Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 222 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niewidzialna pani domu - Jeanne Ray

Życie perfekcyjnej pani domu może być przyjemne. Do czasu.

Clover tak perfekcyjnie i z oddaniem wykonywała swoje obowiązki pani domu, że stała się niczym sprawnie działający robot domowy. Aż w końcu zniknęła.

Co ciekawe, rodzina tego nawet nie zauważyła - skoro obiad jest na stole, koszule uprasowane, a garnki wypucowane, to wszystko jest w należytym porządku. Jednak Clover wkrótce zauważa, że nie jest jedyną kobietą, która stała się niewidzialną panią domu. A taka sytuacja ma też swoje dobre strony.

Opinie o ebooku Niewidzialna pani domu - Jeanne Ray

Fragment ebooka Niewidzialna pani domu - Jeanne Ray

JeanneRay

Niewidzialna pani domu

Fragment

Z angielskiego przełożyła Magdalena Krzyżosiak

Mojemu mężowi Darrellowi,

który nigdy nie przestał mnie zauważać.

Rozdział pierwszy

Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że mnie nie ma, w czwartek. Wróciłam z Redem ze spaceru. Wzięłam prysznic, a on zasnął na dywaniku w łazience. Tak dla jasności, Red to mój cairn terier rozmiarów tegoż dywanika. Po kąpieli stanęłam w szlafroku przed lustrem i zaczęłam myć zęby. Gdy podniosłam wzrok, już mnie nie było.

Na początku się nie zdziwiłam, w każdym razie nie bardzo. Uznałam, że to kwestia oświetlenia albo pary, która osadziła się na lustrze szafki na leki, jednak gdy przetarłam szkło rękawem, mojego odbicia nadal w nim nie było. Szczoteczka do zębów unosiła się kilkanaście centymetrów nad skrajem rękawa; był szlafrok i kołnierz, nad dolną krawędzią lustra odbijał się zarys ramion, ale nie było mnie. Przesunęłam się kilka razy to w jedną, to w drugą stronę, próbując wpasować się w kadr, ale tuż za sobą zobaczyłam tylko odsuniętą ceratę prysznicową, kafelki nad wanną, a także wbudowaną półkę, na której stały szampon i odżywka. Wyplułam do umywalki pastę do zębów, która wyglądała dokładnie jak pasta do zębów. W tym momencie pomyślałam – udar. Musiałam częściowo stracić wzrok, choć nie umiałam sobie wyobrazić, jaki rodzaj udaru odebrałby widzenie twarzy, szyi i dłoni. Nachyliłam się do lustra i delikatnie postukałam niewidzialnymi palcami w niewidzialny policzek. I to, co kiedyś było palcem, zatrzymało się dokładnie tam, gdzie kiedyś był policzek. Początkowe zaciekawienie szybko zmieniło się w narastającą falę paniki. Miałam pięćdziesiąt cztery lata i zniknęłam.

– Red? – powiedziałam, żeby sprawdzić, czy mój głos jest słyszalny. W odróżnieniu od nieszczęsnego ciała mój głos istniał nadal. Red podniósł głowę z dywanika i spojrzał wprost na mnie jasnymi, brązowymi, pełnymi zrozumienia oczami. Machnął ogonem w nadziei, że może zabiorę go na kolejny spacer. W ramach próby wyciągnęłam w stronę psa niewidzialną rękę, zastanawiając się, czy umarłam i jakie wrażenie zrobię na biednym Redzie. Ale on obwąchał tylko miejsce, gdzie kiedyś była ręka, i polizał ją kilka razy. Poczułam szorstki język na moim fantomowym nadgarstku. Uznałam to za dobry znak i zbliżyłam się do lustra. Nadal pusto.

Poszłam do sypialni, czując, że mam lekką głowę, a może raczej czułam się jak ktoś, kto nie ma głowy. Usiadłam na krawędzi łóżka (które skrzypnęło znajomo), chwyciłam słuchawkę telefonu i wystukałam numer do gabinetu Arthura. Przeczuwałam, że dzień, w którym człowiek zdaje sobie sprawę, że jest niewidzialny, nie zapowiada niczego dobrego. I gdy odebrała Mary, nie byłam zaskoczona. Arthur ma trzy pielęgniarki, a ja natknęłam się właśnie na Mary. To był pech.

