Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Niespokojny człowiek ebook

Henning Mankell

4 (1)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niespokojny człowiek - Henning Mankell

Nowa bestsellerowa powieść z komisarzem Wallanderem i jego ostatnie śledztwo! W latach 80. XX wieku w Szwecji miały miejsce incydenty z nieznanymi obiektami pływającymi, pojawiającymi się na Bałtyku. Niespokojny człowiek to kryminał polityczno-szpiegowski oparty na wydarzeniach z czasów schyłku zimnej wojny. Zarazem jest to poruszająca opowieść o starości człowieka, z którym my, czytelnicy, wcale nie chcemy się rozstać. Narrator Mankella tak zamyka Niespokojnego człowieka: „Cień się pogłębił. Kurt Wallander powoli znikał w mroku, by po kilku latach definitywnie pogrążyć się w pustym wszechświecie zwanym chorobą Alzheimera. I to już wszystko. Historia Kurta Wallandera nieodwołalnie dobiega końca. Zostało mu dziesięć lat życia, może dwanaście. Ale one należą wyłącznie do niego, do Lindy i Klary, nikogo więcej". Kurt Wallander kończy 55 lat, przenosi się pod Ystad i sprawia sobie psa, o czym zawsze marzył. Lata płyną, komisarz starzeje się, cierpi na samotność i skłonny jest podsumowywać swoje życie. Pewnego dnia dowiaduje się od córki, że będzie dziadkiem. Ojcem dziecka i przyszłym mężem Lindy jest Hans, syn Håkana von Enkego, emerytowanego kapitana szwedzkiej marynarki wojennej. Na przyjęciu z okazji 75. urodzin Håkana Wallander poznaje historię z 1980 roku, kiedy na szwedzkie wody terytorialne wtargnęła obca łódź podwodna. Okrętu nie udało się wtedy zidentyfikować. Dwa lata później, kiedy sytuacja się powtórzyła i szwedzkie dowództwo podjęło decyzję o ataku, von Enke niespodziewanie otrzymał rozkaz, by pozwolić nieznanej jednostce odpłynąć. Przez resztę życia kapitan usiłował się dowiedzieć, do jakiego państwa należał okręt i co znajdowało się na jego pokładzie. Jest już bliski rozwiązania zagadki, gdy pewnego dnia znika. Kurt Wallander rozpoczyna prywatne śledztwo i stopniowo odkrywa, że ma do czynienia z poważną aferą szpiegowską...

Opinie o ebooku Niespokojny człowiek - Henning Mankell

Fragment ebooka Niespokojny człowiek - Henning Mankell

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Den oro­li­ge man­nen

Co­py­ri­ght © 2009 by Hen­ning Man­kell

Pu­bli­shed by agre­ement with Le­opard För­lag AB, Stoc­kholmand Le­on­hardt & Høier Li­te­ra­ry Agen­cy A/S, Co­pen­ha­gen

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2010

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Hen­ning Man­kell (ur. 1948) – je­den z naj­po­pu­lar­niej­szych pi­sa­rzy szwedz­kich, dzien­ni­karz i czło­wiek te­atru; stał się sław­ny dzię­ki kry­mi­na­łom, któ­rych bo­ha­te­rem jest ko­mi­sarz Kurt Wal­lan­der. Cykl miał wie­le ekra­ni­za­cji, w tym 26-od­cin­ko­wy szwedz­ki se­rial te­le­wi­zyj­ny oraz nowy se­rial pro­duk­cji bry­tyj­skiej z udzia­łem Ken­ne­tha Bra­na­gha.

Książ­ki Man­kel­la pu­bli­ko­wa­ne są w trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu kra­jach i ro­ze­szły się w mi­lio­nach eg­zem­pla­rzy. Na­kła­dem W.A.B. uka­za­ło się do­tych­czas dzie­sięć jego po­wie­ści dla do­ro­słych, w tym ty­tu­ły spo­za se­rii o Wal­lan­de­rze – Co­média in­fan­til (2008) orazChiń­czyk (2009). W przy­go­to­wa­niu sq ko­lej­ne książ­ki kry­mi­nal­ne au­to­ra, a wśród nich Po­wrót na­uczy­cie­la tań­ca.

Pi­sarz zdo­był wie­le wy­róż­nień li­te­rac­kich, mię­dzy in­ny­mi Eu­ro­pej­ską Na­gro­dę Li­te­ra­tu­ry Kry­mi­nal­nej „Rip­per Award” (2008) oraz Erich-Ma­ria-Re­ma­rque Frie­den­spre­is za szcze­gól­ne za­słu­gi w obro­nie praw czło­wie­ka (2009). Man­kell od­no­si też suk­ce­sy jako twór­ca li­te­ra­tu­ry dzie­cię­cej i mło­dzie­żo­wej, za któ­rą zo­stał uho­no­ro­wa­ny Na­gro­dą Astrid Lind­gren (1996). Wy­daw­nic­two W.A.B. opu­bli­ko­wa­ło jego cykl ksią­żek o na­sto­let­nim Jo­elu.

Po­wie­ści z Kur­tem Wal­lan­de­rem:

Mor­der­ca bez twa­rzy 1991 (W.A.B. 2004)

Psy z Rygi 1992 (W.A.B. 2006)

Bia­ła lwi­ca 1993 (W.A.B. 2005)

Męż­czy­zna, któ­ry się uśmie­chał 1994 (W.A.B. 2007)

Fał­szy­wy trop 1995 (W.A.B. 2002)

Pią­ta ko­bie­ta 1996 (W.A.B. 2004)

O krok 1997 (W.A.B. 2006)

Za­po­ra 1998 (W.A.B. 2008)

Nie­spo­koj­ny czło­wiek 2009 (WA.B. 2010)

oraz zbiór opo­wia­dań

Pi­ra­mi­da 2000 (wy­da­nie pol­skie w przy­go­to­wa­niu)

Czło­wiek za­wsze zo­sta­wia śla­dy.

Ża­den czło­wiek nie jest też bez cie­nia…

Za­po­mi­na­my to, co chce­my pa­mię­tać,

a pa­mię­ta­my to, co naj­chęt­niej by­śmy za­po­mnie­li…

(na­pi­sy spray­em na ścia­nach do­mów w No­wym Jor­ku)

Prolog

Hi­sto­ria za­czy­na się na­głym wy­bu­chem wście­kło­ści.

Tuż przed­tem w szwedz­kiej Kan­ce­la­rii Rzą­du, gdzie to się wy­da­rzy­ło, pa­no­wał po­ran­ny spo­kój. Po­wo­dem tych emo­cji był ra­port, któ­ry zło­żo­no po­przed­nie­go wie­czo­ru i z któ­rym – sie­dząc przy ciem­nym biur­ku – za­po­zna­wał się te­raz pre­mier.

Był wcze­sno­wio­sen­ny dzień w Sztok­hol­mie 1983 roku, nad mia­stem wi­sia­ła bez­kształt­na, wil­got­na mgieł­ka, a drze­wa jesz­cze nie za­czę­ły wy­pusz­czać li­ści. W Kan­ce­la­rii Pre­mie­ra roz­ma­wia­no oczy­wi­ście o po­go­dzie rów­nie dużo, co w in­nych miej­scach pra­cy. W spra­wach aury wszy­scy zwra­ca­li się do Åke­go Le­an­de­ra, do­zor­cy naj­święt­szych re­jo­nów Kan­ce­la­rii Rzą­du. Uwa­ża­no po­wszech­nie, że wła­śnie on ma za­wsze naj­pew­niej­sze in­for­ma­cje.

Kil­ka lat wcze­śniej Le­an­der otrzy­mał ty­tuł brzmią­cy bar­dziej no­bli­wie niż po pro­stu „do­zor­ca”. Być może prze­mia­no­wa­no go na „prze­wod­ni­czą­ce­go se­kre­ta­ria­tu” albo ja­koś po­dob­nie. On sam jed­nak uwa­żał się nadal za do­zor­cę i na­wet przez myśl mu nie prze­szło, że po­trzeb­ne jest nowe okre­śle­nie na peł­nio­ną przez nie­go funk­cję.

Åke Le­an­der był tam za­wsze; nie­ustan­nie w po­bli­żu pre­mie­rów i mi­ni­strów, któ­rzy przy­cho­dzi­li i od­cho­dzi­li. Obo­wiąz­ko­wy i dys­kret­ny, sta­no­wił nie­ja­ko część wy­po­sa­że­nia.

Ktoś kie­dyś za­pro­po­no­wał żar­to­bli­wie, żeby po­śmiert­nie uczy­nić go pa­tro­nem Kan­ce­la­rii Rzą­du, ta­kim życz­li­wym du­chem czu­wa­ją­cym nad ich sta­ra­nia­mi, by jak naj­le­piej rzą­dzić kra­jem zwa­nym Szwe­cją.

Swo­ją roz­le­głą wie­dzę na te­mat po­go­dy Le­an­der za­wdzię­czał hob­by, któ­re­mu po­świę­cał się po pra­cy. Nig­dy nie był żo­na­ty, zaj­mo­wał nie­wiel­kie miesz­ka­nie na Kung­shol­men i wła­śnie tam ota­czał się przy­ja­ciół­mi z ca­łe­go świa­ta, z któ­ry­mi skwa­pli­wie na­wią­zy­wał kon­tak­ty za po­mo­cą ko­mu­ni­ka­tów sta­cji krót­ko­fa­lo­wych. Już daw­no temu na­uczył się na pa­mięć więk­szo­ści ko­dów obo­wią­zu­ją­cych w żar­go­nie krót­ko­fa­lar­skim. Wie­dział więc nie tyl­ko, że QRT zna­czy „prze­rwij nada­wa­nie”, a AU­RO­RA tłu­ma­czy za­kłó­ce­nia w łącz­no­ści ra­dio­wej in­ten­syw­ną zo­rzą po­lar­ną. Pra­wie każ­de­go wie­czo­ru sie­dział ze słu­chaw­ka­mi na uszach i wy­sy­łał QRZ: „woła was…”, a za­raz po­tem swo­je imię. Jak gło­si le­gen­da, kie­dyś daw­no, daw­no temu, ów­cze­sny pre­mier z ja­kie­goś bli­żej nie­zna­ne­go po­wo­du chciał się do­wie­dzieć, jaka po­go­da pa­nu­je w paź­dzier­ni­ku i li­sto­pa­dzie na Pit­ca­irn, od­le­głej wy­spie na Oce­anie Spo­koj­nym, gdzie ma­ry­na­rze, któ­rzy zbun­to­wa­li się prze­ciw­ko ka­pi­ta­no­wi Bli­gho­wi do­wo­dzą­ce­mu „Bo­un­ty”, spa­li­li opa­no­wa­ny przez sie­bie okręt i zo­sta­li tam już na za­wsze. Dzień póź­niej Åke Le­an­der prze­ka­zał pre­mie­ro­wi żą­da­ne in­for­ma­cje, na­tu­ral­nie o nic nie py­ta­jąc. Jak już wspo­mnia­no, był bar­dzo dys­kret­ny.

Åke Le­an­der to czło­wiek, z któ­rym na­wet lu­dzie z MSZ-etu nie mogą się mie­rzyć pod wzglę­dem licz­by mię­dzy­na­ro­do­wych kon­tak­tów, mó­wio­no o nim odro­bi­nę zło­śli­wie, gdy po­wol­nym kro­kiem prze­mie­rzał ko­ry­ta­rze.

Ale na­wet on nie po­tra­fił prze­wi­dzieć tego wy­bu­chu wście­kło­ści, któ­ry tak nie­spo­dzie­wa­nie za­kłó­cił pa­nu­ją­cy spo­kój.

Prze­czy­taw­szy ostat­nią stro­nę, pre­mier pod­niósł się i pod­szedł do okna. Za szy­bą krą­ży­ły mewy.

Cho­dzi­ło o okrę­ty pod­wod­ne. Te prze­klę­te okrę­ty pod­wod­ne, któ­re – jak się przyj­mu­je – je­sie­nią 1982 roku prze­kro­czy­ły gra­ni­ce Szwe­cji i zna­la­zły się na jej wo­dach te­ry­to­rial­nych. W ca­łym tym za­mie­sza­niu Szwe­dzi po­szli do wy­bo­rów i Olof Pal­me otrzy­mał od prze­wod­ni­czą­ce­go riks­da­gu mi­sję utwo­rze­nia rzą­du, gdy pra­wi­ca, utra­ciw­szy po­kaź­ną część man­da­tów, zna­la­zła się w par­la­men­tar­nej mniej­szo­ści. Przej­mu­jąc wła­dzę, nowy rząd bez­zwłocz­nie po­wo­łał ko­mi­sję i po­wie­rzył jej wy­ja­śnie­nie spra­wy okrę­tów pod­wod­nych, któ­rych nig­dy nie uda­ło się zmu­sić do wy­pły­nię­cia na po­wierzch­nię. Prze­wod­ni­czą­cym ko­mi­sji zo­stał Sven An­ders­son i wła­śnie te­raz przed­ło­żo­no re­zul­tat jej wy­sił­ków. Olof Pal­me prze­czy­tał ra­port. I nic nie poj­mo­wał. Wnio­ski ra­por­tu były kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­łe. Ogar­nę­ła go wście­kłość.

Na­le­ży od­no­to­wać, że Olof Pal­me nie pierw­szy raz roz­zło­ścił się na Sve­na An­ders­so­na. Tak na­praw­dę jego nie­chęć mia­ła swój po­czą­tek pew­ne­go czerw­co­we­go dnia 1963 roku, na krót­ko przed świę­tem prze­si­le­nia let­nie­go, kie­dy na Riks-bron w cen­trum Sztok­hol­mu za­trzy­ma­no si­wo­wło­se­go, ele­ganc­ko ubra­ne­go pięć­dzie­się­cio­sied­mio­let­nie­go męż­czy­znę. Zro­bio­no to tak dys­kret­nie, że żad­na z przy­pad­ko­wo znaj­du­ją­cych się w po­bli­żu osób ni­cze­go nie za­uwa­ży­ła. Za­trzy­ma­ny męż­czy­zna na­zy­wał się Wen­ner­ström, był puł­kow­ni­kiem lot­nic­twa i – od tam­te­go mo­men­tu na mo­ście – rów­nież zde­ma­sko­wa­nym szpie­giem na rzecz Związ­ku Ra­dziec­kie­go.

W tym sa­mym cza­sie ów­cze­sny pre­mier Szwe­cji, Tage Er­lan­der, wra­cał z krót­kie­go urlo­pu spę­dzo­ne­go w Riva del Sole, w ośrod­ku wy­po­czyn­ko­wym na­le­żą­cym do RE­SOR AB1. Gdy Er­lan­der po wyj­ściu z sa­mo­lo­tu zo­stał za­ata­ko­wa­ny przez dzien­ni­ka­rzy, był nie tyl­ko zu­peł­nie nie­przy­go­to­wa­ny – on po pro­stu o ca­łej tej spra­wie nie miał po­ję­cia. Nie wie­dział nic ani o za­trzy­ma­niu, ani o ja­kimś po­dej­rza­nym puł­kow­ni­ku Wen­ner­strömie. Moż­li­we, że za­rów­no to na­zwi­sko, jak i po­dej­rze­nia za­wi­ro­wa­ły kie­dyś w po­wie­trzu ni­czym sta­ry kurz, gdy mi­ni­ster obro­ny na­ro­do­wej oso­bi­ście przed­sta­wiał mu je­den ze swych nie­re­gu­lar­nie opra­co­wy­wa­nych ra­por­tów. Ale nie było to nic po­waż­ne­go, nic god­ne­go uwa­gi. Z męt­nej wody zim­nej woj­ny za­wsze da­wa­ło się wy­ło­wić ja­kieś po­dej­rze­nia wo­bec ra­dziec­kich szpie­gów. Dla­te­go od­po­wie­dzi Er­lan­de­ra były ta­kie, a nie inne. Męż­czy­zna, któ­ry nie­prze­rwa­nie spra­wo­wał urząd pre­mie­ra od lat, a do­kład­nie li­cząc: od lat sie­dem­na­stu, stał te­raz jak idio­ta i nie wie­dział, jak się za­cho­wać, po­nie­waż ani mi­ni­ster obro­ny na­ro­do­wej An­ders­son, ani nikt inny wta­jem­ni­czo­ny w spra­wę nie po­in­for­mo­wał go, na co się za­no­si. Pod­czas ostat­nie­go eta­pu po­dró­ży, nie­speł­na go­dzin­ne­go lotu z Ko­pen­ha­gi do Sztok­hol­mu, mie­li dość cza­su, by za­po­znać go z tą szo­ku­ją­cą wia­do­mo­ścią, tak aby zdą­żył się przy­go­to­wać do spo­tka­nia z roz­go­rącz­ko­wa­ny­mi dzien­ni­ka­rza­mi. Nikt jed­nak nie cze­kał na nie­go na duń­skim lot­ni­sku Ka­strup i nikt nie to­wa­rzy­szył mu w dro­dze do domu.

