Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 328 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niewidzialni. Czarownica z Dark Falls. Tom II - Giovanni Del Ponte

Na Wielkanoc, Douglas, Crystal i Peter mają kilka dni wolnych. Dziewczyna zaprasza przyjaciół do Dark Falls, miasteczka w Massachusetts, gdzie przekazuje się legendę o Maryann, czarownicy zabitej przez lokalnego bohatera Fincha Algernon’a podczas zażartej walki, w której zostali zabici także mężczyzna oraz jego jedyny syn.
Douglas i Peter po przyjeździe do Dark Falls odkrywają, że Crystal zniknęła, a ludzie z miasta, którzy zaangażowali się w historię zostają zamordowani w tajemniczych okolicznościach. Chłopcy są jedynymi którzy wiedzą że czarownica powróciła i szuka czegoś związanego ze swoją przeszłością, ale czego? Będą musieli wykorzystać wszystkie swoje siły, aby rozwiązać tę zagadkę, w której po raz kolejny nie wszystko jest tak jak się wydaje.

Opinie o ebooku Niewidzialni. Czarownica z Dark Falls. Tom II - Giovanni Del Ponte

Fragment ebooka Niewidzialni. Czarownica z Dark Falls. Tom II - Giovanni Del Ponte

Tytuł oryginału: Gli Invisibili. La stega di Dark Falls

 Tekst: Giovanni Del Ponte

© 2009, Instituto Geografico De Agostini S.p.A. 

© 2012, De Agostini Libri S.p.A. 

© Copyright for the Polish edition by

 Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2012

ISBN: 978-83-7612-712-5

Tłumaczenie: Katarzyna Kolasa-Garibotto

Redakcja: Magdalena Adamska 

Korekta: Magdalena Adamska, Agnieszka Skórzewska 

Projekt okładki: Paweł Rosołek 

Zdjęcia na okładce: andreiuc88 – Fotolia.com 

DTP: Bernard Ptaszyński

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 

00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 96 

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51 

www.zielonasowa.pl 

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Giovanni Del Ponte

Czarownica z Dark Falls

POSTACI

Douglas, 12 lat Jest dość otyły, ospały i niezbyt odważny. Ma jednak złote serce i fajne poczucie humoru; uwielbia cięty dowcip. W wolnym czasie najbardziej lubi czytać komiksy. Jego mama umarła, kiedy był mały, dlatego mieszka z tatą i często muszą się przeprowadzać z powodu jego pracy. To sprawia, że nie ma wielu przyjaciół. Jego moc polega na tym, że jest „drzwiami”: może nieświadomie otwierać przejścia pomiędzy wymiarami czasoprzestrzeni lub życiem a śmiercią.

Crystal, 12 lat Przywódczyni bandy, bardzo dojrzała jak na swój wiek. Żywa i dzika, jest typową chłopczycą, która nie zawaha się rzucić w wir walki. Jej rodzice nie żyją, wychowała ją babcia, która kiedyś sama należała do bandy pierwszych Niewidzialnych. To ona nauczyła dziewczynkę, jak ma się posługiwać swoim darem telepatii, czyli umiejętnością odczytywania emocji i myśli innych osób.

Peter, 12 lat Nieśmiały okularnik, nie posiada żadnej mocy, ale ma wysoki iloraz inteligencji dedukcyjnej. Jego rodzice są sztywni i surowi, każą mu się ubierać bardzo elegancko i to – wraz z jego ugrzecznionym sposobem mówienia – nie przysparza mu wielu przyjaciół w Misty Bay. Uwielbia zwierzęta, szczególnie koty, ale jego rodzice nie pozwalają mu, aby trzymał je w domu.

Kendred Halloway, nazywany wujkiem Kenem. Podobnie jak babcia Crystal był członkiem pierwszych Niewidzialnych. Altruista i marzyciel, założył i prowadzi bibliotekę w Misty Bay. Jego żoną jest Hettie.

Ciocia Hettie jest żoną wujka Kena. Osóbka korpulentna i bardzo pogodna, wydaje się bardziej niewinna niż jest w rzeczywistości. Wspaniale gotuje.

Maryann, żyjąca w XVIII wieku czarownica z Dark Falls. Pewnej nocy lokalny bohater, Algernon Finch, wraz ze swoją sforą psów myśliwskich, złapał ją na szczycie urwiska, wznoszącego się po dziś dzień nad leśnymi wodospadami. Maryann spadła, znikając w wodach, które od tamtej pory zabarwiły się na granatowy kolor. To dlatego miasto zmieniło nazwę z Shine Falls (Świetliste Wodospady) na Dark Falls (Ciemne Wodospady).

Algernon Finch lokalny bohater, który pokonał czarownicę. Zapłacił jednak za to wysoką cenę: wraz z nią do wodospadu wpadł także on sam i jego jedyny syn, Jonathan, którego pomnik dumnie stoi przed ratuszem.

Jonathan Finch, syn Algernona, młody, moralnie czysty i szczodry. Stracił życie, podzielając tragiczny los czarownicy.

Dla Alberta, Giulii i Alessandra, Anniki, Lucrezia, Costanzy i Marii Sole, Ale oraz dla wszystkich pozostałych kuzynów i dzieci w kolejności ich pojawiania się na świecie

PROLOG

Ciemne niskie niebo dotyka wierzchołków sosen w najwyższych partiach gór. Chmury są nabrzmiałe deszczem. Błyska się. Zaraz będzie padać.

Chłopiec biegnie.

Szeroko otwarte oczy, walące jak bęben serce, płuca w ogniu.

Biegnie, ma nadzieję, że zdąży. Ma nadzieję, że przeciwstawi się losowi.

Wspina się po górskim zboczu, między wiekowymi drzewami. Nie jest zmęczony. On jest silny i mocny. Nic go nie zatrzyma, gdyż biegnie po swoje życie.

W końcu dobiega do urwiska.

Za późno.

Płacze. Wykrzykuje wiatrowi swą rozpacz. Ale daremnie. To już się nie zmieni. Nigdy się nie zmieni.

Ktoś za nim stoi. Ktoś, kogo nie możemy zobaczyć.

Ale chłopiec widzi, a jego oczy pełne są pogardy, obłędu i dostrzec w nich można błysk ostatniego wyzwania.

Chłopiec mówi, lecz jego słowa zostają porwane przez wiatr.

Potem, jakby znikąd, pada pytanie:

– Gdzie jest? 

I chłopiec odpowiada:

– Nie powiem ci. Możesz tylko mnie zabić.

Mocne, niewidzialne ręce chwytają go. Ale w jego oczach nie ma strachu. Już nie.

Nawet teraz, kiedy został popchnięty na skraj urwiska. 

Kiedy spada w przepaść. 

I spada... 

I spada... 

I...

