Opis

Powieść Marthy Batalha przywołuje na myśl książki Isabel Allende i Eleny Ferrante.

Jest błyskotliwa, sugestywna, przesycona brazylijskim duchem, napisana z ciepłą ironią i dystansem. O autorce mówi się, że jest nadzieją najnowszej literatury brazylijskiej i nową mistrzynią opowiadania.

To historia dwóch sióstr, które dorastają w latach 40. XX wieku w Rio de Janeiro i nieustannie podejmują próby, by rola żony i matki nie była jedyną rolą w ich życiu.

Eurídice jest młodsza i poważniejsza, a Guida starsza, pewna siebie i zdeterminowana, by pójść własną drogą.

Pewnego dnia Guida ucieka z domu i zrywa kontakty z rodziną. Życie jednak nie szczędzi jej rozczarowań. Wkrótce sama musi zatroszczyć się o siebie i swoje dziecko.

Eurídice stara się być dobrą córką i poślubia mężczyznę, przy którym będzie się czuła bezpiecznie. Choć jest uzdolniona i ma liczne talenty, to mąż oczekuje od niej tylko jednego: by była perfekcyjną panią domu. Jak wiele ówczesnych kobiet, Eurídice akceptuje taką rolę. Ale do czasu...

Towarzysząc Guidzie i Eurídice, czytelnik poznaje galerię fascynujących postaci: Zélię, sąsiadkę plotkarkę, jej ojca Álvara, na którego rzucił klątwę potężny szaman, Filomenę, byłą prostytutkę, która została niańką, jednego z pierwszych milionerów Republiki, a także starego kawalera Antônia – podkochującego się w Eurídice właściciela składu papierniczego na rogu.

Powieść wciąga od pierwszej strony swoim rytmem i spójną konstrukcją, potwierdzając, że jej autorka jest doskonałą opowiadaczką historii.

Prawa do wydania powieści sprzedano do siedemnastu krajów, trwa jej ekranizacja w reżyserii Karima Aïnouza (premiera planowana na 2019).

Książka znalazła się na krótkiej liście do Prêmio São, jednej z najważniejszych literackich nagród w Brazylii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 210

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: A vida invisível de Eurídice Gusmão

Projekt okładki: Anna Światłowska

Redakcja:Małgorzata Burakiewicz

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Ewa Orzeszek, Ewa Rudnicka

Copyright © 2016 by Martha Batalha

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Katarzyna Mojkowska

ISBN 978-83-287-1171-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Juanowi, który wierzył we mnie już od pierwszej książki. To dzięki temu napisałam cztery kolejne, aż w końcu pojawiła się Eurídice.

Moim rodzicom, którym zawdzięczam o wiele więcej niż nazwisko.

A także Solveig, najlepszej nauczycielce portugalskiego, jaką tylko można sobie wyobrazić. Oto tamta dwunastoletnia dziewczynka odwdzięcza się teraz za to, czego ją Pani nauczyła.

Droga Czytelniczko, Szanowny Czytelniku!

Wiele z opisanych w tej książce historii wydarzyło się naprawdę.

Na ulicach Rio z powodu epidemii hiszpanki naprawdę leżały kiedyś stosy ciał.

Wersy, które wyrecytowała Maria Rita, są parafrazą wiersza poety Olava Bilaca, a ogłoszenie, które dała po zatrzaśnięciu się w pokoju, naprawdę ukazało się w dzienniku „Jornal do Commercio”.

W Rio faktycznie żył księgarz, równie francuski, co skąpy, który swój interes zapisał w spadku bratu, a nie swojej żonie.

Pewien ubogi chłopaczek zbił majątek na warzeniu piwa, tak jak się to przytrafiło twórcy piwa Tupã (a tym chłopaczkiem był mój prapradziadek).

Istniał człowiek, który skończył jak ten bohater, a jego losy opisał dziennikarz Luiz Edmundo w swoich książkach wspomnieniowych.

Na początku panowania Nowej Republiki najwykwintniejsze salony rzeczywiście prowadzili Heitor Cordeiro, Bebé Silveira i Raul Régis.

Muzyk Ernesto Nazareth naprawdę nie posiadał własnego fortepianu. Ćwiczył u przyjaciół albo w sklepach muzycznych przy ulicy Carioca.

Kompozytor Villa-Lobos odwiedzał szkoły, sławiąc zalety śpiewania w chórze, a w gminnej szkole imienia Celestina Silvy, jak opowiadał mi dziadek, naprawdę pracowała nauczycielka o bardzo dobrym sercu.

Ta powieść jest autentyczna przede wszystkim dzięki jej dwóm głównym bohaterkom, Eurídice i Guidzie. Czasem można je jeszcze spotkać. Najczęściej podczas świątecznych okazji, kiedy nerwowo mną w dłoniach serwetki. Przychodzą jako pierwsze i jako pierwsze wychodzą. Komentują smak dorszowych pulpecików; zależnie od pogody narzekają na upał albo deszcz; popijają czasem wino, ale tylko kapkę, tylko kapkę. Pytają, jak się miewa małżonek, czy córka siostrzenicy ma już sympatię, czy syn siostrzenicy już wie, co będzie robił w życiu. Czasem trzeba im pomóc podnieść się z kanapy, by mogły usiąść do kolacji. Od dawna nie mają apetytu i nie smakuje im nawet indyk.

