Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 371

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Nieśmiertelna piramida - Javier Sierra

Napoleon Bonaparte był najpotężniejszym człowiekiem swoich czasów. Udało mu się podbić prawie całą Europę. Wcześniej zaś stanął na czele niemalże nieznanej wyprawy militarno-badawczej do Egiptu, która zupełnie odmieniła jego umysł. Pewnej nocy całkiem sam wszedł do Wielkiej Piramidy. Co się tam wydarzyło? I jak ten epizod wpłynął na jego los? Nieśmiertelna piramida opowiada o trzech dniach z życia młodego Napoleona. Jest rok 1799. Rok wcześniej wojska francuskie wylądowały w Egipcie, a wraz z nimi – setka naukowców najrozmaitszych specjalizacji. W owej kampanii toczonej po przeciwnej stronie Morza Śródziemnego Napoleon ma trzy cele: wyprzeć Turków, aby zdobyć strategiczną pozycję w regionie, przeciąć ważny szlak handlowy łączący Wielką Brytanię z Azją oraz – co dla niego równie ważne – zgromadzić jak najpełniejszą wiedzę o wspaniałej cywilizacji faraonów. Tego, co rzeczywiście znajdzie w Egipcie, generał nawet sobie nie wyobraża...

Opinie o ebooku Nieśmiertelna piramida - Javier Sierra

Fragment ebooka Nieśmiertelna piramida - Javier Sierra

Tytuł oryginału:

LA PIRÁMIDE INMORTAL

Copyright © Picatrix, S.L. 2014

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marcin Grabski i Olga Rutkowska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-649-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Antoniowi Riberze Jordzie (1920–2001),który z drugiego brzegu lepiej niż ktokolwiek innydoceni wartość tej przygody.

A także Evie Pastor, która potrafiła ją okiełznać.

KILKA WAŻNYCH FAKTÓW HISTORYCZNYCH

O zmroku 1 lipca 1798 roku trzydzieści sześć tysięcy francuskich żołnierzy, nieco ponad dwa tysiące oficerów i około trzystu kobiet, zarówno żon wojskowych, jak i prostytutek potajemnie wprowadzonych na okręty jednej z najliczniejszych flot wojennych zgromadzonych w dziejach, zeszło na ląd na egipskich plażach Aleksandrii, Rosetty i Damietty. Z wyjątkiem nielicznej oficerskiej elity nikt nie był w stanie z całą pewnością stwierdzić, czego ich kraj oczekiwał od nich po przeciwnej stronie Morza Śródziemnego.

Przezwyciężywszy pierwsze niedogodności, w ciągu dwudziestu dni część francuskich sił zdołała opanować deltę Nilu i ruszyła w kierunku Kairu. Tam wojsko natknęło się na imponujące piramidy z Gizy, a w odległości kilku kilometrów od nich w słynnej bitwie rozgromiło pierwsze oddziały wojowników mameluckich.

W ten oto sposób trzy stulecia tureckiej okupacji Egiptu dobiegały końca, region wkraczał zaś w nową epokę polityczną.

Człowiekiem, który dowodził tym równie ogromnym, co niepoznanym podbojem, był obiecujący generał korsykańskiego pochodzenia Napoleon Bonaparte. Jego plan, przygotowany we współpracy z ministrem spraw zagranicznych i konsulem Francji w północnoafrykańskiej stolicy, zakładał przerwanie prosperującego angielskiego szlaku handlowego prowadzącego przez Egipt do Azji. Niebawem jednak Bonapartego czekała pierwsza porażka. Podczas gdy jego wojska posuwały się w głąb lądu, brytyjski admirał Horatio Nelson namierzył i zatopił jego flotę w zatoce Abu Kir. Stało się to 1 sierpnia 1798 roku. W wyniku przegranej bitwy Napoleon stracił ponad tysiąc siedmiuset ludzi i – pozbawiony zaopatrzenia – został odcięty na wrogim i nieznanym terytorium.

Przez kolejnych czternaście miesięcy Bonaparte, nie przejmując się doznanym niepowodzeniem, dokonał czynów, które zdecydowanie wykraczały poza osiągnięcia natury wojennej. Zalicza się do nich założenie instytutu poświęconego badaniu tajemniczej przeszłości Egiptu, w którym zaangażował do pracy ponad stu uczonych. Nakazał im pozyskać jak najwięcej z zapomnianej nauki, która fascynowała go od dziecka. Już to posunięcie potwierdzało istnienie „tajemnego planu”, któremu koniec końców zawdzięczamy podwaliny współczesnej egiptologii.

Obsesja zawładnięcia tą częścią świata nie ograniczała się jednak do pradawnych monumentów – niebawem Bonaparte wkroczył również do Ziemi Świętej. Postępował tak, jak gdyby pragnął naśladować wyczyny pierwszych krzyżowców. Niczym templariusz z XIII wieku przemierzył Palestynę z południa na północ, aż 14 kwietnia 1799 roku – wbrew woli tych, którzy mu towarzyszyli – spędził noc w miejscowości nieopodal Jeziora Tyberiadzkiego zwanej Nazaret.

Nigdy nie wyjaśnił, dlaczego to uczynił.

Kampania prowadzona w Ziemi Świętej również zakończyła się niepowodzeniem. Świadom, że w wypadku następnych błędów może zaprzepaścić karierę, Bonaparte skupił się na zadaniu efektownego ciosu, którym odkupiłby swoje przewiny w oczach paryskiego dyrektoriatu. Obległ Jafę, zdobył ją z krwawą bezwzględnością, nie był jednak w stanie podbić Akki, przez co jego marzenie o dotarciu do wrót Konstantynopola – później być może również do Indii, co oznaczałoby powtórzenie podbojów tak przezeń podziwianego Aleksandra Wielkiego – spaliło na panewce.

Wówczas jego sytuacja naprawdę się skomplikowała.

Po powrocie do Kairu Bonaparte odkrył, że ponad piętnaście tysięcy Turków wspieranych przez Anglików wylądowało ponownie w zatoce Abu Kir, aby raz na zawsze przegnać go z Egiptu. Lecz 25 lipca 1799 roku, w tym samym miejscu, w którym Nelson upokorzył go rok wcześniej, francuskie wojska odwróciły losy kampanii, pokonując mameluków i tym samym częściowo zmazując zniewagę doznaną od Brytyjczyków.

Upojony tak symbolicznym zwycięstwem Bonaparte skierował się w końcu ku miastu piramid, dokąd tryumfalnie wkroczył 11 sierpnia. Właśnie wtedy doszło do zdarzenia, które jest opisane w niniejszej książce. Przygotowując w tajemnicy swój powrót do Francji, Napoleon Bonaparte postanowił spędzić noc w zdecydowanie mało komfortowych ku temu warunkach – wewnątrz Wielkiej Piramidy w Gizie.

Rzecz jasna, tej decyzji Bonaparte również nigdy nie wyjaśnił, nigdy także szczegółowo nie zrelacjonował, co mu się przytrafiło w ciągu tamtych godzin. Jego biografowie nigdy zresztą nie znaleźli sensownego uzasadnienia dla tego posunięcia. Po spędzeniu samotnej nocy z 12 na 13 sierpnia 1799 roku w trzewiach największej budowli wzniesionej w starożytnym świecie Napoleon Bonaparte nie był już jednak tym samym człowiekiem, co wcześniej. Jego los się odmienił. Ścieżka jego przeznaczenia uległa wyprostowaniu.

Ta powieść wyjaśnia, dlaczego tak się stało.

MAPA STAROŻYTNEGO EGIPTU

PLAN STAROŻYTNYCH TEB WRAZ ZE ŚWIĄTYNIAMI W LUKSORZE I KARNAKU NA WSCHODNIM BRZEGU NILU

PLAN NAZARETU

Wiele opisanych niżej wydarzeń jest zgodnych z tym, co mówią nam o nich podręczniki historii. Umiejscowiono je we właściwym czasie, a ich tło zostało gruntownie udokumentowane. Nazwiska większości przewijających się w książce żołnierzy i ich przeciwników, opisy takich miejsc, jak świątynia w Luksorze lub pewne piramidy na kontynencie europejskim, a nawet odniesienia bibliograficzne, mity, opowiadania, bóstwa i rytuały, które pojawiają się w powieści, również nie stanowią wytworów mojej wyobraźni.