CZĘŚĆ PIERWSZADark Falls

ROZDZIAŁ 1.List od Crystal

Douglas ściskał w ręce jeden ze swoich ulubionych batoników, ale nie miał najmniejszej ochoty go zjeść. Przynajmniej tego mógłby sobie teraz pogratulować, mimo że w ciągu ostatnich miesięcy nie zachowywał się równie stanowczo.

Od czasu wstrząsającej przygody z Peterem i Crystal w Misty Bay, nie potrafił odmówić sobie batoników, krakersów, chipsów czy czegokolwiek innego, co tylko da się wcisnąć do szkolnego plecaka. Po tym krótkim, ekscytującym okresie, kiedy to zyskał dwóch nowych przyjaciół (a raczej, na chwilę obecną, jedynych swoich przyjaciół), ryzykował życiem, stawiając czoła autentycznemu czarownikowi i spotkał bandę dzieci zjaw – no więc po tym wszystkim, znów był uwięziony w zwykłej, ponurej codzienności.

Miał dwanaście lat i po wakacjach wrócił do szkoły, ale tak jak wielokrotnie wcześniej , musiał przerwać naukę i przeprowadzić się do innego miasta. Jego ojciec – menedżer sieci hipermarketów – często przenosił się z filii do filii, z jednej strony Stanów Zjednoczonych na drugą. Wraz z nim podróżował też Douglas. Takie było jego życie, przynajmniej od kiedy zmarła jego mama, czyli mniej więcej od kiedy pamiętał.

Tata chyba nie zdawał sobie sprawy z przykrości, na jakie narażał syna, a Douglas już dawno nauczył się udzielać mu takich odpowiedzi, które by go uspokajały: „Nie martw się o mnie, tato. Wszystko jest w porządku, już znalazłem sobie nowych przyjaciół...!”.

Jednak, niestety, zmiana szkoły za każdym razem pociągała za sobą nieprzyjemne skutki uboczne.

Standardowo Douglas musiał się zmierzyć z Efektem Oczekiwania Na Przystojniaka, czyli nadzieją, jaka narastała wśród dziewczyn, kiedy dowiadywały się, że do ich klasy dołączy nowy chłopak i wynikającym stąd Efektem Grubasa, który – doskonale o tym wiedział – wywoływał, gdy tylko przekraczał próg klasy.

Czasami do wyśmiewania się z jego wyglądu dochodziły drwiny z jego słabych umiejętności w grach drużynowych, na których punkcie koledzy z klasy mieli po prostu świra.

Właśnie to było powodem, dla którego teraz wisiał jak worek na flagowym maszcie.

Dyndając tak metr nad ziemią, ściskał jeden ze swoich ulubionych batoników, ale czuł, że mógłby się spokojnie obejść i bez niego.

I to był już pozytyw.

„Jeśli chce się iść do przodu, zawsze trzeba znaleźć pozytywną stronę każdej sytuacji” – mawiał dziadek pewnego chłopca, którego znał. Kiedyś uważał to za jedną z tych oczywistości nie do zniesienia, rozdawanych przez dorosłych jako perły mądrości. Chociaż trzeba przyznać, że także ów wnuczek, który chciał łapać płatki śniegu i trzymać je w lodówce, wydał mu się trochę postrzelony i wcale nie można wykluczyć, że ten jego pomysł nie był owocem jakiejś innej „perełki” dziadka.

Z czasem jednak ponownie zaczął rozważać tę poradę, aż pojął jej ukryte znaczenie i teraz była to jedna z jego ulubionych dewiz „samopocieszających”: zawsze we wszystkim znajdował pozytywne aspekty.

Włożył batonika do tylnej kieszeni spodenek gimnastycznych.

Krępujący go sznur, przechodził mu pod pachami i zaczynał sprawiać ból. W końcu odważył się odezwać do swojego dręczyciela.

– Ehm... Ej, Kurt. 

Kolega zdawał się go nie słuchać i dalej żartował z kumplami.

– Ej, Kurt! – zawołał głośniej. – Kurt, słyszysz mnie? Kurt!

Osiągnął swój cel, bo chłopak podszedł do niego ze znudzonym wyrazem twarzy. Popchnął go, powodując, że zakołysał się w przód i w tył.

– Wstrętny, zawszony grubasie – zaczął Kurt. – Nie rozumiesz, że tylko dla twojego dobra zawiesiłem cię tutaj, żebyś udawał flagę?

Douglasowi trudno było odpowiedzieć na podobne pytanie bez ironii, a ostatnią rzeczą, której chciał, było to, by masywny, starszy o rok kolega, jeden z najlepszych zawodników szkolnej drużyny piłki nożnej, pomyślał, że chce ironizować. Próbował więc po prostu nie reagować.

– Hej, grubasku, co jest? Najpierw przerywasz mi, kiedy rozmawiam z moimi kumplami, a potem nie odpowiadasz na moje pytania? Zapytam więc po raz ostatni: zrozumiałeś czy nie, że to wyłącznie dla twojego dobra powiesiłem cię, żebyś robił za flagę?

– Hmm... Pomyślałem, że... jeśli się zgodzisz, mógłbyś mnie teraz uwolnić. Zresztą, nie ma w ogóle wiatru. 

Chłopak zignorował go i cierpliwie wyjaśnił:

– Powiesiłem cię tutaj, żebyś udawał flagę. Ale jeśli przyjdzie mi do głowy, że nie jesteś flagą, tylko karaluchem, przez którego przegraliśmy mecz, to będę miał ochotę zgnieść cię tak, jak się zgniata karalucha! Czy to jasne?

Nawet jeśli wyrażony w typowy dla Kurta, pokrętny sposób, przekaz był jasny.

– Aha, teraz rozumiem – odpowiedział Douglas.

– W takim razie nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli zostawię cię tutaj jeszcze na jakiś czas, prawda?

– Nie, ostatecznie nie jest źle tak sobie powisieć.

– To git – zakończył Kurt, ponownie go popychając. Wrócił do swoich kolegów, którzy śmiali się do rozpuku. Douglas najchętniej zapadłby się ze wstydu pod ziemię.

Nie, na razie Douglas nie miał apetytu. Prawdę mówiąc, bardzo chciało mu się płakać, ale jeśliby to zrobił, to w szkole nie daliby mu już żyć. Zdawał sobie sprawę, że przygoda w Misty Bay za bardzo go nie zmieniła. Odwaga nigdy nie była jego silnym punktem, niemniej do niedawna łudził się, że po tym, co tam się wydarzyło, odrobina heroizmu przykleiła się do niego. A tymczasem wisi teraz na flagowym maszcie.

Z niemałym wysiłkiem powstrzymywał łzy. Być może odwaga, jaką wykrzesał z siebie w Misty Bay, to nie była jego prawdziwa natura? Może zachowywał się tam w ten sposób tylko po to, żeby zrobić wrażenie na Crystal?

Gdyby ona widziała go teraz...

– Uwaga, idzie profesor – szepnął nagle jeden z koleżków Kurta. Douglas zobaczył ich, jak biegli przez boisko. „No, skończyło się!” – pomyślał, oddychając z ulgą. 