Czasem ożywiają się w porze deseru, bo grzanki cynamonowe zawsze są mile widziane. Potem cichutko wracają na kanapę i wzrokiem kogoś, kto widzi już tylko to, co minęło, obserwują, jak młodzi otwierają prezenty.

Postacie Eurídice i Guidy są wzorowane na moich i waszych babkach.

1.

Gdy Eurídice Gusmão wychodziła za Antenora Campelo, nie tęskniła już tak bardzo za siostrą. Znów umiała się uśmiechać, kiedy usłyszała coś zabawnego, i była już w stanie przeczytać dwie strony książki, nie zastanawiając się, gdzie teraz może być Guida. Nadal jednak szukała jej w twarzach mijanych na ulicy kobiet, a pewnego razu miała wręcz pewność, że widzi Guidę w tramwaju jadącym w stronę Vila Isabel.

Z czasem jednak jej pewność całkiem się rozwiała, tak samo jak wszystkie inne pewności.

Nikt nie wie, dlaczego właściwie Eurídice wyszła za Antenora. Jedni są zdania, że do ślubu doszło tylko dlatego, że José Salviano i Manuel da Costa byli już po słowie z innymi dziewczynami. Drudzy upatrują przyczyny w chorobie ciotki Antenora, która nie była już w stanie prać bratankowi ubrań specjalnym lawendowym mydłem ani gotować mu rosołu z niewyczuwalnymi kawałkami cebuli, bo chociaż Nonô lubił jej posmak, to nie tolerował konsystencji i wystarczył jeden ukryty w daniu kawałek, by odbijało mu się przez całe długie podlewane alka-seltzerem popołudnie.

Są również tacy, którzy wierzą, że Eurídice i Antenor naprawdę się w sobie zakochali i że zadurzenie to trwało trzy minuty, czyli tyle, co ich wspólny taniec na balu maskowym w Clube Naval.

Tak czy siak, pobrali się w wypełnionym ludźmi kościele, a przyjęcie odbyło się w domu panny młodej. Podano dwieście dorszowych pulpecików i dwie skrzynki piwa, a gdy serwowano tort, goście wznieśli toast butelką szampana. Sąsiad, nauczyciel gry na skrzypcach, zaoferował się, że zagra na ich weselu. Krzesła przesunięto więc pod ściany, by pary mogły zatańczyć walca.

Na przyjęciu pojawiło się niewiele dziewcząt, bo Eurídice nie miała przyjaciółek. Przyszły dwie niezbyt stare ciotki, jedna niezbyt urodziwa sąsiadka i jedna sąsiadka niezbyt sympatyczna. Najpiękniejszą panną w salonie była ta, która spoglądała z oprawionej w ramkę fotografii.

„Kim jest ta dziewczyna ze zdjęcia?”, zapytał pana młodego jego przyjaciel.

Antenor zbeształ go, mówiąc, że nie wypada dociekać. Chłopak się naburmuszył, powiódł wzrokiem dookoła, zajrzał do trzymanej w dłoni szklanki, odstawił ją i udał się na drugi koniec sali.

Po prostej ceremonii i prostym przyjęciu nastąpił trudny miesiąc miodowy. Na prześcieradle nie pojawiły się plamy i Antenor uniósł się honorem.

– Gdzieś ty się puszczała?

– Nigdzie się nie puszczałam.

– Ech, kobieto, właśnie że się puszczałaś.

– Nie, nie puszczałam się.

– Nie wykręcaj się, dobrze wiesz, jak to powinno wyglądać.

– Tak, wiem, siostra mi mówiła.

– Puszczalska. Ożeniłem się z puszczalską.

– Nie mów tak, Antenorze.

– A właśnie, że będę mówił i powtarzał: puszczalska, puszczalska, puszczalska.

Eurídice płakała cichutko, schowana głęboko pod kocem, przez tę „puszczalską”, którą usłyszała, przez te „puszczalskie”, które usłyszała cała ulica. A również dlatego, że ją to bolało – najpierw między nogami, a potem w sercu.

W przeciągu kolejnych tygodni sprawa przycichła i Antenor uznał, że jednak nie musi odsyłać żony. Była równie niewidzialna, jak kawałki cebuli w posiłkach, sumiennie wypełniała swoje obowiązki, prała i prasowała, była małomówna i miała ładny tyłeczek. Dzięki zaś incydentowi z nocy poślubnej uzyskał nad małżonką ogromną władzę i patrzył na nią z góry.

Eurídice potulnie przyjmowała swój los. Zawsze uważała, że nie jest wiele warta. Zresztą nikt, kto mówi rachmistrzowi spisowemu, żeby w pole „zawód” wpisał „gospodyni domowa”, nie jest wart zbyt wiele.

