Wydawca: HarperCollins Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 335 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nieśmiertelny - Sharon Sala

XVI wiek.

Hiszpańscy najeźdźcy pod wodzą Antonia Vargasa, owładnięci chciwością i żądzą krwi, napadają na spokojną indiańską wioskę. Mordują wszystkich mieszkańców, nie oszczędzają kobiet ani dzieci. Z życiem uchodzi jedynie młody wódz o imieniu Nocny Wędrowiec. Nie spocznie, dopóki nie dokona zemsty na zabójcach. Pomoże mu w tym niezwykły dar – nieśmiertelność…

XXI wiek.

Zemsta wreszcie się dopełni. Po wiekach tułaczki Nocny Wędrowiec jest bliski celu. Miliarder Richard Ponte, duchowy spadkobierca Antonia Vargasa, musi zginąć. Nocny Wędrowiec zdobywa zaufanie jego córki, nie ma skrupułów ani wątpliwości. Liczy się z tym, że skrzywdzi niewinną dziewczynę. Jednak przewrotny los wyznaczy mu zupełnie inną rolę…

Opinie o ebooku Nieśmiertelny - Sharon Sala

Fragment ebooka Nieśmiertelny - Sharon Sala

Sharon Sala

Nieśmiertelny

Tłumaczyła Jolanta

PROLOG

Ameryka Północna

Początek XVI wieku

Night Walker, czyli Nocny Wędrowiec, młody wódz szczepu Żółwia i przyszły następca starego przywódcy, stał na cyplu nieopodal swojej wioski i spoglądał na wielką wodę. Był dzielnym wojownikiem, skończył dwadzieścia dziewięć wiosen, miał ostro wyciosaną twarz, szerokie bary i twarde muskuły. Z każdym porywistym podmuchem wiatru jego gęste, czarne włosy unosiły się z ramion jak skrzydła kruka, a nozdrza drgały w napięciu.

Od wielu dni miał wizje, które zakłócały mu sen. Krwawe, okrutne majaki nieodmiennie kończące się śmiercią. Czuł, że to zły znak, dlatego stał na warcie, w miejscu górującym nad osadą. Wyższy o głowę od reszty mężczyzn ze szczepu Żółwia, dostrzegał w dali więcej niż inni. Wpatrywał się w spiętrzone fale i wiedział, że nadejdzie sztorm. Nagle przyroda zamarła, powietrze stało się dziwnie rześkie. Nocny Wędrowiec poczuł, że zaraz coś się wydarzy. Podobnie jak w snach, ogarnęło go napięcie. Czekał.

Stał twardo na skale, wystawiając twarz na gniewne podmuchy wiatru, starając się dojrzeć cokolwiek pod brzuchami pędzących nisko ciemnych chmur. Nagle niebo rozświetliła błyskawica. Nocny Wędrowiec drgnął, każdym zmysłem wyczuwając zbliżające się niebezpieczeństwo.

Gdy uderzyła druga błyskawica, zobaczył dziwny kształt wyłaniający się zza przylądka. To była łódź, podobna do łodzi, którymi pływał jego lud, ale znacznie większa, z białymi skrzydłami wydętymi przez wiatr.

Nocny Wędrowiec zamarł w napięciu. Nigdy nic takiego nie widział. Niespokojne wody kołysały statkiem. Ludzie biegający po pokładzie wyglądali jak małe robaczki. Serce podskoczyło mu do gardła, złe przeczucie się wzmogło.

Spojrzał w dół na swoją wioskę. Jego szczep nie spodziewał się niczego więcej prócz nadciągającego sztormu. Zobaczył swoją kobietę, Białą Sarenkę. Wyszła z wigwamu i walcząc z silnymi porywami wiatru, szła w stronę sągu drewna. Pewnie chciała osłonić zapas suchych szczap, nim spadnie deszcz. Była dobrą kobietą, bardzo dbała o jego wygodę. Na jej widok zawsze przyśpieszał mu puls. Była jego sercem, połową duszy, i nawet jeśli Wielki Duch nie zesłał im dzieci, kochał ją. Dopiero gdy znikła w sadybie, znowu spojrzał na wodę i przebiegł go dreszcz. Wielka łódź stała na środku zatoki, a trzy mniejsze, wypełnione dziwnie wyglądającymi ludźmi, zdążały do brzegu.

Wiedział, po prostu wiedział, że stanowią śmiertelne zagrożenie dla jego szczepu. Zaczął szybko schodzić po stromym zboczu klifu. Chciał jak najszybciej ostrzec swój lud.

Antonio Vargas był piratem, okrutnikiem i chciwcem wciąż wietrzącym nowy łup. Od miesięcy dochodziły go plotki z Hiszpanii, że niejaki Colombo odnalazł nową drogę do Indii Zachodnich i odkrył ziemie bogate w rozmaite dobra, a strzeżone tylko przez dzikusów. Innymi słowy, skarb łatwy do wzięcia.

Vargas ruszył na poszukiwania tej cudownej krainy, lecz atak angielskiego statku korsarskiego zdziesiątkował załogę. Ci, którzy ocaleli, szczęśliwie zdołali uciec, kierując statek w przybrzeżną mgłę. Od tamtej pory żeglowali na zachód przez wiele tygodni. Od dawna nie widzieli ani innych statków, ani lądu.

Rejs trwał już ponad dwa miesiące. Vargas zaczął się obawiać, że podjął złą decyzję, ale wtedy właśnie w oddali dostrzegli ląd. Był na to najwyższy czas. Ludzie słaniali się, cierpieli na dyzenterię, potrzebowali świeżej wody i żywności. Ląd był dla nich zbawieniem, ale gwałtowny wiatr pchał ich do brzegu zbyt szybko. Vargas wykrzykiwał rozkazy, popędzał marynarzy i zdołali bezpiecznie wprowadzić statek do zatoki.

Dopiero gdy zarzucili kotwicę, Vargas mógł spokojnie rozejrzeć się wokół. Zaraz za brzegiem, jeszcze przed ścianą lasu, leżała niewielka wioska. Powolny uśmiech wykrzywił mu twarz. A więc udało się. Odkrył nowy ląd! Po powrocie uznają go za dzielnego odkrywcę. Potrzebował tylko dowodu, takiego jak złoto, które według wszelkich pogłosek znalazł Colombo.

Kazał spuścić szalupy, obserwując przy tym brzeg przez lunetę. Widział, że dzikusy zbierają się w grupki i wskazują zatokę.

– Szybko! – wrzasnął. – Zauważyli nas!

Płynął na dziobie pierwszej z trzech łodzi. Zobaczył, że czterech mężczyzn zmierza do brzegu, a reszta tłoczy się nieopodal, najwyraźniej zaciekawiona. Wiatr nadal był bardzo silny, spieniał wodę, czuć było nadciągającą burzę, ale dzikusy nie okazywały zaniepokojenia pogodą, więc i Vargas przestał o niej myśleć.

Po kilku minutach łodzie wbiły się w piasek. Vargas wskoczył do wody, nie zważając na silny wiatr i fale. Tuż za nim podążało trzech jego ludzi, głośno przeklinając pogodę, ale on myślał tylko o jednym. Na widok zbliżających się dzikusów ogarniała go niepohamowana chciwość.

Ich skóra była ciemna, choć nie tak jak u Maurów. W proste długie włosy mieli wplecione pióra i kawałki zwierzęcej skóry. Z zafascynowaniem wpatrywali się w jego ludzi i podchodzili coraz bliżej, nie bacząc na podmuchy wiatru.

Odruchowo położył dłoń na rękojeści szabli, ale potem przesunął ją na sztylet zatknięty za szerokim skórzanym pasem. Patrzył na ich prymitywną broń, przepaski biodrowe i uśmiech triumfu powoli rozpływał mu się po twarzy. Był pewien, że zwycięstwo już jest jego. Kiedy podeszli bliżej, dostrzegł, że noszą naszyjniki z nieznanych kamieni, między którymi zdawało się połyskiwać złoto. W jego wyobraźni również małe skórzane woreczki na ich szyjach z pewnością zawierały cenny kruszec. W końcu gotów był nawet uwierzyć, że ich chaty wypełnione są złotem i diamentami.

Gdy pierwszy dzikus stanął przed nim i uniósł dłoń w geście powitania, Vargas drapieżnym ruchem sięgnął do woreczka zawieszonego na jego szyi.

Wódz Dwa Kruki, starzec o mądrym wejrzeniu, był równie zaskoczony widokiem gości, jak Nocny Wędrowiec. Zgodnie z tradycją wyszedł, by ich przywitać, jednak gdy przybysz bez słowa sięgnął po amulet, zdecydowanym ruchem odtrącił jego dłoń.

Vargas złośliwie wyszczerzył zęby i odezwał się do swoich ludzi:

– Widzicie, amigos, dzikus nie chce się dzielić! – Błyskawicznie sięgnął po sztylet i nim wódz zdążył zareagować, rozorał mu gardło, jednocześnie zrywając niewielki woreczek z jego szyi. Stary wódz skonał, w jego gasnących oczach widać było zdumienie, a krew trysnęła na pierś Vargasa. – Naprzód! – zakomenderował, dobywając szabli.

W tej samej chwili spadły pierwsze krople deszczu. Łupieżcy ruszyli ku wiosce, strzelając z pistoletów i zabijając każdego, kto stanął im na drodze.

Nocny Wędrowiec był w połowie stoku, gdy usłyszał krzyki i coś jakby krótkie grzmoty. Z bojowych okrzyków zrozumiał, że zostali zaatakowani. Przypomniały mu się senne wizje i strach przyśpieszył jego kroki. Burza rozpętała się na dobre, ale nie zwracał na to uwagi. Ostre, cierniste gałęzie boleśnie raniły twarz i pierś, ale deszcz szybko zmywał krople krwi. Nocny Wędrowiec nie czuł żadnego bólu. Przed oczami miał tylko twarz Białej Sarenki. Czuł, że zdarzyło się coś okropnego i nie zdoła już jej uratować.

Wreszcie wybiegł z lasu i to, co ujrzał, było gorsze niż jego wizje, bardziej krwawe od najgorszych koszmarów.

Wrogowie zabijali wszystkich z niezwykłym okrucieństwem.

Rozglądał się rozpaczliwie za współbraćmi, ale jedynymi żywymi, których dojrzał, byli obcy, w dzikim szale rabujący amulety z martwych ciał, jakby największą radość sprawiało im bluźnierstwo wobec duchów.