Mężczyzna zatrzymał się obok niego.

– Douglasie Macleod – zaczął szorstkim tonem, rozwiązując go – można wiedzieć, dlaczego zawsze pakujesz się w takie sytuacje?

Douglas nie wierzył własnym uszom. Pakować się w takie sytuacje? Chętnie obyłby się bez pakowania się w „takie sytuacje”... To one go znajdowały, gdziekolwiek by się nie ukrywał. Próbował się usprawiedliwić, ale nauczyciel go uprzedził.

– I nie tłumacz mi się teraz tą samą co zawsze wymówką, że się na ciebie uwzięli, że nie nadajesz się do sportu albo że nie masz odpowiedniej budowy ciała.

Tak naprawdę przynajmniej dwa z tych argumentów przeszły mu właśnie przez myśl. Próbował naprędce wymyślić jakieś inne, ale mężczyzna nie dał mu szansy:

– Wiesz, jaka jest prawda?

 Douglas liczył, że profesor wymyśli coś lepszego.

– Prawda jest taka, że się nie starasz, ot co!

 Nie, ten argument w ogóle mu się nie podobał.

– Widziałem cię podczas treningów – kontynuował uparcie profesor, uwalniając go. – Jesteś przy kości, ale jeśli chcesz, potrafisz biec szybko jak wiatr. Więc dlaczego tego nie robisz? Dlatego, że się nie przykładasz i nie bierzesz spraw w swoje ręce, taka jest prawda!

Douglas instynktownie sięgnął do tylnej kieszeni po batonik, ale powstrzymał się i udał, że poprawia sobie bluzkę.

Nauczyciel popatrzył na niego, kręcąc głową.

– Leć już. Zrób sobie przynajmniej przerwę. I postaraj się omijać szerokim łukiem Kurta i jego paczkę.

Douglas z opuszczoną głową skierował się w stronę szatni. Łzy przyćmiewały mu wzrok. Powinien wrócić do klasy i spędzić resztę przerwy z kolegami, być może nawet próbując zawrzeć jakieś przyjaźnie. Ale ostatecznie był tu dopiero od kilku tygodni, a do zakończenia szkoły zostały jeszcze całe trzy miesiące: masa czasu na znalezienie nowych przyjaciół.

Tymczasem poszedł do szatni, przeszedł przez nią bez zatrzymywania się, aż znalazł się na korytarzu prowadzącym na zewnątrz budynku. Chwilę później, wolny jak wiatr, przemierzał w słońcu ulice Bostonu. Prawie wolny jak wiatr, bo przecież, jakby nie patrzeć, był na wagarach, czego ojciec nigdy nie puściłby mu płazem.

– Guzik mnie to obchodzi – powiedział na głos, strasząc obarczoną siatkami kobietę.

Kiedy doszedł do luksusowego apartamentowca, w którym jego ojciec wynajmował mieszkanie, było prawie wpół do czwartej. Brakowało niewiele czasu do zakończenia lekcji i być może nawet nikt się nie zorientował, że jest nieobecny.

Wjechał windą na dziesiąte piętro.

Poszedł prosto do pokoju i, wykończony, rzucił się na łóżko. Podziwiał sufit, na którym przykleił fluorescencyjne naklejki z konstelacjami, żeby widzieć je w ciemności, przed zaśnięciem. Prawie wszystkie już odpadły.

Ze sterty leżącej na szafce nocnej wziął od niechcenia dwa ulubione komiksy i patrzył na nie niezdecydowany:Spiderman czy X-Men? Jego uwagę przyciągnęła ukryta między komiksami kartka: wydruk ostatniego maila od Crystal. Dostał go mniej więcej dwa tygodnie temu, ale jeszcze jej nie odpowiedział. Był niezdecydowany. Dokładnie tak jak teraz.

Zdał sobie sprawę, że ostatnio słowo „niezdecydowany” zbyt często oddawało jego stan ducha.

Przeczytał list po raz setny.

Cześć, Doug, jak leci? Tutaj, w Misty Bay, wszystko okej. Życie z twoim wujostwem też, chociaż czasami są w stosunku do mnie zbyt opiekuńczy, jak na mój gust. Szkoła tak samo jak zwykle nudna, podobnie jak koleżanki i ich typowe babskie rozmowy, które najczęściej doprowadzają mnie do szału. Na szczęście jest Peter, przed nim mogę się otworzyć. Wiesz, że koniec końców zawsze schodzimy na twój temat? No i oczywiście na temat przygody z ubiegłego lata, na temat Angusa Scrimma i Niewidzialnych! Tak, bo od tamtego czasu jest tylko nuda i nuda. Dlatego pomyślałam sobie, że na przerwę wielkanocną ty i Peter moglibyście przyjechać do mnie i do twojego wujostwa do Dark Falls, w Massachusetts. Pojechaliśmy tam na Boże Narodzenie, a wujek Ken powiedział mi, że jeszcze nigdy tam nie byłeś. Wiesz, tam jest naprawdę cudownie. Najlepsza jest stara duża bacówka, od pokoleń należąca do rodziny cioci Hettie. Co do miasteczka, to niewiele różni się od innych amerykańskich miejscowości, tylko że ono dodatkowo ma LEGENDĘ...

Douglas poprawił sobie poduszkę na oparciu łóżka: teraz zbliżał się do najbardziej niepokojącej części.

Jesteś gotowy? W takim razie trzymaj się mocno i czytaj dalej. Legenda mówi o pewnej Maryann, żyjącej w XVIII wieku w lasach powyżej Dark Falls. Zdaje się, że była czarownicą, która zabijała młode kobiety, żeby poświęcić je demonowi! Na szczęście natknęła się na pewnego Algernona Fincha, ludowego bohatera, który stawił jej czoła i zdołał ją pokonać, zrzucając z urwiska, nazywanego od tamtej pory Urwiskiem Czarownicy. Niestety, podczas walki stracił też życie sam Finch. Jeszcze dzisiaj każdemu, kto jest na Urwisku Czarownicy, może się przytrafić, że usłyszy krzyki i wrzaski tej tragicznej nocy!

Douglasa przeszył dreszcz. Jeśli tę historyjkę opowiedziałby mu ktoś inny, tylko by się zaśmiał, ale teraz wcale nie wydawała mu się zabawna, bo opowiadała mu ją Crystal – dziewczyna posiadająca wyjątkowe m o c e!

List na tym się nie kończył, a dalej było tylko gorzej.

Doug, wyobrażam sobie, że wiesz, co chcę ci powiedzieć, więc przejdę od razu do rzeczy: mam zamiar zrobić małe dochodzenie i twoja moc bycia „drzwiami” mogłaby być pomocna. Krótko mówiąc, dlaczego by nie? My troje razem wzięci jesteśmy naprawdę wielcy, tak mi się wydaje. Dlatego pozwól mi to w końcu napisać: znowu nas potrzeba, potrzeba Niewidzialnych!

