Niespokojne serca - Stephanie Laurens - ebook
Opis

 Po latach wypełniania dyplomatycznych zadań i tajnych zleceń dla brytyjskiej korony kapitan Robert Frobisher postanawia zostać w Londynie i znaleźć sobie żonę. Jednak znowu otrzymuje pilny rozkaz. Musi dotrzeć do Freetown i ustalić położenie obozu handlarzy niewolników. Tymczasem we Freetown panna Aileen Hopkins usiłuje odnaleźć swego brata Willa, oficera marynarki, który zaginął w tajemniczych okolicznościach. Frobisher, zachwycony odwagą i urodą Aileen, chce jej pomóc. Ruszają razem w drogę, zdecydowani stawić czoło bezlitosnemu przeciwnikowi. Mogą polegać wyłącznie na sobie nawzajem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 439

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Stephanie Laurens

Niespokojne serca

Tłumaczenie:

Jeden

Maj 1824

Londyn

Kapitan Robert Frobisher przechadzał się swobodnym krokiem po Park Lane, ciesząc wzrok widokiem falującego zielonego baldachimu ogromnych drzew porastających Hyde Park.

Poprzedniego dnia jego statek „Trójząb” wpłynął na wieczornej fali z Tamizy do londyńskiego portu. Rzucili kotwicę na stanowisku spółki Frobisher i Synowie w Dokach Świętej Katarzyny, a kiedy Robert wreszcie uporał się z całą towarzyszącą temu krzątaniną, było już za późno na jakiekolwiek wizyty. Tego ranka stawił się więc w biurze kompanii przy Burr Street i gdy tylko dopełnił zwyczajowych formalności i zwolnił większość załogi na cały dzień, złapał dorożkę i udał się w stronę Mayfair. Zamiast jednak skierować się wprost do domu swojego brata Declana, kazał woźnicy wysadzić się na końcu Piccadilly, żeby nacieszyć się przez kilka minut zielenią. Tyle czasu spędzał na wpatrywaniu się w morze, że dobrze było od czasu do czasu przypomnieć sobie uroki suchego lądu.

Z ironicznym uśmiechem na ustach skręcił w Stanhope Street. Była dopiero dziesiąta rano – bardzo wczesna godzina na wizytę w rezydencji dżentelmena, Robert nie miał jednak najmniejszych wątpliwości, że brat i jego świeżo poślubiona małżonka, urocza Edwina, powitają go z otwartymi ramionami.

Poranek był ładny, choć nieco chłodnawy. Szare chmury mknące po bladym niebie co chwila przesłaniały słońce.

Declan i Edwina mieszkali pod numerem dwudziestym szóstym. Spoglądając w dół ulicy, Robert ujrzał w oddali czarny powóz stojący przy krawężniku.

Złe przeczucie musnęło go chłodem po karku. Pora była wczesna, więc na krótkiej uliczce nie było jeszcze żadnych innych pojazdów.

Gdy podszedł nieco bliżej, wymachując niedbale laseczką, sługa czekający na stanowisku z tyłu powozu natychmiast zeskoczył na chodnik i pospiesznie otworzył drzwi pojazdu.

Dżentelmen, który wysiadł z niego z niedbałą gracją, był równie wysoki jak Robert i podobnie jak on szeroki w barach i szczupły. Czarne włosy okalały twarz o rysach wyraźnie wskazujących na wysoką pozycję społeczną.

Wolverstone. Czy też, mówiąc dokładniej, Jego Wysokość książę Wolverstone, znany w przeszłości jako Dalziel.

Robert uznał, że skoro książę wyraźnie zasadził się tu właśnie na niego, to zapewne znowu objął (przynajmniej tymczasowo) urząd dowódcy brytyjskich służb specjalnych poza wyspami.

Cyniczna, zblazowana część osobowości młodzieńca nieszczególnie się zdziwiła.

Jednak osobnik, który wysiadł z powozu – ze znacznie mniejszą elegancją – w ślad za Wolverstone'em, był, owszem, niespodzianką. Ciężkawy i bardzo schludny, o wyglądzie człowieka drobiazgowego i nieco sztywnego, obciągnął kamizelkę i poprawił łańcuszek zegarka; długie doświadczenie w obcowaniu z ludźmi tego pokroju sprawiło, że Robert natychmiast rozpoznał w nim polityka. Nieznajomy wraz z Wolverstone'em zwrócili się w jego kierunku.

Robert podszedł bliżej, a wtedy Wolverstone skinął głową i wyciągnął dłoń.

– Frobisher.

Robert przełożył laseczkę do drugiej ręki. Uścisnął dłoń księcia, po czym przeniósł spojrzenie na jego towarzysza.

Wolverstone wskazał go pełnym gracji gestem.

– Pozwolisz, że przedstawię ci wicehrabiego Melville'a, Pierwszego Lorda Admiralicji.

Robert powstrzymał się przed uniesieniem brwi ze zdziwienia.

– Panie wicehrabio. – Skłonił głowę.

Co tu się, do diaska, szykuje?

Melville skinął mu oszczędnym ruchem głowy i wciągnął głęboko powietrze.

– Kapitanie Frobisher…

– Być może – przerwał mu Wolverstone – powinniśmy się przenieść do środka. – Utkwił spojrzenie ciemnych oczu w Robercie. – Twój brat nie zdziwi się na nasz widok, lecz z szacunku dla lady Edwiny uznaliśmy, że lepiej będzie poczekać na ciebie w powozie.

Pomyśleć, że wzgląd na Edwinę był w stanie nawet w tak drobny sposób wpłynąć na działania Wolverstone'a… Robert z wysiłkiem zapanował nad uśmiechem. Jego bratowa była córką księcia i pochodziła z tej samej sfery, co Wolverstone, lecz młodzieniec poszedłby o zakład, że grono osób, których wygodą Dalziel raczyłby się przejmować, było bardzo niewielkie.

Zachęcony przez Wolverstone'a, jako pierwszy wszedł po stopniach na wąski ganek, czując, że z każdym krokiem narasta w nim ciekawość.

Była to jego pierwsza wizyta w tym domu, lecz kamerdyner, który otworzył mu drzwi, natychmiast go rozpoznał.

– Kapitan Frobisher – powiedział z promiennym uśmiechem.

Potem zauważył z tyłu pozostałych dwóch i jego twarz przybrała nieprzenikniony wyraz.

Orientując się, że sługa nie zna ani Wolverstone'a, ani Melville'a, Robert uśmiechnął się swobodnie.

– Zdaje się, że ci panowie to znajomi mojego brata.

Nie musiał już nic dodawać. Declan najwyraźniej usłyszał głosy przy wejściu, gdyż pojawił się w drzwiach po drugiej stronie holu.

– Robert! Co za miła niespodzianka! – wykrzyknął, podchodząc szybko z szerokim uśmiechem.

Poklepali się wzajemnie po ramionach.

Nagle gospodarz zauważył Wolverstone'a i Melville'a i uśmiech zniknął z jego twarzy. Declan spojrzał na brata i w jego błękitnych oczach pojawiło się pytanie.

– Czekali na zewnątrz – wyjaśnił Robert.

– Ach. Rozumiem.

Robert nie potrafił wywnioskować z tonu tej odpowiedzi, czy obecność pozostałych dwóch mężczyzn zwiastuje coś dobrego, czy złego.

Mimo to Declan z wielką uprzejmością powitał ich i uściskał im dłonie.

– Panowie – powiedział. Chwytając spojrzenie Wolverstone'a, dodał: – Może przejdziemy do salonu.

Ruchem ręki przepuścił wszystkich trzech do środka.

Wchodząc, Robert dosłyszał jeszcze pytanie kamerdynera:

– Czy mam poinformować jaśnie panią?

Declan bez wahania potwierdził.

Siadając w jednym z licznych foteli rozstawionych w przytulnym pokoju, Robert ze zdziwieniem pomyślał, że brat bez namysłu wezwał żonę na spotkanie o wyraźnie roboczym charakterze – choć nie potrafił się domyślić, o jakiego rodzaju robotę chodziło.

Ledwo gospodarz zdążył zaoferować gościom poczęstunek, którego wszyscy odmówili, drzwi się otworzyły i do środka wpłynęła Edwina. Wszyscy wstali, żeby ją powitać.

Ubrana w twarzową jedwabną suknię w chabrowe i białe prążki, Edwina sprawiała wrażenie szczęśliwej i uradowanej – promieniała nieskomplikowaną radością życia. Jej pierwszy uśmiech zarezerwowany był dla Declana, lecz zaraz potem zwróciła pogodne spojrzenie w kierunku szwagra i otworzyła ramiona.

– Robert!

Mimowolnie uśmiechnął się w odpowiedzi i pozwolił jej się uściskać.

– Edwino.

Spotkali się kilka razy, zarówno w jego, jak i jej rodzinnym domu, i Robert nie miał co do niej najmniejszych zastrzeżeń; od pierwszej chwili sprawiała wrażenie idealnej partnerki dla Declana. Odwzajemnił uścisk i posłusznie musnął wargami jej gładki policzek, który nadstawiła.

Edwina odsunęła się i popatrzyła szwagrowi w oczy.

– Jakże się cieszę, że cię widzę! Czy Declan mówił ci już, że zamierzamy zrobić z tego domu naszą londyńską bazę?

Prawie nie czekając na odpowiedź – i nie zwracając uwagi na szybkie spojrzenie, które Robert rzucił w kierunku Declana – zaczęła wypytywać o „Trójząb” i plany młodzieńca na ten dzień. Gdy Robert odpowiedział na pytania i rzekł, że nie przewiduje żadnych zajęć, oznajmiła, że w takim razie zje z nimi obiad i kolację.

Potem powitała Wolverstone'a i Melville'a. Swoboda, z jaką ich traktowała, wyraźnie świadczyła, że obaj byli jej znani.

Na jej łaskawe skinienie panowie znowu rozsiedli się w fotelach oraz na sofie i następne kilka minut upłynęło na rozmowie na tematy ogólne, prowadzonej oczywiście przez Edwinę.

Zauważając szybkie uśmiechy, jakie wymieniała z Declanem, Robert poczuł wyraźne ukłucie zazdrości. Nie żeby pragnął Edwiny; lubił ją, lecz miała zbyt silną osobowość jak na jego gust. Declan potrzebował takiej kobiety, żeby zrównoważyła jego charakter, lecz Robert miał zupełnie inną naturę.

Był rodzinnym dyplomatą, ostrożnym i rozważnym, podczas gdy trzech pozostałych braci cechowała zapalczywość.

