Wydawca: Demart Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Niewiadomski - zabić prezydenta ebook

Patryk Pleskot

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niewiadomski - zabić prezydenta - Patryk Pleskot

„16 grudnia 1922 r. w sali Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych po daniu trzech strzałów do Prezydenta Narutowicza cofnąłem się o jeden czy dwa kroki i odwróciłem tyłem. Tak stałem bez ruchu. Czekałem, aż ktoś się zbliży. Nie zbliżał się nikt – nikt nie rozumiał, co się stało i że to ja byłem sprawcą strzałów.”

Tak rozpoczyna się książka, która, jak pisze we wstępie sam autor, jest nie tyle biografią, ile próbą znalezienia odpowiedzi na narzucające się niemal od razu pytanie: Dlaczego?. Dlaczego Eligiusz Niewiadomski, malarz i teoretyk sztuki, wykładowca, działacz niepodległościowy, zabił pierwszego prezydenta odrodzonej Rzeczypospolitej Gabriela Narutowicza? Czy człowiek rodzi się zabójcą? Czy też to splot nieszczęśliwych okoliczności doprowadza go do tragicznego finału?

Autor, historyk specjalizujący się w dziejach XX w., przyjmując za punkt wyjścia wydarzenia związane bezpośrednio z zamachem, cofa się następnie do początków życia Niewiadomskiego, próbując ukazać różne aspekty jego osobowości oraz środowisko, w jakim się wychował i funkcjonował. Charakteryzuje też pokrótce sytuację polityczną II RP u progu niepodległości, zarysowując ścierające się tendencje, które nie pozostały bez wpływu na poglądy i postawę głównego bohatera wydarzeń. Na koniec opisuje proces Niewiadomskiego oraz okoliczności wykonania wyroku, a także wpływ, jaki zarówno śmierć prezydenta, jak i stracenie jego zabójcy wywarły na społeczeństwo polskie.

W książce, pisanej barwnym językiem, przeplatają się dwa typy narracji: forma zbeletryzowana, dzięki której czytelnik ma poczucie, jakby znalazł się w samym środku wydarzeń oraz klasyczny tekst popularnonaukowy. Autor opiera się na licznych źródłach z epoki: stenogramie procesu Niewiadomskiego, artykułach prasowych, pamiętnikach i materiałach filmowych, wykorzystując je do odmalowania gorącej atmosfery tamtych dni. Łączy zatem rzetelny warsztat historyka z żywym, bezpośrednim sposobem przekazu.

Warto dodać, że niniejsza książka stanowi pierwszą tak kompleksową próbę przyjrzenia się sprawcy zamachu na Narutowicza – wszystkie dotychczasowe publikacje dotyczące tego tematu koncentrowały się głównie na ofierze, nie na zabójcy. Książka Patryka Pleskota pokazuje, że na pytanie „Dlaczego on to zrobił?” nie ma prostej odpowiedzi…

Opinie o ebooku Niewiadomski - zabić prezydenta - Patryk Pleskot

Fragment ebooka Niewiadomski - zabić prezydenta - Patryk Pleskot

Patryk Pleskot

© Copyright by Demart SA, Warszawa 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część ani całość wydawnictwaNiewiadomski. Zabić prezydentanie może być reprodukowana ani przetwarzana w sposób elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny i inny; nie może być użyta do innej publikacjioraz przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych bez pisemnej zgody Wydawcy.

Wydawca: Demart SA

02-495 Warszawa

ul. Poczty Gdańskiej 22a

tel. 22 662 62 63; faks 22 824 97 51

http://www.demart.com.pl

e-mail: info@demart.com.pl

Dział zamówień:

Sprzedaż hurtowa:

tel. 22 498 01 77/78, faks 22 753 03 57

e-mail: biuro.handlowe@demart.com.pl

Sprzedaż detaliczna:

e-mail: sklep@polskaniezwykla.pl

Redakcja: Beata Jankowiak-Konik

Recenzent: dr Konrad Rokicki, Biuro Edukacji Publicznej IPN

Projekt okładki: Krzysztof Stefaniuk

Dobór ilustracji: Beata Jankowiak-Konik

Źródła ilustracji: Archiwum Demart SA; Narodowe Archiwum Cyfrowe, Beata Jankowiak-Konik/Jacek Konik, Mwasiu, Wikimedia Commons/GNU 1.2, Wikimedia Commons/Public Domain

Korekta językowa: Beata Jankowiak-Konik

ISBN: 978-83-7427-835-5

Od autora

Prolog

CZĘŚĆ I – ZBRODNIA

1. Preludium

2. Kulminacja

3. Szok

CZĘŚĆ II–DLACZEGO?

1. Życie prywatne

2. Artysta, wykładowca, popularyzator

3. Radykał i narodowiec

4. Wyjaśnienia sprawcy

CZĘŚĆ III – KARA

1. Proces

2. Wyrok i śmierć

3. Odium/kult

Zakończenie

Baza źródłowa i bibliograficzna

Od autora

22 czerwca 2011 r. minister spraw zagranicznych III RP Radosław Sikorski, przemawiając do posłów na sali sejmowej, zwrócił uwagę na anonimowy wpis pewnego internauty, który na forum dziennika „Rzeczpospolita” umieścił dzień wcześniej pogróżkę wobec ministra oraz premiera Donalda Tuska: „mam nadzieję, że znajdzie się Niewiadomski, który odstrzeli ciebie i twojego guru Tuska”. „Wydaje mi się – komentował Sikorski – że jeśli mamy poradzić sobie z taką morderczą mową nienawiści, to i wy – media – musicie pomóc. To gazeta ma adres IP osoby, która tego wpisu dokonała i myślę, że na gazecie ciąży obowiązek złożenia doniesienia o podżeganiu do zamachu”.

Trudno o lepszy przejaw tego, jak aktualna jest dzisiaj postać Eligiusza Niewiadomskiego.

Kim był Niewiadomski? Artystą malarzem, uczonym, wychowawcą, popularyzatorem nauki, radykalnym działaczem politycznym czy… mordercą? Najciekawsze jest to, że był każdą z tych postaci.

Polityczni fanatycy, mordujący w imię wyznawanych przez siebie teorii, to nie tylko obrazy z przeszłości. To również nie tylko tak dobrze nam znani terroryści. Niedawna historia Andersa Behringa Breivika, norweskiego nacjonalisty, który w imię walki o lepszą Europę z zimną krwią osobiście zamordował 74 ludzi, w większości nastolatków, stanowi najlepszy dowód, że „staromodni” – jak by się wydawało – zamachowcy to palący problem również naszej współczesności. W tym kontekście losy Eligiusza Niewiadomskiego okazują się niezwykle aktualne.

Książka ta stanowi nie tyle biografię, co próbę doszukania się odpowiedzi na palące pytanie: DLACZEGO? Dlaczego Eligiusz Niewiadomski z zimną krwią zabił pierwszego prezydenta odrodzonej Rzeczypospolitej Gabriela Narutowicza i nie odczuł po tym czynie żadnej skruchy – choć, jak sam przyznał, jego głównym wrogiem politycznym był… Józef Piłsudski?

Starałem się, by książka nie ciążyła zbytnio ku ofierze – prezydentowi Narutowiczowi, dość dobrze przedstawionemu już w literaturze historycznej i popularnej. Franciszek Bernaś (Ofiary fanatyzmu, Warszawa 1987), Danuta Pacyńska (Śmierć prezydenta, Warszawa 1965) i Marek Ruszczyc (Strzały w Zachęcie, Katowice 1987), wychodząc od faktu zabójstwa, skupili się tylko na odtworzeniu (w mało zresztą obiektywny, panegiryczny sposób) biografii zmarłego prezydenta, bardzo mało uwagi poświęcając sprawcy. Mnie osobiście najbardziej interesuje właśnie on. Książki te powstały w dodatku w rzeczywistości Polski Ludowej, kiedy cenzura nie pozwalała na pełne opracowanie wszystkich kluczowych wątków.

Chciałbym, by poniższy tekst nie sprawiał wrażenia oskarżenia czy pisarstwa „z tezą”. Zależało mi przede wszystkim na ZROZUMIENIU Niewiadomskiego. Snując rozmaite przypuszczenia dotyczące jego motywacji i inspiracji, próbowałem uciekać z jednej strony od łatwego oceniania, a z drugiej – od podawania prostych, acz nie oddających prawdy wyjaśnień i taniego psychologizowania. Nie oznacza to bynajmniej, bym powstrzymywał się od wyrażania swych opinii czy komentarzy – są one jednak starannie oddzielone od warstwy faktograficznej.

Założyłem, że Czytelnik sięgający po publikację tego typu, posiada elementarną wiedzę na temat opisywanej epoki. Postanowiłem nie wyjaśniać szczegółowo każdego wydarzenia, zjawiska czy znaczenia postaci przewijających się w życiu Niewiadomskiego. Pragnąc nie rozbijać spójności narracji ciągłymi dygresjami, ograniczyłem się do skrótowych wyjaśnień, choćby w podstawowym zakresie przybliżających pewne mniej oczywiste fakty. Czytelnik, zainteresowany pogłębieniem swej wiedzy, może sięgnąć do zamieszczonych na końcu propozycji bibliograficznych. Uznałem jednak, że niezbędnym dla jasności przekazu będzie bardzo skrótowe i pobieżne przedstawienie polskiej perspektywy I wojny światowej, a także krótka charakterystyka polskiej sceny politycznej lat 1918–1922 i dramatycznych walk o granice Rzeczpospolitej. Okresy te były kluczowe dla formacji Niewiadomskiego i to do nich odnosi się większość jego wypowiedzi.

W książce tej wykorzystałem dwa typy narracji: przede wszystkim w części pierwszej, a także w trzeciej przeważa forma beletrystyczna, przedstawiająca kluczowe wydarzenia z życia (i śmierci) Niewiadomskiego w udramatyzowanej formie. We fragmentach tych ściśle opierałem się na źródłach z epoki – przede wszystkim stenogramie procesu naszego bohatera, artykułach prasowych, wspomnieniach i materiałach filmowych. Nieocenione okazały się zwłaszcza pamiętniki osób odgrywających czołową rolę w dramatycznych wydarzeniach grudnia 1922 r. Dzięki nim można próbować oddać atmosferę chwili i dojrzeć „ludzki” wymiar historii. Dlatego też – mimo formy – „beletrystyczne” akapity możliwie wiernie oddają rzeczywistość historyczną, do minimum ograniczając wymiar wymyślonego świata przedstawionego. Można powiedzieć, parafrazując półżartem komunistyczny slogan, że fragmenty te są „beletrystyczne w formie, naukowe w treści”. Starałem się przy tym prostować pewne nieprawdziwie informacje, powtarzane zwłaszcza we współczesnych artykułach prasowych, a także starszych opracowaniach, które nie znajdują potwierdzenia w źródłach.

Część druga – najobszerniejsza – to już „typowa” forma pracy popularnonaukowej, wzbogacona jednak elementami narracyjnymi. Całą książkę starałem się napisać tak, by nie nużyła ona Czytelnika zbyt sztywnym i pseudonaukowym językiem, ale jednocześnie spełniała wszystkie wymogi rzetelności badawczej i warsztatu historyka.

Chciałbym bardzo podziękować dr. Wojciechowi Muszyńskiemu za pomoc i merytoryczne konsultacje, a także Beacie Jankowiak-Konik za owocną współpracę.

Prolog

„16 grudnia 1922 r. w sali Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych po daniu trzech strzałów do Prezydenta Narutowicza cofnąłem się o jeden czy dwa kroki i odwróciłem tyłem.

Tak stałem bez ruchu. Czekałem, aż ktoś się zbliży. Nie zbliżał się nikt – nikt nie rozumiał, co się stało i że to ja byłem sprawcą strzałów.