Jeśli zaś chodzi o „nieśmiertelną piramidę” boga Tota, to – jak dotąd – nie udało się jej odnaleźć.

ROZDZIAŁ 1

WIELKA PIRAMIDA, PŁASKOWYŻ GIZA12 SIERPNIA 1799 ROKU

Uwięziony…!

Tętno żołnierza przyspieszyło i pulsowało mu teraz w skroniach z siłą uderzeń maczugi.

Wszystko nabrało jednak tempa wraz z chwilą, gdy zgasła jego ostatnia pochodnia.

Ciało żołnierza, które dotąd trzymało się w pionie, osunęło się, jak gdyby szpony ogromnego smoka pociągnęły go ku środkowi Ziemi. Uderzenie nie pozbawiło go przytomności, ale spowodowało dezorientację. Nie był w stanie pojąć, czy został zaatakowany przez coś, czy przez kogoś. Nic go nie bolało. Wszystkie kości miał całe. Nie wydawało się, by był ranny. Z jakiejś jednak przyczyny nie mógł ustać na nogach. Cóż takiego mogło obalić człowieka jego pokroju, silnego i upartego, pośrodku pustego pomieszczenia?

Atak paniki?

Przełknął ślinę.

Ukąszenie owada?

Czyżby został otruty?

Zanim cudzoziemiec zdołał znaleźć możliwą do przyjęcia odpowiedź, jego źrenice rozszerzyły się do granic możliwości. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że nie tylko nogi odmówiły mu posłuszeństwa – tracił również panowanie nad ruchami szyi i palców dłoni.

Na niewiele się zdało ani to, że niespełna trzydziestoletni młodzieniec, jeszcze przed minutą zdrów jak ryba, przyspieszył oddech i rozpaczliwie usiłował się otrząsnąć, ani to, że rozciągnięty na wznak na posadzce młócił ramionami powietrze. Ramiona zresztą także słabły mu niepokojąco szybko, tak jakby wszystko w nim – poza panicznym strachem – miało w jednej chwili zagasnąć.

– Co się ze mną dzieje? – krzyknął ze spojrzeniem wbitym w pustkę, zdobywając się na nadludzki wysiłek. – Wyciągnijcie mnie stąd!

Wówczas odebrało mu również głos. Przeświadczony, że zaraz umrze, ostatni raz zamrugał oczyma.

Wskutek tego nagłego paraliżu zaległ bez ruchu na posadzce na trudny do określenia czas. Pomieszczenie, w którym się znajdował – złożone ze ścian, z podłoża i ze sklepienia z czerwonego, oszlifowanego granitu, mierzące jakieś dziesięć metrów długości na pięć szerokości, rozmyło się zupełnie w ciemnościach. Woń dymu z pochodni zniknęła z jego nozdrzy, stanowiące zaś jedyną dotąd oznakę życia w tym miejscu dwa piskliwe nietoperze podczepione pod sufitem lub ten czy inny świerszcz zamilkły, jak gdyby były w zmowie z mrokiem.

Po chwili żołnierz nie czuł już nawet twardego podłoża. Jego plecy ułożyły się wygodniej na posadzce, pierś stopniowo przestała mu nerwowo falować. Rozciągnięty na ziemi, niezdolny do jakiejkolwiek reakcji, zdołał oderwać myśli od wyczynów militarnych i misji, za sprawą której znalazł się w tym położeniu.

„Święty Boże! – znienacka uzmysłowił sobie sytuację. – Ja przecież umieram!”

Młodzieniec rychło zdał sobie sprawę, że za ogarniający go paraliż nie odpowiadają wyłącznie czynniki zewnętrzne. Bez względu na to, co obaliło go na ziemię, własny strach uniemożliwiał mu odzyskanie panowania nad sobą. Musiał przezwyciężyć inercję biegu wypadków. Wyszkolono go, by potrafił zachować zimny umysł nawet w najtrudniejszych sytuacjach, ta zaś bez wątpienia była nader przerażająca. Tak więc, dzięki wielkiemu wysiłkowi zdobywszy się na jasność umysłu, odsunął na bok lęk i skupił myśli na tym, z czego mógłby czerpać siłę.

W pierwszej kolejności przyszły mu do głowy obrazy z dzieciństwa. Morze Śródziemne. Sosny nad brzegiem morza. Pobielone wapnem domy. Ciągnące się bez końca zbocza. Korsyka. Czasy, kiedy dzień w dzień schodził z braćmi bawić się na plażę, marząc o tym, aby zaciągnąć się na jeden z wielkich statków, które rzucały kotwicę w Ajaccio. Już wówczas wiedział, że przyjdzie mu przekraczać morza! Po chwili z odsieczą pospieszyły kolejne wspomnienia. Lata studiów w Paryżu. Pierwsze próby flirtu na nadsekwańskich bulwarach. Jego sny o potędze. A także lektury o bohaterach świata antycznego. Nic jednak nie dorównywało intensywnością wspomnieniu ramion Letycji, jego matki.

„Będą ci mówić Napoleon, »Neapollon«, Nowy Apollo… Pamiętaj o tym zawsze, gdy znajdziesz się w niebezpieczeństwie, synu, gdyż jest ci pisane okryć się splendorem. Wszystkich ich zwyciężyć”.

Okryć się splendorem?

Zwyciężyć?

Żołnierzowi chciało się płakać. Gdzieś kiedyś słyszał, że wspomnienie matki nawiedza człowieka zawsze tuż przed tym, zanim wyda on ostatnie tchnienie. Lecz oczy również odmówiły mu posłuszeństwa.

Obywatel Napoleon Bonaparte – czy może raczej to, co z niego pozostało – był w tej rozpaczliwej sytuacji zupełnie sam, odcięty pod tonami głazów, w ciemnościach, bez choćby przeklętej mapy, która wskazałaby mu drogę do wyjścia, bez zapasowego krzesiwa, wody, prowiantu… Bez inicjatywy.

„Jak mogłem być aż tak głupi?”

Gdyby tylko mógł, uderzyłby się własną pięścią.

„Jak to się stało, że ja, który wymknąłem się z tylu zasadzek, zaniedbałem środki bezpieczeństwa? Jak dałem się przekonać, aby tutaj zostać, w trzewiach najstarszej budowli na Ziemi, sam, bez moich ludzi?”

Wszystkie te wyrzuty w jednej chwili przemknęły mu przez myśl. Jak gdyby jego tożsamość miała się zaraz rozpuścić w potoku emocji, jakie wezbrały w nim wraz z tym niepowodzeniem. Kiedy sparaliżowany cudzoziemiec miał już zamknąć powieki i oddać się w objęcia wiecznego snu, doznał ostatniego przebłysku przytomności.

Coś posłyszał.

Jakiś daleki krzyk.

Ledwie szept.

„Opatrzność!”

Jak gdyby słowo to podświetliło się w najgłębszym zakamarku jego umysłu. Choć trwało to moment, Bonaparte rozpoznał, skąd dobiegał ten głos. Dobrze znał jego brzmienie. Słyszał go niegdyś z ust innej wyjątkowej kobiety. Istoty pod względem urody niemającej sobie równych, o najniezwyklejszych błękitnych oczach, jakie kiedykolwiek dane mu było podziwiać. To, że ten bez mała niebiański obraz pospieszył mu z pomocą w chwili, która zdawała mu się jego ostatnią, przydał mu znienacka wigoru.

„Opatrzność!” – powtórzył sam do siebie.

Nagle potok słów wypowiadanych tym samym kobiecym głosem – silnym, a jednocześnie zmysłowym – zalał go bez reszty.