Na­wet je­że­li nig­dy nie prze­do­sta­ło się to do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej, w cią­gu kil­ku na­stęp­nych dni Er­lan­der był bli­ski re­zy­gna­cji ze sta­no­wi­ska pre­mie­ra i prze­wod­ni­czą­ce­go par­tii so­cjal­de­mo­kra­tycz­nej. Nig­dy wcze­śniej nie za­wiódł się tak bar­dzo na swo­ich współ­pra­cow­ni­kach. A Olof Pal­me,któ­re­go już wte­dy za­czę­to uwa­żać za kan­dy­da­ta Er­lan­de­ra na swo­je­go na­stęp­cę, oczy­wi­ście lo­jal­nie po­dzie­lał gniew z po­wo­du non­sza­lan­cji, któ­ra do­pro­wa­dzi­ła do upo­ko­rze­nia pre­mie­ra. Pal­me czu­wał przy swo­im mi­strzu jak wier­ny pies – tak mó­wio­no w ko­łach zbli­żo­nych do rzą­du. Nikt nie miał w zwy­cza­ju mu się sprze­ci­wiać.

Olof Pal­me nig­dy nie po­tra­fił wy­ba­czyć Sve­no­wi An­ders­so­no­wi tego, na co na­ra­ził Er­lan­de­ra.

Wie­lu za­sta­na­wia­ło się póź­niej, dla­cze­go Pal­me przy­jął jed­nak An­ders­so­na do swo­je­go rzą­du. Wła­ści­wie nie­trud­no to zro­zu­mieć. Gdy­by Pal­me mógł, oczy­wi­ście by tego nie zro­bił. Ale to po pro­stu nie było moż­li­we. Sven An­ders­son dys­po­no­wał ogrom­ną wła­dzą i ogrom­ny­mi wpły­wa­mi w krę­gach par­tyj­nych. Był sy­nem ro­bot­ni­ka, w prze­ci­wień­stwie do Olo­fa Pal­me­go, któ­ry nie dość, że sko­li­ga­co­ny ze sta­rą bał­tyc­ką ary­sto­kra­cją, to jesz­cze miał w swo­im ro­dzie ofi­ce­rów i przede wszyst­kim po­cho­dził z wyż­szej war­stwy szwedz­kie­go spo­łe­czeń­stwa; sam zresz­tą był ofi­ce­rem re­zer­wy. Nie miał na­to­miast ab­so­lut­nie żad­nych związ­ków z ak­ty­wem par­tii. Olof Pal­me ucho­dził za re­ne­ga­ta, któ­ry wpraw­dzie bar­dzo po­waż­nie trak­to­wał swo­je par­tyj­no-po­li­tycz­ne prze­ko­na­nia, ale któ­ry mimo wszyst­ko po­zo­stał tyl­ko po­li­tycz­nie ob­cym piel­grzy­mem przy­by­łym z do­zgon­ną wi­zy­tą.

Åke Le­an­der, któ­ry wła­śnie prze­cho­dził obok ga­bi­ne­tu pre­mie­ra z ostro sfor­mu­ło­wa­nym okól­ni­kiem w ręku, in­for­mu­ją­cym o tym, że urzęd­ni­cy kan­ce­la­rii za­nie­dbu­ją wie­czor­ne­go za­my­ka­nia drzwi, usły­szał wy­buch wście­kło­ści. Za­trzy­mał się na chwi­lę, ale za­raz ru­szył da­lej, jak gdy­by nic się nie sta­ło.

Olof Pal­me nie po­tra­fił dłu­żej po­wstrzy­mać gnie­wu. Od­wró­cił się do Sve­na An­ders­so­na, któ­ry sie­dział sku­lo­ny na sza­rej so­fie w ga­bi­ne­cie pre­mie­ra. Po­czer­wie­niał na twa­rzy, a jego ra­mio­na­mi wstrzą­sa­ły oso­bli­we drgaw­ki, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla nie­go w chwi­lach wzbu­rze­nia.

– Prze­cież tu nie ma żad­nych do­wo­dów! – ryk­nął. – Tyl­ko hi­po­te­zy, in­sy­nu­acje, alu­zje nie­lo­jal­nych ofi­ce­rów ma­ry­nar­ki. Ten ra­port ni­cze­go nie wy­ja­śnia. Wręcz prze­ciw­nie – on pro­wa­dzi nas pro­sto w po­li­tycz­ne ba­gno.

Dwa lata wcze­śniej, nocą z 27 na 28 paź­dzier­ni­ka 1981 roku, ra­dziec­ki okręt pod­wod­ny osiadł na mie­liź­nie w za­to­ce Gåse­fjär­den w po­bli­żu Karls­kro­ny. Zna­lazł się nie tyl­ko na szwedz­kich wo­dach te­ry­to­rial­nych, ale rów­nież w stre­fie bazy woj­sko­wej. Do­wód­ca ło­dzi ozna­czo­nej sym­bo­lem U-137, ka­pi­tan Ana­to­lij Mi­chaj­ło­wicz Gusz­czin, twier­dził, że zbo­czył z kur­su wsku­tek nie­zna­nej awa­rii ży­ro­kom­pa­su. Szwedz­cy ofi­ce­ro­wie ma­ry­nar­ki i zwy­kli ry­ba­cy byli świę­cie prze­ko­na­ni, że tyl­ko bar­dzo pi­ja­ny ofi­cer mógł wpły­nąć tak da­le­ko w ar­chi­pe­lag, nie wcho­dząc wcze­śniej na mie­li­znę.

Od­ho­lo­wa­ny 6 li­sto­pa­da na wody mię­dzy­na­ro­do­we okręt U-137 znik­nął tego sa­me­go dnia. Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że na szwedz­kich wo­dach znaj­do­wa­ła się ra­dziec­ka jed­nost­ka. Nie uda­ło się jed­nak usta­lić, czy cho­dzi­ło o świa­do­me na­ru­sze­nie gra­nic, czy o że­glu­gę w sta­nie nie­trzeź­wym. Po­nie­waż Ro­sja­nie upie­ra­li się przy wa­dli­wym kom­pa­sie, ich wer­sję uzna­no po­wszech­nie za po­twier­dze­nie fak­tu, że ka­pi­tan rze­czy­wi­ście był pi­ja­ny. Oczy­wi­ście, żad­na sza­nu­ją­ca się flo­ta nie przy­zna się nig­dy do tego, że któ­ryś z jej ofi­ce­rów peł­nił służ­bę w sta­nie nie­trzeź­wym.

Wte­dy ist­nia­ły do­wo­dy. Ale gdzie po­dzia­ły się te­raz?

Nikt nie wie, co były mi­ni­ster obro­ny na­ro­do­wej miał na obro­nę swo­ją i ra­por­tu. On sam nie pro­wa­dził żad­nych no­ta­tek, a Olof Pal­me, za­mor­do­wa­ny kil­ka lat póź­niej, też nie po­zo­sta­wił po so­bie świa­dec­twa.

Rów­nież Åke Le­an­der nig­dy nie sko­men­to­wał – ani ust­nie, ani pi­sem­nie – wy­bu­chu wście­kło­ści w biu­rze pre­mie­ra. Na po­cząt­ku 1989 roku prze­szedł na eme­ry­tu­rę i wy­co­fał się do swo­je­go miesz­ka­nia i przy­ja­ciół w ete­rze. Ów­cze­sny pre­mier zło­żył mu ser­decz­ne po­dzię­ko­wa­nia za wie­lo­let­nią służ­bę i nikt nie od­niósł wra­że­nia, że były do­zor­ca po­wró­cił póź­niej jako duch kan­ce­la­rii, gdy je­sie­nią 1998 roku od­szedł w po­ko­ju na za­wsze.

Tak więc od tego wy­bu­chu gnie­wu wszyst­ko się za­czę­ło. Hi­sto­ria o uwa­run­ko­wa­niach po­li­ty­ki, wy­pra­wa na ba­gna, gdzie praw­da i fałsz za­mie­nia­ły się miej­sca­mi i gdzie w koń­cu żad­na spra­wa nie zo­sta­ła wy­ja­śnio­na.

CZĘŚĆ IWkroczenie na bagna

W tym sa­mym roku, w któ­rym Kurt Wal­lan­der skoń­czył pięć­dzie­siąt pięć lat, urze­czy­wist­nił w koń­cu, ku wła­sne­mu zdzi­wie­niu, no­szo­ne w so­bie od daw­na ma­rze­nie. Już od roz­wo­du z Moną, czy­li od pra­wie pięt­na­stu lat, my­ślał o tym, żeby opu­ścić Ma­ria­ga­tan, gdzie w ścia­nach miesz­ka­ło mnó­stwo cięż­kich wspo­mnień, i prze­pro­wa­dzić się na wieś. Za każ­dym ra­zem, gdy po mniej lub bar­dziej bez­na­dziej­nym dniu pra­cy wra­cał do domu, uświa­da­miał so­bie, że kie­dyś żył tu z ro­dzi­ną. Te­raz me­ble wpa­try­wa­ły się w nie­go z nie­mym oskar­że­niem.

Nig­dy nie po­tra­fił po­go­dzić się z my­ślą, że bę­dzie tu­taj miesz­kał tak dłu­go, aż za­mie­ni się w bez­rad­ne­go star­ca. Cho­ciaż nie skoń­czył jesz­cze sześć­dzie­się­ciu lat, co­raz czę­ściej wspo­mi­nał sa­mot­ną sta­rość ojca i wie­dział, że nie chce jej po­wtó­rzyć. Wy­star­czy­ło, że wi­dząc swo­ją twarz w lu­strze każ­de­go ran­ka przy go­le­niu, uświa­da­miał so­bie, jak bar­dzo upo­dab­nia się do nie­go. W mło­do­ści przy­po­mi­nał ra­czej mat­kę, ale te­raz miał wra­że­nie, że co­raz bar­dziej do­ści­ga go oj­ciec, ni­czym dłu­go­dy­stan­so­wiec, któ­ry po­cząt­ko­wo da­le­ko w tyle, z wol­na do­bie­ga do nie­go, im bli­żej on sam jest nie­wi­dzial­nej mety.

Jego wi­dze­nie świa­ta było sto­sun­ko­wo pro­ste. Wal­lan­der nie chciał zo­stać zgorzk­nia­łym, sa­mot­nie sta­rze­ją­cym się od­lud­kiem, któ­re­go od­wie­dza tyl­ko cór­ka i może cza­sa­mi któ­ryś z by­łych ko­le­gów, bo na­gle przy­po­mniał so­bie, że Kurt jesz­cze żyje. Nie po­kła­dał na­dziei w re­li­gij­nych, bu­du­ją­cych prze­ko­na­niach, że cze­ka go coś na dru­gim brze­gu mrocz­nej rze­ki. Tam jest tyl­ko ta sama ciem­ność, z któ­rej kie­dyś wy­szedł. Aż do pięć­dzie­sią­tych uro­dzin no­sił w so­bie nie­ja­sny lęk przed śmier­cią, czy­niąc z nie­go swo­ją oso­bi­stą man­trę i po­wta­rza­jąc, że „tak dłu­go bę­dzie mar­twy”. W cią­gu tych wszyst­kich lat wi­dział zbyt wie­lu nie­ży­wych lu­dzi. W ich nie­mych twa­rzach nic nie wska­zy­wa­ło na to, że nie­bo przy­ję­ło ich du­sze. Po­dob­nie jak wie­lu in­nych po­li­cjan­tów miał do czy­nie­nia z nie­zli­czo­ny­mi wa­rian­ta­mi śmier­ci. Przy ja­kiejś oka­zji, za­raz po jego pięć­dzie­sią­tych uro­dzi­nach, któ­re uczczo­no w ko­men­dzie tor­tem i peł­ną fra­ze­sów mową wy­gło­szo­ną przez ów­cze­sne­go sze­fa, Lizę Hol­gers­son, Wal­lan­der za­czął w świe­żo za­ku­pio­nym no­te­sie za­pi­sy­wać wspo­mnie­nia o wszyst­kich zmar­łych, któ­rych spo­tkał na swej dro­dze. Było to dość ma­ka­brycz­ne za­ję­cie i nig­dy tak na­praw­dę nie po­jął, co go w nim po­cią­ga­ło. Gdy do­tarł do dzie­sią­te­go sa­mo­bój­cy, czter­dzie­sto­let­nie­go męż­czy­zny, na­ło­gow­ca z wszel­ki­mi pro­ble­ma­mi, ja­kie tyl­ko moż­na so­bie wy­obra­zić, pod­dał się. Męż­czy­zna zmarł na stry­chu, w domu prze­zna­czo­nym do roz­biór­ki, któ­ry da­wał mu tym­cza­so­we schro­nie­nie. Na­zy­wał się We­lin i po­wie­sił się w taki spo­sób, żeby zła­mać kark, nie ry­zy­ku­jąc udu­sze­nia. Ob­du­cent po­wie­dział póź­niej Wal­lan­de­ro­wi, że sa­mo­bój­ca do­piął swe­go. Był dla sie­bie na­praw­dę do­brym ka­tem. Przy tym męż­czyź­nie Wal­lan­der dał so­bie spo­kój z przy­pad­ka­mi sa­mo­bójstw i – chy­ba nie­zbyt mą­drze – po­świę­cił kil­ka go­dzin na wy­łu­ski­wa­nie z pa­mię­ci mar­twych dzie­ci i na­sto­lat­ków. Wy­da­ło mu się to jed­nak zbyt od­ra­ża­ją­ce i też szyb­ko tego za­nie­chał. Po­tem, ogar­nię­ty wsty­dem, spa­lił no­tat­nik, jak­by zaj­mo­wał się czymś nie­mal per­wer­syj­nym i za­bro­nio­nym. Tak na­praw­dę był po­god­nym czło­wie­kiem. Cho­dzi­ło tyl­ko o to, że chciał w so­bie po­twier­dzić wła­śnie tę ce­chę.

Śmierć za­wsze była jego to­wa­rzysz­ką. W cza­sie służ­by sam po­zba­wił ży­cia parę osób, choć nig­dy, po za­koń­cze­niu obo­wiąz­ko­wych do­cho­dzeń, nie zo­stał oskar­żo­ny o bez­praw­ne uży­cie prze­mo­cy.

Świa­do­mość za­bi­cia dwoj­ga lu­dzi była jego oso­bi­stym krzy­żem. Je­że­li nie śmiał się zbyt czę­sto, wy­ni­ka­ło to z tego, że cały czas miał zma­gać się z tym cię­ża­rem.

Aż pew­ne­go dnia pod­jął osta­tecz­ną de­cy­zję. Znaj­do­wał się wła­śnie w po­bli­żu Löde­rup, nie­da­le­ko domu, w któ­rym kie­dyś miesz­kał jego oj­ciec, i roz­ma­wiał z rol­ni­kiem, ofia­rą okrut­ne­go na­pa­du. W dro­dze po­wrot­nej do Ystad, przy jed­nej z wą­skich żwi­ro­wych dróg, zo­ba­czył szyld agen­cji nie­ru­cho­mo­ści. De­cy­zja po­ja­wi­ła się zni­kąd. Za­trzy­mał się, za­wró­cił i od­szu­kał dom wy­sta­wio­ny na sprze­daż. Jesz­cze za­nim wy­siadł z sa­mo­cho­du, stwier­dził, że nie obej­dzie się bez re­mon­tu. Dom z muru pru­skie­go miał wcze­śniej kształt li­te­ry U. Te­raz bra­ko­wa­ło jed­ne­go z ra­mion – może spło­nę­ło. Wal­lan­der ob­szedł po­sia­dłość. Była wcze­sna je­sień. Pa­mię­tał z tego dnia sta­do od­la­tu­ją­cych na po­łu­dnie pta­ków, re­gu­lar­ną, pro­stą li­nię nad swo­ją gło­wą. Zaj­rzaw­szy przez okna do środ­ka, do­szedł jed­nak do wnio­sku, że tyl­ko dach wy­ma­ga ge­ne­ral­ne­go prze­glą­du. Wi­dok był za­chwy­ca­ją­cy, w od­da­li ma­ja­czy­ło mo­rze, a na nim może na­wet któ­ryś z pro­mów pły­ną­cych z Ystad do Pol­ski. Tego wrze­śnio­we­go po­po­łu­dnia 2003 roku za­pa­łał gwał­tow­ną mi­ło­ścią do sa­mot­ne­go domu.