Zobaczył, jak wysoki brodaty mężczyzna unosi ciało Białej Sarenki, by zerwać z niej naszyjnik. Litościwy deszcz zmywał krew z ukochanej twarzy.

Krzyknął z przerażenia, potem z wściekłości. Sięgnął do kołczana, nałożył strzałę i obrał cel. Grot przeciął strugi deszczu i przebił gardło najbliższego napastnika. Oczy wyszły mu z orbit, a na ustach pojawiła się spieniona krew. Umarł, zanim jego ciało uderzyło o ziemię, w ostatniej chwili upuszczając swoje łupy.

Nocny Wędrowiec wypuszczał strzały, z ponurą satysfakcją obserwując, jak kolejni napastnicy walą się na ziemię. Reszta nie spostrzegła, co się dzieje, bo jęki konających ginęły w ryku burzy. Gdy kołczan opustoszał, liczba łupieżców znacznie się zmniejszyła. Nocny Wędrowiec wpadł do najbliższego wigwamu, chwycił maczugę i włócznię i z okrzykiem wojennym ruszył na wrogów.

Pierwszy dostrzegł go Miguelito Colon. Zdołał jeszcze ryknąć z przerażenia, gdy włócznia wbijała mu się w brzuch. Zaalarmowany Vargas odwrócił się w tamtą stronę. Choć nawykł do krwawych jatek, wzdrygnął się na widok wyprutych wnętrzności Colona. Błyskawicznie powiódł wzrokiem wokół – i dostrzegł ciała tych, którzy zginęli od strzał. Ten wielki dzikus był wysłannikiem śmierci!

– Brać go! – wrzasnął.

Arturo Medajine sięgnął po pistolet i nacisnął spust, ale zawilgocony proch nie wypalił. Zanim zdążył sięgnąć po miecz, dzikus rozłupał mu czaszkę drewnianą, nabijaną ostrymi kamieniami, maczugą.

Nocny Wędrowiec wpatrywał się w człowieka, który zabił Białą Sarenkę. Przeskoczył ciało swojego dziadka, wyjął włócznię z martwej ręki Brązowej Sowy, ominął zamordowane dziecko. Ruszał się szybko, zwinnie, jak świadom swej siły drapieżnik. Gdy następny pirat skoczył na niego z pałaszem, niczym w śmiertelnym tańcu wygiął się przed ciosem, wbił włócznię w podbrzusze i wyrwał broń z mdlejącej dłoni. Najeźdźca zawył z bólu, a wtedy stalowe ostrze spadło mu na szyję. Ciało osunęło się na ziemię, odrąbana głowa potoczyła się ku morzu.

Przerażony Vargas patrzył, jak olbrzymi dzikus, znacznie przerastający swych pobratymców, masakrował jego ludzi. Ilu wystrzelał z łuku? Ilu zabił w walce wręcz? Właśnie rozpłatał następnego, a sam jakby był nieśmiertelny, jakby ciosy się go nie imały.

– Przekleństwo! – ryknął, machając szablą. – Peron, zatrzymaj tego diabła!

Luis Peron właśnie odnosił do łodzi zrabowane futra. Osłabiony przez dyzenterię, nie miał żadnych szans. Ledwie zdążył porzucić futra, by sięgnąć po nóż, gdy potężne cięcie rozpłatało mu klatkę piersiową.

Vargas zaczynał wierzyć, że rzeczywiście ten dzikus to diabeł wcielony. Pogrom był wręcz niesłychany! Pirat stoczył wiele walk i wiedział, że nikt nie jest niezwyciężony. Sam, choć tak wprawny w bojach, kilka razy lizał ciężkie rany, cudem uchodząc kostusze. Wiedział też, że liczebna przewaga jest najpotężniejszą bronią, której ulec muszą nawet najsprawniejsi wojownicy. A tutaj jeden dzikus szatkował po kolei doświadczonych w bojach zabijaków!

– Do łodzi! – ryknął ogarnięty paniką i nie patrząc, kto za nim podąża, rzucił się w stronę wzburzonego morza.

Nieliczni, którzy ocaleli, natychmiast usłuchali rozkazu. Ruszyli do łodzi, ale siła wichru sprawiała, że posuwali się z trudem. Vargas bał się nawet obejrzeć. Zmagał się z wiatrem, rozpaczliwie walcząc o to, by nie zostać z tyłu, bo tam czyhała nieuchronna śmierć.

Najeźdźcy padali jeden po drugim, ale Nocny Wędrowiec wciąż był nienasycony w swym pragnieniu zemsty. Zazna ulgi, dopiero gdy zabije tego, który podciął gardło Białej Sarence i skradł jej amulet. Trawiący go ogień może ugasić tylko krew olbrzymiego brodacza.

Gdy napastnicy rzucili się ku łodziom, wpadł w jeszcze większy szał. Nie mogli uciec! Musieli zapłacić za swój czyn!

Błyskawicznie dopadł najwolniejszego z nich, chwycił za włosy i szarpnął mocno, wyginając głowę w tył. Pirat spojrzał w niebo, jakby szukając u Boga łaski za swe niezliczone zbrodnie, lecz czarne chmury bardziej piekło przywodziły na myśl, gdy krzemienny nóż rozszarpał mu gardło.

Nocny Wędrowiec odepchnął wraże ciało i pognał dalej w pościgu za zabójcą Białej Sarenki.

Następny piorun uderzył w miejsce, gdzie stał przed chwilą. Żałował, że błyskawica nie uderzyła prosto w niego, by ukoić straszliwy ból. Wtedy nie musiałby grzebać swoich najbliższych.

Pędził jednak dalej. Widział, jak napastnicy w rozpaczliwym pośpiechu ładowali się do łódki. Nie mógł pozwolić im uciec. Niestety olbrzymi brodacz był już bezpieczny. Trzymał wiosło, ponaglał innych, którzy zaraz poszli jego śladem. Łódź zaczęła oddalać się od brzegu.

Nocny Wędrowiec wiedział, że nie dopełni swej zemsty. Dobiegł nad brzeg i wskoczył do wzburzonej wody, która sięgnęła mu pasa. Uniósł bezradne ramiona, krzyczał. Jego głos stapiał się z szumem deszczu i grzmotami piorunów. Przeklinał zabójców szczepu, grabieżcę talizmanów Białej Sarenki, wzywał Duchy Przodków i Wielkiego Ducha, ofiarował im własną duszę w zamian za prawo pomsty.

Łódź oddalała się coraz bardziej, a on nadal stał w wodzie, nie przerywając swoich zaklęć. Wzywał najeźdźców, by wrócili i stanęli do walki. Oni jednak wiosłowali w pośpiechu, byle dalej od brzegu.

Vargas wprost nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Samotny dzikus zmasakrował jego zaprawioną w bojach załogę, a teraz stał w wodzie i rzucał na tych, którzy zdołali przeżyć, jakieś przekleństwa. Ucieczka była straszliwym upokorzeniem i Vargas aż się palił do tego, by choć w części je zmazać. Mógł to załatwić jednym strzałem. Nakrył się kurtką, by nabić broń. Szczęśliwie proch nie zamókł w tej ulewie.

Uniósł się z dna łodzi, odrzucił kurtkę i wstał. Dzikus nadal coś wykrzykiwał. Vargas nie rozumiał słów, ale nie musiał. Przekleństwo na wasze głowy i syny wasze, taki musiał być ich sens. Pirat nie znał straszliwszej klątwy, niż zły urok rzucony i na człeka, i na jego potomstwo.

Wycelował starannie i wypalił.

Vargas wstrzymał oddech, czekając, aż dzikus upadnie, podobnie jak padali wszyscy inni, których brał na cel. Dopiero wtedy będzie mógł uznać ten nieszczęsny wypad za zakończony.

Nocny Wędrowiec zaklinał Duchy Przodków i żądał odpowiedzi, dlaczego on jeden ocalał. Rzucał złe słowa na tych z łupieżców, którzy ocaleli, na rody, z których się wywodzili, na ich synów i córki. Mięśnie mu drżały, wnętrzności palił ból. Rozpaczliwie szarpał ciało paznokciami, trawiony ogniem, złakniony śmierci.

Nagle rozległ się huk, a potem jakby czas zwolnił. Nadal padało, ale Nocny Wędrowiec widział osobno każdą spadającą kroplę. A także coś, co opuściło dłoń człowieka, który zabił Białą Sarenkę, i leciało ku niemu. Coś, co ze świstem rozcinało powietrze.

Uspokoił się, czekając na to, co nadchodziło, a co miało przynieść śmierć. Duchy Przodków jednak go wysłuchały. Cokolwiek to było, honorowo zakończy swoje życie. Dołączy do Białej Sarenki i innych, zamiast błąkać się samotnie po ziemi. Patrzył w oczy nadchodzącej śmierci.

Wtedy to uderzyło.

Czekał na ból, na krew, lecz zamiast tego to coś odbiło się od niego i wpadło do wody.

– Nie! – Z niedowierzaniem chwycił się za pierś i spojrzał na wioskę.

Szedł z trudem wśród martwych ciał. Tak bardzo chciałby je ożywić... Powinien pomścić pobratymców, lecz wróg uciekł. Chciał umrzeć z nimi, ale to też było niemożliwe.

Spojrzał przez ramię. Brodaty olbrzym ze zdumieniem patrzył na niego z łodzi.

Serce Nocnego Wędrowca obumierało w bólu. Nie zauważył nawet, że deszcz już ustał, pogrążony w rozpaczy po tych, których utracił. Przez rzednące chmury przedostał się promień słońca i spoczął na nim.

Poczuł się, jakby dotknął go ogień.

A więc teraz umrę, pomyślał. Uniósł ramiona i czekał, aż ogień ogarnie go całego, lecz zamiast tego usłyszał bębny i podniosłą pieśń, same dźwięki, bez słów. Wiedział jednak, że jego dusza znalazła się przed Duchami Przodków.

Padł na kolana, gdy pieśń przyoblekła się w słowa:

Nocny Wędrowcze, synu szczepu Żółwia,

słyszeliśmy cię.

Dzielny synu swojego szczepu,

dobrze walczyłeś.

Przyniosłeś nam zaszczyt swym życiem i śmiercią.

Spójrz na wielką wodę,

spójrz w twarz swego wroga

i wiedz,

że jakąkolwiek przyjmie postać,

zawsze rozpoznasz jego obecność

i będziesz czuł bicie jego serca.

Słuchaj uważnie naszych słów, synu szczepu Żółwia.

Będziesz żył,

aż krew twego wroga spłynie do twoich stóp,

aż poczujesz na twarzy jego ostatni oddech.