„Przeznaczenie!”

„Siła wyższa!”

„Karma!”

„Najwyższy plan!”

Euforia już go nie opuściła.

„Zamysł!”

„Przyszłość!” – wymienił z pamięci.

Naczelny dowódca francuskich wojsk okupacyjnych w Egipcie uchwycił się wówczas z nadzwyczajną determinacją jedynego, w czym – jak w końcu zrozumiał – mógł znaleźć ratunek. Ufności.

„To jest to!” – uradował się.

Musiał odzyskać wiarę. Opatrznościową ufność w zwycięstwo, tę samą, która mu towarzyszyła, gdy rok wcześniej przeszedł przez Alpy i podbił Italię. Nadzieję związaną z tym niezwykłym losem, który już jego matka widziała mu pisany i którą ostatnia kobieta, z jaką miał w życiu styczność, dopiero co w nim umocniła, wynurzając się z odmętów pamięci. Krótko rzecz ujmując, przekonanie, że jego żywot nie może dobiec końca zaledwie trzy dni przed trzydziestymi urodzinami.

„Jest mi pisane okryć się splendorem” – przypomniał sobie.

Bardziej już ożywiony, wydał swojemu ciału kilka szybkich i prostych rozkazów. Najpierw spróbował poruszyć w butach palcami stóp. Nadaremno. Następnie mocno zacisnął zęby i krótkimi, suchymi kaszlnięciami oczyścił gardło. Podbudowany tymi drobnymi postępami, zdołał w końcu zgiąć jedno z ramion.

Niestety, na tym postęp się zatrzymał. Stracił koncentrację – wspomnienia władczych kobiet się ulotniły, kiedy zaś zdał sobie sprawę, że wciąż nie jest w stanie się podźwignąć, ponownie pogrążył się w rozpaczy.

Nadal żył – przynajmniej tyle dobrego – ale znowu ogarnął go strach.

„A jeśli brak mi przeznaczenia? A jeśli…? Jeśli wszystko skończy się tutaj?”

Nagle zrobiło się zimno.

Temperatura w pomieszczeniu gwałtownie spadła, przez co ciało żołnierza jeszcze bardziej zesztywniało. W rzeczywistości było niepojęte, że stało się coś podobnego. Spoczywał przecież wewnątrz egipskiej Wielkiej Piramidy, u wrót Sahary, był środek sierpnia, panowały najsroższe upały w ciągu roku. Choć była już noc i upał zelżał, niepodobna jednak, żeby ochłodzenie to można było odczuć wewnątrz tak potężnej budowli, jaką była Wielka Piramida. Młodzieniec uwiązł jakieś pięćdziesiąt metrów ponad poziomem płaskowyżu, oddzielony od świata zewnętrznego przez mur grubości kolejnych co najmniej sześćdziesięciu metrów. Tymczasem nigdy w życiu, nawet nocując pod gołym niebem, nie zaznał podobnego spadku temperatury. Jak gdyby powietrze w tym pomieszczeniu zgęstniało od bezliku lodowatych igiełek, które sprawiały ból przy oddychaniu.

Wówczas Bonaparte zmiarkował – z irracjonalną, choć absolutną pewnością – że za moment przydarzy mu się coś o ogromnym znaczeniu.

Przez następnych kilka sekund nie odważył się choćby zamrugać.

Nie był w stanie.

W końcu, znowu po upływie czasu trudnego do oceny, zdało mu się, że źrenice zarejestrowały w mroku jakieś delikatne poruszenie.

Było to absurdalne – i zdawał sobie z tego sprawę.

Z własnej woli postanowił dać się zamknąć w tym miejscu. Namówiono go, żeby wystawił swoje męstwo na próbę, która – jeśliby mu się powiodło – ogromnie zwiększyłaby jego reputację u żołnierzy, od chwili zejścia na egipski ląd doświadczających tylko kolejnych niedogodności. Był zatem pewien, że nikt – ani Francuz, ani Turek, ani Egipcjanin – nie poważył się sprzeciwić jego rozkazom i nie zagłębił się w ciasne korytarze, które zostawił za sobą, aby przyjść mu na ratunek.

W takim razie…

„Nie jestem tutaj sam!” Myśl ta sprawiła, że nieruchome ciało Bonapartego niemal podskoczyło w miejscu. „Ktoś tu jeszcze jest!”

Roztrzęsiony, choć jednocześnie czujny, zebrał w sobie resztkę sił. Musiał podporządkować organizm własnej woli. Z duszą na ramieniu, zaciskając zęby, nad którymi już zapanował, zdołał przekręcić głowę na bok.

„Okryję się splendorem!”

Usatysfakcjonowany Bonaparte skierował następnie spojrzenie w stronę, gdzie jak sądził, pozostało wejście do jego grobu.

„Boże…!”

Początkowo nie potrafił zinterpretować tego, co ujrzały jego oczy. Było niemożliwe, żeby tuman kurzu z zewnątrz przedostał się tak głęboko do środka. W piramidzie nie występują przeciągi. To jednak nie było tym, na co wyglądało. Jakiś zawieszony w powietrzu obłok, roztaczający blask podobny do łuny księżyca, pojawił się w pobliżu jego policzków. Nie świecił na tyle mocno, by oświetlić cokolwiek dookoła, lecz unosił się, jak gdyby zakotwiczony pośrodku nicości.

Urzeczony Bonaparte przyjrzał mu się ostrożnie i po chwili zdał sobie sprawę, że to coś stanowiło zaledwie zapowiedź czegoś ważniejszego. Otóż w głębi pomieszczenia, daleko za tą jasnością, która zawisła mu przed obliczem, zarysowały się sylwetki dwóch postaci.

Dostrzeżenie ich przyszło mu nie bez trudu.

Podobnie jak obłok, zdawały się składać z jakiejś lotnej substancji. Otaczał je ledwie dostrzegalny, zielonkawy poblask. Nie poruszały się, nie zdawały się także przejawiać zainteresowania leżącym pośrodku pomieszczenia człowiekiem. Musiały stanowić wytwór silnych halucynacji, ale wyglądały tak cieleśnie, że przez chwilę Bonaparte starał się poderwać i rzucić się biegiem w ich kierunku.

– Kim… jesteście? – wybąkał bezsilny z posadzki.

Nikt nie odpowiedział.

Czyżby tracił zmysły?

Wówczas pobladły na twarzy Napoleon Bonaparte zrobił to, na co tylko pozwolił mu organizm: zaczerpnął powietrza w daremnej próbie ponownego oczyszczenia umysłu i powrotu do wspomnień, które przydały mu sił. Tak jak nauczył się tego kilka miesięcy temu w Nazarecie, zamknął oczy i opróżnił płuca. Pierwszy raz, drugi raz, wreszcie trzeci. Nic to jednak nie dało. Ani na moment nie był w stanie uwolnić się od myśli, że właśnie został żywcem pogrzebany. A co gorsza – że ktoś z bliska przypatrywał się jego agonii.

Wtedy właśnie wielce szanowany generał Napoleon Bonaparte, władca Egiptu, naczelny dowódca francuskich wojsk okupacyjnych, stracił przytomność.

ROZDZIAŁ 2

Czyżby śnił?

Czy już umarł?

Cudzoziemiec przeciągnął się na posadzce Komory Króla, czując się, jak gdyby obudził się z długiego snu. Wystarczyło, że otworzył oczy i ponownie spojrzał w otaczający mrok, a zdał sobie sprawę, że coś się zmieniło. Mógł się poruszać! Mięśnie były mu posłuszne! Mógł krzyczeć! Lepiej: mógł nawet stanąć na nogi!

Coś jednak nie uległo zmianie – to dziwne poczucie, że nie jest wewnątrz Wielkiej Piramidy sam.

– Tu mnie macie! – krzyknął, odsuwając włosy z twarzy w prostym geście, który jednak dla niego miał duże znaczenie. – Nie lękam się was! Pokażcie się, jeśli się nie boicie!