Cecília przyszła na świat dziewięć miesięcy i dwa dni po ślubie. Była dzieckiem uśmiechniętym i tłuściutkim, rodzina uroczyście świętowała jej narodziny i patrząc na nią, wszyscy powtarzali: „Prawdziwa piękność!”.

Afonso przyszedł na świat rok później. Był dzieckiem uśmiechniętym i tłuściutkim, rodzina uroczyście świętowała jego narodziny i patrząc na niego, wszyscy powtarzali: „Prawdziwy mężczyzna!”.

Eurídice stwierdziła, że dzięki niej w ciągu niecałych dwóch lat rodzina powiększyła się o sto procent, więc uznała, że ona sama – jeśli chodzi o obowiązki małżeńskie – może przejść na zasłużoną emeryturę. Próbowała przekonać do tego Antenora, narzekając na różne niedyspozycje, zwłaszcza w sobotnie poranki, kiedy nie było nic do zrobienia, a także gdy zapadał zmrok. Antenor nie chciał jednak słyszeć o żadnych bólach głowy. Jego życiem rządziły nawyki i rutyna, a ocieranie się o nocną koszulę żony i wtulanie się w miękkość jej białej szyi do tych nawyków należały. Eurídice zdecydowała wówczas dopiąć swego w inny sposób. Postanowiła utyć, utyć całą masę kilogramów, które miały kłuć w oczy i być wyraźnym sygnałem, by Antenor dał jej wreszcie spokój.

Żeby tego dokonać, poranną kawę celebrowała do drugiego śniadania, jadanego o dziesiątej, obiad przechodził w podawany o czwartej podwieczorek, a wieczorna kolacja trwała aż do dziewiątej. Przerwy wypełniało smakowanie potraw, czy nie są przesolone albo zbyt mdłe, przesłodzone czy też nie dość słodkie, słabo doprawione i bez smaku czy też aż nazbyt pikantne. Dzięki temu Eurídice dorobiła się trzech podbródków, oczy jej zmalały, a fryzura wydawała się zbyt skromna dla tak otyłej twarzy.

Gdy udało jej się dopiąć swego i mąż przestał się nią interesować, zaczęła się zdrowo odżywiać. W poniedziałkowe poranki robiła sobie głodówki i nie podjadała między posiłkami. Dzięki temu waga Eurídice ustabilizowała się, a w domu państwa Gusmão Campelo zapanowały spokój i rutyna.

Antenor wychodził do pracy, dzieci do szkoły, a Eurídice zostawała w domu, gotując, mieląc mięso i oddając się jałowym rozmyślaniom, przez które jej życie nie było szczęśliwe. Nie pracowała, a do szkoły już się nachodziła. Jak tu wypełnić dzień, kiedy łóżka pościelone, rośliny podlane, salon posprzątany, ubrania uprane, fasola doprawiona, ryż ugotowany, suflet upieczony i steki usmażone?

Jej życie nie było szczęśliwe, bo Eurídice – posłuchajcie uważnie – była kobietą wybitną. Gdyby powierzyć jej skomplikowane obliczenia, mogłaby nawet projektować mosty. Gdyby zatrudnić ją w laboratorium, wynajdywałaby szczepionki. Gdyby podsunąć jej czyste kartki, pisałaby wiersze godne kanonu literatury.

Ale jak na razie Eurídice zajmowała się praniem brudnej bielizny. Tę uprała bardzo szybko i jak zwykle bardzo starannie, po czym usiadła na kanapie, wpatrując się we własne paznokcie i myśląc o tym, o czym wolno jej było myśleć.

I tak doszła do wniosku, że nie powinna myśleć wcale. A jeśli ma nie myśleć, powinna przez cały dzień mieć jakieś zajęcie, jedyną zaś domową czynnością, która jej to zapewniała, było gotowanie. Eurídice wiedziała, że nigdy nie zostanie projektantką mostów, nie ośmieli się pisać wierszy ani jej noga nie postanie w laboratorium. Oddała się więc tej jedynej aktywności, która w pewnym sensie łączyła w sobie inżynierię, naukę i poezję.

Codziennie, gdy już wyszykowała i nakarmiła męża i dzieci, a potem się od nich uwolniła, otwierała księgę z przepisami ciotki Palmiry.

Kaczka w pomarańczach wydała się jej idealnym daniem na dzisiejszą kolację. Najpierw jednak musiała kupić kaczkę, w domu nie było też pomarańczy.

Włożyła więc swoją wyjściową sukienkę i poszła do rzeźnika. Planowała wybrać najdorodniejszą sztukę. Wzięła też kurę, bo kaczka przecież musi całą noc marynować się w winie i przyprawach, co oznaczało, że dzisiejsza kolacja pozostawała wyzwaniem, a ona – Boże mój! – jakże ona potrzebowała wyzwań!

Kaczka musiała być młoda i tłusta, kura powinna mieć czerwony grzebień i jędrną pierś. Na targu Eurídice zamierzała kupić pomarańcze na następny dzień, kokosa do ciasta z mąki fubá, śliwki do rostbefu i tuzin bananów, którymi nakarmi Afonsa i Cecílię, kiedy już zaczną grzebać w swoich talerzach i powiedzą: „to mi nie smakuje”.