Po­je­chał pro­sto do agen­cji nie­ru­cho­mo­ści w Ystad. Cena oka­za­ła się na tyle przy­stęp­na, że stać go było na po­życz­kę. Już na­stęp­ne­go dnia wró­cił tam z agen­tem, mło­dym męż­czy­zną, któ­ry mó­wił w wy­mu­szo­ny spo­sób i my­śla­mi krą­żył chy­ba zu­peł­nie gdzie in­dziej. Ostat­ni­mi wła­ści­cie­la­mi domu było dwo­je mło­dych lu­dzi, któ­rzy prze­pro­wa­dzi­li się tu ze Sztok­hol­mu i pra­wie na­tych­miast, jesz­cze za­nim zdą­ży­li wsta­wić me­ble, po­sta­no­wi­li się roz­wieść. W ścia­nach tego pu­ste­go bu­dyn­ku nie kry­ło się jed­nak nic, co na­pa­wa­ło­by go stra­chem. I co naj­waż­niej­sze: mógł od razu w nim za­miesz­kać. Dach miał po­noć wy­trzy­mać jesz­cze parę lat. Je­dy­ne, co trze­ba było zro­bić, to po­ma­lo­wać kil­ka po­koi, może wy­mie­nić wan­nę i ewen­tu­al­nie ku­pić nową ku­chen­kę. Ale ko­cioł grzew­czy nie miał na­wet pięt­na­stu lat, po­dob­nie jak in­sta­la­cja elek­trycz­na i rury ka­na­li­za­cyj­ne.

Za­nim stam­tąd od­je­cha­li, Wal­lan­der za­py­tał, czy jest jesz­cze ja­kiś inny ku­piec. Owszem, od­po­wie­dział agent z za­smu­co­ną miną, jak gdy­by za­le­ża­ło mu na tym, żeby to wła­śnie on ku­pił ten dom, da­jąc mu jed­no­cze­śnie do zro­zu­mie­nia, że musi się zde­cy­do­wać od razu. Ale Wal­lan­der nie za­mie­rzał ku­po­wać kota w wor­ku. Po­roz­ma­wiał z ko­le­gą, któ­re­go brat zaj­mo­wał się in­spek­cja­mi tech­nicz­ny­mi, i już dzień póź­niej miał zro­bio­ny fa­cho­wy prze­gląd nie­ru­cho­mo­ści. In­spek­tor nie zna­lazł żad­nych in­nych uste­rek poza tymi, o któ­rych już wie­dział. Tego sa­me­go dnia Wal­lan­der do­wie­dział się w ban­ku, że uzna­no go za wy­pła­cal­ne­go i że otrzy­ma wy­star­cza­ją­co dużą po­życz­kę, żeby móc za­pła­cić za dom. Pod­czas tych wszyst­kich lat w Ystad Wal­lan­der oszczę­dzał z roz­tar­gnie­niem, ale sys­te­ma­tycz­nie. Oszczęd­no­ści wy­star­czy­ły­by te­raz na za­licz­kę.

Wie­czo­rem usiadł przy sto­le w kuch­ni i zro­bił do­kład­ną kal­ku­la­cję. W ja­kiś spo­sób od­czu­wał pod­nio­słość chwi­li.

O pół­no­cy pod­jął de­cy­zję: po­sta­no­wił ku­pić tę po­sia­dłość o mrocz­nej na­zwie Svar­thöj­den2. Mimo póź­nej pory za­dzwo­nił do cór­ki, któ­ra miesz­ka­ła w nowo wy­bu­do­wa­nym osie­dlu przy dro­dze wy­lo­to­wej do Mal­mö. Jesz­cze nie spa­ła.

– Przyjdź do mnie. Mam ci coś do po­wie­dze­nia.

– W środ­ku nocy?

– Wiem, że ju­tro nie pra­cu­jesz.

To była praw­dzi­wa nie­spo­dzian­ka, gdy kil­ka lat temu, pod­czas spa­ce­ru po Moss­by Strand, Lin­da ob­wie­ści­ła mu, że za­mie­rza wstą­pić w jego śla­dy. Już po kil­ku mi­nu­tach zdał so­bie spra­wę, że jej po­sta­no­wie­nie spra­wi­ło mu ra­dość. Jak gdy­by wła­śnie tą de­cy­zją nada­ła nowy sens wszyst­kim jego la­tom spę­dzo­nym w po­li­cji. Po ukoń­cze­niu szko­ły po­li­cyj­nej za­czę­ła pra­co­wać w Ystad. Przez pierw­sze mie­sią­ce miesz­ka­ła u nie­go na Ma­ria­ga­tan. To był mniej uda­ny po­mysł, po­nie­waż Wal­lan­der, jak sta­ry pies, lu­bił sie­dzieć tam, gdzie miał ocho­tę, poza tym z tru­dem przy­cho­dzi­ło mu trak­to­wa­nie cór­ki jako do­ro­słej oso­by. Ich re­la­cję ura­to­wał w ostat­niej chwi­li gong oznaj­mia­ją­cy, że Lin­da zna­la­zła wła­sne miesz­ka­nie.

Tego wie­czo­ru opo­wie­dział jej o swo­ich pla­nach. Na dru­gi dzień po­je­cha­ła z nim do Svar­thöj­den i od razu uzna­ła, że to jest dom, któ­ry po­wi­nien ku­pić. Żad­ne­go in­ne­go, tyl­ko ten, na koń­cu dro­gi, na lek­kim wznie­sie­niu, z wi­do­kiem na mo­rze.

– Bę­dzie cię tu na­wie­dzał dzia­dek – do­da­ła – ale nie mu­sisz się bać, on zo­sta­nie two­im anio­łem stró­żem.

To była wiel­ka i szczę­śli­wa chwi­la w jego ży­ciu, gdy pod­pi­saw­szy umo­wę, na­gle stał z po­kaź­nym pę­kiem klu­czy w ręku. Wpro­wa­dził się 1 li­sto­pa­da. Wcze­śniej od­ma­lo­wał dwa po­ko­je, ale zre­zy­gno­wał z kup­na no­wej ku­chen­ki. Opu­ścił Ma­ria­ga­tan, nie wąt­piąc ani przez mo­ment w słusz­ność swo­jej de­cy­zji. Tego dnia wiał bar­dzo po­ry­wi­sty po­łu­dnio­wo-wschod­ni wiatr.

Już pierw­sze­go wie­czo­ru, z po­wo­du sztor­mu, Wal­lan­der zo­stał po­zba­wio­ny elek­trycz­no­ści. Zu­peł­nie na to nie­przy­go­to­wa­ny sie­dział w swo­im no­wym domu w ciem­no­ści. Bel­ki no­śne stro­pu trzesz­cza­ły i skrzy­pia­ły, oka­za­ło się, że w jed­nym miej­scu prze­cie­ka dach. Ale on ni­cze­go nie ża­ło­wał. To wła­śnie tu­taj miał miesz­kać.

Na po­dwór­ku sta­ła psia buda. Wal­lan­der od ma­łe­go ma­rzył o psie. Kie­dy skoń­czył trzy­na­ście lat i już stra­cił na­dzie­ję, ro­dzi­ce po­da­ro­wa­li mu czwo­ro­no­ga. Ko­chał go bar­dziej niż co­kol­wiek in­ne­go. Póź­niej uświa­do­mił so­bie, że to wła­śnie Saga, jego psi­na, na­uczy­ła go, czym na­praw­dę może być mi­łość. Kie­dy mia­ła trzy lata, zgi­nę­ła pod ko­ła­mi cię­ża­rów­ki. Wal­lan­der nig­dy wcze­śniej nie do­świad­czył w ży­ciu cze­goś gor­sze­go niż prze­ży­wa­ny wte­dy smu­tek i szok. Bez tru­du przy­po­mi­nał so­bie te­raz te wszyst­kie cha­otycz­ne uczu­cia, mimo że od tam­te­go wy­da­rze­nia upły­nę­ło po­nad czter­dzie­ści lat. Śmierć roz­da­je cio­sy, my­ślał. Po­tęż­ną i bez­li­to­sną pię­ścią.

Dwa ty­go­dnie póź­niej spra­wił so­bie szcze­nia­ka, czar­ne­go la­bra­do­ra. Nie był do koń­ca ra­so­wy, ale wła­ści­ciel okre­ślił go jako psa naj­wyż­szej kla­sy. Wal­lan­der już wcze­śniej po­sta­no­wił, że pies bę­dzie się wa­bił Jus­si – na cześć szwedz­kie­go te­no­ra, jed­ne­go z naj­więk­szych jego bo­ha­te­rów.

Na po­cząt­ku grud­nia Wal­lan­der za­pro­sił ko­le­gów z pra­cy na pa­ra­pe­tów­kę. Rów­nież tego wie­czo­ru zga­sło świa­tło, ale tym ra­zem go­spo­darz był przy­go­to­wa­ny. Wy­cią­gnął świecz­ki i dwie sta­re, odzie­dzi­czo­ne po ojcu lam­py naf­to­we. Po nie­speł­na go­dzi­nie prąd włą­czo­no. To był wie­czór, któ­ry Wal­lan­der po­sta­no­wił za­pa­mię­tać. Jesz­cze nie ze­sta­rzał się na tyle, żeby nie mieć od­wa­gi do zmian. Jesz­cze miał przy­ja­ciół, nie tyl­ko ko­le­gów z pra­cy, któ­rzy przy­ję­li za­pro­sze­nie z ja­kie­goś wąt­pli­we­go po­czu­cia obo­wiąz­ku.

Póź­ną nocą, kie­dy po­je­cha­li już ostat­ni go­ście, wy­szedł na spa­cer z Jus­sim. Wziął ze sobą la­tar­kę, żeby nie po­tknąć się w ciem­no­ści. Nie był cał­kiem trzeź­wy, a w oko­li­cy nie bra­ko­wa­ło ukry­tych ro­wów wo­kół pól, któ­re la­tem mia­ły się za­żół­cić rze­pa­kiem. Spu­ścił ze smy­czy Jus­sie­go. Nie­bo było zim­ne i bez­chmur­ne, wiatr ucichł. Da­le­ko na ho­ry­zon­cie ma­ja­czy­ły świa­tła ja­kie­goś stat­ku. Tu­taj do­sze­dłem, po­my­ślał. Od­wa­ży­łem się na wiel­ką zmia­nę, na do­da­tek spra­wi­łem so­bie psa. Po­zo­sta­je tyl­ko py­ta­nie: do­kąd z tego miej­sca do­trę?

Jus­si wy­ło­nił się z mro­ku jak bez­gło­śny cień. On też nie miał w py­sku od­po­wie­dzi na py­ta­nie, któ­re Wal­lan­der skie­ro­wał pro­sto w ciem­ność.

Pra­wie czte­ry lata póź­niej, na po­cząt­ku 2007 roku, Wal­lan­der śnił wła­śnie o tej chwi­li, o nocy po przy­ję­ciu w swo­im no­wym domu. To py­ta­nie da­lej jest ak­tu­al­ne, po­my­ślał, otwo­rzyw­szy oczy. Mi­nę­ły czte­ry lata, a ja cią­gle nie wiem, do­kąd zmie­rzam.

Było to po świę­cie Trzech Kró­li, we wto­rek. W nocy nad Ska­nią prze­cią­gnę­ła krót­ko­trwa­ła śnie­ży­ca i znik­nę­ła szyb­ko nad Bał­ty­kiem. Po­kaź­na za­spa za­ta­ra­so­wa­ła wjazd do domu. Już kil­ka mi­nut po szó­stej rano Wal­lan­der za­czął od­gar­niać śnieg, pod­czas gdy Jus­si wę­szył tro­py za­ją­ca wzdłuż po­bie­lo­nej mie­dzy. Wal­lan­der miał za­cząć dzień od wi­zy­ty u le­ka­rza, któ­ry kon­tro­lo­wał jego po­ziom cu­kru. Mi­nę­ło po­nad dzie­sięć lat, od­kąd zdia­gno­zo­wa­no u nie­go cu­krzy­cę. Po­cząt­ko­wo uda­wa­ło mu się utrzy­my­wać cu­kier na wła­ści­wym po­zio­mie za po­mo­cą die­ty, ru­chu i ta­ble­tek. Ale od kil­ku lat brał też co­dzien­nie za­strzy­ki in­su­li­ny. Po wi­zy­cie w przy­chod­ni Wal­lan­der pla­no­wał dal­szą pra­cę nad śledz­twem, któ­re od po­cząt­ku grud­nia wy­peł­nia­ło mu całe dni. Sę­dzi­wy han­dlarz bro­nią i jego żona zo­sta­li do­tkli­wie po­bi­ci przez ban­dy­tów, któ­rzy przy­własz­czy­li so­bie spo­rą ilość bro­ni. Męż­czy­zna wciąż le­żał w śpiącz­ce, jego stan był kry­tycz­ny. Ko­bie­ta od­zy­ska­ła przy­tom­ność, ale prze­sta­ła wi­dzieć na jed­no oko i do­zna­ła ura­zu krę­go­słu­pa. Kie­dy Wal­lan­der jako je­den z pierw­szych przy­był na miej­sce prze­stęp­stwa, do pięk­ne­go domu z du­żym ogro­dem, po­nad dzie­sięć ki­lo­me­trów na pół­noc od Ystad, nie mógł opa­no­wać wzbu­rze­nia z po­wo­du tej wście­kłej agre­sji, któ­rej ofia­rą pa­dli sta­rusz­ko­wie. Po­bi­to ich do nie­przy­tom­no­ści, zwią­za­no sznu­rem i zo­sta­wio­no na pa­stwę losu.

Męż­czy­zna, Olof Hans­son, pro­wa­dził sklep z bro­nią we wła­snym domu. Prze­jął go po ojcu. Ra­zem z żoną Han­ną spe­cja­li­zo­wał się w re­wol­we­rach i pi­sto­le­tach, czę­sto miał uni­ka­to­we eg­zem­pla­rze ko­lek­cjo­ner­skie. Zło­dzie­je do­brze się przy­go­to­wa­li. Wal­lan­der i pro­ku­ra­tor Erik Pe­trén ra­zem z in­ny­mi śled­czy­mi przej­rze­li zdję­cia z ka­mer mo­ni­to­ru­ją­cych. Do­li­czy­li się pię­ciu spraw­ców, wszy­scy byli za­ma­sko­wa­ni. Jed­na z ka­mer za­re­je­stro­wa­ła mo­ment, w któ­rym Olof Hans­son zo­stał ude­rzo­ny w po­ty­li­cę drew­nia­nym ki­jem. W po­miesz­cze­niu dał się sły­szeć stłu­mio­ny jęk.

Wal­lan­der po­wró­cił pa­mię­cią do in­nej pary sta­rusz­ków, któ­rą pra­wie dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej za­mor­do­wa­no w Le­narp. W jego pry­wat­nym ka­len­da­rium wła­śnie to śledz­two było jed­nym z naj­bar­dziej in­ten­syw­nych, ja­ki­mi zaj­mo­wał się pod­czas tych wszyst­kich lat pra­cy w Ystad. Dwóch ubie­ga­ją­cych się o azyl uchodź­ców do­ko­na­ło na­pa­du, gdy zo­ba­czy­li wie­ko­we­go rol­ni­ka po­dej­mu­ją­ce­go w ban­ku spo­rą sumę pie­nię­dzy. A te­raz Wal­lan­der zo­ba­czył to jesz­cze raz, jak po­wra­ca­ją­cy kosz­mar. Wy­da­rze­nia sprzed lat mie­sza­ły się z te­raź­niej­szo­ścią. Ta sama be­stial­ska prze­moc, ta sama bru­tal­ność prze­ra­ża­ją­ca go rów­nie moc­no dzi­siaj, jak wte­dy.

Już od po­nad mie­sią­ca pra­co­wa­li nad tym, żeby zła­pać spraw­ców. Przez pierw­sze ty­go­dnie nie mie­li ani na­ma­cal­nych śla­dów, ani kon­kret­nych po­my­słów. Ale we­dług Wal­lan­de­ra sam fakt, że wszyst­ko zo­sta­ło szcze­gó­ło­wo za­pla­no­wa­ne, sta­no­wił już pe­wien trop. Z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem po­win­ni zna­leźć spraw­ców wśród osób z kry­mi­nal­ną prze­szło­ścią. Przy ja­kiejś oka­zji Wal­lan­der po­je­chał do Häs­sle­hol­mu, by po­roz­ma­wiać z męż­czy­zną, któ­ry na­zy­wał się Rune Ber­glund. Spo­tka­li się wie­czo­rem przy sta­dio­nie. Ber­glund był kie­dyś zło­dzie­jem, dwu­krot­nie zo­stał na­wet ska­za­ny za bru­tal­ne po­bi­cie. Po­tem zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­nie na­wró­cił się i ku zdu­mie­niu wszyst­kich na­praw­dę zszedł z dro­gi wy­stęp­ku. Mimo że nie pa­rał się już dzia­łal­no­ścią prze­stęp­czą, cią­gle miał roz­le­głe kon­tak­ty. Kie­dyś Wal­lan­der wy­po­ży­czył go so­bie jako in­for­ma­to­ra od po­li­cjan­ta z wy­dzia­łu kry­mi­nal­ne­go w Mal­mö. A póź­niej wra­cał do nie­go od cza­su do cza­su, gdy po­trze­bo­wał od­po­wied­nich in­for­ma­cji. Cena była za­wsze taka sama: dwa bank­no­ty stu­ko­ro­no­we na tacę. Ber­glund pra­co­wał od siód­mej do szes­na­stej w za­kła­dzie opo­niar­skim, a cały czas wol­ny spę­dzał w ko­ście­le nie­za­leż­nym, gdzie zna­lazł Je­zu­sa. Albo może na od­wrót: to Je­zus go od­na­lazł? Wal­lan­der nig­dy nie wąt­pił, że jego dat­ki tra­fia­ją tam, gdzie po­win­ny.