– Gabinet doktora Hobarta – rzuciła niecierpliwie.

– Mary, mówi Clover. Muszę porozmawiać z Arthurem. – Z największym trudem udawało mi się opanować oddech.

Niemal widziałam, jak kręci głową.

– Ma pacjenta. Mogę w czymś pani pomóc?

Może myślała, że dzwonię w sprawie chorego dziecka? Ale przecież wie, że Nick ma dwadzieścia trzy lata, a Evie dwadzieścia.

– Możesz poprosić Arthura?

– W gabinecie zabiegowym czeka pięcioro pacjentów, a kolejnych czternaścioro siedzi w poczekalni. – Mówiła krótkimi, przerywanymi słowami. – Teraz przyjmuje żonę burmistrza. Ich dziecko, które jest w drugiej klasie, dostało jakiejś wysypki. Może to od ugryzienia kleszcza. Na sali numer trzy mamy wymiotującego brzdąca, a w pokoju numer jeden kobietę, która po raz pierwszy została matką. Przyniosła zapas pieluch z całego tygodnia. Mroziła je, bo uznała, że kupy są rzadkie.

– Rozumiem – powiedziałam, choć jej sprawozdanie nie zawierało niczego wartego uwagi. Zwykły dzień w pracy Arthura, dzień jak co dzień. Od momentu, kiedy znika w przychodni, aż do chwili, kiedy z niej wychodzi, a nawet i później, bo duża część jego pracy podąża za nim do domu. Rozumiem, że jej obowiązkiem jest chronić mojego męża, że jest niczym ludzka tarcza strzegąca go przed światem zewnętrznym, ale nigdy nie sądziłam, że tej samej tarczy użyje przeciwko mnie. Prawie nigdy nie dzwoniłam do gabinetu.

– Czy to coś pilnego? – zapytała.

– Tak.

– OK – odpowiedziała, ale mogłam się założyć, że jej uwaga już została rozproszona. Nagle usłyszałam w tle przeszywający wrzask, a później połączenie się urwało.

A ja zostałam ze słuchawką lewitującą w powietrzu. Zanim ją odłożyłam, wpatrywałam się w nią przez minutę. Nawet gdyby udało mi się porozmawiać z Arthurem, bez wątpienia poinformowałby mnie, że jego mali pacjenci nie stają się niewidzialni i że on na ten temat nic nie wie. Oczywiście mówiłby to takim tonem, jak gdyby miał za sobą jakąś specjalną szkołę medyczną niższego stopnia, w której nie uzyskał absolutnie żadnych informacji o ludzkim ciele, które przekroczyło szesnasty rok życia. W ten sposób pozbywał się dorosłych, którzy od czasu do czasu zaczepiali go na przyjęciach z prośbą o receptę na adderall. To oznaczało również, że nie był pomocny dla dorosłych członków swojej rodziny.

Poza tym kto potwierdzi, że jestem niewidzialna? Jeśli przechodzę załamanie albo cierpię na jakiś wylew do mózgu, to i tak nie umiem właściwie ocenić sytuacji. Zawiązałam mocniej pasek od szlafroka i ruszyłam schodami do pokoju Nicka, a tuż za mną przydreptał Red. Pod gołymi stopami czułam podłogę. Nick to nasz starszy syn. Bez pukania weszłam do jego pokoju. Dawno temu mój pierworodny wyjechał na studia, a po ich ukończeniu nie było go w domu przez prawie dwa lata. Zaadaptowałam jego pokój na gabinet – biurko, lampa, krzesło. Gdy ja wyprowadziłam się z domu, moja matka urządziła sobie w moim kącik do szycia. Ostatnio jednak mój komputer wrócił do kuchni.

– Nick! – zwróciłam się do faceta śpiącego na brzuchu bez góry od piżamy na kupie zmiętej pościeli. – Nicky, obudź się!

Gdy się nie poruszył, chwyciłam jego stopę niewidzialną dłonią i potrząsnęłam nią. Zauważyłam, jak we flanelowych spodniach od piżamy, którą kupiłam mu dwie Gwiazdki temu, porusza się cała noga. Czułam ciepło jego stopy. Red wskoczył do łóżka i przez chwilę stał Nickowi na plecach. W całym naszym domu tylko Red okazał radość po jego powrocie.