Dopiero wtedy i tylko wtedy staniesz się znów jak inni ludzie,

będziesz czuł ból i starzał się,

aż dożyjesz swych dni.

Teraz zaś dostaniesz szansę zemsty, tak jak pragnąłeś.

Będziesz żył!

Światło znikło, chmury gdzieś odpłynęły. Nocny Wędrowiec wstał z trudem, chwiejąc się na nogach. Głosy Starszych ucichły. Ogień zniknął i nie pochłonął go. Spojrzał na wodę. Wrogowie wdrapywali się do skrzydlatej łodzi, tłocząc się jak szaleńcy.

Zobaczył brodatego olbrzyma. Stał na dziobie łodzi i patrzył w kierunku brzegu. Nocny Wędrowiec czuł, że krew tego człowieka buzuje w panicznym rytmie. Dlaczego? Był przecież już bezpieczny, umknął z pola walki, skrył się na swej skrzydlatej łodzi.

Vargas był w szoku. Sam widział, jak spadła na dzikusa błyskawica, ale nic mu nie zrobiła! Nadal stał na piasku.

Ludzie wokół niego rozmawiali przyciszonymi głosami. Uważali, że to czary. Kula odbiła się od piersi wojownika jak kropla deszczu, a błyskawica go nie spaliła.

Vargas cały był przerażeniem. Nie pojmował, co się stało, chyba że zadziałały moce nadprzyrodzone. Dzikus zabił kilkunastu jego ludzi, kula odbiła się od niego niczym kamyk rzucony przez dziecko, piorun też go się nie imał. Powinien być trupem, lecz to oni w panice uciekli przed śmiercią z jego dłoni, on zaś stał na brzegu i wzywał ich do walki.

Wódz piratów wiedział, że jego ludzie są tak samo przerażeni jak on, bo zetknęli się z czymś, czego nie byli w stanie pojąć. Lecz to już koniec, najważniejsze, że przeżyli. Musiał udawać, że nic się nie stało, przywrócić normalność.

Czuł jednak na sobie spojrzenia załogi. Stracił ich szacunek, pozwalając, by jeden człowiek, w dodatku dzikus, zmusił go do ucieczki. Odwrócił się i stanął z nimi twarzą w twarz, krzyknął:

– Wciągać kotwicę!

Dwóch ludzi rzuciło się, by spełnić rozkaz, ale wszyscy unikali wzroku Vargasa. Po plecach przebiegł mu dreszcz strachu. Żeglarze byli bardzo zabobonni. Jeśli stracił ich zaufanie, jeśli uznali, że przynosił pecha, jego życie nie będzie warte funta kłaków.

Mocno popchnął jednego z przebiegających.

– Żwawiej, ofermo! Pośpiesz się albo nakarmię tobą ryby!

Pirat pobiegł dalej. Wiedział, że gniew kapitana zwykle dosięga tego, kto jest najbliżej, wolał więc usunąć się w bezpieczne miejsce.

Ale ci, którzy byli z nim na brzegu, nie bali się Vargasa. Już nie. Widzieli, jak uciekał w popłochu przed dzikusem. Pędził przerażony jak kobieta, byle szybciej znaleźć się na łodzi.

Byli chorzy, głodni i rozgoryczeni. Ktoś musiał ponieść winę za to wszystko.

Tego wieczoru, zanim wzeszedł księżyc, Vargas stał na krawędzi trapu i błagał o życie. Nie pomyślał nawet o tym, jak szybko odmienił się jego los. Jeszcze rano to on był tym, który niósł śmierć. Nie czuł wyrzutów sumienia, tylko żal, że skończy w tak upokarzający sposób.

Zabrzmiał strzał. Kula dotarła do celu.

Kapitan poczuł ogień w piersiach, a potem tylko spadanie, spadanie...

Woda zamknęła się nad nim, wdarła do gardła, tłumiąc przekleństwa rzucane na zbuntowaną załogę. Ostatnim obrazem, który pojawił się w jego głowie, był dzikus wskazujący na niego z brzegu.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Georgia

Dziś

Mimo setek lat, które John Nigthwalker spędził na tej ziemi, wciąż nie czuł się swobodnie w ubraniu. A sądząc po spojrzeniu, którym obrzuciła go kasjerka w banku, też z radością zobaczyłaby go bez niczego.

Czuł na sobie jej wzrok, ale ignorował wysyłane przez nią sygnały. Nie był w nastroju do takich zabaw, poza tym dostrzegł, że flirciara miała na palcu obrączkę, a tej granicy nigdy nie przekraczał.

Przeniósł wzrok na stojącą przed nim klientkę z dwójką małych chłopców. Starszy przyglądał mu się ciekawie, a młodszy, zapatrzony gdzieś w dal, nie przestawał dłubać w nosie.

– Cześć! – odezwał się w końcu starszy. – Jestem Brandon Doggett. – Wskazał na młodszego. – A to Trevor, mój brat. – Przeniósł palec na plecy kobiety. – A to moja mama. Też nazywa się Doggett, chociaż tatuś mówi na nią Lisa.

Odwróciła się z lekkim westchnieniem, pokręciła głową, a na koniec powiedziała z uśmiechem:

– Mam nadzieję, że chłopcy panu nie dokuczają?

– Wszystko w porządku – uspokoił ją John.

– Chcesz zobaczyć mój samochód? – Brandon wyciągnął z kieszeni zabawkę. – Ma otwierane drzwi!

John z należytym podziwem oglądał wyczyny małej wyścigówki.

Zwolniło się miejsce przy okienku i do kontuaru podeszła Lisa Doggett. Chłopcy pobiegli za nią. Starali się zachowywać spokojnie, lecz widać było, jakie to dla nich trudne. Kasjerka dała im po lizaku, na chwilę więc zajęła ich walka z opornymi opakowaniami. Po chwili Lisa skończyła załatwiać swoje sprawy, rzuciła Johnowi pożegnalny uśmiech i ruszyła w stronę drzwi, ciągnąc za sobą chłopców.

John był następny w kolejce. Podszedł do okienka i cierpliwie czekał, aż kasjerka uporządkuje dokumenty po poprzedniej klientce. Na chwilę w całym pomieszczeniu zapadła cisza, przerywana tylko miękkim szuraniem stóp i szmerem rozmów pracowników z działu pożyczek. Nagle John poczuł, że powietrze wypełniło się dziwnym napięciem. Atmosfera stała się dusząca i naładowana gniewem, którego nie rozumiał.

– W czym mogę pomóc? – spytała kasjerka, ale nie zareagował.

Omiótł spojrzeniem Lisę Doggett, która właśnie dochodziła do przedsionka. Nagle Brandon krzyknął, wyrwał się matce i pobiegł na środek holu po lśniący czerwony samochodzik, który został na podłodze. Lisa znów westchnęła lekko, jednak cierpliwie czekała na powrót synka.

A więc to nie stamtąd pochodziło napięcie. Przeniósł spojrzenie na pozostałych klientów. Na pozór nikt się nie wyróżniał, ale po chwili jego uwagę przyciągnął zwalisty mężczyzna stojący po drugiej stronie holu. Ubrany był w wytarte dżinsy i drelichową kurtkę. Ta kurtka kompletnie nie pasowała do temperatury panującej na zewnątrz. Mężczyzna miał rozbudowaną szczękę, niemal sięgającą tak zwanego bokserskiego nosa, czyli takiego, który został złamany czy też strzaskany, i to zapewne niejeden raz. John czuł bijące od tego typka napięcie. Nie wiedział jeszcze, co się stanie, ale był pewien, że nie będzie to nic dobrego.

Obserwował go kątem oka. Widział, jak podszedł do jednej z kasjerek, stanął blisko przy okienku i podał jej coś, co wyglądało jak zwykła bawełniana torba, w której przekazywano depozyty, i powiedział kilka słów.

Kasjerka zbladła, oczy rozszerzyły jej się z przerażenia. A potem zemdlała. Rozległ się głuchy odgłos, gdy jej głowa uderzyła o posadzkę.

Druga kasjerka zaczęła histerycznie wzywać pomocy. Zapanował ogólny chaos.

Wallace Deeds przeklął pod nosem. Był w tej branży od lat, ale nikt jeszcze nigdy nie zemdlał na jego widok. Wiedział, że powinien zabrać notatkę, którą położył na ladzie i spokojnie wyjść, tyle tylko, że kartki nie było już w zasięgu jego ręki, spadła bowiem na podłogę i leżała obok nieprzytomnej kobiety.

– Cholera! – mruknął Wallace.

Wsunął rękę do kieszeni i poczuł uspokajający chłód kolby pistoletu. Rozejrzał się wokół, szybko oceniając liczbę świadków. Powinien wydostać się stąd jak najszybciej. Starając się zachować spokój, powoli ruszył w kierunku drzwi.

Do zemdlonej kasjerki podbiegł jakiś mężczyzna w garniturze, schylił się, by zbadać puls, i znalazł kartkę z wydrukowaną informacją:

„Mam broń. Włóż wszystkie pieniądze do torby i bądź cicho. Albo jesteś martwa.”

– Zatrzymać go! – krzyknął. – On ma broń!

Wallace odwrócił się, klnąc szpetnie. Strażnik bankowy ruszył ku niemu, w biegu wyciągając pistolet. Deeds błyskawicznie chwycił najbliższą osobę i ścisnął ją w duszącym uchwycie. W drugiej dłoni dzierżył broń, z której strzelił w sufit.

– Wszyscy na podłogę! – wrzasnął.

Strażnik nie posłuchał polecenia.

– Rzuć broń! – krzyczał. – Rzuć broń i puść ją!

John poczuł zimny dreszcz. Zakładniczką była Lisa Doggett. Przerażona i bezradna patrzyła na dzieci. Trevor, młodszy z chłopców, zapłakał i nieporadnie ruszył do matki.

– Niech nikt się nie rusza! – wrzeszczał Wallace, machając bronią to na strażnika, to na dzieci.

John wyczuł w jego głosie histerię. Spanikowany gangster mógł zaraz kogoś postrzelić! Wszyscy zamarli w napięciu, jedynie Trevor zdawał się nie wiedzieć, co się dzieje, i uparcie szedł ku matce. Nie było czasu do namysłu.

Wyszarpnął nóż z cholewy i skoczył naprzód, by odciągnąć uwagę napastnika od chłopców, Lisy i ochroniarza. Wiedział, że zostanie postrzelony, będzie cierpiał, ale nie zginie.