Ber­glund nie oka­zał zdzi­wie­nia, usły­szaw­szy, w ja­kiej spra­wie przy­by­wa Wal­lan­der, po­nie­waż kra­dzież bro­ni pod Ystad od­bi­ła się sze­ro­kim echem w me­diach. On też uwa­żał, że może cho­dzić o pra­cę na zle­ce­nie za­gra­nicz­nych klien­tów. Licz­ne za­bez­pie­cze­nia w domu Hans­so­na to na­praw­dę nic w po­rów­na­niu z tym, co wi­dzi się na kon­ty­nen­cie. Tak więc dla szczwa­nych zło­dziei złu­pie­nie fir­my Hans­so­na było o wie­le ła­twiej­sze niż ja­kie­goś in­ne­go obiek­tu za gra­ni­cą. Obie­cał, że ode­zwie się, je­że­li bę­dzie wie­dział coś wię­cej.

I fak­tycz­nie się ode­zwał, za­dzwo­nił do Wal­lan­de­ra dzień przed Wi­gi­lią, ty­pu­jąc gang zło­żo­ny ze Szwe­dów i wy­na­ję­tych Po­la­ków.

W Wi­gi­lię zmarł Olof Hans­son. Tym sa­mym spra­wa do­ty­czy­ła już nie tyl­ko bru­tal­ne­go na­pa­du ra­bun­ko­we­go i po­bi­cia, lecz rów­nież mor­der­stwa. Zaj­mo­wa­ły się nią głów­nie dwie po­li­cjant­ki, Ann-Lo­uise Eden­man z Lund oraz Kri­sti­na Ma­gnus­son, któ­ra po­dob­nie jak Wal­lan­der prze­pro­wa­dzi­ła się z Mal­mö do Ystad. Bez uzgad­nia­nia z kim­kol­wiek pro­wa­dzą­cym śledz­two zo­stał Wal­lan­der. Od cza­su do cza­su wra­cał my­ślą do tego okre­su, kie­dy jego bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym był do­świad­czo­ny in­spek­tor Ryd­berg. To było na po­cząt­ku pra­cy w Ystad. Póź­niej Ryd­berg za­cho­ro­wał na raka i umarł. Przez wszyst­kie te lata Wal­lan­der bar­dzo od­czu­wał jego brak, by­wa­ło, że my­ślał o nim pra­wie co­dzien­nie. Cią­gle jesz­cze zda­rza­ło mu się przy­cho­dzić na jego grób z kwia­ta­mi, gdy pro­wa­dził ja­kieś szcze­gól­nie opor­ne śledz­two. Kie­dy tak stał przed le­żą­cym u jego stóp pro­stym ka­mie­niem, py­tał sam sie­bie, co zro­bił­by Ryd­berg. I cza­sa­mi za­sta­na­wiał się, czy Eden­man albo Ma­gnus­son kie­dyś w przy­szło­ści za­da­dzą so­bie py­ta­nie, co on zro­bił­by w tej sy­tu­acji, w któ­rej one się znaj­du­ją.

Nie wie­dział. I chy­ba tak na­praw­dę nie chciał wie­dzieć.

Dwu­na­ste­go stycz­nia nie­ocze­ki­wa­nie zmie­ni­ło się całe ży­cie Wal­lan­de­ra. Naj­pierw na­stą­pił prze­łom w do­cho­dze­niu.

Kri­sti­na Ma­gnus­son wtar­gnę­ła jak wi­cher do po­ko­ju, gdzie prze­glą­dał wła­śnie kil­ka ra­por­tów o kra­dzie­ży bro­ni, prze­sła­nych mu przez Cen­tral­ne Biu­ro Kry­mi­nal­ne. Wi­dział po jej mi­nie, że coś się sta­ło. Do­brze to znał. Jemu też cią­gle jesz­cze zda­rza­ło się, że otrzy­maw­szy ja­kąś waż­ną in­for­ma­cję, wpa­dał jak bom­ba do swo­ich ko­le­gów.

– Han­na Hans­son za­czę­ła mó­wić – oznaj­mi­ła. – Od­zy­sku­je pa­mięć.

– I co po­wie­dzia­ła?

– Że roz­po­zna­ła co naj­mniej dwóch męż­czyzn.

– Prze­cież byli za­ma­sko­wa­ni.

– Mówi, że roz­po­zna­ła ich po gło­sie. Ci męż­czyź­ni byli wcze­śniej w skle­pie.

– Bez ma­sek?

Kri­sti­na ski­nę­ła gło­wą. Wal­lan­der na­tych­miast zro­zu­miał, co to ozna­cza.

– A więc są na sta­rych na­gra­niach ka­mer mo­ni­to­ru­ją­cych?

– Nie­wy­klu­czo­ne.

Wal­lan­der oce­niał otrzy­ma­ną wła­śnie in­for­ma­cję.

– Je­steś pew­na, że ta ko­bie­ta się nie myli?

– My­ślę, że nie ma nic z gło­wą. No i jest bar­dzo zde­cy­do­wa­na.

– Czy wie, że jej mąż nie żyje?

– Nie. Obie cór­ki są u niej w szpi­ta­lu, ale le­ka­rze pro­si­li, żeby na ra­zie prze­mil­cza­ły śmierć ojca.

Wal­lan­der po­krę­cił gło­wą, nie­prze­ko­na­ny.

– Je­że­li, jak twier­dzisz, ta ko­bie­ta nie ma nic z gło­wą, to na pew­no już o tym wie. Wi­dzi to w oczach có­rek.

– A więc uwa­żasz, że rów­nie do­brze mo­że­my jej o tym po­wie­dzieć?

Wal­lan­der pod­niósł się z krze­sła.

– Cho­dzi mi tyl­ko o to, że nie po­win­ni­śmy so­bie po­zwo­lić na oszu­ki­wa­nie sa­mych sie­bie. Ta ko­bie­ta z pew­no­ścią zda­je so­bie spra­wę, że jej mąż nie żyje. Jak dłu­go byli mał­żeń­stwem? Czter­dzie­ści sie­dem lat? Zbierz­my wszyst­kich i za­cznij­my prze­gląd na­grań z tych ka­mer.

Kie­dy Wal­lan­der wy­szedł na ko­ry­tarz kil­ka kro­ków za Kri­sti­ną Ma­gnus­son, któ­rą chęt­nie ob­ser­wo­wał ukrad­kiem od tyłu, w jego po­ko­ju za­dzwo­nił te­le­fon. Za­wa­hał się, nie­zde­cy­do­wa­ny, czy ode­brać, ale w koń­cu za­wró­cił. To była Lin­da. Mia­ła kil­ka dni urlo­pu po wy­jąt­ko­wo pra­co­wi­tym syl­we­strze w Ystad, gdzie mu­sia­ła się zmie­rzyć z wie­lo­ma ro­dzin­ny­mi awan­tu­ra­mi i bur­da­mi.

– Masz czas?

– W za­sa­dzie nie. Po­ja­wi­ła się szan­sa na zi­den­ty­fi­ko­wa­nie paru zło­dziei bro­ni.

– Mu­si­my się spo­tkać.

Wal­lan­der sły­szał, że jest spię­ta. Za­nie­po­ko­ił się, jak za­wsze, gdy po­dej­rze­wał, że coś jej się sta­ło.

– Czy to coś po­waż­ne­go?

– Ab­so­lut­nie nie.

– O pierw­szej?

– Na Moss­by Strand?

Wal­lan­der my­ślał, że cór­ka żar­tu­je.

– Mam wziąć ką­pie­lów­ki?

– Mó­wię po­waż­nie. Spo­tka­my się na pla­ży Moss­by Strand, ale nie po to, żeby się ką­pać.

– A co bę­dzie­my ro­bić na tym chło­dzie i wie­trze?

– Będę tam o pierw­szej. I ty też bądź.

Odło­ży­ła słu­chaw­kę, za­nim zdą­żył za­dać ko­lej­ne py­ta­nie.

O co jej cho­dzi? Stał nadal w miej­scu, bez­sku­tecz­nie szu­ka­jąc od­po­wie­dzi. Póź­niej po­szedł do sali kon­fe­ren­cyj­nej, w któ­rej mie­li naj­lep­szy te­le­wi­zor i gdzie przez dwie go­dzi­ny oglą­da­li fil­my z ka­mer mo­ni­to­ru­ją­cych sklep Hans­so­na. O wpół do pierw­szej, gdy zo­sta­ła im mniej wię­cej po­ło­wa ma­te­ria­łu, wstał i po­wie­dział, że resz­tę obej­rzą po dru­giej. Mar­tins­son, naj­star­szy sta­żem współ­pra­cow­nik Wal­lan­de­ra, spoj­rzał na nie­go ze zdzi­wie­niem.

– Mamy prze­rwać wła­śnie te­raz? W po­ło­wie? Ra­czej nig­dy nie mia­łeś sta­łej pory lun­chu?

– Nie idę na lunch. Mam inne spo­tka­nie.

Wy­cho­dząc z po­ko­ju, Wal­lan­der po­my­ślał, że nie­po­trzeb­nie użył tak ostre­go tonu. Mar­tins­son był nie tyl­ko ko­le­gą z pra­cy, ale rów­nież przy­ja­cie­lem. Pod­czas pa­ra­pe­tów­ki w Svar­thöj­den nikt inny tyl­ko on wy­gło­sił mowę na cześć jego, psa i domu. Je­ste­śmy jak sę­dzi­wa i tro­chę uciąż­li­wa para, po­my­ślał, opusz­cza­jąc ko­men­dę. Para sta­rusz­ków, któ­rzy sprze­cza­ją się, ale głów­nie po to, żeby nie wyjść z wpra­wy.

Wsiadł do swo­je­go peu­ge­ota, któ­rym jeź­dził od czte­rech lat, i ru­szył spod ko­men­dy. Ile razy prze­jeż­dża­łem tą dro­gą? Ile razy jesz­cze nią prze­ja­dę? Cze­ka­jąc na czer­wo­nym świe­tle, przy­po­mniał so­bie opo­wieść ojca o ku­zy­nie, któ­re­go on sam nig­dy nie spo­tkał. Ku­zyn pro­wa­dził prom mię­dzy kil­ko­ma wy­spa­mi w Ar­chi­pe­la­gu Sztok­holm­skim, tra­sa była krót­ka, nie trwa­ła dłu­żej niż pięć mi­nut, tam i z po­wro­tem, pły­wał tak przez okrą­gły rok. Pew­ne­go dnia coś w nim pę­kło. Prom był pe­łen sa­mo­cho­dów, póź­ne paź­dzier­ni­ko­we po­po­łu­dnie. Męż­czy­zna za ste­rem na­gle zmie­nił kurs i ru­szył na otwar­te mo­rze. Póź­niej przy­znał, że w ba­kach miał wy­star­cza­ją­co dużo ropy, żeby do­pły­nąć do któ­re­goś z kra­jów nad­bał­tyc­kich. Ale to w za­sa­dzie wszyst­ko, co po­wie­dział, kie­dy w koń­cu zo­stał obez­wład­nio­ny przez wzbu­rzo­nych pa­sa­że­rów, a za­alar­mo­wa­na straż przy­brzeż­na skie­ro­wa­ła prom na wła­ści­wy kurs. Nig­dy nie po­tra­fił wy­ja­śnić, dla­cze­go zro­bił to, co zro­bił.

Wal­lan­der po­my­ślał, że w pew­nym sen­sie go ro­zu­mie.

Je­chał wzdłuż wy­brze­ża na za­chód. Sa­mot­ne ob­ło­ki pły­nę­ły po nie­bie. Przez bocz­ną szy­bę wi­dział na ho­ry­zon­cie ciem­ne kłę­bo­wi­ska chmur. Rano sły­szał w ra­diu, że wie­czo­rem znów może spaść śnieg. Tuż przed skrzy­żo­wa­niem z szo­są do Mar­svin­shol­mu wy­prze­dził go mo­to­cykl. Mo­to­cy­kli­sta po­ma­chał mu ręką i Wal­lan­der uzmy­sło­wił so­bie, że tego oba­wia się naj­bar­dziej: że pew­ne­go dnia Lin­da ule­gnie ja­kie­muś wy­pad­ko­wi. Kie­dy kil­ka lat temu za­je­cha­ła przed jego dom nowo za­ku­pio­ną ma­szy­ną, błysz­czą­cym chro­mem har­ley­em da­vid­so­nem, zu­peł­nie go za­sko­czy­ła. Gdy tyl­ko ścią­gnę­ła kask, za­py­tał, czy stra­ci­ła ro­zum.

– Nie znasz wszyst­kich mo­ich ma­rzeń – od­po­wie­dzia­ła z sze­ro­kim uśmie­chem, szczę­śli­wa. – Ja pew­nie też nie wiem do koń­ca, o czym ty ma­rzysz.

– W każ­dym ra­zie nie o mo­to­cy­klu.

– Szko­da. Bo wte­dy mo­gli­by­śmy jeź­dzić ra­zem.

Po­su­nął się na­wet do tego, że obie­cał jej ku­pić sa­mo­chód i pła­cić za ben­zy­nę, pod wa­run­kiem że po­zbę­dzie się jed­no­śla­du. Zde­cy­do­wa­nie od­mó­wi­ła, a Wal­lan­der od razu wie­dział, że bi­twa jest prze­gra­na. Lin­da odzie­dzi­czy­ła po nim ten upór; czym­kol­wiek by ją ku­sił, nie miał szans na ode­bra­nie jej mo­to­cy­kla.

Kie­dy skrę­cił na opu­sto­sza­ły, wietrz­ny par­king przy Moss­by Strand, zdą­ży­ła już zdjąć kask i z roz­wia­ny­mi wło­sa­mi sta­ła na jed­nej z wydm. Wal­lan­der wy­łą­czył sil­nik i sie­dząc w sa­mo­cho­dzie, pa­trzył na ko­bie­tę w ciem­nym skó­rza­nym kom­bi­ne­zo­nie i dro­gich bu­tach z wy­so­ką cho­lew­ką, któ­re za­mó­wi­ła so­bie na mia­rę w pew­nej ka­li­for­nij­skiej fir­mie i na któ­re wy­da­ła pra­wie całą mie­sięcz­ną pen­sję. Kie­dyś była małą dziew­czyn­ką, sie­dzia­ła na mo­ich ko­la­nach, a ja by­łem jej naj­więk­szym bo­ha­te­rem, po­my­ślał Wal­lan­der. Te­raz skoń­czy­ła trzy­dzie­ści sześć lat, po­dob­nie jak ja pra­cu­je w po­li­cji, ma by­stry umysł i sze­ro­ki uśmiech. Cze­góż wię­cej mogę wy­ma­gać?

Wy­szedł na wiatr i przedarł­szy się przez mięk­ki piach, sta­nął u jej boku. Uśmiech­nę­ła się do nie­go.

– Coś w tym miej­scu się zda­rzy­ło – po­wie­dzia­ła. – Pa­mię­tasz co?

– Wy­zna­łaś mi, że zo­sta­niesz po­li­cjant­ką. Wła­śnie tu­taj.

– Mam na my­śli coś in­ne­go.

Wal­lan­der na­gle zro­zu­miał, o co jej cho­dzi.

– Do brze­gu przy­bił tu pon­ton z dwo­ma nie­bosz­czy­ka­mi – od­parł. – Tak daw­no temu, że na­wet nie pa­mię­tam do­kład­nie kie­dy. Moż­na by po­wie­dzieć, że to wszyst­ko roz­gry­wa­ło się w in­nym świe­cie.

– Opo­wiedz o tym świe­cie.

– No chy­ba nie po to mia­łem tu przy­je­chać?

– Ale opo­wiedz, pro­szę.

Wal­lan­der wy­cią­gnął rękę ku mo­rzu.

