Niewidzialna - A. November - ebook + książka
BESTSELLER

Niewidzialna ebook

November A.

4,6

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Niewidzialna” to drugi tom bestsellerowej „Nieznanej”.

Abigail odzyskuje świadomość po dramatycznym pościgu. Bolące ramie daje o sobie znać i nie pozwala zapomnieć o nadmiarze ludzkiego zła i okrucieństwa. Czy dziewczynie uda się zapomnieć o rozpaczy i zwątpieniu? Czy może los ma dla niej przygotowany inny plan? 

Autorka po raz kolejny buduje emocjonalną historię ukazując przerażające oblicza ludzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 298

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (365 ocen)
279
43
21
15
7
Sortuj według:
grado_ska

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowita książka poruszajaca odwieczny temat handlu ludźmi i pedofilii. Wątek mafii,służb specjalnych i ogromny majątek rodzinny, to mieszanka,która nie pozwala się nudzić przy tej lekturze
30
Fiba1

Nie oderwiesz się od lektury

masakra w taki momencie nie powinno się kończyć i kazać tak długo czekać na ciąg dalszy
10
Kuszla

Nie oderwiesz się od lektury

Czy przeraża Was brutalność w literaturze? Mnie zdecydowanie nie. Chętnie sięgam po książki, które pozbawione są tematów tabu i ukazują fabułę, bez uprzedniego koloryzowania, aby zamaskować bestię, czyhającą w złym człowieku. A.November przychodzi do nas z drugim tomem powieści, która nie pozostawia nas obojętnych na krzywdy, jakich doświadcza główna bohaterka. Jest to jednak kontunuacja, a pierwsza część jest niezbędna, aby móc zrozumieć fabułę tego tomu. Abigail wciąż pozostaje w rękach okrutnych przestępców, co zmusza Kellana do odbudowania relacji z mafią, która ułatwi mu dotarcie do oprawców dziewczyny. Nie podejrzewa, kto może kryć się za uprowadzeniem Blue, jednak odpowiedź na to pytanie przyniesie ze sobą wielkie zaskoczenie. Sama kobieta przebywa w Belgi w rękach Woutera i jest świadkiem wydarzeń, których ciężar mógłby przytłoczyć najsilniejszych. Kim jest główny porywacz? W co wplącze się Kellan, aby uratować Abigail? Autorka na przełomie dzieła nie oszczędziła czytelnikom s...
10
Alishia22

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja czekam ba część trzecią
10
Barlu

Nie oderwiesz się od lektury

rewelacyjna polecam
00

Popularność




Człowiek rodzi się, kocha i umiera nie na próbę.Jan Paweł II

Dla mojego męża Sebastiana Konrada Jana.Ja Ciebie też, bardzo.

PROLOG

Czy wierzę w to, że anioły istnieją? Na miłość boską, przecież jestem żołnierzem! Kiedyś bym się śmiał z takiego pytania, ponieważ byłoby niedorzeczne, ale dziś już nie.

One są, uwierz mi. I opowiem ci moją historię, bo chcę cię ostrzec. Jeśli kiedykolwiek znajdziesz jakiegoś, nigdy nikomu nie pozwól go od siebie zabrać.

Znalazłem jednego z nich, którego Bóg już raz postawił na mojej drodze. Anioł o najpiękniejszych niebieskich oczach, jakie w życiu widziałem, był uwięziony i zagubiony. Miał trafić prosto do piekła, a ja wyrwałem go ze szponów posłańca diabła i zabrałem ze sobą, by chronić. Tym aniołem była nikomu nieznana, krucha i naznaczona bliznami dziewczyna. Spojrzałem w jej niesamowite oczy i zobaczyłem siłę, która mnie zdumiała. Była moja i pokochałem ją, a potem… on upomniał się o nią i zabrał ode mnie. Sprawił, że stała się dla mnie niewidzialna. Czy to był diabeł? Z pewnością wtedy tak myślałem. Niestety, nawet nie wyobrażałem sobie, w jak wielkim byłem błędzie, ponieważ z prawdziwym wcieleniem szatana miałem się dopiero zmierzyć.

Mogłem to przewidzieć. Mogłem temu zapobiec. Ale pokonała mnie moja własna ambicja.

Wielki pożar, który płonął za moimi plecami, trawiąc gniazdo zła i zepsucia, był niczym w porównaniu z ogniem, jaki pożerał w tej właśnie chwili moją duszę i moje serce. Spalałem się od środka, a rwący płomień podgrzewał krew w moich żyłach i przesłaniał mi wszystko w zasięgu wzroku. Krzyk budujący się w mojej piersi był nie do okiełznania. Narastał z każdym moim pieprzonym oddechem i rozrywał mi pierś. Łapałem powietrze dużymi haustami i nie byłem w stanie go z siebie wydobyć. Upadłem na kolana pośród chaosu, jakiego dokonałem, i uspokajałem szalejące serce po to, by spróbować uwolnić ze swoich płuc tę wszechogarniającą mnie bezradność. Kiedy udało mi się w końcu zaczerpnąć tyle powietrza, ile potrzebowałem, wydawało mi się, że nawet płomienie przygasły, ponieważ zabrałem im potrzebny tlen. Krzyk, jaki wydobył się z mojego gardła, tnąc je jak sztylet, rozniósł się ponad koronami drzew i na chwilę dookoła zapadła cisza. Nabrałem w garści szarą od popiołu ziemię i zacisnąłem tak mocno, że paznokcie wbijały mi się w dłoń aż do krwi. Opuściłem głowę między ramiona, a pot zmieszany z krwią ściekał strużką z mojego czoła, zbierając się w kroplę na czubku nosa.