Lecz z wnętrzności budowli odpowiedziało mu wyłącznie echo jego słów.

Obmacał więc ściany pomieszczenia w poszukiwaniu niewielkiego otworu, przez który tutaj wszedł. Fetor odchodów nietoperza – witający go przed kilkoma godzinami – na powrót wtargnął mu do gardła, utwierdzając młodzieńca w przekonaniu, że oto powrócił do świata żywych.

Ucieszył się.

Gdzie jednak się podziali tajemniczy przybysze o zielonkawym poblasku, których widział? I co z kobiecym głosem, który pospieszył mu z odsieczą?

A ta srebrzysta mgiełka unosząca się tuż nad ziemią, gdzie się podziała?

Jak miał komukolwiek wytłumaczyć zjawisko, które dopiero co widział? W miarę jak poszukiwał punktu zaczepienia, absurdalne myśli jedna za drugą napływały mu do głowy. A jeśli wszystko to, czego właśnie doświadczył, stanowiło element próby, której sam zgodził się poddać? A jeżeli jego osamotnienie, paraliż czy nawet doznana wizja stanowiły rodzaj sprawdzianu zaaranżowanego przez ludzi, którzy go tu przyprowadzili? Albo nawet więcej – jeśli wszystko to były elementy pułapki obliczonej na to, aby sprawić, że zwątpi we własny zdrowy rozsądek?

Bonaparte sięgnął pamięcią wstecz: to Eliasz Buqtur, utalentowany koptyjski tłumacz, który służył mu za przewodnika, odkąd przed rokiem generał zszedł na egipski ląd, zawiódł go na obrzeża pustyni, obiecując wyjawić mu tam coś nadzwyczajnego. Przy wielu okazjach rozmawiali o piramidach i ich sekretach. Niezwykłe budowle, które byłyby w stanie przyćmić samą katedrę Notre Dame, stanowiły nie lada wyzwanie dla takiego umysłu, jak jego. W Egipcie powiadano, że to grobowce, mimo to nikt jeszcze nie zdołał w żadnej piramidzie napotkać choćby jednego pochówku. Mówiło się również, że skrywały niewyobrażalne bogactwa, wszystkie jednak były opustoszałe. Buqtur wytłumaczył mu, że przekonanie, że ich sekret sprowadza się do czegoś materialnego, namacalnego, było bardzo rozpowszechnionym błędem.

Objaśnił, że w ich wnętrzu znajdowało się coś natury duchowej.

– Naprawdę? To w piramidach nie ma złota? Mam ci uwierzyć? – zapytał Kopta.

– Jak uważacie – odparł ten z uśmiechem.

Właśnie tego dnia, 12 sierpnia, wylał Nil, nanosząc szlam na położone w delcie rzeki pola. Punktualne nadejście dorocznej powodzi zapowiadało kolejny sezon udanych zbiorów. Egipcjan ogarnął radosny nastrój. Świętowali szczodrość Matki Natury. Był to idealny moment, aby udać się w rejon piramid w poszukiwaniu ich niewidzialnych sekretów, nie zwracając zarazem na siebie uwagi.

– Wiecie, panie, co o Wielkiej Piramidzie mawiają starcy z Gizy?

Przenikliwe i głębokie spojrzenie Eliasza Buqtura zdołało pochwycić uwagę Bonapartego.

– Powiedz.

– Że kto ją posiądzie, ten posiądzie wszechświat.

Niech więc będzie. Właśnie to – pragnienie władzy – przywiodło go w to miejsce.

Teraz zaczynał sobie to wszystko przypominać.

Dzięki przenikliwej inteligencji i niemal europejskiemu zachowaniu Eliasz – rówieśnik Napoleona, mężczyzna nieco pucołowaty i z zadbaną brodą jak u majętnego szejka – zdołał go przekonać, że poddanie się przezeń rytuałowi piramidy to kwestia fundamentalna.

– Ale nikt nie może wiedzieć o tym, że przyjdziecie – przestrzegł go.

– To niemożliwe! – zaoponował Bonaparte. – Nie mogę przecież przejść przez Kair bez mojej eskorty. To byłoby zbyt niebezpieczne.

– A zatem przybądźcie, panie, w orszaku możliwie dyskretnym. Generał Kléber zaoferował się towarzyszyć wam z grupą ludzi, którzy nie będą zbytnio rzucać się w oczy.

– Boisz się czegoś, Eliaszu?

– Boję się, że mogą pojawić się siły pragnące stanąć wam na drodze do piramidy.

– Jeśli wezmę ze sobą straż, tak się nie stanie.

– Zrozumcie mnie dobrze, panie – przerwał mu. – Jeżeli po przybyciu pod Wielką Piramidę wasze wojska nie zostawią was samych w środku, możecie być pewni, że piramida nie wyjawi wam swojego sekretu. Nie przemówi do was. A to będzie niedobrze, równie niedobrze, co wtedy, gdyby te siły nas zdemaskowały.

Napoleon nie dyskutował. Naczelny dowódca francuskich wojsk okupacyjnych postanowił wbrew sobie zaufać temu człowiekowi.

Teraz nachodziły go inne wątpliwości. Skąd Buqtur mógł wiedzieć, że wewnątrz pradawnego monumentu przyjdzie mu coś – lub kogoś – zobaczyć? Czy istniała możliwość, że go odurzył, pozostawił na pastwę wizji i uknuł poddanie go tej farsie, aby podporządkować go własnej woli? Czyżby tłumacz usiłował wzbudzić strach w nim, oswobodzicielu Egiptu?

Pokręcił głową.

Wciąż czuł się zdezorientowany.

W swoich wspomnieniach nie znajdował żadnego dowodu, który pozwalałby obronić takie przypuszczenie. Mistyfikacja, za której ofiarę się uznał, była nazbyt złożona. Za bardzo nierzeczywista. Rzeczywistość przedstawiała się o wiele prościej. On i Buqtur – pod eskortą czterech uzbrojonych ludzi i z czterema osłami obładowanymi prowiantem i kocami – na pokładzie dużego barkasu przepłynęli kilka godzin temu przez wioskę Nazlet-el-Samman ku Wielkiej Piramidzie. Nie było przy tym okazji, aby zjadł czy wypił jakąkolwiek truciznę. Kiedy zaś pokonali zagłębienie terenu, w którym spoczywa Sfinks, skierowali się konno w stronę celu podróży, nie napotykając po drodze nikogo, kto wzbudziłby w nim jakieś podejrzenia. Słońce, jak każdego późnego popołudnia, skąpało tysiącletnie ruiny w odcieniu starego złota, tworząc przecudowną scenerię. I tyle.

– Panie – oznajmił mu wytworną francuszczyzną Buqtur, gdy tylko doprowadził go do komory, w której teraz Napoleon to wszystko przemyśliwał. – Zanim piramida wyjawi wam swoją naukę, wiedzcie, że musicie opróżnić swoją duszę.

– A cóż to takiego ma znaczyć?

– Niebawem się przekonacie – uśmiechnął się. – To bolesny proces. Podołacie?

– Zrobię to – przytaknął Bonaparte.

– W samotności?

– Nie boję się.

Eliasz objął go.

– Panie, ta próba zawsze odbywała się w ten sposób. Takie jest prawo. Tak przezwyciężyli ją Cezar czy Aleksander Macedoński. I obaj, jak dobrze wiecie, stali się panami Egiptu. Tak również dziś uczynicie to wy, o ile nadal pragniecie, żeby przypadł wam ten zaszczyt i żebyście mogli władać naszą ziemią.

Tak właśnie generał zgodził się pozostać na łasce piramidy.

„Jak mogłem być aż tak lekkomyślny?” – ganił się teraz w duchu.

