę­bo­kie­go snu.

– Sa­la­zar – wy­mam­ro­tał, jak­by to było po­wi­ta­nie. I ru­szył na skraj dro­gi, nie cze­ka­jąc na nią. Ama­ia ze zdzi­wie­niem od­wró­ci­ła się do Jo­na­na.

– A temu co jest?

– Nie wiem, sze­fo­wo, Je­cha­li­śmy ra­zem z Pam­pe­lu­ny i całą dro­gę mil­czał. My­ślę, że pił.

Tak, ona też tak my­śla­ła. Od roz­wo­du był w co­raz gor­szym sta­nie. Prze­ja­wia­ło się to nie tyl­ko na­głym za­mi­ło­wa­niem do wło­skich bu­tów i ko­lo­ro­wych kra­wa­tów. W cią­gu ostat­nich ty­go­dni wi­dzia­ła, że jest wy­jąt­ko­wo nie­obec­ny, za­to­pio­ny w swo­im we­wnętrz­nym, zim­nym i nie­prze­nik­nio­nym świe­cie. Nie­mal au­ty­stycz­nym.

– Gdzie jest dziew­czy­na?

– Nad rze­ką. Trze­ba zejść zbo­czem – po­wie­dział Jo­nan, wska­zu­jąc na wą­wóz, i zro­bił prze­pra­sza­ją­cy gest, jak­by to on był w ja­kiś spo­sób od­po­wie­dzial­ny za to, że cia­ło leży wła­śnie tam.

Scho­dząc ze zbo­cza utwo­rzo­ne­go przez pły­ną­cą tam od nie­pa­mięt­nych cza­sów rze­kę, zo­ba­czy­ła w od­da­li re­flek­to­ry i po­li­cyj­ne ta­śmy. Ka­wa­łek da­lej sę­dzi­na roz­ma­wia­ła przy­ci­szo­nym gło­sem z są­do­wym se­kre­ta­rzem. Zer­ka­ła z uko­sa tam, gdzie le­ża­ły zwło­ki. Dwaj po­li­cyj­ni fo­to­gra­fo­wie za­sy­py­wa­li je bły­ska­mi. Ro­bi­li zdję­cia pod wszyst­ki­mi ką­ta­mi. Przy zwło­kach klę­czał pra­cow­nik za­kła­du me­dy­cy­ny są­do­wej w Na­wa­rze. Praw­do­po­dob­nie mie­rzył tem­pe­ra­tu­rę wą­tro­by.

Ama­ia z za­do­wo­le­niem za­uwa­ży­ła, że wszy­scy wcho­dzą na ogro­dzo­ny te­ren tak jak ci, któ­rzy przy­by­li na miej­sce jako pierw­si. Mimo to jak za­wsze od­no­si­ła wra­że­nie, że lu­dzi jest za dużo. Było to uczu­cie gra­ni­czą­ce z ab­sur­dem. Może czu­ła tak przez ka­to­lic­kie wy­cho­wa­nie, ale nie­zmien­nie, kie­dy zna­la­zła się w po­bli­żu zwłok, od­czu­wa­ła po­trze­bę in­tym­no­ści i od­osob­nie­nia, jak na cmen­ta­rzu, tak bar­dzo te­raz po­gwał­co­ną przez da­le­ką i obo­jęt­ną służ­bo­wą obec­ność wszyst­kich, któ­rzy krą­ży­li wo­kół cia­ła, je­dy­ne­go praw­dzi­we­go bo­ha­te­ra zbrod­ni, cho­ciaż nie­me­go, ci­che­go, trwa­ją­ce­go nie­zau­wa­że­nie w swo­jej tra­ge­dii.