Taką miał przewagę nad innymi. Stawał oko w oko ze śmiercią i oszukiwał ją niezliczoną ilość razy przez ostatnich pięćset lat. Teraz będzie tak samo.

Wallace Deeds kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Odwrócił się i skierował lufę pistoletu na biegnącego ku niemu mężczyznę.

– Sukinsynu! – wrzasnął i wypalił.

Strzał uderzył prosto w pierś Johna. Poczuł ostry, palący ból, ale nie upadł.

Zdumiony Deeds odrzucił na bok ledwie przytomną zakładniczkę i kolejny raz nacisnął spust. Jednak ta kula nie dosięgła celu. W następnej sekundzie zobaczył, że z jego piersi sterczy rękojeść noża.

Rozległo się zbiorowe westchnienie ulgi, zaraz jednak zapadła śmiertelna cisza.

Lisa Doggett ocknęła się z przerażenia, uklękła i drżącymi rękoma zaczęła tulić do siebie dzieci.

Pozostali wpatrywali się w dwie postacie stojące na środku holu.

Nikt się nie ruszał.

Nikt nic nie mówił.

Wszyscy z niedowierzaniem patrzyli na obu krwawiących mężczyzn. Który z nich pierwszy upadnie?

John jęknął, gdy dotknął swej piersi. Gorąca struga krwi powoli zwalniała. Obserwował, jak Deeds upada. Głowa z trzaskiem uderzyła o kamienną podłogę, ale bandyta tego nie poczuł. Już był martwy.

John zerknął w bok. Zauważył, że ochroniarz schował broń i ruszył w jego kierunku. Lisa Doggett drżała oszołomiona, ale przeżyła, a jej dzieci były bezpieczne.

Przez tłum przepychał się Horace Miles, prezes banku, z napięciem sprawdzając, czy nikomu nic się nie stało. Zobaczył krew na koszuli Johna i krzyknął, aby wezwano pogotowie.

John wolałby ulotnić się jak najprędzej i uniknąć kłopotliwych wyjaśnień. Przerabiał to już wiele razy i wiedział, że nie będzie w stanie wytłumaczyć, jakim cudem dziura po kuli w jego piersi niemal się zasklepiła. Wydobył nóż z piersi bandyty, otarł z krwi i schował do buta.

– Musisz usiąść, synu – powiedział ochroniarz, ujmując go za łokieć. – Jesteś ranny.

– Wszystko w porządku. – Delikatnie uwolnił się z uścisku.

Z daleka słychać już było przenikliwe syreny. Powinien stąd wyjść, i to natychmiast. Ruszył ku drzwiom, ale drogę przeciął mu Horace Miles. Również ujął go za ramię i ruszył w kierunku fotela.

– Proszę usiąść – rzekł z troską. – Krwawi pan. Zaraz nadjedzie pomoc.

– Nic mi nie jest, wszystko w porządku – powtórzył znużony.

Jednak Horace Miles nie pozwolił mu odejść. Dla niego nic nie było w porządku. Napad w jego banku, ranny bohater...

Podeszła do nich Lisa Doggett z chłopcami uczepionymi jej nóg.

– Uratował mi pan życie – wyszeptała poruszona. – Nas wszystkich. Dziękuję... Dziękuję...

Chłopcy wpatrywali się w niego z nabożnym podziwem. Szok i przerażenie odebrały im mowę.

– Ej, chłopaki, nosy w górę! – Uśmiechnął się do nich ciepło. – Mamie nic się nie stało.

Brandon z trudem przełknął ślinę i powiedział:

– Pokonałeś złego człowieka!

John tylko mrugnął. Ból w piersi wprawdzie szybko łagodniał, ale syreny były coraz bliżej. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, przed wejściem zaparkowało kilka radiowozów i dwie karetki. Sanitariusze wbiegli do środka, ochroniarz wskazał im kierunek, i już byli przy Johnie.

Westchnął w duchu. Jak miał im wytłumaczyć swój stan?

– Nic mi nie jest – zapewniał, choć wiedział, że to na nic, bo sanitariusze już nacinali zakrwawiony materiał. Zrezygnowanym ruchem uniósł koszulę i pokazał zabliźnioną ranę.

Sanitariusze stanęli jak wryci.

– Ale jak...?

– Hm... Powiedzmy, że pobierałem nauki u dalajlamy – odparł. – Umiem zatamować krwawienie i uleczyć się siłą woli. Pewnie o tym słyszeliście.

Mruknęli coś niewyraźnie i zaczęli pakować sprzęt, jednak nie potrafili ukryć zdumienia.

Nie tylko oni. Prezes banku też był zaskoczony. Widział przecież strzał, potem strumień krwi na koszuli, a na koniec zabliźnioną ranę. Dostrzegł też inne blizny i wolał nawet nie myśleć, przez co musiał przejść ten człowiek.

Pojawili się policjanci. Przez mundurowych przecisnął się chudy mężczyzna w garniturze. Zadał kilka pytań strażnikowi, a potem ruszył w kierunku Johna. Nawet gdyby nie pokazał odznaki, John i tak wiedziałby, z kim ma do czynienia. Znał ten typ.

Detektyw zatrzymał się, przez chwilę patrzył na ciało, a potem w milczeniu przeniósł wzrok na Johna.

Ciszę przerwał prezes banku:

– Jestem Horace Miles. Byłem świadkiem tego zdarzenia.

– Detektyw Robert Lee. – Otaksował uważnym spojrzeniem Johna i jego zakrwawioną odzież. – A ty, bohaterze, jak się nazywasz?

Nie spodziewał się takiej ironii. I nie wiedział, dlaczego aż tak bardzo go rozgniewała. Podniósł się gwałtownie, dobrze wiedząc, że dzięki temu będzie znacznie górował nad mikrym chudzielcem.

– Bardzo boli mnie klatka piersiowa – odezwał się przeciągle. – I nie podoba mi się pański sarkazm. Poza tym nie jestem bohaterem. Znalazłem się w złym miejscu o złym czasie. A nazywam się John Nightwalker.

Lee bardzo chciał się wkurzyć, ale wiedział, że ten Indianin ma rację.

– Przepraszam. Źle to zabrzmiało. Zacznijmy jeszcze raz. Może pan opowiedzieć, co się tu wydarzyło?

– Zapewne mógłbym... – mruknął John, wskazując kamery dyskretnie poumieszczane w różnych miejscach. – Ale wygląda na to, że pan Miles może dostarczyć panu filmową relację całego zajścia ujętą z każdego kąta tej sali. Może ograniczę się do tego, że facet próbował obrabować bank, wziął zakładniczkę i mierzył do dziecka. Odwróciłem jego uwagę i ściągnąłem strzał na siebie. Przy okazji wbiłem mu też nóż w pierś.

Na razie brzmiało to logicznie. Lee był przekonany, że John został już opatrzony, szybko przeszedł więc do dalszych pytań.

– Mogę zobaczyć ten nóż?

John sięgnął do cholewy. Gdy ostrze błysnęło w świetle lamp, oczy detektywa rozszerzyły się. To nie był zwykły scyzoryk. Nóż miał ponad dwadzieścia pięć centymetrów długości, był szeroki u nasady, a rękojeść wyglądała na kościaną.

– No, proszę pana... – Pokręcił głową. – Z takim czymś można walczyć z niedźwiedziami.

– To prawda – przyznał John spokojnie.

– Tylko niech pan nie mówi, że walczył pan z grizzly – rzucił Lee z powątpiewaniem.

John wzruszył ramionami. Miał szczerze dość tej rozmowy. Wiedział, że swym zachowaniem denerwuje Roberta Lee, ale nie dbał o to.

– Z niedźwiedziami się nie walczy, detektywie – odparł z lekkim uśmieszkiem. – Przed nimi albo się ucieka, albo się je zabija. Robiłem i to, i to.

Lee spiorunował go wzrokiem.

– Ma pan zezwolenie na noszenie ukrytej broni?

– Mam. – Wyjął z portfela legitymację.

Detektyw obejrzał ją uważnie i zwrócił bez słowa.

– Przepraszam, że się wtrącę... – odezwał się Horace Miles, najwyraźniej zdumiony przebiegiem rozmowy. – Detektywie, chyba pan nie rozumie, że pan Nightwalker zapobiegł ogromnej tragedii. Ocalił życie kobiety i zapewne wielu innych osób. Nie wiadomo, kogo ten drań by jeszcze postrzelił. Z całą pewnością pan Nightwalker działał w samoobronie. To napastnik wystrzelił pierwszy. Zresztą proszę zapytać świadków.

– Och, bez obaw, na pewno to zrobię.

– Mogę już odejść? – spytał John znużonym głosem.

– Nie tak szybko. Chciałbym, żeby udał się pan na posterunek.

– Niby dlaczego? – spytał zdziwiony. – Sprawa jest przecież oczywista.

– Może dlatego, że wbiłeś nóż w pierś człowieka – stwierdził Lee z krzywym uśmieszkiem.

– On pierwszy mnie postrzelił – przypomniał John. – Musiałem się bronić, prawda?

– Ja tu jestem od zadawania pytań – uciął Lee.

– To proszę mi jakieś zadać.

Detektyw spiorunował go wzrokiem, szybko jednak przypomniał sobie, że przyglądają im się ludzie i pohamował emocje.

– Jeśli ma pan ranę postrzałową, to dlaczego nie zabrano pana do szpitala?

John z trudem opanował zniecierpliwienie. Uniósł koszulę i wskazał swoją pierś.

– Tu jest ślad po miejscu, gdzie kula wleciała. – Obrócił się i dodał: – A tu rana wylotowa. Szybko dochodzę do siebie.

Brzegi ran były wyraźnie widoczne, ale już prawie zasklepione.

– Nikt nie zdrowieje tak szybko! – krzyknął detektyw. – To musi być jakaś dawna rana. Owszem, byłeś postrzelony, ale na pewno nie dzisiaj. Pewnie byliście w zmowie z tamtym rabusiem, ale wycofałeś się i zabiłeś go, żeby nie wpaść razem z nim!

– Gówno prawda! – wybuchnął John i wskazał kamery. – Obejrzyj lepiej nagrania, mądralo! Jestem klientem tego banku od lat. Pan Miles ma moje dane, telefon i adres. A teraz, jeśli nie jestem aresztowany, wychodzę. – Stanowczym gestem wyciągnął dłoń, czekając na oddanie noża.

Zapadła pełna napięcia cisza, wreszcie Lee oddał nóż. Patrzył, jak John chowa go w milczeniu, a potem wychodzi z banku, nie oglądając się za siebie.