List kończył się pozdrowieniami, ale Douglas przestał czytać. Położył wydruk na narzucie łóżka.

Jego moc bycia „drzwiami”... Od czasu przygody w Misty Bay nie dała więcej o sobie znać i nie miał już kontaktu z bandą dzieci zjaw, którym on, Crystal i Peter ukradli nazwę... Niewidzialni. Sporadycznie śledził ich losy w artykułach Roberta Kershawa, publikowanych w tandetnych czasopismach ezoterycznych. Uśmiechnął się, rozmyślając o dziennikarzu, który był tak blisko odkrycia tajemnicy Niewidzialnych i który do tej pory jeździł po Ameryce w poszukiwaniu miejsc, gdzie natknięto się na tę bandę widm.

Cóż, teraz on też nie miał z tym wszystkim już nic wspólnego i wcale nie ubolewał z tego powodu. Koniec niespokojnych przebudzeń w środku nocy, koniec ze śnieniem na jawie! W końcu mógł wieść zwyczajne życie przeciętnego amerykańskiego dwunastolatka. I wcale nie był pewien, czy jest gotowy zrezygnować z tego wszystkiego.

Spojrzał na prawą dłoń, w której trzymał na wpół zjedzony batonik czekoladowy. Widocznie wyciągnął go bezwiednie z kieszeni spodenek i nawet się nie zorientował, jak zaczął go podjadać...

„Zrezygnować z tego wszystkiego?” – pomyślał. Ale z czego wszystkiego? Z batoników? Ze szkolnych kolegów, wśród których nie miał ani jednego przyjaciela i którzy nie dawali mu żyć? Z ojca, którego nigdy nie było, a kiedy wreszcie wracał wieczorem, przynosił ze sobą do domu pracę?

Usłyszał, jak zamykają się drzwi wejściowe. Schował batonik w szufladzie komody i usiadł przy biurku, otwierając podręcznik na przypadkowej stronie.

– Douglas, jesteś?

To tata. Musieli go powiadomić o ucieczce ze szkoły i dlatego wrócił wcześniej niż zwykle.

– Jestem tutaj – odpowiedział, próbując nadać swojemu głosowi swobodny ton.

Ojciec, człowiek wysoki, młodo wyglądający, w nieskazitelnym granatowym garniturze, stanął w progu drzwi do pokoju. Wyglądał na rozzłoszczonego, ale kiedy zobaczył syna, westchnął, zrobił kilka kroków naprzód i usiadł na łóżku.

– Douglas, o co chodzi tym razem?

Chłopiec poczuł się urażony jego postawą, lecz zaraz uświadomił sobie, że pytanie było całkowicie na miejscu: o co chodzi tym razem? Od jakiegoś czasu sprawy nie układały się dobrze ani w szkole, ani w domu. Mniej więcej od kiedy dowiedział się o kolejnej przeprowadzce, która miała zaprowadzić ich do Bostonu.

– Chodzi o to, że przyszedłem do domu – powiedział Douglas, nie obracając się, żeby nie patrzeć ojcu w twarz.

– Tak, to widzę, ale dlaczego?

– Nie chciałem już być w szkole.

– Bo?

– Bo postanowiłem przyjść do domu.

– Douglas, chcesz tak rozmawiać aż do nocy?

– Mam już tego dość. Moi koledzy z klasy to idioci.

– Ale jesteś w tej szkole dopiero od dwóch tygodni, może jeszcze nie poznaliście się wystarczająco dobrze. A poza tym to niemożliwe, że wszyscy są idiotami.

– To jest możliwe.

– Wiem, że te częste przeprowadzki, zmiana szkół, przysparza ci problemów, ale taka jest moja praca. Rozmawialiśmy o tym już tysiąc razy i...

„No tak, rozmawialiśmy dokładnie tysiąc razy – pomyślał Douglas – albo może nawet tysiąc i jeden albo tysiąc i dwa, albo tysiąc i trzy...”. Mógłby tak ciągnąć w nieskończoność, ale nie miałoby to wielkiego sensu, dlatego po prostu odpowiedział:

– Tym razem to co innego.

– Innego?... W jakim sensie?

– Bo mam już tego dość.

Informacja w końcu dotarła do ojca: Douglas miał już dość, to było sedno całej sprawy. Westchnął więc tylko i powiedział:

– Douglas, spójrz na mnie. Powiedziałem: spójrz na mnie.

 Chłopiec popatrzył na ojca.

– Co ja mogę zrobić, Doug? Taka jest moja praca. Bez przerwy muszę się przenosić, nic na to nie poradzę.

– Mógłbyś poprosić o zmianę stanowiska. Kiedyś mi powiedziałeś, że to zrobisz.

 Tym razem to ojciec odwrócił wzrok.

– To prawda, Doug. Kiedyś tak powiedziałem... Ale problem polega na tym, że...

Szukał słów, ale trudno było wytłumaczyć synowi, który wychowywał się bez matki, jak bardzo ważna jest dla niego ta praca, jak bardzo musiał się namęczyć, żeby ją dostać i że było to dokładnie to, o czym marzył.

William Macleod kochał swojego syna, ale widział zbyt wielu przyjaciół i kolegów z pracy, którzy wraz z upływem lat wypalili się i byli sfrustrowani, wykonując pracę, która ich nie pasjonowała. On nie chciał tak skończyć. Ale co miał odpowiedzieć dwunastoletniemu dziecku, które prosiło go o pomoc?

Tak naprawdę jedno rozwiązanie mogłoby się znaleźć. Już od kilku miesięcy szukał właściwego sposobu, żeby mu to zaproponować.

– Douglas, ty nie możesz zrezygnować ze szkoły, a ja... nie mogę zrezygnować z mojej pracy. Dlaczego nie znajdziemy jakiegoś złotego środka?

Chłopiec popatrzył na niego, czekając na jakieś oszukaństwo. Był pewien, że ono zaraz się pojawi.

– Jeden z moich przyjaciół – kontynuował ojciec – jest w podobnej sytuacji. To znaczy on i jego córka mają ten sam problem... I pokazał mi folder pewnej bardzo prestiżowej szkoły w małej miejscowości w Maine, nad pięknym jeziorem. Nazywa się Doom Rock. Jego córka, Sharon, teraz tam się uczy i...

– Chcesz mnie wysłać do szkoły z internatem?! – wykrzyknął z niedowierzaniem Douglas. – Chcesz się mnie pozbyć, prawda? Nic cię nie obchodzę, tak?

Mężczyzna wstał i usiadł obok syna:

– Douglas, nie opowiadaj głupot. Będziemy się widywać w każdy weekend albo, jeśli nie w każdy, to w większość weekendów. A na święta...

Ale chłopak miał już oczy pełne łez i wcale go nie słuchał.

– Widziałeś już ten folder?! Chodzi ci tylko o to, żeby się ode mnie uwolnić! Jestem dla ciebie tylko ciężarem!

 William Macleod próbował chwycić dłoń syna, ale nie udało mu się.

