37 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwóch zdobywców Nagrody Pulitzera, opowiada historię Marie, nastolatki oskarżonej o fałszywe zeznania na temat gwałtu.

Jedenastego sierpnia 2008 roku osiemnastoletnia Marie zgłosiła się na policję. Zamaskowany mężczyzna włamał się do jej mieszkania w pobliżu Seattle, w stanie Washington, i zgwałcił ją. W ciągu kolejnych dni przesłuchań, zarówno funkcjonariusze jak i bliscy Marie podchodzili do jej opowieści coraz bardziej sceptycznie. Policja szybko zmieniła stosunek do sprawy i zaczęła oskarżać Marie o oszustwo. Po wytknięciu nieścisłości w jej relacji i wątpliwościach, jakie wzbudziła, dziewczyna złamała się i przyznała, że jej historia to kłamstwo. Została oskarżona o składanie fałszywych zeznań oraz publicznie zlinczowana przez osoby z najbliższego otoczenia.

Ponad dwa lata później detektyw z Kolorado, Stacy Galbraith, otrzymuje sprawę napaści na tle seksualnym. W toku dochodzenia, Galbraith orientuje się, że jest ona uderzająco podobna do gwałtu, do którego doszło jakiś czas temu w pobliskim miasteczku. Postanawia połączyć siły z detektyw badającą tamtą sprawę, Edną Hendershot. Wkrótce obydwie kobiety uświadamiają sobie, że mają do czynienia z seryjnym gwałcicielem: mężczyzną, który fotografował swoje ofiary, grożąc, że opublikuje ich zdjęcia w sieci, i zacierał wszelkie ślady przestępstwa z przebiegłością sugerującą doświadczenie zdobyte w armii lub policji.

Oparta na materiałach dochodzeniowych oraz obszernych wywiadach z przedstawicielami władz, Niewiarygodne. Prawdziwa historia gwałtu to wielowątkowa opowieść o wątpliwości, kłamstwach i polowaniu na sprawiedliwość, która z zatrważającą szczerością ujawnia, jak bada się współcześnie przypadki napaści na tle seksualnym i jak często ofiary gwałtów są również ofiarami naszej podejrzliwości.

Biogramy autorów

T. Christian Miller jest starszym reporterem portalu internetowego ProPublica. Wcześniej pracował w „Los Angeles Times”, gdzie zajmował się tematyką wojenną i polityczną. Prowadzi wykłady dotyczące dziennikarstwa danych na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley.

Ken Armstrong jest starszym reporterem portalu internetowego ProPublica. Wcześniej pracował w organizacji non profit Marshall Project oraz „Chicago Tribune”. Publikowane przez niego teksty przyczyniły się do decyzji gubernatora stanu Illinois o zawieszeniu wykonywania kary śmierci i zamianie wyroków śmierci na kary dożywocia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Most

Poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Lynnwood, Waszyngton

Marie wyszła z pokoju przesłuchań i zeszła schodami komisariatu policji w towarzystwie detektywa i sierżanta. Przestała już płakać. Na dole funkcjonariusze przekazali ją dwóm czekającym na nią osobom. Marie uczestniczyła w programie pomagającym usamodzielnić się nastolatkom z rodzin zastępczych, a ci ludzie kierowali programem.

– Więc jak? – zapytał jeden z nich. – Zostałaś zgwałcona?

Minął tydzień, odkąd Marie, osiemnastolatka o piwnych oczach, z falowanymi włosami i aparatem na zębach, zgłosiła na policji, że została zgwałcona przez obcego mężczyznę, który włamał się z nożem w ręku do jej mieszkania, założył jej opaskę na oczy, związał ją i zakneblował. W ciągu tych siedmiu dni Marie opowiedziała tę historię policji co najmniej pięć razy. Opisała im go: szczupły biały mężczyzna, niecałe sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Niebieskie dżinsy. Bluza z kapturem, szara, może biała. Oczy prawdopodobnie niebieskie. Lecz jej opowieść nie zawsze brzmiała identycznie. A policja rozmawiała z ludźmi znającymi Marie, którzy wyrażali pewne wątpliwości. I kiedy funkcjonariusze przedstawili te wątpliwości Marie, dziewczyna zawahała się, a potem ugięła, twierdząc, że zmyśliła całą historię – bo matka zastępcza nie odbierała od niej telefonów, bo jej chłopak chciał się z nią już tylko przyjaźnić, bo nie była przyzwyczajona do samotności.

Bo chciała zwrócić na siebie uwagę.

Nakreśliła policyjnym detektywom zarys swojej biografii. Opisała dorastanie pod opieką około dwadzieściorga rodziców zastępczych. Powiedziała, że została zgwałcona, gdy miała siedem lat. Że przestraszyło ją samodzielne życie, którego nigdy wcześniej nie zaznała. Historia o włamywaczu, który ją zaatakował, „urosła do ogromnych rozmiarów wbrew jej woli”, wyjaśniła funkcjonariuszom.

Dzisiaj postanowiła sprawdzić, czy policjanci zdobędą się jeszcze na odrobinę cierpliwości. Wróciła na komisariat i wycofała ostatnie zeznania, stwierdzając, że mówiła prawdę na samym początku i że faktycznie została zgwałcona. Ale pod presją pokoju przesłuchań znów się poddała i jeszcze raz przyznała, że zmyśliła swoją opowieść.

– Nie – powiedziała Marie menedżerom programu czekającym przy schodach. – Nie. Nie zostałam zgwałcona.

Dwoje menedżerów, Jana i Wayne, pracowało dla Project Ladder, organizacji non profit pomagającej dzieciom z rodzin zastępczych w rozpoczęciu samodzielnego życia. Program rozwijał u nastolatków – większość z nich miała po osiemnaście lat – przyziemne zdolności niezbędne dorosłym, od zakupów w sklepie spożywczym do zarządzania swoją kartą kredytową. Przede wszystkim jednak Project Ladder oferował wsparcie finansowe, przyznając każdemu nastolatkowi dotację na wynajęcie jednopokojowego mieszkania, dzięki czemu dzieciaki mogły się jakoś odnaleźć na drogim rynku mieszkaniowym w Seattle i okolicach. Wayne był menedżerem przydzielonym bezpośrednio do Marie, Jana zaś kierowniczką całego programu.

– Jeżeli to prawda – powiedzieli menedżerowie Marie – jeśli nie zostałaś zgwałcona, musisz zrobić pewną rzecz.

Marie bała się tego, co miało teraz nastąpić. Widziała to w ich twarzach, gdy odpowiadała im na pytanie. Nie wyglądali na zbitych z tropu. Nie byli zaskoczeni. Nie wierzyli jej już wcześniej, podobnie jak inni. Marie zorientowała się, że odtąd ludzie będą ją uważać za chorą psychicznie. Ona sama zastanawiała się, czy jest zepsuta, czy jest w niej coś, co wymaga naprawy. Uświadomiła sobie, jak bardzo bezbronna się stała, i obawiała się, że straci resztkę tego, co posiada. Jeszcze tydzień temu miała przyjaciół, pierwszą pracę, pierwsze miejsce, które mogła nazwać swoim, pełną swobodę ruchów, poczucie, że jej życie rozwija się niczym żagiel na wietrze. Ale teraz straciła zarówno pracę, jak i cały niedawny optymizm; mieszkanie i wolność też były zagrożone. A przyjaciele, na których mogła polegać? Została jej raptem jedna osoba.

Historia Marie rzeczywiście urosła do ogromnych rozmiarów. W ciągu ostatniego tygodnia trafiła do telewizyjnych programów informacyjnych. „Kobieta z zachodniego Waszyngtonu przyznała, że podniosła fałszywy alarm”1, stwierdzono w jednym z wydań wiadomości. W Seattle sprawą zajęły się lokalne oddziały stacji ABC, NBC i CBS. Wysłannicy kanału należącego do NBC, KING 5, pokazali u siebie apartamentowiec, w którym mieszka Marie – oko kamery przesunęło się po kolejnych piętrach, aż zatrzymało się na dłużej przy jednym z otwartych okien – podczas gdy Jean Enersen, najpopularniejsza prezenterka wiadomości w Seattle, tłumaczyła widzom: „Policja w Lynnwood poinformowała nas, że kobieta, która wcześniej zgłosiła, że padła ofiarą napaści seksualnej dokonanej przez nieznajomego mężczyznę, zmyśliła całą historię. […] Detektywi nie wiedzą, dlaczego kobieta mówiła nieprawdę. Grożą jej konsekwencje za rzucanie fałszywych oskarżeń”2.

Reporterzy telewizyjni zapukali z kamerą do drzwi, próbując dowiedzieć się na wizji, dlaczego Marie kłamała. By wyjść z oblężonego przez dziennikarzy mieszkania, dziewczyna musiała wymknąć się z bluzą naciągniętą na głowę.