Dobrze pamiętał ostatnie spojrzenie Buqtura, pełne pradawnego i zabobonnego lęku. Być może tego samego, który sprawił, że pokonani przez jego wojska mamelucy ochrzcili go mianem „diabelskiego Bunaparta”. Głupcy wyobrażali go sobie jak jakiegoś potężnego dżina o złowieszczym usposobieniu, zbrojnego w długie i ostre szpony, którymi patroszył przeciwników, zdolny samym spojrzeniem obracać ich w kamień.

Bonaparte zdawał sobie sprawę, jak szczodrze obszedł się z nim los, stykając go z rodziną Eliasza. Jeśli to, co słyszał, było prawdą, jego klan od pokoleń prowadził żądnych inicjacji do wejścia do Świątyni Sauryda, jak kairczycy zwykli określać Wielką Piramidę. Tymczasem Buqtur, jeszcze bardziej ufny w opatrzność niż jego nowy pan, istotnie w głos dziękował Stwórcy za to spotkanie. Żaden bowiem z jego przodków nie zaprowadził do Wielkiej Piramidy tak potężnego kandydata, jak ten.

– A zatem, Eliaszu, gdzie będziesz na mnie czekał? – napomniał go Bonaparte, widząc, że tłumacz kieruje się ku wyjściu z monumentu.

– Na zewnątrz, mój panie.

– Wy także, Jean-Baptiste? – zapytał następnie, spoglądając w migotliwym świetle pochodni na generała Klébera. Ten wraz z trzema uzbrojonymi dragonami francuskiej piechoty również podążył za nim do tej sali.

– Tylko jeśli tak rozkażecie, panie.

Bonaparte potarł podbródek.

– W porządku. Idźcie sobie – odparł.

Kiedy czarna koszula przewodnika i ostatnia z niebieskich kurtek dragonów zniknęły w korytarzu, który doprowadził ich w to miejsce, Bonaparte poświęcił czas, jaki dawała mu ostatnia pochodnia, na zorientowanie się w otoczeniu. To po tej chwili wytchnienia, być może godzinę później, rozpoczął się ten cały koszmar.

Bonaparte wzdrygnął się na to wspomnienie.

Było to tak, jak gdyby wrota piramidy zatrzasnęły się za nim na zawsze.

Ciemność pochłonęła wszystko bez wyjątku.

Wejście do pomieszczenia, nietoperze, świerszcze oraz zajmująca centralne miejsce w komnacie wielka granitowa skrzynia pogrążyły się w nagłej i głębokiej nocy.

Wszystko zakrył ten sam gęsty czarny całun, który teraz spowijał i jego.

Na siatkówce pozostały mu jedynie kontury drzwi prowadzących do tej sali i ogromny kamienny blok spoczywający w głębi pomieszczenia. Ten ostatni miał formę jakiegoś zdumiewającego koryta wyciętego w jednym kawałku granitu, wypolerowanego niczym zwierciadło i wystarczająco przestronnego, aby pomieścić wewnątrz człowieka.

Czy to tam miał opróżnić swoją duszę?

Po ciemku?

Czy to w tej skrzyni miało się okazać, ile ona „waży”?

A jeśli tak, to w jaki sposób?

– Nie lękajcie się, panie. Piramida was poprowadzi – zapowiedział mu Eliasz Buqtur. – Dajcie się ponieść świętej mocy, którą pozostawili nam pradawni panowie Egiptu. Nie stawiajcie oporu. Nie próbujcie tego pojąć. Pogódźcie się z tym, co was spotka. I to wystarczy.

Myśl ta wprawiła go w niepokój.

Nigdy dotąd nie dał się prowadzić samemu instynktowi. Nie był nawet pewien, czy zdoła wyciszyć rozsądek i wziąć udział w tym, co bez wątpienia wyglądało na kolejny etap „sprawdzianu piramidy”, któremu postanowił się poddać. Generał nie miał już jednak nic do stracenia.

Zdecydowany, wyciągnął ręce przed siebie w poszukiwaniu gładkiego i zimnego granitu.

Namacawszy zbiornik dokładnie tam, gdzie się go spodziewał, wdrapał się na jego brzeg i wyciągnął się na długość w jego wnętrzu. Był gotów zaczekać, aż wypadki potoczą się same, bez jego ingerencji, i wyjść z tej niekomfortowej sytuacji możliwie pasywnie.

„Co miał na myśli Eliasz, mówiąc, żebym opróżnił tutaj duszę i pozwolił, aby ją zważono?” – spytał samego siebie, opierając plecy o dno zbiornika.

Odetchnął głęboko.

Uczynił to raz, drugi, trzeci.

Uwolnił umysł od wszelkich myśli.

Wyciągnął nogi i ramiona, aż zdołał wygodnie je ułożyć i o nich zapomnieć.

I zamknął oczy.

W tym właśnie momencie Napoleon Bonaparte dokonał straszliwego odkrycia – kamienna trumna była idealnie dopasowana do jego wymiarów.

ROZDZIAŁ 3

LUKSOR, SIEDEMDZIESIĄT DWIE GODZINY WCZEŚNIEJ

– Na brodę Proroka! Co tak stoicie, durnie?

W napiętej atmosferze panującej w kawiarni Yusufa straszliwy i gromki głos Omara Zalima rozbrzmiał niczym uderzenie bicza. Lokal pękał w szwach.

– Dalej! – nawoływał, stojąc na stole, zamaszystymi ruchami ramion wskazując ku tacom zastawionym owocami i przyprawionym jadłem. – Śmiejcie się! Ucztujcie! Palcie! Dziś czeka mnie ważne spotkanie!

Jego ludzie spojrzeli po sobie ze zdumieniem. Dawno już ci fellachowie nie widzieli go równie szczodrego. Tego popołudnia najstarszy z Zalimów bez wyraźnej przyczyny powyciągał ich z odległych grobów, które na jego polecenie przeszukiwali, i zaprowadził, aby jedli i pili w najlepszym lokalu w mieście. Dla większości chłopów opłacanych przez pana tego miasta było to zachowanie równie nowe, co zdumiewające. Dobrze wiedzieli, że Omar bynajmniej nie jest pobłażliwym przywódcą. Wprost przeciwnie. Swoją reputację zbudował na strachu, jaki wzbudzał onieśmielającym wyglądem – był to olbrzym o wydatnych muskułach i skórze pooranej bliznami – a także przez rozpowszechnione przesądy dotyczące jego pochodzenia. Omar był synem, wnukiem i prawnukiem starego klanu czarowników i jedyny w całym Luksorze ważył się wchodzić do grobowców dawnych faraonów i plądrować je, nie bojąc się przy tym duchów. Zarazem jednak był pewnego rodzaju przywódcą duchowym. Przewodnikiem na cienistym szlaku. Częstokroć mawiał, że aby wyjść nietkniętym z wykutych w kamieniu zaświatów na zachodnim brzegu rzeki, należało opanować maat. Według jego słów mechanizm funkcjonowania całego wszechświata sprowadzał się do tego pradawnego egipskiego terminu: równowagi. Kiedy był w dobrym nastroju, rychło zaczynał prawić, że nie może być mowy o życiu bez śmierci. Czy o nocy bez dnia. Albo o wiośnie bez zimy. I że jeśli on sam rabował pochówek zmarłego, znajomość zasady maat kazała mu przeznaczyć część zysku na uratowanie przed śmiercią kogoś chorego. Gdy z kolei decydował się pomóc przyjacielowi, wówczas powinien być także gotów zadać śmierć nieprzyjacielowi. Jego poczynania mogły wydawać się złowrogie tym, którzy go nie znali, lecz w istocie wpisywały się w specyficzne, pradawne poczucie sprawiedliwości.

Skoro więc Omar postanowił tego popołudnia zwołać ucztę z okazji pewnego spotkania, bez wątpienia musiało chodzić o coś ważnego. O jakiś nowy przejaw tajemniczej reguły, której podporządkowywał swoją wolę.

Fakt faktem, że zdając sobie sprawę z tej wiary, po raz pierwszy od czasu, gdy wojska generała Desaix zajęły podejścia do stanowisk archeologicznych, tym samym utrudniając im prowadzenie działalności, brudni i budzący przestrach ludzie, których miał pod swoimi rozkazami, dali się wyciągnąć na ucztowanie.