Po powrocie do domu zamierzała uwiązać kurczaka i kaczkę i poderżnąć im gardła, a podczas gdy ptaki będą wykrwawiać się do zlewu, zająć się innymi sprawami. Sparzy drób wrzątkiem, odetnie łapy od jeszcze miękkiego ciała, skórę omiecie płomieniem, żeby pozbyć się puchu. Jeśli postanowi piec kurę i kaczkę w całości, flaki i podroby trzeba będzie usunąć albo przez małą dziurkę, albo, jeśli danie będzie serwowane w kawałkach, przez duże nacięcie na samym środku.

Pozostawały jeszcze przystawki. Ziemniaków nigdy nie podawała zwyczajnie podsmażonych, tylko faszerowała je serem i wędliną i smażyła całe w głębokim tłuszczu. Czasem robiła też szwajcarski placek ziemniaczany z podgotowanych talarków zapieczonych pod śmietanką.

Ryż nigdy nie był biały, lecz nabierał różnych barw za sprawą rodzynek, ziół, marchwi, sosu pomidorowego, mleka kokosowego albo też jeszcze innego składnika, który ciotka Palmira wykorzystywała w swoich przepisach.

Kiedy Eurídice starczało czasu, robiła jeszcze desery. Delikatny budyń kokosowy ze śliwkowym sosem, zupa „nic” pod twarożkową pierzynką. Gotowała, aż zapełniła wszystkie półmiski i każde wolne miejsce na stole.

Rodzina nie doceniała kulinarnych wyczynów Eurídice. Afonso i Cecília przechodzili właśnie etap uwielbienia dla makaronu, a Antenor nie był człowiekiem podatnym na uroki okonia morskiego w sosie kaparowym. „Chcemy klusek”, mówiły dzieci, „Zjadłbym stek”, mówił Antenor, a Eurídice wracała do kuchni, żeby zagotować wodę na makaron i przyrządzić Antenorowi filet mignon, bez grzybów.

Po jednej czy dwóch kolacjach złożonych z prostych dań Eurídice powracała do przepisów z księgi ciotki. Wszyscy musieli wmuszać w siebie sarapatel, krewetki zapiekane w dyni i ryż z owocami morza.

Kiedy Eurídice wypróbowała już wszystkie przepisy ciotki, uznała, że pora zacząć komponować swoje własne dania. Ta cała ciotka Palmira może i znała się na kuchni, ale nie znała się na wszystkim. Eurídice zaczęła się na przykład zastanawiać, czy suszonego mięsa nie można by podać z sosem z manioku na mleku, czy marmolada z gujawy pasowałaby do panierowanych filetów z kurczaka i czy farofas mogą mieć posmak curry, które wciąż stanowiło nowinkę kulinarną.

Pewnego czwartkowego poranka Eurídice włożyła swoją wyjściową sukienkę i udała się do sklepu papierniczego na rogu.

– Dzień dobry, dono Eurídice.

– Dzień dobry, seu Antônio.

– Szuka pani czegoś konkretnego?

– Dużego zeszytu w linie.

Seu Antônio wskazał leżącą na półce stertę zeszytów w twardych czarnych okładkach. Eurídice z przyjemnością je przeglądała, chcąc wybrać spośród nich jeden dla siebie, seu Antônio zaś z przyjemnością obserwował Eurídice. Gustował w jej obfitych kształtach, być może dlatego, że jego czarna niania, Chica de Jesus, miała podobnie pełne piersi, w które wtulony zasypiał, podczas gdy jego matka brylowała w najlepszych salonach Rio. Podobały się mu także oczy Eurídice, jej zadarty nosek, drobniutkie dłonie, krągłe łydki, medalik na piersi, a także każde inne miejsce, na które tylko spojrzał.

Eurídice ociągała się, przeglądając stosik. To miał być zeszyt na jej własne przepisy, musiała więc wybrać najlepszy ze wszystkich zeszytów w linie. Przekartkowała jeden, natrafiła na pogniecioną kartkę, odłożyła. Chwyciła inny, dostrzegła zabrudzenie na okładce i również się rozmyśliła. Przyjrzała się bacznie trzeciemu i w nim nie znalazła skazy. Miała go właśnie podać Tinokowi, Mulatowi, który od zawsze pomagał w papierniczym, gdy seu Antônio ruszył, by samemu obsłużyć klientkę.

Chwilę porozmawiali, gdy Eurídice czekała, aż Antônio wyda jej resztę. A potem wyszła, nie podejrzewając nawet, że moment, w którym wygłaszała swoje uwagi na temat deszczu, będzie dla tego mężczyzny najważniejszą chwilą w całym tygodniu.

W drodze powrotnej uradowana Eurídice podśpiewywała sobie. Zamilkła jednak i spoważniała, słysząc: „Dzień dobry, sąsiadko!”.