Wtedy – stojąc w tym samym miejscu – podniosłem rękę z rewolwerem do góry do poziomu głowy. Po jakimś czasie zobaczyłem za sobą z prawej strony pana Edwarda Okunia. Pan Okuń podchodził do mnie w sposób niezwykły: wyginał się, pochylał, cofał, wyciągał rękę, cofał rękę,jak gdyby walczył z niezwykle groźnym niebezpieczeństwem. Zwróciłem siędo niego wtedy ze słowami: „nie bójcie się, nie będę do Was strzelał”. Okuń – o ile pamiętam – ręki mojej nie dotknął.

Kiedy usłyszałem, że zbliża się do mnie fala ludzka, obróciłem się. Obok mnie stał jakiś oficer – oddałem mu broń. Powiedziałem przy tym: „proszę wezwać policję”. Usłyszałem jakby odpowiedź: „to już zrobiono”. Kto to powiedział, nie wiem.

Stałem w dalszym ciągu tyłem do leżącego pana Narutowicza. Po upływie może pół minuty posłyszałem za sobą: „trzymajcie go!”. Wówczas ktoś z tyłu do mnie podszedł i ujął za ręce w łokciach. Trzymał lekko. Po chwili powiedziałem mu: „może pan nie trzymać, nie ucieknę”. Odpowiedział: „ja wiem – no i moje tu głupie położenie…”. Wkrótce potem ktośpodsunął mi fotel wyplatany. Usiadłem na nim. Czy za mną kto stał,nie wiem. Siedziałem bez ruchu, dopóki nie zjawiła się policja.”

Fragment wypowiedzi Eligiusza Niewiadomskiego w czasie procesu z 30 grudnia 1922 r., (Stanisław Kijeński, Proces EligjuszaNiewiadomskiego o zamach na życie prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Gabryela Narutowicza, Warszawa 1923).

CZĘŚĆ I – ZBRODNIA

1. Preludium

Warszawa, mieszkanie Eligiusza Niewiadomskiego

poniedziałek, 4 XII 1922, wieczór

Eligiusz Niewiadomski uniósł na wyprostowanej ręce swój dziesięciostrzałowy hiszpański rewolwer typu browning, kaliber 7,65, nr 78950 – pamiątkę z wojny polsko-bolszewickiej – i wymierzył w lustro. Dobrze naoliwiony pistolet błysnął odbiciem. Niewiadomski w ostatnich dniach powtarzał ten gest dziesiątki razy. Był pewien, że Józef Piłsudski nie ma szans na przeżycie.

Parę dni temu dowiedział się od znajomego, że w środę, 6 grudnia, Naczelnik Państwa przybędzie na otwarcie wystawy „Warszawa za Stanisława Augusta” do kamienicy Baryczków na Rynku Starego Miasta. Tam właśnie chciał go zastrzelić, pozbywając się tym samym przyszłego prezydenta Rzeczypospolitej.

Niewiadomski, pewną ręką mierząc przed siebie, z satysfakcją przyglądał się pistoletowi. Wiedział, że nie spudłuje. Piłsudski zginie.

Warszawa, ulica przed kamienicą Eligiusza Niewiadomskiego

wtorek, 5 XII 1922, poranek

– To niemożliwe!!! – Eligiusz z wściekłością wpatrywał się artykuł zamieszczony na pierwszej stronie gazety, którą właśnie kupił. Chłopiec sprzedający prasę postanowił się ulotnić, widząc wyraz twarzy swego klienta. Niewiadomski nie mógł uwierzyć w to, co przeczytał. „Piłsudski odmówił!!!” – kołatało mu w rozgorączkowanej głowie – „Nie będzie kandydował! Nie będzie prezydentem!!!”. Niedoszły morderca marszałka był bliski furii. Wściekłość mieszała się z niedowierzaniem, frustracją, zawodem i bezradnością.

Ledwo widząc na oczy, wrócił szybko do mieszkania i zamknął się w gabinecie. Ukrył twarz w dłoniach.

Warszawa, mieszkanie Zofii Kordisówny

sobota, 9 XII 1922, godz. 22.15

Gabriel Narutowicz stanął w drzwiach pokoju Zofii Kordisówny, swojej siostrzenicy. Wyglądał na bardzo zmęczonego. I bardzo poważnego. Zofia czekała z niecierpliwością na wieści z Sejmu, gdzie kończyły się właśnie burzliwe i pełne napięcia głosowania nad kandydaturami na urząd prezydencki.

– Wujku – zawołała, zwracając głowę ku przybyszowi – Czy wybrano hrabiego Zamoyskiego?

Spodziewała się, że to faworyt prawicy i środowisk narodowych zostanie pierwszym prezydentem odrodzonej Rzeczpospolitej.

– Nie; mnie! – odparł Narutowicz. W jego głosie nie było słychać radości, a wciąż obecne zaskoczenie.

– Wujku, czy odmówisz?

– Teraz to już niemożliwe, droga Zosiu. Po ulicach chodzą ludzie i wykrzykują jakieś pogróżki. Nie mogę komplikować i tak trudnej sytuacji. Muszę to przyjąć – popatrzył ze znużeniem na siostrzenicę – Czas już na mnie. Muszę jechać do Łazienek.

Zofia uważnie popatrzyła na swego rozmówcę. W jego głosie wyczuwała wyraźne zmęczenie. Chciała wypowiedzieć jakieś budujące słowa, ale sama nie wiedziała, czy gratulować Gabrielowi, czy mu współczuć.

– Zapraszam, chodźcie ze mną – prezydent zwrócił się tymczasem do Zofii i jej matki – Auto czeka!

Podekscytowane kobiety podążyły za Narutowiczem.

Warszawa, Aleje Ujazdowskie

sobota, 9 XII 1922, godz. 22.30

Niewiadomski stał w wielotysięcznym tłumie pod balkonem mieszkania gen. Józefa Hallera przy Alejach Ujazdowskich nr 33. Nie wiadomo, kto rzucił hasło, by przyjść akurat tutaj. Wśród zgromadzonych dominowali młodzi ludzie, studenci, bojówkarze organizacji endeckich. Zanim tu dotarli, przeszli Nowym Światem spod Sejmu, gdzie obrzucili kamieniami samochód na rejestracjach MSZ. Teraz protestowali przeciw niespodziewanej nominacji 57-letniego uczonego Gabriela Narutowicza na pierwszego w odrodzonej Rzeczypospolitej prezydenta. Narutowicz, który zrobił karierę inżynierską w Szwajcarii, zdobywając międzynarodowy rozgłos, w połowie 1920 r. – okresie kulminacji wojny polsko-bolszewickiej – przybył do Polski i objął tekę ministra robót publicznych i budownictwa. W lipcu 1922 r. awansował i został mianowany ministrem spraw zagranicznych.

– Żydowski elekt! Precz z Narutowiczem! Mason! Ateista! Żydowski pachołek! – raz po raz ktoś przekrzykiwał wrzawę głosów rozgorączkowanych ludzi. Wybór Narutowicza był szokiem. W wyborach liczyli się popierany przez lewicę Stanisław Wojciechowski i związany z prawicą Maurycy Zamoyski. Posłowie narodowi tak manipulowali głosami, by wyeliminować Wojciechowskiego. Kiedy w ostatecznym głosowaniu pozostali tylko Zamoyski i nieliczący się Narutowicz, wydawało się, że zwycięstwo jest blisko. Tymczasem profesora ze Szwajcarii poparła niespodziewanie PPS, partie chłopskie i mniejszości narodowe. Ostatecznie triumfował najmniej oczekiwany kandydat. Prawica wpadła w furię.

Eligiusz nasiąkał atmosferą ulicy. Przygnębiony po decyzji Piłsudskiego, odzyskiwał wigor. Dzisiaj, po burzliwym, wieloturowym głosowaniu w Sejmie, znalazł sobie nową ofiarę.

Wtem tłum zafalował. Rozległy się oklaski i wiwaty. Na balkonie ukazał się Józef Haller, idol młodzieży narodowej, legendarny dowódca Błękitnej Armii, która przybyła z Francji do Polski po odzyskaniu niepodległości. Generał gwałtownie potępił wybór Narutowicza i solidaryzował się z niezadowoleniem części mieszkańców Warszawy. Przywitał ludzi w generalskim mundurze, najwyraźniej spodziewając się przybycia tłumu.

– Rodacy i towarzysze broni! – rozpoczął donośnym, nawykłym do wygłaszania mów głosem, opierając się o balustradę swego eleganckiego balkonu. Niewiadomski skupił się na słowach generała – Wy, a nie kto inny, piersią swoją osłanialiście, jakby twardym murem, granice Rzeczypospolitej, rogatki Warszawy. W swoich czynach chcieliście jednej rzeczy: Polski. Polski wielkiej, niepodległej. W dniu dzisiejszym Polskę, o którą walczyliście, sponiewierano. Odruch wasz jest wskaźnikiem, iż oburzenie narodu, którego jesteście rzecznikiem, rośnie i przybiera jak fala.

Tłum, podniecony poparciem Hallera, uniósł się zbiorowym okrzykiem. Niektóre okna w sąsiednich kamienicach, dotychczas otwarte, zostały ostrożnie zamknięte.

– Tak, tak, racja! racja! – generał przytakiwał wiwatującym ludziom. Wśród zgiełku dało się odróżnić kolejne inwektywy pod adresem prezydenta-elekta.

Po chwili podminowana demonstracja udała się nieco dalej, pod budynek mieszczący siedzibę sprzyjającej endekom „Gazety Warszawskiej”. Niewiadomski, wyjątkowo spokojny na tle krzyczących i wygrażających ludzi, dał się ponieść razem z innymi.

– Zaślepienie lewicy i ludowców sprawiło – do tłumu przemówił narodowy poseł Antoni Sadzewicz – że najwyższym przedstawicielem Polski ma być człowiek, który jeszcze dwa dni temu był obywatelem szwajcarskim i któremu na gwałt, może już po wyborach na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, sfabrykowano obywatelstwo polskie. W roku 1912 Żydzi narzucili Warszawie niejakiego Jagiełłę jako posła do Dumy rosyjskiej – Sadzewicz praktycznie krzyczał – Dziś posunęli się dalej: narzucili pana Narutowicza na prezydenta!

Tłum zawył z wściekłości. Nawet Niewiadomski zatrząsł się z oburzenia. „Tego nie wiedziałem!” – pomyślał. Zacisnął pięści w kieszeniach swego palta. Nie wiedział, że Sadzewicz oszukał zgromadzonych: Narutowicz, od dwóch przecież lat pełniący funkcje ministerialne w Polsce, posiadał oczywiście polskie obywatelstwo. Można przypuszczać, że wiedza ta nie powstrzymałaby Eligiusza przed wykonaniem planu, który rodził się właśnie w jego głowie.

– Hańba! Hańba! – krzyczeli ludzie.

Tłum, podzielony na liczne grupki, ruszył ponownie w stronę Nowego Światu.

Eligiusz, mimo całej wściekłości, uśmiechnął się w duchu. Przypomniał sobie, że za parę dni, 16 grudnia, popularna galeria sztuki zwana potocznie „Zachętą” organizowała otwarcie nowej wystawy. Jako członek rzeczywisty Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych Niewiadomski miał prawo wolnego wstępu na każdą uroczystość, również na otwarcie tzw. Salonu.

Wiedział, że zgodnie z tradycją na imprezy tego typu zapraszano naczelnika Piłsudskiego. „Teraz pewnie zaproszą prezydenta” – pomyślał Niewiadomski, mimowolnie rozluźniając rękę, jak podczas ćwiczeń z bronią przed lustrem.