– To byłoby też dla twojego dobra, Douglas. – Nie mógł wiedzieć, że użył takich samych słów jak Kurt, kiedy uczepił swojego kolegę do flagowego masztu. – Myślisz, że nie widzę, jak cierpisz, kiedy musisz zostawiać przyjaciół, gdy tylko się z nimi zaprzyjaźniasz, jak musisz ciągle nadrabiać zaległości, żeby być na bieżąco z programem szkolnym? Słuchaj, moglibyśmy spróbować. Tylko spróbować. Jeśli się nie uda, nadal będziesz mieszkał ze mną. Co ty na to?

Douglas wyszedł z pokoju.

– Co ty na to? – powtórzył ojciec, ale drzwi od łazienki już się zamknęły.

Siedząc na brzegu wanny, Douglas Macleod ukrył głowę w dłoniach: zdawało mu się, że bierze udział w jakimś horrorze. Najpierw szkoła, a teraz jego ojciec, który próbował się go pozbyć. Co mógł zrobić?

C o  m ó g ł  z r o b i ć?

Niedawno postanowił nie odwiedzać Crystal i Petera u wujostwa w Dark Falls. Nie miał zamiaru znowu pakować się jakieś tarapaty. Teraz jednak wydawało mu się to jedynym rozwiązaniem: musiał się wyżyć, znów poczuć się kochanym. Potrzebował swoich przyjaciół.

Pojedzie do Petera i Crystal w Dark Falls.

ROZDZIAŁ 2.W pociągu

Douglas lubił podróżować pociągiem. Jeśli tylko mógł, starał się siadać obok okna, czytał, patrzył na pola, lasy, domy i zastanawiał się, co w danym momencie robią ich mieszkańcy. Zazwyczaj wyobrażał sobie, że za firankami okien rozgrywają się nie wiadomo jakie przygody, ale tym razem oczami wyobraźni był w stanie zobaczyć jedynie szczęśliwe i liczne rodziny siedzące przy stole i prowadzące mniej więcej tego typu rozmowy: „Podaj mi to, proszę…”, „Już podaję”, „Możesz mi nalać czegoś do picia?”. Do tego dużo śmiechu wszystkich współbiesiadników.

Im więcej o tym myślał, tym bardziej czuł się zdołowany; a im bardziej czuł się zdołowany, tym więcej o tym myślał...

– Pewnie zastanawiasz się, co dzieje się teraz w tych domach, co? – zapytał go korpulentny pan o przebiegłym wyrazie twarzy, szturchając łokciem chudego gościa obok siebie. – Ja też tak robiłem w twoim wieku. Wyobrażałem sobie okropne historie, prześladowane dziewczyny, ratujących je bohaterów; albo przybyłe z kosmosu potwory, szykujące inwazję na Ziemię. – Pochylił się do przodu, puszczając do niego oko. – Jeśli mam być szczery, to powiem ci, że nadal to robię. A ty, co widzisz?

Douglas spojrzał na niego niechętnie.

– Widzę domy – odburknął. – W końcu nie mam pięciu lat.

Chudy gość wybuchnął śmiechem, a ten korpulentny odchrząknął, czerwieniąc się, i rzucił:

– To przez te japońskie kreskówki nie macie za grosz wyobraźni. – I ponownie zatopił się w lekturze gazety.

 Douglas wstał i wyszedł na korytarz, żeby rozprostować nogi.

 Ostatnia godzina podróży była równie deprymująca jak te wcześniejsze. Nawet śniadanie w wagonie restauracyjnym, które zawsze napełniało go entuzjazmem, tym razem nie podniosło go na duchu. Przynajmniej nie za bardzo.

Po raz setny spojrzał na zegarek: już za pięć jedenasta. Pociąg powinien dojechać na miejsce punktualnie o jedenastej.

Widok za oknem był wspaniały: słońce wysoko nad górami i bardzo rozległy las. Oto i pierwsze domy peryferii Dark Falls: w większości niewielkie, dwupiętrowe wille.

Kiedy pociąg jeszcze bardziej zwolnił, Douglas z wrażenia aż otworzył usta. Miasteczko wyglądało, jakby czas zatrzymał się tutaj kilka wieków temu. Domy wydawały się nowe i w większości zbudowane były z drewna: miały pokryte deskami ściany, spadziste, szpiczaste dachy i nie więcej niż dwa piętra. Ulice były z ubitej ziemi. Ale najdziwniejsi w tym wszystkim byli ludzie. Musiał trafić na jakieś wyjątkowe święto, bo wszyscy mieli na sobie ubrania z minionej epoki: mężczyźni kurtki z czarnego lub brązowego materiału, wykończone szerokimi białymi, haftowanymi kołnierzami i śmieszne czapki w kształcie ściętego stożka; kobiety zaś ubrane były w długie, czarne suknie, czasami z białymi, wiązanymi w pasie fartuszkami. Na głowach nosiły koronkowe czepki, również białe.

Brakowało tu jednak typowej radości wiejskich festynów. Bardziej niż na święto, wyglądało to na scenę z jakiegoś historycznego programu dokumentalnego.

Nagle błysnęło i zerwał się silny wiatr. Douglas spojrzał na niebo i zobaczył, że słońce zniknęło za ciemnymi chmurami, zza których przebijało szare, metaliczne światło. Kolejny błysk. Kiedy pociąg się zatrzymywał, chłopiec ponownie przyjrzał się ulicom i zauważył, że są opustoszałe. Czyżby ludzie wystraszyli się załamania pogody i pouciekali do domów? Nie, tam ktoś biegł. Wyglądał... wyglądał na chłopaka w wieku mniej więcej dwudziestu lat. On też miał na sobie elegancki strój z minionej epoki, ale sprawiał wrażenie, że jest czymś bardzo wstrząśnięty. I jeszcze coś: biegł niesłychanie szybko, ledwie dotykając ziemi. W jednej chwili oddalił się w stronę górnej części miasta, w stronę gór, potem...

Potem zadaszenie stacji zasłoniło widok, przesuwając się z lewej strony na prawą jak rozsuwane drzwi i pociąg zatrzymał się z ostrym piskiem.

Kiedy Douglas stanął w drzwiach pociągu, chmury oddalały się, a słońce ponownie rozjaśniało wszystkie kolory. Powietrze nie wydawało się zimne, ale kiedy postawił stopę na chodniku stacji, powiew mroźnego wiatru spowodował, że przeszył go dreszcz. Przewiesił torbę przez ramię, wziął walizkę i rozejrzał się dookoła. W przeciwieństwie do zabudowań miasteczka, malutki dworzec kolejowy w Dark Falls był zupełnie typowy, identyczny jak wszystkie widziane po drodze.

Jego uwagę zwróciła pewna kobieta z synem, którzy żywo dyskutowali. Chłopak, sprawiający wrażenie dystyngowanego i pewnego siebie, miał na nosie niemodne okulary, ubrany był w bardzo elegancką granatową marynarkę, czerwony sweter z dekoltem w kształcie litery V i granatowy krawat, krótkie, także ciemnogranatowe spodnie oraz granatowe buty.