Po­de­szła po­wo­li, ob­ser­wu­jąc miej­sce, któ­re mor­der­ca wy­brał na jej śmierć. Nad rze­ką była pla­ża z okrą­głych sza­rych ka­mie­ni, za­pew­ne przy­nie­sio­nych tu w wy­ni­ku przy­bo­ru wody po­przed­niej wio­sny. Su­chy ka­wa­łek zie­mi sze­ro­ko­ści oko­ło dzie­wię­ciu me­trów, o ile mo­gła oce­nić w sła­bym świe­tle wscho­dzą­ce­go słoń­ca. Dru­gi brzeg rze­ki, sze­ro­ko­ści za­le­d­wie czte­rech me­trów, gra­ni­czył z buj­nym la­sem, gęst­nie­ją­cym w mia­rę jak wcho­dzi­ło się co­raz głę­biej. In­spek­tor od­cze­ka­ła kil­ka se­kund. Tech­nik po­li­cyj­ny zro­bił ostat­nie zdję­cia mar­twe­go cia­ła. Kie­dy skoń­czył, po­de­szła do stóp dziew­czyn­ki i, jak mia­ła w zwy­cza­ju, oczy­ści­ła umysł z wszel­kich my­śli. Spoj­rza­ła na zwło­ki spo­czy­wa­ją­ce na brze­gu rze­ki i w ci­szy od­mó­wi­ła krót­ką mo­dli­twę. Do­pie­ro wte­dy była go­to­wa spoj­rzeć na nią jak na dzie­ło mor­der­cy.

Ain­hoa Eli­za­su za ży­cia mia­ła pięk­ne, brą­zo­we, wpa­trzo­ne te­raz w nie­skoń­czo­ność oczy. Ma­lo­wa­ło się w nich zdu­mie­nie. Gło­wa, lek­ko od­chy­lo­na do tyłu, od­sła­nia­ła ka­wa­łek su­ro­we­go sznu­ra. Wrzy­nał jej się w szy­ję tak głę­bo­ko, że pra­wie nie było go wi­dać. Ama­ia po­chy­li­ła się nad cia­łem, żeby się przyj­rzeć, jak zo­stał za­wią­za­ny.

– Nie ma na­wet pę­tli. Po pro­stu za­ci­skał, aż prze­sta­ła od­dy­chać – wy­szep­ta­ła jak­by do sie­bie.

– Mu­siał być sil­ny. Męż­czy­zna? – za­su­ge­ro­wał sto­ją­cy za nią Jo­nan.

– Praw­do­po­dob­nie tak, ale dziew­czy­na nie jest za wy­so­ka, ma ja­kiś metr pięć­dzie­siąt pięć, i jest bar­dzo szczu­pła. Rów­nie do­brze mo­gła to być ko­bie­ta.

Dok­tor San Mar­tín, któ­ry do tej pory roz­ma­wiał z sę­dzi­ną i są­do­wym se­kre­ta­rzem, zbli­żył się do zwłok. Po­że­gnał się z sę­dzi­ną, nie za­nie­dbał ry­tu­ału ca­ło­wa­nia jej w rękę.

– In­spek­tor Sa­la­zar, za­wsze miło pa­nią wi­dzieć, na­wet w ta­kich oko­licz­no­ściach – po­wie­dział we­so­ło.

– Wza­jem­nie, dok­to­rze San Mar­tín. Jak pan my­śli, co tu­taj mamy?

Le­karz wziął od tech­ni­ka no­tat­ki i szyb­ko je prze­wer­to­wał. Jed­no­cze­śnie po­chy­lał się nad zwło­ka­mi. Pa­trzył przy tym z uzna­niam na Jo­na­na. Stwier­dził, że jest mło­dy, ale już dużo umie. Ama­ia do­brze zna­ła to spoj­rze­nie. Kil­ka lat wcze­śniej to ona była mło­dą pod­in­spek­tor, któ­rą trze­ba było wpro­wa­dzić w ku­li­sy śmier­ci, a tej przy­jem­no­ści San Mar­tín, sza­no­wa­ny pro­fe­sor, nig­dy so­bie nie od­ma­wiał.

– Niech pan się zbli­ży, Etxa­ide. Pro­szę tu po­dejść, może cze­goś się pan na­uczy. – Dok­tor San Mar­tín wło­żył chi­rur­gicz­ne rę­ka­wicz­ki, któ­re wy­jął ze skó­rza­nej tor­by mar­ki Glad­sto­ne, i do­tknął de­li­kat­nie pod­bród­ka, szyi i ra­mion dziew­czyn­ki. – Co pan wie o stę­że­niu po­śmiert­nym?