Jej historia dotarła do najdalszych zakątków internetu. Na blogu „False Rape Society” (Stowarzyszenie Fałszywych Gwałtów), poświęconym niesłusznym oskarżeniom, pojawiły się dwa posty dotyczące sprawy z Lynnwood: „Kolejny ze – zdawałoby się – niekończącej się kawalkady fałszywych zarzutów o gwałt. I znów oskarżycielka jest bardzo młoda – to jeszcze nastolatka. […] By podkreślić, jak poważne konsekwencje ma ten konkretny rodzaj kłamstwa, kary za niesłuszne oskarżenia o gwałt muszą być surowsze. O wiele surowsze. Tylko to odstraszy następnych kłamców”3. Mieszkaniec Londynu, który stworzył na swojej stronie „międzynarodowe kalendarium fałszywych zarzutów o przemoc seksualną” sięgające 1674 roku, przedstawił sprawę z Lynnwood w swoim tysiąc sto osiemdziesiątym ósmym wpisie, zaraz po nastolatce z Georgii, która „odbyła stosunek za obopólną zgodą z innym uczniem, a potem oskarżyła wymyślonego mężczyznę za kierownicą zielonego chevroleta”, oraz nastolatce z Anglii, która „najwyraźniej odwołała swoją zgodę na seks po tym, jak wysłała chłopakowi wiadomość, że bardzo jej się podobało!”4. „Jak wynika z tej bazy danych – pisze jej autor – wiele kobiet oskarża o gwałt bez zastanowienia, a ściśle mówiąc: ściąga majtki bez zastanowienia, a potem żałuje i oskarża”5.

W samym Waszyngtonie i poza jego granicami historia Marie stała się kolejnym przykładem w trwającej od stuleci dyskusji na temat gwałtu i wiarygodności jego ofiar.

Programy informacyjne nie podały jej nazwiska. Ale otaczający Marie ludzie wiedzieli. Przyjaciółka z dziesiątej klasy zadzwoniła do niej i rzuciła: „Jak mogłaś skłamać na taki temat?”. To samo pytanie chcieli jej zadać reporterzy przed kamerą. To samo pytanie Marie słyszała, gdziekolwiek się zwróciła. Nie odpowiedziała swojej przyjaciółce. Słuchała bez słowa, a potem przerwała połączenie – koniec kolejnej przyjaźni. Jakiś czas wcześniej Marie pożyczyła innej przyjaciółce swój laptop – zwykły czarny IBM – a teraz nie mogła dostać go z powrotem. Gdy doszło do konfrontacji, usłyszała: „Skoro ty możesz kłamać, ja mogę kraść”. Ta sama przyjaciółka – a raczej była przyjaciółka – dzwoniła później do Marie, grożąc jej i mówiąc, że powinna umrzeć. Ludzie przedstawiali Marie jako przykład, tłumacząc, dlaczego nikt nie wierzy prawdziwym ofiarom gwałtów. Nazywali ją suką i dziwką6.

Menedżerowie z Project Ladder powiedzieli Marie, co musi zrobić. Dodali, że jeśli ich nie posłucha, zostanie wyłączona z programu. Straci opłacane przez organizację mieszkanie. Zostanie bez dachu nad głową.

Pracownicy Project Ladder zabrali Marie do wynajmowanego przez organizację apartamentowca i wezwali innych nastolatków należących do programu – byli to na ogół rówieśnicy Marie, dzieciaki, które mogły opowiedzieć podobne jak ona historie o dorastaniu pod stanową kuratelą. Zebrało się ich około dziesięciorga, w większości dziewczęta. W głównym biurze, niedaleko basenu, usiedli w kółku, podczas gdy Marie stała. Stała i mówiła im – wszystkim, łącznie z sąsiadką z piętra wyżej, która tydzień wcześniej zadzwoniła na policję, by zgłosić gwałt – że to wszystko było kłamstwem i że nie mają się czym martwić. W pobliżu nie grasuje żaden gwałciciel, którego należy się wystrzegać. Policja nie będzie nikogo poszukiwać.

Podczas tego wyznania płakała, a odgłos jej szlochu jeszcze podkreślał niezręczną ciszę, która ją otaczała. Jeśli w pomieszczeniu pojawił się choćby ślad współczucia, Marie wyczuwała go tylko od jednej osoby, dziewczyny siedzącej po jej prawej stronie. W oczach wszystkich innych słuchaczy odczytywała pytanie: „Dlaczego to zrobiłaś?” – i od razu potem osąd: „Jesteś popaprana”.

W trakcie kolejnych tygodni i miesięcy kapitulacja Marie na policji będzie się wiązać z różnymi konsekwencjami, ale dla niej samej żadna inna chwila nie będzie gorsza od tej.

Została tylko jedna przyjaciółka, do której mogła się zwrócić, i gdy zebranie dobiegło końca, Marie skierowała się do domu Ashley. Nie miała jeszcze prawa jazdy – jedynie tymczasowe pozwolenie wydawane uczącym się prowadzić – więc ruszyła na piechotę. Po drodze weszła na most przerzucony nad autostradą międzystanową numer 5 – najruchliwszą arterią w całym stanie, wiodącą z północy na południe – nad niekończącym się strumieniem osobówek subaru i osiemnastokołowych ciężarówek.

Marie pomyślała o tym, jak bardzo pragnie skoczyć z tego mostu.

Wyjęła telefon, zadzwoniła do Ashley i powiedziała:

– Proszę, przyjdź po mnie, zanim zrobię coś głupiego.

A potem rzuciła aparat za barierkę.

Rozdział drugi

Łowcy

5 stycznia 2011

Golden, Kolorado

Krótko po trzynastej w środę, piątego stycznia 2011 roku śledcza Stacy Galbraith dotarła do długiego rzędu bezosobowych budynków mieszkalnych, które wzniesiono na zboczu niedużego wzgórza. Ziemię pokrywały płaty brudnego, na wpół rozpuszczonego śniegu. Szarość bezlistnych drzew odznaczała się na tle pomarańczowo-oliwkowych ścian dwupiętrowych bloków. Było bardzo zimno, panował przenikliwy chłód. Galbraith pojawiła się tutaj, żeby zbadać zgłoszenie gwałtu.

Znajdujące się na parterze mieszkanie wypełniała chmara ludzi w uniformach. Kolejni pukali do drzwi sąsiadów. Analitycy miejsca zbrodni robili zdjęcia. Podjechała karetka z ratownikami. Galbraith wyróżniała się na tle tej chaotycznej sceny. Była kobietą w tłumie składającym się głównie z mężczyzn. Jej twarz była pociągła, blond włosy proste, sięgające za ramiona. Miała sylwetkę biegaczki długodystansowej – szczupłą i wyrzeźbioną – oraz niebieskie oczy.

Podeszła do jednego z policjantów. Wskazał na kobietę w długim brązowym płaszczu, która stała na zewnątrz w bladym zimowym słońcu. W jednej ręce trzymała torbę ze swoimi rzeczami. Galbraith stwierdziła, że może mieć dwadzieścia parę lat, miała niecałe sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Była drobna i ciemnowłosa. Sprawiała wrażenie spokojnej, niewytrąconej z równowagi.

Ofiara.

Galbraith podeszła i się przedstawiła. Zapytała, czy mogą porozmawiać w jej samochodzie. Tam będzie cieplej. I bezpieczniej. Kobieta się zgodziła. Zajęły miejsca na przednich siedzeniach, a Galbraith włączyła ogrzewanie.

Kobieta miała na imię Amber. Odbywała studia magisterskie na pobliskiej uczelni. Trwała przerwa zimowa, jej współlokatorka wróciła na ferie do domu. Ona została w mieszkaniu i pławiła się w luksusie, jakim był czas tylko dla siebie – mogła siedzieć do późna i przesypiać cały dzień. Jej chłopak przyjechał spoza miasta w odwiedziny, jednak ostatnią noc spędziła sama. Zrobiła sobie kolację, ułożyła się w łóżku i rozpoczęła maraton seriali Gotowe na wszystko i Teoria wielkiego podrywu. Kiedy w końcu zaczęła odpływać w sen, było już tak późno, że słyszała odgłosy innych mieszkańców budynku wybierających się do pracy.

Dopiero co zasnęła, kiedy nagle coś ją obudziło. W porannym półmroku zobaczyła majaczącą nad sobą sylwetkę. Zaczęła sobie uzmysławiać, co się dzieje. W jej sypialni był człowiek. Jego twarz zakrywała czarna maska. Miał na sobie szarą bluzę i dresowe spodnie. Czarne buty. W dłoni trzymał pistolet. Był wycelowany prosto w nią.

– Nie krzycz. Nie wołaj o pomoc, bo cię zastrzelę – powiedział.

Poczuła uderzenie adrenaliny. Jej oczy skierowały się na pistolet. Zapamięta, że był błyszczący, srebrny, z czarnymi śladami.

Zaczęła błagać:

– Nie krzywdź mnie. Nie bij mnie.

Zaoferowała mu gotówkę, którą trzymała w mieszkaniu.