Krew. To jest jego krew.

Odebrał mi sens mojego życia, o którego istnieniu jeszcze kilka tygodni temu nawet nie wiedziałem. Dlaczego za każdą minutę szczęścia skradzioną losowi musimy oddać mu dziesięć zakrapianych łzami przez rozdzierającą serce rozpacz?

Miałem wciąż przed oczami sylwetkę oświetloną promieniami słońca, kiedy spacerowała brzegiem jeziora. Nic więcej nie mogłem dostrzec. Choć oczy miałem otwarte, to nie widziałem świata. Patrzyłem przed siebie i widziałem tylko ją. A teraz, kiedy była dla mnie niewidzialna, brakowało mi powietrza i zaczynałem umierać. I nie chciałem już dłużej żyć. Jednak pomimo bólu i dzielącej nas teraz przepaści, byłem przy niej.

– Gdzie jesteś, Blue? – szepnąłem i po raz drugi w swoim życiu pozwoliłem łzom swobodnie popłynąć z moich oczu.

Tak jak wtedy, kiedy miałem dziesięć lat.

1

W życiu nie chodzi o to, by siebie odnaleźć. W życiu chodzi o to, aby siebie samego stworzyć.

George Bernard Shaw

Kellan

Pamiętam, jak moja mama lubiła głaskać mnie po włosach. Kładłem wtedy głowę na jej kolanach i zamykałem oczy, a ona całowała mnie za każdym razem w policzek. Przeczesywała palcami moje pasma i zdarzało się, że podczas opowiadania bajek, robiła mi bezwiednie małego kołtuna na głowie. Lubiłem wszystkie bajki bez wyjątku i mogłem ich słuchać bez końca, byle tylko słyszeć jej miękki, kojący głos.

Mieszkaliśmy w kilkunastotysięcznym Alamo w Teksasie. A konkretnie w jego malowniczej i historycznej części z pozostałościami po wojnie z Meksykiem, tuż przy starych zabudowaniach Fortu Alamo. Było to moje ulubione miejsce, zaraz po ukochanym krzaku magnolii rosnącym parę jardów od mojego domu. Kiedy kwitł, siedziałem pod nim godzinami, wdychając zapach kwiatów, i czytałem mój ukochany komiks lub inne książki, które udało mi się zdobyć. Tam odpoczywałem od świata. I od potwora w moim… właściwie w jego domu.

Mój tata, Richard Masters, zginął w wypadku samochodowym, gdy miałem niespełna rok. Moja mama, Juliett, długo nie mogła się z tym pogodzić. Przez kilka lat byliśmy sami, choć zapewne musiała mieć adoratorów, ponieważ była piękną kobietą. Miała błękitne oczy, które po niej odziedziczyłem, i czarne, długie włosy sięgające pasa. Uwielbiałem ją. Była dla mnie wszystkim. Jednak kiedy miałem sześć lat, zaczęła spotykać się z właścicielem zakładu szewskiego, Alexem Wildersem, i niedługo potem wyszła za niego za mąż.

To był jej największy błąd, który zmienił nasze życie na zawsze.

Zaraz po ich ślubie wprowadziliśmy się do domu Alexa i dosłownie po kilku tygodniach zacząłem zauważać, że mama płacze, snując się po kątach jak cień. Jakiś czas później słyszałem coraz częściej podniesione głosy, a następnie zaczęło dochodzić do rękoczynów. Zauważyłem u mamy siniaki na rękach i twarzy, które skrzętnie starała się ukryć pod makijażem. Byłem coraz starszy i coraz bardziej chciałem wpierdolić Alexowi. Ale nie byłem na tyle silny, aby dać sobie z nim radę. Był postawnym brunetem pod czterdziestkę i dbał o swoje mięśnie, chodząc na siłownię oraz bijąc mamę. Byłem wysokim chłopcem jak na swój wiek i wyróżniałem się spośród rówieśników, ale brakowało mi siły. W szkole radziłem sobie bardzo dobrze i byłem lubiany wśród dzieci. Miałem nawet kilkoro przyjaciół, ale nie byli w stanie mi pomóc, ponieważ nigdy nikomu nie zdradziłem, co Alex robi mojej mamie. Myślałem wtedy jak zastraszony dzieciak, że kiedy ludzie dowiedzą się, co się dzieje w naszym domu, odwrócą się od nas, obwiniając ją. Dlatego musiałem mierzyć się z tym sam. Miałem nadzieję na zdobycie większej masy ciała i bycie bardziej wysportowanym chłopakiem, a że byłem zafascynowany futbolem amerykańskim, któregoś dnia poprosiłem mamę, żeby zapisała mnie na treningi.