– Wystarczy tego! Już wiem, Omarze, co się z tobą dzieje! – wykrzyknął jeden z nich z głębi kawiarni, jednocześnie zaciągając się dymem z fajki nabitej haszyszem. W jego spojrzeniu można było dostrzec nieskrywaną lubieżność. – Czeka na ciebie kochanka! – Zarechotał.

– Pewnikiem to jakaś bogini! – dopowiedział drugi.

Trzeci, jeszcze bardziej pobudzony, dorzucił:

– Tak, o to chodzi! Spójrzcie tylko na niego! Jaki zniecierpliwiony!

Zebrani wybuchli gromkim śmiechem.

Ich przywódca bynajmniej się nie obruszył, a tylko uśmiechnął, podnosząc do ust kiść winogron.

Wieczór nie mógł zacząć się lepiej.

Przypływ grubiaństwa miał poprzedzać chwilę wzniosłości, której nadejście przeczuwał całym sobą. „Wprowadzanie równowagi, wyważanie przeciwieństw to jedyny sposób na zachowanie panowania nad wszechświatem” – powiedział sobie.

Na tym właśnie polega maat.

Yusuf, gospodarz przybytku, pozostający nieco w tyle za tą hałaśliwą gromadą, nie spostrzegł, że zza jednej ze sznurowych zasłonek wychyliło się dwoje dziewcząt, które przyciągnął wszczynany rwetes. Jedną z nich była delikatna i śliczna Nadia ben Raszid, kwiat tego przybytku, którą wszyscy nazywali Doskonałą, drugą zaś, nieco młodszą, około piętnastoletnią, o niewinnym spojrzeniu – jej kuzynka Fatima. Obie już od pewnego czasu pracowały u Yusufa jako tancerki, choć zdawały sobie sprawę, że są tam jedynie na zasadzie swoistego wypożyczenia. W rzeczywistości – podobnie jak niemal wszystko w Luksorze, co miało jakąkolwiek wartość – one również stanowiły własność Omara.

– Cóż to się dziś dzieje? – wyszeptała Fatima, wystraszona, że jeszcze ktoś je nakryje.

– Nie wiem – odparła tym samym tonem Doskonała, usiłując dosłyszeć coś przez ogólny gwar i dźwięki wydawane przez grupę bębniarzy, którzy nie byli pewni, czy mają zacząć grać, ale nasycali pomieszczenie nieskoordynowanymi uderzeniami. – Omar zdaje się nader ożywiony.

– To dobrze…

– Tak sądzisz?

– Tak. Spójrz na niego – powiedziała, wskazując stół, na który Omar się wdrapał. – Cały aż promienieje.

– Na wszelki wypadek nie spuszczaj go z oka. Wczoraj zdawał się przybity, ale teraz…

– Być może otrzymał jakieś wieści. Pomyślne nowiny z Kairu.

– To, co dobre dla niego, zazwyczaj okazuje się niepomyślne dla nas…

Nadia wypowiedziała te słowa bardzo poważnym tonem, nie odrywając wzroku od wnętrza lokalu.

– Sądzisz, że…? – Fatima, do tej pory radosna, w jednej chwili spochmurniała. – Sądzisz, że powinnyśmy podnieść alarm? Że to dziś jest ten dzień?

Doskonała wzruszyła ramionami, nie wiedząc, co powiedzieć. Dostatecznie dobrze znała swojego pana, żeby zawczasu nie oceniać jego działań. W jego wypadku nikt nie mógł sobie pozwolić na przedwczesne sądy.

Wtem zaskoczył je kolejny z okrzyków towarzystwa.

– Mówże, Omarze! Ha, ha, ha! Cóż to za spotkanie? Czyżbyś wreszcie zdecydował się rozdziewiczyć Nadię?

– Jeszcze ci się dziewczę zmarnuje! – wykrzyknął inny. – Ale byłaby szkoda!

Część zgromadzonych zaczęła klaskać.

– Właśnie, właśnie!

– Jak możesz tyle czekać? – nalegał czwarty głos gdzieś po przeciwnej stronie kawiarni. – Toż jest z niej już kobieta jak się patrzy!

– Jeśli sam się nie odważysz, moglibyśmy ci dopomóc… – Kolejna fala śmiechu.

Doskonała, stojąc w kryjówce, zdusiła dreszcz, ściskając w przestrachu dłoń towarzyszki. Fatimę ogarnęło współczucie. Od tygodni kuzynki rozmawiały właśnie o tym.

– Ty ich słyszysz? – wyszeptała.

– Nie zwracaj na nich uwagi, Nadia. Są tylko tacy mocni w gębie.

– Że też nie urodziłam się chłopakiem! – rozżaliła się.

Fatima zmilczała. Wiedziała, że nie zdoła jej przekonać. W ciągu dwóch ostatnich lat jej kuzynka przemieniła się w piękną istotę. Natura obdarzyła ją proporcjonalną sylwetką i długimi, ładnymi nogami, nie pozostawiając śladu po niegdysiejszej chudej i niezgrabnej dziewczynce. Odznaczała się tą samą urodą, jaka cechowała boginie uwiecznione na ścianach świątyń. Wykazywała taką samą pewność siebie, roztaczała to samo wrażenie słodyczy i niezależności. Sama Nadia uważała jednak te zmiany za nieszczęście. Nie potrafiła przestać myśleć o tym, jak ułożyłoby się jej życie, gdyby zamiast gładkiego oblicza podbródek pokrywała jej zmierzwiona broda. Byłaby wówczas wolnym człowiekiem, mogącym poruszać się według własnej woli, czytać i pisać tyle, ile dusza zapragnie. Byłaby kimś rzeczywiście przydatnym swojej rodzinie. Nie zaś jak teraz, gdy już od dziewięciu lat była na służbie u Yusufa, który był dla niej kimś obcym, zmuszona pogodzić się z tym, że inni kierują jej losami, i czując, jak z każdym mijającym rokiem trudniej przychodzi jej znosić swoich „znamienitych” klientów.

Omar to zupełnie inna historia. Kiedy jako dosyć chorowita sierota trafiła do Luksoru, tylko on był gotów otoczyć ją opieką. Ten złowrogi człowiek postanowił nauczyć ją, że taniec stanowi najsubtelniejszy sposób osiągnięcia maat. Mawiał, że sami bogowie zesłali tę umiejętność pierwszym Egipcjankom, kobietom obdarzonym zmysłowością, którą wyczytywał również w jej oczach, i utrzymywał, że tańcząc przed jego nieokrzesanymi podwładnymi, przywracała w kosmosie porządek.

„Tańcz, a odnajdziesz swoją istotę. Tańcz, a staniesz się maat” – obiecał.

Niezależnie od tego Nadia darzyła go głęboką nienawiścią. Przeczuwała, że ten budzący postrach olbrzym o kwadratowej żuchwie i ciele pokrytym bliznami istotnie się przyczynił do nieszczęścia, za sprawą którego trafiła w to miejsce. I choć zawsze odnosił się do niej z szacunkiem, miała wrażenie, że zachowywał ją z myślą o czymś, co nie przypadnie jej do gustu. Mało co tak niepokoiło jej pana, jak obawa, że każdy mężczyzna, który ją zobaczy, w mig się w niej zadurzy. Jej drobne oczka wystraszonej dziewczynki ustąpiły miejsca oczom dużym, głęboko błękitnym, osadzonym w delikatnej twarzy o idealnych rysach i wysokich kościach policzkowych okolonych ciemną czupryną, która sięgała jej niemal do pasa. Lecz ta rzadka uroda oznaczała stałe zagrożenie dla jej bezpieczeństwa. Nadia była świadoma, że mężczyźni jej pożądali. Że zaczynali na nią czyhać. Wiedziała także, że żadna z kobiet usługujących w lokalu Yusufa nigdy nie stanęłaby w jej obronie. „Ta dziewczyna jest nietykalna – przestrzegł wszystkich Omar Zalim, kiedy przed dziewięcioma laty włączył ją do swojego dobytku. – Wiedzcie, że szykuję jej szczególny los”. I po cóż mówił coś podobnego! Od tamtej pory wszyscy mylnie uznawali jej wyniosłą posturę, wyprostowane plecy i wieczną czujność za oznaki fałszywej dumy. Dlatego zaczęli przezywać ją Doskonałą. Ona jednak taka nie była. Bóg uczynił ją piękniejszą, niżby sama tego chciała, uroda zaś była przyczyną, dla której okazywała rezerwę. Była wrażliwa i marzycielska, inteligentna i pojętna, nie zdawało się jednak – jak teraz ze smutkiem miarkowała – żeby dary te na wiele jej się zdawały.