– Dobrze więc. – Najwyraźniej usatysfakcjonowana informacjami na temat zdrowia rodziny, jakie przekazał Wolverstone, Edwina złożyła ręce na kolanach. – Zważywszy na panów obecność, Declan i ja powinniśmy chyba opowiedzieć Robertowi, jak spędziliśmy ostatnie pięć tygodni, na czym polegała nasza misja i czego dowiedzieliśmy się we Freetown.

Misja? Freetown? Robert sądził, że podczas gdy on sam przebywał po drugiej stronie Atlantyku, Declan i Edwina spędzali czas w Londynie. Najwyraźniej się mylił.

Edwina spojrzała na Wolverstone'a, unosząc brew.

– Tak zapewne będzie najszybciej – rzekł książę, skłaniając głowę.

Rezygnacja w jego głosie nie umknęła uwadze Roberta.

Był pewien, że i Edwina ją zauważyła, lecz ona tylko uśmiechnęła się, po czym przeniosła jasne spojrzenie na Declana.

– Może ty zacznij – zaproponowała.

Wspólnie opowiedzieli Robertowi historię swojej zdumiewającej wyprawy.

Fakt, że Edwina zakradła się na statek i dołączyła do Declana w wyprawie na południe, nie stanowił w gruncie rzeczy wielkiej niespodzianki. Lecz niezwykła sytuacja we Freetown – i, co za tym idzie, niebezpieczeństwo, które tam nad nimi zawisło i nieoczekiwanie wyciągnęło szpony po Edwinę – to była opowieść, która całkowicie przykuła jego uwagę.

Zanim Edwina zakończyła relację, zapewniając, że w trakcie wydarzeń ostatniej nocy w kolonii nie poniosła żadnej trwałej szkody, Robert nie miał już żadnych wątpliwości, dlaczego Wolverstone i Melville zasadzili się na niego pod domem Declana.

Melville szybko potwierdził jego podejrzenia.

– Jak pan widzi, kapitanie Frobisher – rzekł, wzdychając z frustracją – rozpaczliwie potrzebny nam człowiek o podobnych do pana brata talentach, który mógłby jak najszybciej wyruszyć do Freetown i pociągnąć śledztwo.

Robert rzucił spojrzenie na Declana.

– Zakładam, że podpada to pod naszą… zwyczajową współpracę z rządem?

– Istotnie – potwierdził Wolverstone. – Niewielu jest takich, którzy nadawaliby się do tego zadania, i nikt spośród nich nie ma szybkiego statku gotowego do drogi.

Wytrzymawszy przez sekundę jego spojrzenie, Robert kiwnął głową.

– Dobrze więc.

Było to zadanie znacznie odbiegające od jego typowych misji, podczas których przewoził przez ocean dyplomatów – lub wszelkiego rodzaju dyplomatyczne tajemnice – lecz Robert widział, że jego pomoc jest naprawdę potrzebna, a sprawa bardzo pilna. No i bywał już wcześniej we Freetown.

Popatrzył na Declana.

– Czy dlatego właśnie nie czekały na mnie w biurze żadne nowe zlecenia?

To go zaskoczyło po powrocie. Zazwyczaj zapotrzebowanie na jego usługi było tak wielkie, że „Trójząb” rzadko stał w porcie dłużej niż kilka dni, a Royd i jego „Korsarz” wiele razy musieli przejmować od niego część licznych zleceń.

Declan przytaknął.

– Wolverstone poinformował Royda, że po powrocie „Kormorana” rząd prawdopodobnie będzie potrzebował usług kolejnego z nas, a na szczęście ty miałeś akurat wracać. Dostałem od Royda wiadomość, jedna czeka też na ciebie w bibliotece. Zostaliśmy zwolnieni z naszych zwyczajnych zadań i mamy być do dyspozycji korony.

Robert skinął głową. Zastukał palcami w podłokietnik fotela, rozmyślając o wszystkich informacjach przekazanych przez Declana i Edwinę, suchych komentarzach Wolverstone'a oraz nielicznych uwagach Melville'a.

– No dobrze – rzekł. – Przekonajmy się, czy wszystko zrozumiałem. Zniknęło kolejno czterech oficerów na służbie, a ponadto co najmniej cztery młode kobiety i nieznana liczba innych mężczyzn. Do wszystkich zaginięć doszło na przestrzeni około czterech miesięcy. W tych kilku przypadkach, o których poinformowano gubernatora Holbrooka, zbagatelizował on sprawę, sądząc, że zaginieni ruszyli szukać szczęścia w dżungli lub gdzie indziej. Mniej więcej w tym samym czasie zniknęło także siedemnaścioro dzieci z biedoty, lecz Holbrook twierdzi, że to zwykłe dziecięce ucieczki i że nie ma się co dopatrywać w tym żadnych niepokojących działań. W tej chwili nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy Holbrook usiłuje wyciszyć te zniknięcia, ponieważ sam jest w nie uwikłany, czy też jego postępowanie wynika z jakichś zupełnie niewinnych pobudek. Wiemy jednak, że lady Holbrook niewątpliwie jest zamieszana w sprawę i najprawdopodobniej nie zastanę jej w kolonii. Muszę więc sprawdzić, czy sam Holbrook wciąż trwa na stanowisku. Jeśli tak, możemy założyć, że jest niewinny. – Robert uniósł brew i spojrzał na Wolverstone'a. – Zgadza się?

Książę przytaknął.

– Nie poznałem Holbrooka osobiście – dodał – ale z tego, czego zdołałem się dowiedzieć, nie sprawia wrażenia człowieka, który mógłby brać w tym udział. Może jednak należeć do tego typu urzędników, którzy nie podejmują działań, dopóki nie staną oko w oko z faktami i nie zmuszą ich do tego okoliczności.

Robert dodał tę informację do układanki, która powstawała w jego głowie, i mówił dalej:

– W przypadku zaginionych dorosłych mamy podstawy przypuszczać, że są oni na jakiejś zasadzie wybierani i że proces selekcji związany jest z udziałem w nabożeństwach miejscowego kapłana Obo Undoto. Nie wiemy natomiast, w jaki sposób giną dzieci, poza tym że nie ma to związku z kaznodzieją.

– Nie mamy nawet pewności, że dzieci porywane są przez tych samych ludzi i w tym samym celu co dorośli – wtrącił Declan.

– Lecz zważywszy na to, że poza mężczyznami giną także młode kobiety – dodała Edwina – istnieje prawdopodobieństwo, że wszyscy zaginieni, i dorośli, i dzieci, są w jakiś sposób… wykorzystywani. – Wysunęła podbródek. – Przez tych samych nikczemników.

– Bez względu na to, czy dzieci zabierane są w to samo miejsce – kontynuował Robert – zarzuty kapłanki (a wszystkie jak dotąd okazały się uzasadnione, więc można założyć, że jest godna zaufania) wyraźnie wskazują, że poszukiwania należy zacząć od Undoto i jego nabożeństw.

Nikt nie zanegował tych słów. Po sekundzie namysłu Robert mówił dalej, zwracając się do Declana i Edwiny:

– Jeśli dobrze zrozumiałem, to za bezpieczne źródła informacji uważacie kapłankę wodun, Lashorię, wielebnego Hardwicke'a, a bardziej nawet jego żonę, starego marynarza o imieniu Sampson oraz Charlesa Babingtona.

Oboje pokiwali głowami.

– To potencjalni sojusznicy i mogą być skłonni do pomocy w zdobyciu dalszych informacji – powiedział Declan, po czym popatrzył bratu w oczy. – Zwłaszcza Babington. Moim zdaniem interesuje się jedną z zaginionych kobiet ze względów osobistych, ale nie miałem okazji dokładnie go wypytać. Dysponuje on jednak środkami, które mogą okazać się przydatne.

Melville odchrząknął.

– Jest jeszcze wiceadmirał Decker. Nie mamy powodu przypuszczać, że jest zamieszany w jakiekolwiek pokątne działania w kolonii. – Spojrzał z niezadowoleniem na Declana, po czym zwrócił się do Roberta: – Dałem pańskiemu bratu list, który upoważniał go do zażądania wsparcia marynarki. Zdaje się, że jego treść była dość ogólnikowa, więc sądzę, że i pan będzie mógł z niego skorzystać.

– Decker był na morzu w trakcie mojego pobytu – wyjaśnił Declan. – Nadal mam ten list. Przekażę ci go – rzekł do Roberta.

Robert nie dał się zwieść obojętnemu głosowi brata; jemu też nie było spieszno, żeby zwracać się o pomoc do Deckera. Więcej nawet, miał nadzieję, że podczas jego wizyty w kolonii wiceadmirał nadal będzie na morzu.

– W każdym razie – stwierdził Wolverstone – to ważne, abyś w trakcie swojego pobytu nie uczynił nic, co mogłoby zawiadomić przestępców o zainteresowaniu władz. Musimy chronić życie porwanych. Nikt z nas nie chce nawet wyobrażać sobie sytuacji, w której poślemy misję ratunkową tylko po to, aby znalazła ciała. Nie możemy być pewni, kto z władz kolonii jest w to zamieszany ani komu można zaufać, dlatego wszystkie twoje działania muszą być tajne.

Robert skinął krótko głową. Im więcej słyszał i im więcej o tym myślał, tym bardziej utrzymanie sprawy w tajemnicy zdawało mu się najmądrzejszą strategią.

– Tak więc, kapitanie – podsumował energicznie Melville – musi pan udać się do Freetown, podążyć tropem, który wytyczył pański brat, i dowiedzieć się wszystkiego o tym nikczemnym spisku.

Wyraz twarzy Pierwszego Lorda stanowił mieszankę buty i czegoś przypominającego błaganie. Polityk najwyraźniej nie czuł się swobodnie w sytuacji, nad którą nie miał żadnej kontroli.

Zanim jednak Robert zdążył odpowiedzieć, Wolverstone odezwał się cichym głosem:

– W zasadzie nie. – Popatrzył młodzieńcowi w oczy. – Nie możemy cię prosić, żebyś dowiedział się wszystkiego.

Kątem oka Robert zobaczył, jak na twarzy Melville'a pojawia się rozczarowanie. Pierwszy Lord wbił spojrzenie w księcia, który w tej kwestii zasadniczo był jego mentorem.