– Co? – Nick wymamrotał w poduszkę. Nie było jeszcze nawet ósmej. Dla niego to nieistniejąca godzina.

– Spójrz na mnie.

– Wyglądasz w porządku – stęknął, albo tak mi się zdawało. Nie podniósł głowy.

Szybkim ruchem wyłączyłam lampkę nad łóżkiem, podeszłam do okna i podniosłam rolety. Nick jęknął z zadziwiającym refleksem, niczym wampir wystawiony na światło dzienne, i zwinął się w kulkę. Gdy zrobiło się jasno, zauważyłam, że pokój, który kazałam mu posprzątać pół roku temu, nie został posprzątany. Nick nakrył głowę poduszką, a Red tymczasem wciskał swój nos pod kołdrę w poszukiwaniu nosa Nicka.

– Co? – warknął do mnie albo do psa.

– Musisz mi powiedzieć, czy mnie widzisz. – Próbowałam mówić spokojnie, ale słyszałam w swoim głosie panikę.

Nick przekręcił się i mrugając, spojrzał dokładnie w moim kierunku. Promienie słońca oślepiły go. Przycisnął brodę do klatki piersiowej i wyciągnął szyję jak żółw. – O co chodzi?

– Czy. Ty. Mnie. Widzisz.

– A co, nie podoba ci się szlafrok? Chcesz wiedzieć, czy jest twarzowy? Nie rozumiem, o co pytasz.

– Jak możesz nie wiedzieć, o co pytam? Czy ja tu jestem?

Nick skończył historię na uniwersytecie w Oberlinie, i choć błagaliśmy go, żeby rozważył licencjat z ekonomii, wybrał babski kierunek. Babski kierunek, jak nam wówczas powiedział, to wspaniały sposób, żeby poznawać dziewczyny.

– Przechodzisz jakieś załamanie nerwowe?

– Możliwe. – Szlafrok się trząsł.

– Jeśli czujesz, że cię nie doceniam, cóż... – przetarł oczy – masz rację. Zacznę, ale nie wcześniej niż o dziesiątej, OK? – Objął psa ramieniem niczym skrzydłowy w futbolu amerykańskim gotowy na czterdziestometrowy bieg. – Proszę, zasuń rolety, jak będziesz wychodziła.

W tym momencie odwróciłam się i spojrzałam w lustro nad kredensem. Stałam tam: rozpuszczone i nieuczesane, przyprószone siwizną włosy, policzki, które ze strachu i przez trądzik różowaty zrobiły się purpurowe. Wróciłam, całkowicie i kompletnie, jak gdybym nigdy nie zniknęła.

Może to jakaś dziwaczna afazja, tylko zamiast chwilowej utraty mowy doświadczyłam wybiórczej ślepoty. Gdy wysuszyłam włosy i nałożyłam odrobinę makijażu, który utożsamiałam z moją własną ludzką godnością, zaczęłam usilnie wpatrywać się w swoje odbicie, szukając jakichkolwiek mniej wyraźnych lub brakujących obszarów. Nawet gdy się już ubrałam, wracałam przed lustro, żeby się upewnić, że nadal jestem widoczna. Nie mogłam wytrzymać dłużej niż dwadzieścia minut. Jasne, widziałam swoje ręce, nogi, ale czy twarz nadal była na swoim miejscu? A szyja? Sprawdzałam znowu. I tak bez końca. Na pewno spędzanie całego poranka na gapieniu się na siebie nie było najlepszą drogą do odzyskania spokoju umysłu. To przecież lustro doprowadziło macochę Królewny Śnieżki do obłędu, gdy nieustępliwie i szczerze odpowiadało wciąż na te same pytania. Mój niepokój o to, że jestem niewidzialna, szybko zmienił się w ocenianie niedoskonałości: powieki opadały mi w dziwny sposób i sprawiały, że cała moja twarz wyglądała asymetrycznie, a zmarszczka między brwiami powodowała, że wyglądałam, jakby w czoło wbito mi niewielką siekierę. A usta! Gdzie przez lata zniknęły moje usta? Wolałam obraz siebie samej, który przechowywałam w pamięci, ten na którym włosy nadal mogłam związać w gruby węzeł, a w sąsiedztwie mieszkali trzydziestopięciolatkowie.