Sytuacja w domu stawała się nie do zniesienia. Nadskakiwała Alexowi, mając nadzieję, iż nie będzie wszczynał awantur o byle gówno. A robił je naprawdę o takie bzdury, że z perspektywy czasu, wracając wspomnieniami do tamtych dni, zachodzę w głowę, do czego jego chory umysł był zdolny. Muszę przyznać, że często wracam myślami do tamtych czasów – mama zawsze się do mnie uśmiechała, nawet gdy była przygnębiona. Kochała mnie i wspierała.

Do dnia, w którym to wszystko się skończyło.

Był to ostatni dzień szkoły. Wracaliśmy z chłopakami do domu, śmiejąc się jak zwykle z jakichś pierdół i ciesząc z nadchodzących wakacji. Jednak ja chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu, ponieważ czułem wewnętrzny niepokój.

Mój dom znajdował się na końcu osiedla, więc droga dłużyła mi się i robiłem się coraz bardziej niespokojny. Chłopcy już się rozeszli, każdy w swoją stronę, i ostatnie kilkaset jardów pokonałem, biegnąc co sił w nogach. Kiedy skręciłem w moją ulicę, wypatrywałem drzwi wejściowych do naszego domu, a gdy zobaczyłem, że są lekko uchylone, moje serce zerwało się i gwałtownie przyspieszyło. Wbiegłem na werandę i wparowałem do holu, zatrzaskując za sobą drzwi. Rzuciłem plecak na podłogę i wszedłem do salonu. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to przewrócona palma i ziemia z doniczki rozsypana na jasnym, puszystym dywanie.

Przystanąłem na chwilę i zaczęła mnie ogarniać panika. Poczułem uścisk w brzuchu i moje nogi same ruszyły w stronę kuchni. Jednak kiedy zbliżałem się do niej, usłyszałem, jak coś na piętrze miarowo uderza. Spojrzałem w sufit, nasłuchując, skąd dochodzą dźwięki, po czym ruszyłem sprintem przez kuchnię i kierując się z powrotem do holu, wbiegałem po schodach na piętro.

Odgłosy dobiegały z gościnnej łazienki i w miarę jak zbliżałem się do niej, słyszałem również pojękiwanie Alexa i płacz mojej mamy. Stanąłem przy uchylonych drzwiach i usłyszałem jej urywane, ciche błaganie:

– Alex, proszę cię… och… przestań… nie mogę… oddychać… robisz mi… krzywdę… – Zanosiła się od płaczu i dusiła, ledwo mówiąc.

– Milcz, kurwo! Nauczę cię szacunku do mnie! – Wulgarne słowa Alexa przecięły mnie jak sztylet.

– Alex, zabijesz mnie… Błagam! – Charcząc, coraz ciszej wypowiadała zniekształcone słowa.

– Tylko ten twój bękart po tobie zapłacze, nikt więcej. Ty żałosna namiastko kobiety – warknął przez zęby.

Nie mogłem tego słuchać i serce trzaskało w mojej piersi. Pchnąłem powoli drzwi i moim oczom ukazał się widok, który przeraził mnie na śmierć. Moja mama leżała przechylona na brzegu wanny, zapierając się rękoma o przeciwległy jej rant. Alex gwałcił ją od tyłu, trzymając w jednej dłoni swój pasek od spodni zarzucony na jej szyję. Czym mocniej się w nią wbijał, tym bardziej ciągnął do siebie pasek, dusząc ją. Zobaczyła mnie kątem oka i pokręciła głową, żebym nie podchodził. Jej twarz była purpurowa z braku powietrza, a łzy rozmazały makijaż. Nie mogłem tak stać, musiałem ją obronić. Rzuciłem się na Alexa, spychając go z niej. Przewracając się, uderzył głową o umywalkę i zaćmiło go na chwilę. Jednak zanim podniosłem mamę, drań ruszył w moją stronę, zamachnął się i uderzył mnie pięścią w twarz tak mocno, że upadłem i straciłem przytomność.

Ocknąłem się, leżąc w łazience z policzkiem przyciśniętym do kafelków podłogi. Kiedy otworzyłem szerzej oczy, zobaczyłem brunatną ciecz, która płynęła w stronę mojej twarzy. Nie zdawałem sobie przez chwilę sprawy z tego, co widzę, i postanowiłem się podnieść. Podparłem się na dłoniach, jednak te zaczęły ślizgać się i rozjechałem się, upadając twarzą prosto w płynącą ciecz. Wtedy dotarło do mnie, że to krew i poczułem jej metaliczny smak w ustach.

W momencie podskoczyłem do góry na nogi i spojrzałem za siebie. To, co zobaczyłem, wyryło się w mojej pamięci i zostało w niej na zawsze, ponieważ nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego, nawet w filmach. Moja mama leżała przy wannie z mokrymi i przyklejonymi do twarzy włosami umazanymi krwią. Pomimo ich kruczoczarnego koloru, brunatna, powoli krzepnąca krew przyciągała mój wzrok. Podszedłem bliżej i wstrzymałem oddech na widok ogromnej dziury z tyłu jej głowy, z której wystawały kawałki kości oraz różowa miazga mózgu. Resztki z rozłupanej czaszki były wszędzie dookoła, a bluzka na plecach była przesiąknięta krwią. Upadłem przed nią na kolana, a martwe, mętniejące już oczy wpatrywały się we mnie. Tuż obok głowy leżał młotek szewski, a na szyi wciąż zaciśnięty był pasek mordercy.