– Pierdol się – odpowiedział.

Ten człowiek ją przerażał. Skrzywdzi ją. Jest gotów ją zabić. Podjęła wtedy decyzję: nie będzie walczyć. Postanowiła, że to przetrzyma. Zrobi wszystko, co tylko każe jej mężczyzna.

Zrzucił na podłogę zielono-czarny plecak. W środku było wszystko, czego potrzebował. Swój ekwipunek włożył do przezroczystych torebek śniadaniowych. Były podpisane wielkimi literami, schludnym pismem. knebel. prezerwatywy. wibrator. odpady.

Kazał jej ściągnąć ocieplaną piżamę. Amber patrzyła, jak wyjmuje z torebki, a potem wsuwa na jej nogi białe pończochy. Zapytał, czy ma w domu buty na obcasach, a kiedy powiedziała, że nie, wyciągnął dodatkowo przezroczyste plastikowe szpilki. Miały paski z różowej tasiemki, które obwiązał wokół jej kostek. Ponownie sięgnął do torby, tym razem wyciągnął z niej dwie gumki do włosów i związał jej na głowie dwa kucyki. Gdzie są jej kosmetyki do makijażu? Wyjęła kosmetyczkę z komody. Wydawał jej precyzyjne instrukcje. Najpierw cień do powiek. Potem szminka. Więcej. Wyjaśnił, że chciałby, żeby jej usta były bardziej różowe. W końcu kazał jej położyć się na materacu. Wyjął czarną jedwabną wstążkę i kazał jej złączyć ręce na plecach. Związał nią luźno jej nadgarstki.

Zszokowana Amber rozpoznała wstążkę. Kupiła ją ze swoim chłopakiem. Szukali jej kilka tygodni temu, ale nigdy nie znaleźli. Amber doszła do wniosku, że musiała ją gdzieś zgubić. Teraz była skołowana – jak to się stało, że gwałciciel ma jej wstążkę?

Przez następne cztery godziny mężczyzna wielokrotnie gwałcił Amber. Gdy się męczył, robił sobie chwilę przerwy, ubrany jedynie w koszulę, popijał wodę z butelki. Kiedy mówiła, że ją boli, używał lubrykantu. Gdy powiedziała, że jej zimno, przykrył ją jej różowo-zieloną narzutą na łóżko. Mówił jej, co i jak ma robić. Powiedział, że jest „grzeczną dziewczynką”. Nie używał prezerwatywy.

Przyniósł różowy aparat cyfrowy. Układał ją do zdjęć na łóżku. Kazał pozować w konkretny sposób. Kiedy wszystko wyglądało tak, jak chciał, zaczynał fotografować. Czasem przerywał w trakcie gwałtu, żeby zrobić więcej zdjęć. Amber przyznała Galbraith, że nie ma pojęcia, ile mógł ich zrobić. Niekiedy fotografował ją przez dwadzieścia minut bez przerwy. Powiedział jej, że użyje zdjęć, by przekonać policję, że do seksu doszło za jej zgodą. Poza tym umieści je w internecie, na stronie z pornografią, gdzie wszyscy będą mogli je zobaczyć – w tym jej rodzice, przyjaciele i jej chłopak.

Amber postanowiła, że przeżyje, jeśli będzie się zachowywać jak najbardziej ludzko. Za każdym razem, gdy mężczyzna odpoczywał, zadawała mu pytania. Czasem ją ignorował, a czasem rozmawiali przez dwadzieścia minut. Ze szczegółami opisywał, jak na nią polował. Opowiadanie o tym zdawało się go niemal relaksować.

Powiedział, że obserwował ją przez okna jej mieszkania od sierpnia. Znał jej imię i nazwisko, datę urodzenia, numer paszportu i tablicy rejestracyjnej jej samochodu. Wiedział, co studiuje i gdzie. Wiedział, że wieczorami, przed pójściem spać, mówi do swojego odbicia w lustrze w łazience.

Amber przyznała Galbraith, że to wszystko było prawdą. Mężczyzna nie blefował.

Odpowiedział też na kilka jej pytań. Powiedział, że zna trzy języki obce: łacinę, hiszpański i rosyjski. Poza tym bardzo dużo podróżował: był w Korei, Tajlandii i na Filipinach. Skończył studia i nie potrzebował pieniędzy. Powiedział również, że jest wojskowym i że zna mnóstwo policjantów.

Jego świat, jak powiedział Amber, jest skomplikowany. Ludzie dzielą się na bravos1 i wilki. Bravos nigdy nie krzywdzą kobiet ani dzieci, ale wilki mogą robić, co tylko im się podoba.

On był wilkiem.

Amber powiedziała Galbraith, że nie widziała jego twarzy. Starała się jednak, na ile było to możliwe, zapamiętać jak najwięcej detali dotyczących jego wyglądu. Był biały, włosy miał jasne i krótkie, a oczy piwne. Obstawiała, że mógł mieć około stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu i ważyć jakieś osiemdziesiąt kilogramów. Jego szare spodnie miały dziury na kolanach, a na czarnych butach było logo Adidasa. Ogolił okolice krocza. Był trochę pucołowaty.

Jej uwagę zwróciła szczególnie jedna cecha charakterystyczna – brązowe znamię na łydce.

Kiedy skończył, było już prawie południe. Wytarł twarz Amber nawilżanymi chusteczkami. Kazał jej pójść do łazienki i umyć zęby, a potem wejść pod prysznic. Patrzył, jak się namydla, wskazując, jakie części ciała ma szorować. Kiedy skończyła, kazał jej zostać w łazience jeszcze dziesięć minut.

Zanim wyszedł, powiedział jej, jak dostał się do środka przez tylne, przesuwne drzwi. Kazał jej włożyć w dolną szynę drewnianą listewkę, żeby mieć pewność, że są zabezpieczone. Powiedział, że w ten sposób ludzie tacy jak on nie będą mogli dostać się do środka.

Zamknął drzwi i opuścił mieszkanie.

Kiedy wyszła spod prysznica, odkryła, że gwałciciel splądrował jej pokój, zabierając ze sobą pościel i jej błękitną jedwabną bieliznę. Różowo-zielona narzuta leżała na podłodze, w nogach łóżka.

Znalazła telefon i zadzwoniła do swojego chłopaka. Powiedziała mu, że została zgwałcona. Kazał jej zadzwonić na policję. Na początku nie chciała się zgodzić, ale w końcu dała się przekonać. Rozłączyła się i wybrała numer alarmowy.

Była 12.31.

Galbraith z zaniepokojeniem słuchała kobiety. Śledzenie, maska, plecak pełen akcesoriów potrzebnych do gwałtu. Atak był wyjątkowo ohydny, a napastnik niezwykle doświadczony. Nie było czasu do stracenia. Śledztwo musi się zacząć natychmiast, na przednim siedzeniu jej samochodu.

Galbraith wiedziała, że każdy gwałt ma trzy sceny zbrodni: miejsce, w którym doszło do ataku, ciało napastnika i ciało ofiary. Każda z nich może być źródłem cennych wskazówek. Gwałciciel podjął próbę usunięcia swoich śladów z jednej z nich – ciała Amber. Śledcza zapytała ją, czy zgodzi się na pobranie próbek DNA z jej twarzy za pomocą sterylnych wacików, które wyglądały jak patyczki do uszu. Galbraith, przecierając nimi twarz Amber, nie traciła nadziei. Może gwałciciel popełnił błąd, może zostawił po sobie jakiś mały ślad.

Galbraith zadała kolejne ważne pytanie: czy Amber jest w stanie wrócić do mieszkania i wskazać wszystkie miejsca, których mógł dotykać napastnik? Amber ponownie się zgodziła. Dwie kobiety, razem, jeszcze raz odtwarzały przebieg gwałtu. Amber wskazała na różowo-zieloną narzutę, którą jej oprawca ściągnął z łóżka. Pokazała łazienkę, z której mężczyzna kilkukrotnie korzystał w trakcie jej gehenny. Galbraith pytała o szczegóły. Jak wyglądała maska? Amber wytłumaczyła, że to nie była kominiarka. Bardziej chusta, którą ciasno owinął wokół twarzy i spiął agrafkami. Czy pamięta coś na temat butelki wody? Tak, woda była marki Arrowhead. Jak wyglądało znamię? Amber je namalowała: okrągły kleks wielkości kurzego jajka.

Wspominając, że mężczyzna przykrył ją narzutą po tym, jak powiedziała, że jest jej zimno, Amber określiła go mianem „delikatnego”.

To zaskoczyło Galbraith. Jak ktokolwiek po takich przejściach mógłby nazwać swojego oprawcę delikatnym? To ją zmartwiło. Mężczyzna uchodził pewnie za zwyczajnego, może nawet był policjantem. Pomyślała, że trudno będzie go znaleźć.