Lee stłumił wściekłość. Nie miał podstaw do zatrzymania tego Indianina, ale instynkt podpowiadał mu, że coś tu nie gra.

– Chcę wszystkie nagrania – zakomenderował ostro, wskazując kamery. – Jak najszybciej.

Horace Miles spokojnym tonem polecił jednemu ze swoich pracowników:

– Proszę dostarczyć panu wszystkie nagrania z dzisiejszego dnia.

Savannah zostało daleko z tyłu. John zbliżał się już do zjazdu prowadzącego do jego domu. Był zadowolony, że dwugodzinna jazda dobiega końca. Zjechał z szosy i ruszył ku urwistemu klifowi. Kilkaset lat zajęło mu zdobycie na własność tego kawałka ziemi, gdzie niegdyś stała jego wioska, ale gdy wreszcie mu się to udało, odzyskał spokój ducha.

Przez tych kilka wieków przeżył wojny domowe, powstania, walczył w wielu bitwach i wciąż z przerażeniem obserwował, jak znika dziewicze piękno jego kraju i zmienia się świat wokół niego, podczas gdy on bezustannie poszukiwał reinkarnacji swego wroga. Bolało go zanieczyszczenie niegdyś krystalicznych strumieni, wycinanie lasów i dewastowanie przyrody. Czyste powietrze, które uważał za coś naturalnego, teraz stawało się luksusem dostępnym dla nielicznych. Wielkie wysypiska śmieci kalały twarz Matki Ziemi.

W różnych częściach kraju miał jeszcze trzy domy. Co kilka lat przeprowadzał się w inne miejsce, by uniknąć pytań sąsiadów związanych z jego wiekiem. Przez wieki opracował system, który pomagał mu ukryć prawdę. Zmieniał mieszkania, styl ubierania i przedstawiał się jako krewny poprzedniego właściciela. Jak dotąd wszystko działało bez zarzutu. Przez ostatnie trzy lata przebywał w Georgii. Z okien sypialni widział miejsce, gdzie pochował swoich bliskich. I choć ich kości dawno już obróciły się w pył, dla niego pamięć tamtego dnia była wciąż tak żywa, jakby wszystko zdarzyło się wczoraj. Z bólem i niesłabnącą zaciętością wciąż szukał duszy człowieka, który zgładził jego lud.

Zatrzymał się na szczycie cypla, zaraz jednak ruszył dalej. Zwykle lubił tu rozmyślać, lecz dziś chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Czuł się wyczerpany porannymi wydarzeniami, dlatego odetchnął z ulgą, kiedy wjechał do garażu i usłyszał cichy szum zamykającej się solidniej bramy. Pierś nadal go bolała, ale już nie krwawiła. Po kilku dniach ta rana będzie tylko kolejną blizną w bogatej kolekcji.

Wysiadł z dżipa, sięgnął po torby z zakupami i przeszedł do kuchni. Wypakował świeże warzywa i nabiał. Tak jak i teraz, zwykle zaopatrywał się w małym sklepiku w Justice. Lubił to miasteczko leżące kilka kilometrów od jego domu, którego mieszkańcy toczyli sielskie, spokojne życie. Nazywali go Dużym Johnem. Nie wiedzieli nic o majątku, który zgromadził przez wieki, zyskach na operacjach handlowych i towarach, które eksportował i importował z różnych krajów. Starał się nie dostarczać tematów do plotek i najróżniejszych domysłów. Sąsiadów i znajomych traktował po przyjacielsku, ale trzymał ich na dystans. Im mniej o nim wiedziano, tym lepiej.

Rozpakował zakupy i przeszedł do pomieszczenia gospodarczego. Wyrzucił podartą i zakrwawioną koszulkę i zajął się dżinsami. Polał plamy odplamiaczem i wrzucił spodnie do pralki.

Wychodząc z pomieszczenia, był nagi, tak jak lubił najbardziej.

Miał długie, szczupłe nogi i muskularne, sprężyste ciało. Na szerokich ramionach nosił ciężar setek lat głuchej, nieuzewnętrznianej rozpaczy. Włosy, niegdyś długie i powiewające na wietrze, teraz były krótko przystrzyżone, a zamiast piór, które zdobiły głowy jego przodków, miał w uchu kolczyk w kształcie pióra, jedyny widoczny znak łączący go z przeszłością.

Chociaż drewniana podłoga nie była pokryta dywanami, poruszał się bezszelestnie. Gdy otworzył okna sypialni, pokój wypełnił się chłodną oceaniczną bryzą, która orzeźwiała go znacznie skuteczniej niż najlepsza klimatyzacja.

Kiedy przechodził do salonu, jego wzrok spoczął na małym, krzemiennym nożu, zawieszonym między kamiennym toporkiem a łapaczem snów. Ten mały kawałek krzemienia był wszystkim, co zostało mu po Białej Sarence. Serce ścisnęło mu się z żalu na jej wspomnienie. Tym nożem oprawiała mięso ze skóry, z której potem szyła miękkie, ciepłe ubrania. Gdyby los był łaskawszy, zginąłby razem ze wszystkimi. Jednak Duchy Przodków spełniły jego prośbę, musiał więc wypełnić swoją część zobowiązania. Zły na siebie, że dotąd nie udało mu się tego zrobić, odegnał wspomnienia i wszedł pod prysznic.

Kilkanaście minut później, kiedy zmył z siebie ślady krwi, włożył wygodne spodnie i zaczął przygotowywać posiłek. Już dawno musiał się nauczyć sam troszczyć o siebie. Całe jego długie życie było naznaczone samotnością, ale takiego dokonał wyboru. Czasami samotność doskwierała mu tak bardzo, że niemal szlochał na samo wspomnienie Białej Sarenki. Były wprawdzie w ciągu tych stuleci jakieś kobiety, ale żadna nie zastąpiła tamtej w jego sercu.

Niejedno widział i wiele przeżył przez te wszystkie lata. Dla napływających na jego ziemię hord wciąż był dzikusem, to nie zmieniło się mimo upływu wieków. Szybko jednak nauczył się rozmawiać z intruzami, którzy zawładnęli ziemią jego przodków, i stał się im potrzebny. Był ich przewodnikiem, tłumaczem i traperem. Tak to się zaczęło, a teraz...

Kiedy jedzenie było gotowe, wziął talerz i wyszedł na taras. Jadł powoli, spoglądając na ocean. W tym samym miejscu stał, gdy zobaczył diabelski statek, który przyniósł z sobą śmierć i cierpienie. Choć od tamtych wydarzeń minęły wieki, instynkt w Johnie nie stępiał. Wciąż był czujny.

Wiedział, że już od co najmniej sześćdziesięciu lat dusza, której szukał, znów wcieliła się w ciało. Oznajmiły mu to znaki.

Pierwszym był sen o tamtym dniu. John ocknął się z koszmaru drżący i mokry od potu. Dawno już zauważył, że gdy zbliżał się do jakiejś reinkarnowanej duszy, jego serce biło szybciej. Czuł to częściej, niż mógłby zliczyć, ale jak dotąd nie spotkał swego przeznaczenia.

Skończył jeść i obserwował morze do czasu, aż słońce zaszło.

Detektyw Robert Lee przewinął taśmę do początku i znów włączył odtwarzanie. Kolejny raz oglądał nieudany napad na bank. Jego logiczny umysł nie był w stanie uwierzyć w to, co widział. Obserwował wystrzał Deedsa. Widział, jak pocisk uderza Indianina, tryska strumień krwi i koszula barwi się na czerwono. Deeds składa się do kolejnego strzału, ale jest już właściwie po wszystkim, bo nóż tkwi w jego piersi.

Deeds pada, a Indianin nie. A gdy cholerny Nightwalker pochyla się, nie zachwiawszy się przy tym w ogóle, i wyjmuje nóż z piersi martwego Deedsa, umysł detektywa nie był w stanie tego ogarnąć. Zastanawiał się nad pretekstem, który pozwoliłby zgodnie z prawem śledzić Nightwalkera, ale niczego nie wymyślił. Zresztą na biurku leżało już pół tuzina nowych spraw i wiedział, że tę musi odpuścić. Choć bardzo niechętnie.

Justice, Georgia

Dwa dni później

Życie Alicii Ponte biegło dotąd dostatnio i beztrosko. Była córką niezwykle bogatego człowieka, a jej głównym zajęciem była prezesura w kilku organizacjach dobroczynnych i organizowanie eleganckich imprez. Nosiła wytworne ubrania, znała odpowiednich ludzi i była ozdobą towarzystwa. Miała kilkoro przyjaciół, ale z nikim nie była zbyt blisko. Na studiach miała chłopaka, potem na krótko związała się z pewnym mężczyzną, lecz od trzech lat była sama.

Niedawno obchodziła dwudzieste siódme urodziny. Zawsze uważała się za osobę spokojną, zrównoważoną i pewną siebie, jednak ostatnie wydarzenia pokazały jej, jak bardzo się myliła.

Była przerażona jak nigdy dotąd. Najgorsze zaś było to, że powodem tej paniki był jej własny ojciec.

Drgnęła na wspomnienie tego, co się wydarzyło, i mocniej nacisnęła pedał gazu. Już niedługo powinna dotrzeć na lotnisko.

Z niepokojem zerknęła na wskaźnik paliwa. Będzie musiała stracić kilka minut na tankowanie. Tablica przy drodze informowała, że w pobliżu znajduje się miasteczko Justice. Tam na pewno znajdzie stację benzynową.

Wiedziała, że ucieczka nie rozwiąże jej problemów, nie mogła przecież uciekać wiecznie. Potem się nad tym zastanowi. Teraz musiała przede wszystkim gdzieś się ukryć.

Jej ojciec, Richard Ponte, był największym fabrykantem broni na zachodniej półkuli, to wiedziała od dawna. Ale niedawno dowiedziała się, że czerpał zyski z wojny w Iraku w najbardziej odrażający sposób – dostarczał nowoczesny sprzęt bojowy zarówno amerykańskim żołnierzom, jak i ich nieprzyjaciołom.

Prawie cały ostatni rok ojciec spędził za oceanem, tworzył bowiem nowy zakładu utylizacyjny na Tajwanie i zamykał fabrykę opon w Indiach. Odwiedzała go kilkakrotnie, ale szybko odsyłał ją do Miami. Ona zresztą też nie przepadała za tymi wizytami. Gdy w końcu wrócił, powitała go serdecznie, ucieszona, że wreszcie nie będzie jadać samotnych posiłków i pełna nadziei, że ich stosunki nieco się zacieśnią.