Warszawa, Nowy Świat - ulica Żurawia

sobota, 9 XII 1922, 22.30

Zofia Kordisówna, siedząc na tylnym siedzeniu solidnego automobilu należącego do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zauważała coraz liczniejsze grupy rozgorączkowanych ludzi. Tłum gęstniał, zajmował nie tylko chodniki, ale i ulice. Przed siedzibą endeckiej organizacji „Rozwój” przy ulicy Żurawiej samochód niemalże stanął.

– Patrzcie! – ktoś nagle krzyknął – Auto na rejestracji MSZ! Może to Narutowicz?!

Tłum naparł na sunący powoli pojazd. Zofia była przerażona. Narutowicz z troską spoglądał na towarzyszące mu kobiety.

Zofia cicho krzyknęła, gdy ktoś uderzył kijem w szybę. Po chwili las kijów obijał auto niczym grad. Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach. Ale solidne okna wytrzymały.

– Jedźże! – rzucił zdenerwowany Narutowicz do szofera.

Szofer, choć trzęsły mu się ręce, zawył silnikiem i ruszył do przodu.

Tłum się rozstąpił.

Warszawa, ulica Wiejska

niedziela, 10 XII 1922, wieczór

Marszałek Sejmu Maciej Rataj szedł ulicą Wiejską, w pobliżu gmachu Sejmu. Spacerując ulicami Warszawy, napatrzył się już na włóczące się po mieście bez wyraźnego celu bandy zaczepiające Żydów. Był pod wrażeniem antyprezydenckiej agitacji. Tego dnia tłumy znowu słuchały gen. Hallera. Przemawiał też znany ze swych narodowych przekonań ksiądz Lutosławski, a także poseł Stanisław Grabski. Rozgorączkowany tłum wnosił okrzyki ku czci Mussoliniego pod siedzibą poselstwa Republiki Włoch, po chwili urządził zaś „kocią muzykę” pod Hotelem Europejskim, gdzie – jak się irracjonalnie spodziewano – mógł przebywać Narutowicz. Wrzaski przeplatały się z namiętnymi przemówieniami.

Rataj, przyspieszając kroku, pokiwał głową ze smutkiem. Nagle dostrzegł jakiegoś mężczyznę w drogim futrze, który przekonywał do czegoś stojącego obok starszawego stróża, gwałtownie gestykulując. Rataj zbliżył się.

– …wybrali prezydentem złodzieja – dobiegły go słowa mężczyzny w futrze – żydowskiego pachołka Narutowicza!...

„Pewnie zaraz i stróż pójdzie protestować” – mruknął do siebie Rataj i szybko się oddalił.

Warszawskie Łazienki – dom Narutowicza. Na zdjęciu widoczne są godło i flaga Polski oraz tablica pamiątkowa odsłonięta w 1932 r., w dziesiątą rocznicę śmierci prezydenta

Warszawa, Dom Narutowicza w Łazienkach

niedziela, 10 XII 1922, noc

Narutowicz w noc poprzedzającą zaprzysiężenie nawet nie zmrużył oka. Co chwila jego telefon rozbrzmiewał natrętnym brzęczeniem. Po drugiej stronie słuchawki przeważnie nikt się nie odzywał. Prezydent-elekt był wyczerpany nerwowo. Chwilami, nie panując nad sobą, wybuchał gniewem.

Przed paroma godzinami odwiedził go marszałek Rataj, blady i roztrzęsiony. Donosił o zamieszkach i chaosie, jaki ogarnął Warszawę. Był zdeterminowany, żeby jak najszybciej doprowadzić do zaprzysiężenia. Narutowicz posępnie zgodził się z Ratajem.

– W tej sytuacji nie mogę zrzec się urzędu – potwierdzał smutno.

Przypomniał też sobie niedawną propozycję Aleksandry Piłsudskiej, drugiej żony marszałka, aby w te ciężkie dni przeniósł się do Belwederu. Odmówił grzecznie, ale stanowczo. „Ucieczka do Belwederu zostałaby odebrana jako akt tchórzostwa” – myślał.

Teraz nerwowo przechadzał się po salonie swej willi, w otoczeniu najbliższych. Dzieci spały niespokojnie. Co chwila przysiadał i brał w ręce ostatnie numery endeckich gazet.

– Po co te brudy, po co te brudy?! – mruczał do siebie.

Dla zabicia czasu relacjonował najbliższym zajścia z wczorajszego wieczoru.

– Lepiej, że ja oberwałem – z gorzkim uśmiechem opisywał przejazd autem Nowym Światem i Żurawią – niż gdyby policja skrzywdziła kogoś z tych małych chłopców biorących udział w tej łobuzerce ulicznej. Przecież oni są niewinni. Bezmyślność tej burdy ulicznej bije w oczy każdego – jego głos zaczął zdradzać zdenerwowanie – Sytuacja jest dla mnie bardzo przykra, gdyż nie chodzi o moją osobę, nie mogę jednak dopuścić do poniżenia godności Rzeczypospolitej.

– Trzeba wzmocnić straże wokół Łazienek! – odparł ktoś z obecnych.

W odpowiedzi Narutowicz wskazał na leżący na stoliku rewolwer i stwierdził z cichą determinacją: – Gdyby się tu wdarli, będę strzelał. Ale tylko wtedy, jeśli zechcą coś zrobić memu chłopcu. A do Sejmu pojadę – podniósł głos – Przecież nie wolno mi się cofnąć.

W salonie zapadło milczenie.

Warszawa, skrzyżowanie Al. Ujazdowskich z Al. Róż

poniedziałek, 11 XII 1922, godz. 12.00

Odkryty powóz stanął przed wysoką barykadą z ławek i skrzyń na śmieci, wzniesioną przez podniecony tłum, agitowany głównie przez narodowe bojówki stowarzyszenia „Rozwój”. W tym samym czasie inne grupy zablokowały wszystkie wejścia prowadzące do budynku Sejmu.

Konie w zaprzęgu nerwowo parskały. Szwadron szwoleżerów, eskortujący powóz, też z trudem powstrzymywał wystraszone hałasem zwierzęta. Jadący w powozie Gabriel Narutowicz powoli wstał z napiętą, ale niewzruszoną miną. Towarzyszący mu hrabia Stefan Przeździecki, szef protokołu dyplomatycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, spoglądał z przestrachem raz na stojącego nieruchomo prezydenta-elekta, raz na wykrzywione twarze tłumu. Jechali właśnie z Belwederu do Sejmu, gdzie Narutowicz miał zostać zaprzysiężony na pierwszego prezydenta odrodzonej Rzeczypospolitej. Prezydenta, którego wrzeszczący tłum zdążył już znienawidzić. Pierwotnie zamiast Przeździeckiego miał jechać premier Julian Nowak, ale na godzinę przed wyjazdem, przerażony agitacją na ulicach, zmienił zdanie. Na gwałt ściągnięto Przeździeckiego, który musiał w Belwederze przebrać się w pożyczone uroczyste ubranie.

Agitowani przez niektórych posłów ludzie stali tutaj już od ponad godziny, zatrzymując każdy przejeżdżający samochód. Zatrzymano nawet dyplomatyczne auta przedstawicieli Francji i Wielkiej Brytanii, udających się na zaprzysiężenie. Entuzjastycznie przywitano za to włoskiego posła Francesco Tomasiniego. Przedstawiciela faszystowskich Włoch. Gorszy los spotkał socjalistów Ignacego Daszyńskiego i 90-letniego Rajmunda Jaworowskiego, których wywleczono z auta i zamknięto w bramie domu nr 10 przy placu Trzech Krzyży. Dwóch innych posłów PPS dotkliwie pobito. Kłopoty miał też Przeździecki, który wcześnie przyjechał po Narutowicza do Łazienek. Przepuszczono go niechętnie dopiero wtedy, gdy zagroził użyciem pistoletu. „Żydowski hrabia!” – krzyczano za nim, gdy odjeżdżał.

W tłumie przypadkowo znalazła się żona Józefa Piłsudskiego, Aleksandra. „W ścisku nie mogłam się prawie ruszyć – opowiadała później mężowi – Z jednej strony parła na mnie stara, przygłucha chłopka, która bez przerwy pytała, o co chodzi, z drugiej – gruba, wielka służąca. Ta ostatnia z czerwoną twarzą podrygiwała całym ciałem, wymachując pięściami i krzycząc: «Precz z Narutowiczem! Precz z Żydem! Żydzi nie będą nami rządzili!». Gdy jej zabrakło oddechu, powiedziałam, że znam dobrze rodzinę Narutowiczów; nikt z nich nie pochodzi z Żydów. Ale to był groch o ścianę. Za chwilę znowu zaczęła wrzeszczeć: «Żydzi nie będą nami rządzili!». Skończyło się na tym, że wszyscy koło mnie krzyczeli i przeklinali w podobny sposób. Nie miałam wątpliwości – wśród tłumów znajdowali się agitatorzy”.

– Rozebrać barykadę! – wrzasnął teraz dowódca szwoleżerów do biernie przyglądających się całej scenie funkcjonariuszy policji, starając się przekrzyczeć uliczny hałas. Policjanci z ociąganiem rozpoczęli rozbiórkę wśród przeraźliwych gwizdów.

Podniecony tłum otoczył odkryty powóz prezydencki. Nagle w bok pojazdu uderzyła kula śniegu, przelatując nad niezbyt szczelnym kordonem szwoleżerów. Po chwili druga trafiła bliżej; okruchy śniegu posypały się po wnętrzu powozu. Hrabia Przeździecki drgnął i odruchowo skulił się na swym siedzeniu. Narutowicz stał nieruchomo. Mimowolnie zastanowił się, czy nie lepiej byłoby jednak, gdyby zgodził się na silniejszą eskortę i pomoc policji. Tuż przed wyjazdem nerwowo zareagował na taką propozycję. „Nie jestem carem Mikołajem, abym jeździł z całą armią! – warknął – Legalnie obrany prezydent nie będzie się krył za policją. Przecież mnie nie zabiją!”.

Lekko zadrżał, gdy usłyszał świst kamienia i głuchy odgłos uderzenia o blachę powozu. Między szprychy kół wpadł jakiś kij. Stojący najbliżej koń niespokojnie uderzył kopytami o ziemię, powstrzymywany z trudem przez woźnicę. Wtem Narutowicz poczuł lodowate zimno śniegu na policzku. Z tłumy dobiegły go radosne okrzyki. Spokojnie otarł topniejące resztki z twarzy, przelotnie dotykając zaczerwienionego miejsca uderzenia. Po chwili przyjął kolejne uderzenie od jakiejś kobiety. Tym razem w czoło. Rana była bolesna, na czole pojawił się duży guz. Po chwili nadlatujący kij strącił mu z głowy cylinder. Część ludzi stojących w tłumie drwiąco roześmiała się. Narutowicz starał się nie odchylać odsłoniętej głowy, choć palce jego dłoni coraz mocniej zaciskały się na poręczy wozu.

– Hańba! Bandyci! – zawołał hrabia Przeździecki.

Patrząc na tłum, Narutowicz przypomniał sobie niedawną wypowiedź ministra spraw wewnętrznych Antoniego Kamieńskiego: „A niech ulica sobie pohula!” – stwierdził beztrosko szef MSW, kwitując tymi słowami narastające od 9 grudnia niepokoje społeczne. I rzeczywiście, policja pozwalała w tych dniach na wyjątkowo dużo.

Tymczasem paru jej funkcjonariuszy z ociąganiem kończyło rozbieranie barykady.

Nagle z tłumu wybiegł jakiś człowiek, przebił się przez niespokojnie rozglądających się wkoło szwoleżerów i wspiął na powóz. Przed oczami Narutowicza mignęła laska. Obserwujący scenę Przeździecki z przerażeniem zobaczył solidną, żelazną gałkę umocowaną na końcu laski. Agresor wziął zamach. „Człowieku – pomyślał Narutowicz – czy mnie tak spokojnie zabijesz?!” Spojrzał mu w oczy. Atakujący spuścił wzrok, a po chwili opuścił laskę. Szwoleżerom udało się wreszcie odsunąć go od prezydenta.