Jo­nan wy­pu­ścił po­wie­trze, po czym za­czął mó­wić to­nem po­dob­nym do tego, ja­kim mu­siał mó­wić w cza­sach szkol­nych, kie­dy od­po­wia­dał na py­ta­nia na­uczy­ciel­ki.

– Wiem, że za­czy­na się od po­wiek, ja­kieś trzy go­dzi­ny po śmier­ci, roz­sze­rza się ko­lej­no na twarz i szy­ję i da­lej do klat­ki pier­sio­wej, w koń­cu obej­mu­je cały tu­łów i koń­czy­ny. W nor­mal­nych wa­run­kach kom­plet­ne ze­sztyw­nie­nie na­stę­pu­je po oko­ło dwu­na­stu go­dzi­nach i za­czy­na zni­kać po oko­ło trzy­dzie­stu sze­ściu go­dzi­nach.

– Nie­źle, co jesz­cze? – za­chę­cił go dok­tor.

– Jest jed­nym z pod­sta­wo­wych wy­znacz­ni­ków przy usta­la­niu przy­bli­żo­ne­go czas zgo­nu. 

– I uwa­ża pan, że moż­na to osza­co­wać, opie­ra­jąc się je­dy­nie na za­awan­so­wa­niu stę­że­nia po­śmiert­ne­go?

– No… – Jo­nan się za­wa­hał.

– Zde­cy­do­wa­nie nie – pod­kre­ślił z na­ci­skiem San Mar­tín. – Stę­że­nie może być róż­ne w za­leż­no­ści od sta­nu mię­śni nie­bosz­czy­ka, tem­pe­ra­tu­ry w po­miesz­cze­niu albo na ze­wnątrz, jak w tym wy­pad­ku, jest inne, je­śli cia­ło było na­ra­żo­ne na skraj­ne tem­pe­ra­tu­ry, któ­re mogą spra­wić, że wy­glą­da jak w stę­że­niu po­śmiert­nym, jak na przy­kład zwło­ki wy­sta­wio­ne na wy­so­ką tem­pe­ra­tu­rę albo te, któ­re do­zna­ją skur­czów po­śmiert­nych. Wie pan, co to ta­kie­go?

– Wy­da­je mi się, że mó­wi­my o nich, kie­dy w chwi­li śmier­ci mię­śnie koń­czyn są tak spię­te, że gdy­by coś trzy­ma­ły, trud­no by­ło­by to z nich wy­jąć.

– Do­kład­nie tak. Dla­te­go wła­śnie na pa­to­lo­gu są­do­wym spo­czy­wa wiel­ka od­po­wie­dzial­ność. Nie na­le­ży usta­lać cza­su zgo­nu, nie wziąw­szy pod uwa­gę tych czyn­ni­ków i, rzecz ja­sna, hi­po­sta­zy… in­ny­mi sło­wy plam po­śmiert­nych. Z pew­no­ścią wi­dział pan te ame­ry­kań­skie se­ria­le, w któ­rych le­karz są­do­wy klę­ka przy cie­le i po dwóch mi­nu­tach po­da­je go­dzi­nę śmier­ci – po­wie­dział, uno­sząc z te­atral­ną miną brwi. – Niech mi pan wie­rzy, to kłam­stwo. Ana­li­za za­war­to­ści po­ta­su w pły­nie po­bie­ra­nym z oka przy­nio­sła duży po­stęp, ale go­dzi­nę będę mógł usta­lić pre­cy­zyj­niej do­pie­ro po au­top­sji. W tej chwi­li, opie­ra­jąc się na tym, co wiem, mogę po­wie­dzieć: trzy­na­ście lat, ko­bie­ta. Na pod­sta­wie tem­pe­ra­tu­ry wą­tro­by orzekł­bym, że jest mar­twa od dwóch go­dzin. Nie do­szło jesz­cze do stę­że­nia – stwier­dził, znów przy­kła­da­jąc pal­ce do szczę­ki dziew­czyn­ki.