Jakby nie zdając sobie sprawy z urażonych uczuć wicehrabiego, Wolverstone ciągnął:

– Z tego, co powiedział twój brat i czego dowiedziałem się ostatnio od innych osób, wynika, że jeśli porywaczami są handlarze niewolników, to powinni mieć we Freetown jakiś obóz, gdzie przetrzymują więźniów, dopóki nie uzbierają tylu, by przekazać ich zleceniodawcy. Obóz najprawdopodobniej znajduje się poza granicami kolonii, gdzieś w dżungli, może nawet dość daleko. – Tu Wolverstone spojrzał na Declana, który pokiwał głową z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wracając spojrzeniem do Roberta, książę mówił dalej: – Oznacza to, że ukończenie misji w zaledwie dwóch etapach jest wysoce niemożliwe. Będziemy musieli podjąć jeszcze dalsze kroki, żeby zdobyć wszystkie konieczne informacje, nie zdradzając się jednocześnie przed porywaczami. Twój brat… a także lady Edwina – tu książę skinął głową w jej kierunku – dostarczyli nam pierwszych, kluczowych wskazówek. Odkryli, że nabożeństwa Undoto stanowią część planu porywaczy, i skierowali nas na trop handlarzy niewolników. Potwierdzili też, że w sprawę uwikłane są osoby wysoko postawione w kolonii. O tym nie wolno nam zapominać. Jeśli zamieszana była w to lady Holbrook, niemal z pewnością będą też inni.

Spojrzenie Wolverstone'a powędrowało do Melville'a, który mimo przygnębionej, a nawet naburmuszonej miny nie próbował się wtrącać.

– Dlatego więc – ciągnął książę – twoja misja polegać będzie na potwierdzeniu związku handlarzy niewolników z Undoto i wyśledzeniu, gdzie znajduje się obóz. Oto twoje rozkazy. Masz znaleźć ich bazę, wrócić i złożyć raport. Nawet jeśli by cię kusiło, nie wolno ci podążyć za tropem. – Wolverstone na chwilę zamilkł. – Rozumiem, że najprawdopodobniej nie będzie ci łatwo zastosować się do tego polecenia. Ja sam nie znajduję w nim żadnej przyjemności. Ale jeśli mamy zaplanować operację ratunkową, musimy poznać położenie obozu. Jeśli pójdziesz dalej i sam dasz się schwytać… Mówiąc wprost, nie stać nas na to przez wzgląd na zaginionych. Jeśli ktoś cię uprowadzi, nie dowiemy się o tym aż do powrotu twojej załogi. A kiedy to się stanie, będziemy tak samo dalecy od rozwiązania sprawy jak teraz. Ani odrobinę nie zbliżymy się do informacji potrzebnych, żeby uratować porwanych.

Wolverstone zerknął na Melville'a i wrócił spojrzeniem do Roberta.

– Prowadzenie misji etapami może się wydawać dość żmudne, lecz zagwarantuje stałe postępy, a porwani zasługują z naszej strony na dołożenie wszelkich starań, żeby ich uwolnić.

Robert popatrzył w oczy księcia. Minęły dwie sekundy. Skinął głową.

– Znajdę obóz handlarzy i dostarczę wam tę informację.

Prosto. Bezpośrednio. Nie widział żadnych powodów, aby się spierać. Skoro musiał popłynąć z tą misją do Freetown, cieszył się, że wyznaczono mu tak jasny i konkretny cel.

Wolverstone skłonił głowę.

– Dziękuję. Zostawimy cię, abyś mógł się przygotować.

Wicehrabia Melville wstał, a w ślad za nim cała reszta.

– Kiedy statek może być gotów do wypłynięcia? – spytał, wyciągając do Roberta rękę, którą ten uścisnął.

– Za kilka dni.

Podczas gdy wszyscy się żegnali i przemieszczali w stronę wyjścia, młodzieniec już zastanawiał się nad logistyką.

– Poślę „Trójząb” do Southampton – odezwał się – żeby zaopatrzyć go w tamtejszych składach. Sądzę, że w ciągu trzech dni powinienem móc postawić żagle.

Melville wydał z siebie krótkie „Hm!”, lecz nic nie powiedział. Po jego minie Robert wnosił, że Pierwszy Lord przejmuje się sytuacją we Freetown bardziej nawet niż Wolverstone.

Ale też na księciu nie spoczywał w tym wypadku ciężar odpowiedzialności, podczas gdy Melville… O ile Robert się orientował, ta sprawa mogła zaważyć na politycznej, a być może też towarzyskiej karierze Pierwszego Lorda Admiralicji.

Wrócił do salonu i zajął fotel naprzeciwko sofy. Po odprowadzeniu swoich nieoczekiwanych gości do drzwi Declan i Edwina dołączyli do niego.

Kiedy znowu usiedli, powiódł po nich wzrokiem.

– No dobrze. A teraz opowiedzcie mi resztę.

Jak się spodziewał, oboje mieli mu do powiedzenia o wiele więcej o mieszkańcach Freetown, o tych wszystkich, którzy odegrali choć niewielką rolę w ich śledztwie, o niebezpieczeństwach czyhających w dzielnicy biedoty, a także o wielu innych rzeczach, które mogły się okazać przydatne, a nawet kluczowe, podczas pobytu w kolonii.

Mijały godziny, lecz żadne z nich nawet nie zwróciło na to uwagi.

Kiedy zegary wybiły pierwszą, przenieśli się do jadalni, aby kontynuować rozmowę przy obiedzie. Robert uśmiechnął się szeroko na widok wnoszonych półmisków.

– Dziękuję – zwrócił się do Edwiny. – Na statku nie karmią źle, ale miło zjeść przyzwoity posiłek, kiedy ma się okazję.

W końcu wrócili do salonu. Po omówieniu dogłębnie wszystkich faktów i wniosków przeszli do najważniejszej kwestii, czyli celu tych dziwnych porwań.

Robert rozparł się niedbale w fotelu, wyciągnął długie nogi, krzyżując je w kostkach, i oparł brodę o koniuszki złożonych palców.

– Mówiliście, że jako pierwszy zniknął Dixon. Jest on uznanym inżynierem, więc jeśli wybrano go przez wzgląd na te powszechnie znane talenty, faktycznie sugerowałoby to, że nasi złoczyńcy najprawdopodobniej zamierzają zbudować kopalnię.

Declan, wyciągnięty na sofie obok Edwiny, pokiwał głową.

– W każdym razie to byłoby najbardziej logiczne w tamtych warunkach.

– A co tam się wydobywa? – spytał Robert, patrząc w niebieskie oczy brata. Bardzo szanował jego znajomość surowców i warunków geograficznych. – Znasz te strony lepiej niż ja. Co byś podejrzewał?

– Złoto i diamenty – rzekł Declan, splatając palce z palcami Edwiny.

– Zakładam, że nie jedno i drugie naraz, więc co byś obstawiał?

– Jeśli miałbym iść o zakład, wybrałbym diamenty.

– Dlaczego?

Declan wydął usta i spojrzał na Edwinę.

– Zastanawiałem się, dlaczego porywacze postanowili uprowadzać kobiety i dzieci; do czego mogły im być potrzebne? Dzieci często wykorzystuje się w kopalniach złota, żeby zbierały kawałki wykruszonej rudy. W kopalni diamentów przydałyby się do tego samego. Ale kobiety? W wydobywaniu złota nie odgrywają, o ile mi wiadomo, żadnej roli. Lecz przy diamentach? – Ściskając żonę za rękę, popatrzył na Roberta. – Diamenty w tych okolicach wymieszane są z inną rudą. Wykruszenie ich z kamienia to delikatna praca. Chodzi nie tyle o precyzję, ile po prostu o drobne palce. Młode kobiety o dobrym wzroku mogłyby czyścić nieociosany kruszec, żeby zmniejszyć rozmiar i wagę kamieni. Produkt końcowy nie traciłby w ten sposób na wartości, ale zajmowałby mniej miejsca i łatwiej byłoby go przemycić, chociażby pocztą. – Declan umilkł na chwilę. – Gdybym musiał zgadywać, powiedziałbym, że nasi porywacze wpadli na rudę diamentów i chcą wydobyć ich jak najwięcej, zanim ktoś inny się o tym dowie.

***

Później tego samego dnia w tawernie położonej przy wąskiej uliczce na zachodnim krańcu Water Street we Freetown – była to okolica uczęszczana przez pracowników biurowych, sklepikarzy i inne, nieco uboższe warstwy – pewien osobnik, odziany znacznie zamożniej niż pozostali klienci, usiadł z kuflem piwa przy stole w dalekim kącie słabo oświetlonej sali.

Drzwi się otworzyły i do środka wszedł inny człowiek. Pierwszy mężczyzna podniósł wzrok. Przyglądał się, jak nowo przybyły, również odziany lepiej niż przeciętni bywalcy tawerny, kupuje piwo i rusza w kierunku jego stołu.

Skinęli sobie głowami, ale nic nie powiedzieli. Nowo przybyły przysunął sobie stołek i usiadł, po czym pociągnął z kufla. Do jego uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi, lecz zwrócony był plecami do wejścia, dlatego nie widział, kto wchodzi. Popatrzył na pierwszego mężczyznę.

– To on?

Tamten kiwnął głową.

Czekali w milczeniu. Przybyły zaopatrzył się w piwo, podszedł do nich, postawił kufel na porysowanym blacie i przyciągnął sobie stołek.

– Zetrzyj z twarzy tę nieszczęsną minę winowajcy – powiedział drugi mężczyzna, unosząc kufel i pociągając łyk piwa.

– Łatwo ci gadać. – Trzeci, młodszy od pozostałych, również się napił. – Wy nie pracujecie bezpośrednio pod swoimi wujami.

– Tu nas przecież nie zobaczy, prawda? – powiedział drugi. – Siedzi teraz w forcie. Na pewno w tej chwili skrzętnie sprawdza inwentarz.

– Boże… oby nie. – Najmłodszy mężczyzna aż się wzdrygnął. – Ostatnie, czego nam trzeba, to, żeby się zorientował, ilu rzeczy brakuje.

Pierwszy, który dotąd przysłuchiwał się w milczeniu, uniósł brew.

– To raczej niemożliwe, prawda?

Młodszy westchnął.

– Nie, raczej nie. – Wbił spojrzenie w kufel. – Uważałem, żeby nic, co zabraliśmy, nie trafiło do ksiąg rachunkowych. Nie da się wykryć, że coś zniknęło, jeśli zgodnie z księgami nigdy tego nie było.

Pierwszy mężczyzna wygiął usta w chłodnym uśmiechu.

– Dobrze wiedzieć.

– To nieważne. – Drugi wbił spojrzenie w pierwszego. – Co to za gadanie o lady H? Słyszałem w kancelarii, że dała nogę.

Pierwszy mężczyzna zaczerwienił się pod opalenizną. Jego dłonie zacisnęły się na kuflu.

– Powiedziano mi, że wyjechała odwiedzić krewnych. O ile mi wiadomo, to może być prawda. Więc owszem, zniknęła, ale ponieważ nie ma pojęcia o moim udziale w operacji, nie uznała za stosowne mi się tłumaczyć. Rozpytałem trochę, oczywiście nie wprost, lecz podobno nawet Holbrook nie wie, kiedy wróci.