Szła właśnie do jego gabinetu, żeby spytać, czy zjedzą razem obiad, kiedy usłyszała fragmenty rozmowy. Rozpoznała głos starego przyjaciela, Jacoba Carruthersa, i ucieszyła się na myśl, że wuj Jacob dołączy do posiłku. Miała właśnie do nich zapukać, gdy dobiegł ją podniesiony głos ojca i głośne przekleństwa. Przystanęła zaskoczona. Richard nigdy się tak przy niej nie zachowywał. Postanowiła poczekać chwilę, żeby ojciec się uspokoił, zatrzymała się więc przed drzwiami, ale to, co usłyszała potem, było jeszcze gorsze.

Zwrot „dostawa broni” nie był niczym niezwykłym w interesach ojca, kiedy jednak usłyszała „Osama bin Laden”, krew zmroziła jej się w żyłach.

„Osama był zadowolony z ostatniej dostawy!”

Musiała zatkać sobie usta dłonią, żeby nie krzyknąć. Przez kilka sekund miała jeszcze nadzieję, że to jakaś pomyłka, ale kiedy ojciec wspomniał o dostawie do Afganistanu dla Al-Kaidy, a potem coś o Kurdach i Mohammedzie Al-Kazirze, nie mogła już dłużej się łudzić. Gwoździem do trumny był głos wuja, który mówił, że bin Laden podwoi zamówienie, jeśli dostawa będzie zrealizowana przed końcem miesiąca, a koło trzynastego mogą mieć problem, bo jest jakieś święto. Potem ojciec chrząknął i powiedział, że muszą dobrze płacić, jeśli chcą mieć dobry towar.

Nogi się pod nią ugięły.

– Wiesz – usłyszała jeszcze zaniepokojony głos wuja – celnicy mogą coś zwęszyć. W końcu ile pługów i traktorów może importować jedna firma.

– Bzdury! – żachnął się ojciec. – Doją ze mnie taką forsę, że zdołam przeszmuglować każdy cholerny towar, jaki tylko mi się przyśni.

Nie pamiętała, jak znalazła się z powrotem w swojej sypialni. Ocknęła się, kiedy klęczała przy toalecie i gwałtownie wymiotowała. Wstrząsana dreszczami i oblana zimnym potem, zawlokła się do łóżka. Powiedziała pokojówce, że ma atak grypy i zostanie w łóżku.

Twardo nakazała sobie, że musi myśleć logicznie i na chłodno ocenić całą sprawę. Wiedziała, że ojciec ma zbyt wiele na głowie, by przejmować się jej chorobą. To dobrze, bo nigdy nie potrafiła kłamać i od jednego spojrzenia rozpoznałby, że coś ukrywa.

Jedynym efektem logicznej, chłodnej analizy było to, że spakowała torbę i uciekła.

Teraz, po dwudziestu kilku godzinach od tamtych wydarzeń, nadal uciekała. Chciała powiedzieć komuś o swoim odkryciu, ale ojciec był jednym z najbardziej wpływowych ludzi. Mowa o prawdziwych wpływach, a nie tych, które można by wysnuć na podstawie medialnych rankingów. Alicia żyła w tym świecie i wiedziała doskonale, gdzie była prawdziwa władza. Ojciec miał silne powiązania z wojskiem, policją i instytucjami rządowymi. Jak wiele osób z pierwszych stron gazet było przez niego opłacanych? Musiało tak być, była tego pewna po tym, co usłyszała.

Nie miała pojęcia, komu w takiej sytuacji mogłaby zaufać, ale musiała komuś o tym powiedzieć. Nie mogła żyć z krwią niewinnych ludzi na rękach. I nie zamierzała pozwolić na to ojcu.

Zostawiła mu notatkę, że czuje się już lepiej i wyjeżdża do spa na kilka dni, opróżniła jedno ze swoich pokaźnych kont bankowych i wyjechała z Miami w samym środku wielkiej burzy. Pogoda idealnie dopasowała się do jej nastroju.

Okazało się, że wymówka ze spa podarowała jej niewiele czasu. Kiedy do wieczora nie dawała znaku życia, Richard zaczął dzwonić. Po kilku godzinach miała już wiele nieodebranych połączeń i wiadomość wyrażającą lekkie zaniepokojenie. Wiedziała, że nie może milczeć zbyt długo, nie była jednak jeszcze gotowa. Tak się gotowała ze wściekłości na ojca, że z trudem udawało jej się logicznie myśleć. I jednocześnie panicznie się go bała. Od lat obserwowała, w jaki sposób prowadził interesy. By osiągnąć swój cel, stawał się bezwzględny w pełnym, strasznym znaczeniu tego słowa. Dlatego nikt nigdy nie zdołał pokrzyżować mu planów. Alicia zamierzała być pierwsza.

Oczywiście oddzwoni do niego, ale dopiero gdy będzie daleko od domu, ukryta w bezpiecznym miejscu. I nade wszystko pewna, że ojciec nie zdoła jej wyśledzić. Owszem, postanowiła go zdradzić. Czy jednak zdrajcą jest ten, kto zdradza zdrajcę ojczyzny? Kogoś, kto sprzedawał broń terrorystom odpowiedzialnym za tragedię 11 września 2001?

Łzy wściekłości napływały jej do oczu.

Nie miała pojęcia, że jej ojciec potajemnie kazał zainstalować nadajniki GPS we wszystkich pojazdach należących do koncernu, wiedział więc doskonale, gdzie przebywa córka, i wysłał Dietera Bahna, swoją prawą rękę, by sprowadził Alicię z powrotem. Richard nie miał pojęcia, co się stało, ale wiedział, że sprawa nie może być błaha. Rozsądna, zrównoważona córka oczyściła konto bankowe i uciekła. Dlaczego? Musiał uzyskać odpowiedź na to pytanie. A jeśli Richard Ponte coś postanowił, zawsze to osiągał.

Alicia poczuła skurcz w żołądku. Wiedziała, że musi skupić się na najpilniejszych potrzebach: tankowanie, jedzenie. Wypatrywała stacji, gdy znowu zadzwonił jej telefon. Zerknęła na wyświetlacz i serce jej drgnęło. Ojciec. Który to już raz dzisiaj?

Powodowana jakimś impulsem sięgnęła po komórkę.

– Halo – odezwała się, z całych sił próbując zachować spokój.

– Wreszcie! – ryknął ojciec. – Alicia, co ty, do diabła, wyprawiasz?! Czemu nie odbierasz?

– Nic nie wyprawiam. – Tylko lekkie drżenie głosu zdradzało, że jest zdenerwowana. – Zostawiłam przecież kartkę, dokąd jadę. Zamierzałam potem się odezwać i nie oczekiwałam gradu telefonów, którymi mnie kontrolujesz, jakbym była nieodpowiedzialną nastolatką.

– Nie wciskaj mi tu bzdur! – krzyknął Richard. – Oczyściłaś konto i nie odbierasz telefonów, to co mam o tym myśleć!?

– Może pomyśl, że mam dwadzieścia siedem lat i że to są moje pieniądze – powiedziała z trudem.

Niemal widziała, jak ojciec drgnął rozdrażniony tymi słowami. Zawsze gwałtownie reagował, gdy ktoś próbował stawiać mu opór, ale najbardziej nie lubił, gdy mu przypominano, że to pieniądze zmarłej żony ułatwiły mu start, a także zapewniły córce finansową niezależność.

– Chodzi o jakiegoś faceta, tak? – dopytywał. – Ostrzegam, że pewnie cię nie kocha. Chodzi mu tylko o twoją forsę!

Poczuła się, jakby ją spoliczkował. To było przykre i poniżające. Własny ojciec sądził, że bez majątku nie byłaby warta prawdziwej miłości...

– Dlaczego, tato? – spytała zdławionym przez łzy głosem. – Dlaczego ktoś nie mógłby mnie pokochać? Jak mogłeś tak powiedzieć?

– A więc mam rację! Chodzi o mężczyznę! – mruknął z satysfakcją. Nie wyglądało na to, by przejął się jej uczuciami. – Posłuchaj mnie, Alicio. Przestań zachowywać się jak dziecko i wracaj do Miami, zanim wpakujesz się w jakąś miłosną pułapkę. Jesteś zbyt łatwowierna. Czy on teraz jest z tobą?

– Nie ma żadnego faceta – wyszeptała, żałując nagle, że tak jest. To byłoby znacznie prostsze niż problem, z którym musiała się borykać.

– Nie wierzę ci! – krzyknął rozjuszony Richard. – Wyślizgujesz się z domu jak jakaś pierwsza lepsza idiotka, zabierasz pieniądze i uciekasz w nieznane. Musiałaś mieć jakieś ważne powody, żeby tak zrobić!

Tego było już za wiele. Nagle wszystkie ostatnie przeżycia, szok, rozczarowanie, ból, strach i wściekłość wezbrały w niej. Zaczęła mówić, początkowo spokojnie, ale z każdym zdaniem jej rozgoryczenie i złość rosły, a ostatnie słowa wykrzyczała:

– Jedynym facetem, przez którego opuściłam dom, jesteś ty! Wiem, co robicie... ty i wuj Jacob. Słyszałam waszą rozmowę, sprzedajecie broń wrogom!

– Mylisz się... – zaprotestował Richard, lecz głos miał dziwnie niepewny. – Przesłyszałaś się...

– Przestań! Wiem, co słyszałam! To straszne, co robicie! – Odetchnęła głęboko. – Dlaczego, tato? Dlaczego się w to wpakowałeś? Mamy przecież więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek moglibyśmy wydać. Dlaczego zdradzasz swój kraj? Dla następnych milionów?

Wiedziała, jak czuje się teraz ojciec. Jakby oberwał mocno w brzuch. Jeśli do tej pory stał, to pewnie usiadł, by nie upaść. I pomrukuje: „Niech to diabli, niech to diabli”.

– Nie wiem, o czy mówisz... – powtórzył. – Wracaj do domu, a wszystko ci wytłumaczę.

– Nie wierzę ci. Nie chcę cię więcej widzieć!

– Co zamierzasz? – spytał z niepokojem.

Nawet nie zdawała sobie sprawy, że płacze, dopóki nie poczuła słonego smaku łez. Starła je gwałtownie.

– To nie twoja sprawa!

Zapadła długa, pełna napięcia cisza, a po niej ostatnie pytanie:

– Zamierzasz to rozgłosić?

Zagryzła słone od łez wargi. Rozłączyła się bez słowa, cisnęła telefon na sąsiedni fotel i z ulgą zobaczyła w oddali zabudowania stacji benzynowej.