Kiedy Amber skończyła oprowadzać ją po mieszkaniu, Galbraith zawiozła ją do szpitala St. Anthony North, oddalonego o trzydzieści minut drogi. To było najbliższe miejsce, w którym pracowała osoba wyspecjalizowana w badaniu ofiar napaści seksualnych. Pielęgniarka zbadała każdy centymetr ciała Amber w poszukiwaniu śladów. Zanim pojechały na badanie, Amber wspomniała Galbraith, że według słów samego napastnika jest jego pierwszą ofiarą. Zdaniem dziewczyny kłamał.

– Moim zdaniem robił to już wcześniej – powiedziała.

Galbraith musiała wrócić na miejsce przestępstwa, jej mózg pracował na najwyższych obrotach. Opowieść Amber wydawała się trudna do uwierzenia. Gwałciciel w ciemnym ubraniu? Z plecakiem wypełnionym akcesoriami potrzebnymi do gwałtu? Tak bezczelny, że pastwił się nad ofiarą przez cztery godziny, w ciągu dnia, w tętniącym życiem bloku mieszkalnym?

To nie przypominało żadnego z gwałtów, z którymi miała wcześniej do czynienia. Przeważnie ofiara była atakowana przez kogoś, kogo już znała albo przynajmniej spotkała: chłopaka, dawnego adoratora, faceta poznanego w klubie. W sprawach gwałtów przeważnie zagadką nie było „kto to zrobił?”, ale raczej „co się stało?”. Czy do stosunku doszło za zgodą kobiety? Krajowe badania przeprowadzone przez władze wskazują, że w Stanach Zjednoczonych w 2014 roku gwałt lub inną napaść na tle seksualnym zgłosiło około stu pięćdziesięciu tysięcy kobiet i mężczyzn. To tyle, ile zamieszkuje całe miasto Fort Lauderdale na Florydzie. Około osiemdziesięciu pięciu procent ataków zakwalifikowano jako gwałt dokonany przez osobę znajomą7.

Galbraith zdawała sobie sprawę, że ma do czynienia ze stosunkowo rzadkim przypadkiem: gwałtem, którego dopuścił się nieznany sprawca. Takie sprawy częściej kończą się procesem, bo prokuratorzy zazwyczaj grają kartą „porządnej ofiary”. To określenie kobiety, która zostaje napadnięta na ulicy przez nieznajomego napastnika z bronią. Kobiety, która krzyczy i walczy, ale w ostatecznym rozrachunku nie ma wyjścia i musi się poddać. Kobiety, która jest żoną albo córką i ma kochającą rodzinę. Ładny dom i dobrą pracę. Skromnie się ubiera, a w trakcie napaści nie była pijana. Nie włóczyła się po jakiejś podejrzanej części miasta. To opis ofiar gwałtów, które prokuratorzy najczęściej decydowali się reprezentować w procesie sądowym. Spełniają one wszystkie oczekiwania, jakie może mieć wobec zgwałconej kobiety ława przysięgłych.

Amber wpasowywała się w część tych kryteriów – ale nie wszystkie. Była tak opanowana i spokojna. Rozmawiała ze swoim oprawcą, nazwała go „delikatnym”. Zanim zadzwoniła na policję, rozmawiała przez telefon ze swoim chłopakiem.

Dla Galbraith żadna z tych rzeczy nie była problemem. Wiedziała, że zgwałcone kobiety stanowią grupę tak różnorodną jak całokształt kobiet. Mogą być matkami, nastolatkami, pracownicami seksualnymi. Mogą mieszkać w przepięknych, wielkich domach albo przytułkach. Mogą być bezdomne albo cierpieć na schizofrenię. Mogą być białe, czarne, mogą być Azjatkami. Mogą być pijane do nieprzytomności albo całkowicie trzeźwe. Wreszcie – mogą zareagować na przestępstwo na przeróżne sposoby. Mogą wpaść w histerię, mogą zamknąć się w sobie. Mogą zwierzyć się przyjaciółce, mogą nie powiedzieć nikomu. Mogą zadzwonić na policję natychmiast, mogą też czekać tydzień albo miesiąc, albo kilka lat.

Policjanci przyjmują różne metody, badając sprawy gwałtów. Mimo że to jedno z najpowszechniejszych poważnych przestępstw, nie udało się osiągnąć porozumienia co do najlepszego sposobu rozwiązywania takich spraw. Dla niektórych śledczych kluczowy jest sceptycyzm. Kobiety mogą kłamać, że zostały zgwałcone, i czasami to robią. Policjant powinien z ostrożnością podchodzić do oskarżeń o napaść seksualną. „Nie każde zgłoszenie kończy się założeniem sprawy i nie zawsze stawiane są zarzuty” – ostrzegał jeden z bardziej popularnych podręczników policyjnych na ten temat8. Dla innych śledczych – a także adwokatów zaniepokojonych traktowaniem ofiar gwałtów po macoszemu przez funkcjonariuszy – głównym założeniem była ufność. „Zacznij od zaufania” – brzmiał slogan jednej z kampanii przeprowadzonych wśród policjantów w celu usprawnienia śledztw dotyczących przestępstw seksualnych9.

W centrum debaty znajdowało się pytanie o wiarę. W sprawach najbrutalniejszych przestępstw policjanci stykali się z oczywistymi obrażeniami. W przypadku przestępstw seksualnych jednak obrażenia często nie były widoczne. W czasie badania kobieta, która odbyła stosunek za obopólną zgodą, może wyglądać tak jak ta, która miała przystawiony pistolet do głowy. W sprawach napaści seksualnych wiarygodność ofiary jest często tak samo ważna jak wiarygodność oskarżonego.

Galbraith miała własną zasadę: słuchać i weryfikować.

– Ludzie często mówią: „Wierz swojej ofierze, wierz jej” – opowiada. – Ja jednak nie uważam, żeby to było właściwe podejście. Moim zdaniem trzeba się wsłuchać w słowa ofiary. A potem albo z nią współpracować, albo zanegować jej słowa, zależnie od tego, jak sprawy się potoczą.

Kiedy śledcza wróciła do mieszkania ofiary, kręcił się po nim tuzin funkcjonariuszy i techników. Galbraith, detektywi Marcus Williams i Matt Cole, a także technik Kali Gipson chodzili po całym mieszkaniu. Williams zbierał odciski palców i szukał potencjalnych próbek DNA, podczas gdy Gipson i jej ekipa zrobili czterysta trzy zdjęcia – sfotografowano każdy włącznik światła, każdą ścianę i wszystkie ubrania.

Na zewnątrz policjanci również robili zdjęcia i przeszukiwali kosze na śmieci. Przed mieszkaniem znaleziono niedopałki papierosów, choć Amber nie paliła, więc dwaj funkcjonariusze, Michael Gutke i Frank Barr, przeszukali cały teren: jeden niedopałek znaleziono w popielniczce sąsiadującego mieszkania, kolejny pomiędzy zaparkowanymi samochodami i jeszcze kilka w innych miejscach parkingu. Wszystkie zostały zapakowane w plastikowe torby i miały trafić na komisariat.

Pozostali funkcjonariusze przeczesywali całą okolicę. W ciągu dwóch dni policja z Golden zapukała do drzwi wszystkich sześćdziesięciu mieszkań na osiedlu i rozmawiała z dwudziestoma dziewięcioma osobami. Niczym naukowcy przeprowadzający badanie, używali specjalnego kwestionariusza, by upewnić się, że nic im nie umknie: Czy widziałeś kogoś podejrzanego w okolicy? Czy ktoś niósł plecak albo inne nietypowe przedmioty? Czy w sąsiedztwie pojawiały się jakieś podejrzane pojazdy?

Funkcjonariuszka Denise Mehnert zapukała do drzwi trzydziestu mieszkań w trzech różnych budynkach, zaczynając od górnego piętra i schodząc w dół. Lokator jednego z nich powiedział, że kilka nocy temu widział na osiedlu „nabitego” mężczyznę z latarką czołówką na głowie. Jeden z jego sąsiadów przypomniał sobie, że w czasie Bożego Narodzenia w okolicy pojawił się dziwny kamper. Kolejnemu wydawało się, że widział właściciela tego kampera i że był to człowiek w średnim wieku, noszący kapelusz z szerokim rondem. Nikt nie przypominał sobie, by widział kogoś pasującego do opisu gwałciciela.

Na tylnym tarasie mieszkania Amber policjant znalazł ślady butów. Jeden z nich się wyróżniał i był dobrze zachowany. Gipson usiłowała uzyskać odcisk za pomocą wosku śniegowego, śliskiej substancji, którą spryskuje się ślady tak, aby zachować odcisk, ale nie rozpuścić śniegu, który go tworzy. Niestety wosk nie zadziałał. Spryskała więc ślad fluorescencyjną pomarańczową farbą. Był teraz bardzo dobrze widoczny, niczym odcisk pozostawiony przez astronautę na Księżycu. To nie było zbyt wiele, ale lepsze to niż nic.

Galbraith i jej współpracownicy wciąż przetrząsali miejsce zbrodni. Kiedy po kilku godzinach jeden z funkcjonariuszy zaproponował krótką przerwę, śledcza kazała im pracować dalej.