– Zga­dza­ło­by się to z go­dzi­ną, o któ­rej za­dzwo­ni­ła do domu, i go­dzi­ną zgło­sze­nia za­gi­nię­cia przez ro­dzi­ców. Za­le­d­wie dwie go­dzi­ny.

Ama­ia po­cze­ka­ła, aż dok­tor wsta­nie, i za­ję­ła jego miej­sce. Uklę­kła przy dziew­czy­nie. Nie uszła jej uwa­gi ulga Jo­na­na, kie­dy uwol­nił się od py­tań. Oczy wpa­trzo­ne w ni­cość i pół­otwar­te w wy­ra­zie za­sko­cze­nia usta, a może w pró­bie za­czerp­nię­cia ostat­nie­go od­de­chu, nada­wa­ły jej ob­li­czu wy­raz dzie­cię­ce­go zdu­mie­nia, jak u dziew­czyn­ki, któ­ra ob­cho­dzi uro­dzi­ny. Całe ubra­nie mia­ła po­cię­te w rów­ne pa­sma, od szyi aż do pa­chwin, i le­ża­ło przy jej bo­kach, jak opa­ko­wa­nie ma­ka­brycz­ne­go pre­zen­tu. Ła­god­na bry­za znad rze­ki de­li­kat­nie po­ru­szy­ła pro­stą grzyw­ką i do Amai do­tarł za­pach szam­po­nu zmie­sza­ny z cierp­ką wo­nią ty­to­niu. Ama­ia za­sta­na­wia­ła się, czy dziew­czy­na pa­li­ła.

– Czu­ję ty­toń. Wie­cie, czy mia­ła przy so­bie to­reb­kę?

– Tak, mia­ła. Jesz­cze jej nie zna­leź­li­śmy, ale moi lu­dzie prze­cze­su­ją te­ren od tego miej­sca ki­lo­metr w dół – po­wie­dział in­spek­tor Mon­tes, wska­zu­jąc w stro­nę rze­ki.

– Za­py­taj­cie jej przy­ja­ciół­ki, gdzie były i z kim.

– Jak tyl­ko wzej­dzie słoń­ce, sze­fo­wo – po­wie­dział Jo­nan, do­ty­ka­jąc ze­gar­ka. – Jej przy­ja­ciół­ki to trzy­na­sto­lat­ki, na pew­no jesz­cze śpią.

Spoj­rza­ła na le­żą­ce wzdłuż cia­ła dło­nie. Były bia­łe, nie­ska­zi­tel­nie czy­ste, zwró­co­ne we­wnętrz­ną stro­ną ku gó­rze.

– Zwró­ci­li­ście uwa­gę, jak uło­żo­ne są ręce? Zo­sta­ły upo­zo­wa­ne.

– Zga­dzam się – po­wie­dział sto­ją­cy obok Jo­na­na Mon­tes.

– Zrób­cie zdję­cia i jak naj­szyb­ciej za­bez­piecz­cie. Może pró­bo­wa­ła się bro­nić. Cho­ciaż pa­znok­cie i dło­nie wy­glą­da­ją na czy­ste, może bę­dzie­my mie­li szczę­ście – po­wie­dzia­ła, zwra­ca­jąc się do funk­cjo­na­riu­sza z po­li­cyj­ne­go la­bo­ra­to­rium.

Le­karz znów po­chy­lił się nad dziew­czy­ną, stał na­prze­ciw­ko Amai.

– Trze­ba po­cze­kać na au­top­sję, ale na moje oko przy­czy­ną śmier­ci było udu­sze­nie, a bio­rąc pod uwa­gę siłę, z jaką sznur we­rż­nął się w cia­ło, po­wie­dział­bym, że zgon na­stą­pił bar­dzo szyb­ko. Na­cię­cia, któ­re wi­dać na cie­le, są płyt­kie i zo­sta­ły zro­bio­ne tyl­ko po to, żeby ro­ze­drzeć ubra­nie. Zro­bio­no je czymś cien­kim, ży­let­ką, no­ży­kiem albo skal­pe­lem. Po­twier­dzę to póź­niej, ale kie­dy je zro­bił, dziew­czy­na była już mar­twa. Pra­wie nie ma śla­dów krwi.