Przeszłam na drugą stronę ulicy i minęłam trzy domy, kierując się do Kemptonów. Zapukałam do drzwi Gildy.

– Czy kiedykolwiek zauważyłaś, że mam nierówne powieki? – zapytałam. Stałam na tarasie. Powiał zimny wiatr, który porwał ostatni czerwony liść z klonu rosnącego w jej ogrodzie. Przeszył mnie dreszcz. „Ujrzysz mnie w te porę roku, gdy zielone // Liście żółkną i rzedną, aż żadnego nie ma (...)”[1].

– Wejdź do środka – odpowiedziała. Położyła mi dłoń na ramieniu i podprowadziła do światła, jak gdyby nie mogła mnie dostrzec.

„(...) Na drżącym z zimna drzewie, którego koronę // Wypełniał śpiew, lecz dzisiaj pusta jest i niema”[2].

– Muszę pójść po okulary – dodała.

Gilda i Steve Kemptonowie mieli pięcioro dzieci, samych chłopców, a w ich domu zawsze panowała atmosfera letniego pikniku, mimo że czterech synów było już formalnie dorosłych, a trzech się wyprowadziło. W korytarzu zawsze stały kaski i kije hokejowe, a na schodach piętrzyły się stosy trampek. Latem pod stopami chrzęścił piasek, choć mieszkaliśmy w Ohio i wcale nie przy plaży. Benny, najmłodszy, chodził do liceum, a Miller, drugi w kolejności, następnego dnia po ukończeniu studiów wrócił do domu, do swojej sypialni, jak boomerang, i zajmował ją już od roku. Według mnie to Miller dał Nickowi zły przykład.

Gilda wróciła z okularami do czytania i spoglądając zza szkieł, uważnie przyjrzała się moim powiekom. Później przyłożyła kciuk między moje brwi i kolistymi ruchami rozmasowała wgłębienie.

– Próbowałam coś z tym zrobić – powiedziałam. – Nie znika.

– Botoks. – Dotknęła własnego czoła wyglądającego niczym niezmącona tafla jeziora.

– Już raz robiłam, ale nie lubię igieł. Poza tym zmarszczki i tak wracają.

Wzruszyła ramionami i spojrzała po raz kolejny.

– Tak naprawdę nic nie widać – stwierdziła, ale zrobiła to tak, że nie poczułam się lepiej. Przyjaźniłam się z Gildą od dwunastu lat, odkąd się tu wprowadziliśmy. Liczyłam na jej szczerość. Gdybym potrzebowała kłamstwa na pocieszenie, sama mogłabym je sobie zafundować. Gilda ruszyła do kuchni, wymijając rakiety tenisowe, a ja podążałam za nią. Nastawiła wodę.

– Skoro nie lubisz igieł, po co zastanawiasz się nad twarzą? Masz tylko dwie opcje, coś z tym zrobić albo z tym żyć. Nie ma sensu się zamartwiać.

– Chodzi o to – zaczęłam nieśmiało, nie wiedząc, jak to powiedzieć – że dziś rano... – urwałam.

Gilda, nieustająco w ruchu, zatrzymała się.

– Dziś rano... – podchwyciła. Mogłam się założyć, że sądziła, że przyniosłam złe wieści.

– Byłam niewidzialna.

Gilda odwróciła się i wyjęła dwa kubki z szafki obok zlewu, westchnęła przygnębiona, po czym wrzuciła do nich po torebce herbaty.

– Nienawidzę tego.

Wzdłuż kręgosłupa poczułam ciarki i wytężyłam uwagę – zrozumienie. To wszystko, na co liczyłam.

– Przytrafiło ci się to?

Gilda opuściła głowę i spojrzała na mnie, marszcząc brwi.