– Nie wie­dzie­li­śmy dużo o kra­jach po dru­giej stro­nie. Cza­sa­mi na­wet chy­ba uda­wa­li­śmy, że nie ist­nie­ją. By­li­śmy od­cię­ci od na­szych naj­bliż­szych są­sia­dów. A oni od nas. Pew­ne­go dnia przy­dry­fo­wał tu pon­ton i wsz­czę­te póź­niej śledz­two za­pro­wa­dzi­ło mnie na Ło­twę, do Rygi. Od­wie­dzi­łem kraj po dru­giej stro­nie nie­ist­nie­ją­cej już dzi­siaj że­la­znej kur­ty­ny. Wte­dy świat był inny. Ani gor­szy, ani lep­szy, po pro­stu inny.

– Będę mia­ła dziec­ko – po­wie­dzia­ła. – Je­stem w cią­ży.

Wal­lan­der wstrzy­mał od­dech, jak gdy­by nie zro­zu­miał jej słów. Po chwi­li wbił wzrok w jej brzuch ukry­ty pod czar­ną skó­rą. Wy­buch­nę­ła śmie­chem.

– Jesz­cze nic nie wi­dać. Je­stem do­pie­ro w dru­gim mie­sią­cu.

Wal­lan­der pa­mię­tał póź­niej każ­dy szcze­gół tego spo­tka­nia. Ze­szli na pla­żę i sta­li przy brze­gu, ku­ląc się przed zim­ny­mi po­dmu­cha­mi wia­tru. Opo­wie­dzia­ła mu to, co chciał wie­dzieć. Kie­dy wró­cił do ko­men­dy, spóź­nio­ny o całą go­dzi­nę, nie­omal za­po­mniał o do­cho­dze­niu, za któ­re od­po­wia­dał. Parę mi­nut przed pią­tą, za­nim znów za­czął pa­dać śnieg, uda­ło im się zna­leźć zdję­cia dwóch męż­czyzn, któ­rzy naj­praw­do­po­dob­niej byli za­mie­sza­ni w kra­dzież bro­ni i bru­tal­ne mor­der­stwo. Wal­lan­der pod­su­mo­wał to, co czu­li wszy­scy: wła­śnie zro­bi­li ogrom­ny krok w kie­run­ku wy­ja­śnie­nia spra­wy.

Na­ra­da do­bie­gła koń­ca i gdy wszy­scy zbie­ra­li swo­je tecz­ki i pa­pie­ry, Wal­lan­der po­czuł nie­od­par­tą chęć, by po­dzie­lić się roz­sa­dza­ją­cą go ra­do­ścią.

Ale na­tu­ral­nie nic nie po­wie­dział.

To po pro­stu nie le­ża­ło w jego na­tu­rze. Aż tak bli­sko nie do­pusz­czał do sie­bie swo­ich ko­le­gów, nig­dy.

2

Trzy­dzie­ste­go sierp­nia 2007 roku, w szpi­ta­lu w Ystad, parę mi­nut po dru­giej po po­łu­dniu, Lin­da uro­dzi­ła cór­kę, pierw­szą wnucz­kę Kur­ta Wal­lan­de­ra. Po­ród prze­biegł pra­wi­dło­wo o cza­sie, czy­li w dniu wy­zna­czo­nym przez po­łoż­ną. Wal­lan­der wziął prze­zor­nie urlop i spę­dził dzień na pró­bach wy­mie­sza­nia ce­men­tu, któ­re­go chciał użyć do za­ła­ta­nia szcze­lin w mu­rze pod da­chem we­ran­dy, za­raz przy drzwiach wej­ścio­wych. Nie szło mu naj­le­piej, ale przy­najm­niej miał za­ję­cie. Kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon i Wal­lan­der do­wie­dział się, że od tej pory może ty­tu­ło­wać się dziad­kiem, za­czął pła­kać. Za­sko­czy­ła go siła wła­snej re­ak­cji, przez mo­ment czuł się zu­peł­nie bez­bron­ny.

No­wi­nę usły­szał nie od Lin­dy, tyl­ko od ojca dziec­ka, fi­nan­si­sty Han­sa von En­ke­go. Po­nie­waż Wal­lan­der nie chciał oka­zać przed nim wzru­sze­nia, po­dzię­ko­wał szyb­ko za wia­do­mość, prze­ka­zał po­zdro­wie­nia dla Lin­dy i za­koń­czył roz­mo­wę.

Póź­niej po­szedł na dłu­gi spa­cer z Jus­sim. Nad Ska­nią utrzy­my­wa­ło się cie­pło póź­ne­go lata; po noc­nej bu­rzy i desz­czu po­wie­trze było rześ­kie i ła­god­ne. Wal­lan­der na­resz­cie mógł przy­znać się do zdzi­wie­nia, ja­kie wie­lo­krot­nie bu­dził w nim fakt, że Lin­da nig­dy wcze­śniej nie wy­ra­ża­ła chę­ci, by zo­stać mat­ką. Te­raz skoń­czy­ła trzy­dzie­ści sie­dem lat, co – w jego mnie­ma­niu – dla ko­bie­ty wy­da­wa­ło się zbyt póź­nym wie­kiem na ro­dze­nie dzie­ci. Mona była o wie­le młod­sza, gdy przy­szła na świat Lin­da. Z dys­kret­nej od­le­gło­ści śle­dził ko­lej­ne związ­ki cór­ki, kil­ku jej męż­czyzn lu­bił bar­dziej niż in­nych. Kie­dyś na­brał już pra­wie pew­no­ści, że w koń­cu zna­la­zła tego wła­ści­we­go, ale na­rze­cze­ni na­gle się roz­sta­li i Lin­da nig­dy nie wy­ja­śni­ła mu dla­cze­go. Cho­ciaż jako oj­ciec i cór­ka byli ze sobą dość bli­sko, nig­dy nie po­ru­sza­li pew­nych te­ma­tów, na­wet w naj­bar­dziej po­uf­nych roz­mo­wach. Do spraw ob­ję­tych nie­wi­dzial­nym tabu na­le­ża­ła mię­dzy in­ny­mi kwe­stia dzie­ci.

Tam­te­go dnia na wietrz­nej pla­ży Moss­by opo­wie­dzia­ła mu o męż­czyź­nie, z któ­rym ocze­ki­wa­ła dziec­ka. Jego ist­nie­nie sta­no­wi­ło dla Wal­lan­de­ra nie­spo­dzian­kę. Był prze­ko­na­ny, że Lin­da chwi­lo­wo nie jest w żad­nym sta­łym związ­ku. Ale my­lił się i opo­wieść cór­ki bar­dzo go za­sko­czy­ła.

Lin­da spo­tka­ła Han­sa von En­ke­go u wspól­nych przy­ja­ciół, na ich przy­ję­ciu za­rę­czy­no­wym w Ko­pen­ha­dze. Hans po­cho­dził ze Sztok­hol­mu, ale przez ostat­nie dwa lata miesz­kał w sto­li­cy Da­nii, gdzie pra­co­wał w pew­nej fir­mie fi­nan­so­wej, któ­ra zaj­mo­wa­ła się głów­nie two­rze­niem fun­du­szy hed­gin­go­wych. Draż­nił ją swo­ją py­szał­ko­wa­to­ścią. Oznaj­mi­ła mu, dość bez­ce­re­mo­nial­nie, że jest zwy­kłą, kiep­sko upo­sa­żo­ną po­li­cjant­ką i nie ma po­ję­cia, czym są fun­du­sze hed­gin­go­we. Czy w ogó­le pra­wi­dło­wo wy­ma­wia tę na­zwę? Skoń­czy­ło się tym, że po­szli na dłu­gi noc­ny spa­cer po mie­ście i po­sta­no­wi­li spo­tkać się po­now­nie. Hans von Enke był dwa lata młod­szy od Lin­dy i po­dob­nie jak ona bez­dziet­ny. Choć o tym nie mó­wi­li, od sa­me­go po­cząt­ku zna­jo­mo­ści wie­dzie­li, że będą się sta­rać o dziec­ko.

Wie­czo­rem, dwa dni po ujaw­nie­niu wiel­kiej no­wi­ny, Lin­da od­wie­dzi­ła ojca ra­zem z męż­czy­zną, z któ­rym zde­cy­do­wa­ła się zwią­zać swo­je ży­cie. Hans von Enke był wy­so­ki i chu­dy, miał rzad­kie wło­sy i prze­ni­kli­we, błę­kit­ne oczy. W jego to­wa­rzy­stwie Wal­lan­der mo­men­tal­nie stra­cił pew­ność sie­bie, jego spo­sób wy­sła­wia­nia się był mu obcy. Nie mógł zro­zu­mieć, co spra­wi­ło, że Lin­da wy­bra­ła aku­rat tego czło­wie­ka. A gdy do­wie­dział się, że Hans von Enke za­ra­bia trzy razy wię­cej niż on sam i że oprócz tego co roku przy­słu­gu­je mu pre­mia do­cho­dzą­ca na­wet do mi­lio­na ko­ron, po­my­ślał po­nu­ro, że zwa­bi­ły ją pie­nią­dze. Tak nie­sły­cha­nie go to wzbu­rzy­ło, że przy ko­lej­nym spo­tka­niu z cór­ką za­py­tał o to bez ogró­dek. Sie­dzie­li w ka­wiar­ni w cen­trum Ystad. Lin­da ze­zło­ści­ła się tak bar­dzo, że rzu­ci­ła w nie­go cy­na­mo­no­wą droż­dżów­ką i wy­szła. Wy­biegł za nią na uli­cę i prze­pro­sił ją. Nie, nie cho­dzi o pie­nią­dze, po­wie­dzia­ła. To wiel­ka i praw­dzi­wa mi­łość, ja­kiej nig­dy wcze­śniej nie do­świad­czy­ła.

Wal­lan­der po­sta­no­wił, że spró­bu­je spoj­rzeć na przy­szłe­go zię­cia ła­god­niej­szym okiem. Za po­śred­nic­twem in­ter­ne­tu i pra­cow­ni­ka ban­ku, któ­ry czu­wał nad jego li­chy­mi in­te­re­sa­mi w Ystad, do­wie­dział się tro­chę o miej­scu pra­cy Han­sa. Na­uczył się, czym są fun­du­sze hed­gin­go­we, przy­swo­ił so­bie też kil­ka in­nych po­jęć, któ­re po­dob­no sta­no­wią pod­sta­wę dzia­łal­no­ści no­wo­cze­snych firm fi­nan­so­wych. Przy­jął za­pro­sze­nie do Ko­pen­ha­gi i z Han­sem w roli prze­wod­ni­ka obej­rzał bo­ga­to wy­po­sa­żo­ne lo­ka­le biu­ro­we przy Run­de­tårn, gdzie mie­ści­ła się sie­dzi­ba spół­ki. Póź­niej Hans za­pro­sił go na lunch i kie­dy Wal­lan­der wra­cał do Ystad, nie miał już pro­ble­mu z po­czu­ciem niż­szo­ści, któ­re do­tknę­ło go tak bar­dzo przy pierw­szym spo­tka­niu. W sa­mo­cho­dzie za­dzwo­nił do Lin­dy i oznaj­mił, że za­czy­na do­ce­niać wy­bra­ne­go przez nią męż­czy­znę.

– Ma tyl­ko je­den man­ka­ment. Za mało wło­sów. Ale poza tym jest w po­rząd­ku – od­po­wie­dzia­ła.

– Nie mogę się do­cze­kać dnia, w któ­rym po­ka­żę mu na­sze biu­ro.

– Już to zro­bi­łam. Był u nas z wi­zy­tą w ze­szłym ty­go­dniu. Nikt ci nie po­wie­dział?

Oczy­wi­ście, że nikt mu nic nie po­wie­dział. Wie­czo­rem sie­dział przy sto­le w kuch­ni i z ołów­kiem w ręku wy­li­czał rocz­ne za­rob­ki Han­sa von En­ke­go. Zdu­miał się, zo­ba­czyw­szy koń­co­wą sumę. Jesz­cze raz ogar­nę­ło go nie­ja­sne nie­przy­jem­ne uczu­cie.

On sam, po tych wszyst­kich la­tach, za­ra­biał nie­speł­na czter­dzie­ści ty­się­cy mie­sięcz­nie i uwa­żał to za wy­so­ką pen­sję. Ale to prze­cież nie on miał wy­cho­dzić za mąż, tyl­ko Lin­da. Pie­nią­dze mia­ły stać się – albo i nie – jej szczę­ściem, to nie jego spra­wa.

W mar­cu Lin­da i Hans za­miesz­ka­li ra­zem w ku­pio­nej przez mło­de­go fi­nan­si­stę du­żej wil­li pod Ryds­gård. Hans do­jeż­dżał co­dzien­nie do Ko­pen­ha­gi, a Lin­da pra­co­wa­ła jak do tej pory. Kie­dy już się urzą­dzi­li, cór­ka za­py­ta­ła Kur­ta, czy nie ze­chciał­by przy­je­chać do nich w so­bo­tę na obiad. Tego sa­me­go dnia mie­li ich od­wie­dzić ro­dzi­ce Han­sa i na pew­no chęt­nie po­zna­li­by ojca Lin­dy.

– Roz­ma­wia­łam z mamą.

– Przyj­dzie?

– Nie.

– Dla­cze­go?

Lin­da wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– My­ślę, że jest cho­ra.

– Z ja­kie­go po­wo­du?

Dłu­go na nie­go pa­trzy­ła, za­nim od­po­wie­dzia­ła.

– Z po­wo­du al­ko­ho­lu. My­ślę, że te­raz pije wię­cej niż kie­dy­kol­wiek.

– Nie wie­dzia­łem.

– O wie­lu rze­czach nie wiesz.

Wal­lan­der przy­jął oczy­wi­ście za­pro­sze­nie na obiad, pod­czas któ­re­go miał po­znać ro­dzi­ców Han­sa. Håkan von Enke, eme­ry­to­wa­ny ko­man­dor po­rucz­nik, do­wo­dził kie­dyś jed­nost­ka­mi pod – i na­wod­ny­mi, któ­re spe­cja­li­zo­wa­ły się w wy­kry­wa­niu ło­dzi pod­wod­nych. Lin­da po­dej­rze­wa­ła rów­nież, choć nie mia­ła co do tego zu­peł­nej pew­no­ści, że przez ja­kiś czas na­le­żał do szta­bu ope­ra­cyj­ne­go, któ­ry po­dej­mo­wał de­cy­zje o otwar­ciu ognia przez wy­zna­czo­ne jed­nost­ki sił zbroj­nych. Lo­uise, mat­ka Han­sa, była na­uczy­ciel­ką ję­zy­ków ob­cych. Hans nie miał ro­dzeń­stwa.

– Nie je­stem przy­zwy­cza­jo­ny do prze­by­wa­nia w to­wa­rzy­stwie ary­sto­kra­cji – po­wie­dział po­sęp­nie Wal­lan­der, gdy Lin­da umil­kła.

– Oni są jak wszy­scy inni lu­dzie. My­ślę, że bę­dzie­cie mie­li o czym roz­ma­wiać.

– Na przy­kład?

– To się oka­że. Nie bądź tak ne­ga­tyw­nie na­sta­wio­ny.

– Nie je­stem, tyl­ko py­tam.

– Obiad bę­dzie o szó­stej. Przyjdź na czas. I nie za­bie­raj ze sobą Jus­sie­go, bo jesz­cze na­roz­ra­bia.

– Jus­si jest bar­dzo po­słusz­nym psem. W ja­kim wie­ku są ro­dzi­ce Han­sa?

– Håkan von Enke skoń­czy nie­dłu­go sie­dem­dzie­siąt pięć lat. Lo­uise jest kil­ka lat młod­sza. A Jus­si na­praw­dę nig­dy nie słu­cha. Kto jak kto, ale ty po­wi­nie­neś to wie­dzieć. Nie uda­ło ci się go wy­cho­wać. Całe szczę­ście, że ze mną po­szło ci tro­chę le­piej.

Wy­szła z po­ko­ju, za­nim zdą­żył otwo­rzyć usta. Przez mo­ment miał ocho­tę unieść się gnie­wem, bo ostat­nie sło­wo za­wsze na­le­ża­ło do niej. Ale nie uda­ło mu się i znów po­chy­lił się nad swo­imi pa­pie­ra­mi.

Gdy Wal­lan­der wy­jeż­dżał w so­bo­tę z Ystad na spo­tka­nie z ro­dzi­ca­mi Han­sa, nad Ska­nią pa­da­ła wy­jąt­ko­wo ła­god­na – jak na tę porę roku – mżaw­ka. Sie­dział w swo­im biu­rze od sa­me­go rana i jesz­cze raz, Bóg ra­czy wie­dzieć któ­ry z ko­lei, prze­glą­dał naj­waż­niej­sze frag­men­ty ma­te­ria­łu do­cho­dze­nio­we­go w spra­wie śmier­ci han­dla­rza bro­nią i wszyst­kich skra­dzio­nych re­wol­we­rów. Wpraw­dzie wy­da­wa­ło im się, że zi­den­ty­fi­ko­wa­li ra­bu­siów, ale nie mie­li jesz­cze żad­nych do­wo­dów. Szu­kam kon­kret­ne­go klu­cza, po­my­ślał, a na ra­zie sły­szę tyl­ko od­le­gły brzęk gru­be­go pęku klu­czy. Zdą­żył wła­śnie przej­rzeć po­ło­wę ob­szer­ne­go ma­te­ria­łu, gdy wy­bi­ła trze­cia. Po­sta­no­wił po­je­chać do domu, uciąć so­bie kil­ku­go­dzin­ną drzem­kę i prze­brać się póź­niej do obia­du. Lin­da po­wie­dzia­ła mu, że ro­dzi­ce Han­sa są – jak na jej gust – odro­bi­nę zbyt ofi­cjal­ni i wła­śnie dla­te­go za­pro­po­no­wa­ła, żeby za­ło­żył swój naj­lep­szy gar­ni­tur.