Richard Ponte słyszał dudnienie własnego serca. Jak to się mogło stać? – zachodził w głowę. Byli przecież tak ostrożni. Przeczesał włosy palcami i zakrył twarz dłońmi, nerwowo zastanawiając się nad dalszymi krokami.

Nikomu nie powie, przekonywał się w duchu. To przecież moja córka, krew z krwi, kość z kości. Nie zwróci się przeciwko ojcu.

A jednak ten ból w jej głosie, ta złość... Nie, nie miał żadnej pewności, jak zachowa się Alicia. Co powinien zrobić w tej sytuacji? Nie może przecież siedzieć tak i czekać na cios.

Szok szybko zamienił się w gniew. Wiele razy w życiu był już w podobnej sytuacji, u progu ruiny spowodowanej działaniami innych. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej utwierdzał się w decyzji, że nie może dopuścić do zburzenia tego, co z takim trudem tworzył przez lata.

Najpierw musi ją złapać, a potem zobaczy, co dalej.

Wybrał numer Dietera.

– To ja. – Richard był już całkiem spokojny. – Jak daleko jesteś od Alicii?

– Osiem kilometrów – odparł Dieter.

– Jak ją znajdziesz, sprowadź z powrotem, nawet gdybyś musiał użyć siły. Chcę ją mieć w domu. Zrozumiałeś?

– Oczywiście.

– I daj mi znać, jak będzie już w twoim samochodzie.

– Tak jest!

Richard zakończył rozmowę bez pożegnania. Wstał z biurka i podszedł do okna. Przez kilka chwil podziwiał swoją posiadłość, główną siedzibę potężnego imperium, które stworzył.

Jeśli sprawy pójdą w niewłaściwym kierunku, jutro może to wszystko stracić. Ale tak się nie stanie. Nie zamierzał do tego dopuścić. Dieter zaraz złapie Alicię, a wtedy...

Powoli obracał w kieszeni drobne monety, zastanawiając się, co wtedy. Jak ją unieszkodliwić i zmusić do milczenia? Jaką będzie miał pewność, że dochowa sekretu? Westchnął ciężko.

Nie będzie miał żadnej...

Uchwycił na szybie swoje odbicie i szybko odwrócił wzrok. Pracował zbyt długo i zbyt ciężko, by stracić majątek przez kogokolwiek. Nawet własną córkę. Jeśli więc się nie podporządkuje...

Gdy pewna myśl przemknęła mu przez głowę, Richard gwałtownie zacisnął szczęki. Jeśli się nie podporządkuje, tym gorzej dla niej. W końcu wypadki ciągle się zdarzają...

John Nightwalker wsiadł do samochodu i wolno ruszył do Justice. Słońce ogrzewało mu twarz, schronił więc oczy za dużymi lotniczymi okularami.

Po kilku minutach był już na głównej ulicy miasteczka. Przyhamował na czerwonym świetle, przyjaznym gestem pozdrowił znajomą aptekarkę, która pomachała mu z chodnika, przeczesał włosy potargane przez wiatr. Jego duże, silne, brązowe dłonie trzymały kierownicę równie pewnie, jak niegdyś łuk i włócznię. Upływ czasu nie wypędził z jego ciała duszy wojownika, przeciwnie, wzmógł go nawet.

Zerknął na wskaźnik paliwa i stwierdził, że powinien zatankować. Zjechał na stację Marva, zatrzymał się przy dystrybutorze, przesunął przez czytnik kartę kredytową i sięgnął po nalewak. Była spokojna, leniwa pora dnia, nikt poza nim nie korzystał ze stacji. Jedyny ruch, jaki mógł dostrzec, to stado mew krążące po niebie. Pewnie wypatrywały szans na posilenie się rybimi łbami, które Marv wyrzucał na tyłach swojego sklepu. John przeciągnął się i pomyślał, że zaraz po powrocie do domu pójdzie nad ocean i popływa. Zawsze go to odświeżało.

Po chwili dopływ paliwa odciął się automatycznie, co znaczyło, że zbiornik jest już pełen. John przerwał swoje rozmyślania i odwiesił wąż. W tym samym momencie na stację wjechało ze znaczną prędkością białe bmw.

Gdy samochód zatrzymał się z drugiej strony dystrybutora, serce Johna zabiło tak mocno, że aż poczuł ból. Powietrze wokół było naładowane wielką energią, z jaką rzadko spotkał się przez ostatnich pięćset lat.

Wiedział, że ktokolwiek był w tym aucie, albo był reinkarnacją Antonia Vargasa, albo był blisko z nim związany. Dłonie odruchowo zacisnęły mu się w pięści, a serce wypełniły wściekłość i żądza zemsty. Znów widział wioskę – kałuże krwi z obmywanych deszczem ciał, trupy dzieci, martwe ciała obdzierane z ubrań, ozdób i amuletów.

Emocje, które nim targały, były tak silne, że zachwiał się lekko. Wtedy dostrzegł, kto wysiadł z samochodu. Zobaczył wysokie, zgrabne ciało, piękną twarz, włosy ciemne jak środek nocy. Poczuł żal do losu. Cóż to za ironia, że okrutna dusza, której szukał od tak dawna, wraca na ziemię w tak doskonałej postaci.

Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy, ale to wystarczyło, by nagle wszystkie jego odczucia znikły. Chwila krótsza niż jedno uderzenie serca powiedziała mu, że nie jest to osoba, której szuka, choć musiała być blisko związana z Vargasem.

Młoda kobieta miała słodką twarz o zdecydowanych, proporcjonalnych rysach. Pełne usta dodawały jej dziewczęcego uroku, choć teraz wyrażały głęboki smutek. W jej oczach dostrzegł łzy... Nagła fala współczucia niemal pozbawiła go oddechu. Nie znosił widoku płaczących kobiet. Przez kilka sekund stali tak wpatrzeni w siebie w milczeniu.

– Coś się pani stało? – zdołał w końcu wykrztusić.

Alicia zadrżała. Jego spokojny, głęboki głos był jak balsam dla jej zranionej duszy. Choć na chwilę złagodził szok i ból.

– Nie... – Potrząsnęła głową. – Ja... – Otarła z łez policzki i odrzuciła głowę, nieświadoma, że ten prosty gest ujawnił jej dumę. – Cholera – mruknęła po chwili, kiedy drżącymi palcami usiłowała zatankować samochód. – Potrzebuję paliwa.

– Pomogę pani. – Działał instynktownie, ale wiedział, że nie może utracić z tą kobietą kontaktu. Sięgnął po nalewak i zatankował bmw.

Alicia westchnęła głęboko. Nie miała pojęcia, co powiedzieć, ale nagle przestało być to ważne. W chwili, kiedy nieznajomy znalazł się między nią a samochodem, w zupełnie absurdalny sposób, mimo stresu, napięcia i wszystkich ciężkich przeżyć ostatnich dni, zapragnęła położyć mu rękę na karku i przejechać w górę po krótkich, ciemnych włosach.

Zamiast tego jednak wyciągnęła z torebki plik banknotów, bezwiednie wpatrzona w kropelkę potu, która wolno spływała od czoła wzdłuż linii szczęki nieznajomego.

Krew zawrzała w jej żyłach, a przez głowę przeleciało kilka śmiałych myśli.

Cholera, zaklęła w duchu, co się ze mną dzieje? Czyżby to była reakcja na stres?

Ale kiedy mężczyzna się odwrócił, w jego oczach wyczytała podobne pragnienia.

– Dziękuję za pomoc, panie... – Urwała gwałtownie, gdy na stację wjechał kolejny samochód i z piskiem opon zatrzymał się tuż obok białego bmw. – Boże, tylko nie to... Znalazł mnie! – szepnęła przerażona.

ROZDZIAŁ DRUGI

John nie miał pojęcia, kim jest facet, który wysiadł z samochodu i wyglądał jak łysy kulturysta. Zauważył, że nieznajoma panicznie go się bała.

Z zasady nigdy nie wtrącał się do cudzych sporów, ale tym razem musiał zadziałać. Nie chciał stracić z oczu kogoś, kto mógł go doprowadzić do duszy Vargasa.

Odwiesił wąż paliwowy i uważnie spojrzał na łysego kulturystę.

– Zostaw mnie, Dieter – ostrzegła Alicia.

Facet zatrzymał się z nieporadnym, na poły przepraszającym uśmiechem.

– Lepiej chodź za mną. Twój ojciec chce, żebyśmy wracali do domu.

– Jak mnie znalazłeś? – spytała zaskoczona.

– Nadajnik GPS. – Dieter wzruszył ramionami.

– Nie mówisz chyba poważnie... Ojciec zainstalował nadajnik w moim samochodzie?!

– We wszystkich autach. Myślałem, że wiesz.

– Nie miałam pojęcia. Widzę, że nie znam go tak dobrze, jak sądziłam – dodała gorzko.

Dieter zrobił krok naprzód i powtórzył:

– Chodź, pojedziesz ze mną.

– Nigdzie z tobą nie pojadę! – cofnęła się nieco.

– Ależ oczywiście, że pojedziesz. – Dieter rzucił się na nią.

Stało się jednak coś dziwnego, bo zamiast pochwycić Alicię, znalazł się twarzą w twarz z facetem, który jakby wyrósł spod ziemi.

Dieter zamarł, a potem spojrzał na Alicię.

– Kto to? – spytał. – On jest z tobą?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, odezwał się John:

– Nie powinno cię interesować, kim jestem. Słyszałem, jak ta pani co najmniej dwukrotnie prosiła, żebyś odszedł.

Dieter wyciągnął wielką łapę i stuknął go palcem w pierś.

– Lepiej się w to nie wtrącaj, koleś. Nie należysz do sprawy i niech tak zostanie. Mam zlecenie od jej ojca, żeby dostarczyć ją do domu.

John złapał gruby paluch i wygiął tak, że na twarzy Dietera pojawił się grymas bólu. Nie miał pojęcia, jak to się stało, ale ten dość niewinny z pozoru chwyt go unieruchomił.

– Cholera! Puszczaj! – wrzasnął.

Ale John nie zamierzał go posłuchać. Zamiast tego odwrócił się do Alicii i powiedział:

– Zakładam, że nie jest to pani mąż?

– Skąd! – żachnęła się. – Pracuje dla mojego ojca.

– Robi pani coś nielegalnego? Jest pani poszukiwana przez policję?

– Nie, nigdy.

– Zakładam, że jest pani pełnoletnia. – Gdy parsknęła lekko, uznał to za odpowiedź twierdzącą. – Rozumiem więc, że może pani robić, co chce.