A oto i Zélia, która mieszkała w domu obok. Zélię frustrowało niemalże wszystko, najbardziej zaś to, że nie jest Duchem Świętym, który wszystko widzi i wie. Tak naprawdę Zélii bliżej było do złego wilka niż do Ducha Świętego, bo miała wielkie oczy, żeby wszystko lepiej widzieć, wielkie uszy, żeby lepiej słyszeć, i wielką paszczę, żeby móc do woli plotkować. Zélia miała również żółwią szyję, która za każdym razem, kiedy jej dom mijał ktoś wzbudzający zainteresowanie, wydawała się wysuwać coraz bardziej z kołnierzyka sukienki. Była jeszcze bardziej cudacznym stworzeniem niż na przykład dziobak, ale nie budziła zainteresowania wszystkich dookoła tylko dlatego, że była jedną z wielu podobnych jej kobiet, które zamieszkiwały tamto miejsce w tamtych czasach.

– Kompletuje pani wyprawkę do szkoły?

Eurídice przygarnęła zeszyt do piersi gestem niejasnym nawet dla niej samej. Nie wiedziała, czy próbuje osłonić własną pierś, czy też ukryć swój zakup.

– Dzień dobry, sąsiadko. Kupiłam… Kupiłam zeszyt do zapisywania codziennych wydatków.

Następnego dnia wszystkie kobiety z ich ulicy ze współczuciem mówiły, że Eurídice z Antenorem mają kłopoty finansowe. Nic dziwnego, przytakiwała Zélia. Eurídice nie zna umiaru w zakupach w spożywczym, no i jak można tak często chodzić do Casas Pedro po przyprawy? A jakie zapachy wydobywają się z jej kuchni! Egzotyczne, w ogóle niepasujące do fasoli z ryżem, którą jedzą wszyscy. Ta rozpusta musi się kiedyś skończyć.

Ponieważ Zélia nie mogła zostać Duchem Świętym, zadowoliła się skromniejszą pozycją i obwołała się prorokinią. Jej empiryczne obserwacje owocowały precyzyjnymi prognozami, których cechą wspólną było czarnowidztwo, bowiem Zélia z rozkoszą bywała bardziej surowa niż Bóg w Starym Testamencie.

– Ta to doprowadzi męża do bankructwa – ogłosiła złowieszczo.

Zélia nie stała się cudacznym stworzeniem tak po prostu z godziny na godzinę – ewolucja musi wszak trochę potrwać. Jej przemiana rozpoczęła się jeszcze w okresie dzieciństwa, kiedy coś, co mogło być darem, zaczęło stawać się ciężarem. Po ojcu odziedziczyła ciekawość świata, a po matce nadmierne przywiązanie do domowego ogniska. Od świata otrzymała gorycz, a od losu brak wyboru. I tak właśnie narodziła się plotkara w czystej postaci.

Trudno uwierzyć, że Zélia o twardym spojrzeniu umiała kiedyś spoglądać na świat bez złośliwości. Ciężko sobie wyobrazić, że jej uśmiech pełen dezaprobaty był swego czasu po prostu uśmiechem. Ale Zélia w dzieciństwie była właśnie taka: uśmiechnięta i o pogodnych oczach. Przez tych kilka krótkich lat, kiedy była szczęśliwa, wydawało jej się, że życie jest tak niezwykłe, że szkoda czasu na odpoczynek, i odmawiała chodzenia spać. Z otwartymi oczyma mówiła do siebie w ciemności: „Mogę słuchać świerszczy, mogę wyobrażać sobie dźwięki dobiegające z domu, mogę się zastanowić, co będę robiła rano, a w co pobawię się po południu”. Zmęczenie jednak zawsze znajdowało sposób na to, by zmóc dziewczynkę, bo w którymś momencie, gdy robiło się już jasno, zasypiała. Szybko jednak orientowała się, że znów dała się nabrać, i zrywała się rano jako pierwsza.

Zélia wstawała ze śpiewem na ustach, jadła z uśmiechem na ustach i przemieszczała się z miejsca na miejsce w wesołych podskokach. Wymyślała tańce, rozdawała całusy i chichotała dla samego chichotania. Wszystko wydawało jej się zabawne – znajdowanie kamyczków między ziarnami fasoli, zdejmowanie prania ze sznura, odkrywanie pajęczyn pod sufitem i zamiatanie rogów w salonie.

Sąsiadki dobrze wiedziały, dlaczego dziewczynka jest tak rozbisurmaniona: „Tak się kończy brak dyscypliny”. Ale matka nie chciała słuchać żadnych rad: „Pewnego dnia odkryje, że życie nie jest wcale takie piękne, ale nie musi to być dziś”, powtarzała, z rozczuleniem dostrzegając w harcach córki swoje własne wybryki sprzed lat.

Sobota była dla Zélii najcudowniejszym ze wszystkich cudownych dni. To właśnie w sobotę widywała ojca. Włoch Álvaro Staffa za dnia był reporterem, a nocą członkiem bohemy. Kiedy wracał do domu, jego dzieci już spały, a gdy się budził, od dawno już były w szkole. Ojcowskie obowiązki wypełniał podczas weekendów, wtedy bawił się z dziećmi, bo żona robiła obiad. Drapał się po głowie, zerkał niepewnie na maluchy i zbierał się, by zrobić jedyną rzecz, którą poza pisaniem i piciem potrafił robić: zaczynał opowiadać o tym, co już napisał, i o tym, co jeszcze mógłby napisać.