– Żartujesz? Poza kilkoma przerwami jestem niewidzialna od początku tego tysiąclecia. Chłopcy oglądają na Facebooku nagie kobiety, a gdy wchodzę do pokoju, ledwie drgną. Pytam Steve’a, o której chce obiad, a on pisze esemesy, jakby mnie tam wcale nie było. W sklepie jakaś kobieta wjeżdża wózkiem tuż przede mnie albo wciska się w kolejkę. Samochód zajeżdża mi drogę. Macham do kelnera, a on gapi się w ścianę nad moją głową. Taki już los kobiet w pewnym wieku. Nikt cię nie zauważa. Czasem przyłapuję się na tym, że myślę o kobiecie, którą kiedyś byłam, że w zatłoczonej restauracji zawsze dostawałam stolik. A kiedy podczas ulewy podniosłam rękę na rogu jakiejś ulicy w Nowym Jorku, od razu zatrzymywała się taksówka. – Pokręciła głową na to niewiarygodne wspomnienie. – Teraz już tak nie jest. Jesteśmy tylko cieniem dawnych nas.

– To prawda – przyznałam. Zapomniałam, jak to jest zjawić się w zatłoczonej restauracji o ósmej wieczorem w piątek i dostać stolik bez rezerwacji. – Ale nie o tym mówię.

– No to o czym?

– O niewidzialności. Dosłownie. – Nie zabrzmiało to zbyt zdecydowanie. Mówiłyśmy sobie z Gildą prawie o wszystkim, ale to jakoś nie bardzo chciało mi przejść przez gardło.

– Chcesz powiedzieć, że wchodzisz na kogoś, a on w ogóle cię nie dostrzega?

– Nie, gdy patrzę w lustro, nie widzę samej siebie.

Nie było w tym nic metaforycznego.

– Czy ma to związek z Arthurem?

– Nawet go przy mnie nie było. Wyszedł już do pracy.

– Nie, miałam na myśli to, że ostatnio jest bardzo zajęty. Wspomniałaś o tym. Rzadko go widujesz.

– Ale to nie to samo co nie widzieć siebie. Myślisz, że to histeryczna niewidzialność? Czyżby dolegała mi jakaś dziwna nowa choroba godna uwagi lekarza? W sensie medycznym Arthur zwróciłby na mnie uwagę chyba tylko wtedy, gdybym cierpiała na okropny przypadek ciemieniuchy.

– Nic na to nie poradzisz, że jest tak zajęty. – Gilda starała się go bronić. – Jest zajęty, ponieważ jest dobrym człowiekiem. Jest zajęty, bo wszyscy go kochają.

Wszyscy łącznie z Gildą. Niedługo po tym, jak się tu wprowadziliśmy, podczas przyjęcia z okazji czwartego lipca, Arthur wyjął Benny’emu winogrono z tchawicy i uratował mu tym samym życie. Mój mąż zauważył, że Benny, który miał wówczas dopiero trzy lata, stoi nieruchomo pośród tłumu dorosłych i nawet nie mruga. Arthur powiedział później, że wiedział, że coś było nie tak, bo nigdy wcześniej nie widział, żeby Benny stał bez ruchu. Złapał chłopca za kostki u nóg, odwrócił do góry nogami i potrząsnął nim w powietrzu, jakby trzepał powłoczkę na poduszkę. Z buzi Benny’ego wypadło winogrono, a za nim wydostało się potężne zawodzenie, któremu owoc zablokował ujście. Benny uspokoił się już po krótkiej chwili. Gilda nigdy.

– To nie ma nic wspólnego z Arthurem – powiedziałam.

– OK – Gilda lekko odchyliła głowę w bok. – A teraz siebie widzisz?

– Oczywiście, że teraz się widzę. – Wyciągnęłam rękę, żeby pokazać ją nam obu. – Nie zwariowałam, a przynajmniej tak mi się wydaje. Dziś rano wyszłam spod prysznica i nie widziałam się przez kilka minut.

– Mnie by to chyba nie przeszkadzało – odparła Gilda.

Podniosłam rękę w górę.

– Przysięgam ci, że nie zmierzam do żadnej zabawnej puenty. Nie umiem wyjaśnić, co się stało, ale się stało, a później minęło. Zastanawiałam się...

– Nad czym?

– Czy tobie się to kiedykolwiek przydarzyło.

Czajnik zapiszczał na wysokich tonach, Gilda uratowała go z płomieni i zalała herbatę.

– Nie – odpowiedziała ostrożnie. – Nie, jeśli mówimy o braku ciała fizycznie. Byłaś u okulisty?

Zaprzeczyłam.