Gdy w końcu opuścili mieszkanie, minęło już sporo czasu od zapadnięcia zmroku.

Galbraith dorastała w Arlington, na spokojnych przedmieściach Dallas w Teksasie. Jej tata był menedżerem restauracji, a potem pracował jako programista. Mama była inżynierem i analitykiem w firmie naftowej. Rozwiedli się, gdy ich córka miała trzy lata, później matka poślubiła glazurnika. Galbraith utrzymywała bliskie więzi z obojgiem biologicznych rodziców, a także ich nowymi, rosnącymi rodzinami.

W szkole była dobrą uczennicą, która zadawała się z łobuzami. Uważała się za osobę nieuznającą autorytetów. Należała do drużyny koszykarskiej, ale pewnego razu została zawieszona na kilka meczów, bo przyłapano ją na paleniu papierosów z kolegami. Nie można powiedzieć, że się z tym kryła: dyrektor zobaczył ją przez lornetkę, jak pali w stroju szkolnej drużyny pod salą gimnastyczną.

Po ukończeniu szkoły średniej Galbraith przewinęła się przez kilka różnych kierunków na University of North Texas. Chciała spróbować dziennikarstwa, ale nie widziała się w tej roli w przyszłości. Lubiła zajęcia z psychologii. Mordercy, gwałciciele, seryjni zabójcy – to ją fascynowało.

– Ciekawiło mnie, jak funkcjonuje ludzki mózg i jak wpływa na nasze działania – mówi.

W końcu uniwersytecki doradca zawodowy zasugerował jej karierę w służbach mundurowych. Zaczęła więc chodzić na zajęcia dla pracowników organów ścigania. Spędzała sporo czasu z policjantami i odpowiadało jej to towarzystwo. W gruncie rzeczy w byciu policjantem chodziło o pomoc innym. To jej pasowało.

– To zabrzmi sztampowo, ale naprawdę chciałam pomagać. Chciałam też, żeby ludzie, którzy postępują źle, odpowiadali za swoje czyny.

Mimo to nie trafiła do policji od razu po ukończeniu studiów. Wydawało jej się, że się nie nadaje, że za dużo w niej z buntowniczki i jest zbyt niezależna. Może nawet niewystarczająco dobra.

– Chciałam być gliną, ale myślałam sobie: Jezu, pewnie nie dam rady – mówi. – Deprecjonowałam się.

Wzięła ślub i pojechała z mężem do Kolorado, gdzie czekała na niego praca w warsztacie samochodowym. Ona zatrudniła się w więzieniu. Jej współpracownicy mówili, że uwielbiają swoje zajęcie. „To najlepsza praca, jaką miałem – powiedział jeden z nich. – Nic nie trzeba robić”. Galbraith nienawidziła właśnie tego, że w więzieniu nie było nic do roboty. Pracowała na nocnej zmianie. Liczyła śpiących osadzonych. Była tym niewyobrażalnie znudzona. „To nie dla mnie – powiedziała sama do siebie. – Muszę coś robić. Muszę robić coś pożytecznego”.

W międzyczasie jej małżeństwo się rozpadło: jej mężowi nie spodobało się, że spędza całe dnie z masą obcych mężczyzn. Rozwiedli się. Galbraith nie żałuje.

– Nie roztrząsam zbytnio niczego. Po prostu idę przed siebie.

Potem nadszedł jeden z tych zupełnie niespodziewanych momentów, które potrafią odmienić całe życie. Po przeprowadzce do Kolorado Galbraith starała się o pracę policjantki w Golden, typowym sennym miasteczku, w którym karierę rozpoczyna wielu funkcjonariuszy. Posada w zakładzie karnym została jej zaproponowana jako pierwsza, więc ją przyjęła. Po siedmiu tygodniach otrzymała jednak telefon z ofertą z Golden: praca na najniższym stanowisku, przy patrolowaniu ulic na nocnej zmianie.

Najbardziej znanym faktem dotyczącym Golden było to, że w 1873 roku założono tam browar Coors10. Browar – największy na świecie – wypełniał całą dolinę na wschód od miasta kłębowiskiem szarych stalowych rur i kominów, które przypominały krajobraz z powieści Dickensa. Każdego roku z kompleksu budynków wytaczały się miliony beczek piwa, które trafiały potem do domów bractw uniwersyteckich, na mecze futbolowe i do barów z happy hours.

O ile jednak piwo Coors utożsamiano z pijackimi hulankami, o tyle Golden ani trochę. W tym historycznym miasteczku położonym u podnóża Gór Skalistych żyło dziewiętnaście tysięcy osób11. Założono je w 1859 roku, w czasie gorączki złota na Pikes Peak, i przez kilka lat było stolicą Kolorado. Nadal czuło się w nim ducha Dzikiego Zachodu. Elewacje budynków dużych banków i zwykłych sklepów obłożone były deskami. Stara siedziba władz stanowych pełniła funkcję ratusza. Wielu mieszkańców posiadało konie. Jelenie i łosie przechadzały się środkiem ulic.

W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia 2003 roku Galbraith świętowała swoje pierwsze samodzielne wyjście w teren, bez nadzorującego ją funkcjonariusza. Towarzyszył jej w tym ważnym momencie mężczyzna, który potem zostanie jej mężem: David Galbraith, kolega z Komendy Policji w Golden. Na kolację przyrządzili sobie schab z kością, a potem oboje udali się na nocną zmianę.

Pierwsze wezwanie Galbraith: ściągnąć zdechłego psa z autostrady międzystanowej numer 70 – biegnącej przez środek Denver autostrady, którą porusza się 8541 samochodów na godzinę12. Kiedy dotarła na miejsce, drugi pies wszedł na jezdnię, by sprawdzić, co się dzieje z pierwszym. Widziała, jak jego również rozjeżdżają pędzące samochody. Żadne z policyjnych szkoleń nie traktowało o zbieraniu z jezdni psich szczątków. Zatrzymała radiowóz na środku autostrady, wstrzymując ruch. Włożyła zwierzęce zwłoki do plastikowego worka i zaciągnęła na pobocze. Zwymiotowała schab.

„Muszę to zrobić. W jakiś sposób muszę” – przekonywała samą siebie w myślach.

Ta myśl stała się jej mottem. Galbraith nie lubiła narzekać. Nie uznawała wymówek. Chciała wykonywać swój zawód i była gotowa pracować dziewięćdziesiąt godzin tygodniowo, aby to zrobić.

W 2007 roku, kiedy była w ciąży z pierwszym dzieckiem, postanowiła ubiegać się o posadę detektywa. Jednostka nie należała do największych – był w niej jeden inspektor i trzech śledczych. Taka zmiana pomogłaby jej jednak pogodzić obowiązki zawodowe z życiem rodzinnym, zwłaszcza że David pracował na nocną zmianę. Poza tym Galbraith była ambitna. W organach ścigania detektywi są zwykle na szczycie hierarchii. Dostają duże sprawy. Często również lepiej zarabiają. Wyróżniają się spośród zwykłych policjantów jak piątkowi uczniowie w szkole.

– Musiałam to zrobić – mówi.

Dostała to stanowisko – nie obyło się jednak bez przykrych konsekwencji. Niektórzy funkcjonariusze z Golden plotkowali między sobą, że udało jej się tylko dlatego, że była w ciąży i w ten sposób zapewniono jej możliwość dalszej służby. Takie gadanie denerwowało Galbraith. Odpowiedziała na nie jednak w jedyny znany sobie sposób – wzięła się do roboty.

W małych miastach śledczy zajmują się wszystkimi rodzajami spraw, jakie do nich trafiają. Galbraith szczególnie jednak ciągnęło do przestępstw o podłożu seksualnym. Pewna wyjątkowo pamiętna sprawa dotyczyła nastolatka oskarżonego o molestowanie dziesięcioletniego chłopca z okolicy. Obie rodziny – właściwie to całe sąsiedztwo – były ze sobą zżyte. Żony pijały razem wino, dzieci wspólnie się bawiły, a mężowie spędzali ze sobą weekendy. Pomiędzy niektórymi rodzinami krążyła informacja o wysuniętym oskarżeniu.

– Ta sprawa podzieliła całą okolicę – mówi Galbraith.

Galbraith wraz z innym śledczym przesłuchali ofiarę. Zeznanie chłopca było bardzo konkretne. Powiedział detektywom, że oskarżony zaatakował go na kanapie. Pamiętał szczegóły dotyczące jej obicia. To był tylko detal, ale wystarczył, by przekonać Galbraith, że historia nie jest zmyślona. Kiedy rodzina oskarżonego nastolatka pozwoliła śledczej go przesłuchać, ten zaczął odpowiadać wymijająco. Gdy usiadł obok swojego ojca, wybuchł płaczem. Galbraith wyszła na ganek ze swoim partnerem.

– Aresztuję go – powiedziała.

– Jesteś tego pewna? – zapytał.