Teraz Douglas przyjrzał się sobie: ubrany był w typową dla gajowego dżinsową kurtkę z podpinką, koszulę w czerwono-zieloną kratę i wytarte dżinsy: na nogach miał brudne sportowe buty Bigfoot z przezroczystą podeszwą, przez którą widać było amortyzatory. Swego czasu te buty nawet wydawały dźwięki, ale nie teraz, kiedy wyładowały się już baterie.

– Nie, nie mogę tak po prostu odjechać i zostawić cię tutaj – mówiła matka do dziwacznie ubranego chłopca. – Jest jeszcze czas. Może będzie lepiej, jeśli zabiorę cię ze sobą...

– Nie martw się, mamo. Zresztą już się umówiliśmy: jeśli do jutra nie wróci, biorę pierwszy pociąg i wracam do domu.

Kobieta popatrzyła na niego surowo.

– Dasz radę? Nigdy nie jechałeś sam pociągiem.

– Mamo, czytałem o tym w książkach i widziałem w wielu filmach. A poza tym zostawiłaś już napiwek kierownikowi pociągu, prawda? Zobaczysz, że on się mną zaopiekuje.

– No tak, ale to mnie wcale nie uspokaja. Wiesz, że dla mnie i dla taty jesteś największym szczęściem.

Pomału na ustach Douglasa rysował się gorzki uśmiech. To musiało być piękne mieć rodziców, którzy tak bardzo cię kochają i na dodatek to okazują. Ten chłopiec był po prostu szczęściarzem.

– Och, Bóg jeden wie, co przydarzyło się tej twojej koleżance – kontynuowała mama. – A jeśli w okolicy grasuje jakiś maniak, który porywa dzieci?

– A gdzie tam, mamo! Co też ci przychodzi do głowy. Wiesz, to jest... oryginalna dziewczyna. Słyszałaś, co mówił pan Halloway: czasami lubi znikać, ale potem wraca, znam ją. A poza tym w tym pociągu na pewno jest Douglas i...

– Był. Teraz stoi za tobą! – odezwał się w końcu Douglas.

– Doug! – zawołał chłopiec głosem pełnym radości i ulgi.

– Nigdy nie odpuszczasz, co? – zawołał Douglas, ściskając go. – Spójrz tylko na siebie, w y g l ą d a s z  ś w i e t n i e !

– Ha! Ha! Ha! – wyskandował Peter – Bardzo śmieszne! – W głębi serca cieszył się jednak, że wreszcie może uścisnąć przyjaciela.

– Dzień dobry, pani Peaky. – Douglas energicznie uścisnął jej dłoń. – Jak się miewa pani mąż?

– Ma się dobrze, dziękuję. A twoi... a twój tata?

– Doskonale. Uwolnił się ode mnie na kilka dni i teraz pewnie żyje pełnią życia.

– Jestem pewna, że wolałby mieć cię przy sobie – odpowiedziała zdecydowanie kobieta, a potem spojrzała na obu chłopców tak, jakby wybierali się na samobójczą misję.

Komunikat z megafonu zakończył ich rozmowę.

– To twój pociąg, mamo! – zawołał Peter. – Chodźmy, bo ci ucieknie! – Popchnął ją ponaglająco w kierunku peronu.

– Pamiętasz, co ci mówiłam, tak? – powiedziała raz jeszcze kobieta. – Jeśli nie wróci do jutra, wsiadaj do pierwszego pociągu i wracaj do Misty Bay...

– Dobrze, mamo – przerwał jej Peter. – Przecież tak się umówiliśmy, prawda?

Dotarli do pociągu. Kobieta popatrzyła na syna zrezygnowana i mocno go uścisnęła.

– Uważaj na siebie i dzwoń. – Potem obróciła się w stronę Douglasa, chwyciła go za głowę i dała mu buziaka w czoło. – Oddaję go w twoje ręce, bo ty jesteś rozważny. Uważajcie na siebie!

– Proszę się o nic nie martwić, pani Peaky – odpowiedział Douglas niewinnie.

Kiedy pociąg stał się malutkim punktem na horyzoncie, słodki, kojący uśmiech zniknął z twarzy Douglasa.

– Co jest? Nie mów mi tylko, że ledwo co przyjechaliśmy, a Crystal jest już w tarapatach!

– Niestety muszę to potwierdzić: jest dokładnie tak, jak mówisz.

Z rozbawieniem i czułością Douglas przypomniał sobie nadęty styl wysławiania się swojego przyjaciela, który sprecyzował:

– Przejdę od razu do sedna: Crystal zniknęła. 

Douglas westchnął.

– Tyle to już zrozumiałem. Kiedy i jak to się stało?

– Nie wiem, przyjechałem do Dark Falls dziś rano nocnym pociągiem. Crystal i twoi wujostwo byli tutaj od soboty wieczorem, czyli od czterech dni. Wczorajszy wieczór spędziła ponoć w sypialni. Wujek Ken powiedział, że widział ją lekko podenerwowaną, ale tak naprawdę była w takim stanie już od jakiegoś czasu. Wysłał na zwiady ciocię Hettie, żeby zapytała, czy coś ją gryzie, ale Crystal zapewniała, że wszystko jest w porządku. I na dodatek wyglądała na zdziwioną.

– Akurat! Głupia, zgrywająca się aktorka!

– Hmm, ja też myślę, że albo nie chciała albo nie mogła wyjawić przyczyny swojego niepokoju. W każdym razie dziś rano zniknęła, jej łóżko było nietknięte, a okno w sypialni uchylone.

– Wujek Ken był już na policji?

– Szeryf jest jego kumplem. Zaczął już poszukiwania i w najgorszym razie jutro rano zorganizuje grupę ochotników, którzy będą przeszukiwać las.

– Słuchaj, a ta gadka o maniaku to tylko hipoteza, czy może doszło już do innych zniknięć?

– Nie, nie obawiaj się. Z tego, co wiem, Dark Falls zawsze było spokojnym miasteczkiem. Nie licząc tego lokalnego przesądu...

– Nie licząc czarownicy, znaczy się – uprzedził go Douglas.

– Nie licząc czarownicy – powtórzył zamyślony Peter.

Przyjaciele skierowali się w stronę wyjścia ze stacji. Douglas przełożył torbę przez ramię, a Peter zaoferował się, że weźmie jego walizkę.

– Co o tym myślą tutejsi? Chodzi mi o czarownicę – dopytywał Douglas.

– Zdaje się, że udają, iż nie ma tematu, ale nie sądzę, żeby w rocznicę jej śmierci ktoś z nich pozwolił swoim dzieciom bawić się koło lasu.

– A kiedy przypada ta szczęśliwa data?

– W przyszłym tygodniu, w poniedziałek.

– No niech to! Co za zbieg okoliczności...