– Więc pewnie straciliśmy możliwość sprawdzania naszych potencjalnych ofiar? – Drugi mężczyzna zmarszczył brwi.

– Owszem – odpowiedział pierwszy – ale nie to mnie najbardziej martwi. – Przerwał, żeby napić się piwa, po czym odstawił kufel i mówił dalej: – Wczoraj słyszałem od Dubois, że Kale stracił dwóch z trzech ludzi, których wysłał do domu gubernatora po jakąś damę wskazaną przez lady H.

Trzeci mężczyzna zrobił zdziwioną minę.

– Kiedy to było?

– Wedle moich rachunków piętnaście nocy temu. Trzy dni przed wyjazdem lady H. Spędziłem tamten wieczór na rozprawianiu się z depeszami, więc nic o tym wtedy nie słyszałem. – Pierwszy mężczyzna przerwał, po czym ciągnął odrobinę niepewnie: – O ile zdołałem się zorientować, chodziło o żonę Frobishera, lady Edwinę, która tamtego wieczoru przyszła się zobaczyć z lady H. Ale nie mogę być pewien, że to właśnie ją kazano zabrać Kale'owi, a nie widzę sensu w nadmiernym wypytywaniu pracowników gubernatora. Według Dubois Kale mówił, że kobieta, którą zabrali jego ludzie, była nieprzytomna, gdyż podano jej środek usypiający. Jedyne, co mógł powiedzieć ten, który przeżył, to, że miała złote włosy. Poszli jak zwykle we trzech, owinęli ją w dywan i wynieśli przez dzielnicę biedoty, ale zaatakowało ich czterech ludzi, podobno jacyś marynarze. Zabili dwóch z ludzi Kale'a i odbili kobietę. Ten trzeci uciekł, ale potem zawrócił i poszedł za nimi do portu. Widział, jak wsiadają do łódki i odpływają, ale w mroku nie mógł zobaczyć, do którego statku dobili.

Drugi mężczyzna nadal wpatrywał się w kufel ze zmarszczonym czołem.

– Jeśli dobrze pamiętam, statek Frobishera stał tamtej nocy w porcie. Następnego dnia już go nie było. Musieli wypłynąć z poranną falą.

Pierwszy prychnął.

– Mówiono, że to była ich… to jest Frobishera i lady Edwiny… no więc to była ich podróż poślubna. Podobno wybierali się w odwiedziny do krewnych w Kapsztadzie. Jeśli to prawda, to nawet jeżeli kobietą uśpioną przez lady H rzeczywiście była lady Edwina (a w takim razie Bóg jeden wie, po co ta durna baba w ogóle się na nią porwała), nie sądzę, żebyśmy usłyszeli jeszcze o tej sprawie.

Trzeci mężczyzna wbił w niego spojrzenie.

– Ale… przecież Frobisher na pewno złoży jakąś oficjalną skargę u Holbrooka.

Pierwszy wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Bardzo wątpię. Lady Edwina to córka księcia, wysoko postawiona w londyńskim towarzystwie. Doprawdy nie wyobrażam sobie, żeby Frobisher chciał przyciągać uwagę do faktu, że jego małżonka znalazła się w rękach typów pokroju ludzi Kale'a, sama, w nocy, w ciemnej uliczce. Nie jest to informacja, którą chciałby rozpowszechniać o swojej żonie.

– To prawda. – Drugi mężczyzna pokiwał głową. – Odzyskał ją i wygląda na to, że nie stała się jej żadna krzywda. Na tym poprzestanie. – Przerwał, po czym dodał: – Gdyby Frobisher miał zamiar narobić rabanu, poszedłby i walnął pięścią w biurko Holbrooka, zamiast opuszczać miasto. Nie zrobił tego, więc zgadzam się… sprawa zamknięta. – Rzucił spojrzenie na trzeciego. – Nie ma się czym przejmować.

Pierwszy mężczyzna wsparł brodę na dłoni.

– Nie musimy się też chyba obawiać, że lady H komukolwiek nas wyda – rzekł. – Ma do stracenia o wiele więcej niż my. Jedynym powodem, dla którego zgodziła się na propozycję Undoto, były pieniądze. Tylko na tym jej zależało. A jeśli naprawdę próbowała uśpić i posłać do Kale'a lady Edwinę, to doskonale rozumiem, dlaczego wolała się ulotnić po jej ucieczce. Też bym tak zrobił. A jeżeli to wszystko prawda, to i dla nas lepiej, że się stąd zabrała… Lepiej, żeby jej tu nie było, kiedy ktoś zacznie zadawać niezręczne pytania na ten temat, o ile w ogóle do tego dojdzie.

– Ona i tak wie zbyt mało, żeby ściągnąć na nas kłopoty – mruknął drugi mężczyzna.

Pierwszy skinął głową.

– To prawda. Ale mogłaby wskazać Undoto albo Kale'a, a wtedy cała sprawa by się sypnęła… Nie. Ogólnie rzecz biorąc, powinniśmy się cieszyć, że zniknęła. Ale jeśli nie zamierza wracać, to musimy się zastanowić, kto ma na tyle duże rozeznanie, żeby ją zastąpić. – Spojrzał na pozostałych dwóch i uniósł brwi. – Macie jakiś pomysł, jak selekcjonować ofiary, żeby ich zniknięcie nikogo nie zaniepokoiło?

Odpowiedziało mu milczenie.

Wreszcie drugi mężczyzna przeczesał dłonią gęste czarne włosy.

– Odłóżmy na razie ten temat, ale miejmy oczy otwarte na wszelkie możliwości. Jak na razie Dubois ma dość ludzi.

– Lecz mówi, że będzie potrzebował więcej – zareplikował pierwszy. – Podobno Dixon ma wkrótce otworzyć drugi korytarz, a wtedy Dubois będzie potrzebował robotników, jeśli mamy zwiększyć obroty do poziomu obiecanego sponsorom.

– Więc ludzie będą mu potrzebni wkrótce, ale jeszcze nie w tej chwili. – Drugi pokiwał głową. – Na nic mu się nie zdadzą, dopóki drugi korytarz nie zostanie oczyszczony z kamieni.

Wszyscy trzej zamilkli.

– Mam nadzieję, że Dixonowi można zaufać – prychnął wreszcie drugi mężczyzna.

Pierwszy wygiął usta.

– Dubois jest przekonany, że Dixon zrobi dokładnie to, czego od niego chcemy, żeby pannie Frazier włos z głowy nie spadł.

Drugi uśmiechnął się szeroko.

– Muszę przyznać, że ten jego pomysł, aby szantażować mężczyzn bezpieczeństwem kobiet, był wręcz genialny.

Pierwszy burknął coś i odepchnął od siebie pusty kufel, mówiąc:

– O ile tylko nie zaczną myśleć na wyrost i nie zorientują się, że kiedy przestaną nam być potrzebni, wszyscy skończą tak samo.

***

Kiedy Robert wychodził „Trójzębem” z cieśniny Solent, daleko na wschodzie wstawał świt. Dzień był pochmurny i wietrzny, zielonoszare fale poszarpane, lecz wiatr wiał z północnego wschodu i idealnie sprzyjał żegludze, przynajmniej przy takim kursie, jaki obrali.

Robert wstał bardzo wcześnie i ustawił „Trójząb” tak, aby jako jeden z pierwszych wyszedł z portu na porannej fali. Mając przed dziobem otwartą przestrzeń, szybko nakazał wciągać kolejne żagle. Statki takie jak „Trójząb” pływały najlepiej na dużych prędkościach, pod pełnymi żaglami; zaprojektowano je tak, aby mknęły po falach.

W zasięgu wzroku pojawiły się boje znaczące ujście Solentu, podskakujące i kołyszące się na wodzie. Robert skorygował kurs i gdy tylko w kanale La Manche uderzyły w nich pierwsze fale, skręcił kołem. Statek przechylił się, a on szybko zarządził zmiany. Jego załoga uwijała się jak w ukropie, aż wreszcie skorygowano ustawienie żagli i „Trójząb” wystrzelił na ciemniejsze wody kanału, obierając kurs, który na Atlantyku miał ich wyprowadzić prosto na południe.

Kiedy statek się ustabilizował, Robert sprawdził żagle i zadowolony oddał ster swojemu pierwszemu oficerowi, Jordanowi Latimerowi.

– Tylko nie popuszczaj. Zmienię cię na następnej wachcie. – Miał ją objąć akurat wtedy, gdy skręcą dalej na południe i rozpoczną najdłuższą część rejsu.

Latimer wyszczerzył się i zasalutował energicznie.

– Tak jest, kapitanie. Rozumiem, że się spieszymy?

Robert przytaknął.

– Wierz lub nie, ale „Kormoran” wyrobił się w drodze powrotnej w dwanaście dni.

– Dwanaście? – Na twarzy Latimera odmalowało się niedowierzanie.

– Royd pokrył kadłub jakimś nowym lakierem i podłubał coś przy sterze. Podobno płynąc pod pełnymi żaglami, zaoszczędzili prawie jedną szóstą czasu. Nawigator Declana doniósł, że nawet podróż z Aberdeen do Southampton trwała znacznie krócej.

Latimer pokręcił głową z podziwem.

– Szkoda, że przed wyruszeniem nie mieliśmy czasu oddać statku w ręce Royda i jego chłopaków. Nigdy się nie wyrobimy w dwanaście dni.

– Fakt. – Robert odwrócił się, żeby zejść na główny pokład. – Ale nie ma powodu, aby nie zdążyć w piętnaście, o ile nie będziemy ściągać żagli.

Dadzą radę, jeśli wiatr się utrzyma. Robert zszedł po drabince i przeszedł się wzdłuż sterburty, sprawdzając węzły, bloczki i osadzenie drzewców, nasłuchując skrzypienia żagli – słowem, doglądając wszelkich drobiazgów, żeby zyskać pewność, że wszystko na jego statku jest w najlepszym porządku.

Przy dziobie przystanął i obejrzał się na kilwater, jakby czuł załamanie fal i kąt nachylenia kadłuba. Nie dostrzegając nic niepokojącego, odwrócił się i spojrzał przed siebie, gdzie w oddali chmury ustępowały miejsca błękitowi nieba.

Przy odrobinie szczęścia na Atlantyku pogoda się poprawi i będą mogli wciągnąć jeszcze więcej żagli.

Statek szarpnął i Robert uchwycił się relingu. Pokład się wyprostował, a on oparł się o burtę i od niechcenia rozejrzał po morzu.

Jak się spodziewał, rejs z Londynu do Southampton i odpowiednie zaopatrzenie „Trójzębu” w firmowych składach zajęło im trzy dni. Jeśli dodać do tego kolejne czternaście na podróż, razem wyjdzie osiemnaście od momentu, gdy przyjął misję, do chwili, gdy zobaczy Freetown. Czternaście pełnych dni, zanim będzie mógł się zabrać do roboty.