Nie mogłem złapać powietrza, a ból rozdzierał mi klatkę piersiową i nie byłem w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Mogłem jedynie w swojej głowie krzyczeć do niej, aby mnie nie zostawiała. Kiwałem się nad nią i głaskałem zakrwawione włosy tak, jak ona zawsze głaskała moje, odgarniając z jej twarzy przyklejone krwawe pasma. W swojej głowie opowiadałem mamie bajkę i prosiłem, żeby coś powiedziała. Jednak ona nie poruszyła się, leżała tak zapatrzona niewzruszenie w jeden punkt, nie zamykając swoich oczu. Wiedziałem, że nie żyje, ale jeszcze nie mogłem jej zostawić.

Nie wiem, ile czasu upłynęło, zanim dotknąłem palcami powiek i zamknąłem jej oczy. Już nie płakałem i udało mi się zdusić ogień w piersi. Nachyliłem się i pocałowałem ją w czoło. Byłem odrętwiały. Wstałem i wyszedłem z łazienki, zamykając za sobą drzwi. Skierowałem się do swojego pokoju jak zaprogramowany robot i podszedłem do komody, gdzie stało w ramce nasze zdjęcie, które zrobiliśmy sobie rok wcześniej podczas wyprawy we dwoje do Wielkiego Kanionu. Uderzyłem ramką o kant mebla i wyjąłem z niej zdjęcie. Złożyłem je na pół i schowałem w tylnej kieszeni dżinsów. Odwróciłem się i wyszedłem z pokoju, udając się w stronę schodów. Zatrzymałem się jeszcze na chwilę przy drzwiach łazienki, za którymi leżała. Wciągnąłem powietrze w płuca i zacząłem schodzić na dół.

W domu było ciemno, ponieważ na dworze zapadła już noc. Wszedłem do salonu, gdzie nadal leżała przewrócona palma, a włączony telewizor dawał niebieską poświatę na cały salon. Stanąłem jak wryty, ponieważ morderca mojej mamy siedział z piwem w ręce w fotelu odwróconym tyłem do mnie i oglądał porno, wydając z siebie odgłosy, które już dzisiaj słyszałem. To uruchomiło mnie w momencie, jakby ktoś przełączył coś w mojej głowie. Po cichu się odwróciłem i poszedłem do kuchni. Zatrzymałem się przy wyspie, na której w stojaku stały różnej wielkości noże. Wyjąłem najmniejszy z nich i ruszyłem z powrotem do salonu. Stanąłem kilka kroków za fotelem, na którym siedział masturbujący się morderca, i krok po kroku zbliżałem się do niego. Kiedy dotarłem do fotela, uniosłem rękę trzymającą w dłoni zaciśnięty mocno nóż i jednym szybkim ruchem zadałem mu cios w bok szyi. Nawet nie sądziłem, że trafiłem w tętnicę za pierwszym razem. Ale tak się właśnie stało, ponieważ krew natychmiast trysnęła, a mężczyzna, przyciskając dłoń do szyi, zerwał się gwałtownie z fotela. Odwrócił się do mnie, trzymając w drugiej dłoni butelkę z niedopitym piwem i wciąż półtwardym fiutem, wystającym ze spodni. Wytrzeszczył na mnie oczy i próbował coś powiedzieć, jednak jego ust nie opuścił żaden dźwięk. Patrzyliśmy sobie w oczy przez dłuższą chwilę i nie mogłem nawet mrugnąć powiekami. Po chwili wzdrygnąłem się, bo dotarł do mnie odgłos tłuczonego szkła, który pochodził z wypuszczonej z jego dłoni butelki. Mężczyzna zachwiał się na nogach. Ruszyłem z miejsca, nie oglądając się za siebie, ponieważ wiedziałem, że to już jest jego koniec.

Wychodząc z domu do ogrodu, usłyszałem słaby jęk, a po nim tępy łoskot charakterystyczny dla ciała upadającego na podłogę. Poszedłem do komórki na tyłach ogrodu i przez chwilę szukałem tego, co było mi potrzebne.

Benzyna i zapalnik.

Znalazłem duży i pełny kanister z paliwem do kosiarki oraz pogrzebałem w szufladach, znajdując zapalniczkę.

Zataszczyłem wszystko z powrotem do salonu i podszedłem do mordercy, który leżał już martwy w kałuży krwi. Otworzyłem kanister i polałem go paliwem, resztę rozlałem po salonie oraz schodach. Odrzuciłem zbiornik i poszedłem do kuchni po ścierkę. Podpaliłem ją zapalniczką i poszedłem bliżej rozlanego paliwa. Rzuciłem palący się materiał najdalej jak mogłem i schyliłem się na moment, gdy poczułem buchnięcie ognia i ciepły powiew na plecach. Wyszedłem przez drzwi tarasowe do ogrodu, przeszedłem kilkanaście jardów i usiadłem pod drzewem magnolii.