W tym momencie policjanci usunęli barykadę. Mokry Narutowicz, wciąż stojąc prosto w odkrytym powozie, ruszył dalej wśród wyzwisk i gróźb rzucanych przez kilkusetosobowy tłum. Nie zwrócił uwagi, że wciąż kurczowo ściska poręcz powozu.

Dopiero po paru godzinach dowiedział się, że barykada przy Alei Róż była tylko początkiem gwałtownych rozruchów, które rozprzestrzeniły się na całe miasto. Nieudolny Antoni Kamieński (marszałek Maciej Rataj nazwał go „głupkowato nieporadnym”), który swą bierną postawą dopuścił do wzrostu napięcia, został zdymisjonowany. Zastąpił go energiczny Ludwik Darowski, który odegra ważną rolę w kolejnych dniach. W planach Narutowicza miał zostać przyszłym premierem, ale tylko na okres przejściowy.

Tymczasem stolicę opanowały narodowe i socjalistyczne bojówki, wciągając w wir bezsensownej walki niewinnych świadków. Kilkadziesiąt osób zostało rannych (po obu stronach), w tym dziewięć ciężko. Wściekły tłum poturbował dyplomatów japońskich, którzy nie okazali się dość „polscy”. Pobito co najmniej dwóch senatorów żydowskich: rabina Lejba Kowalskiego i Mojżesza Deutschera. Darowski zbyt późno przejął władzę, by jego odezwa, sporządzona naprędce jeszcze tego samego dnia, wzywająca do spokoju i grożąca użyciem „najostrzejszych” środków w celu tłumienia dalszych wybryków, mogła odnieść natychmiastowy skutek.

W walce, jaka rozgorzała między bojówkami endeckimi i PPS-owskimi w pobliżu bramy, gdzie uwięziono Jaworowskiego i Daszyńskiego, zginęła od strzału jedna osoba – socjalista Jan Kułaszewski. To była pierwsza ofiara grudniowej gorączki.

Drugą był prezydent.

Gabriel Narutowicz przy pracy

Warszawa, Dom Narutowicza w Łazienkach

poniedziałek, 11 XII 1922, wieczór

Józef Piłsudski, który przybył do prezydenta z postanowieniem ustalenia harmonogramu przekazywania władzy, skończył właśnie w ostrych i pełnych krytyki słowach opowiadać o wydarzeniach na mieście. Narutowicz siedział w fotelu. Był w widoczny sposób poruszony i zdenerwowany. Może nawet zrozpaczony. Marszałek, lepiej panując nad emocjami, uważnie patrzył na prezydenta, który parę godzin wcześniej złożył ślubowanie.

Narutowicz, zamiast odpowiedzi na sprawozdanie Naczelnika Państwa, pokazał marszałkowi stertę anonimów i paszkwili.

– Co to ma być?! – rzucił, a w jego głosie wściekłość walczyła z rezygnacją.

– Wiem – przyznał Piłsudski – Paszkwile, że żydowski pachołek, zdrajca itd. Ja takie przez całe lata dostawałem. A telefony? – zapytał po chwili z gorzkim uśmiechem – Dzwonki umyślnie poplątane, zapytania, zadawane udanym żydowskim akcentem, czy zdarzają się już u pana?

– Dokuczają już tym od dawna! – prezydent zerwał się z fotela – Skąd pan wie o tym?!

– Ależ panie – odparł marszałek – ja byłem w Polsce Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem, więc wszy właziły zewsząd. Zwykłe rzeczy! To narodowa robota!

– To nie jest Europa – powiedział Narutowicz w nagłym przypływie gniewu – Ci ludzie lepiej by się czuli pod tym, kto karki im deptał i bił po pysku!

Po chwili uspokoił się, przepraszająco spojrzał na marszałka i westchnął. Wskazał na rewolwer, leżący niedaleko na stoliku i mruknął:

– Uprzedzono mnie, chciałem wziąć tę broń ze sobą, a strzelam bardzo celnie. Zostawiłem rewolwer na stole. Nie chcę się bronić – ostatnie słowa odparł z mieszaniną determinacji i rezygnacji.

– Miał być zamach stanu – dodał później, rozmawiając ze swoją siostrzenicą Zosią Kordisówną, kiedy marszałek opuścił już jego dom – ale idioci i tego porządnie zrobić nie umieją!

Warszawa, Aleje Ujazdowskie

środa, 12 XII 1922, wieczór

Jeden z liderów lewicowych ludowców z PSL „Wyzwolenie” Stanisław Thugutt wyszedł właśnie wraz z kilkoma towarzyszami z Belwederu, gdzie upewniał się, czy podjęto odpowiednie środki bezpieczeństwa, mające nie dopuścić do powtórzenia się zamieszek z poprzedniego dnia.

„Sale Belwederu były jasne i ciepłe, jak zwykle – wspominał później – Ale na dworze mżył drobny, zimny deszcz, ciężka mgła ćmiła światło latarni, pod nogami chlupało błoto brudne i lepkie. W pustych zupełnie Alejach wicher szarpał i męczył drzewa. A w dali spało miasto, stare, dobre miasto, zatrute jadem nienawiści, ogłupione i nieszczęśliwe. Niewidoczna jeszcze oczom, ale już odczuwana nerwami, czaiła się zbrodnia. W dół, na tyły Łazienek, schodziły ciemne i gęste kolumny piechoty w bojowym rynsztunku, chronić przed tą zbrodnią najdobrotliwszego z ludzi”.

Warszawa, Łazienki, Dom Narutowicza w Łazienkach

środa/czwartek, 13/14 XII 1922, noc

Narutowicz siedział w swym gabinecie przy zapalonej lampie. Nie mógł spać. Wyczuł na czole świeży guz. „To Polka rzuciła we mnie grudą lodu – Polka w prezydenta Rzeczypospolitej!” – pomyślał pełen goryczy.

Wiedział, że w Belwederze po południu doszło do poufnej narady z udziałem Piłsudskiego i marszałka Rataja. Dyskutowano o groźbie zamachu stanu. Piłsudski, kierujący jeszcze armią, kazał ściągnąć do Warszawy posiłki wojskowe. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Podejrzewał, że narodowcy szykują „coś” na czwartek. Ale co?

Narutowicz westchnął. Raz jeszcze przypomniał sobie hasła skandowane przez rozgorączkowany tłum 11 grudnia: „Niech żyje włoski faszyzm!”, „Niech żyje Mussolini!”, „Niech żyje prezydent Haller!”. Zaledwie kilka tygodni temu, pod koniec października, Benito Mussolini zdobył władzę we Włoszech, krocząc na czele „marszu czarnych koszul”.

„Czy endecy próbują zrobić to samo?” – zastanowił się prezydent.

Warszawa, Belweder

czwartek, 14 XII 1922, godz. 12.30

Piłsudski, ubrany w szarą kurtę legionową, delikatnie zastukał w napełniony do połowy kieliszek, prosząc o ciszę. Zgromadzeni w sali jadalnej pałacu Belwederskiego panowie zwrócili się w jego stronę. Marszałek przesunął wzrokiem po twarzach zebranych, dostrzegając między innymi marszałka Sejmu Macieja Rataja, marszałka Senatu Wojciecha Trąmpczyńskiego i premiera Juliana Nowaka. W końcu zatrzymał się na poważnej, choć lekko bladej postaci Gabriela Narutowicza.

Przed chwilą – w samo południe – sporządzono i podpisano w sąsiedniej sali audiencyjnej uroczysty „Akt przekazania władzy” przez Naczelnika Państwa nowemu prezydentowi. Podczas składania podpisów bateria dział, rozlokowana w Parku Łazienkowskim, oddała salwę złożoną ze 101 strzałów. Wobec niezwykle napiętej sytuacji w ostatnich dniach strzały te zabrzmiały raczej złowrogo. Tego wrażenia nie zatarło odegranie hymnu na dziedzińcu pałacowym i oddanie honorów prezydentowi przez kompanię i szwadron przyboczny. Z dziedzińca zaprzysiężony prezydent wraz z rodziną i świtą przeszedł w towarzystwie Piłsudskiego do sali jadalnej na późne śniadanie.

Piłsudski, spoglądając na kieliszek, odchrząknął:

– Panie Prezydencie Rzeczypospolitej! – rozpoczął głośno i dobitnie – Czuję się niezwykle szczęśliwy, że pierwszy w Polsce mam wysoki zaszczyt podejmowania w moim jeszcze domu i w otoczeniu mojej rodziny, pierwszego Obywatela Rzeczypospolitej Polskiej – marszałek starannie dobierał słowa. Liczył, że jego otwarte i pełne poparcie dla Narutowicza uspokoi nieco nastroje społeczne i rozgorączkowanych polityków.

– Panie Prezydencie! – kontynuował coraz głośniej – Jako jedyny oficer polski czynnej służby, który dotąd przed nikim nie stawał na baczność, staję oto na baczność przed Polską, którą Ty reprezentujesz, wznosząc toast: Pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej – niech żyje!

Zdumieni dostojnicy, powtarzając entuzjastyczne „niech żyje”, zobaczyli, że marszałek rzeczywiście stanął na baczność, demonstrując tym samym swój najwyższy szacunek dla urzędu prezydenckiego. Urzędu, którego sam nie chciał objąć, doskonale zdając sobie sprawę, że to nie prezydent, ale Sejm dzierży prawdziwą władzę.

– Panie Marszałku! – Narutowicz poczuł się w obowiązku odpowiedzieć na toast – Są w życiu rzadkie chwile, w których najlepszą wymową jest korne i wzruszone milczenie – rozpoczął, starannie dobierając słowa – Do takich chwil zaliczam dzisiejszą. Są rzadcy w historii ludzie, których oceniać nie wolno współczesnym – bo nie dorośli do objęcia ogromu ich zasług. Do takich ludzi pan, panie Marszałku, należy! Toteż, jeżeli pomimo to mówić muszę, to dlatego, że wymaga tego twardy obowiązek tej służby, do której po ciężkiej ze sobą samym walce stanąłem. Obowiązek tym cięższy, że spełniany dotąd przez człowieka tej miary, co pan, panie Marszałku – Narutowicz lekko się ukłonił, Piłsudski nadal stał wyprostowany.

– Toteż – kontynuował prezydent – jeżeli co w tej chwili otuchy mi dodaje, to wiara, że Polsce i nadal sił swoich skąpić nie będziesz. Nazwałeś mnie, panie Marszałku, pierwszym obywatelem Rzeczypospolitej. Tytuł ten nadało mi prawo. Pozwól, że w stosunku do ciebie użyję tytułu, który ci nada historia, wznosząc toast: najzasłużeńszy obywatel Rzeczypospolitej, którą wskrzesił, zbudował i przed wrogiem obronił. Marszałek Piłsudski – niech żyje!

– Niech żyje! – zawtórowali goście. Zadowolony marszałek lekko uśmiechnął się pod wąsem.

Szybko okaże się, że gest Piłsudskiego, przeznaczony przede wszystkim dla opinii publicznej, nie zda się na nic. Nie sprawdzą się także prognozy Narutowicza: marszałek wkrótce zaszyje się w Sulejówku, zniesmaczony polską sejmokracją.

Niewiadomski zapewne znał (choćby z prasy) treść obu toastów. Widział wzajemne uprzejmości obu panów. Tym bardziej obu nienawidził.

Warszawa, ul. Marszałkowska 83, mieszkanie Stanisława Cara

czwartek, 14 XII 1922, wieczór

– Dobry wieczór, moja droga – Stanisław Car, świeżo upieczony szef kancelarii prezydenta Narutowicza, wszedł zmęczony do mieszkania, zamykając cicho drzwi.