Na jednym kolanie sadzał sobie Zélię, na drugim Armandinha. Franciscę sadowił obok siebie po prawej, Zezinha po drugiej stronie, a Carlinhosowi, Juliecie i Alice proponował, żeby usiedli po turecku, po czym zamykał drzwi do pokoju, żeby nie obudzić najmłodszej pociechy, i opowiadał dzieciom swoje przygody reportera. A to jak był w Copacabana Palace z kandydatkami na miss, a innym razem, jak odwiedzał Niterói, gdzie oglądał zniszczenia po wypadku ze sztucznymi ogniami. Obiad w cukierni Paschoal ku czci prezydenta, polemika w kwestii pozbycia się zbieraczy śmieci ze śródmiejskich ulic. Złota tabliczka, którą przyjaciele ufundowali lotnikowi i wynalazcy Santosowi Dummontowi i obchody święta Bom Jesus do Monte. Dekrety podpisywane w Ministerstwie Transportu, pożar, który zrównał z ziemią barak w alei Mangue, i aresztowanie tego niewidomego muzyka, który miał stałą miejscówkę przy ulicy Direita i bliźniaki na utrzymaniu. Wsadzenie go do paki, istna głupota, pokazywało dobitnie okrucieństwo naszej policji!

Była to jedyna godzina w tygodniu, kiedy w domu przy ulicy Comprido panował spokój. Poza zachrypniętym głosem Álvara jedynym rozlegającym się wówczas dźwiękiem był szum szybkowaru.

Aż pewnego dnia przewidywania matki Zélii się sprawdziły. Dziewczynka przeżyła w swoim życiu dwie tragedie, które sprawiły, że przestała radośnie podskakiwać. Pierwszą była śmierć ojca. Drugą – odkrycie, że jest brzydka.

Álvaro Staffa mając piętnaście lat, wiedział, że musi zostać reporterem. W tym wieku był już doświadczonym mężczyzną, który nauczył się życia na ulicach Rio. Przybył z rodzicami z Włoch jako ośmiolatek, a w wieku dziewięciu lat został sierotą. Jak to się stało, że nauczył się portugalskiego, że sam zaczął czytać i pisać, jakim cudem nie umarł z głodu ani z powodu zarazy, ani od ciosu nożem – to może wyjaśnić jedynie siła wyższa. Sprzedawał cukierki robione w domu na barce w Niterói i bilety na przystanku tramwajowym. Pastował buty, mył okna i roznosił gazety. Zarabiał na swoje utrzymanie drobnymi usługami, które świadczył pewnemu poważanemu panu w marynarce. Ten pan raz w tygodniu zabierał go do pokoju hotelowego na Lapie i prosił, by chodził nago po jego plecach, śpiewając O sole mio.

Nim skończył trzynaście lat, aresztowano go dziewięć razy. Potrafił używać brzytwy i siał postrach w czasie ulicznych walk capoeiry. Gdy uznał, że swoje już przeżył i pora się ustatkować, opracował dla siebie „plan kariery”, który polegał na próbie zdobycia awansu w swoim ówczesnym miejscu pracy. I tak z roznosiciela gazet Álvaro stał się stałym członkiem redakcji. Niewiarygodna nobilitacja. Pierwszy raz w życiu pracował pod dachem.

Awans przyszedł w samą porę. Kilka miesięcy wcześniej pan w marynarce zrezygnował z jego usług nagiego śpiewaka, bo był już za ciężki, by chodzić mu po plecach. A teraz jak mu się powodziło! Miał dla siebie stół, a kiedy nie było nic do roboty, mógł spędzać cały wieczór na siedząco, czytając książkę!

Dobre życie skończyło się zimą 1918 roku, kiedy w mieście odnotowano pierwsze przypadki grypy hiszpanki. Początkowo były to pojedyncze zachorowania tu i ówdzie. Tydzień później chorych było coraz więcej. W połowie października chorowała ponad połowa mieszkańców Rio. Pewnego czwartkowego poranka w redakcji stawili się jedynie Álvaro, redaktor Camerino Rocha i składacz. Camerino spojrzał na chłopca za biurkiem, zapytał, czy umie pisać, i wysłał go na ulice z ołówkiem i notatnikiem.