Ku swojemu zdumieniu poczuł, że ogarnia go zniecierpliwienie. Chciał jak najszybciej wykonać zadanie i o nim zapomnieć.

Trudno mu było powiedzieć dokładnie dlaczego, ale ostatniej nocy, kiedy leżał w łóżku – zimnym, samotnym i niespecjalnie ekscytującym – wreszcie pochwycił przebłysk przyczyny tych nietypowych i niepokojących emocji.

Po trzech dniach spędzonych w towarzystwie brata i jego żony zapragnął tego samego, co Declan znalazł u boku Edwiny – szczęścia i domu.

Dopóki nie ujrzał tego na własne oczy, dopóki sam nie posmakował nowego życia Declana, Robert nie zdawał sobie sprawy, jak głęboko pragnienie założenia swojej rodziny zakorzeniło się w jego sercu.

Mówiąc wprost, zazdrościł bratu i chciał dla siebie tego samego, co tamten już miał.

Nie był do końca pewien, jaka ma być jego przyszła żona – nie miał jeszcze czasu porządnie się nad tym zastanowić – lecz uważał się za dyplomatę, mężczyznę o spokojniejszym charakterze niż Royd czy Declan, i sądził, że wybór życiowej towarzyszki powinien to odzwierciedlać.

Jednak wszystkie plany w tym zakresie należało odwiesić na kołek. Na pierwszym miejscu była misja.

I właśnie dlatego tak mu się spieszyło, żeby ją wykonać.

Odepchnął się od burty i ruszył w stronę zejściówki. Zeskoczył na dolny pokład i skierował się do swojej kabiny. Przestronna i wyposażona we wszystko, czego trzeba do wygodnego życia, zajmowała całą szerokość rufy.

Rozsiadając się w fotelu za dużym biurkiem, Robert otworzył najniższą szufladę po prawej stronie i wyjął swój dziennik.

Prowadzenie dziennika było nawykiem, który przejął od matki. W czasach, gdy żeglowała z ojcem, codziennie zapisywała wydarzenia dnia. Zawsze znalazło się coś godnego odnotowania. Robert natrafił na te zapiski jeszcze jako chłopiec i przez kilka miesięcy czytał je od deski do deski. Znalezione w nich szczegółowe obserwacje na temat pokładowej rutyny wciąż kształtowały jego sposób myślenia; ich wpływ na jego rozumienie żeglugi jako stylu życia był wprost nieoceniony.

Tak więc sam również postanowił prowadzić dziennik. Może kiedy będzie miał synów, przeczytają go i także odkryją uroki życia na morzu.

Dzisiaj napisał o mroku panującym podczas zrzucania cum i odbijania od kei i o ogromnej mewie siodłatej, którą widział odpoczywającą na boi tuż za wyjściem z portu. Przerwał, po czym jego pióro zaczęło dalej skrobać po papierze. Pisał o niecierpliwości, z jaką wyglądał rozpoczęcia misji, i na czym ona polega.

Wreszcie zamaszystym ruchem postawił ostatnią kropkę.

Odłożył pióro i przeczytał to, co napisał. Atrament zdążył już wyschnąć. Robert niedbale przekartkował gęsto zapisane strony, zatrzymując się tu i tam, żeby przypomnieć sobie jakiś wpis.

Wreszcie przestał czytać i wpatrywał się tylko niewidzącym wzrokiem w tekst, a do jego umysłu powoli docierało, na co właściwie patrzy. Jego spojrzenie mimowolnie powędrowało do przeszklonej szafki na ściance rufowej: zawierała wszystkie wcześniejsze dzienniki ustawione starannie na jednej półce.

Kronika jego życia.

Niewiele w nim osiągnął.

W każdym razie w głębszym tego słowa znaczeniu.

Owszem, przyczynił się do wykonania dużej liczby zadań, które przyniosły konkretne korzyści jego krajowi. Większość stanowiły mniej lub bardziej dyplomatyczne misje. Gdy tylko dostał statek, zarezerwował dla siebie wszystkie tego typu zlecenia – był to sposób na odróżnienie się od Royda i Declana. Royd był od niego starszy o dwa lata, Declan zaś – o rok młodszy, lecz obaj mieli w sobie prawdziwą żyłkę do poszukiwania przygód, a w ich piersiach biły serca bukanierów. Żaden z nich nie protestowałby też przeciwko takiemu opisowi; jeśli już, cieszyliby się, że ludzie postrzegają ich w ten sposób.

Robert jednak, jako drugi w kolejności, postanowił obrać inną ścieżkę – również najeżoną niebezpieczeństwami, choć innego rodzaju.

Podczas gdy bracia nierzadko byli narażeni na udział w ulicznych burdach, jemu samemu groziło raczej trafienie do zagranicznego więzienia z powodu popełnienia niezamierzonego nietaktu przy kolacji.

Royd i Declan umieli wywijać szpadami i pięściami, Robert natomiast równie umiejętnie posługiwał się językiem.

Nie żeby nie dorównywał braciom na polu walki; mając taką rodzinę, musiał sobie radzić i pod tym względem. Była to kwestia przetrwania.

Wspomnienia z dzieciństwa wywołały uśmiech na jego twarzy, lecz Robert szybko wrócił myślami do teraźniejszości i przyszłości.

Po chwili zatrzasnął dziennik i schował go do szuflady. Podniósł się i ruszył na pokład.

Jego życie było ostatnio tak nudne – może to i dobrze, że trafiło mu się zadanie inne niż zwykła dyplomatyczna misja. Jakaś odmiana, która wytrąci go z rutyny, zanim Robert zwróci myśli ku decyzjom, które zaważą na całej jego przyszłości.

Coś na odświeżenie przed tym, jak przyjmie największe wyzwanie swojego życia.

Wychodząc na pokład, poczuł podmuch wiatru i uniósł twarz ku ożywczej bryzie.

Odetchnął głęboko i rozejrzał się – morze rozciągało się w nieskończoność, jak zawsze wytyczając ścieżkę w przyszłość.

Tym razem jego droga była wyjątkowo jasna.

Popłynie do Freetown, dowie się, czego ma się dowiedzieć, wróci do Londynu i złoży raport – po czym weźmie się za szukanie żony.

Dwa

– Dzień dobry. – Panna Aileen Hopkins utkwiła uprzejme, acz zdecydowane spojrzenie w twarzy znudzonego urzędnika, który podszedł do drewnianego kontuaru oddzielającego petentów od pracowników Urzędu Attaché Morskiego.

Placówka ta, położona w pobliżu Kei Rządowej w porcie Freetown, była głównym punktem kontaktu z lądem dla załóg obsadzających okręty Eskadry Zachodnioafrykańskiej. Eskadra patrolowała morza na zachód od Freetown, egzekwując wprowadzony przez brytyjski rząd zakaz handlu niewolnikami.

– Tak, panienko? – Mimo pytania w oczach mężczyzny nie widać było ani śladu zainteresowania, nie mówiąc już o nieco posępnej obojętności na jego twarzy.

Aileen miała jednak zbyt duże doświadczenie w obchodzeniu się z biurokratami, żeby dać się zniechęcić.

– Chciałabym zapytać o mojego brata, porucznika Williama Hopkinsa.

Położyła na kontuarze czarną podróżną torebkę i złożyła na niej dłonie, starając się sprawiać wrażenie osoby, która nie da się zbyć byle czym.

Urzędnik popatrzył na nią i jego brwi z wolna zaczęły się marszczyć.

– Hopkins?

Spojrzał na dwóch kolegów, którzy siedzieli przy biurkach twarzami do ściany i ostentacyjnie udawali głuchotę, choć w tak małym biurze musieli wszystko słyszeć. Urzędnik przy ladzie jednak także nie należał do ludzi, których łatwo zniechęcić.

– Hej, Joe! – zawołał, a kiedy jeden z tamtych niechętnie uniósł głowę i obejrzał się, powtórzył: – Hopkins. Czy to nie ten młody, który zniknął Bóg wie gdzie?

Mężczyzna na krześle rzucił szybkie spojrzenie w stronę Aileen i kiwnął głową.

– Zgadza się. Będzie jakieś trzy miesiące.

– Zdaję sobie sprawę, że mój brat zaginął – powiedziała Aileen. Przybrała surowszy ton, nie potrafiąc zapanować nad irytacją. – Pragnę się natomiast dowiedzieć, dlaczego był wtedy na lądzie, a nie na pokładzie H.M.S. „Winchester”.

– Co do tego, panienko… – głos pierwszego urzędnika zrobił się zdecydowanie sztywniejszy – nie jesteśmy upoważnieni do udzielania informacji.

Aileen milczała przez chwilę, przyswajając te słowa, po czym odpowiedziała:

– Czy mam rozumieć, że zna pan powód, dla którego William… to jest porucznik Hopkins… był na lądzie wtedy, gdy powinien być na morzu?

Urzędnik wyprostował się i zesztywniał.

– Obawiam się, panienko, że pracownikom naszego urzędu nie wolno ujawniać poczynań oficerów marynarki.

– Nawet jeśli zaginą? – spytała Aileen, pozwalając, aby na jej twarzy odmalowało się niedowierzanie.

– Wszelkie pytania na temat operacji marynarki powinny być kierowane do admiralicji – oświadczył jeden z tych przy biurkach, nie oglądając się nawet w jej stronę.

Aileen zmrużyła oczy i wbiła wzrok w tył jego głowy. Kiedy nadal nie chciał się obejrzeć, stwierdziła dobitnie, lecz pozbawionym wyrazu głosem:

– Za moją ostatnią wizytą w admiralicji mieściła się ona w Londynie.

– Rzeczywiście, panienko – potwierdził ten przy kontuarze, a kiedy przeniosła na niego spojrzenie, popatrzył jej w oczy z obojętnym wyrazem twarzy. – Tam właśnie będzie musiała się panienka zwrócić.

Aileen nie przyjęła do wiadomości porażki.

– Chciałabym się widzieć z pana przełożonym.

Mężczyzna nawet nie mrugnął.

– Przykro mi, panienko. Nie ma go.

– A kiedy wróci?

– Obawiam się, że nie mogę tego powiedzieć, panienko.

– Jego poczynań też zapewne nie wolno panu ujawniać?

– Nie, panienko. Po prostu tego nie wiemy. – Po sekundzie urzędnik, być może widząc, że zaraz poniosą ją nerwy, podsunął: – Jest gdzieś na mieście. Jeśli będzie się panienka uważnie rozglądać, może panienka na niego wpadnie.