– Dzwonił do ciebie ktoś z Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, zostawił swój numer. Bardzo prosił, żebyś oddzwonił.

– Dobrze, dobrze, już idę – westchnął Car i udał się w stronę aparatu. Na stoliku obok leżała kartka z numerem telefonu. Poprosił centralę o połączenie.

– Halo? – odezwał się po chwili przytłumiony głos.

– Tutaj Stanisław Car, z kim mam przyjemność? – zmęczony Car nie miał ochoty na pogawędki.

– Ach, witam, witam – głos w słuchawce zabrzmiał radośnie – Mówi Karol Kozłowski, prezes Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych.

– Dobry wieczór, panie Karolu – Car znał z widzenia Kozłowskiego jako starszego kolegę z czasów studenckich – Zdaje się, że dzwonił pan do mnie?

– Tak, tak – potwierdził Kozłowski – Chodzi o sprawę dużej wagi: pojutrze Zachęta otwiera swoją nową wystawę. Bardzo byśmy chcieli, żeby prezydent Narutowicz mógł zaszczycić swą obecnością to ważne wydarzenie.

Car w duchu westchnął. Nie miał ochoty angażować prezydenta w kolejną sprawę

– Pan Prezydent jest bardzo zajęty – odparł wymijająco – może panowie wyślą zaproszenie pisemnie.

– Ależ to sprawa wielkiego znaczenia – Kozłowski nie dał się zbyć – uważam, że nie wypada zapraszać prezydenta pisemnie, takie zaproszenie należałoby przekazać osobiście. Zresztą czasu jest już bardzo mało.

– Pan prezydent z powodu nawału zajęć nie będzie miał czasu spotkać się z panami – odparł Car, stukając palcami o blat stolika

– Doskonale to rozumiem, wystarczy, że spotkam się z panem i omówimy tę sprawę osobiście, na spokojnie – Kozłowski nie zamierzał ustąpić.

– Cóż, w porządku – skapitulował Car, wyczuwając determinację prezesa – O której moglibyśmy się spotkać?

– Czy godzina dwunasta panu odpowiada?

– Postaram się wygospodarować ten czas.

– Bardzo jestem panu zobowiązany. Dziękuję i do zobaczenia!

Car odłożył słuchawkę i potarł zmęczone oczy.

Prezydent Gabriel Narutowicz wychodzi z Sejmu po złożeniu przysięgi

Warszawa, Belweder

piątek, 15 XII 1922, poranek

Narutowicz rozpoczął swój pierwszy faktyczny dzień urzędowania w Belwederze od śniadania. Choć nie pokazywał tego po sobie, uważał, że ostatnie dni, pełne niezwykłego napięcia i stresu, były prawdopodobnie najgorszymi chwilami jego pięćdziesięciosiedmioletniego życia. W dodatku wczoraj, w związku z przekazaniem władzy przez Piłsudskiego, premier Julian Nowak złożył dymisję swego rządu. Narutowicz stanął przed trudnym zadaniem skompletowania nowego gabinetu. Zadaniem, którego nie dane mu było zrealizować.

Odstawiając pustą filiżankę, ciężko westchnął, wspominając swoje niedawne poważne kłopoty z sercem. Wolał jednak o tym nie myśleć. Wolał też nie myśleć o wczorajszym sejmowym wystąpieniu Ignacego Daszyńskiego, jednego z przywódców socjalistów z PPS, który mówił o „nikczemnym, tajnym spisku” endeków, sięgającym „w głąb armii polskiej”. Daszyński mówił też o „wojnie domowej”.

Prezydent sięgnął po przyniesioną przed chwilą korespondencję. Jego uwagę zwróciła koperta zaadresowana po francusku: „Monsieur le Président, République Polonaise, Gabriel Narutowicz, Varsovie– Warszawa–Belweder”. Na znaczku widniał lekko sfatygowany stempel pocztowy „Lwów, 12 XII 22”. Narutowicz spojrzał na drugą stronę koperty, ale adresu nadawcy nie znalazł. Mimo to rozkleił kopertę i wyciągnął niewielką kartkę. Zaczął czytać:

„Pozostaje Panu do oznaczonego terminu już tylko 4 doby i godzin 20. Przypominam, że grozi Panu śmierć naturalna z powodu ataku sercowego. Czas zrobić testament. Pozdrowienia. Zawiadomienie trzecie.”

Ostatnia liczba automatycznie skierowała myśli Narutowicza ku dwóm wcześniejszym anonimowym pogróżkom, które otrzymał w ostatnich dniach. Pierwszy liścik nadszedł ze stolicy:

„Warszawa, 10 grudnia 1922 roku.

Szanowny Panie ministrze! Wobec wyboru pana ministra na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej głosami lewicy i mniejszości narodowych, bloku nam wrogiego, będąc pewnymi, że pan minister będzie ugodowcem, będzie zmuszony wywdzięczać się blokowi mniejszości, że pan minister nie stworzy rządu o silnej ręce, rządu, że tak powiemy, poznańskiego, wreszcie, że pan minister śmiał przyjąć ofiarowaną sobie kandydaturę, grozimy panu ministrowi jak najfantastyczniejszym mordem politycznym. Z poważaniem – polski faszysta.”

Dzień później nadszedł kolejny anonim, tym razem z Wilna:

„Warszawa, Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Panu ministrowi Narutowiczowi do rąk własnych.

Panie Ministrze! Dosięże Pana kara śmierci, o ile Pan natychmiast nie złoży godności Prezydenta!!!

Dnia 10 XII 22. Patriota.”

Z Lublina z kolei ktoś w tym samym czasie skierował następujące słowa:

„Warszawa, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Jaśnie Wielmożny Pan Minister Gabriel Narutowicz.

Wielce Szanowny Panie Ministrze! Na Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej został Pan obrany nie większością głosów narodowych, lecz głosami odwiecznych wrogów Polski – niemców i żydów. Obowiązkiem więc Pana, jako człowieka uczciwego i szlachetnego Polaka (a wiemy, że Pan Minister te zalety posiada) jest zrzec się tego zaszczytu przed złożeniem przysięgi. Przy tem ogromnie wrogiem usposobieniu, z jakiem naród przyjął wiadomość o wyborze Pan Ministra, trudno Panu będzie sprawować spokojnie rządy. Tego zdania jest ogół ludności województwa lubelskiego. Życzliwy”

Narutowicz zmusił się do przerwania tych rozmyślań i odłożył przeczytaną pogróżkę na stertę pozostałych listów. Bezwiednie potarł czoło.

„Tak – pomyślał – to z pewnością najgorsze dni w moim życiu”.

Raz jeszcze rzucił okiem na otrzymany właśnie list ze Lwowa. „Pozostaje Panu do oznaczonego terminu już tylko 4 doby i godzin 20…”. Wbrew sobie Narutowicz obliczył, kiedy by to miało być. Wyszedł mu 16 grudnia.

Czy było tylko zbiegiem okoliczności, że właśnie tego dnia zginął? Sprawa anonimów zostanie całkowicie pominięta w ekspresowym procesie Eligiusza Niewiadomskiego. Dlaczego? Pytanie pozostaje otwarte.

Warszawa, poczekalnia Belwederu

piątek, 15 XII 1922, godz. 12.00

– Witam, panie prezesie! – Stanisław Car wyciągnął rękę do Karola Kozłowskiego. Miał dziś wiele spraw na głowie, okazywał pewne zniecierpliwienie. Obok stał nieznany Carowi mężczyzna, którego Kozłowski przedstawił jako wiceprezesa Edwarda Okunia. Obaj przyjechali przed chwilą automobilem pod Belweder. Car nie zaproponował, by goście usiedli.

Trzech mężczyzn stało więc w obszernej poczekalni Pałacu Prezydenckiego przy Krakowskim Przedmieściu. Wokół kręcili się nieliczni pracownicy budynku.

– W czym zatem mogę panom służyć? – zapytał Car, choć zdawał sobie sprawę, o co chodzi. Wstępnie rozmawiał już z prezydentem i ten – wbrew pierwszej reakcji szefa kancelarii – poważnie rozważał przybycie do Zachęty.

– Tak jak mówiłem panu wczoraj w rozmowie telefonicznej, chcielibyśmy zaprosić pana prezydenta Gabriela Narutowicza do naszego gmachu. Jak pan zapewne wie – Kozłowski starał się być przekonujący – Naczelnik Państwa marszałek Józef Piłsudski zawsze bez wyjątku zaszczycał nas swoją obecnością, gdy otwieraliśmy wystawę w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych. Byłoby nam bardzo miło – podkreślił swe słowa gestem ręki – gdyby prezydent Narutowicz zechciał utrzymać tę tradycję i przybyć jutro na otwarcie naszej ekspozycji.

– Zdaje pan sobie sprawę – Car grał nieco na zwłokę – że prezydent Narutowicz jest teraz niezwykle zajęty.

– Jesteśmy tego świadomi – uprzejmie przytaknął Okuń.

– Czy zaproszenie prezydenta jest pańską indywidualną decyzją, czy też rozmawia pan ze mną jako przedstawiciel zarządu Zachęty? – zapytał Car.

– Zgłaszam propozycję w imieniu zarządu, choć sam osobiście jak najbardziej ją popieram – uśmiechnął się Kozłowski.

– Cóż, drodzy panowie, obiecuję ściśle powtórzyć i przekazać to zaproszenie, które panowie składacie na moje ręce. Na razie jednak nie mogę dać żadnej wiążącej odpowiedzi, jako że prezydent jest nieobecny.

– Kiedy możemy spodziewać się decyzji pana prezydenta? – Kozłowski nachylił się ku rozmówcy. Był dobrej myśli: kontaktował się już z premierem Julianem Nowakiem, który obiecywał przyjazd Narutowicza. „Jak będę u niego po południu, to mu powiem” – Kozłowski przypomniał sobie obietnicę Nowaka.

– Dzisiaj prezydent ma bardzo pracowity dzień i będę mógł się z nim spotkać dopiero późnym wieczorem – Car pomyślał przez chwilę – Jest szansa, że jutro, wracając z umówionej już wizyty u kardynała Aleksandra Kakowskiego, zajedzie do Zachęty. Będzie miał w sumie po drodze.

– Naprawdę bardzo nam zależy na wizycie pana prezydenta – przekonywał Kozłowski – Bardzo pana proszę, przez wzgląd na naszą starą znajomość, o osobiste wstawiennictwo w tej sprawie.

– Zobaczymy, co da się zrobić – Car wciąż unikał wiążących deklaracji.

– Czy możemy liczyć na rychłą odpowiedź? – wtrącił się Okuń, powtarzając pytanie Kozłowskiego

– W tej chwili odpowiedzi dać nie mogę – Car lekko westchnął – Zadzwonię do pana dzisiaj wieczorem – dodał, zwracając się do Kozłowskiego.

– Znakomicie – ucieszył się prezes, przekonany, że uda się pozytywnie załatwić sprawę – Kiedy ewentualnie możemy się spodziewać pana prezydenta w dniu jutrzejszym?

– A kiedy nastąpi otwarcie wystawy?

– W samo południe – poinformował Okuń.

– Naczelnik Piłsudski zawsze przybywał bardzo punktualnie; pewnego razu przybył na naszą wystawę tuż przed dwunastą, kiedy nie zebrali się jeszcze nawet członkowie komitetu powitalnego – uzupełnił Kozłowski i dodał trochę bez związku: – Byłoby pożądane, żeby nie było tłoku w chwili przyjazdu.

– Jeśli prezydent zdecyduje się przybyć, postara się być punktualnym. Jeśli, powiedzmy, przez piętnaście minut po oznaczonym terminie nie przybędzie, to będzie znaczyło, że nie przyjedzie wcale. Jeszcze jedno – Car mimochodem rozejrzał się po pustawej poczekalni i ściszył głos – Dobrze panowie wiecie, co działo się w ostatnich dniach. Zatem zalecam dyskrecję. Niech panowie nie mówią, że prezydent ma przybyć.