– Mam uzasadnione podejrzenia. Niech zadecyduje ława przysięgłych.

Nastolatek został skazany w procesie. Lokalne rodziny obwiniały Galbraith. Dla nich była wojującą policjantką, która zniszczyła życie dzieciakowi z widokami na przyszłość. Dla Galbraith to była sprawiedliwość.

– A co, jeśli robił to też innym? A gdyby nie przestał? Jeśli powstrzymamy go teraz, być może unikniemy większej liczby ofiar w przyszłości.

Wielu śledczych unikało przestępstw na tle seksualnym. Nie były tak prestiżowe jak zabójstwa, nikt nie zrobi przecież filmu o sprawie gwałtu. Podczas gdy zabójstwa były czarno-białe, gwałty stanowiły strefę szarości. Poza tym ofiary gwałtów żyły i cierpiały. Trzeba było patrzeć na ich ból, nie dało się odwrócić wzroku.

Wiara Galbraith pomogła jej udźwignąć emocjonalny ciężar towarzyszący sprawom o napaść seksualną. Zarówno ona, jak i jej mąż byli przywróconymi na łono Kościoła chrześcijanami, byłymi baptystami. W Kolorado uczęszczali do bezwyznaniowego kościoła ewangelickiego. Zdarzało im się nawet pełnić ochronę podczas niedzielnych mszy.

– Wiem, że otrzymałam od Pana pewne mocne strony i po prostu muszę robić z nich użytek. Nawet jeśli jest to bolesne – mówi.

W Biblii jest pewien fragment, który wyjątkowo do niej przemawiał. Na początku szóstego rozdziału Księgi Izajasza pojawia się Bóg, którego spowija dym, a towarzyszą mu serafiny. Szuka kogoś, kto będzie głosił Słowo. Pyta: „Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?”. Na to Izajasz odpowiada: „Oto ja! Poślij mnie!”2. Galbraith widziała samą siebie jako odpowiadającą na to wezwanie. Została stróżem prawa, by pomagać. A tutaj chodziło o ofiary, którym trzeba było pomóc w być może najgorszych momentach ich życia. Nie zawsze wiedziała, co ma zrobić, żeby poprawić ich sytuację, ale zdawała sobie sprawę, że musi znaleźć na to jakiś sposób.

– Ludzie pytają, dlaczego pracuję przy sprawach o podłożu seksualnym i przestępstwach, których ofiarami są dzieci. Wcale tego nie lubię. Ktoś jednak musi to robić. I musi to robić tak jak trzeba.

Było już dawno po zachodzie słońca, kiedy Galbraith, wykończona, wjechała na podjazd swojego domu. Jej ostatnim zadaniem było znalezienie noclegu dla Amber, ponieważ dziewczyna była zbyt przerażona, żeby spędzić noc we własnym mieszkaniu. Galbraith znalazła funkcjonariusza, który miał odwieźć ją do domu przyjaciół.

David zdążył już pozmywać naczynia i położyć dzieci do łóżek. Jego nocna zmiana miała zacząć się za jakiś czas.

Usiedli na dwóch kanapach ustawionych naprzeciwko siebie w salonie. To był ich wieczorny rytuał, wciśnięty w te kilka wolnych godzin, które mieli dla siebie pomiędzy pracą a opieką nad dziećmi. Rozmawiali o tym, jak im minął dzień, tak jak każda pracująca para – tyle że opowieści Galbraith potrafiły być nieco bardziej mroczne niż innych.

Tak było i tego wieczoru. Stacy Galbraith zdradziła mężowi szczegóły nowej sprawy. Opowiedziała o zamaskowanym mężczyźnie, o trwającym cztery godziny gwałcie i o tym, że napastnik robił zdjęcia.

– I wyobraź sobie – dodała – że na koniec kazał jej wziąć prysznic.

David się powstrzymywał, ale to już było zbyt wiele. W 2008 roku opuścił policję w Golden, by zostać funkcjonariuszem w pobliskiej miejscowości – podmiejskim Westminster. Pięć miesięcy wcześniej tamtejsza policja dostała zgłoszenie o gwałcie w kompleksie mieszkaniowym. David patrolował teren w poszukiwaniu podejrzanych osób. Wiedział, że kobieta została zgwałcona przez zamaskowanego napastnika, który robił zdjęcia, a przed wyjściem kazał ofierze wziąć prysznic.

– Zadzwoń z samego rana do mojego wydziału – powiedział do Stacy. – Też mieliśmy taki przypadek.

Rozdział trzeci

Fale i szczyty

10 sierpnia 2008

Lynnwood, Waszyngton

To nie było zbyt dużo – jednopokojowe mieszkanie w zwyczajnym kompleksie bloków. Nie miała za wielu mebli, a część z tych, które stały w mieszkaniu, była plastikowa. Powiesiła swoje dwie gitary, obie akustyczne, na ścianie w sypialni. Monitor komputera postawiła na podłodze w rogu.

To nie było zbyt dużo, ale był to jej własny kąt. Pierwsze miejsce, które mogła nazywać swoim, po latach mieszkania w domach innych ludzi. Marie była dumna z tego, że ma swoje miejsce. Doskonale zdawała sobie sprawę, że wiele osób, które dorastały w takich warunkach jak ona, skończyło w więzieniu, na odwyku albo na ulicy.

Tej niedzieli poodkurzała i posprzątała. Lubiła utrzymywać w mieszkaniu idealny porządek. Chciała też, żeby wyglądało schludnie, więc kręciła się po nim i mierząc wzrokiem wszystkie kąty, decydowała, co mogłaby schować. Wszystko, co uznawała za niepotrzebne, wynosiła na zewnątrz i umieszczała w składziku na tylnym tarasie. Kursowała tam i z powrotem przez przesuwne, przeszklone drzwi.

Resztę dnia spędziła z przyjaciółmi i w kościele. Większość osiemnastolatków w pierwszych miesiącach życia na własną rękę spędza weekendy, testując granice i goniąc za przygodą. Marie chciała się ustatkować. Normalność dawała jej ukojenie. Nie było w tym nic dziwnego, zważywszy, jak niewiele jej zaznała, dorastając.

Za jakiś czas Marie zostanie poddana ocenie przez Jona Conte’a z University of Washington, wykładowcę specjalizującego się w tematyce chorób psychicznych powiązanych z wykorzystywaniem w dzieciństwie i traumą. Conte przeprowadzi z Marie pięciogodzinny wywiad i stworzy na tej podstawie długi raport, który będzie zawierał fragment dotyczący jej historii:

Swojego ojca biologicznego spotkała tylko raz. Twierdzi, że niewiele wie na temat biologicznej matki, która, jak mówi, często zostawiała ją pod opieką swoich chłopaków… Mówi, że do opieki społecznej trafiła w wieku sześciu lub siedmiu lat.

Dalsza część raportu również napisana jest suchym, klinicznym językiem, nawet kiedy dotyka mroczniejszych tematów. Wspomnienia dotyczące życia przed znalezieniem się w systemie opieki społecznej dotyczą „głównie nieprzyjemnych zdarzeń”. Conte pisze:

Sądzi, że mieszkała z babcią, która niezbyt dobrze wywiązywała się z „opieki nad nami”. Pamięta uczucie głodu i jedzenie psiej karmy. Nie pamięta, by opiekowała się nią jej biologiczna matka. Wspomina, że wymierzano jej kary, które miały charakter fizyczny (na przykład bicie po dłoniach packą na muchy).

Nie wie, czy uczęszczała do przedszkola. Sądzi, że musiała powtarzać drugą klasę i często opuszczała szkołę. Wspomina, że nie lubiła policji, ponieważ to policjanci zabrali ją i jej rodzeństwo z ich domu. Była maltretowana i wykorzystywana seksualnie. Molestowanie miało miejsce wielokrotnie. Przypomina sobie, że wiele razy widziała, jak ich pies był bity przez kolejnych mężczyzn jej matki.

Pamięta wielokrotne przeprowadzki ze stanu do stanu, zanim została zabrana z domu […].

W części dotyczącej kolejnych lat raport nie jest już tak szczegółowy:

Wystarczające będzie stwierdzenie, że lata spędzone pod kuratelą stanowej opieki społecznej były typowe: wiele miejsc, częste zmiany domów i szkół, dorośli opiekunowie pojawiający się i znikający z jej życia, trochę niepokojących albo ocierających się o przemoc doświadczeń oraz ogólny brak stabilizacji.

Marie była drugim z czworga dzieci swojej matki. Byli przyrodnim rodzeństwem, ale tak siebie nie nazywali.

– Mam starszego brata, młodszego brata i młodszą siostrę – mówi Marie.

Zdarzało się, że była w tym samym domu zastępczym, co jej rodzeństwo. Przeważnie jednak żyli w rozłące. Nie jest w stanie powiedzieć, czy ma jakieś rodzeństwo ze strony swojego ojca.

Od wczesnego dzieciństwa Marie przyjmowała antydepresanty.