Aileen już miała na czubku języka wyzwiska, którymi chciała go obrzucić – jego, dwóch koleżków i samego attaché również. Zapytać w admiralicji? Toż to praktycznie na drugim końcu świata!

Przyszło jej do głowy, żeby podziękować, ale natychmiast porzuciła ten pomysł. Nawet sarkastyczne podziękowanie nie przeszłoby jej przez gardło.

Czując wzbierający gniew – ten najgorszego rodzaju, zabarwiony strachem – rzuciła urzędnikowi mordercze spojrzenie, podniosła torebkę, obróciła się na pięcie i wymaszerowała z urzędu.

Stukając obcasami po grubych, spłowiałych deskach kei, gniewnym krokiem weszła po stopniach na zakurzoną ulicę. Furkocząc spódnicą, pospiesznie wspinała się na wzgórze w kierunku ruchliwej Water Street.

Kiedy już miała na nią wkroczyć, przystanęła i zmusiła się, żeby unieść głowę i odetchnąć głęboko.

Spowijał ją upał, duszny i parny.

W skroniach tętniła zapowiedź migreny.

I co teraz?

Przyjechała taki kawał drogi z Londynu, żeby się dowiedzieć, co się stało z Willem. To jasne, że marynarka nie zamierzała jej pomóc… Ale kiedy stwierdziła, że Will musiał być na lądzie z jakiegoś konkretnego powodu, w reakcji urzędnika było coś dziwnego…

Jej starsi bracia też służyli w marynarce. Aileen wiedziała, że obaj przebywali czasem na lądzie, wysyłani przez przełożonych w tajnych misjach.

Oczywiście i ona, i rodzice – a nawet pozostali bracia – dowiadywali się o wszystkim dopiero po fakcie.

Czy Willa też wysłano z jakąś tajną misją? Czy dlatego właśnie przebywał na lądzie? Na tyle długo, by ktoś zdążył go uprowadzić? Aileen zmarszczyła brwi. Po chwili zgarnęła spódnicę i ruszyła dalej, skręcając w Water Street, główną ulicę kolonii. Musiała załatwić kilka sprawunków w tutejszych sklepach, a potem znaleźć powóz, który zawiezie ją do wynajętego pokoju na Tower Hill.

Nawet w trakcie zakupów nie potrafiła przestać rozmyślać nad podstawowymi pytaniami.

Kim byli porywacze Willa?

I jak mogła się tego dowiedzieć?

***

– Dzień dobry, panno Hopkins! Wcześnie panienka dziś wyszła!

Aileen zamknęła drzwi Stancji Pani Hoyt dla Eleganckich Dam i stanęła twarzą w twarz z właścicielką.

Pani Hoyt była pulchną, serdeczną wdową o kręconych rudych włosach i okrągłej twarzy. Słynęła z plotkarskiego języka i tego, że sprawami swoich pensjonariuszek przejmowała się jak własnymi. Obdarzyła Aileen promiennym uśmiechem znad sterty świeżo wypranej pościeli, którą trzymała w ramionach; zasłaniała w ten sposób całe wejście do swojej kwatery znajdującej się po lewej stronie holu wejściowego, naprzeciwko wspólnego saloniku.

Aileen zdążyła już przejrzeć charakter pani Hoyt, dlatego uniosła kilka owiniętych w brązowy papier paczek i rzekła tylko:

– Wybrałam się po przybory do pisania. Muszę napisać do domu.

Gospodyni pokiwała głową z aprobatą.

– Oczywiście. Jeśli będzie panienka chciała, żeby ktoś zaniósł listy na pocztę, proszę dać znać.

– Dziękuję.

Odpowiadając skinieniem głowy, które nie oznaczało bynajmniej zgody, Aileen weszła po schodach.

Jej sypialnia znajdowała się na pierwszym piętrze. Był to miły narożny pokoik, którego okno wychodziło na ulicę. Zasłaniające je koronkowe firanki nadawały pozór zaciszności. Pod oknem stał zwyczajny damski sekretarzyk, a pod spodem stołek. Aileen odłożyła sprawunki i torebkę na blat, po czym zdjęła rękawiczki, rozpięła lekki żakiecik i zsunęła go z siebie. Nawet przy otwartym oknie powietrze było praktycznie nieruchome.

Wyciągnęła stołek i usiadła przy sekretarzyku. Otworzyła pakunki, rozłożyła przed sobą papier i atrament, umocowała w piórze nową stalówkę, po czym nie pozwalając sobie na dalszą zwłokę, zabrała się do poinformowania rodziców, gdzie i dlaczego się znajduje.

Jeszcze niedawno przebywała w Londynie u starej znajomej i cieszyła się atrakcjami sezonu towarzyskiego przed powrotem do domu w Bedfordshire. Jej życia nie zakłócała najmniejsza troska. Wtedy jednak dostała od rodziców list, w którym przesłali jej oficjalne pismo z admiralicji z informacją, że ich syn, porucznik William Hopkins, zaginął we Freetown. Sugerowano, że uciekł do dżungli w poszukiwaniu szczęścia, ponieważ nie miał pozwolenia na urlop.

Rodzice, co zrozumiałe, byli głęboko wstrząśnięci. Aileen uznała to wszystko za niedorzeczne. Bo też niedorzecznością było twierdzić, że jakikolwiek Hopkins mógłby oddalić się bez pozwolenia! Od czterech pokoleń wszyscy mężczyźni z jej rodziny wiązali swoje losy z marynarką. Byli oficerami i dżentelmenami, a zaszczytne pełnienie obowiązków poczytywali za swój święty obowiązek.

Jako jedyna córka spośród czworga dzieci Aileen dobrze znała zapatrywania wszystkich trzech braci na służbę. Sama sugestia, że Will porzucił stanowisko, żeby zaangażować się w jakieś szalone przedsięwzięcie, była absurdalna.

Ponieważ Aileen przebywała akurat w Londynie, a obaj starsi bracia wypłynęli z flotą – jeden na południowy Atlantyk, drugi na Morze Śródziemne – rodzice prosili, żeby rozpytała się trochę i spróbowała rozeznać w sytuacji.

Aileen posłusznie wybrała się więc do gmachu admiralicji. Pomimo dobrych relacji łączących jej rodzinę z marynarką otrzymała tam jednak jeszcze mniej pomocy niż tu, w ataszacie.

Zła i poważnie zaniepokojona o losy Willa – zawsze miała opiekuńczy stosunek do młodszego brata – udała się prosto do biur kompanii transportowych i kupiła bilet na pierwszy dostępny rejs do Freetown. Na czas wizyty w Londynie zaopatrzyła się w przyzwoite fundusze, więc cena nie grała roli.

Przybyła na miejsce przed dwoma dniami. W trakcie podróży miała mnóstwo czasu na układanie planów. Jej życiowa pozycja i rodzinne koneksje oznaczały, że prawdopodobnie miała we Free town jakichś krewnych, u których znalazłaby wsparcie i dach nad głową, lecz zdecydowała się na bardziej skryte działanie. Dlatego wybrała Stancję Pani Hoyt mieszczącą się na Tower Hill, czyli w okolicy zamieszkanej przez miejscową społeczność brytyjską, ale poniżej kościoła. Domy osób obracających się w sferach, które uchodziły tu za eleganckie, położone były wyżej, na wzgórzu.

Aileen nie miała czasu na towarzyskie wizyty. Przybyła do Free town wyłącznie po to, by dowiedzieć się, jaki los spotkał Willa – i jeśli to możliwe, uratować go.

Miała dwadzieścia siedem lat i była tak samo przedsiębiorcza jak jej rodzeństwo, dlatego nie znała żadnego powodu, by nie spróbować przekonać się, co może zdziałać. Tym bardziej że dwaj starsi bracia nie mogli w tej chwili ruszyć Willowi na pomoc.

Miała też przeświadczenie, że gdyby nie przebywała już w Londynie, rodzice nigdy nie zwróciliby się do niej w tej sprawie.

Jako jedyna panna była oczkiem w głowie całej rodziny. Nikt niczego od niej nie oczekiwał. Jedyne nadzieje, jakie w niej pokładano, wiązały się z dobrym zamążpójściem i prowadzeniem domu mężowi, którym najpewniej zostanie jakiś znajomy oficer marynarki.

Aileen w głębi serca wiedziała, że ta wizja jest mało realistyczna. Nie licząc już innych względów, jej charakter i ten dziwny, podskórny niepokój – to samo impulsywne pragnienie przygody, które skłoniło ją do wyprawy do kolonii – czyniły z niej zgoła nieodpowiedni materiał na łagodną, potulną żonkę.

Poinformowawszy zwięźle rodziców o swojej decyzji, żeby przyjechać do Freetown i odkryć, co się stało z Willem, poświęciła kilka akapitów, by uśmierzyć ich obawy opisem miasta i swojego lokum, po czym streściła, czego się dowiedziała po wstępnych poszukiwaniach.

Poprzedniego dnia – był to jej pierwszy pełny dzień w kolonii – w nadziei na zdobycie jakichś informacji przed wizytą w ataszacie przeszła się po portowych tawernach, do których uczęszczali oficerowie marynarki. Wszędzie mieli oni swoje ulubione lokale, i choć Aileen z zasady nigdy nie zapuściłaby się bez towarzystwa do portowej knajpy, to w miejscach, gdzie gromadzili się oficerowie, chroniły ją jej rodzinne koneksje, a nazwisko Hopkins było dobrze znane w całej flocie.

Zgodnie z oczekiwaniami w jednej z tawern wpadła na kilku starych marynarzy, którzy znali jej brata. Przypuszczała, że jeśli Willa przysłano na ląd z jakimś zadaniem dotyczącym kolonii, u nich właśnie szukał informacji, i chciała wiedzieć, o co mógł wypytywać.

Nie myliła się. Stare wilki morskie twierdziły, że na krótko przed zniknięciem Willa ciekawiły dwa tematy. Przede wszystkim interesował się oficerem o nazwisku Dixon, stacjonującym w Forcie Thornton na szczycie Tower Hill. Już samo to było dość zaskakujące, lecz co dziwniejsze, Will wypytywał też o jakiegoś miejscowego duchownego, który odprawiał w kolonii nabożeństwa. Podobno sam wziął w nich udział co najmniej trzy razy.

Ze wszystkich braci Aileen najlepiej znała i rozumiała właśnie Willa. Fakt, że dobrowolnie wziął udział w kościelnym nabożeństwie, oznaczał, że powodowało nim coś zupełnie niezwiązanego ze względami religijnymi.

Odłożyła pióro i przeczytała wszystko, co napisała. Po krótkim zastanowieniu uznała, że lepiej nie informować rodziców o planach uratowania brata, bo po co przysparzać im jeszcze więcej zmartwień. Zamiast tego powtórzyła tylko, że zamierza odkryć, gdzie zniknął ich syn, co brzmiało mniej niepokojąco. Zakończyła obietnicą, że wkrótce znowu napisze.