Siedziałem i patrzyłem na płomienie ogarniające powoli cały dom. Trochę trwało, kiedy dotarły na piętro i zajęły dach, ale dopiero wtedy wydałem z siebie pierwszy dźwięk od momentu, kiedy oprzytomniałem w łazience, patrząc w martwe oczy mojej mamy.

– Żegnaj, mamusiu – szepnąłem w noc, wylewając ostatnie łzy.

Nigdy więcej w swoim życiu nie zapłakałem. Nigdy! Nawet w Afganistanie, gdzie widziałem rzeczy, o jakich się nikomu nie śniło.

Wracając do tamtej nocy, gdy ogień był już tak duży, że czułem jego gorąco na swojej twarzy, a płomienie zaczęły pochłaniać górne gałęzie, sąsiad znalazł mnie pod krzakiem. Poderwał mnie na ręce i uciekliśmy sekundy przed tym, jak płonący dach zapadł się, wzniecając kulę ognia, która pochłonęła krzew. Gdybym tam dalej siedział, pozostałby po mnie popiół.

Tak jak z mojej mamy i z mojego życia.

Godziny później niezliczone zastępy różnych ludzi próbowały ze mnie wyciągnąć, co się właściwie stało, ale ja nie powiedziałem ani słowa. Nie chciałem z nikim o tym rozmawiać, ponieważ byłem wykończony fizycznie i psychicznie. Choć dalej oddychałem, to właściwie byłem pewny, że moje życie właśnie się skończyło.

Kiedy znaleziono szczątki mamy i tego gnoja, zajęło chwilę, zanim ustalono przyczynę śmierci, ale wziąwszy pod uwagę podpalenie, które fachowcy wyczuli na odległość, wszczęto dochodzenie w sprawie domniemanego morderstwa. Ja milczałem jak grób, co biegli postrzegali jako PTSD.

Z braku dowodów i niekompetencji opieki społecznej, która wykąpała mnie i uprała moje ciuchy, nikt nie wziął pod uwagę możliwości mojego zaangażowania w sprawę. Uznano to za napad rabunkowy, w którym ofiarami padli moja mama i jej mąż, a nieznani sprawcy w celu zatarcia śladów podpalili dom.

Sprawę zamknięto, a ja trafiłem w wir systemu opieki społecznej, oferującej dla dzieci takich jak ja aż nadmiar atrakcji w przeróżnych miejscach i pod różnymi postaciami.

Po zaliczeniu kilku rodzin zastępczych, z którymi nie miałem ochoty współpracować, wylądowałem, mając czternaście lat, w domu dziecka. Chociaż bardziej przypominał on poprawczak, gdzie zasad w ogóle nie było, a przemoc wobec umieszczonych tam dzieci przekraczała wszelkie granice. W tamtym czasie cieszyłem się, że urodziłem się chłopcem. Niezliczone ilości bójek, które odbyłem, zahartowały moje ciało. O futbolu mogłem wtedy zapomnieć, ponieważ nie byłem już prymusem, a państwo nie miało mi nic do zaoferowania. Jednak ćwiczyłem ciało i doprowadzałem moje umiejętności w różnych sztukach walki do perfekcji. Postawiłem na krav magę. Wychodziłem z założenia, że jeśli chcę kogoś chronić, najpierw sam muszę umieć się bronić.

Wydarzenia z tego okresu mojego życia prawdopodobnie odzwierciedliły się w tym, co robiłem już jako dorosły człowiek. Wywarły na mnie presję, aby bronić tych, którzy nie potrafili się obronić. Czyli niewinnych ludzi, którym odbierano wolność i tożsamość. Z głęboką wiarą w sercu, że to, co zamierzałem zrobić, jest słuszne, w wieku osiemnastu lat wstąpiłem do wojska. Rok później przystąpiłem do długiego specjalistycznego programu treningowego, aby zostać żołnierzem SEAL, i udało mi się ukończyć go przy pierwszym podejściu, z bardzo dobrymi wynikami. Szybko zdobywałem awanse i z czystym sumieniem mogę to przyznać, że osiągnięcie stopnia kapitana było zasłużone i byłem z tego powodu dumnym skurwysynem. Podczas szkolenia poznałem moich braci – Asha, Claya, Trace’a i Jareda. W wojsku wszyscy żołnierze są dla siebie braćmi, ale ta czwórka była bliska mojemu sercu, jak niegdyś moja mama.

Stali się moją rodziną.

Dziś wiem, że więzy przyjaźni, które istniały między nami, były darem, który powinienem był pielęgnować i z samolubnych powodów zaniedbałem go, powodując, że ból i rozpacz, które niszczyły moje serce, zniszczyły też ich. Moim zadaniem było chronić wszystkich bez wyjątku, zamiast tego spowodowałem chaos i zniszczenie. Na Boga, co miałem zrobić, kiedy zawiodłem tych, którzy mi zaufali? Zawiodłem ich tak jak moją mamę. Dokonane przeze mnie wybory i podjęte decyzje doprowadziły do wydarzeń i ludzi związanych z miejscem, które płonęło przed naszymi oczami.

To była moja walka i moja odpowiedzialność! Nie ich! Dlatego dziękuję Bogu za to, że nikogo dzisiaj nie straciłem.