– Zastanawiam się, czy Francuzki też czasem czują się niewidzialne – dodała, zgrabnie przekierowując rozmowę z tematów osobistych na kulturowe. – Ludzie ciągle mówią, jakie są szykowne i pewne siebie, ale gdyby dwudziestoletnia Brigitte Bardot minęła na ulicy siedemdziesięciosześcioletnią Brigitte Bardot, nie ma wątpliwości, kogo by zauważono.

To wtedy doszłam do wniosku, że o poczuciu bycia niewidzialną można by rozmawiać godzinami, ale prawdziwa niewidzialność to niezbadany teren. Upiłam łyk herbaty i spojrzałam na zegarek.

– Powinnam chyba iść do pracy. Muszę oddać tekst. Czy mogę zabrać ze sobą kubek?

– Oczywiście, że możesz zabrać kubek, ale nie pomogłam ci. – Zabrzmiało to, jakby naprawdę było jej przykro.

Machnęłam ręką.

– Nic mi nie jest – powiedziałam. – Po prostu chciałam pogadać. – Prawdę mówiąc, Gilda pomogła mi bardziej, niż sądziła. Może dopadło mnie chwilowe szaleństwo, a ona nie potwierdzając tego, pozwoliła mi zachować resztki godności. Nie miałam tak naprawdę pojęcia, co się stało. Towarzyszyło mi niepokojące uczucie jak wtedy, gdy wyjdzie się z domu i nie można pozbyć się myśli, że nie wyłączyło się żelazka albo zostawiło otwarte okna podczas deszczu. Oczywiście później okazało się, że to uczucie jest nieodłączną częścią bycia niewidzialną. Niektóre kobiety z grupy nazywają to kacem z powodu niewidzialności, jakby każda komórka naszego ciała dostawała batem, gdy znowu stajemy się widoczne.

Kiedy wróciłam do domu, Nick siedział przy stole w kuchni i jadł płatki śniadaniowe, a Red, który nawet nie odwrócił się w moją stronę, wpatrywał się w Nicka. Nick zawsze pozwalał mu wychłeptać resztkę mleka, gdy kończył jeść.

– Nieprzyzwoicie wcześnie wstałeś – powiedziałam bez namysłu.

– Wielkie dzięki – odparł. – A tak w ogóle to co ci się stało rano?

– Rano? – zapytałam, nie chcąc przerabiać tego od nowa.

– Widzisz mnie? – Nick naśladował mnie w niewybredny sposób. Głowił się nad krzyżówką w „Timesie”. Jego ojciec musiał się dziś rano bardzo spieszyć. Odkąd Nick wrócił do domu, Arthur zazwyczaj pamiętał, żeby chować dział poświęcony kulturze i nie zostawiać synowi godnych pożałowania łamigłówek z lokalnych gazet.

– Szkła kontaktowe mi się odkleiły – wymyśliłam na poczekaniu w miarę wiarygodne kłamstewko. – Chyba muszę przestać je nosić. Mój okulista mówi, że wysuszają mi rogówkę.

– Nie nosisz soczewek, a nawet gdybyś nosiła, jak to się miało do tego, czy cię widzę, czy nie? – Wpisał słowo żelowym długopisem. Czwartkowa krzyżówka. Niełatwa.

– Powiedziałam, że to ja nie widzę. Wybacz. Przez chwilę spanikowałam.

– Nie powiedziałaś, że nie widzę. Powiedziałaś, czy mnie widzisz? To różnica. Część stawonoga na sześć liter po łacinie.

– Jakaś podpowiedź?

– Zaczyna się na T.

Potrzebowałam T, bo na myśl natychmiast mi przyszło imię bohatera bajki Dr. Seussa Lorax.

– Thorax, czyli tułów – powiedziałam. – A co do reszty, zwal to na wczesne stadium demencji. Będę wdzięczna.

Nick wpisał słowo, a widząc, że pasuje, uśmiechnął się. Mój pierworodny syn miał tak cudowny uśmiech, że można by go rozdawać w prezencie.

– O ile nie spytasz mnie dzisiaj, czy znalazłem pracę, ja nie będę drążył tematu twojego porannego zachowania.

– Stoi – odpowiedziałam szybko.