– Mam tyl­ko ten, w któ­rym cho­dzę na po­grze­by – od­po­wie­dział. – Ale może nie mu­szę wkła­dać bia­łe­go kra­wa­ta?

– Wca­le nie mu­sisz przy­cho­dzić, je­że­li my­ślisz, że bę­dzie aż tak źle.

– Pró­bo­wa­łem tyl­ko za­żar­to­wać.

– Sła­bo ci wy­szło. Masz co naj­mniej trzy nie­bie­skie kra­wa­ty. Wy­bierz któ­ryś z nich.

Wra­ca­jąc o pół­no­cy tak­sów­ką do domu, Wal­lan­der do­szedł do wnio­sku, że spę­dził wie­czór o wie­le przy­jem­niej, niż się spo­dzie­wał. Do­brze mu się roz­ma­wia­ło za­rów­no z sę­dzi­wym ko­man­do­rem, jak i jego żoną. Za­zwy­czaj miał się na bacz­no­ści przed ob­cy­mi ludź­mi, za­wsze wy­da­wa­ło mu się, że mniej lub bar­dziej nie­udol­nie skry­wa­ją po­gar­dę ży­wio­ną dla nie­go jako po­li­cjan­ta. U żad­ne­go z ro­dzi­ców Han­sa nie za­uwa­żył jed­nak ni­cze­go ta­kie­go. Wręcz prze­ciw­nie, od­niósł wra­że­nie, że oka­zy­wa­li au­ten­tycz­ne za­in­te­re­so­wa­nie jego pra­cą. Håkan von Enke miał spre­cy­zo­wa­ne po­glą­dy na te­mat or­ga­ni­za­cji szwedz­kiej po­li­cji i róż­nych nie­do­cią­gnięć w kil­ku zna­nych spra­wach kry­mi­nal­nych. Wal­lan­der był skłon­ny przy­znać mu ra­cję. Z ko­lei on za­da­wał py­ta­nia do­ty­czą­ce ło­dzi pod­wod­nych, ma­ry­nar­ki wo­jen­nej i wy­raź­ne­go de­mon­ta­żu szwedz­kich sił zbroj­nych, a od­po­wie­dzi, któ­re otrzy­my­wał, świad­czy­ły za­rów­no o wie­dzy roz­mów­cy, jak i o jego po­czu­ciu hu­mo­ru. Lo­uise von Enke nie mó­wi­ła dużo. Uśmie­cha­jąc się przy­jaź­nie, śle­dzi­ła to­czą­cą się przy sto­le kon­wer­sa­cję.

Za­dzwo­ni­li po tak­sów­kę, po czym Lin­da wy­szła z oj­cem przed dom i od­pro­wa­dzi­ła go do furt­ki. Trzy­ma­jąc go pod rękę, opar­ła gło­wę na jego ra­mie­niu. Za­wsze tak ro­bi­ła, gdy była z nie­go za­do­wo­lo­na.

– Czy­li do­brze się spi­sa­łem? – spy­tał.

– By­łeś lep­szy niż kie­dy­kol­wiek. Jak chcesz, to po­tra­fisz.

– Po­tra­fię co?

– Za­cho­wać się. A na­wet za­da­wać in­te­li­gent­ne py­ta­nia o rze­czy nie­zwią­za­ne z po­li­cją.

– Po­lu­bi­łem ich. Ale o niej nie do­wie­dzia­łem się zbyt dużo.

– O Lo­uise? Ona już taka jest. Mówi mało, za to słu­cha le­piej niż my wszy­scy ra­zem.

– A mnie się wy­da­ła dość ta­jem­ni­cza.

Schro­ni­li się pod drze­wem, bo cią­gle mży­ło.

– Nie znam ni­ko­go, kto był­by bar­dziej ta­jem­ni­czy niż ty – po­wie­dzia­ła Lin­da. – Przez wie­le lat my­śla­łam, że chcesz coś ukryć. Na­uczy­łam się jed­nak, że tyl­ko nie­któ­rzy z tych ta­jem­ni­czych na­praw­dę coś ukry­wa­ją.

– I ja do nich nie na­le­żę?

– My­ślę, że nie. Mam ra­cję?

– Tak są­dzę. Ale może cza­sa­mi czło­wiek nosi w so­bie ta­jem­ni­ce, o któ­rych na­wet nie wie?

Świa­tła tak­sów­ki prze­cię­ły ciem­ność. Zbli­żał się je­den z tych więk­szych po­jaz­dów, co­raz po­pu­lar­niej­szych w fir­mach prze­wo­zo­wych.

– Nie cier­pię ta­kich mi­kro­bu­sów – zrzę­dził Wal­lan­der.

– Nie de­ner­wuj się. Ju­tro przy­pro­wa­dzę ci twój sa­mo­chód.

– Po dzie­sią­tej będę w ko­men­dzie. A te­raz wra­caj do domu i do­wiedz się, co o mnie my­ślą. Ju­tro zdasz mi ra­port.

Lin­da przy­je­cha­ła jego au­tem na­stęp­ne­go dnia przed je­de­na­stą.

– W po­rząd­ku – po­wie­dzia­ła, wcho­dząc do jego po­ko­ju jak zwy­kle bez pu­ka­nia.

– Co w po­rząd­ku?

– Spodo­ba­łeś się im. Håkan tak za­baw­nie się wy­ra­ził. Po­wie­dział: „Twój oj­ciec jest nie­zwy­kłą in­tra­tą dla ro­dzi­ny”

– Na­wet nie wiem, co to zna­czy.

Po­ło­ży­ła klu­czy­ki na biur­ku. Spie­szy­ła się, po­nie­waż na dziś za­pla­no­wa­li wy­ciecz­kę z jej przy­szły­mi te­ścia­mi. Wal­lan­der wyj­rzał przez okno. Nie­bo za­czy­na­ło się prze­ja­śniać.

– Za­mier­za­cie wziąć ślub? – za­py­tał, za­nim znik­nę­ła za drzwia­mi.

– Im bar­dzo na tym za­le­ży – od­po­wie­dzia­ła. – By­ła­bym wdzięcz­na, gdy­byś ty jed­nak nie na­le­gał. Zo­ba­czy­my, czy do sie­bie pa­su­je­my.

– Prze­cież bę­dzie­cie mie­li dziec­ko!

– Do tego się na­da­je­my. Ale ży­cie ze sobą aż do śmier­ci to już zu­peł­nie inna spra­wa.

I po­szła. Wal­lan­der przy­słu­chi­wał się jej szyb­kim kro­kom. Ob­ca­sy ko­za­ków stu­ka­ły o pod­ło­gę. Nie znam wła­snej cór­ki, po­my­ślał. Kie­dyś są­dzi­łem, że ją znam. Te­raz jed­nak wi­dzę, że jest mi co­raz bar­dziej obca.

Sta­nął przy oknie i pa­trzył na sta­rą wie­żę ci­śnień, go­łę­bie, drze­wa, błę­kit­ne nie­bo wy­ła­nia­ją­ce się spod co­raz rzad­szych chmur. Ogar­nął go głę­bo­ki nie­po­kój; wo­kół nie­go roz­po­star­ła się pust­ka. A może tak na­praw­dę miał tę pust­kę w so­bie? Jak gdy­by cały nie­po­strze­że­nie za­mie­nił się w klep­sy­drę, z któ­rej bez­gło­śnie wy­sy­pu­je się pia­sek. Pa­trzył na go­łę­bie i drze­wa tak dłu­go, aż po­czuł, że nie­po­kój go opusz­cza. Usiadł przy biur­ku i upar­cie za­czął prze­glą­dać sto­sy le­żą­cych na nim ra­por­tów.

W po­ło­wie paź­dzier­ni­ka, sie­dem mie­się­cy póź­niej, Wal­lan­der i jego ko­le­dzy zro­bi­li ta­kie po­stę­py w śledz­twie, że mo­gli zwró­cić się do pro­ku­ra­to­ra z żą­da­niem aresz­to­wa­nia czte­rech po­dej­rza­nych. Dwóch z nich było oby­wa­te­la­mi pol­ski­mi, zi­den­ty­fi­ko­wa­no ich na pod­sta­wie na­grań ka­mer mo­ni­to­ru­ją­cych sklep Hans­so­na. Oprócz tego po­li­cja za­bez­pie­czy­ła wy­star­cza­ją­co dużo do­wo­dów, żeby za­trzy­mać w Göte­bor­gu dwóch męż­czyzn, któ­rzy mie­li po­wią­za­nia ze zor­ga­ni­zo­wa­ną siat­ką prze­stęp­czą kie­ro­wa­ną przez emi­gran­tów z by­łej Ju­go­sła­wii. Wal­lan­der zno­wu po­my­ślał o tym bru­tal­nym na­pa­dzie sprzed dwu­dzie­stu lat. Kie­dy wy­szło na jaw, że spraw­ca­mi mor­der­stwa w Le­narp byli ob­co­kra­jow­cy, do­szło do licz­nych ra­si­stow­skich in­cy­den­tów. Kil­ka razy za­ata­ko­wa­no obo­zy uchodź­ców, za­mor­do­wa­no zu­peł­nie nie­win­ną oso­bę. To były okrop­ne cza­sy.

W cza­sie dłu­giej i czę­sto żmud­nej pra­cy do­cho­dze­nio­wej Wal­lan­der prze­ko­nał się o wy­jąt­ko­wych zdol­no­ściach swo­ich dwóch naj­bliż­szych współ­pra­cow­nic. Miał dla nich co­raz wię­cej uzna­nia i może dzię­ki nim po­czuł w so­bie przy­pływ ener­gii, któ­rej mu ostat­ni­mi laty bra­ko­wa­ło. Im­po­no­wa­ła mu szcze­gól­nie Kri­sti­na Ma­gnus­son, przede wszyst­kim swo­ją in­tu­icją i upo­rem. Lu­bił zer­kać na nią ukrad­kiem na ko­ry­ta­rzach ko­men­dy.

La­tem wy­pi­sa­no ze szpi­ta­la Han­nę Hans­son. Na sku­tek ura­zu ośle­pła na jed­no oko i do­zna­ła nie­od­wra­cal­ne­go uszko­dze­nia krę­go­słu­pa. Przy ja­kiejś oka­zji Wal­lan­der roz­ma­wiał z jej cór­ką, któ­ra pro­wa­dzi­ła stad­ni­nę koni pod Hör­by.

– Oka nikt jej nie zwró­ci – po­wie­dzia­ła. – Le­ka­rze nie są też w sta­nie zła­go­dzić bólu ple­ców. Ale nie to jest naj­gor­sze. Wie pan, co jest naj­gor­sze?

– Śmierć jej męża.

– To tak oczy­wi­ste, że nie trze­ba o tym mó­wić. Cho­dzi mi o coś bar­dziej nie­uchwyt­ne­go.

Wal­lan­der nie po­tra­fił zna­leźć od­po­wie­dzi, na któ­rą cze­ka­ła.

– Strach – rze­kła w koń­cu. – Mama za­czę­ła się bać lu­dzi. Boi się wy­cho­dzić, boi się spać, boi się być sama. Jak to wy­le­czyć? I jak ko­goś za to ska­zać?

– Do­bry oskar­ży­ciel po­tra­fi prze­ko­nać sąd, że zbrod­ni do­ko­na­no ze szcze­gól­nym okru­cień­stwem – od­parł Wal­lan­der.

Ko­bie­ta po­krę­ci­ła gło­wą. Wąt­pi­ła w to, zresz­tą on w głę­bi du­cha też w to nie wie­rzył. Szwedz­kie sądy za­ska­ki­wa­ły go czę­sto swo­ją po­wścią­gli­wo­ścią, gdy cho­dzi­ło o od­po­wied­nio su­ro­wą kwa­li­fi­ka­cję czy­nów.

– Złap­cie ich – po­wie­dzia­ła, za­nim wy­szła z jego po­ko­ju. – Nie po­zwól­cie im tak po pro­stu uwol­nić się od tego, co zro­bi­li.

Wal­lan­der oso­bi­ście prze­pro­wa­dził prze­słu­cha­nia wstęp­ne dwóch za­trzy­ma­nych Po­la­ków. Obaj byli mło­dzi, nie mie­li wię­cej niż po dwa­dzie­ścia lat. Pa­trząc na nie­go szy­der­czo, wy­ja­śni­li przez swo­ich tłu­ma­czy, że nie mają nic wspól­ne­go z kra­dzie­żą bro­ni, że wte­dy na­wet w ogó­le nie prze­by­wa­li w Szwe­cji i że nie za­mie­rza­ją od­po­wia­dać na ko­lej­ne py­ta­nia. Wal­lan­der za­cho­wy­wał zim­ną krew, tłu­miąc cza­sa­mi ocho­tę, by trza­snąć ich na od­lew. Po ja­kimś cza­sie uda­ło mu się zła­mać jed­ne­go z nich. Pew­ne­go dnia w li­sto­pa­dzie chło­pak na­gle za­czął się przy­zna­wać. A po­tem po­szło jak z płat­ka. W trak­cie na­lo­tu na miesz­ka­nie w Staf­fan­storp zna­le­zio­no po­ło­wę skra­dzio­nej bro­ni, a pod­czas re­wi­zji w in­nym, na przed­mie­ściach Sztok­hol­mu – ko­lej­ne czte­ry sztu­ki. W dniu roz­po­czę­cia roz­pra­wy są­do­wej, w grud­niu, bra­ko­wa­ło za­le­d­wie trzech sztuk zra­bo­wa­nej bro­ni. Tego sa­me­go ran­ka Wal­lan­der ze­brał swo­ich lu­dzi w sal­ce kon­fe­ren­cyj­nej ko­men­dy, gdzie cze­ka­ły na nich kawa i cia­sto. Za­mie­rzał w kil­ku sło­wach wy­ra­zić im uzna­nie, ale stra­cił wą­tek i osta­tecz­nie za­czę­li roz­ma­wiać o trwa­ją­cych wła­śnie ne­go­cja­cjach pła­co­wych oraz o nie­za­do­wo­le­niu wszyst­kich z Głów­ne­go Za­rzą­du Po­li­cji, któ­ry nie­ustan­nie wpro­wa­dzał nowe po­rząd­ki i zmie­niał prio­ry­te­ty.

Wal­lan­der spę­dził Boże Na­ro­dze­nie z ro­dzi­ną Lin­dy. Ob­ser­wo­wał swo­ją wnucz­kę, cią­gle jesz­cze bez­i­mien­ną, ze zdzi­wie­niem i ci­chą ra­do­ścią. Lin­da twier­dzi­ła, że dziew­czyn­ka jest po­dob­na do nie­go, szcze­gól­nie je­że­li cho­dzi o oczy, ale Wal­lan­der nie wi­dział żad­ne­go po­do­bień­stwa, choć bar­dzo się sta­rał je do­strzec.

– Po­win­na mieć ja­kieś imię – przy­po­mniał w Wi­gi­lię, gdy sie­dzie­li wie­czo­rem przy lamp­ce wina.

– Spo­koj­nie, mamy czas – od­po­wie­dzia­ła Lin­da.

– Wy­cho­dzi­my z za­ło­że­nia, że pew­ne­go dnia imię po­ja­wi się samo – do­dał Hans.

– Dla­cze­go na­zy­wam się Lin­da? – za­py­ta­ła znie­nac­ka. – Skąd wzię­li­ście to imię?

– To był mój po­mysł – po­wie­dział Wal­lan­der. – Mona chcia­ła, że­byś na­zy­wa­ła się in­a­czej, już na­wet nie pa­mię­tam jak. Ale dla mnie od po­cząt­ku by­łaś Lin­dą. Twój dzia­dek na­to­miast upie­rał się przy We­nus.

– We­nus?

– Jak wiesz, on nie za­wsze był roz­sąd­ny. Nie po­do­ba ci się two­je imię?

– Jest nie­złe – od­po­wie­dzia­ła. – I nie bój się. Je­że­li weź­mie­my ślub, za­cho­wam swo­je na­zwi­sko. Nig­dy nie zo­sta­nę Lin­dą von Enke.