Przez ostatnie kilka minut klęczałem na ziemi, łapiąc oddech. Przypomniałem sobie wydarzenia ostatniej godziny i coraz bardziej szalałem.

Jak do tego doszło?

Kurwa. Jak?

Mieliśmy jasny i prosty do wykonania plan. Trzech rozstawionych snajperów, dobry sprzęt i sporo amunicji. Otaczali mnie żołnierze i zatwardziali wojownicy, których nie ma w swoim Secret Service nawet sam prezydent, a ja zaangażowałem ich w moją wojnę. Wjechaliśmy na teren posesji Russo w ustalonych wcześniej formacjach.

Russo, Van den Rooy… wszystko jedno, który z nich był na czele tego gówna, byli odpowiedzialni za porwania, gwałty, śmierć niezliczonej liczby kobiet i dzieci. Razem z moimi chłopakami i agentem FBI Fletcherem mieliśmy wjechać od strony lasu, gdzie nasze auta poradzą sobie z mniej podmokłym terenem. Cooper ze swoją snajperską „dziecinką” ustawił się na skałach. Prezydent MC Dirty Jackals, Ice, oraz kilku jego ludzi jechało w swoich hammerach tuż przed nami. Reszta z MC Black Wings miała dostać się na teren posesji od strony winnicy, natomiast pozostałe hammery Ice’a  – od strony bagien. Zaczęliśmy akcję i byłem przekonany, iż jest tylko kwestią czasu, kiedy odzyskamy moją żonę.

Tyle tylko… że nie wszystko poszło zgodnie z planem.

Kiedy Cooper zadokował się na skałach i zameldował mi swoją gotowość, Ash przesiadł się za kierownicę. Usiadłem na miejscu pasażera, sprawdzając po raz setny moją broń. Bronx i Trace zajęli pozycje na ostatnich siedzeniach i milczeli w skupieniu. Fletcher sprawdził łączność ze swoim człowiekiem, którego zostawiliśmy przed głównym wjazdem na posesję. Założyliśmy noktowizory i wyłączyliśmy światła. Przedzierając się przez las, obserwowałem wszystko wokół mnie. Słyszałem gałęzie ocierające się o błotniki i dach auta. Samochód podskakiwał na sterczących korzeniach, co skutkowało uciskiem w mojej klatce piersiowej. Potarłem miejsce po postrzale, aby pozbyć się dyskomfortu. Nikt nie zakłócał naszej przejażdżki przez las.

– Nie ma tu żywej duszy – skomentował Ash, bacznie obserwując otoczenie.

– To znaczy, że czuje się tu bezpiecznie – podsumowałem.

– Nie spodziewa się pościgu? – myślał głośno Bronx.

– Albo jest idiotą, albo mnie nie docenił – dodałem, ponownie sprawdzając broń.

Bronx zerknął na mnie i zapytał:

– Ile razy jeszcze sprawdzisz tego gnata?

– Tyle, ile trzeba. Jedź! – burknąłem.

– Jak odstrzelisz sobie łeb, to twoja sprawa. Ale jak odstrzelisz mi mój, to cię będę, kurwa, straszyć z zaświatów, aż się zesrasz!

– Boję się jak skurwysyn! – Cmoknąłem.

– I właśnie to jest w tym najgorsze, że ty się niczego nie boisz. – Bronx westchnął i skupił się na drodze.

Nie miał racji. Bałem się, tylko głupiec się nie boi.

Po przejechaniu kilkuset jardów zaczynaliśmy dojeżdżać do pierwszych zabudowań, które kiedyś mogły być powozownią. Zauważyłem różnego rodzaju urządzenia, które wskazywały, że przerobiono ją na destylarnię. Za budynkiem rozpościerał się duży trawnik, na końcu którego wznosiły się mury zamku z ciemnego kamienia. Podjechaliśmy pod niego i szybko opuściliśmy pojazdy. Każdy przybrał pozycję bojową i ruszyliśmy w trzech grupach wzdłuż kamiennej ściany. Bronx szedł pierwszy, a za nim ja i Trace. Ash prowadził drugą grupę, a Fletcher z dwoma prospektami od McCaina zamykał szereg. Nie wiedzieliśmy, na jakim poziomie było przeszkolenie ludzi Ice’a, ale już po pierwszych kilku jardach było dla nas jasne, że mieli pojęcie o zachowaniu taktycznym w terenie. To bardzo działało na naszą korzyść, ale mimo to byłem niespokojny. Trzymałem swój karabin blisko twarzy i każdy mój ruch był z nim zsynchronizowany. Miałem oczy wszędzie: na sklepieniu zamku, na trawie, na murze, ludziach za mną oraz przede mną. Bronx w pewnym momencie dotarł do końca kamiennej ściany i wychylił się. Nagle podniósł rękę i zacisnął w górze pięść, sygnalizując niebezpieczeństwo. Zamarliśmy. Patrzyłem skupiony na jego dłoń, czekając, kiedy zmieni jej ułożenie. Przygotowałem się do ewentualnego oddania strzału. Bronx schylił się bardziej i rozluźnił ją, kręcąc palcem, by ruszać dalej. Wyszliśmy zza muru na rozległy, owalny dziedziniec otoczony niskim żywopłotem. Schowaliśmy się za nim i obserwowaliśmy trzech ludzi palących papierosy. Stali około pięćdziesiąt jardów przed nami, tuż przy ogromnych, kutych drzwiach głównego wejścia. Usłyszałem w słuchawce głos McCaina:

– Masters, dotarliśmy do czegoś, co prawdopodobnie jest oranżerią. Na drodze nie spotkaliśmy nikogo, ale ktoś niedawno tędy biegł. Blisko ściany są jeszcze mokre ślady bosych stóp i przebiegają przez pasmo trawnika. Wygląda, jakby ktoś ruszył w stronę lasu.