Álvaro przez trzy godziny wędrował po Rio. Widział ludzi, którzy umierali, wymiotując krwią, dzieci tulące się do martwych matek, chorych w malignie wyrzuconych z domów i długobrodych proroków wieszczących koniec świata. Słyszał przedśmiertne krzyki dobiegające zza zamkniętych okien i bezskutecznie liczył ciała na ulicach. Kiedy kończył rachunek, pojawiał się kolejny zmarły albo nadjeżdżał powóz z prefektury, żeby zebrać nowe zwłoki, a gdy tylko te zniknęły, na progach domów leżały już kolejne, jakby chciały konkurować o miejsce w jednej ze zbiorowych miejskich mogił, tworzonych codziennie, dzień za dniem. Przez kilka następnych tygodni tak miało wyglądać jego życie: przychodził do redakcji, sięgał po ołówek i notatnik, wychodził, by opisywać tragedię, i wracał z kolejnymi historiami, potrzebnymi do zamknięcia numeru. On sam wydawał się odporny na chorobę – fizycznie, nie wiadomo dlaczego, a emocjonalnie, bo cała jego cała rodzina zmarła na jego oczach na żółtą febrę. Kiedy reporterzy, którzy przeżyli grypę, wrócili do redakcji, znaleźli w niej Álvara przy maszynie do pisania. Za wyjątkiem dni wolnych i Bożego Narodzenia przesiadywał tam nieustannie, aż do dnia swojej śmierci.

A dlaczego Álvaro umarł? Krążą dwie wersje wydarzeń. Pierwsza brzmi, że bardzo lubił wypić, co sprawiło, że zmieniły mu się priorytety. Dla dawnego Álvara Staffy małżeństwo, wizyty u fryzjera, przyjęcia urodzinowe, poranny posiłek, to były nieistotne sprawy, które działy się w przerwach między tym, co naprawdę miało znaczenie: pisaniem, rozmawianiem o tym, co się napisało, piciem, by się lepiej rozmawiało o tym, co się napisało, i o tym, co można by napisać. Dla późniejszego Álvara Staffy priorytetem było picie: picie, żeby wytrzymać w małżeństwie, picie przed wizytą i po wizycie u fryzjera, chodzenie na przyjęcia urodzinowe, by tam pić i po pijaku opowiadać o tym, co się napisało.

Opowieści, które Álvaro Staffa snuł dzieciom, teraz ucinały się w połowie. Losy czterech ofiar potwornego wypadku autobusu na ulicy Dias da Cruz przerywała drzemka. Nie pomagało nawoływanie pierworodnego, nie pomagało szarpanie Zélii. Álvaro rozpoczynał historię, kilka razy opadała mu głowa, próbował otworzyć oczy, ale poddawał się, i nie było sposobu, by się dowiedzieć, kto jeszcze zginął poza nauczycielem łaciny.

Skończyło się przychodzenie do redakcji na kacu. Zbierał cięgi od Camerina, więc żeby postawić się do pionu, zaczął wciągać kokainę. Czystą, niemiecką, prosto z laboratoriów Mercka, kupioną na czarnym rynku, który funkcjonował przy stromej uliczce obok hotelu Glória.

Konsekwencją metamorfozy Álvara były odczuwalne zmiany zachodzące w domowej spiżarni. Wcześniej funkcjonowała ona według powtarzalnego regularnie schematu: na początku miesiąca była pełna, a na koniec pusta. Jednak kiedy Álvaro zaczął się staczać, już na stałe była spiżarką z końca miesiąca. Znajdowała się w niej tylko garść mąki, resztka cukru, odrobina fasoli, samotna cebula. Zdarzył się też banan, który nie wiadomo, jak zdołał uchować się przed głodem dzieciaków tak długo, aż pociemniał. Członkowie rodziny zaczęli się zastanawiać, czy w ich domu naprawdę panuje już taka bieda, że muszą jeść nadpsute owoce.

Álvaro Staffa zmarł w wieku trzydziestu pięciu lat na marskość wątroby. Przyjaciele, którzy uwierzyli w taką przyczynę śmierci, narzekali podczas czuwania na niszczące nałogi, które zbierają plon wśród brazylijskich talentów.

Istnieje również druga wersja tej historii. A brzmi ona następująco: Álvaro, chłopak znikąd, który urodził się porządnym chłopcem, po czym zszedł na złą drogę, a następnie wyszedł na ludzi dzięki małżeństwu, tak naprawdę wciąż przejawiał pewne patologiczne skłonności. Álvarowi podobało się na ulicy i lubił ludzi ulicy. Od czasu do czasu zabawiał się z jakąś Mulatką, bo Mulatki zawsze mu się podobały. A potem wracał na łono rodziny i życie toczyło się dalej.

Aż do pewnego karnawałowego wtorku, kiedy poznał piękność paradującą w pochodzie karnawałowym Tira Dedo do Pudim. Tańczyła z szerokim uśmiechem na twarzy, a zęby miała tak jasne jak białka oczu, chociaż oczu prawie nie było widać, bo miała półprzymknięte powieki. Poruszała biodrami w sposób, którego Álvaro nie potrafił opisać, jej biodra miały osobowość. Były jędrne i twarde, i silne, i któż mógłby im się oprzeć.

Álvarowi wystarczyły trzy miesiące, aby nacieszyć się walorami tych bioder, co robił w pensjonacie, w pokoju wynajętym przez Rosę. Całymi popołudniami wymieniali tam płyny ustrojowe i przysięgi miłości; Rosa prosiła, by szeptał do niej po włosku, a on, by paradowała przed nim nago. Dziewczyna cała poświęciła się tej namiętności. Álvaro całkowicie poświęcił tej namiętności swój penis.