– Może ja po­wi­nie­nem przy­jąć na­zwi­sko Wal­lan­der – ode­zwał się Hans. – Ale moi ro­dzi­ce chy­ba nie by­li­by za­chwy­ce­ni.

Mię­dzy świę­ta­mi a syl­we­strem Wal­lan­der po­rząd­ko­wał pa­pie­ry, któ­re na­zbie­ra­ły się w cią­gu ca­łe­go roku. Od kil­ku lat miał taki zwy­czaj: przed koń­cem sta­re­go roku to­ro­wał dro­gę temu, co mia­ło na­stą­pić w no­wym. Na po­cząt­ku stycz­nia po­wi­nien za­paść wy­rok w spra­wie o kra­dzież bro­ni. Wal­lan­der roz­ma­wiał z oskar­ży­cie­lem, któ­ry do­ma­gał się naj­su­row­szej kary, i miał na­dzie­ję, że gdy na­stęp­nym ra­zem spo­tka cór­kę Han­ny Hans­son, bę­dzie mógł spoj­rzeć jej w oczy.

Sta­ło się tak, jak my­ślał. Sę­dzio­wie oka­za­li się su­ro­wi. Oskar­że­ni o po­bi­cie i mor­der­stwo Po­la­cy do­sta­li po osiem lat wię­zie­nia. Wal­lan­der był prze­ko­na­ny, że od­wo­ła­nie się od wy­ro­ku do sądu ape­la­cyj­ne­go nie przy­nie­sie zła­go­dze­nia kary.

Wie­czo­rem tego dnia, w któ­rym sąd re­jo­no­wy ogło­sił wy­rok, Wal­lan­der po­sta­no­wił obej­rzeć ja­kiś film. Wy­kosz­to­wał się na an­te­nę sa­te­li­tar­ną i dzię­ki temu zy­skał do­stęp do nie­zli­czo­nych ka­na­łów. Wziął ze sobą do domu służ­bo­wą broń, żeby ją wy­czy­ścić. Miał za­le­gło­ści w strze­la­niu, wie­dział, że musi za­cząć ćwi­czyć naj­póź­niej z po­cząt­kiem lu­te­go. Jego biur­ko nie było pu­ste, chwi­lo­wo nie od­po­wia­dał jed­nak za żad­ne pil­ne do­cho­dze­nie. Trze­ba ko­rzy­stać z oka­zji, po­my­ślał. Te­raz mogę so­bie obej­rzeć film, ju­tro może być za póź­no.

Lecz kie­dy wró­cił do domu i prze­szedł się na spa­cer z Jus­sim, nie umiał so­bie zna­leźć miej­sca. Od cza­su do cza­su do­skwie­ra­ła mu w tym da­le­kim domu sa­mot­ność, czuł się opusz­czo­ny i po­rzu­co­ny wśród pu­stych pól. Jak ja­kiś wrak, my­ślał cza­sa­mi. Osia­dłem na tej bru­nat­nej gli­nie jak na mie­liź­nie. Za­zwy­czaj owo po­czu­cie za­gu­bie­nia mi­ja­ło dość szyb­ko. Ale wła­śnie tego wie­czo­ru nie da­wa­ło za wy­gra­ną. Wal­lan­der usiadł przy ku­chen­nym sto­le, roz­ło­żył sta­rą ga­ze­tę i wy­czy­ścił swo­ją broń. Do­cho­dzi­ła ósma. Nie miał po­ję­cia, skąd po­ja­wi­ła się ta myśl. Pod­jął de­cy­zję w cią­gu se­kun­dy, prze­brał się i po­je­chał z po­wro­tem do Ystad. W zi­mo­we wie­czo­ry mia­sto świe­ci­ło pust­ka­mi, zwłasz­cza w ty­go­dniu. Były otwar­te naj­wy­żej dwa, trzy lo­ka­le. Wal­lan­der za­par­ko­wał sa­mo­chód i ru­szył w kie­run­ku re­stau­ra­cji znaj­du­ją­cej się przy ryn­ku. W środ­ku sie­dzie­li nie­licz­ni go­ście. Za­jął miej­sce przy na­roż­nym sto­li­ku, za­mó­wił przy­staw­kę i bu­tel­kę wina. Cze­ka­jąc na je­dze­nie i wino, wlał w sie­bie kil­ka drin­ków. Tak wła­śnie to za­pa­mię­tał: wle­wał w sie­bie al­ko­hol, żeby za­głu­szyć drę­czą­cy go nie­po­kój. Kie­dy kel­ner przy­szedł z za­mó­wio­ną po­tra­wą i na­peł­nił kie­li­szek wi­nem, Wal­lan­der nie był już trzeź­wy.

– Strasz­nie tu pu­sto. Gdzie się po­dzia­li wszy­scy go­ście?

Kel­ner wzru­szył ra­mio­na­mi.

– W każ­dym ra­zie tu­taj ich nie ma – od­po­wie­dział. – Mam na­dzie­ję, że bę­dzie panu sma­ko­wa­ło.

Wal­lan­der roz­grze­bał je­dze­nie na ta­le­rzu, ale opróż­nie­nie bu­tel­ki nie za­ję­ło mu wię­cej niż pół go­dzi­ny. Prze­szu­kaw­szy kie­sze­nie, wy­cią­gnął ko­mór­kę i za­czął prze­glą­dać nu­me­ry za­pi­sa­ne w pa­mię­ci. Miał ocho­tę z kimś po­roz­ma­wiać. Tyl­ko z kim? Odło­żył te­le­fon, nie chciał, by ktoś usły­szał, że jest pi­ja­ny. Bu­tel­ka była pu­sta, a on wy­pił już wię­cej niż dużo. Mimo to za­mó­wił do kawy ko­niak. Wkrót­ce kel­ner po­ja­wił się z in­for­ma­cją, że za­raz za­my­ka­ją. Zmę­czo­nym wzro­kiem ob­ser­wo­wał wsta­ją­ce­go nie­pew­nie od sto­łu go­ścia.

– Taxi – wy­rzu­cił z sie­bie Wal­lan­der.

Kel­ner za­dzwo­nił z te­le­fo­nu ścien­ne­go przy ba­rze. Odło­żyw­szy słu­chaw­kę, ski­nął gło­wą. Wal­lan­der uświa­do­mił so­bie, że się za­ta­cza.

Wiatr na ze­wnątrz był przej­mu­ją­co zim­ny. Wal­lan­der usiadł w tak­sów­ce na tyl­nym sie­dze­niu i ock­nął się do­pie­ro wte­dy, gdy tak­sów­karz wje­chał na jego po­dwó­rze. W domu zrzu­cił z sie­bie ubra­nie, zo­sta­wił wszyst­ko na pod­ło­dze i za­snął, le­d­wie przy­ło­żył gło­wę do po­dusz­ki.

Pół go­dzi­ny póź­niej do ko­men­dy wszedł wzbu­rzo­ny męż­czy­zna i za­żą­dał wi­dze­nia z dy­żur­nym po­li­cjan­tem. Tej nocy był nim Mar­tins­son.

Męż­czy­zna wy­ja­śnił, że pra­cu­je jako kel­ner, po czym po­ło­żył przed po­li­cjan­tem pla­sti­ko­wą tor­bę. Tkwił w niej pi­sto­let, do­kład­nie taki sam jak Mar­tins­so­na.

Kel­ner wie­dział, kim był klient re­stau­ra­cji, po­nie­waż Wal­lan­der z cza­sem stał się zna­ną oso­bą w mie­ście.

Mar­tins­son przy­jął do­nie­sie­nie o prze­stęp­stwie, a po­tem dłu­go przy­glą­dał się bro­ni służ­bo­wej Wal­lan­de­ra.

Jak to moż­li­we, że jej za­po­mniał? I dla­cze­go za­brał ją ze sobą do re­stau­ra­cji?

Mar­tins­son spoj­rzał na ze­ga­rek. Wła­śnie mi­nę­ła pół­noc. W za­sa­dzie po­wi­nien za­dzwo­nić do Wal­lan­de­ra, zre­zy­gno­wał jed­nak z tego po­my­słu. Po­cze­ka z tym do ju­tra. Na myśl o naj­bliż­szym dniu ogar­nę­ło go nie­przy­jem­ne uczu­cie.

3

Kie­dy rano Wal­lan­der wszedł do ko­men­dy, w re­cep­cji cze­ka­ła na nie­go wia­do­mość od Mar­tins­so­na. Za­klął pod no­sem. Drę­czył go kac i nud­no­ści. Je­że­li Mar­tins­son chciał wi­dzieć się z nim bez­zwłocz­nie, to zna­czy, że wy­da­rzy­ło się coś, co wy­ma­ga­ło jego na­tych­mia­sto­wej obec­no­ści. Czy nie mógł­by po­cze­kać kil­ka dni, po­my­ślał. Albo przy­najm­niej kil­ka go­dzin. On te­raz ma­rzył wy­łącz­nie o tym, żeby za­mknąć drzwi do swo­je­go po­ko­ju, wy­łą­czyć te­le­fon i po­spać jesz­cze parę go­dzin z no­ga­mi na biur­ku. Zdjął kurt­kę, opróż­nił sto­ją­cą na sto­le bu­tel­kę wody mi­ne­ral­nej i po­szedł pro­sto do Mar­tins­so­na, któ­ry zaj­mo­wał jego po­przed­ni ga­bi­net.

Za­pu­kał i wszedł do środ­ka. Gdy tyl­ko spoj­rzał na ko­le­gę, zro­zu­miał, że sta­ło się coś po­waż­ne­go. Wal­lan­der za­wsze umiał od­czy­ty­wać z jego twa­rzy, jaki ma hu­mor, co było dość istot­ne, po­nie­waż na­stro­je Mar­tins­so­na nie­ustan­nie wa­ha­ły się od eu­fo­rii do przy­gnę­bie­nia.

Za­jął miej­sce po dru­giej stro­nie biur­ka.

– Co się sta­ło? Nie zo­sta­wiasz mi ta­kich wia­do­mo­ści, je­śli nie dzie­je się nic waż­ne­go.

Mar­tins­son przy­glą­dał mu się ze zdzi­wie­niem.

– W ogó­le nie do­my­ślasz się, o czym chcę z tobą roz­ma­wiać?

– Nie. A po­wi­nie­nem?

Mar­tins­son nie od­po­wie­dział. Cały czas nie spusz­czał wzro­ku z Wal­lan­de­ra, któ­ry czuł się jesz­cze go­rzej niż wcze­śniej.

– Nie mam za­mia­ru tu sie­dzieć i zga­dy­wać – po­wie­dział w koń­cu. – O co ci cho­dzi?

– Wciąż nie masz po­ję­cia, o czym chcę z tobą roz­ma­wiać?

– Nie.

– To jesz­cze bar­dziej po­gar­sza two­ją sy­tu­ację.

Mar­tins­son wy­su­nął szu­fla­dę, wy­jął służ­bo­wą broń Wal­lan­de­ra i po­ło­żył przed sobą na sto­le.

– Mam na­dzie­ję, że te­raz wiesz, o co mi cho­dzi.

Wal­lan­der wbił oczy w pi­sto­let. Prze­szy­wa­ją­cy go dreszcz prze­ra­że­nia nie­omal za­głu­szył kaca i nud­no­ści. Wie­dział, że po­przed­nie­go dnia wie­czo­rem wy­czy­ścił swo­ją broń. Ale co było póź­niej? Go­rącz­ko­wo szu­kał w pa­mię­ci. Z ku­chen­ne­go sto­łu w jego domu pi­sto­let prze­niósł się na biur­ko Mar­tins­so­na. Wal­lan­der nie miał po­ję­cia, co wy­da­rzy­ło się mię­dzy jed­nym a dru­gim epi­zo­dem, w jaki spo­sób pi­sto­let zna­lazł się tam, gdzie te­raz le­żał. Nie miał żad­nych wy­ja­śnień ani wy­mó­wek.

– Wczo­raj wie­czo­rem po­sze­dłeś do knaj­py – po­wie­dział Mar­tins­son. – Dla­cze­go wzią­łeś ze sobą broń?

Wal­lan­der po­krę­cił gło­wą z nie­do­wie­rza­niem. Nie mógł so­bie przy­po­mnieć. Czy wło­żył ją do kurt­ki, za­nim po­je­chał do Ystad? Jak­kol­wiek dziw­nie to brzmia­ło, wi­docz­nie tak mu­siał zro­bić.

– Nie wiem – wy­znał. – Mam dziu­rę w gło­wie.

– O pół­no­cy przy­szedł tu­taj kel­ner. Był wzbu­rzo­ny, po­nie­waż na so­fie, na któ­rej sie­dzia­łeś, zna­lazł pi­sto­let.

Mgli­ste strzę­py wspo­mnień za­czę­ły prze­su­wać mu się przed ocza­mi. Może wy­jął broń z kie­sze­ni, kie­dy szu­kał te­le­fo­nu? Ale jak mógł jej za­po­mnieć?

– Zu­peł­nie nie mam po­ję­cia, co się wy­da­rzy­ło – po­wie­dział. – Wi­docz­nie wsa­dzi­łem pi­sto­let do kie­sze­ni, jak wy­cho­dzi­łem z domu.

Mar­tins­son wstał i otwo­rzył drzwi.

– Na­pi­jesz się kawy?

Wal­lan­der po­krę­cił gło­wą. Mar­tins­son znik­nął w ko­ry­ta­rzu. Wal­lan­der przy­su­nął do sie­bie broń i zo­ba­czył, że jest na­ła­do­wa­na. Jesz­cze go­rzej. Jak bły­ska­wi­ca prze­mknę­ła mu przez gło­wę myśl o sa­mo­bój­stwie. Od­su­nął pi­sto­let lufą do okna. Wró­cił Mar­tins­son.

– Mo­żesz mi ja­koś po­móc?

– Tym ra­zem nie. Kel­ner cię roz­po­znał. Nie da się. Mu­sisz iść pro­sto do sze­fa.

– Roz­ma­wia­łeś już z nim?

– Gdy­bym tego nie zro­bił, po­peł­nił­bym wy­kro­cze­nie służ­bo­we.

Wal­lan­der nie miał nic wię­cej do po­wie­dze­nia. Sie­dzie­li w mil­cze­niu. Pró­bo­wał zna­leźć wyj­ście z sy­tu­acji, choć wie­dział, że ono nie ist­nie­je.

– Co te­raz bę­dzie? – za­py­tał w koń­cu.

– Przej­rza­łem re­gu­la­min. Zo­sta­nie wsz­czę­te do­cho­dze­nie we­wnętrz­ne. Ist­nie­je oczy­wi­ście ry­zy­ko, że ten kel­ner, na­zy­wa się Ture Sa­age, je­że­li jesz­cze tego nie wiesz, na­gle wpad­nie na po­mysł, żeby pójść z tym do ga­zet. Te­raz po­dob­no moż­na do­stać tro­chę gro­sza, jak się przyj­dzie z od­po­wied­nią in­for­ma­cją. Nie­trzeź­wi po­li­cjan­ci, któ­rzy roz­ra­bia­ją po go­dzi­nach pra­cy, mogą pod­nieść sprze­daż na­kła­du.

– Chy­ba mu po­wie­dzia­łeś, żeby trzy­mał ję­zyk za zę­ba­mi?

– Ba! Po­in­for­mo­wa­łem go na­wet, że udo­stęp­nia­nie me­diom tre­ści do­cho­dze­nia po­li­cyj­ne­go jest ka­ral­ne. Nie­ste­ty, po­dej­rze­wam, że mnie przej­rzał.

– Mam z nim po­roz­ma­wiać?

Mar­tins­son po­chy­lił się ku nie­mu przez stół. Wal­lan­der zo­ba­czył z bli­ska zmę­czo­ną i stra­pio­ną twarz. To go jesz­cze bar­dziej za­smu­ci­ło.

– Od ilu lat pra­cu­je­my ra­zem? Od dwu­dzie­stu? Wię­cej? Na po­cząt­ku to ty mi do­ra­dza­łeś. Ga­ni­łeś, ale też chwa­li­łeś. Te­raz moja ko­lej, żeby ci po­wie­dzieć: ni­cze­go nie rób. Co­kol­wiek za­czniesz kom­bi­no­wać, na­py­tasz so­bie jesz­cze więk­szej bie­dy. Nie roz­ma­wiaj z kel­ne­rem Ture Sa­agem, nie roz­ma­wiaj z ni­kim. Oprócz Len­nar­ta, do któ­re­go masz te­raz pójść. Cze­ka na cie­bie.

Wal­lan­der ski­nął gło­wą i wstał.

– Spró­bu­je­my zro­bić wszyst­ko, co się da w tej sy­tu­acji – po­wie­dział Mar­tins­son.

Są­dząc z tonu, jego prze­wi­dy­wa­nia nie były naj­lep­sze.