Zastanowiłem się chwilę, ponieważ przemknęło mi coś przez myśl.

– Uciekinier? – zapytałem.

– Raczej nikt nie biega nocą boso po lesie.

– Rozumiem. – I przyszła mi myśli o uciekającej tamtędy Blue.

To mogło być w jej stylu. Ta dziewczyna jest nieprzewidywalna i uparta, ale jest też cholernie odważna i nie ma o tym bladego pojęcia.

– McCain, może to ktoś sprawdzić? – Chciałem sam tam iść.

– Jasne. Pójdzie tam mój porucznik, Hunter. Jest specem w tropieniu. Co u was?

– Właśnie dotarliśmy do dziedzińca, mamy widok na główne wejście i jarające przy nim trzy cele – odpowiedziałem mu. – Macie możliwość wejścia do oranżerii?

– Tak, widzę otwarte okno tuż nad ziemią. Dość wąskie, ale spróbuję temu zaradzić.

– Przyjąłem. Daj znać, jak coś znajdziesz. – Wiedziałem, że tam wejdzie, więc czekałem tylko na potwierdzenie.

Schyleni, szybko ruszyliśmy wzdłuż żywopłotu. Mężczyźni nadal palili papierosy, nieświadomi naszej obecności. Chcieliśmy podejść niezauważeni jak najbliżej wejścia. Zza przeciwnego rogu ściany zamku wyłoniła się nagle druga ekipa ludzi McCaina. W słuchawkach odezwał się dowodzący nią egzekutor MC Black Wings, Blade.

– Widzimy was i palaczy też – odezwał się pierwszy. – Jesteście bliżej wejścia, będziemy was osłaniać.

– Przyjąłem. Zdejmijcie ich, kiedy nas zauważą.

– Z przyjemnością, Masters. – Czułem, jak uśmiech pojawia się na jego twarzy.

Kolejny szalony sukinsyn.

W pewnej chwili jeden z palaczy odwrócił się w naszą stronę. Krzyknął coś, rzucając papierosa na ziemię, i skierował w nas swoją broń. Jednak na tym się skończyło, a jego kumple nawet nie załapali, o co chodziło, ponieważ cała trójka leżała już martwa na ziemi. Blade wykonał robotę precyzyjnie.

Przeskoczyliśmy żywopłot i podbiegliśmy do drzwi, gdy w międzyczasie bikerzy zabezpieczali teren, wpuszczając nas do środka. Wpadliśmy do dużego holu, rozświetlonego dwoma ogromnymi, starymi mosiężnymi żyrandolami. Podnieśliśmy okulary noktowizorów i parliśmy do przodu w stronę marmurowych krętych schodów z masywnymi poręczami. Po drodze minęliśmy rozchodzące się od głównego holu dwa przeciwległe korytarze. Jak zakładaliśmy wcześniej, rozdzieliliśmy się. Bronx, ja i Fletcher oraz VP Jackals, Storm z Trace’em, ruszyliśmy w górę po schodach, natomiast Ash został na dole z pozostałymi trzema ludźmi Jackals i wszedł w lewy korytarz. Ice zabrał pozostałych na prawo. Rozglądając się uważnie, weszliśmy po schodach nakrytych wzorzystym fioletowo-czarnym dywanem. Były tak wysokie, że mogłoby się wydawać, iż prowadzą do nieba.

Ale nie w tym miejscu.

Dotarliśmy na szczyt schodów i usłyszeliśmy odgłos strzałów dobiegających z dołu. W słuchawce usłyszałem krzyki chłopaków, informujących się nawzajem o pozycji ludzi Russo. Rozdzieliliśmy się z Trace’em ponownie na górze. Szedłem za Bronxem jak cień, co dwa kroki odwracając się do tyłu. Widziałem wtedy po drugiej stronie korytarza robiącego to samo Trace’a, kiedy Storm na ugiętych kolanach kierował broń na boki, mijając kolejne drzwi. Brat je otwierał i robił mu miejsce, żeby sprawdził wnętrza. Po naszej stronie schodów Bronx, osłaniając mnie, musiał iść pierwszy. To już mieli we krwi i kiedykolwiek próbowałem wyjść na pozycję, oni od razu mnie kryli. Dzisiaj nie byłem ich dowódcą. Dzisiaj byłem ich bratem, ale to niczego w ich przekonaniach nie zmieniło. Fletcher został na szczycie schodów, obserwując w dole hol. Bronx sprawdzał wszystkie kąty i otwierał mi drzwi do mijanych pomieszczeń, a kiedy ja je penetrowałem, on pilnował naszych tyłków.

Wszędzie panowała cisza i było pusto.