– Nadię?

Czarne oczy Omara rozbłysły, gdy powtórzył imię wymienione przez podległych mu fellachów, co wyrwało ją z rozmyślań. Żyła na lewej skroni jej pana nabrzmiała i zaczęła pulsować.

– Jak śmiecie, wy, pomioty, wspominać imię Nadii?

Niespiesznym ruchem podciągnął galabiję, aby się nie potknąć, po czym zszedł ze stołu, na który uprzednio się wdrapał. Jego ludzie zamilkli i na kilka chwil, które wydały się wiecznością, zamarli w bezruchu.

– Wiecie przecież, co wam o niej powiedziałem, prawda?

Mówiąc te słowa, Omar pogładził zawieszony u pasa sztylet.

Znów cisza.

Wtem, spuściwszy stopy na ziemię, olbrzym uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Ależ z was jednak bestie! – zaśmiał się. – Naprawdę sądzicie, że gdybym chciał posiąść którąś z moich kobiet, tobym was wezwał, żebyście na to patrzyli?

Westchnienie ulgi przemknęło przez pomieszczenie niczym podmuch świeżego powietrza. Zauważyły to również ukryte za kotarą dziewczęta.

– Hejże, hejże! – zawołał, w jednej chwili odzyskując ducha maat, który ich tutaj sprowadził. – Dalej! Cieszcie się ucztą!

Placki z mięsem i talerze z hummusem zaczęły przechodzić z rąk do rąk. Lokal wypełnił się smakowitymi zapachami. Kiedy się już jednak zdawało, że pośród zgromadzonych na powrót zapanował spokój, kolejny głos o mało co wszystkiego nie zaprzepaścił:

– Nie sądzisz, Omarze, że zbyt długo już rozpieszczasz tę dziewczynę? – wyrzucił mu jeden z biesiadników, który najwyraźniej wypalił zbyt wiele haszyszu. Był to już starszy człowiek, wspierający się o lasce, która w każdej chwili mogła się złamać. – Nauczyłeś ją nawet francuskiego!

Przywódca machnął ręką w powietrzu.

– Nie, Ibrahimie… Moja radość z tego wieczoru nie ma nic wspólnego z kobietami – przerwał fellachowi, ani myśląc się irytować. – Niebawem, przyjaciele, odbędę w świątyni spotkanie z cudzoziemcami, którzy ostatnimi czasy uprzykrzają nam życie. Spotkanie, które wszystko odmieni.

Na twarzy jego rozmówcy odmalował się grymas zakłopotania.

– Ach! Nie dziw się tak, Ibrahimie – dodał uradowany, że zdołał sprawić swoim ludziom tyle niespodzianek. – Wszyscy wiecie, że wojska francuskie blokują nam dostęp do starych grobowców. Od miesięcy strzegą dojść do Doliny Królów i konfiskują nam owoce naszej ciężkiej pracy. – Po sali przeszedł pomruk zgody. – Ile złota straciliśmy? Ile postradaliśmy klejnotów? Sami powiedzcie!

– Mnóstwo! – odpowiedział chór głosów.

– Wiedzcie zatem, że te prowadzone przez najeźdźców patrole nie wynikają ze względów obronnych czy militarnych. Rozkaz odcięcia nam dostępu do grobowców otrzymali oni z samej góry.

– Od sułtana Bunaparta? Jesteś tego pewien?

Ibrahim wymówił jego nazwisko z bardzo miękkim akcentem. W jego ustach zabrzmiało śmiesznie, ale głęboki przestrach, jaki pojawił się w jego oczach, bynajmniej śmieszny nie był. Podobnie jak wielu innych mieszkańców Egiptu, ten biedny fellach sądził, że Napoleon Bonaparte to jakiś dżin z zaświatów, zesłany do kraju, aby oczyścić go z rozlicznych grzechów.

– Bonaparte nie jest bogiem! – skarcił go Omar, u którego Nadia dostrzegła nagły błysk zaniepokojenia. Po chwili jednak, już łagodniejszym tonem, dodał: – Choć pragnie nim zostać za wszelką cenę.

– Co… Co chcesz przez to powiedzieć, Omarze?

– Starcze, ja nie rzucam słów na wiatr. Wiem, że najeźdźca rozesłał po całym kraju nieuzbrojoną armię, legion mędrców, dając im wyraźne rozkazy, aby kopiowali i odczytywali dla niego inskrypcje z naszych zabytków. Czegoś szuka. A ja dokładnie wiem, czego!

Fatima i Nadia spojrzały po sobie zdumione. Ibrahim, a wraz z nim wszyscy zgromadzeni w kawiarni, czekali, aż przywódca wyjaśni, co ma na myśli.

– Spójrzmy prawdzie w oczy – ciągnął Omar. – Bonaparte to nie taki wojskowy, jak inni. On nie jest jak Turcy. Ściągnął te zastępy naukowców, aby wydobyć pradawne tajemnice naszych bogów… A dzisiejszej nocy, Ibrahimie, naprowadzę dwóch takich mędrców na trop tego, czego szukają. Rzecz jasna – uśmiechnął się enigmatycznie – w zamian za coś, co uczyni nas wielkimi.

– Maat, prawda?

Omar przytaknął.

– Ach, mówią o Francuzach! – Po drugiej stronie zasłony oddzielającej kawiarnię od pokojów Yusufa Fatima dała Doskonałej porozumiewawczego kuksańca. – Wiesz, co inne dziewczyny o nich mówią?

– Co? – wyszeptała Nadia.

– Że są cudownymi kochankami!

– Fatimo! – zganiła ją. – Za młoda jesteś, żeby myśleć o takich rzeczach.

Wówczas Nadia spojrzała w stronę Omara, częściowo zawstydzona komentarzem kuzynki, częściowo zaś zaskoczona tym, co właśnie powiedział jej pan. Nigdy nie widziała, aby skryty Zalim okazywał zaniepokojenie jakąkolwiek sprawą, tak więc ta krótka chwila słabości wzbudziła w niej zafascynowanie.

– Tak, Nadiu, właśnie tak! – upierała się Fatima. – Gdybyś tylko słyszała, co opowiadają starsze od nas!

– Nie teraz – rzuciła Doskonała, nie odrywając wzroku od wnętrza lokalu i usiłując nie uronić ani słowa z toczonej tam rozmowy. „Czyżby Omar bał się Francuzów?”

– Twoja strata. Te, które z nimi były, mówią, że są mili. A nawet czuli. Nigdy dotąd nie spotkały mężczyzn, którzy bardziej skupialiby się na sprawianiu rozkoszy niż na własnych doznaniach. Kiedy cię pieszczą, mówią o miłości. A do tego opowiadają, że w ich kraju kobiety mogą sobie wybrać mężczyznę, z którym chcą być!

– Naprawdę?

Doskonała na chwilę dała się zbić z pantałyku.

– Przecież mówię, że tak! Nie wierzysz?

– Ja…

Z piersi Nadii wydobyło się wówczas głębokie westchnienie. Nie chciała deprymować kuzynki. Nie odważyła się jej powiedzieć, że żony Yusufa nigdy nie pozwoliłyby im zbliżyć się do najeźdźców. Nigdy nie przyjdzie im zobaczyć tych żołnierzy z bliska.