– Niemniej – zaoponował Okuń – obecność pana prezydenta jest takim zaszczytem dla Zachęty, że nie możemy jej przemilczeć!

Okuń dopiero co przybył z Włoch i nie za bardzo zdawał sobie sprawę z napiętej atmosfery panującej w mieście.

– Oczywiście, przyzwoitym ludziom naturalnie można powiedzieć – zastrzegł Car.

– Panowie, rzecz nie jest jeszcze przesądzona – Kozłowski przyjął punkt widzenia Cara – więc nie ma potrzeby rozsyłania niepewnych informacji. Nie zamierzam o ewentualnym przyjeździe powiadamiać nawet członków komitetu Towarzystwa Zachęty.

Pozostali mężczyźni kiwnęli w milczeniu głowami.

Warszawa, Belweder

piątek, 15 XII 1922, godz. 21.30

– Skoro jeździł tam Piłsudski, pojadę i ja – powiedział z półuśmiechem Gabriel Narutowicz, opierając się miękko na fotelu, do którego nie zdążył się jeszcze przyzwyczaić.

– Oczywiście, powiadomię o pańskiej decyzji prezesa Kozłowskiego – odparł służbistym tonem Stanisław Car. Chwilę zawahał się, po czym dodał, zerkając na prezydenta – Pozostaje do rozpatrzenia kwestia bezpieczeństwa. Powiadomię milicję o trasie przejazdu.

– Ależ skądże! – zaoponował prezydent – nie będę ulegał garstce sztubaków! Jestem prezydentem tego kraju, nie będę się odgradzał od ludzi policyjnym kordonem. Jadę tylko ja i pan! – Narutowicz wskazał palcem na swego współpracownika.

– Nie uważam, by był to dobry pomysł. Co z pana bezpieczeństwem?!

– Uważam, że najlepszym zabezpieczeniem będzie niezwracanie się do władz bezpieczeństwa – gorzko odparł prezydent, wspominając bierność policji w czasie incydentu z barykadą sprzed kilku dni

– Panie prezydencie, to niedopuszczalne! – Stanisław Car zaczął nerwowo przechadzać się po gabinecie swego przełożonego – Nie może pan przecież pozostać bez obstawy! Zapomniał pan, co stało się w poniedziałek?! – ton głosu Cara stawał się wręcz niegrzeczny.

– Nie mogę okazać strachu – spokojnie, ale stanowczo i z ledwo ukrywaną nieustępliwością odparł siedzący w fotelu Narutowicz.

Obaj planowali właśnie przebieg wizyt u marszałka Sejmu i Senatu.

– Nie może pan przejechać przez miasto bez osłony! – gorąco przekonywał znowu Car – Przecież oni mogą pana… – w ostatniej chwili ugryzł się w język.

– Pragnę uświadomić wszystkim, że nie boję się tych smarkaczy – z rosnącą złością obstawał przy swoim Narutowicz, zaciskając dłonie – i zamierzam wykonywać swoje obowiązki w sposób normalny.

– Ależ panie prezydencie…

– Co więcej – Narutowicz wstał, wyraźnie już zdenerwowany – nie życzę sobie, aby policja była choćby poinformowana o moim przejeździe! – ostatnie słowa niemal wykrzyczał.

Car przyglądał się przez chwilę prezydentowi w milczeniu, po czym szybkim – zbyt szybkim – krokiem udał się do wyjścia. Głośno – zbyt głośno – zamknął za sobą drzwi.

Udał się do swego zastępcy Łepkowskiego i przekazał mu oschle zarządzenia prezydenta. Łepkowski z kolei powiadomił o sprawie prezydenckiego adiutanta Ignacego Sołtana, który – wbrew zaleceniom Narutowicza – miał obok Cara towarzyszyć mu w podróży do Zachęty.

Tymczasem prezydent szykował się do snu. Kazał się obudzić o 7.00.

Belweder, zdjęcie wykonane kilka lat po zamachu na prezydenta, w 1926 r.

2. Kulminacja

Warszawa, mieszkanie Tadeusza Jackowskiego

sobota, 16 grudnia 1922, poranek

Tadeusz Gustaw Jackowski, zaufany współpracownik Narutowicza z ministerstwa spraw zagranicznych, właśnie przebierał się po powrocie z Gdańska, gdy usłyszał dzwonek telefonu.

– Jackowski. Halo?

– Mówi major Maciesza z Belwederu – przedstawił się głos w słuchawce – prezydent przyjmie pana po godzinie 12.30.

– Znakomicie, dziękuję!

Jackowski był zadowolony. Przywoził z Gdańska dobre wieści.

Warszawa, Belweder

sobota, 16 grudnia 1922, poranek

Dr Łepkowski, zastępca szefa kancelarii cywilnej prezydenta, podniósł słuchawkę.

– Dzień dobry, mówi komisarz pierwszego obwodu policji – Łepkowski nie rozpoznawał tego głosu. Rozmówca zresztą nie przedstawił się – Czy prezydent z całą pewnością uda się na wystawę do Zachęty?

Tknięty złym przeczuciem, Łepkowski postanowił nie udzielać wiążących odpowiedzi.

– Nic jeszcze nie jest ustalone, proszę pana – odparł. Usłyszał, że rozmówca przerwał połączenie.

Łepkowski szybko odszukał swego przełożonego. Stanisław Car pokręcił głową:

– To jakaś podejrzana sprawa. Czemu nagle policja zainteresowała się sztuką? Dlaczego ten człowiek się nie przedstawił? Mam nadzieję, że nie udzielił mu pan żadnych informacji? – spojrzał bystro na Łepkowskiego.

Ten zdecydowanie zaprzeczył.

Sulejówek, willa Otradno [?]

sobota, 16 grudnia 1922, poranek

Aleksandra Piłsudska przed chwilą pożegnała swego męża, który, skrzypiąc w śniegu podkutymi butami, wyruszył z ich willi Otradno w Sulejówku do Warszawy, do biura Sztabu Głównego.

Aleksandra zamierzała właśnie pobawić się ze swymi córkami, gdy usłyszała dźwięk dzwonka dobiegający z podwórza.

– Nie wpuszczaj do mieszkania nikogo obcego! – zawołała, tknięta niezidentyfikowanym, złym przeczuciem, za oddalającą się w stronę podwórza służącą.

Po chwili służąca wróciła, oznajmiając: – Trzech nieznajomych młodych panów chce zobaczyć się z panem marszałkiem. Nie wpuściłam ich – zapewniła.

– Dobrze, powiedz im, że pan marszałek właśnie wyszedł i wróci dopiero za parę godzin – poleciła podenerwowana Aleksandra.

Wzdrygnęła się, gdy nagle usłyszała głośniejszy dźwięk dzwonka przy drzwiach frontowych. Podbiegła do nich, ostrożnie założyła gruby łańcuch i uchyliła drzwi.

– Słucham? – w uchylonym wejściu ujrzała jakiegoś młodzieńca, za nim stało dwóch następnych. Prawe ręce trzymali w kieszeniach swych płaszczy. Aleksandra mimowolnie zerknęła szybko na bawiące się dzieci.

– Chcielibyśmy zobaczyć się z pani mężem – powiedział pierwszy spokojnym głosem.

– Przecież służąca mówiła wam, że męża nie ma w domu! – odparła zdenerwowana i szybko zamknęła drzwi.

Wydychając wstrzymywane w napięciu powietrze, zerknęła dyskretnie przez okno. Trzej osobnicy pokręcili się jeszcze przed domem i w końcu zniknęli.

Do dziś nie wiadomo, kim byli i co zamierzali.

Warszawa, Belweder

sobota, 16 grudnia 1922, poranek

Narutowicz raz jeszcze zerknął na plan dnia, poprawiając się w fotelu. Na dole szykowano już samochód, którym miał wyruszyć w ostatnią podróż swego życia. Stanisław Car wybrał ten środek transportu, by uniknąć sytuacji z 11 grudnia. Niepokoił się dziwnym telefonem, o którym dowiedział się od Łepkowskiego.

„11.30 – wizyta u kardynała Aleksandra Kakowskiego” – czytał prezydent. Wczoraj kardynał odwiedził Narutowicza, rozmowa przebiegała bardzo serdecznie. Teraz prezydent miał udać się z rewizytą. Choć nie przywiązywał wielkiej wagi do spraw wiary, doceniał społeczny wymiar działalności Kościoła i poprzez tę wizytę pragnął dać wyraz swemu szacunkowi dla hierarchii kościelnej. „Może to uspokoi nieco nastroje” – pomyślał.

Przypomniał sobie swoje zachowanie podczas wczorajszej rozmowy, które nieco zaskoczyło nawet jego samego. W przypływie emocji i w reakcji na ciężki stres ostatnich dni, uklęknął wtedy i poprosił kardynała o błogosławieństwo. Poruszony Kakowski uznał ten gest za spowiedź, uczynił znak krzyża i udzielił rozgrzeszenia. Narutowicz, oskarżany o ateizm, przeżegnał się, choć nie był praktykującym katolikiem.

„12.00 – otwarcie salonu sztuki w Zachęcie” – prezydent wrócił do lektury kartki. „Ach, tak – pomyślał z pewną doza ironii – idę w ślady Piłsudskiego”.

„12.30 – spotkanie z Jackowskim”. Narutowicz podkreślił palcem ten punkt. „To bardzo ważne” – stwierdził w myślach. Prezydent przypomniał sobie, że wczoraj rano Jackowski pojechał do Gdańska, gdzie kontaktował się z Leonem Plucińskim. W zamierzeniach Narutowicza Pluciński – Komisarz Generalny Rzeczypospolitej Polskiej w Gdańsku – był idealnym kandydatem na premiera po przejściowym gabinecie Darowskiego. Związany z obozem narodowym, mógł przyczynić się do uspokojenia nastrojów. Jackowski miał go wypytać, czy zgodziłby się przyjąć tę funkcję. „Może Pluciński ostatecznie zakończy to bezkrólewie” – mruknął do siebie prezydent.

Narutowicz nie dowiedział się już, że Pluciński zgodził się objąć tekę premiera. Jackowskiemu, z niecierpliwością czekającemu na przekazanie dobrych wiadomości, nie dane było tego uczynić.

„13.30 – spotkanie z Kapitułą Orderu Orła Białego”.

„Wieczór – konsultacje z kandydatami na ministrów”. Narutowicz westchnął. „To będzie ciężki dzień” – pomyślał. Był jednak zdeterminowany, by jak najszybciej sformować nowy gabinet. Liczył, że koalicyjny rząd choć częściowo obniży temperaturę debaty politycznej i społecznej.

Pogrążony w tych myślach, sięgnął po kolejny dokument: prośbę o akt łaski dla pewnego skazanego na śmierć więźnia. Narutowicz przez chwilę się zawahał. Miał właśnie podjąć swą pierwszą formalną decyzję jako prezydent RP. Z lekkim uśmiechem zamaszystym podpisem ułaskawił skazańca. „To dobry znak! Ktoś dzięki mnie będzie żył…” – pomyślał pół żartem, pół serio.

Nie wiedział, że ta pierwsza decyzja będzie zarazem ostatnią.

– Samochód gotowy, panie prezydencie! – w drzwiach gabinetu ukazał się Stanisław Car i zaprosił swego przełożonego do wyjścia.

Narutowicz już wstawał, gdy do gabinetu wpadł Leopold Skulski – czterdziestopięcioletni były premier i minister spraw wewnętrznych, z którym Narutowicz dzierżawił rejon myśliwski. Co charakterystyczne, Skulski był działaczem endecji, co nie przeszkadzało mu lubić i szanować „kolegi od strzelby”.