Zero śladu Blue. Zero śladu Russo. Zero nikogo!

Sprawdzałem właśnie ostatni z pokoi, kiedy usłyszałem cofającego się do pokoju Bronx’a. Trzymał palec na ustach i kiwnął głową w stronę korytarza. Podskoczyłem natychmiast do niego i schowaliśmy się za drzwiami. Ktoś wolno skradał się do pokoju i przystanął w progu. W szparze pomiędzy drzwiami a futryną ujrzałem obcą twarz. Strzeliłem w momencie, kiedy ruszył się, by przejść. Kula przeszła na wylot i facet padł w przejściu, z dziurą z boku głowy.

– Gdzie, do cholery, byłeś, Fletcher, kiedy ten palant tu szedł?! – wychrypiał do swojego mikrofonu Bronx, kiedy nachylałem się nad trupem.

– Właśnie miałem was wywołać, bo usłyszałem strzał z waszej strony! Kto tam szedł? Obok mnie nikt się nie prześlizgnął! – warczał agent.

– Skąd ten dupek przyszedł? – zastanawiał się na głos brat.

– Nie mam, kurwa, pojęcia, ale skądś musiał. To ostatnie pomieszczenie w tej części korytarza – rzuciłem, wychylając się na zewnątrz.

Zaczął obszukiwać kieszenie martwego typa, gdy w słuchawkach odezwał się Ash.

– K., dół jest czysty, ale są tu jeszcze piwnice. Jeżeli są tak wielkie jak parter, to się, kurwa, zasapię na śmierć. Schodzimy tam – wydyszał.

– Okej, odezwij się, kiedy tam dotrzesz – rzuciłem szybko, zajęty przyglądaniem się ścianom w korytarzu.

– Nie znalazłem przy nim niczego, nawet skruszonego tytoniu. – Bronx stanął obok mnie. – Myślisz, że jest tu ukryte przejście? – zapytał, głaszcząc dłonią ścianę i pukając w nią.

Spojrzałem na ścianę, jakbym chciał ją prześwietlić wzrokiem.

– Całkiem możliwe, chyba że to X-men z umiejętnością przenikana. – Zerknąłem na brata i obaj spojrzeliśmy na trupa leżącego za nami.

– Nie. Za gruby – cmoknął Bronx.

– Kretyn.

W odpowiedzi usłyszałem jego chichot.

– Jak on się tu dostał… – urwałem natychmiast, bo przed moim nosem rozsunęła się ściana i w ostatniej chwili podnieśliśmy broń gotową do strzału.

Ku naszemu całkowitemu zaskoczeniu w przejściu stał Trace z wycelowaną w nas swoją berettą. Jego równie zdumiona twarz opleciona była szarą pajęczyną.

– Chryste! – sapnąłem, opuszczając broń. – Dlaczego, kurwa, nie zameldowałeś, że wlazłeś w pieprzoną ścianę?! – wrzasnąłem na niego.

– A dlatego, że tam nie ma jebanego zasięgu! – warknął, ściągając z twarzy lepiące ustrojstwo.

– Stary – Bronx pokręcił głową – mogliśmy cię odpalić – wydyszał jak lokomotywa i dopiero teraz opuścił swój karabin.

– Taa, chyba ja was – parsknął Trace. – Próbowałem was wszystkich wywołać, ale tam jest jak w ciemnej dupie.

– Jak, do cholery, tam się znalazłeś? – zapytałem, mijając go i zaglądając w ciemne pomieszczenie.

– I tu jest haczyk, mamy niespodziankę.

Nie widziałem na jego ustach uśmiechu.

Spojrzałem na niego z nadzieją w oczach, ale opadła.

– To nie jest Blue – stwierdziłem.

– Przykro mi, bracie. – Zaprzeczył ruchem głowy. – Bardzo chciałbym przekazać ci taką informację.

Westchnąłem głęboko i klepnąłem go w ramię.

– Ale musicie pójść za mną i sami zobaczyć. – Odwrócił się i zniknął w ścianie.

Poszliśmy za nim ciemnym korytarzem z blado żarzącymi się żarówkami.

– Nie zdążyliśmy dać wam znać, bo wywiązała się mała przepychanka i Storm musiał interweniować. – Odwrócił do nas głowę. – Ale dzięki temu odkryłem to przejście. Biker zajął się niespodzianką, a ja poszedłem sprawdzić pomieszczenie. – Maszerował dalej. Słowa odbijały się od ścian i miałem wrażenie, że jesteśmy zamknięci w zakorkowanej butelce. – W pierwszej chwili myślałem, że to ukryty pokój i może trzymają tam Blue. – Zatrzymał się przed ścianą, sugerującą koniec korytarza i pociągnął niewielki uchwyt, rozsuwając ją. – Ale to  – odsunął się z przejścia, dając mi widok na wnętrze – również powinno cię zadowolić, bracie.

Wszedłem do jasno oświetlonego pomieszczenia, mrużąc oczy.

– Oto nasza niespodzianka. – Trace klepnął mnie w ramię, stając obok.

Gdy mój wzrok przyzwyczaił się do światła, byłem wprost zachwycony. Niespodzianka natomiast już nie tak bardzo.