Jej oczy znów napełniły się łzami.

– Już nigdy nie będę wolna – wyszeptała do siebie.

Jednak John usłyszał te słowa i niemal uśmiechnął się. Wiedział, że jej niepewność działa na jego korzyść.

Znów spojrzał na Dietera, którego twarz robiła się coraz bledsza.

– Zamierzasz nadal ją ścigać? – spytał ostro.

– Rany, koleś, to moja praca.

– Więc powinna mieć trochę przewagi na starcie – mruknął John i chwycił Dietera za kark.

Łysy kulturysta padł na ziemię bez czucia.

Alicia nie miała pojęcia, jak to zrobił, ale zrobił, dzięki Bogu.

– Muszę uciekać, zanim się ocknie – powiedziała cicho.

– Dlaczego obawia się pani własnego ojca?

Otarła ciężko twarz.

– To koszmar. Proszę... muszę zdobyć inny samochód i ukryć się gdzieś, gdzie nie będzie mógł mnie odnaleźć, zanim wszystkiego sobie nie poukładam.

John westchnął z ulgą. Bingo. Idealne trafienie.

– Pomogę pani.

Spojrzała na niego. Oczy miał tak ciemne, że niemal nie odróżniała źrenic. Nie znała tego człowieka. Rozpaczliwie potrzebowała pomocy, ale nie wiedziała, czy powinna mu zaufać. Mógł przecież być seryjnym mordercą albo sadystą.

Oczywiście wyczuł jej wahanie, tak zrozumiałe w tej sytuacji.

– Nazywam się John Nightwalker. – Wiedział, że musi działać szybko. – Mieszkam niedaleko stąd. Swoje auto i tak musi pani porzucić, więc pojedziemy moim. Pomogę pani, jak tylko zdołam, proszę więc powiedzieć, czego pani potrzebuje.

– Hm... – Uśmiechnęła się niepewnie. – Cóż... ja...

– Nie jestem człowiekiem znikąd, mieszkam w tej okolicy, wszyscy mnie tu znają i szanują. Proszę mi zaufać. Nie zawiedzie się pani.

Szóstym zmysłem czuła, że mówi prawdę.

– Dobrze, zgoda. I proszę mi mówić po imieniu. Alicia.

Miał wrażenie, że niebiosa się otworzyły, jego puls przyśpieszył gwałtownie, a w głowie biły głośne dzwony. Choć jego twarz nawet nie drgnęła, serce biło jak szalone. Czyżby to miał być początek końca jego długich poszukiwań?

– Zabierzmy więc lepiej twoje rzeczy z samochodu.

– A co z nim? – Wskazała na Dietera.

– Ja się nim zajmę.

Przeszła do swojego samochodu i sięgnęła po walizkę. Kiedy się odwróciła, John właśnie wyjmował z dżipa sześciopak piwa. Otworzył puszkę, rozchylił usta Dietera i wlał w nie trochę alkoholu. Dieter zakaszlał i zdawało się, że na chwilę się ocknął. John pomógł mu wstać, przeciągnął do jego samochodu, wepchnął na siedzenie i znów pozbawił przytomności, naciskając odpowiedni nerw. Sięgnął po kolejną puszkę, polał Dietera i siedzenia auta piwem, po czym rzucił na podłogę resztkę sześciopaka, po czym spojrzał na Alicię, odebrał od niej walizkę, którą wrzucił na tylne siedzenie, i powiedział:

– Wskakuj.

Alicia odetchnęła głęboko i pomyślała o drodze, którą przebyła. Wiedziała, co zostawia za sobą. Teraz nadszedł czas, by zobaczyć, co przed nią. Spojrzała na Johna i bez słowa usiadła na miejscu pasażera.

– Zapnij się – rzucił, odpalając silnik.

Sięgnęła po pasy, podczas gdy John wybrał numer na posterunek.

– Policja. O co chodzi?

– Cześć, Carl, tu John Nightwalker. Jestem na stacji benzynowej. Przy jednym z dystrybutorów stoi porzucony samochód, a obok, w drugim, śpi pijany facet. Zajmijcie się tym, zanim zablokują Marvowi stację.

– To ktoś z okolicy?

– Nie, tablice rejestracyjne są z innego stanu.

– Zaraz tam kogoś wyślę – obiecał Carl. – Dzięki za informację.

– Nie ma sprawy. – John rozłączył się.

– Dziękuję – szepnęła Alicia.

Bez słowa skinął głową.

Wyjechali na główną drogę. Milczenie stawało się coraz bardziej kłopotliwe.

Co ja właściwie wyprawiam, zastanawiała się. Zaczęło do niej docierać, że zdała się całkowicie na łaskę tego mężczyzny. Mogła się tylko modlić, by nie ściągnąć na siebie większych kłopotów niż te, od których właśnie próbowała uciec.

– Nie skrzywdzę cię – usłyszała spokojny głos Johna.

Drgnęła zaskoczona. Odwróciła głowę w jego kierunku i natknęła się na uważne spojrzenie. Trwało to ledwie sekundę, ale znalazła w nim coś kojącego.

Rozparła się wygodniej na siedzeniu i spróbowała uspokoić oddech.

Łagodny wiatr, który wpadał przez okno, rozrzucał jej ciemne włosy, odgarnęła je więc niedbale. Po raz pierwszy od tamtej straszliwej chwili, kiedy usłyszała rozmowę ojca, czuła się w miarę bezpiecznie. Po kilku dniach nieustannego stresu niemal zapomniała, jakie to uczucie.

Richard niecierpliwie bębnił palcami po biurku i zerkał na telefon. Dieter miał wystarczająco dużo czasu, by wszystko załatwić, a tu żadnej wiadomości. Zirytowany wybrał jego numer, nagrał ostrą wiadomość na poczcie głosowej i wyszedł na obiad. Był pewien, że podwładny tylko na chwilę stracił łączność i wszystko jest pod kontrolą.

Sam Dieter już od dawna nie czuł się tak niepewnie. Właśnie się przebudził i ze zdumieniem rozglądał się po otoczeniu. Takich wnętrz nie sposób było nie rozpoznać. Nieraz już bywał w więzieniu, ale zawsze dotąd pamiętał, jak się tam dostał. Tym razem jednak nie miał pojęcia, ani dlaczego, ani kiedy tu trafił. Usiadł na pryczy, przeciągnął dłońmi po twarzy, po czym podniósł się i mocno potrząsnął kratami.

– Strażnik! – wrzasnął. – Muszę zadzwonić!

Po chwili po drugiej stronie korytarza pojawił się chudy mężczyzna w mundurze.

– Co tam?

– Muszę zadzwonić – powtórzył Dieter niecierpliwie. – Przynieś mi mój telefon!

Strażnik wzruszył ramionami.

– Możesz zadzwonić z naszego. Na twój koszt. Rozumiesz?

– Nic nie rozumiem! – irytował się Dieter. – Jak się tu w ogóle dostałem?

– Przywieźli twoją zapitą dupę – wyjaśnił strażnik tonem człowieka, który niejedno już widział.

Dieter zamarł. Był abstynentem.

– Do diabła... – wymamrotał.

Alicia. I ten wielki Indianin. Richard go zatłucze.

– Tu masz telefon. – Strażnik podał mu przez kraty niewielki aparat. – Załatw to szybko.

– Gdzie jestem? – spytał jeszcze Dieter. Nie miał pojęcia, gdzie go wywieźli.

– W więzieniu – odparł strażnik usłużnie.

– Bardzo śmieszne... – Zaklął pod nosem. – Jak się nazywa ta pipidówka?

– Jesteś w Georgii, w Justice. Jak za bardzo nie wagarowałeś w szkole, to pewnie słyszałeś o Georgii. A jak polecisz palcem po mapie, to znajdziesz Justice – drwił w żywe oczy strażnik.

Dieter spiorunował go wzrokiem.

– Potrzebuję prywatności.

– Gówno, nie prywatność. – Oczy strażnika stwardniały. – Masz prawo do jednego telefonu, a ja będę słyszał każde twoje słowo.

Dieter zaklął w duchu, ale wiedział, że nic nie wskóra.

Gdy wybierał numer Richarda, zastanawiał się gorączkowo, czy powinien go prosić o pomoc. Coś mu mówiło, że pewnie lepiej pozostać za kratami.

Richard nie odbierał, więc zostawił mu wiadomość:

– Panie Ponte, tu Dieter – mówił półgłosem. – Jestem w Justice, w Georgii, w... w więzieniu. Dopadłem Alicię na stacji benzynowej, ale nie była sama. Pewnie ten jej facet mnie ogłuszył. Nie wiem, jak znalazłem się w więzieniu, ale ktoś musi wpłacić za mnie kaucję.

Zakończył rozmowę i oddał słuchawkę. Richard nie potrzebował więcej wskazówek, będzie wiedział, co robić.

Kiedy strażnik odszedł, Dieter opadł na pryczę i westchnął ciężko. Nie wyglądało to dobrze. Szczerze mówiąc, całkiem kiepsko.

Alicia przywykła do wszystkiego, co najlepsze. Przez całe życie miała do dyspozycji luksusowe samochody, eleganckie ciuchy, wszystko, co można dostać za pieniądze. Niewiele mogło ją zaskoczyć.

Kiedy John powiedział, że zabiera ją do siebie, była pewna, że pojadą do zwykłego domku na przedmieściach, jednak to, co zobaczyła, przerosło jej najśmielsze oczekiwania.

Dom był wspaniały. Imponujący, cudownie harmonijny budynek z drewna, kamienia i szkła zdawał się niemal wyrastać z klifu. Okna wkomponowane były tak, że nawet teraz, stojąc na podjeździe, widziała na przestrzał błękitną taflę oceanu rozciągającego się z tyłu.

Bez słowa wysiadła z samochodu i podeszła do krawędzi klifu, zahipnotyzowana widokiem, który się tam rozpościerał. Ale im dłużej tu stała, tym bardziej była pewna, że ten dom nie został zbudowany dla tych wspaniałych widoków. Rozejrzała się wokół i dostrzegła, że budynek usytuowano tak, aby nikt nie mógł podejść do niego niezauważony.

Czuła w powietrzu głęboki smutek, rozpacz. Czego John Nightwalker wypatruje przez te wielkie okna? – zapytywała się w duchu.

– Witam w moim domu – powiedział.

Nie była w stanie odpowiedzieć. Skinęła tylko głową i wróciła do samochodu po walizkę. Poczekała, aż John wypakuje wszystkie zakupy, i podążyła za nim.