– A łono? – wtrą­cił Mon­tes.

– My­ślę, że do zgo­le­nia wło­sów ło­no­wych użył tego sa­me­go na­rzę­dzia.

– Może chciał coś za­brać, ja­kieś tro­feum. Sze­fo­wo? – za­su­ge­ro­wał Jo­nan.

– Nie, nie są­dzę. Zo­bacz, jak je roz­rzu­cił wo­kół cia­ła. – Ama­ia wska­za­ła na kup­ki de­li­kat­ne­go mesz­ku. – Ra­czej chciał się ich po­zbyć, żeby je za­stą­pić tym – po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc na zło­ci­ste tłu­ste ciast­ko le­żą­ce na bez­wło­sym wzgór­ku ło­no­wym dziew­czy­ny.

– Co za su­kin­syn. Cze­mu oni to ro­bią? Nie za­do­wo­lił się za­bi­ciem dziec­ka? Mu­siał jesz­cze po­ło­żyć na niej ciast­ko? Co taki czło­wiek ma w gło­wie?! – wy­krzyk­nął z obrzy­dze­niem Jo­nan.

– Taką wła­śnie masz pra­cę, chłop­cze. Masz od­gad­nąć, o czym my­śli taka men­da – po­wie­dział Mon­tes i pod­szedł do dok­to­ra San Mar­tína. – Zgwał­cił ją?

– Po­wie­dział­bym, że nie, ale do­pó­ki nie prze­pro­wa­dzę ba­dań, nie będę miał pew­no­ści. Sce­no­gra­fia ma cha­rak­ter wy­raź­nie sek­su­al­ny… Po­dar­te ubra­nie, roz­ne­gli­żo­wa­ny biust, ogo­lo­ne łono… No i to ciast­ko… Wy­glą­da na ma­śla­ne albo…

– To txa­txin­gor­ri – prze­rwa­ła mu Ama­ia. – Ty­po­we dla tego re­gio­nu, cho­ciaż to jest tro­chę mniej­sze niż za­zwy­czaj. Ale to txa­txin­gor­ri, bez cie­nia wąt­pli­wo­ści. Ma­sło, mąka, jaj­ka, cu­kier, droż­dże i sma­żo­ne skwar­ki, sta­ra re­cep­tu­ra. Jo­nan, niech je za­pa­ku­ją w fo­lio­wą to­reb­kę i pro­szę – po­wie­dzia­ła Ama­ia, zwra­ca­jąc się do wszyst­kich – niech kwe­stia ciast­ka zo­sta­nie mię­dzy nami. Póki co jest to ści­śle taj­ne.

Wszy­scy ski­nę­li gło­wa­mi.

– Tu­taj już skoń­czy­li­śmy. San Mar­tín, dziew­czy­na na­le­ży do pana. Do zo­ba­cze­nia na ob­duk­cji.

Ama­ia wsta­ła i jej spoj­rze­nie po raz ostat­ni pa­dło na dziew­czy­nę. Po­tem ru­szy­ła w górę zbo­cza, do sa­mo­cho­du.

2

Tego ran­ka in­spek­tor Mon­tes wy­brał rzu­ca­ją­cy się w oczy fio­le­to­wy kra­wat z je­dwa­biu, bez wąt­pie­nia bar­dzo dro­gi. Od­ci­nał się od ko­szu­li w ko­lo­rze lila. Wy­glą­da­ło to ele­ganc­ko, ale przy­po­mi­nał tro­chę gli­nia­rza z Mia­mi. Gro­te­sko­wy efekt. Tak samo mu­sie­li my­śleć po­li­cjan­ci, któ­rzy je­cha­li z nim win­dą. Amai nie umknął szy­der­czy gest, któ­ry obaj wy­ko­na­li, kie­dy wy­sia­da­li. Zer­k­nę­ła na Mon­te­sa, któ­ry naj­pew­niej też to za­uwa­żył, ale był za­ję­ty prze­glą­da­niem no­ta­tek na palm­to­pie. Stał w chmu­rze per­fum Ar­ma­nie­go i wy­da­wał się nie za­uwa­żać, ja­kie wra­że­nie robi.