– Panie prezydencie, co by pan powiedział na małe polowanie w najbliższych dniach? – zapytał z uśmiechem – Właśnie przygotowuję się do wyjazdu. Oderwałby się pan od tych warszawskich problemów.

– Ha, panie Leopoldzie, trudno mi teraz podejmować takie decyzje – odparł Narutowicz. Po chwili milczenia dodał: – Proszę mi dać czas do wieczora. Dam wtedy panu znać.

Już wychodząc, w przypływie nagłego impulsu, Narutowicz zatrzymał się i powiedział, chwytając Skulskiego za ramię:

– Pamiętaj, panie Leopoldzie, w razie nieszczęścia proszę zaopiekować się moimi dziećmi – być może prezydent przypomniał sobie przepowiednię z anonimu przysłanego ze Lwowa.

– Wolne żarty! – zaskoczony Skulski starał się zbagatelizować sprawę – Nie wiadomo, komu pierwsze pisane.

Skulski próbował przywołać uśmiech na twarzy, ale widząc spojrzenie Narutowicza, zrezygnował.

Warszawa, Krakowskie Przedmieście 15

sobota, 16 grudnia, godz. 11.00

– Do widzenia, do widzenia! – zawołał uprzejmie Eligiusz Niewiadomski, odwracając głowę już w drzwiach. Właśnie opuszczał siedzibę wydawnictwa Gebethner i Wolff w Pałacu Potockich, gdzie załatwiał dalsze sprawy związane z przygotowywaną przez niego publikacją dotyczącą historii malarstwa polskiego.

Był bardzo spokojny i opanowany. Rano nieśpiesznie zjadł śniadanie i starannie się ubrał. Teraz, wychodząc z wydawnictwa, skierował się powolnym krokiem w stronę Zachęty. W kieszeni płaszcza delikatnie masował palcami kolbę swego browninga.

Gmach Zachęty w okresie dwudziestolecia międzywojennego

Warszawa, gmach Zachęty

sobota, 16 grudnia, godz. 11.55-12.05

Jan Skotnicki, malarz i urzędnik Ministerstwa Kultury i Sztuki, stał w pobliżu schodów w holu gmachu Zachęty przy placu Ewangelickim, tuż przy grupce członków Komitetu Zachęty, którzy z powagą oczekiwali na otwarcie wystawy. Między nimi nerwowo przechadzał się prezes Kozłowski, dziękując dostojnym członkom Komitetu za wczesne przybycie.

Pogrążony w kurtuazyjnej rozmowie ze stojącymi obok panami, Skotnicki raz po raz zerkał na wypełniającą się szykownymi gośćmi salę. Otwarcie salonu sztuki w Zachęcie stało się jedną z większych atrakcji towarzyskich Warszawy w stosunkowo spokojnym okresie adwentu. Wśród zgromadzonych dostrzegł m.in. najwyższych przedstawicieli dyplomatycznych Wielkiej Brytanii, Włoch, Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii i wielu członków korpusu dyplomatycznego niższego szczebla.

Skotnicki z trudem ukrywał podekscytowanie, a także pewien niepokój. Nie był pewien, czy otwarcie zaszczyci swoją osobą nowo wybrany prezydent. Zdawał sobie sprawę z kontrowersji, jakie budził ten wybór. Sam nie był do końca do niego przekonany. Z tym większą niecierpliwością czekał na rozwój sytuacji. Prezes Zachęty Karol Kozłowski i jego zastępca Edward Okuń wyrażali się dość enigmatycznie, udzielając wymijających odpowiedzi na temat ewentualnego przybycia pierwszego obywatela Rzeczypospolitej.

Wtem w gęstniejącym tłumie Skotnicki dostrzegł znajomą postać. Między ludźmi przeciskał się, nienagannie ubrany, ale z zaciętym wyrazem twarzy, jego były kolega z ministerstwa – Eligiusz Niewiadomski. Panowie poznali się jeszcze przed wojną, w 1912 lub 1913 r. w pracowni malarza Trojanowskiego. Po wojnie Skotnicki – od 1919 r. urzędnik w resorcie sztuki – co jakiś czas widywał się w pracy z Eligiuszem.

Niewiadomski podszedł do Skotnickiego i przywitał się. Rozglądając się wokoło, rzucił natarczywie pytanie:

– Cóż to jest za uroczystość? Na kogo tak czekacie?

– Czekamy na pana prezydenta – odparł zapytany.

Skotnicki, po wymianie tych zdań, odwrócił się do swych rozmówców, Niewiadomski stanął obok. Skotnicki zamierzał właśnie odpowiedzieć na skierowane do niego grzecznościowe pytanie, gdy dostrzegł przy wejściu jakiś ruch. Zauważył, że prezes Kozłowski szybkim krokiem udał się w tę stronę.

– To chyba dwóch adiutantów pana prezydenta – stwierdził któryś z członków Komitetu. Kozłowski zamienił parę słów z wyraźnie śpieszącymi się gośćmi, po czym adiutanci wyszli. W ślad za nimi udał się wiceprezes Okuń.

– Panowie, bardzo proszę o niezwłoczną informację, jak tylko ujrzycie pana prezydenta – poprosił oficerów Okuń już na zewnątrz.

W tym samym czasie zadowolony Kozłowski zbliżył się do grupki, w której stał Skotnicki i podekscytowany poinformował: – Pan prezydent zaraz przybędzie! Za parę minut!

Wśród członków Komitetu zapanowano dyskretne poruszenie. Skotnicki wymienił stosowne uwagi ze swymi rozmówcami. Wieść szybko rozniosła się wśród tłumnie zgromadzonych eleganckich pań i panów.

Stojący nieopodal Niewiadomski zastygł przez chwilę nieruchomo i po raz kolejny wymacał w kieszeni płaszcza znajomy kształt rewolweru.

Tymczasem do sali wkroczyli inni oczekiwani goście: premier Julian Nowak, a zaraz potem minister sprawiedliwości Wacław Makowski, znany mason, a także minister oświecenia publicznego Kazimierz Kumaniecki. Przeciskając się miedzy gośćmi, ministrowie podążali powoli wśród zgromadzonej publiczności w kierunku grupy członków Komitetu Zachęty.

– Gdzie mógłbym zostawić płaszcz? – zapytał Nowak po przywitaniu się z najważniejszymi dostojnikami

– Panie premierze – odparł szybko prezes Kozłowski – nie ma takiej potrzeby, tu w westybulu jest dosyć zimno.

Premier posłuchał rady prezesa i pozostał w płaszczu. Skotnicki zbliżył się do niego i rozpoczął grzecznościową pogawędkę, w której brali udział także obaj ministrowie i kilku członków Komitetu.

– Panie prezesie – Skotnicki zwrócił się do Kozłowskiego – czy miał już pan przyjemność poznać ministra Kumanieckiego?

– Jeszcze nie – przyznał Kozłowski. Skotnicki dokonał prezentacji, mężczyźni uścisnęli sobie ręce. Niewiadomski, stojąc nieco z tyłu, obserwował scenę. Podekscytowany Kozłowski, myśląc, że Eligiusz również należy do oficjalnej delegacji, machinalnie uścisnął mu rękę.

Nowak, cieszący się opinią znawcy sztuki, z dużą erudycją opowiadał anegdoty dotyczące przedwojennego życia artystycznego. Słuchacze byli pod wrażeniem jego wiedzy. Tymczasem niespokojny Kozłowski co chwila opuszczał grupkę rozmówców i przechadzał się po sali, raz po raz nawołując:

– Panie, panowie, proszę zrobić przejście! Za chwilę przybędzie pan prezydent. Proszę zrobić przejście!

Wtem w wejściu do budynku zamajaczyła odziana w futro wysoka sylwetka Narutowicza.

– To jest ten Narutowicz? – Niewiadomski zagadnął odwróconego w stronę drzwi Skotnickiego.

– Tak – odparł w roztargnieniu zapytany – Proszę obecnie usunąć się na bok – dodał, nie patrząc na Eligiusza.

Niewiadomski przecisnął się nieco do tyłu i stanął przy schodach.

Warszawa, Pałac Borchów, ul. Miodowa

sobota, 16 grudnia 1922, godz. 12.00

Narutowicz w towarzystwie Cara i Sołtana wyszedł z siedziby metropolity warszawskiego i wsiadł do samochodu. Był zadowolony. Kardynał Aleksander Kakowski, który osobiście sprzyjał nowemu prezydentowi – mimo pogłosek o jego ateizmie – po raz kolejny okazał się serdecznym rozmówcą. Wyraził oburzenie w związku z atakami środowisk narodowych i niektórych katolickich (jak przyznał z żalem) na prezydenta. Krytykował demonstracje uliczne i nagonkę prasową. Narutowicz z kolei opowiadał o swoim pobycie w Szwajcarii i żalił się na rozgorączkowanie rodaków. Obiecał też poprzeć starania kardynała o zawarcie konkordatu ze Stolicą Apostolską.

„Jest pan prawym i wybitnym człowiekiem, panie prezydencie – Narutowicz, ruszając spod Pałacu Borchów, przypominał sobie słowa kardynała Kakowskiego – Uliczna gawiedź to jeszcze nie cała Polska”. „Otóż to” – zgodził się prezydent. W czasie rozmowy, o 11.50, do kardynała przybył marszałek Maciej Rataj. We trójkę zastanawiali się, jak uspokoić podniecone umysły warszawiaków. Rataj został u duchownego dłużej. Obaj wciąż będą jeszcze pogrążeni w rozmowie, gdy prezydent będzie konał.

Pokonując krótką trasę z ulicy Miodowej na plac Ewangelicki (nie mógł się jeszcze przyzwyczaić do nowej nazwy – plac Małachowskiego), Narutowicz przypomniał sobie jeszcze jedną wypowiedź metropolity: „Proszę, panie prezydencie, niech pan zniesie te chwilowe udręki i upokorzenia – dla wspólnego dobra”.

Narutowicz, spoglądając przez szybę samochodu, westchnął ciężko.

– Chyba dojeżdżamy już do Zachęty? – zagadnął Stanisława Cara, by rozwiać ponure myśli, jakie znów go dopadły.

– Tak, panie prezydencie. Prezes Kozłowski na pewno się już niecierpliwi! – odparł Car. Był nieco spokojniejszy niż wczoraj. Napotykani ludzie, widząc prezydencki samochód, reagowali spokojnie. Choć nadal żałował, że prezydent nie zdecydował się na jakąkolwiek ochronę, pozwolił sobie na chwilowe odprężenie.

– Mam nadzieję, że wystawa nie przeciągnie się tak długo, by obiad nam wystygł – na żart pozwolił sobie i prezydent.

Samochód nieśpiesznie wjechał na plac Ewangelicki.

Warszawa, gmach Zachęty

sobota, 16 grudnia, godz. 12.05

Edward Okuń stał na zewnątrz wejścia do Zachęty. Tarł ręce, próbując odgonić zimno. Nagle zobaczył wjeżdżający samochód. Po chwili wyrósł przed nim jeden z oficerów z wiadomością, że prezydent właśnie zajechał.

– Jest! Już przyszedł! Idzie! – właśnie wtedy stłumione okrzyki zmusiły Skotnickiego do spojrzenia w stronę drzwi wejściowych do hallu i pozbycia się natarczywego Niewiadomskiego. Przy wejściu ujrzał wysoką sylwetkę Narutowicza, odzianego w szykowne futro, które prezydent właśnie rozpinał. Nie zdjął go jednak.

Kozłowski szybko zbliżył się do prezydenta. Podobnie uczynił cały komitet powitalny. Skotnicki trzymał się blisko. Wiceprezes Okuń uprzejmie, ale zdecydowanie starał się tak rozsunąć gości, by zrobić przejście dla delegacji. Od ścian obszernego westybulu odbijały się echa oklasków i pojedynczych wiwatów na cześć prezydenta.