– Byłam na siedmiu różnych środkach. Na przykład Zoloft to lek dla dorosłych. Ja brałam go w wieku ośmiu lat.

Twierdzi, że najtrudniejsze było to, że nikt nie informował jej o kulisach pracy opieki społecznej. Dorośli nie mówili jej, dlaczego jest przenoszona. Po prostu ją przenosili. Była w „dziesięciu, może jedenastu” domach i rodzinach zastępczych. Lubiła spędzać czas na dworze, ale czasami zamykała się w sobie.

– Kiedy mieszkałam w Bellingham, dużo bawiłam się sama w swoim pokoju. Miałam swoje pluszaki.

Zmiana szkoły potrafi być przytłaczająca, dla Marie jednak stało się to rutyną.

– Zacznij od początku. Poznaj nowych kolegów. Było dość ciężko, ale przyzwyczaiłam się do tego.

Rozpoczęcie liceum dawało jej nadzieję na to, że to już koniec życia bez stabilizacji. Pierwszy dzień szkoły wywołuje u większości uczniów obawy, ale Marie nie mogła się go doczekać. Rozpoczynała dziesiątą klasę w Puyallup, miejscowości położonej niewiele ponad pięćdziesiąt kilometrów na południe od Seattle. Udało jej się zapisać na wszystkie zajęcia, które wybrała. Miała dużo kolegów i koleżanek. A co najważniejsze, mieszkała z nową rodziną. Kochała tych ludzi, a oni pokochali ją. Zamierzali ją zaadoptować.

– Było naprawdę świetnie – wspomina Marie.

A potem, pierwszego dnia szkoły, Marie wywołano z klasy na korytarz. Pracownik opieki społecznej powiedział jej: „Nie możesz dłużej mieszkać z tą rodziną zastępczą. Stracili pozwolenie”. Nie zdradził wiele więcej, bo był związany klauzulą poufności. Marie musiała po prostu odejść – od rodziny, od przyjaciół, ze szkoły.

– Po prostu się popłakałam – mówi. – Dali mi dwadzieścia minut na spakowanie swoich rzeczy.

Do momentu znalezienia czegoś na dłużej Marie została tymczasowo umieszczona u Shannon i Gena, pary mieszkającej w Bellevue, szybko rozwijającym się zagłębiu nowoczesnych technologii, które powoli zaczynało przypominać położone tuż obok Seattle. Shannon, agentka nieruchomości i wieloletnia matka zastępcza, poznała Marie na spotkaniach dla dzieci z trudną przeszłością i wyczuła w niej pokrewną duszę. Obie były „trochę trzepnięte”, twierdzi Shannon.

– Mogłyśmy się razem wygłupiać i śmiać. Byłyśmy do siebie wyjątkowo podobne.

Od razu nawiązały nić porozumienia. Zdaniem Shannon Marie „naprawdę dawała się lubić” – tak po prostu. Nastolatka nie była zgorzkniała z powodu tego, co jej się do tej pory przytrafiło. Nie była też negatywnie nastawiona do tego, co miało dopiero nadejść. Shannon nie musiała jej przymuszać do chodzenia do szkoły, chociaż ta stanowiła prawdopodobnie tylko kolejny przystanek na jej drodze. Marie potrafiła rozmawiać z dorosłymi. Myła zęby, czesała się. Była po prostu bezproblemowa, a przynajmniej „o wiele bardziej bezproblemowa od pozostałych dzieciaków, które u nas mieszkały”. Marie chciała zostać w Bellevue, a Shannon pragnęła, by było to możliwe. Niestety wraz z mężem mieli już pod opieką jedno dziecko, nastolatkę, która wymagała bardzo dużo uwagi. W innym wypadku – jak mówi Shannon – „wzięlibyśmy Marie do siebie bez mrugnięcia okiem”.

Marie opuściła ich dom po kilku tygodniach. Wprowadziła się do Peggy, która pracowała w schronisku dla bezdomnych i dbała tam o przestrzeganie praw dziecka. Mieszkała w Lynnwood, niewielkim przedmieściu położonym niecałe trzydzieści kilometrów na północ od Seattle.

– Była moim pierwszym przybranym dzieckiem. Przygotowywałam się na maluszka, miałam nawet kołyskę, a dali mi szesnastolatkę – opowiada ze śmiechem Peggy. – To było zupełnie w porządku, byłam biegła w tematyce zdrowia psychicznego i pracowałam z dziećmi od bardzo dawna. Wydaje mi się, że agencja pomyślała po prostu: „Ona sobie poradzi”.

Władze stanu przekazały Peggy kilkusetstronicową dokumentację Marie, pełną epizodów przemocy i bezustannych zmian miejsca.

– To było bardzo poruszające – mówi Peggy. Przeczytała większość, ale nie wszystko. – W pewnym sensie nie chce się wiedzieć wszystkiego. To ważne, żeby potrafić spojrzeć na dziecko i nie zakładać z góry, kim jest. Nie chcesz przyklejać mu etykietki. Kiedy poznaję dziecko, chcę je poznać takie, jakie jest naprawdę.

Według Peggy ich znajomość rozpoczęła się dobrze.

– Była jak małe dziecko. Chodziła po domu i podwórku, wszędzie zaglądała i mówiła: „Super, tu jest naprawdę fajnie!”. Była niezwykle żywa i pełna energii, ale zdarzały się też momenty, kiedy była bardzo rozemocjonowana.

Marie była zła, że zabrano ją z Puyallup. Peggy pozwoliła jej na korzystanie z telefonu, by mogła utrzymywać kontakt z przyjaciółmi stamtąd. Marie nabiła spory rachunek. Po jakimś czasie udało jej się przezwyciężyć frustrację.

– Właściwie to byłam zaskoczona tym, jak znakomicie sobie radzi – mówi Peggy. – Zaczęła nową szkołę. Wszystko szło świetnie. Mogła przecież powiedzieć, że nigdzie nie idzie, ale tego nie zrobiła. Uczęszczała na lekcje i robiła to, co do niej należało. Wywiązywała się ze swoich obowiązków domowych. Byłam pod wrażeniem jej wytrzymałości.

Jednak ta relacja – pomiędzy początkującą matką i straumatyzowaną nastolatką – miała prawo być wyzwaniem. I rzeczywiście nim była.

– Momentami sytuacja była bardzo napięta – mówi Peggy. – Bardzo ciężko było nawiązać głębszą więź z kimś, kto trafia do ciebie, mając szesnaście lat, i już na wstępie jest wkurzony. Uważałam, że moją rolą na tym etapie jest wprowadzenie jej w dorosłość. Starałam się też być kochającym, troskliwym rodzicem. Trudno jest jednak rozpocząć taką relację z kimś, kto ma już szesnaście lat. Nie wiem, jak ona się na to zapatruje…

Marie uważała, że do siebie nie pasują. Marie lubiła psy, a Peggy miała koty. Marie wolała domy, w których było więcej dzieci, a tutaj była tylko ona.

– Na początku problemem były też nasze odmienne osobowości – mówi Marie. – Ciężko było nam się dogadać.

Marie utrzymywała kontakt z kilkoma byłymi rodzinami zastępczymi, a szczególnie bliskie relacje łączyły ją z Shannon. Peggy nie miała nic przeciwko temu, a wkrótce sama się z nią zaprzyjaźniła. Obie matki zastępcze dzieliły się spostrzeżeniami na temat Marie – w pewnym sensie wychowywały ją razem. Shannon, z burzą niesfornych loków na głowie, była „fajnym” rodzicem. Razem z Marie wybrały się na rejs łódką, spacerowały po lesie, wspólnie przechodziły na dietę, która polegała na całkowitej eliminacji węglowodanów przez tydzień. Marie nie wstydziła się przed nią swoich uczuć, Shannon była osobą, do której mogła się przytulić i przy której mogła się wypłakać. Czasami nocowała u niej w domu.

Peggy zajmowała się dyscypliną. To ona była rodzicem, który egzekwował przestrzeganie godziny policyjnej. Jej zdaniem zachowanie Marie bywało nie do pomyślenia, uważała, że się popisuje.

– Zdarzały jej się naprawdę niezłe popisy – twierdzi Peggy.

Potrafiła na przykład pójść z kolegami do supermarketu i jeździć w sklepowych wózkach. Dla Peggy takie zachowanie było „wyjątkowo durnowate”. Analizująca i wyważona, mająca skłonność do uspokajania nastolatki Peggy nie dogadywała się z Marie tak, jak umiała Shannon.

– Bardzo się od siebie różniłyśmy – mówi Peggy.