Drzwi sali kon­fe­ren­cyj­nej były za­mknię­te, ale za­nim zdą­ży­ła na­ci­snąć na klam­kę, umun­du­ro­wa­ny po­li­cjant otwo­rzył je od środ­ka, jak­by na nią cze­kał. Od­su­nął się na bok, od­sła­nia­jąc prze­stron­ną, ja­sną salę. In­spek­tor Sa­la­zar uj­rza­ła wię­cej osób, niż się spo­dzie­wa­ła. Ko­mi­sarz sie­dział u szczy­tu sto­łu. Po jego pra­wej stro­nie cze­ka­ły dwa wol­ne miej­sca. Ge­stem za­chę­cił ich, żeby po­de­szli, a kie­dy prze­cho­dzi­li przez salę, za­czął wszyst­kich przed­sta­wiać.

– In­spek­tor Sa­la­zar, in­spek­tor Mon­tes, zna­ją już pań­stwo in­spek­to­ra Ro­drígu­eza z po­li­cyj­ne­go la­bo­ra­to­rium i dok­to­ra San Mar­tína. Pod­in­spek­tor Agu­ir­re z wy­dzia­łu nar­ko­ty­ko­we­go, pod­in­spek­tor Za­bal­za i in­spek­tor Iriar­te z ko­mi­sa­ria­tu w Eli­zon­do. Tak się skła­da, że nie było ich wczo­raj w Eli­zon­do, kie­dy zna­le­zio­no zwło­ki.

Ama­ia po­da­ła im rękę i po­ma­cha­ła do tych, któ­rych już zna­ła.

– In­spek­tor Sa­la­zar, in­spek­to­rze Mon­tes, zo­sta­li­ście za­pro­sze­ni, po­nie­waż po­dej­rze­wam, że spra­wa Ain­hoi Eli­za­su bę­dzie bar­dziej brze­mien­na w kon­se­kwen­cje, niż moż­na się było spo­dzie­wać – po­wie­dział ko­mi­sarz, zaj­mu­jąc znów miej­sce i wska­zu­jąc po­zo­sta­łym, żeby zro­bi­li to samo. – Dzi­siaj rano skon­tak­to­wał się z nami in­spek­tor Iriar­te. Cho­dzi­ło o pew­ne od­kry­cia, któ­re mogą się oka­zać waż­ne w dal­szym toku śledz­twa.

In­spek­tor Iriar­te po­chy­lił się i po­ło­żył na sto­le swo­je ogrom­ne, god­ne aiz­ko­la­ri3 dło­nie.

– Mie­siąc temu, do­kład­nie pią­te­go stycz­nia – po­wie­dział, spraw­dza­jąc za­pi­ski w ma­łym no­tat­ni­ku opra­wio­nym w czar­ną skó­rę, w jego rę­kach pra­wie nie­wi­docz­nym – pe­wien pa­sterz z Eli­zon­do, któ­ry szedł nad rze­kę na­po­ić sta­do owiec, zna­lazł cia­ło dziew­czy­ny, Car­li Hu­ar­te, sie­dem­na­sto­lat­ki. Za­gi­nę­ła w noc syl­we­stro­wą po wyj­ściu z dys­ko­te­ki Cras Test w Eli­zon­do. Ba­wi­ła się tam z przy­ja­ciół­mi i chło­pa­kiem. Oko­ło czwar­tej nad ra­nem wy­szła ra­zem z nim, a trzy kwa­dran­se póź­niej wró­cił tyl­ko chło­pak. Po­wie­dział jed­ne­mu z kum­pli, że się po­kłó­ci­li i że dziew­czy­na wy­sia­dła ob­ra­żo­na z sa­mo­cho­du i da­lej po­szła pie­szo. Kum­pel prze­ko­nał go, że po­win­ni pójść jej po­szu­kać. Wró­ci­li go­dzi­nę póź­niej, ale jej nie zna­leź­li. Po­wie­dzie­li, że nie­spe­cjal­nie się tym prze­ję­li, po­nie­waż wo­kół było peł­no par i mło­dzie­ży pa­lą­cej traw­kę. Poza tym dziew­czy­na była bar­dzo po­pu­lar­na, więc uzna­li, że ktoś ją pod­rzu­cił do domu. W sa­mo­cho­dzie chło­pa­ka zna­leź­li­śmy jej wło­sy i si­li­ko­no­we ra­miącz­ko od jej biu­sto­no­sza.