Później Nick postawił na podłodze miseczkę, w której na powierzchni resztki mleka unosiło się kilka ostatnich płatków. Red doznał szaleńczej, chłepczącej ekstazy. I byli wszyscy szczęśliwi.

Pamiętam tak wiele szczegółów z tamtego ostatniego dnia – czas, który straciłam na odpisywanie na maile, dwie tury prania, które poskładałam i schowałam. Nick wyszedł do kawiarni, gdzie codziennie przeglądał Internet w poszukiwaniu ofert pracy, a ja zmieniłam mu pościel i pozbierałam z podłogi ręczniki, bo czułam się jego dłużniczką. Eve zadzwoniła, żeby powiedzieć, że potrzebuje sześćdziesięciu dolarów na nowe spodenki do stroju cheerleaderki Ohio State, bo stare zgubiła. A ja nie miałam odwagi, żeby zapytać, w jaki sposób je zgubiła ani też jakim cudem coś tak maleńkiego może tyle kosztować. Wysłałam czek pocztą. Napisałam swój cotygodniowy tekst o ogrodnictwie: „Twoje chryzantemy, akt drugi”. „Tylko dlatego, że jasnożółte kwiaty przestały oszałamiająco kwitnąć, nie oznacza to, że nadają się na kompost”. Wszystko odbywało się po staremu, poza tym że kilka razy zdejmowałam skarpetkę, żeby sprawdzić, czy nadal mam kostkę. Pod koniec dnia wszystko wróciło do normy, a ja uznałam, że zostałam poddana jakiejś zwariowanej sztuczce z lustrem.

Mimo to martwiłam się, że Arthur, kiedy wróci do domu, przedstawi mi wiarygodne wyjaśnienie tego, co się stało albo co to mogło być, tak jakby chodziło o ośmiolatkę. Znaliśmy się z Arthurem od studiów i choć uważałam, że powinniśmy spędzać ze sobą trochę więcej czasu, to był on jedyną osobą, która znała mnie najlepiej. Osobą, z którą byłam najbliżej.

Skończyłam przygotowywać obiad i zostawiłam go w piekarniku, żeby nie wystygł. Nakarmiłam Reda i zabrałam go na spacer. Nalałam sobie kieliszek wina. Zaczęłam czytać książkę o kompostowaniu, bo kolejny artykuł miałam napisać właśnie o tym. Nick wrócił na chwilę, po czym znowu wyszedł. Próbowałam dodzwonić się na komórkę Arthura. Przeczytałam kolejny rozdział o kompostowaniu.

Nawet jak na Arthura piętnaście po ósmej to była późna pora, a bez telefonicznego uprzedzenia nawet bardzo późna. Kurczak na pewno już stwardniał i wysechł, a świeżo pieczone szparagi nabrały konsystencji tych z puszki. Stałam się marną kucharką, próbując przez lata odgadywać, o której wróci mój mąż. Gdy usłyszeliśmy, że otwierają się tylne drzwi, poderwaliśmy się z Redem i ruszyliśmy w tamtą stronę, ale Red wyprzedził mnie o trzy długości teriera.

Arthur podniósł dłoń.

– Stój! – rozkazał. Ja zatrzymałam się natychmiast, ale pies nie. Arthur schylił się i podrapał go za uchem. – Muszę wziąć prysznic. Z samego rana zwymiotowała na mnie jedna z córek Abbotów. Zmieniłem fartuch, lecz nadal czuję się trochę toksycznie, choć pielęgniarki przysięgały, że pachnę dobrze.

– Och – sapnęłam. – Jasne.

Arthur spojrzał na Reda.

– Gdybym się tu przewrócił, zasnąłbym na miejscu – zaśmiał się, trzymając psa za pysk. – Dokładnie na tobie.

– Chcesz obiad?

Arthur wstał powoli i kiwnął głową.

– Jasne – powiedział. – Tylko pozwól mi się umyć. Nie uwierzyłabyś, co się dziś działo. Jakaś kobieta przyszła z trojaczkami. Wszystkie miały krup. Później odwiedził mnie dyrektor i chciał rozmawiać o nowym ordynatorze. Siedział przez godzinę i opowiadał mi o wnuczce, która obgryza paznokcie i że córka martwi się, że dziecko może cierpieć z powodu jakichś problemów psychicznych, i tak dalej, i tak dalej, aż zrobiła się druga, a ja jeszcze nie skończyłem z porannymi pacjentami. – Zakrył oczy dłońmi i westchnął. – Nie wiem, jak długo tak pociągnę.