Osuszyła atrament piaskiem i zapieczętowała list, zastanawiając się jednocześnie nad dalszymi działaniami.

Spojrzała na mały zegar na kominku. Potem odsunęła się od biurka i podeszła do niskiej komody służącej za toaletkę. Zaczęła wyjmować szpilki z włosów, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze.

Jej blada cera i delikatny rumieniec na policzkach kojarzyły się z delikatną angielską różą. Twarz Aileen była niemal owalna, nos przeciętny, czoło szerokie. Największą jej ozdobą były lśniące orzechowe oczy, duże, ocienione długimi brązowymi rzęsami i dobrze osadzone pod delikatnie wygiętymi brwiami; inne kobiety czyniłyby z nich lepszy użytek, lecz ona rzadko myślała o takich rzeczach. Usta miała zupełnie znośne – różowe i dość pełne – lecz przeważnie zaciśnięte, co dobrze współgrało z wysuniętym stanowczo podbródkiem.

Jej włosy miały dość niezwykły i przyciągający uwagę miedziany kolor. Zazwyczaj opadały na ramiona lśniącymi falami, lecz w tej chwili pod wpływem wszechobecnej wilgoci puszyły się niemal tak strasznie jak włosy pani Hoyt.

Wyciągnąwszy szpilki, Aileen z ponurą determinacją ujęła szczotkę i w końcu zdołała upiąć loki w znośny kok.

Obróciła głowę w obie strony, żeby przyjrzeć się swojemu dziełu, po czym skinęła do odbicia w lustrze.

– To wystarczy na wizytę na plebanii.

Poprawiła kremową bawełnianą spódnicę i znowu zarzuciła na białą bluzkę pasujący żakiecik, nie zapinając go jednak z uwagi na upał. Wsunęła na nadgarstek troczki torebki, zabrała list i ruszyła do drzwi.

Od pani Hoyt wiedziała, że anglikańskim pastorem był tu niejaki pan Hardwicke, jego żonę zaś, panią Hardwicke, przed południem można było przeważnie zastać na plebanii. Aileen nie miała wątpliwości, że pastorowa będzie zorientowana co do nabożeństw odprawianych przez drugiego duchownego w kolonii.

Kładąc dłoń na klamce, przystanęła z wahaniem.

– Jest jeszcze ten oficer armii, Dixon – szepnęła do siebie.

A przecież, o ile wiedziała, Will nie miał w wojsku żadnych przyjaciół.

Stała przez chwilę niezdecydowana – plebania czy fort? W końcu zacisnęła usta i otworzyła drzwi.

Wyśle list i złoży wizytę na plebanii.

Na razie załatwi jedną sprawę. Krok po kroku dowie się wreszcie, gdzie zginął Will.

A potem go odzyska.

***

Dwa dni później Aileen wychodziła z prymitywnego kościółka, w którym miejscowy kapłan, niejaki Obo Undoto, odprawiał swoje nabożeństwa. Uwięziona między dwiema innymi damami dała się ponieść fali wychodzących, która rozlała się następnie po zakurzonym małym dziedzińcu.

Okazało się, że nawet nie musiała prosić pani Hardwicke o informację. Kiedy pojawiła się na plebanii, zastała grupkę miejscowych dam, które zebrały się na herbatę. Dołączyła do nich na zaproszenie gospodyni. Po dokonaniu prezentacji panie zaczęły rozmowę na temat wydarzeń w miasteczku i niejaka pani Hitchcock wspomniała, że następne nabożeństwo Obo Undoto odbędzie się w południe za dwa dni.

Po spotkaniu Aileen wyszła razem z nią i zapytała, jak trafić do kościoła Undoto. Dama ochoczo udzieliła jej wskazówek i dodała, że nabożeństwo na pewno jej się spodoba.

Kiedy tuż przed południem Aileen weszła do prostokątnej budowli, z trudem udało jej się znaleźć wolne miejsce, taki panował tu tłok. Ławki zapełniali ludzie stanowiący przekrój wszystkich ras i klas społecznych; Europejczycy różnych narodowości zgromadzili się głównie po lewej stronie, tubylcy zaś i członkowie innych afrykańskich ludów – głównie po prawej.

Zdumienie Aileen ustąpiło jednak, gdy usłyszała wspaniały tenor Undoto. Głosem przypominającym grzmot, z zapałem scenicznego artysty, duchowny zaprezentował coś bardziej przypominającego przedstawienie niż typową posługę religijną. Aileen zdążyła się już zorientować, że w kolonii nie ma zbyt wielu rozrywek, dlatego szybko przestała się dziwić wypełniającym kościół tłumom. Wszystko było lepsze od przymusowej nudy, jaka musiała doskwierać wielu członkom zgromadzenia.

Nadal jednak nie tłumaczyło to udziału Willa w nabożeństwach. I to wielokrotnego. Aileen nie miała najmniejszych wątpliwości, że popisy Undoto nie zainteresowałyby jej brata.

Większą cześć nabożeństwa spędziła na przyglądaniu się wiernym i otoczeniu, szukając czegokolwiek, co mogło przyciągnąć Willa. Nic jednak nie zauważyła i nadal nie wiedziała, gdzie szukać klucza do tajemnicy.

Przedzierając się wolno przez tłum wypełniający teraz dziedziniec, zauważyła posiwiałego starca – na pierwszy rzut oka rozpoznała w nim wilka morskiego – który w zamyśleniu oddalał się od kościoła. Miał staromodną drewnianą nogę i wspierał się ciężko na lasce.

Aileen od razu wiedziała, że spośród wszystkich wiernych Will najprawdopodobniej zainteresowałby się właśnie tym człowiekiem. Zawsze fascynowały go morskie opowieści.

Poszła za starcem. Gdy się z nim zrównała, odkryła, że na domiar wszystkiego miał tylko jedno oko.

– Przepraszam – zagadnęła. – Czy mogłabym z panem porozmawiać?

Stary żeglarz obrzucił wzrokiem jej twarz i ubiór, przystanął i uprzejmym ruchem uchylił czapki.

– Rozumie się, panienko. – Kąciki jego oczu zmarszczyły się w uśmiechu. – Stary Sampson, do usług. Zawszem chętny do pogawędki, choć co też taka elegancka dama może chcieć od starego wilka, tego nie wiem.

Aileen uśmiechnęła się.

– Sprawa jest doprawdy bardzo prosta. Kilka miesięcy temu był tu mój brat. – Uściśliła słowo „tu”, pokazując ręką kościół. – Jestem przekonana, że musiał z panem rozmawiać. Przepada za żeglarskimi opowieściami, a pan wygląda, jakby miał w zanadrzu niejedną historię.

Stary żeglarz oparł się obiema rękami na lasce i pokiwał głową.

– A tak – potwierdził. – Tu się panienka nie myli. W swoim czasie opłynąłem cały świat i nic mnie tak nie cieszy jak wspomnienia tamtych dni. To były czasy! Ale jak się nazywa brat panienki? – Zanim Aileen zdążyła odpowiedzieć, wyjaśnił: – Szczycę się tym, że znam nazwisko każdego człowieka, którego tu zobaczę, przynajmniej spośród Europejczyków.

Wyśmienicie! Aileen uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– Nazywa się William Hopkins – rzekła. – Jest porucznikiem i obecnie służy w tutejszej eskadrze.

– Will Hopkins? Oczywista, że pamiętam. Ciekawy chłopak… Chętnie słuchał moich opowieści.

Aileen aż się rozpromieniła.

– Byłam pewna, że pana o nie zagadnął.

– Więc w czym mogę panience pomóc? – spytał Sampson, po czym uniósł krzaczaste brwi. – Młody Will nie zagląda tu od jakiegoś czasu i po prawdzie nigdym nie rozumiał, po co w ogóle tu przychodził. Takie młokosy jak on potrafią zwykle znaleźć sobie dość rozrywek, żeby nie zwracać uwagi na popisy Undoto.

– Wyobrażam sobie. – Faktycznie, mając trzech braci, Aileen potrafiła to sobie wyobrazić. – Wygląda jednak na to, że Will zaginął, więc przyjechałam tu sprawdzić, dokąd mógł się udać lub w jakim celu. – Zauważyła, że na te słowa Sampson nieco spochmurniał. Spojrzała na niego uważniej, przechylając głowę. – Zdaje się, że Will był na nabożeństwie więcej niż raz.

– Zgadza się. – Sampson skinął głową, lecz jego nieobecne spojrzenie wskazywało, że wieść o zniknięciu Willa przywiodła mu na myśl coś innego. – Był tu trzy razy.

– Może przypomina pan sobie, czy po nabożeństwie z kimś się spotykał? Może z jakąś młodą damą? A może kogoś obserwował?

Sampson pokręcił głową i odpowiedział w zamyśleniu:

– Ja nic takiego nie zauważyłem. A siadam z tyłu, więc widzę praktycznie wszystko, co tu się dzieje.

Wykluczywszy tym sposobem najbardziej oczywisty powód udziału Willa w modłach, Aileen doszła do wniosku, że musiało to mieć związek z jego misją. Niezależnie od tego, na czym polegała.

Ale jaki związek?

Podniosła wzrok ku twarzy Sampsona i stwierdziła, że w tym czasie staruszek wrócił myślami do niej i teraz przypatrywał jej się z niejaką troską.

– Co takiego? – spytała.

Sampson zmarszczył brwi.

– Może nie powinienem panience tego mówić, ale byli też inni, którzy o niego wypytywali… Jeden kapitan i jego załoga. Nie z marynarki, ale odniosłem wrażenie, że byli do tego… upoważnieni. Jeśli panienka rozumie, co mam na myśli. Byli tu kilka tygodni temu i rozpytywali o ludzi, to jest oficerów, którzy bywali na nabożeństwach Undoto, a potem podobno… zniknęli. Nie wymienili panienki brata z nazwiska, ale jeśli dobrze pamiętam, mówili, że wśród zaginionych było dwóch oficerów marynarki.

Serce Aileen zabiło mocniej.

– Ten kapitan i jego załoga… Czy nadal tu są?

– Nie – odparł coraz bardziej strapiony Sampson. – Słyszałem, że w niejakim pośpiechu podnieśli kotwicę. Niektórzy gadają, że popłynęli do Kapsztadu, ale inni mówią, że odpłynęli na wiosłach i obrali kurs, który wyprowadził ich na północne trasy.

Starzec popatrzył badawczo na Aileen, po czym stanął prościej.