Iriar­te na­brał po­wie­trza i za­nim zde­cy­do­wał się mó­wić da­lej, spoj­rzał na Mon­te­sa i Ama­ię:

– A te­raz kwe­stia, któ­ra może pań­stwa za­in­te­re­so­wać. Car­la zo­sta­ła zna­le­zio­na w od­le­gło­ści dwóch ki­lo­me­trów od miej­sca, gdzie zna­le­zio­no Ain­hoę Eli­za­su. Zo­sta­ła udu­szo­na sznur­kiem do pa­ko­wa­nia, a ubra­nie mia­ła po­cię­te z góry na dół.

Ama­ia z nie­po­ko­jem spoj­rza­ła na Mon­te­sa.

– Pa­mię­tam, że czy­ta­łam o tej spra­wie w pra­sie. Mia­ła ogo­lo­ny wzgó­rek ło­no­wy? – za­py­ta­ła.

Iriar­te spoj­rzał na pod­in­spek­to­ra Za­bal­zę, a on od­po­wie­dział:

– Spra­wa wy­glą­da tak, że w ogó­le nie mia­ła łona. Cała ta część cia­ła była roz­szar­pa­na, praw­do­po­dob­nie przez zwie­rzę­ta. W ra­por­cie z au­top­sji wy­róż­nio­no ugry­zie­nia przy­najm­niej trzech róż­nych zwie­rząt i kil­ka wło­sów, od­po­wia­da­ją­cych sier­ści dzi­ka, lisa i cze­goś jesz­cze, praw­do­po­dob­nie niedź­wie­dzia.

– Na Boga! Niedź­wiedź? – wy­krzyk­nę­ła Ama­ia, uśmie­cha­jąc się z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie je­ste­śmy pew­ni, wy­sła­li­śmy prób­ki do In­sty­tu­tu Ba­dań Sto­po­chod­nych w Pi­re­ne­jach i jak do­tąd nie do­sta­li­śmy od­po­wie­dzi, ale…

– A ciast­ko?

– Nie było ciast­ka… A może było. To by tłu­ma­czy­ło ugry­zie­nia na wy­so­ko­ści łona, pew­nie zwie­rzę­ta przy­cią­gnął nie­zna­ny słod­ki za­pach.

– Mia­ła po­gry­zio­ne inne czę­ści cia­ła?

– Nie, ugry­zień nie było, ale były śla­dy pa­zu­rów.

– A po­zo­sta­ło­ści wło­sów ło­no­wych roz­rzu­ca­ne wo­kół cia­ła? – do­py­ty­wa­ła się Ama­ia.

– Też nie, ale trze­ba wziąć pod uwa­gę, że zwło­ki Car­li Hu­ar­te były czę­ścio­wo za­nu­rzo­ne w rze­ce, od ko­stek po po­ślad­ki, i że przez kil­ka dni po jej za­gi­nię­ciu pa­da­ły ulew­ne desz­cze. Na­wet je­śli coś tam było, woda to za­bra­ła.

– I nie przy­ku­ło to pań­skiej uwa­gi wczo­raj? Kie­dy pan ba­dał cia­ło dziew­czyn­ki? – za­py­ta­ła Ama­ia, zwra­ca­jąc się do le­ka­rza są­do­we­go.