Aż nadszedł czas, żeby Álvaro opuścił pokój w pensjonacie, zabierając ze sobą swój penis i włoskie szepty. Jego żona zakończyła już okres połogu i mógł zaznać ukojenia w domu. Niewiele myśląc, pożegnał się z Rosą jak z daleką kuzynką, założywszy, że nigdy więcej jej nie zobaczy.

Rosa nie poradziła sobie z tym porzuceniem. Tłukła wazony, darła ubrania i rozważała zażycie strychniny. Straciwszy Álvara, schudła tak, że straciła też krągłość swych bioder, a przez wciąż podkrążone oczy i wciąż potargane włosy straciła także posadę kelnerki w knajpce przy ulicy Direita.

I Mulatka Rosa dalej szalałaby z rozpaczy typowej po odejściu pierwszej miłości, gdyby nie fakt, że była córką kapłana candomblé, Oluô Teté, jednego z najbardziej poważanych czarowników w Rio. Przez dziedziniec jego domu w Vila da Penha przewinęli się najważniejsi politycy w kraju. Przed jego bramą zatrzymywały się karety z Botafogo, a wysiadające z nich damy skrywały twarze pod kapeluszami i zasłaniały je wachlarzami. Oluô Teté potrafił uzdrawiać i przemawiać w wymarłych językach. Umiał rozmawiać z duchami, lewitować i sprowadzać deszcz albo słońce.

Widząc rozpacz córki, Oluô zrobił to, co zrobiłby każdy ojciec na jego miejscu: zacisnął pięści, życząc makaroniarzowi, by wylądował w piątym kręgu piekielnym. Z tym że w jego przypadku łatwiej było zrealizować to życzenie, bo miał konszachty z odpowiednimi siłami. Oluô kazał zabić krowę i poprosił, by Rosa przyniosła pościel z łóżka, które dzieliła z Álvarem. Owinął córkę w splamione krwią prześcieradła i modlił się albo i przeklinał w nieznanym języku. Przez cały weekend nie milkły bębny na wzgórzu Cariri. W poniedziałek rano Álvaro sięgnął po kieliszek. Nienawiść Rosy była tak wielka, a czary jej ojca tak silne, że klątwy rzucone na Álvara zaważyły na losach wszystkich zrodzonych z jego nasienia dzieci: ośmiorga prawowitych i szesnaściorga Mulaciątek z północnej części Rio.

João umarł w tym samym miesiącu co ojciec. Zobaczył puste łóżko Álvara, zwinął na nim w kłębek i płakał przez trzy dni, aż pochłonął go własny smutek. Francisca zachorowała dwa tygodnie później. Lekarz powiedział, że to polio i że nigdy nie będzie chodziła.

Wdowa i dzieci nie lubią wspominać tych przeżytych w biedzie miesięcy. Wiadomo, że trzynastoletni Carlos przejął obowiązki głowy rodziny. W domowej kuchni zaczęło się pojawiać nietypowe mięso, a z Campo de Santana w tym samym czasie zniknęły leniwce.

Niedługo później przygarnął ich krewny, który mieszkał w Bangu – w tamtych czasach rodziny przypominały trochę zbiory i podzbiory w zadaniach matematycznych. Pięciopokojowy dom z łazienką, którego fasady strzegł Jezus Chrystus, na podwórzu kury i mangowce. Podzbiór Zélii otrzymał pokój i ostatnie miejsce w kolejce do mycia.

Kiedy Zélia zamieszkała z wujostwem, miała jeszcze zeszyt w niebieskiej okładce, który dostała w prezencie od ojca w czasach, gdy jeszcze nie pił. „Chcę, żebyś zapisywała, co myślisz o świecie”, powiedział wtedy. Ramionka Zélii otoczyły szyję Álvara, a on podziękował z zamkniętymi oczyma za rodzinę, którą dał mu Bóg.

Infantylna proza z pierwszych stron ewoluowała w dopracowane akapity, zapisywane w przepełnionych cierpieniem miesiącach. Skrywany pod materacem zeszyt odkryli kuzyni i ze śmiechem cytowali fragmenty jej zapisków przed kolacją. Przez to mama miała kłopoty, bo broniąc córki, wymierzyła bratankom kilka razów pasem, za co z kolei zaatakował ją własny brat. Za kogo ona się uważa, przecież jego rodzina oddaje jej przysługę, pozwalając u siebie mieszkać!

Kiedy Zélia wyprowadziła się od wujostwa, nie miała już tego durnego zeszytu. Wyrzuciła go, łudząc się, że może w ten sposób szyderstwa kuzynów także trafią do kosza.

Zélia wytrzymała niejedno. Cerowane ubrania i stare majtki. Noszenie latami tych samych butów, najpierw za dużych, a potem przyciasnych. Rechot kuzynów i nieczułą matkę, ciągle zmęczoną praniem i gotowaniem dla piętnastu osób w cudzym domu. Wodnistą zupę i płacze młodszego rodzeństwa.

Nie