– Jeśli panienka pozwoli mi na śmiałość, temu kapitanowi Frobisherowi nie brakowało oleju w głowie. On i jego załoga wiedzieli, co robią. Rozpytywali o tych zaginionych i widać musieli odkryć… coś, co skłoniło ich do wyjazdu. Może wrócili z tym do Londynu. – Rozejrzał się szybko, po czym nachylił się bliżej i zniżył głos. – To prawda, że w tej kolonii dzieje się coś podejrzanego. Zdaje się, że zaginęło więcej osób, nie tylko kilku oficerów. O cokolwiek chodzi, sprawa jest na tyle gruba, że nawet tacy jak ten Frobisher wolą zachować ostrożność. Panienka to sobie zapamięta. Kto pyta o zaginionych, sam też może w końcu zniknąć. – Odsunął się i popatrzył jej w oczy. – Panienka mnie posłucha, takie rzeczy lepiej zostawić ludziom, którzy się na nich znają.

Informacja, że być może, wbrew wszelkim pozorom, ktoś – zapewne wysoko postawiony w Londynie – starał się odszukać zaginionych, sprawiła Aileen ogromną ulgę.

Niemniej osoby te nie przebywały obecnie w kolonii. A ona tak.

I Will wciąż się nie odnalazł.

Podczas gdy te myśli przelatywały przez jej głowę, Aileen nadal wpatrywała się w Sampsona. Widziała wyraźnie, że stary wilk morski przejął się sprawą. Odetchnęła głęboko, zawahała się, po czym skłoniła głowę.

– Dziękuję za ostrzeżenie, panie Sampson – powiedziała. – Proszę się nie obawiać, na pewno go nie zlekceważę.

Nie było potrzeby mówić mu, że informacja, iż Will miał do wypełnienia misję, w następstwie której zniknął, oraz że wcale nie był jedynym zaginionym, umocniła tylko jej postanowienie, żeby odnaleźć i w miarę możliwości uratować brata.

***

Pierwszym i oczywistym krokiem było dowiedzenie się czegoś więcej o tej misji.

Poza udziałem w nabożeństwach Undoto jedynym znanym Aileen odstępstwem w zachowaniu brata przed zniknięciem było jego zainteresowanie Dixonem, oficerem z fortu.

Między wojskiem a marynarką tradycyjnie istniało wiele animozji, dlatego ciekawość Willa musiała mieć charakter zawodowy, a więc związana była z jego misją. Na pewno próbował rozmawiać z Dixonem. W takim razie ona powinna zrobić to samo.

Pokonując z trudem ostatni odcinek drogi prowadzącej do otwartych wrót fortu, których strzegła przylegająca do palisady stróżówka, Aileen żywiła wielkie nadzieje, że ta wizyta pozwoli jej lepiej zrozumieć naturę misji Willa.

Doszedłszy do bramy, przystanęła i obejrzała się. Fort położony był na szczycie wzgórza górującego nad miastem i rozciągał się z niego urzekający widok na cały port, statki stłoczone na nabrzeżu oraz szeroką błękitną połać delty. Przez długą chwilę Aileen rozkoszowała się tą scenerią.

***

Minęły trzy dni od jej rozmowy z Sampsonem pod kościołem Undoto. Spędziła je to na działaniu, to na wahaniu się. Wahanie wynikało z dręczących ją wątpliwości, czy Sampson nie miał może racji i czy nie lepiej przysłużyłaby się rodzinie, gdyby zrezygnowała i poczekała na oficjalne wiadomości…

Jednak za każdym razem, gdy docierała do słów „oficjalne wiadomości”, zacinała się i nie była w stanie podążać dalej tym tokiem rozumowania.

Nigdy nie uwierzy, że czekanie, aż Willa uratuje ktoś inny – a zwłaszcza ktoś z oficjalnym upoważnieniem władz – to dobry wybór.

Działania jej były bardziej zdecydowane niż myśli: Aileen jeszcze raz poszła do tawern, które odwiedziła wcześniej, i spróbowała zdobyć więcej informacji o Dixonie. Uznała, że im więcej się dowie przed spotkaniem, tym lepszą będzie miała pozycję wyjściową do rozmowy.

Niestety ta strategia się nie sprawdziła. Z tych samych powodów, dla których Aileen dziwiła się, że Will utrzymywał znajomość z oficerem armii, żaden z jego kompanów nie wiedział zbyt wiele o Dixonie, tyle tylko, że stacjonował on w Forcie Thornton.

I teraz wreszcie tu przyszła.

Odwróciła się i pokonała ostatnie kilka jardów dzielących ją od stróżówki i dwóch strażników w średnim wieku, którzy najwyraźniej cieszyli się słońcem.

Gdy podeszła, obaj wyprostowali się i z uszanowaniem dotknęli palcami czapek.

– Panienko – powiedział młodszy, kiwając głową.

– Dzień dobry – dodał starszy, prostując się jeszcze bardziej.

– Dzień dobry – odparła Aileen z uśmiechem. – Chciałabym rozmawiać z oficerem Dixonem. Jak rozumiem, stacjonuje w tym forcie.

Ku jej zdziwieniu strażnicy wymienili przeciągłe spojrzenia.

– Obawiam się, panienko, że to niemożliwe – powiedział wreszcie starszy z nich.

Aileen zamrugała, nie bardzo wiedząc, jak na to zareagować. Zanim podjęła decyzję, młodszy strażnik dodał:

– Widzi panienka, jego tu nie ma. Mówią, że ruszył szukać szczęścia w dżungli.

Starszy rzucił koledze karcące spojrzenie.

– Nie wierz w to, a tym bardziej nie rozpowiadaj wszystkiego, co usłyszysz – powiedział, po czym zwrócił się z powrotem do Aileen. – Kapitan Dixon był tu i powinien nadal być, ale zaginął kilka miesięcy temu i od tego czasu nikt ani go nie widział, ani o nim nie słyszał.

– Zniknął? – Aileen z trudem starała się zachować obojętny wyraz twarzy.

Mimo to starszy strażnik zmarszczył brwi.

– A dlaczego chciała panienka z nim rozmawiać? – zapytał.

Popatrzyła w jego przenikliwe oczy. Nie widziała powodu, żeby nie wyznać mu prawdy.

– Sądzę, że mój brat, porucznik marynarki, zaglądał tu, aby rozmówić się z kapitanem Dixonem. Musiało to być kilka miesięcy temu, trzy albo nawet więcej.

– Pamiętam! – Młodszy strażnik uśmiechnął się szeroko. – Bo aż się zdziwiłem, że jeden z tych morskich dra… to jest oficerów chce rozmawiać z kimś z naszych.

– Więc widział się… to jest mój brat… widział się z Dixonem?

Mężczyzna zdecydowanie pokręcił głową.

– Nie mógł. Dixona już nie było. Zniknął dobre pięć tygodni wcześniej. Pamiętam, że tak właśnie powiedzieliśmy bratu panienki. Teraz, kiedy o tym myślę, długośmy z nim rozmawiali. To jest o tym, dlaczego Dixon tak nagle zniknął.

Starszy strażnik przyjrzał się Aileen uważnie.

– Czemu nie zapyta panienka brata, dlaczego chciał rozmawiać z Dixonem, kiedy eskadra zawinie do portu? Z tego, co słyszałem, powinna wrócić za jakiś tydzień.

– Gdybym tylko mogła – odparła Aileen ze smutną miną. – Niestety mój brat także zaginął.

– A to ci dopiero! – krzyknął młodszy strażnik, otwierając szeroko oczy. – Wielkie nieba! O co w tym wszystkim może chodzić?

Starszy popatrzył na kolegę, mrużąc oczy.

– Mówiłem ci. Nie wiem, co tu się dzieje, ale na pewno coś więcej niż to, co nam mówią.

***

Tydzień później wieczorem Aileen zarzuciła na ramiona szal i wyrwała się z ciasnoty pensjonatu na spacer po parku leżącym za plebanią, zaledwie kilka jardów drogą pod górę i w dół krótką alejką. Odkryła tę oazę spokoju przed sześcioma dniami i szybko stała się ona jej ulubionym zakątkiem do rozmyślań.

Słońce zaczęło już schodzić w kierunku horyzontu. O tej porze znad portu i delty często napływała chłodna bryza, która poruszała i odświeżała powietrze po dusznym, upalnym dniu.

Idąc żwirowaną ścieżką, Aileen skierowała się ku swojej ulubionej ławce pod rozpostartymi konarami wysokiego, cienistego drzewa. Zakątek był jak zwykle opustoszały. Aileen jak dotąd widziała w parku tylko kilka osób, z czego większość stanowiły niańki i guwernantki z podopiecznymi; o tej porze dnia zajmowały je jednak inne sprawy.

Wśród liści starego drzewa kryły się też długie brązowe owocnie, teraz obeschnięte. Pod wpływem leciutkiej bryzy wieczorny chór głosów wzbogacał się o ich cichy szelest. Ten znajomy już dźwięk brzmiał w uszach Aileen jak powitanie. Usiadła, pozwalając, aby szal zsunął jej się do łokci, dzięki czemu mogła się rozkoszować chłodem na skórze ramion.

Popatrzyła na niewielki trawnik – jakaś para właśnie zmierzała ku wyjściu – po czym przeniosła wzrok na szeroką panoramę portu ze stojącymi w nim statkami i dalej na zatokę. Z tego miejsca widziała nawet przeciwległy brzeg, choć był tak daleko, że jawił się zaledwie jako gruba kreska ciemnej zieleni na skraju wody.

Była to naprawdę bardzo dziwna kraina.

Aileen powtarzała sobie, że znalezienie jakiegokolwiek śladu Willa po miesiącach od jego zniknięcia musi wymagać czasu. Nie tylko czasu, ale i wysiłku.

W poszukiwaniu tropów poszła na dwa kolejne spektakle Undoto. Przez cały czas obserwowała wszystko uważnie, rozpaczliwie wypatrując najdrobniejszej choćby wskazówki, czego Will tam szukał. Samo nabożeństwo wzbudzało w niej lekki niepokój, ale poza tym nic nie odkryła.

Ponownie rozmawiała z Sampsonem, ale nie usiłował dodać jej otuchy – czemu może nie należało się dziwić, skoro wcześniej tak ją odwodził od pomysłu prowadzenia poszukiwań.

Mimo to brak wsparcia z jego strony zwiększył jej zniechęcenie.

Spodziewała się, że po tak długim czasie zdoła się już czegoś dowiedzieć.

Aby nie ulec przygnębieniu, zajęła myśli rozciągającą się przed nią panoramą. Zatoką od strony oceanu płynął statek o zgrabnym kadłubie i trzech wyniosłych masztach. Nawet z tej odległości Aileen widziała wysoko na rejach maleńkie sylwetki marynarzy ściągających zdumiewająco liczne żagle.