Wal­lan­der wy­cią­gnął rękę po pi­sto­let. Mar­tins­son po­krę­cił gło­wą.

– Na ra­zie zo­sta­nie tu­taj.

Wal­lan­der wy­szedł na ko­ry­tarz. Kri­sti­na Ma­gnus­son prze­cho­dzi­ła wła­śnie z kub­kiem kawy. Kiw­nę­ła gło­wą. Wal­lan­der zro­zu­miał, że ona też wie. Tym ra­zem nie od­wró­cił się, by po­pa­trzeć na jej zgrab­ną fi­gu­rę. Wszedł do to­a­le­ty, za­mknął się na klucz. Lu­stro nad umy­wal­ką było pęk­nię­te. Do­kład­nie jak ja, po­my­ślał. Zmo­czył czo­ło, wy­tarł je i za­czął wpa­try­wać się w swo­je prze­krwio­ne oczy. Pęk­nię­cie dzie­li­ło twarz na dwie czę­ści.

Usiadł na se­de­sie. Po­ja­wi­ło się w nim też inne uczu­cie, nie tyl­ko wstyd i oba­wa z po­wo­du tego, co zro­bił. Nig­dy mu się coś ta­kie­go nie zda­rzy­ło. Nie pa­mię­tał, żeby kie­dy­kol­wiek prze­cho­wy­wał broń służ­bo­wą nie­zgod­nie z prze­pi­sa­mi. Je­że­li za­bie­rał pi­sto­let do domu, za­wsze za­my­kał go w sza­fie na broń, gdzie prze­cho­wy­wał śru­tów­kę, na któ­rą miał li­cen­cję i któ­rej uży­wał raz na ja­kiś czas, kie­dy po­lo­wał z są­sia­da­mi na za­ją­ce. To było coś wię­cej niż tyl­ko za­mro­cze­nie al­ko­ho­lem. Ja­kiś inny ro­dzaj nie­pa­mię­ci, zu­peł­nie mu nie­zna­ny. Mrok, w któ­rym nie po­tra­fił za­pa­lić żad­nej lam­py.

Gdy w koń­cu pod­niósł się i ru­szył w kie­run­ku ga­bi­ne­tu sze­fa, z pew­no­ścią mi­nę­ło już po­nad dwa­dzie­ścia mi­nut. Je­że­li Mar­tins­son za­dzwo­nił i uprze­dził go, że już idę, to na pew­no te­raz my­ślą, że ucie­kłem. Ale aż tak źle ze mną nie jest.

Rok wcze­śniej na­stęp­cą dwóch sze­fo­wych po­li­cji w Ystad zo­stał Len­nart Mat­t­son. Był mło­dy, nie miał jesz­cze czter­dzie­stu lat i zro­bił osza­ła­mia­ją­co szyb­ką ka­rie­rę w ad­mi­ni­stra­cji po­li­cyj­nej, skąd obec­nie po­zy­ski­wa­no pra­wie wszyst­kich sze­fów. Jak więk­szość ak­tyw­nych po­li­cjan­tów rów­nież Wal­lan­der uwa­żał, że ten typ re­kru­ta­cji nie wró­ży po­li­cji ni­cze­go do­bre­go, przy­najm­niej je­że­li cho­dzi o wy­ko­ny­wa­nie jej za­dań na co dzień. A fakt, że Mat­t­son po­cho­dził ze Sztok­hol­mu i tro­chę za czę­sto na­rze­kał oraz że trud­no mu zro­zu­mieć dia­lekt skań­ski, nie po­lep­szał sy­tu­acji. Wal­lan­der wie­dział, że paru jego ko­le­gów w roz­mo­wach z sze­fem na­praw­dę wy­si­la­ło się, żeby mó­wić jak naj­bar­dziej nie­zro­zu­mia­le. On sam nie brał udzia­łu w tego ro­dza­ju zło­śli­wych de­mon­stra­cjach. Po­sta­no­wił trzy­mać się na ubo­czu i nie mie­szać w spra­wy Mat­t­so­na, przy­najm­niej do­pó­ki on nie wtrą­cał się za bar­dzo w bez­po­śred­nią pra­cę po­li­cyj­ną. Po­nie­waż wy­glą­da­ło na to, że Mat­t­son rów­nież ży­wił do nie­go sza­cu­nek, Wal­lan­der nie miał do tej pory pro­ble­mów ze swo­im no­wym sze­fem.

Te­raz jed­nak zro­zu­miał, że te cza­sy mi­nę­ły bez­pow­rot­nie.

Drzwi do ga­bi­ne­tu były lek­ko uchy­lo­ne. Wal­lan­der za­pu­kał i usły­szaw­szy ja­sny, nie­omal pi­skli­wy głos swo­je­go zwierzch­ni­ka, wszedł do środ­ka.

Usie­dli na wzo­rzy­stej ka­na­pie, z tru­dem wci­śnię­tej do po­miesz­cze­nia. Mat­t­son był zwo­len­ni­kiem mo­de­lu ko­mu­ni­ka­cji, w któ­rym sam bar­dzo rzad­ko roz­po­czy­nał roz­mo­wę, na­wet je­że­li to on wzy­wał na spo­tka­nie. Cho­dzi­ły po­gło­ski, że pe­wien kon­sul­tant z Głów­ne­go Za­rzą­du Po­li­cji sie­dział z nim kie­dyś w mil­cze­niu przez pół go­dzi­ny. Po­tem wstał, bez sło­wa wy­szedł z ga­bi­ne­tu i od­le­ciał do Sztok­hol­mu.

Wal­lan­der po­my­ślał przez chwi­lę, że może po­wi­nien rzu­cić mu wy­zwa­nie, w ogó­le się nie od­zy­wa­jąc. Ale znów na­szły go mdło­ści, chciał więc jak naj­szyb­ciej wyjść na świe­że po­wie­trze.

– Nie po­tra­fię wy­ja­śnić tego, co się sta­ło – za­czął. – Ro­zu­miem, że to nie­wy­ba­czal­ne i że mu­sisz wsz­cząć od­po­wied­nie dzia­ła­nia.

Mat­t­son przy­go­to­wał chy­ba swo­je py­ta­nia za­wcza­su, bo pa­dły mo­men­tal­nie.

– Czy kie­dyś zda­rzy­ło ci się już coś ta­kie­go?

– Że za­po­mnia­łem swo­jej bro­ni w knaj­pie? Ja­sne, że nie!

– Masz pro­ble­my z al­ko­ho­lem?

Wal­lan­der zmarsz­czył czo­ło. Skąd Mat­t­so­no­wi przy­szło do gło­wy to py­ta­nie?

– Pa­nu­ję nad sobą – od­po­wie­dział. – Kie­dy by­łem młod­szy, pi­łem dość ostro w week­en­dy, ale te­raz już nie.

– A mimo to chla­łeś w re­stau­ra­cji w środ­ku ty­go­dnia?

– Nie chla­łem, tyl­ko ja­dłem ko­la­cję.

– Bu­tel­ka wina, kil­ka drin­ków i ko­niak do kawy?

– Je­że­li już wszyst­ko wiesz, to po co py­tasz? To nie było żad­ne chla­nie. Ża­den roz­sąd­ny czło­wiek w tym kra­ju tak by tego nie na­zwał. Jak się chle­je, to żło­pie się bim­ber albo wód­kę, pije się po to, żeby upić się do nie­przy­tom­no­ści, tyl­ko po to.

Mat­t­son za­wa­hał się, za­nim za­dał ko­lej­ne py­ta­nie. Wal­lan­de­ra co­raz bar­dziej iry­to­wał pi­skli­wy głos sze­fa i za­sta­na­wiał się, czy ten sie­dzą­cy przed nim męż­czy­zna ma w ogó­le po­ję­cie o tym, jak bar­dzo bo­le­snych prze­żyć może do­świad­czyć po­li­cjant na służ­bie.

– Mniej wię­cej dwa­dzie­ścia lat temu zo­sta­łeś za­trzy­ma­ny przez ko­le­gów, kie­dy w sta­nie nie­trzeź­wym pro­wa­dzi­łeś sa­mo­chód. Za­tu­szo­wa­li spra­wę, nie po­nio­słeś wte­dy żad­nych kon­se­kwen­cji. Ale ro­zu­miesz chy­ba, że py­tam cię o pro­ble­my z al­ko­ho­lem, bo może je masz i tyl­ko ukry­wasz. Te­raz oka­zu­je się, że po­cią­ga­ją za sobą tak nie­szczę­śli­we skut­ki.

Wal­lan­der pa­mię­tał tam­to zda­rze­nie aż na­zbyt do­brze. Po­je­chał wte­dy do Mal­mö i jadł obiad z Moną. To było już po roz­wo­dzie, ale on cią­gle jesz­cze się łu­dził, że zdo­ła ją prze­ko­nać, żeby do nie­go wró­ci­ła. Skoń­czy­ło się na kłót­ni, a póź­niej zo­ba­czył, jak przy­szedł po nią ja­kiś nie­zna­ny mu męż­czy­zna. Wy­bu­chła w nim taka za­zdrość, że – wście­kły – zu­peł­nie stra­cił roz­są­dek i wró­cił do domu, za­miast prze­no­co­wać w ho­te­lu albo prze­spać się w sa­mo­cho­dzie. Przy wjeź­dzie do Ystad za­trzy­ma­ła go para ko­le­gów z noc­ne­go pa­tro­lu. Od­wieź­li go do domu, za­par­ko­wa­li mu sa­mo­chód, a póź­niej spra­wa uci­chła. Je­den z tych po­li­cjan­tów już nie żyje, dru­gi prze­szedł na eme­ry­tu­rę. A mimo to w dal­szym cią­gu mówi się o tym w ko­men­dzie. To go zdu­mia­ło.

– Nie za­prze­czam. Ale to było, jak sam wspo­mnia­łeś, dwa­dzie­ścia lat temu. I da­lej twier­dzę, że nie mam pro­ble­mów z al­ko­ho­lem. A to, że po­sze­dłem do lo­ka­lu w środ­ku ty­go­dnia, nie po­win­no ob­cho­dzić ni­ko­go oprócz mnie.

– Mu­szę pod­jąć od­po­wied­nie dzia­ła­nia. Masz za­le­gły urlop i aku­rat nie pro­wa­dzisz żad­ne­go po­waż­niej­sze­go śledz­twa, dla­te­go pro­po­nu­ję, że­byś wziął ty­dzień wol­ne­go. To oczy­wi­ste, że mu­si­my wsz­cząć do­cho­dze­nie we­wnętrz­ne. Nic wię­cej te­raz nie mogę po­wie­dzieć.

Wal­lan­der wstał. Mat­t­son cią­gle sie­dział.

– Czy chciał­byś jesz­cze coś do­dać? – za­py­tał.

– Nie – od­po­wie­dział Wal­lan­der. – Zro­bię, jak mó­wisz. We­zmę urlop i po­ja­dę do domu.

– Do­brze bę­dzie, jak zo­sta­wisz tu­taj swo­ją broń.

– Nie je­stem idio­tą – od­parł Wal­lan­der. – Na­wet je­że­li mnie za ta­kie­go uwa­żasz.

Wal­lan­der ru­szył pro­sto do swo­je­go po­ko­ju. Wziął kurt­kę, zszedł do ga­ra­żu i wsiadł do sa­mo­cho­du. Prze­szło mu przez myśl, że być może po wczo­raj­szych eks­ce­sach cią­gle jesz­cze ma w or­ga­ni­zmie al­ko­hol. Po­nie­waż jed­nak już nic nie mo­gło za­szko­dzić jego fa­tal­nej sy­tu­acji, po­je­chał do domu. Ze­rwał się sil­ny pół­noc­no-wschod­ni wiatr. Otwie­ra­jąc drzwi, Wal­lan­der trząsł się z zim­na. Jus­si ra­do­śnie pod­ska­ki­wał na wy­bie­gu, ale on nie miał siły na­wet po­my­śleć o spa­ce­rze. Ro­ze­brał się, po­ło­żył i na szczę­ście za­snął. Otwo­rzył oczy o dwu­na­stej. Le­żał i słu­chał wia­tru ude­rza­ją­ce­go o ścia­ny domu.

Znów nie da­wa­ło mu spo­ko­ju po­czu­cie, że coś jest nie tak jak po­win­no. Na jego ży­cie na­gle padł cień. Jak to się sta­ło, że na dru­gi dzień na­wet nie za­uwa­żył bra­ku pi­sto­le­tu? To tak, jak gdy­by ktoś inny naj­pierw dzia­łał w jego imie­niu, a póź­niej wy­łą­czył mu pa­mięć, żeby on nie do­wie­dział się, co się sta­ło.

Wstał, ubrał się, spró­bo­wał coś zjeść, mimo że cią­gle było mu nie­do­brze. Kor­ci­ło go, żeby na­lać so­bie kie­li­szek wina, ale nie uległ po­ku­sie. Zmy­wał wła­śnie na­czy­nia, gdy za­dzwo­nił te­le­fon.

– Jadę do cie­bie – oznaj­mi­ła. – Chcia­łam się tyl­ko upew­nić, czy je­steś w domu.

Za­koń­czy­ła roz­mo­wę, za­nim zdą­żył się ode­zwać. Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej we­szła do jego domu ze śpią­cym dziec­kiem. Usia­dła na­prze­ciw­ko ojca na brą­zo­wej skó­rza­nej so­fie, któ­rą ku­pił w roku prze­pro­wadz­ki do Ystad. Dziew­czyn­ka spa­ła obok w fo­te­li­ku. Kurt chciał coś o niej po­wie­dzieć, ale Lin­da po­krę­ci­ła gło­wą. Za chwi­lę, nie te­raz, są waż­niej­sze spra­wy.

– Sły­sza­łam, co się sta­ło – za­czę­ła. – Ale czu­ję się tak, jak­bym nic nie wie­dzia­ła.

– Dzwo­nił do cie­bie Mar­tins­son?

– Za­dzwo­nił do mnie po roz­mo­wie z tobą. Był bar­dzo nie­szczę­śli­wy.

– Nie tak nie­szczę­śli­wy jak ja – od­parł Wal­lan­der.

– Opo­wiedz mi to, cze­go nie wiem.

– Je­że­li przy­szłaś tu­taj po to, żeby mnie prze­słu­chi­wać, to mo­żesz so­bie od razu pójść.

– Chcę się tyl­ko do­wie­dzieć praw­dy. Aku­rat cie­bie nig­dy bym nie po­dej­rze­wa­ła, że na­py­tasz so­bie bie­dy wła­śnie w taki spo­sób.

– Nikt nie umarł – po­wie­dział Wal­lan­der. – Nikt na­wet nie po­niósł szko­dy. A poza tym każ­de­mu mogą się zda­rzyć róż­ne rze­czy. Cho­dzę po tym świe­cie już dość dłu­go i wiem.

A póź­niej opo­wie­dział jej całą hi­sto­rię, po­cząw­szy od nie­po­ko­ju, któ­ry wy­gnał go z domu, a skoń­czyw­szy na tym, że nie ma po­ję­cia, dla­cze­go wziął ze sobą broń. Lin­da dłu­go sie­dzia­ła bez sło­wa.

– Wie­rzę ci – po­wie­dzia­ła w koń­cu. – Wszyst­ko, o czym mi tu te­raz opo­wia­dasz, świad­czy w za­sa­dzie o jed­nym: że je­steś sa­mot­ny. Na­gle tra­cisz kon­tro­lę i nie ma przy to­bie ni­ko­go, kto by cię uspo­ko­ił, kto by cię po­wstrzy­mał przed nie­prze­my­śla­ny­mi dzia­ła­nia­mi. Tyl­ko jed­na rzecz nie daje mi spo­ko­ju.

– Jaka?

– Na­praw­dę wszyst­ko mi po­wie­dzia­łeś? Ni­cze­go nie prze­mil­cza­łeś?

Wal­lan­der roz­wa­żył szyb­ko, czy wspo­mnieć o tym oso­bli­wym do­zna­niu za­pa­da­ją­ce­go w nim cie­nia. Jed­nak tyl­ko po­krę­cił gło­wą, nie miał ni­cze­go do do­da­nia.

– Jak my­ślisz, co te­raz bę­dzie? – za­py­ta­ła.

– Bę­dzie do­cho­dze­nie we­wnę­trze. A póź­niej nie wiem.

– Ist­nie­je ry­zy­ko, że bę­dziesz zmu­szo­ny odejść?

– Chy­ba je­stem za sta­ry, żeby mnie zwol­ni­li. A poza tym nie cho­dzi prze­cież o żad­ne po­waż­ne wy­kro­cze­nie. Ale może zmu­szą mnie do przej­ścia na eme­ry­tu­rę.

– Nie ucie­szył­byś się?

Wal­lan­der, któ­ry wła­śnie jadł jabł­ko, z ca­łej siły ci­snął ogryz­kiem o ścia­nę.