– A wiesz, co powiadają o Bonapartem? – ciągnęła.

– Nie…

– Że przywódca ich wszystkich jest młody, przystojny i zuchwały. Wyobrażasz sobie, co by to było, gdybyśmy poznały kogoś takiego? – Oblicze Fatimy się rozświetliło.

Nadia pokręciła głową. W kawiarni Yusufa słyszała już wiele komentarzy na temat stojącego na czele najeźdźców generała. Niemal wszyscy opowiadali o jego arogancji, despotycznym usposobieniu i głoszonych kłamstwach, ale – rzeczywiście – wielu mówiło także o atrakcyjnie wyglądającym wojowniku, kimś w rodzaju nowego Cezara, bardzo inteligentnym, a do tego obdarzonym baraką1.

– Bądź ostrożny, Omarze Zalimie! – kolejny niefortunny komentarz starego Ibrahima wyrwał ją z rozmyślań. Starzec stał tuż przed obliczem Omara, wyrzucał ramiona w powietrze i wymachiwał nimi wokoło. – Bez względu na to, co im dasz, oni ci to zabiorą! I w zamian nic ci nie dadzą! Oni nie znają egipskich praw… To barbarzyńcy. Bestie, jak wszyscy cudzoziemcy.

Wówczas Omar wbił w niego drapieżne spojrzenie.

– Naprawdę tak uważasz, Ibrahimie? – zapytał.

Ton, którym wypowiedział te słowa, brzmiał poważniej. Znać w nim było znużenie. Wzbudziło to pośród zgromadzonych falę niepokoju.

– Omarze, oni mają straszliwy oręż! – zawołał starzec, jak gdyby jego rozmówca nie widział go na własne oczy. – Armaty! Muszkiety! To potężne wojsko. Pokonali mameluków. Dlaczego mieliby chcieć z tobą negocjować? Mogą po prostu odebrać to, na co będą mieli ochotę. W tym nawet i życie.

– Wątpię… – zaoponował tajemniczo.

– A zatem? Co zamierzasz im zaoferować, czego sami nie zdołają ci odebrać?

– Oj, Ibrahimie, Ibrahimie… – Poklepał go po twarzy. – Wbrew temu, co sądzicie wy, ubogiego ducha, najcenniejszym, co ma człowiek, nie jest jego dobytek, ale jego wiedza. W miejscach, które ci mędrcy odwiedzili, można znaleźć teksty, które ja potrafię odczytać, oni zaś nie.

– W miejscach? Jakich miejscach? Egipt jest pełen pradawnych inskrypcji!

– Na przykład w grobowcu Amenhotepa – odparł.

Stary fellach aż podskoczył. Podobnie zrobiły stojące kilka kroków dalej Fatima i Nadia.

– W grobowcu w Dolinie Małp? – dopytał, czyniąc gest zdumienia. – W grobie ostatniego faraona, który poznał sekret nieśmiertelności?

Omar przytaknął.

– Kilka dni temu dwaj budowniczowie mostów, dwudziestotrzyletni Jean-Baptiste Prosper Jollois i dziewiętnastoletni Édouard de Villiers, przypadkowo się na niego natknęli.

– Ty… Ty ich znasz?

– Poznanie imion i nawyków przeciwnika, Ibrahimie, to pierwszy krok do jego pokonania. Ja się po prostu dowiaduję.

– I co takiego odkryli w tym pradawnym miejscu?

– Byli dość nieroztropni, przyjacielu. Weszli do środka, zaczęli kopiować znalezione tam rysunki, zachwycili się ścianami, a gdy zaczęli rozpytywać za miejscowym tłumaczem, który pomógłby im je odczytać… koniec końców umówili się na spotkanie ze mną. – Uśmiechnął się złowieszczo. – Zobaczymy się dzisiejszej nocy. W świątyni w Luksorze.

Ibrahim nie był jedynym, który przejął się tymi słowami. Skryte za zasłoną Fatima i Nadia zupełnie zamilkły. Dwa tylko słowa wystarczyły, żeby wprowadzić je w ten stan.

Grobowiec Amenhotepa!

– I…? I co zrobisz? Wyjawisz im sekret tego miejsca? – głos pytającego Ibrahima zdawał się drżeć. Omar Zalim był jedną z nieprzewidywalnych sił natury.

– Tylko wtedy, gdy dadzą mi to, czego oczekuję! – ryknął.

– Jak sądzę, chodzi ci o maat? – ponownie domyślił się Ibrahim.

– Otóż to.

ROZDZIAŁ 4

– Mój Boże! Czy ty to słyszałaś?

Gdy plany jej pana dotarły do uszu Nadii, spokojne oblicze dziewczyny wyraźnie się wzburzyło.

Omar zbezcześcił grobowiec Amenhotepa!

– Fatimo, nadeszła ta chwila – wyszeptała, nie mogąc wypuścić z dłoni zasłony. Doskonałą ogarnęła pewność zrodzona w głębi jej jestestwa. – Musisz odnaleźć naszych. Ruszaj jak najszybciej!

Fatima natychmiast pojęła, że jej kuzynka mówi to śmiertelnie poważnie. Intensywne przejęcie sprawiło, że poczuła ucisk w żołądku.

– Do Edfu? – wymamrotała, dokładnie wiedząc, czego się od niej oczekuje.

Nadia skinęła głową.

– Pojedź konno w górę rzeki. Cały czas trzymaj się brzegu. Nie zgubisz się.

Na szczęście Fatima świetnie wiedziała, co ma zrobić. W pewien sposób ona również została z myślą o tym przeszkolona. Obie dziewczyny od lat wymieniały potajemnie listy z jedynymi żywymi krewnymi, jacy im pozostali, a którzy żyli w tej odległej wiosce na południu Egiptu, jakieś sto kilometrów od nich. Utrzymywały z nimi sporadyczną, ale zawsze podnoszącą na duchu korespondencję. Ich krewniacy – ostatni wolni członkowie klanu ben Raszidów – podtrzymywali w nich nadzieję na ratunek i dyskretnie przesyłali im tyle, ile tylko mogli. Żywność, pieniądze, ubrania… Wszystko to, co mogło sprawić, żeby ich niewola była możliwie znośna. Ich pomoc nie była jednak bezinteresowna. W zamian za nią dziewczęta zostały wyuczone, aby podnieść alarm, kiedy pewnego dnia ich nowy pan przekroczy próg pewnego miejsca na zachodnim brzegu Nilu. Próg grobowca wielkiego Amenhotepa. Ich najznamienitszego przodka. Pierwszego w łańcuchu pokoleń, który liczył już sobie ponad trzy tysiące lat. Były więc swoistymi końmi trojańskimi umieszczonymi w pobliżu ich najgorszego wroga, grabieżcy grobów żądnego skarbów i uznania, przeszkolonymi, aby zareagować w takich właśnie okolicznościach.

„Jest czymś niezwykle ważnym, żebyście nas powiadomiły, jeśli dojdzie do takiej profanacji – podkreślano raz po raz w przesyłanych im listach. – Kiedy to uczynicie, będzie to znaczyło, że wszystkie nasze ofiary, a także i wasze, się opłaciły. Odzyskacie wolność”.

– A ty, Nadiu? Co ty zrobisz?

W cienkim głosiku Fatimy można było dosłyszeć większy niż kiedykolwiek wcześniej niepokój. Doskonała odsunęła się od zasłony i zaczęła szperać w starej skrzyni z odzieżą, starając się znaleźć dla kuzynki jakiś strój podróżny. Izdebka, w której tkwiły godzinami w oczekiwaniu, aż Yusuf wezwie je, żeby zatańczyły, zdawała im się nieznośna niczym więzienna cela.

– Podążę za Omarem aż do świątyni – odrzekła.

– Co? Nie możesz tego zrobić!