Kiedy wyszli na zewnątrz, Douglas zamilkł i rozglądał się dookoła zdezorientowany.

– Co jest? – zapytał Peter.

– Nic... chyba. Tylko że z okien pociągu miasto wydawało mi się trochę inne… – Zszedł kilka stopni po schodach. Ulice były asfaltowe i jeździły po nich samochody terenowe i inne najzwyczajniejsze w świecie środki lokomocji. Domy i sklepy miały zdecydowanie nowoczesny wygląd, tak jak przechodnie, którzy mieli na sobie długie kurtki i buty trekkingowe. – W pociągu wydawało mi się... Słuchaj, nie ma dzisiaj przypadkiem jakiegoś święta? Nie wiem, czegoś, gdzie ludzie chodzą ubrani w tradycyjne kostiumy z XVIII i XIX wieku...?

Peter popatrzył na niego z uśmiechem.

– Wiesz, co ci powiem? Odnoszę wrażenie, że miałeś piękny sen!

 Douglas spoważniał.

– Możliwe, ale jeśli dobrze pamiętasz, gdy przyjechałem do Misty Bay, też miałem piękny sen na jawie.

 Peter przestał się uśmiechać i odwzajemnił jego spojrzenie.

– A czy ostatnio znowu ci się to zdarzyło?

Douglas nie odpowiedział od razu. Nie odrywając wzroku od ulicy, lekko pokręcił głową. 

Znowu wiał ten mroźny wiatr.

ROZDZIAŁ 3.Dom cioci Hettie

Szli przez Dark Falls, nie zamieniając ze sobą ani słowa. Minęło wiele miesięcy od czasu ich ostatniej przygody, a mimo to obu zdawało się, że czas zatrzymał się w miejscu.

Myśleli, że mają sobie wiele do opowiedzenia, ale kiedy ponownie się spotkali, zdali sobie sprawę, że to, co wydarzyło się w międzyczasie, tak naprawdę nie miało żadnego znaczenia. Zupełnie jakby żyli w jakimś letargu. W końcu jednak się obudzili i znowu byli razem. Ale brakowało Crystal i to na niej koncentrowały się ich myśli.

Dark Falls było dokładnie takie, jak wyobrażał je sobie Douglas na podstawie opisu ojca: senne, spokojne i czyste górskie miasteczko. Czasami mogło się wydawać, że znajdują się w Europie, w jakiejś alpejskiej miejscowości. W architekturze przeważały kamienie, biały gips, ciemne drewno i wszędzie widoczne belki. Na balkonach stały skrzynki z kwiatkami, a w oknach wisiały koronkowe firanki.

Przeszli przez Skyline Road, główną drogę. Byli już na skraju iglastego lasu, kiedy Peter stwierdził:

– Jesteśmy na miejscu. Oto dom twojej cioci.

Douglas przyjrzał się budynkowi. Była to dość duża, dwupiętrowa leśniczówka ze strychem: miała spadzisty dach pokryty dachówką, kamienne ściany oraz drewniane balkony. Niewiele różniła się od innych budynków w okolicy.

– Idź pierwszy – powiedział Peter, otwierając drewnianą furtkę do ogrodu, w którym królowała wysoka jodła. 

Douglas skierował się w stronę głównych drzwi, ale przyjaciel zawołał go i dał mu znak, żeby szedł za nim.

W bocznej ścianie domu było duże okno wychodzące na kuchnię. Podeszli bliżej i w tym samym momencie usłyszeli brzęk szklanego przedmiotu rozbijającego się o podłogę. Douglas rzucił Peterowi pytające spojrzenie i zajrzał przez okno do kuchni; przy stole siedziała ciocia Hettie. Wyglądało na to, że jest sama. Wydawała się bardzo zmęczona.

I wtedy Peter zapytał o coś zupełnie nie na miejscu:

– Pamiętasz Oliwię? Oliwię Oyl z bajki Popeye?

Douglas popatrzył na niego zdziwiony. Właśnie w tym momencie otworzyły się balkonowe drzwi w kuchni.

– Douglas! – zawołała ciocia Hettie, biegnąc mu naprzeciw. – Jesteś!

Nim chłopiec zdążył zareagować, korpulentna kobieta chwyciła go w ramiona i podniosła na wysokość swoich ust.

– Mm… dzień dobry, mm… ciociu mm… Hettie... – wybełkotał Douglas z ustami przyciśniętymi do jej policzków.

– Dziękuję, że go przyprowadziłeś, Peter – powiedziała kobieta, opuszczając go na ziemię.

– Cała przyjemność po mojej stronie, proszę pani – odpowiedział rozbawiony.

– Ciociu, powiedz nam szybko, co z Crystal? Wiadomo coś nowego? Wróciła? Opowiadaj!

– Nic nowego, niestety – odpowiedziała posępnie. Miała zaczerwienione oczy i było jasne, że niedawno płakała. – Czekam na twojego wujka. Poszedł pomagać szeryfowi w poszukiwaniach. Mam nadzieję, że to tylko głupi żart i że Crystal lada chwila wróci do domu.

Przyjrzała się bacznie obu chłopcom i ze smutnym uśmiechem dodała:

– Nie przekonuje to was, co? Szczerze mówiąc, ja też w to nie wierzę. To do niej niepodobne… – Hettie zebrała się w sobie, jakby starała się nabrać odwagi. – No już, wchodźcie, nie stójcie tak na zewnątrz. – Wepchnęła ich do kuchni. – Douglas, przedstawię ci kogoś. – Wskazała na dziewczynę w wieku mniej więcej dwudziestu pięciu lat, która kucała na podłodze. W rękach trzymała zmiotkę i szufelkę pełną kawałków potłuczonej szklanki.

– Cześć, Martha – przywitał się nieśmiało Peter.

„To dlatego nie widziałem jej przez okno” – pomyślał Douglas, gdy dziewczyna wstawała.

– Douglas, Martha. Martha, Douglas – przedstawiła ich sobie ciocia.

Dziewczyna odłożyła zmiotkę oraz szufelkę i uśmiechając się, wyciągnęła dłoń w stronę Douglasa, który stał z otwartymi ustami. Cała była jakaś taka długa: ramiona, nogi, dłonie, stopy i włosy też miała długie, bo spięła je w kok z tyłu głowy. Miała na sobie dżinsy i czerwony golf. Jeśli chodzi o wzrost, to musiała mieć około metra osiemdziesięciu. „Oliwia... – pomyślał Douglas. – To Oliwia!”.

– Hej, Douglas – powiedziała. – Twoja ciocia cały czas opowiada mi o tobie.

– Cokolwiek mówiła, to wszystko nieprawda! – zażartował jak pewien playboy z filmu, który ostatnio oglądał. Zaczerwienił się przy tym i odwzajemnił uścisk dłoni Marthy. Była energiczna.

– Babcia Marthy i ja byłyśmy przyjaciółkami – wyjaśniła ciocia Hettie. – Spędziłyśmy razem dzieciństwo w Dark Falls. Martha przyjechała tutaj, żeby dokończyć swoją pracę magisterską.