– Na­tu­ral­nie – od­parł San Mar­tín. – Ale nie mamy jesz­cze nic pew­ne­go, na ra­zie to tyl­ko po­do­bień­stwa. Wie pani, ile tru­pów oglą­dam w cią­gu roku? W wie­lu przy­pad­kach wi­dać ce­chy wspól­ne, mimo że spra­wy nie są w ża­den spo­sób po­wią­za­ne. Tak czy in­a­czej oczy­wi­ście, że zwró­ci­ło to moją uwa­gę, ale naj­pierw mu­sia­łem po­cze­kać na wy­ni­ki au­top­sji. W przy­pad­ku Car­li wszyst­ko wska­zy­wa­ło na na­paść sek­su­al­ną i na to, że zro­bił to jej chło­pak. Była na­ćpa­na i pi­ja­na, mia­ła na szyi ma­lin­ki i ślad po ugry­zie­niu na jed­nej pier­si. Od­po­wia­dał od­ci­sko­wi szczę­ki jej chło­pa­ka. Po­nad­to pod pa­znok­cia­mi zna­leź­li­śmy śla­dy skó­ry, któ­re pa­so­wa­ły do głę­bo­kie­go za­dra­pa­nia na jego szyi.

– A na­sie­nie?

– Nie było.

– Co po­wie­dział chło­pak? A wła­śnie, jak ma na imię? – za­py­tał Mon­tes.

– Na­zy­wa się Mi­gu­el Án­gel de An­drés. I przy­znał, że oprócz al­ko­ho­lu za­żył kokę i ec­sta­sy. – Agu­ir­re się uśmiech­nął. – I ra­czej mu wie­rzę. Za­trzy­ma­li­śmy go w Trzech Kró­li, też był na haju. Ba­da­nia wy­ka­za­ły obec­ność czte­rech róż­nych nar­ko­ty­ków, z ko­ka­iną włącz­nie.

– Gdzie jest te­raz to na­sze cudo? – za­py­ta­ła Ama­ia.

– W wię­zie­niu w Pam­pe­lu­nie, cze­ka na roz­pra­wę. Jest oskar­żo­ny o na­paść na tle sek­su­al­nym i za­bój­stwo bez moż­li­wo­ści wyj­ścia za kau­cją… Był wcze­śniej no­to­wa­ny w związ­ku z nar­ko­ty­ka­mi – po­wie­dział Agu­ir­re.

– Są­dzę, że czas zło­żyć wi­zy­tę panu An­dre­so­wi i prze­słu­chać go jesz­cze raz. Nie­wy­klu­czo­ne, że nie kła­mał, kie­dy twier­dził, że to nie on za­bił dziew­czy­nę.

– Dok­to­rze San Mar­tín, może nam pan do­rę­czyć ra­port z au­top­sji Car­li Hu­ar­te? – za­py­tał Mon­tes.

– Oczy­wi­ście.

– In­te­re­su­ją nas przede wszyst­kim zdję­cia zro­bio­ne na miej­scu zbro­ni.

– Do­sta­nie­cie je naj­szyb­ciej jak się da.

– I może do­brze by­ło­by jesz­cze raz zba­dać ubra­nie, któ­re dziew­czy­na mia­ła na cie­le. Te­raz już wie­my, cze­go szu­kać – do­da­ła Ama­ia.

– In­spek­tor Iriar­te i pod­in­spek­tor Za­bal­za zaj­mu­ją się tą spra­wę na ko­mi­sa­ria­cie w Eli­zon­do. In­spek­tor Sa­la­zar – prze­rwał ko­mi­sarz. – Pani stam­tąd po­cho­dzi, zga­dza się?

Ama­ia przy­tak­nę­ła.

– Udzie­lą pani wszel­kiej po­trzeb­nej po­mo­cy – po­wie­dział ko­mi­sarz, pod­no­sząc się z krze­sła i tym sa­mym uzna­jąc ze­bra­nie za za­koń­czo­ne.