Dla Peggy bolesne było przyglądanie się, jak Marie z trudem usiłuje się wpasować. Na początku, gdy wprowadzała się do Lynnwood, Marie nosiła ciemne barwy, jej styl był nieco grunge’owy. Wybrała sobie jednak bardzo kobiecy biały płaszcz z futrzanym kołnierzem, bo sądziła, że tak powinny się ubierać dziewczyny. Kiedy zorientowała się, że tak nie jest, schowała go do szafy. Peggy widziała, że Marie nie jest w szkole szczęśliwa. Było tam pełno małych klik – uczniowie podzielili się na stereotypowe grupy, między innymi cheerleaderki i sportowców. Marie była raczej typem artystki, lubiła rysować, interesowała się muzyką, zarówno chrześcijańską, jak i rockiem czy country.

Peggy i Marie wspólnie znalazły nową szkołę, która wydawała się bardziej odpowiednia.

Wtedy wszystko wróciło na dobre tory.

Przez wspólnych znajomych Marie poznała Jordana, licealistę, który pracował w McDonaldzie.

– Pewnego razu spotkaliśmy się w supermarkecie, a potem zaczęliśmy spacerować po szkolnym boisku, spędziliśmy razem sporo czasu – wspomina Jordan ich pierwsze spotkanie sam na sam.

Zaczęło się od przyjaźni, ale wkrótce zaczęli ze sobą chodzić. W oczach Jordana Marie była radosna i spokojna, pomimo swojej przeszłości.

– Po prostu fajnie było mieć ją u boku. […] Nie trzeba było się przejmować okazywaniem przy niej uczuć. Nigdy nie powiedziałaby nic, by cię zranić. Kiedy przebywała wśród swoich przyjaciół, nie próbowała zwracać na siebie uwagi. Nigdy nie była szaloną duszą towarzystwa ani nie zrobiła nic, co można by uznać za przesadnie zwariowane.

To, że Jordan odbierał Marie zupełnie inaczej niż Peggy, wcale nie jest aż tak dziwne. Peggy widziała, jak Marie zabiega o uwagę, podczas gdy z obserwacji Jordana wynikało, że jej unika. Nastolatki mają to do siebie, że potrafią być zupełnie inne przy swoich rodzicach i kolegach. W przypadku Marie jednak chodziło o coś więcej, o coś, co zrozumiała z upływem lat.

– Ludzie odbierają mnie inaczej, niż ja sama siebie widzę – mówi.

Uważała, że jest przyjazna, ale nie kokietuje, że jest towarzyska, ale nie sztuczna.

Zdaniem Marie najlepszy okres jej życia przypadł na moment, gdy miała szesnaście, siedemnaście lat, a najlepszym dniem był prawdopodobnie ten spędzony z koleżanką ze szkoły, która uczyła jej podstaw fotografii.

– Spędziłam kilka godzin, wpatrując się w zachodzące słońce, i to była najlepsza rzecz na świecie – mówi Marie. – Spodobało mi się szczególnie jedno ze zdjęć, które zrobiła moja koleżanka. Poszłyśmy nad ocean, była mniej więcej siódma wieczorem. Nie wiem, co mi odbiło, ale wskoczyłam do wody, a potem odchyliłam głowę do tyłu.

Koleżance udało się uchwycić ten moment. Potem, gdy obrobiła zdjęcie, pociemniając niektóre miejsca, Marie zaczęła na nim wyglądać zupełnie jak syrena wynurzająca się z morskiej toni, upajająca się zachodem słońca.

Marie wrzuciła to zdjęcie na Myspace i zapisała je w internetowym albumie na Photobucket.

Kiedy była w ostatniej klasie, wolała opuścić szkołę i przygotować się do egzaminu zapewniającego uzyskanie dokumentu będącego odpowiednikiem dyplomu ukończenia szkoły średniej. Ten ostatni rok z Peggy był pełen napięć – takich, jakie towarzyszą wielu nastolatkom i ich rodzicom. Marie przeciągała strunę późnymi powrotami do domu, a Peggy nalegała na nią, by przestrzegała obowiązujących w domu reguł. Peggy mówiła: „Nie możesz tego zrobić!”, a Marie odpowiadała: „Nie będziesz mi mówić, co mogę, a czego nie”. Dla Shannon to była tylko jedna z tych buntowniczych faz, które towarzyszą wchodzeniu w dorosłość.

– Chciała robić to, na co miała ochotę. Nie zamierzała przestrzegać zasad. Eksperymentowała z ubiorem, to była tylko ścieżka, którą musiała przejść. Nie różniła się tym od wielu innych nastolatków. Zaczęła popalać i takie tam.

Wiosną 2008 roku Marie skończyła osiemnaście lat. Mogła zostać z Peggy, ale pod warunkiem, że będzie przestrzegać ustalonych przez nią zasad. Marie wolała jednak rozpocząć życie na własną rękę.

W internecie Peggy znalazła informację o Project Ladder – działającym od roku pilotowym programie, którego celem było zapobieganie bezdomności poprzez zapewnianie młodym ludziom stabilnego zatrudnienia, by było ich stać na mieszkanie13. Uczestnicy programu mieli uczyć się samowystarczalności i „podstaw finansów”14. Właściciele nieruchomości, które wynajmowano dla młodych lokatorów, otrzymywali dopłaty do czynszu i duże kaucje. W projekcie było tylko piętnaście miejsc dla nastolatków wychodzących spod opieki rodzin zastępczych, ale Marie i tak udało się zająć jedno z nich. Wprowadziła się do mieszkania w kompleksie bloków w Lynnwood, co pozwalało jej nadal być blisko Peggy.

W latach dwudziestych poprzedniego wieku, całe dziesięciolecia przed tym, jak otrzymało swoją nazwę, Lynnwood było znane z drobiu; w ciągu roku miejsce to opuszczało tyle jajek, że „ułożone w rzędzie połączyłyby Nowy Jork i San Francisco”15. Obecnie mieszkańcy okolic Seattle kojarzą Lynnwood głównie jako doskonałe miejsce na zakupy. Główną atrakcję stanowi centrum handlowe Alderwood Mall, w którym mieści się sto sześćdziesiąt pięć sklepów, od Abercrombie & Fitch do Zumiez. Kompleks, w którym mieszkała Marie, reklamował się widokiem na panoramę Gór Kaskadowych oraz bliskością galerii handlowej, mieszczącej się zaledwie kilka przecznic dalej.

Marie planowała, że gdy już stanie na własnych nogach, pójdzie do college’u i będzie studiować fotografię. Używała cyfrowego aparatu Nikona, robiła zdjęcia zwierząt, w tym owadów, ale przede wszystkim krajobrazów. Chodziła na plażę, na którą morze wyrzucało wygładzone falami drewno, i fotografowała ślady psich łap na piasku, słońce odbijające się w długich, wąskich zatokach albo wznoszące się ponad falami, ośnieżone szczyty gór na półwyspie Olympic. Na ten moment zdecydowała się jednak na pracę w sprzedaży i zatrudniła się w jednym ze sklepów Costco – sieci sprzedającej hurtowe ilości towarów, znanej z hojnych pensji i benefitów pracowniczych. Marie oferowała klientom próbki jedzenia. Sześć godzin na nogach w ogóle jej nie przeszkadzało. Rozmowy z ludźmi sprawiały jej przyjemność, nie ciążył na niej obowiązek sprzedawania. Praca pozwoliła jej również nawiązać znajomości spoza systemu opieki socjalnej.

Marie miała więc mieszkanie, stały dochód i odpowiednik dyplomu ukończenia szkoły średniej. Otrzymywała wsparcie z Project Ladder. W pobliżu mieszkała Peggy. Po tym wszystkim, co musiała przetrwać – wykorzystywaniu, braku stabilności, głodzie – w końcu wyszła na prostą. Jej najważniejszy cel był bardzo prosty – i znajdował się na wyciągnięcie ręki.

– Chciałam po prostu być normalna. Kiedy w końcu opuściłam system opieki społecznej, marzyłam o tym, żeby być zwyczajną dziewczyną, która ma zwyczajną pracę, ma gdzie mieszkać. Chciałam tylko spokojnie żyć i być tak szczęśliwa, jak tylko się da.

Nie chciała pozwolić na to, by złe rzeczy z przeszłości wpływały na to, kim jest teraz.

Po tym, jak skończyła sprzątać mieszkanie, Marie poszła z Jordanem do kościoła. Byli parą przez ponad rok, ale dwa miesiące temu wrócili do bycia przyjaciółmi. Jordan zaczął zgłębiać wierzenia świadków Jehowy, religii, która potępiała seks przedmałżeński. Jordan obawiał się, że jeśli nadal będzie chodził z Marie, okaże się hipokrytą. Mimo to ich przyjaźń była wyjątkowo silna. Oboje cierpieli na bezsenność i często dotrzymywali sobie towarzystwa przez telefon, rozmawiając do późna w nocy. Zastanawiali się nawet nad tym, czy w przyszłości nie wezmą ślubu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

To nawiązanie do jednego ze sposobów podziału rekrutów stosowanego w Armii Stanów Zjednoczonych na podstawie wyników wstępnych testów. Podział zostanie szerzej opisany w rozdziale piątym (przyp. tłum.). [wróć]

Cytat za Biblią Tysiąclecia (przyp. tłum.). [wróć]