– Naprawdę? Na jaki temat?

– Piszę o historii Dark Falls – powiedziała dziewczyna. – Ja też spędziłam tu w dzieciństwie kilka razy wakacje i od zawsze interesowały mnie historia i lokalne legendy.

– A czarownica? – zapytał Douglas, dziwiąc się samemu sobie, że o to pyta. 

Martha uśmiechnęła się szeroko. Była dużo ładniejsza od Oliwii.

– No, oczywiście. Nie mogłabym jej pominąć. Do dziś pamiętam, jaki ubaw miała moja babcia, terroryzując mnie swoją legendą, kiedy chciała mnie zdyscyplinować. Ale coś mi się zdaje, że niepokojące historie nie są odpowiednią bronią dla babć z bojaźliwymi wnukami… Słuchajcie – zawołała raźno, rzucając okiem na ciocię Hettie – przed waszym przyjazdem zaczęłam robić sok z pomarańczy! Wy też się napijecie?

– Fantastycznie! I nawet jeśli Peter nigdy nie śmiałby przyznać się do tego otwarcie, jestem pewien, że on też chętnie by się napił – powiedział Douglas. Przyjaciel spojrzał na niego spode łba.

– No, to chodźcie na sok.

– Och, nie fatyguj się, Martho – powiedziała ciocia Hettie, idąc w stronę kredensu. – Ja go przygotuję.

– W żadnym wypadku, Het. Moja kolej. Nie pozwalasz mi nigdy nawet kiwnąć palcem, ale dzisiaj to ja chcę coś zrobić.

– Na pewno to nie problem?

– Słowo honoru – odpowiedziała. W jednej chwili wzięła od cioci Hettie wyciskarkę do owoców i w pośpiechu kopnęła leżącą na podłodze szufelkę, rozrzucając dookoła kawałki szklanki.

Douglas schylił się, żeby je pozbierać i zderzył się z Marthą, która chciała zrobić to samo.

– Aj! Przepraszam, Martho – powiedział, masując sobie głowę.

– Nie, to ja przepraszam – odpowiedziała, chwiejąc się.

– Auć! – jęknął Peter, który zbierając kawałki szkła, skończył z ręką pod butem dziewczyny.

– O, do licha, Peter! Przepraszam. Jestem trochę zdenerwowana. Może będzie lepiej, jak usiądziecie razem z ciocią Hettie i zostawicie to mnie.

Obolali Douglas i Peter usiedli przy stole. Dziewczyna pozbierała szybko szkło i wzieła się za dalsze wyciskanie soku z pomarańczy.

– Douglasie – powiedziała nagle ciocia Hettie – może chcesz zadzwonić do taty, żeby dać mu znać, że dojechałeś? 

Douglas odwrócił wzrok.

– Nie, dziękuję, ciociu. Nie ma takiej potrzeby. Zapewniam cię, że on się nie martwi.

Kobietę zastanowiły gorzkie słowa chłopca, ale uznała, że na razie lepiej będzie o nic nie pytać.

– Wiecie, w czasie przerwy wielkanocnej Martha będzie animatorką na obozie dla dzieci ze szkoły podstawowej.

– Biedne dzieciaki! – wyrwało się Douglasowi. – To znaczy, chciałem powiedzieć biedne dzieciaki, że muszą spędzać czas same, z dala od domu – próbował naprawić swój błąd.

– Ale odnoszę wrażenie, że większość z nich świetnie się bawi – odpowiedziała Marta z szerokim uśmiechem. – Wiecie, organizujemy też wycieczki poza Dark Falls, gdzie uczą się używać kompasu i rozpoznawać ślady zwierząt. Robimy zawody w strzelaniu z łuku, siatkówce, pływaniu kajakiem po pobliskim jeziorze, a wieczorami śpiewamy przy ognisku i opowiadamy sobie straszne historie... Staramy się maksymalnie zapełniać im czas, żeby nie myśleli o domu.

– Jak dla mnie, to jest to kolejny sposób rodziców, żeby na jakiś czas pozbyć się dzieci – stwierdził Douglas z tak nietypową dla siebie stanowczością, że zarówno Peter, jak i ciocia Hettie spojrzeli na niego z zaciekawieniem. Ale nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, rozległ się odgłos zamykanych drzwi wejściowych.

– Kendred! – zawołała ciocia Hettie, wybiegając z kuchni. Pozostali poszli za nią w kierunku wejścia, gdzie wujek Ken ściągał już kurtkę.

– I co? Coś nowego? – zapytała kobieta. Ale wystarczyło jedno spojrzenie, żeby odgadnąć, że wiadomości nie były dobre.

– Jeszcze nic, Het – odpowiedział jej mąż, nie podnosząc wzroku. W ręce trzymał niepewnie płócienną torbę. W końcu powiesił ją na wieszaku razem z kurtką i podszedł do cioci, siląc się na swobodny ton. – Ale szeryf zapewnił nas, że jeśli nie znajdziemy jej do wieczora, jutro rano dostaniemy z pobliskiego hrabstwa helikopter. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. – Objął mocno ciotkę. Douglas zauważył, że wujek Ken wyglądał tak, jakby od ubiegłego lata bardzo się postarzał.

– Douglas! – zawołał Ken, dopiero teraz zauważając chłopca. – Kiedy przyjechałeś? – Uwolnił się z objęć żony i podszedł do niego.

– Niedawno, wujku Ken – odpowiedział, odwzajemniając uścisk. – Więc nic nie wiadomo?

– Prawdę mówiąc, psy znalazły pewien trop pod oknem jej pokoju. Poszliśmy tym śladem dobry kawałek w las, ale straciliśmy go niedaleko potoku...

Zapadła głęboka, pełna niewypowiedzianych pytań, cisza. Co to mogło oznaczać? Że Crystal wpadła do potoku? Że przeszła na jego drugą stronę? Czy może ktoś ją do niego wrzucił? I co tam robiła? Dlaczego wyszła z domu w środku nocy, nie mówiąc nic nikomu? Nawet jak na kogoś takiego jak ona, wszystko to było bardzo dziwne.

Zadzwoniła komórka.

– Przepraszam – powiedziała Martha, wyciągając telefon z kieszeni. – Halo? – zaczęła. – Jestem u państwa Halloway... Nie, nic nowego. Aha, w porządku, zaraz będę, przepraszam.

Zakończyła rozmowę i dodała:

– To był mój kolega z pracy. Muszę wrócić na obóz...

– Och, biedna Martha – zawołała ciocia Hettie. – Ja cię tu zatrzymywałam, gdy tymczasem powinnaś była iść do pracy!

– Nic się nie stało – odpowiedziała z uśmiechem. – Zazwyczaj to ja muszę czekać, bo Mike przyjeżdża spoza miasta. Tym razem poczekał on i tyle. Teraz jednak muszę już iść.