Niewiadomski przez chwilę intensywnie wpatrywał się w wyprostowaną postać w futrze. Widział Narutowicza po raz pierwszy w życiu. To dlatego zagadnął Skotnickiego – chciał się po prostu upewnić. Przesunąwszy się w stronę schodów, po chwili dyskretnie obszedł zawieszoną tu powitalną wstęgę, przez nikogo niepokojony, a następnie wszedł wyżej, do sal wystawowych. Nie było to dziwne: pracownicy Zachęty dobrze go znali; wiedzieli, że artyści często zbierają się wcześniej i witają gości, stojąc w pobliżu swych dzieł.

– Czuję się niezmiernie zaszczycony – Skotnicki w tym samym czasie przysłuchiwał się słowom prezesa Kozłowskiego – że pan prezydent znalazł czas na przybycie i uświetnienie otwarcia naszego salonu sztuki. Zapraszam serdecznie!

Kozłowski ruszył przodem w kierunku schodów. Za nim podążał prezydent, premier, ministrowie i członkowie Komitetu Zachęty. Na schodach na grupkę oczekiwał szef protokołu dyplomatycznego hrabia Przeździecki. Narutowicz przywitał się z grupą malarzy, których prace wystawiono w salach na pierwszym piętrze. Każdemu uścisnął dłoń. Następnie cała grupa przeszła obok wstęgi. Nie było zwyczaju jej przecinania.

– Po wystawie oprowadzą pana członkowie Komitetu – informował podekscytowany Kozłowski, idąc po schodach i zarazem odwracając głowę ku prezydentowi, co wyglądało dość niebezpiecznie – Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem malarskiej wiedzy pana premiera Nowaka – kontynuował – Na pewno ubarwi on zwiedzanie bardzo interesującymi objaśnieniami.

Skotnicki zauważył, że Narutowicz grzecznie przytaknął, a Nowak uśmiechnął się.

– Osobiście bardzo interesuję się sztuką – dodał prezydent – Bardzo żałuję, że przez ostatnie dwa lata nie miałem czasu, żeby odwiedzić Towarzystwo Zachęty.

Kozłowski zrobił nieokreślony ruch ręką, informując w ten sposób, że nic się nie stało. Idący nieco z tyłu Skotnicki stwierdził, że prezes wyglądał na przejętego.

Warszawa, gmach Zachęty

sobota, 16 grudnia, godz. 12.12.

Kawalkada dotarła do końca schodów i weszła do sali nr 1. Skotnicki kątem oka dostrzegł nieruchomą postać Niewiadomskiego. W ułamku sekundy zdziwił się, że Eligiusz jest już na górze, ale szybko zapomniał o tej myśli, pochłonięty osobą Narutowicza. Tymczasem prezydent, premier Nowak i wiceprezes Okuń stanęli przed pierwszym obrazem.

– Czyj to obraz? – zapytał uprzejmie Narutowicz.

Ani Kozłowski, ani Okuń nie potrafili odpowiedzieć na to pytanie. Zapanowała chwilowa konsternacja. Skotnicki pozwolił sobie na dyskretny uśmiech. Po chwili Kozłowski w pośpiechu wręczył prezydentowi katalog wystawy. Mimo zimna otarł pot z czoła.

Cała grupa już sprawniej zaczęła oglądać kolejne obrazy. Narutowicz przy każdym zatrzymywał się i formułował uwagi, komentowane przez towarzyszących mu widzów. Na przedzie szedł Kozłowski, tuż za nim prezydent w otoczeniu Juliana Nowaka, Edwarda Okunia, Kazimierza Kumanieckiego i ministra sprawiedliwości Wacława Makowskiego. Blisko trzymał się także szef protokołu hrabia Przeździecki. W niewielkiej sali nie zmieściło się wielu widzów. Pochód zamykali towarzyszący prezydentowi Ignacy Sołtan i Stanisław Car, nieco zagubieni w bezładnie rozproszonej grupie zwiedzających, zainteresowanych bardziej osobą Narutowicza niż dziełami sztuki.

Cała grupa skończyła oglądanie pierwszej ściany wystawy i skierowała się ku drugiej. Nikt nie zaważył, że Niewiadomski zrobił parę kroków w tym kierunku. Gdy zwiedzający oficjele zatrzymali się przed obrazem Kazimierza Kopczyńskiego, przedstawiającym fronton gmachu Zachęty i zgromadzonych wokoło ludzi, Narutowicz, stojący na przedzie, tuż za Kozłowskim, żartobliwie stwierdził:

– O, to jest taki ruch, jak przy dzisiejszej uroczystości!

Dostojni panowie pozwolili sobie na dyskretny śmiech. Skotnicki dostrzegł, że w tym momencie do prezydenta podszedł poseł Królestwa Wielkiej Brytanii William Grenfell Max Müller wraz ze swoją czarującą małżonką.

– Panie prezydencie, bardzo przepraszam, ale z powodu choroby nie miałem dotychczas możliwości złożenia panu gratulacji i najlepszych życzeń – powiedział po francusku dyplomata, przedstawiając lady Müller.

– Dziękuję, ale raczej kondolencja mi się należy, panie ministrze – pół żartem, pół serio odparł piękną francuszczyzną prezydent.

Narutowicz zwrócił się w kierunku kolejnego dzieła: obrazu Teodora Ziomka pt. „Szron”. Stanął plecami do sali. Kozłowski na chwilę odwrócił się w kierunku posła faszystowskich Włoch Francesco Tomassiniego, który właśnie podszedł. Narutowicz zwrócił oczy w kierunku płótna, utrzymanego w dość ponurych barwach. Niewiadomski, przesuwając się wśród zgromadzonej w głębi publiczności, stanął kilka kroków z tyłu. Szybko wyciągnął pistolet z kieszeni i lekko zagryzając wargę skierował broń w plecy prezydenta.

Powietrze rozdarły trzy strzały, oddane jeden po drugim, w przeciągu półtorej sekundy. Zabrzmiały zaskakująco głucho. Skotnickiemu wydały się przytłumione i oddane jak gdyby w innym kierunku i dalej.

Przez ułamek sekundy wydawało się, że czas stanął w miejscu. Po chwili zapanowało niezwykłe zamieszanie. Skotnicki miał poczucie uczestniczenia w czymś nierzeczywistym, w jakimś nieprawdopodobnym śnie; miał wrażenie, że wszystko toczy się na zwolnionych obrotach. Poczuł gwałtowny ucisk w żołądku.

Zgromadzony tłum bezwiednie cofnął się o kilka kroków. Prezes Kozłowski gwałtownie odwrócił się w stronę prezydenta i wbił w niego wzrok. Narutowicz stał tuż przed nim. Kozłowski dostrzegł na jego twarzy zdziwienie. Zaraz potem prezydent mrugnął oczami i zaczął się słaniać. Upuszczone binokle uderzyły o ziemię. Oparł się na ręce o podłogę, ale szybko upadł na wznak.

Skotnicki odruchowo wspiął się na palce i wrzasnął:

– Zamknąć drzwi!

– Biedna Polska! – rozdzierająco krzyknęła jakaś kobieta.

Skotnicki wraz z premierem Nowakiem rzucili się w kierunku umierającego, amortyzując upadek ciała. Kozłowski, zszokowany, próbował pomóc. Podobnie hrabia Przeździecki. Stojąca niedaleko młoda poetka Kazimiera Iłłakowiczówna – sanitariuszka z czasów wojny – przez chwilę podtrzymywała głowę umierającego. Na czole dostrzegła lekko blednący guz. Później wspominała, że próbowała reanimacji. Obecny na sali ksiądz prof. Antoni Szlagowski zaczął odprawiać na głos modlitwę za konających. Z tyłu przebijali się Car i Sołtan. Gdzieś rozległ się przeraźliwy krzyk kobiety. Max Müller zemdlał. Niespokojna wrzawa, jak z sennego koszmaru, narastała.

– Kto to zrobił? – Skotnicki histerycznym tonem zadał pytanie Okuniowi. Nie zauważył, że Okuń nie zatrzymał się przy upadającym prezydencie, tylko pobiegł dalej, w kierunku publiczności, intensywnie wpatrując się w jakąś nieruchomą postać.

Nowak dopadł pierwszy do ciała. Wraz ze Skotnickim i Kozłowskim, niewiele myśląc, unieśli ciało prezydenta i położyli je na stojącej kilka kroków dalej, pośrodku sali, małej kanapie w kształcie litery L. Obok kanapki stały dwa postumenty. Na jednym znajdowała się rzeźba. Nieopodal stał trzcinowy fotel. Ułożyli odziane w futro ciało nieporadnie, w pozycji półleżącej.

– Lekarz!! Niech ktoś wezwie lekarza!!! Czy jest na sali lekarz!!! – dało się słyszeć wokół przerażone okrzyki.

– Czy nie ma doktora? – głośno krzyknął i Kozłowski.

Skotnicki zauważył, że nad prezydentem pochyla się jakiś młody człowiek zapewniając, że jest lekarzem. Doszedł go głos: „połóżcie go na ziemi!”. Kozłowski wydał pomruk niezadowolenia, ale wraz z pozostałymi umieścił Narutowicza bezpośrednio na podłodze. Skotnicki, zdjąwszy futro prezydenta, położył mu je pod głowę. Z przejęciem spojrzał na zastygłą w uprzejmej ciekawości twarz zmarłego. Rozpiął jego kamizelkę i dojrzał na koszuli trzy niewielkie, brudnoczerwone plamy.

– Może zatamuje się krew! – rzucił ktoś z tyłu.

Lekarz pochylił się nad ciałem, chwycił rękę i próbował wybadać puls.

– Jeszcze oddycha! – Skotnicki usłyszał za sobą głos.

Kozłowski, też słysząc te słowa, zwrócił się gwałtownie do młodego doktora:

– Panie doktorze, jeszcze oddycha!

Zdenerwowany lekarz odparł szorstko:

– Krwotok wewnętrzny, płucny, zaduszenie – pokiwał głową przecząco. Po chwili, w konsternacji, dodał, jak gdyby tonem usprawiedliwienia: – Nazywam się dr Śniegocki. Jestem asystentem doktora Sawickiego – wyjaśnił trochę bez sensu.

Tymczasem na parterze wybuchła panika. Ludzie, nie wiedząc dokładnie, co się stało, ruszyli, kierując się zbiorowym instynktem, w kierunku drzwi wyjściowych. Portier zamknął je na klucz. Mimo to pojedynczym gościom udało się opuścić obszerny, ale nagle sprawiający klaustrofobiczne wrażenie hall.

Warszawa, ul. Miodowa

sobota, 16 grudnia, godz. 12.20

Prokurator Kazimierz Rudnicki pracował w swym gabinecie, wciśniętym między inne pokoje gmachu Sądu Okręgowego w Warszawie przy ul. Miodowej. Nagle zadzwonił telefon.

– Proszę natychmiast udać się na plac Ewangelicki – usłyszał w słuchawce zdenerwowany głos – Przed chwilą jakiś malarz strzelał do prezydenta!

– Jezus Maria! – wykrzyknął Rudnicki, w mgnieniu oka blednąc.

Wybiegł z pokoju. Nie mógł jeszcze wiedzieć, że to on będzie głównym oskarżycielem w procesie Niewiadomskiego, który rozpocznie się dwa tygodnie później.

Warszawa, plac Ewangelicki

sobota, 16 grudnia, godz. 12.25

Zastępca Cara, dr Łepkowski, gorączkowo próbował się dodzwonić na pogotowie i do Belwederu z hallu Zachęty. Telefony nie działały. Major Marian Zyndram-Kościałkowski, redaktor „Polski Zbrojnej” i wierny piłsudczyk, widząc bezsilność Łepkowskiego, z impetem wybiegł na zewnątrz, przepuszczony przez portiera, w poszukiwaniu budki telefonicznej.