– Sama się nad tym zastanawiam – przyznałam.

Arthur minął mnie, zachowując bezpieczną odległość.

– Jakieś wieści na froncie pracowym Nicka?

– Nic mi o tym nie wiadomo. – Nagle się zdenerwowałam, myśląc o tym, co powiedziała Gilda. Czy to naprawdę Arthur? A kiedy ja będę miała możliwość opowiedzieć o swoim dniu?

Arthur zaczął wchodzić po schodach, po czym zatrzymał się w połowie drogi i zawołał przez ramię:

– Mary mówiła, że dzwoniłaś.

– Dzwoniłam – odpowiedziałam. Patrzyłam na swoje dłonie, najpierw od wewnątrz, potem od zewnątrz. Nadal tam były.

– Jakiś problem?

Odwróciłam się w stronę schodów. Miałam zamiar odpowiedzieć, że nie, żadnych problemów, ale jego już nie było.

***

Studiowałam dziennikarstwo i literaturę, a Arthur medycynę. Gdy zaczynałam, dostałam tę samą beznadziejną pracę, która się trafia wszystkim początkującym dzieciakom – zebrania w radzie miasta i kronika kryminalna między północą a szóstą rano. Jednak w głębi serca byłam reporterką i zawsze udawało mi się znaleźć coś, z czego mogłam przygotować sprawozdanie. Wielki skandal łapówkowy w stanowej izbie reprezentantów. Oto moja bajka. Naciskałam na laburzystów. Wyrobiłam sobie nazwisko. Gdy urodziły się dzieci, przeniosłam się do sekcji kultury, bo ta działka wydawała mi się bezpieczniejsza, a później zostałam redaktorem sekcji recenzji książkowych, wówczas coś takiego istniało nawet w Ohio. Przez długi czas byłam bardzo zajęta czytaniem, pisaniem, dochodzeniem prawdy, redagowaniem i wychowywaniem Nicka i Evie. Arthur rozwijał swoją praktykę lekarską, ale zdarzały się takie wieczory, że wracał do domu przede mną i to on robił obiad, a później zostawiał go w piekarniku, choć gdy piszę to zdanie, ledwo mogę w to uwierzyć. Właśnie w tamtym okresie wszystko zaczęło przyspieszać, a cała moja kariera stanęła na głowie. Rozpanoszył się Internet niczym ekspansywne zielsko. Gazeta traciła reklamodawców, zmniejszyła objętość, sekcję poświęconą recenzjom skrócono do dwóch stron, aż w końcu recenzje, które piszę do tej pory, zaczęły ukazywać się okazjonalnie. Wówczas już nikt nie sądził, że mogłabym znowu stać się reporterką, nawet ja sama. Newsy można było zamieszczać w dziale poświęconym kulturze, ale kultura nie powróciła już do newsów. Czułam się szczęściarą, że zachowałam kolumnę poświęconą ogrodnictwu ukazującą się dwa razy w tygodniu, a co więcej, sama mogłam wymyślać do niej tematy. Każdą godzinę, którą mi odbierano, dokładano Arthurowi. Choć może i tak mieliśmy szczęście. Przy dwójce dzieci potrzebowaliśmy pieniędzy. Wspaniale się składało, że miał coraz więcej pacjentów. A ja odzyskałam wolny czas, więc woziłam dzieci na treningi piłki nożnej, prowadziłam punkt z odzieżą dla bezdomnych i robiłam lepsze obiady, które jednak z każdym rokiem stawały się gorsze. I jakoś się to kręciło. Jednak nie tak, jak się spodziewałam.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Szekspir, sonet 73, tłum. S. Barańczak.

[2] j.w.

Rozdział drugi

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzeci

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czwarty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział szósty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział siódmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział ósmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział jedenasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwunasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzynasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czternasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piętnasty

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

CALLING INVISIBLE WOMEN

Redakcja

Monika Kiersnowska

Korekta

Jadwiga Piller

Copyright © 2012 by Rosedog, LLC

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2012

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53,

02-953 Warszawa

ISBN 978-83-63387-34-1

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl