Wydawca: Wydawnictwo JK (Aha, Feeria) Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 409 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nieśmiała - Sarah Morant

Niemota. Święta Dziewica. Lodówa... Eleonore zna doskonale te wszystkie wyzwiska. Stara się puszczać je mimo uszu... a raczej stara się nie okazywać, że robią na niej wrażenie. Bo tak naprawdę wolałaby po prostu zniknąć. Może wtedy nie musiałaby słuchać tych wszystkich obelg , które spadają na nią pomimo... a może właśnie dlatego, że stara się być „przezroczysta”. Nie zawsze tak było. Nieśmiałość Elie to nie przyczyna, ale skutek traumatycznych przejść sprzed kilku lat. Ostatnie, na co dziewczyna ma ochotę, to słuchać głupich uwag pod swoim adresem. Bo wszystkie trafiają ją prosto w serce. Podczas gdy Eleonore ćwiczy stawanie się niewidzialną dla otoczenia, podstępem w jej łaski usiłuje wkraść się Jason, nowy uczeń jej szkoły. Chłopak pokazuje przy tym wszystkie swoje twarze - od tandetnego flirciarza, przez mistrza ironii, aż po oblicze, które robi na Elie największe wrażenie. Okazuje się, że pod maską zawadiaki i podrywacza Jason skrywa też niezwykłą umiejętność bycia... przyjacielem. A właśnie za tym Elie najbardziej tęskni: za przyjacielem, który odszedł, zostawiając ją samą sobie w najgorszym możliwym momencie, gdy pewnego popołudnia jej życie roztrzaskało się w drobny mak. Ale czy nowa, szalona znajomość na pewno wróży coś dobrego? Gdy Eleonore nie potrafi już zapanować nad mętlikiem w głowie, przeszłość ponownie daje o sobie znać, a sprawy zaczynają toczyć się w niespodziewany sposób. Oto historia przejmująca, smutna, ale niepozbawiona szczęśliwego zakończenia, która da ci nadzieję, jeśli ją straciłaś, i pozwoli uwierzyć w to, że wszystko może mieć swój happy end. Poruszający debiut nastoletniej belgijskiej autorki

Opinie o ebooku Nieśmiała - Sarah Morant

Fragment ebooka Nieśmiała - Sarah Morant

1

ELEONORE

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.

Może to głupie, ale zaczęłam wierzyć, że moje płuca nie potrafią już same nabierać powietrza. Co więcej, bez powodzenia próbowałam zapanować nad mdłościami. Najwyraźniej nie radziłam sobie również z żołądkiem.

Co roku był ten sam cyrk. Zdana na łaskę dotkniętych amnezją nauczycieli, którzy nie pamiętali mojego imienia, ich złośliwych kolegów po fachu, którzy czerpali przyjemność ze zmuszania nas do przedstawiania się przed całą klasą, oraz belfrów od francuskiego czy hiszpańskiego, którzy wymagali prezentacji w języku obcym, już trzy tygodnie wcześniej z przerażeniem myślałam o powrocie do szkoły.

Wspomniana placówka edukacyjna przypominała najprawdziwsze mrowisko, a ja bardziej niż czegokolwiek innego bałam się dziesiątek mróweczek, które obserwowały każdy mój ruch, żeby później dla zabawy wszystko komentować.

Ostatni raz sprawdziłam plecak i zasznurowałam stare conversy. Starając się nie obudzić Kyle’a, mojego młodszego brata, na palcach ruszyłam do drzwi.

Mój ojciec już wyszedł. Niespiesznie rozczesałam swoje długie, rude włosy, po czym chwyciłam jabłko. Thania, opiekunka Kyle’a, weszła do kuchni i spojrzała na mnie chłodno, zanim zabrała się za szykowanie śniadanie dla mojego brata.

Dotarłam do liceum dwadzieścia minut przed rozpoczęciem lekcji, kurczowo ściskając szelki plecaka. Nie byłam maniaczką punktualności. Po prostu mój autobus miał beznadziejny rozkład jazdy.

Tych kilku uczniów, którzy przekroczyli już szkolną bramę, miało równie zestresowane miny jak ja. Od razu namierzyłam nowych, którzy dopiero zaczynali naukę w szkole średniej, oraz jajogłowych, którzy zamierzali zacząć zakuwać jeszcze dziś wieczorem.

Wbiłam wzrok w ziemię, ostatni raz nabrałam powietrza i czym prędzej znalazłam sobie spokojny kąt. Kilka minut później pojawiła się Kinae, atrakcyjna blondynka o krótkich włosach i niebieskich oczach, i głośno cmoknęła mnie w oba policzki.

Szczupła, o głowę niższa ode mnie i z cerą w kolorze kości słoniowej, ta dziewczyna była fenomenem. Nie wiedziałam, co tak naprawdę nas łączyło. Ale uważałam ją za swoją najlepszą przyjaciółkę, biorąc pod uwagę liczbę kandydatek pretendujących do tego tytułu. Nawet jeśli nie zawsze było nam po drodze, a ja nigdy nie postawiłam nogi w jej domu i nie wiedziałam wiele o jej życiu.

Wzięła mnie pod swoje skrzydła, kiedy przyszłam do tego liceum. Jej wsparcie wiele dla mnie znaczyło. I chociaż przez pierwsze pół roku naszej znajomości nie dokończyłam ani jednego zdania w jej obecności, ona i tak postanowiła się ze mną zakumplować.

A czego chciała Kinae, tego chciał Bóg.

Była piękna, czarująca i z niewiadomych przyczyn miała totalną obsesję na punkcie Francji. Może z powodu Paryża, światowej stolicy mody. Bo słabością tej blondyneczki był właśnie wygląd.

Skończyło się na tym, że zaraziła mnie swoją miłością do tego kraju. Ponieważ mieszkałyśmy w małej, nikomu nieznanej mieścinie w Utah, nigdy nie widziałyśmy Paryża na własne oczy. Ale nie przeszkadzało nam to o nim rozmawiać ani fantazjować o licznych zdjęciach, które pewnego dnia zrobimy sobie pod wieżą Eiffla.

– Chodźmy na lekcję, mała czarownico! – rzuciła ze śmiechem Kinae.

Uśmiechnęłam się na dźwięk tego przezwiska i odgarnęłam włosy za uszy, odsłaniając moje różnokolorowe, zielone i niebieskie, oczy.

– Nie było jeszcze dzwonka, Kin – odparłam, poirytowana bez powodu.

Zatrzymała się, żeby wyciągnąć torbę, którą zostawiała w szafce na całe wakacje.

Placówka państwowa w Richfield mieściła pod swoim dachem zarówno gimnazjum, jak i liceum, których uczniowie korzystali z tych samych sal i tych samych szafek. Nie zmieniłam więc szkoły przez ostatnie trzy lata, od przeprowadzki.

Kiedy rozległ się dzwonek, pomaszerowałyśmy energicznym krokiem na zajęcia z literatury. Plan lekcji, spis potrzebnych rzeczy i inne ważne informacje otrzymałyśmy na maila już tydzień wcześniej.

Kinae dołączyła do Justina, swojego chłopaka-zazdrośnika, do którego nie śmiałam się zbliżać, a ja zajęłam miejsce z tyłu. Trzy minuty później zaczęły się zajęcia i nauczyciel rozdał nam listę lektur do przerobienia w tym roku.

Wiktor Hugo, Emil Zola, Molier i Szekspir.

Ze zdumieniem omiotłam wzrokiem spis pisarzy, w większości francuskich, których dzieła już czytałam, po czym posłałam Kinae porozumiewawcze spojrzenie.

Następnie pan Cablin rozpoczął monolog na temat zalet intensywnego czytania i kultury wysokiej, zabrałam się więc za gryzmolenie na marginesie mojego zeszytu. Zamierzałam spędzić w ten sposób najbliższą godzinę lekcyjną. Lubiłam literaturę. Właściwie to lubiłam tworzyć literaturę, a to coś zupełnie innego. Chciałam zostać Zolą, Szekspirem albo kopią wyjątkowego Woltera. Ale w tej klasie pełnej rozklekotanych metalowych krzeseł czytanie i wielcy pisarze nie wydawali się zbytnio interesujący.

Właśnie wtedy do sali wszedł on. Drzwi stanęły otworem, a nauczyciel zamilkł, żeby z irytacją zmierzyć wzrokiem nowego ucznia.

– Pan Parker! Ledwo co przyszedł do naszej szkoły, a już daje się wszystkim we znaki! Żeby mi się to nie powtórzyło, bo najbliższą sobotę spędzisz w kozie – zagroził, patrząc surowo na chłopaka.

– To niemożliwe, proszę pana, bo musiałbym odwołać spotkanie z pańską matką – odparł nastolatek jak gdyby nigdy nic.

Dyskretnie przyjrzałam się jego ciemnym włosom i niebieskim oczom, w których tańczyły psotne chochliki. Uwagę zwracały także jego imponująca sylwetka i uśmieszek majaczący w kąciku ust, który pozwalał się domyślić zawoalowanej drwiny. Nowy miał szczęście, że trafił na lekcję francuskiego, bo nauczyciel matematyki był znacznie mniej wyrozumiały.

– Zajmij miejsce, impertynencie! I więcej nam nie przeszkadzaj!

Chłopak powiódł wzrokiem w poszukiwaniu wolnego miejsca, podczas gdy ja pochyliłam głowę nad swoimi bazgrołami, ściskając ołówek.

Czytałam setki książek, w których dziewczyna napotyka wzrok młodego buntownika w skórzanej kurtce, a potem żyją szczęśliwie z gromadką dzieci. Ale w prawdziwym życiu przystojniak zawsze kończył u boku ślicznotki w mini. Trusia z ostatniego rzędu mogła co najwyżej zostać samotną bibliotekarką z dziesiątką kotów. A ja wielkimi krokami zmierzałam ku przeznaczeniu sentymentalnej i niespełnionej starej panny.

Omal nie podskoczyłam, kiedy obok mnie rozległ się łoskot torby ciśniętej z impetem na ławkę.

– Dzieńdoberek… – rzucił chłopak z wahaniem, koncentrując uwagę na mojej grzywce.

Nie byłam w stanie unieść głowy.

– E… E… Eleonore – wydusiłam z trudem.

Chciało mi się wyć przez to moje jąkanie, ale jego najwyraźniej ani trochę to nie obeszło, bo zajął miejsce i skrzyżował ręce na piersi, świdrując wzrokiem nauczyciela.

– Tak w ogóle to jestem Jason – przedstawił się z przebiegłym uśmiechem kilka sekund później.

Przez jakiś czas jego obecność mnie paraliżowała. Roztaczał silną aurę. W efekcie byłam jeszcze bardziej zdenerwowana niż podczas pierwszego dnia szkoły w zeszłym roku i wcześniej.

Godzina ciągnęła się w nieskończoność. Zauważyłam, że Kinae odwraca się do mnie i próbuje przekazać mi jakąś wiadomość, której nie potrafiłam rozszyfrować.

– Śmieszna ta twoja kumpela. Szkoda, że cierpi na zaburzenia artykulacji – skwitował Jason z uśmiechem, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę istnieje takie schorzenie.

Otworzyłam usta, po czym gwałtownie je zamknęłam, bo nie zdołałam wydusić ani słowa. I po co mi to było? Tylko zrobiłam z siebie jeszcze większą niemotę.

– Ja… yyy… to…

– Wiesz, po czym poznać klasowego buntownika? Potrafi czytać z ruchu warg – zripostował Jason, puszczając do mnie oko, jakbyśmy działali w zmowie.

Potem ponownie wbił wzrok w nauczyciela i splótł palce dłoni na karku, przyjmując nonszalancką pozę.

Po dwóch godzinach literatury i krótkiej przerwie zaczęła się matematyka. Pan Collins słynął z wyjątkowo sadystycznych skłonności. Uwielbiał nierozwiązywalne problemy oraz nieskończone, ciągnące się przez kilkanaście linijek równania i nawet nie zadawał sobie trudu, żeby rozszyfrowywać hieroglify tych, którzy pisali jak kura pazurem. Miałam nieszczęście poznać go w zeszłym roku, a moja wspaniała średnia przestała zachwycać właśnie z jego winy.

Dlatego nie byłam zaskoczona, kiedy po godzinie zajęć postanowił zaskoczyć nas testem, który miał mu pomóc ocenić poziom klasy. Mój nowy sąsiad westchnął głośno i zaczął grzebać w swojej torbie w poszukiwaniu przyzwoitego długopisu. Słyszałam, jak sapnął, kiedy z braku czegoś lepszego musiał się zadowolić ogryzkiem ołówka. Gdy zabierał się do ostrzenia, otworzyła mu się temperówka, której zawartość wysypała się na blat ławki. Chłopak skrzywił się.

Może to przez upał panujący jeszcze pod koniec lata albo może z powodu niezwykłej pewności siebie Jasona, zaskoczyłam samą siebie, kiedy roześmiałam się cicho, dyskretnie zasłaniając usta dłonią, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

To mu wystarczyło, żeby spojrzeć na mnie z uśmiechem.

– Czyli umiesz się śmiać?

Nieśmiało skinęłam głową, bo nawet jeśli niewiele o nim wiedziałam, ten cały Jason zrobił na mnie wrażenie.

– I umiesz sklecić więcej niż trzy słowa? – dodał, przyglądając mi się takim wzrokiem, jakby próbował ocenić moją sprawność umysłową.

Niewiele nastolatek chichocze jak skończone idiotki, kiedy komuś na ławkę wysypuje się zawartość temperówki.

Ocalił mnie nauczyciel, który podszedł do nas, żeby wręczyć nam testy. Skupiłam uwagę na leżącej przede mną kartce, ignorując sąsiada, który ostatecznie zabrał się do wypełniania własnego egzemplarza. Chętnie wzięłabym z niego przykład, ale nie powtarzałam materiału przez te dwa przyjemne wakacyjne miesiące. Algebra wydawała mi się wtedy odległa. Naprawdę bardzo odległa.

Łamałam stereotyp idealnej nieśmiałej, inteligentnej nastolatki, która zbiera wyłącznie dobre stopnie. Byłabym najszczęśliwsza pod słońcem z oceną dostateczną z przedmiotów ścisłych. Tymczasem musiałam pracować więcej od pozostałych uczniów, żeby uzyskać wynik dopuszczający. Nie chciałam dorzucać szkolnych porażek do licznych problemów mojego taty. Dlatego też mocno trzymałam kciuki podczas każdego testu.

Po godzinie spojrzałam żałośnie na swoją kartkę i zwiesiłam ramiona. Dwa pytania zostawiłam bez odpowiedzi.

Nowy zaczekał, aż pan Collins weźmie ode mnie kartkę. Dopiero kiedy nauczyciel uniósł brwi na widok moich wypocin, chłopak pozbierał swoje rzeczy. Jeszcze przez kilka sekund obserwowałam belfra, który potrząsał głową z politowaniem.

– Nie przejmuj się. Szybko zrezygnuje z pomysłu oceniania poziomu klasy, kiedy pozna wyniki testów – zażartował Jason.

Tylko zwiesiłam głowę i spakowałam do plecaka piórnik oraz zeszyt, po czym wyszłam z klasy, nie patrząc na Nowego. Nie znał naszego sadystycznego matematyka, który nigdy nie odpuszczał. Nikomu.

2

ELEONORE

Reszta dnia upłynęła mi tak samo jak co roku; kolejny raz zostałam dziewczyną z ostatniego rzędu, zapomnianą przez wszystkich, tkwiącą nosem w zeszycie. Zapełniałam marginesy kolejnych kartek wszelkiego rodzaju rysuneczkami, tagami i zdaniami. Bawiłam się w zamazywanie co drugiej kratki albo w układanie krzyżówek z nazwisk nauczycieli, których zdążyłam już spotkać w nowym roku szkolnym.

Jason zdezerterował z mojej ławki, żeby usiąść obok pięknej, apetycznie zaokrąglonej Vanessy. Ta ostatnia zmieniała się na moich oczach przez ostatnie trzy lata. Najpierw zaczęła obrysowywać swoje śliczne, niebieskie oczy grubą, czarną kreską. Potem zabrała się za prostowanie swoich brązowych loków, a od niedawna farbowała je na wyrazisty kolor o nazwie platynowy blond. Jej klatka piersiowa zyskała dwa wydatne wzgórki, a zjawiskowa figura wyciągnęła się o kilka dodatkowych centymetrów dzięki butom na wysokich obcasach. Była typem kretynki, która przemierzała szkolne korytarze w szpilkach, z impetem uderzając o biedne płytki ceramiczne.

Słyszałam, jak chichotała przez całą geografię, podczas gdy Jason roztaczał przed nią swój urok. Był zabawny, odrobinę uwodzicielski i pewny siebie ponad wszelką miarę. Vanessa zdążyła poprawić włosy co najmniej kilkanaście razy i prawdopodobnie obficie śliniła się na widok uśmiechu chłopaka.

Ja, ze swoimi rudymi kędziorami sterczącymi we wszystkich kierunkach i z różnokolorowymi oczami, których nie uważałam za atut, wypadałam w porównaniu z nią jak szmaciana lalka przy Barbie. Właściwie to nie mogłam narzekać. Jako wielki tchórz zawsze próbowałam wtopić się w tłum. Bo podczas gdy niektórzy obawiali się innych ludzi, ja drżałam ze strachu przed ich opiniami na mój temat. Chciałabym móc się pochwalić, że stanowiłam wyjątek i nigdy nikogo nie skrytykowałam, ale stereotypowe myślenie i uprzedzenia zwyczajnie leżą w ludzkiej naturze. Społeczeństwo tworzy szablony, w które wciska każdego z nas, i kiedy ktoś nie odpowiada standardom, kończy zepchnięty na margines.

Osoba otyła z pewnością obżera się w McDonaldzie.

Ciężarna nastolatka musi być puszczalska.

A ktoś nieśmiały z marszu zostaje zaklasyfikowany jako oziębły. Aspołeczny. Bez charakteru.

Zrozumiałam, że najlepiej żyć jak cień, ukrywając się za fasadą plotek i osądów. Kiedy się skoncentrowałam, niemal potrafiłam sobie wyobrazić, że wtapiam się w ścianę. Niestety tak się nie działo.

Oczywiście jako siedemnastolatka przykuwałam uwagę chłopaków. Niektórzy czmychali na widok moich oczu. Innych odstraszał mój bełkot. To głupie, do jakiego stopnia wygląd i pozory decydują o naszym życiu. Czułam się rozczarowana zachowaniem wszystkich tych osób, które nie próbowały zajrzeć w głąb mnie, aby odkryć, kim naprawdę jestem.

Ten nowy, Jason, mnie zaskoczył. Był taki pewny siebie, taki arogancki… Z jednej strony mu zazdrościłam, ale z drugiej – gardziłam nim. Do takich ludzi wszyscy się uśmiechali. W południe dosiadł się do stolika popularnych dzieciaków, bacznie obserwowany przez Kinae. Szpiegowała ich, kiedy żartowali między sobą, nie zwracając uwagi na całą resztę.

Zrozumiałam, że Jason należał do grona tych nastolatków, którym błyskotliwa osobowość pozwalała dołączyć do bardzo wąskiego kręgu koszykarzy i cheerleaderek. Nie znosiłam takich rozpieszczonych bachorów. Czy ten nowy kiedykolwiek musiał zawalczyć o coś w życiu? Czy uważał, że swoim czarującym uśmiechem i kilkoma czułymi słówkami zyska wszystko, czego tylko zapragnie?

I czy to możliwe, że byłam na niego wściekła, bo nie poświęcał mi tyle samo uwagi co innym?

* * *

Uśmiechnęłam się, rzucając plecak w korytarzu. Kyle, mój dziewięcioletni brat, podszedł i objął mnie w pasie drobnymi rękami. Jego opiekunka wyszła bez słowa, wznosząc oczy do nieba.

– Odrobiłeś już lekcje, Kyle?

– Nic z tego nie rozumiem – jęknął przeciągle. – Nie lubię liczenia w pamięci, Elie.

Usiadłam przy kuchennym stole w naszym małym mieszkaniu. Beżowe ściany i byle jakie meble zradzały nasz brak zainteresowania wystrojem wnętrz.

Szczerze mówiąc, kiedy człowiek żyje pod jednym dachem z dorosłym mężczyzną i małym chłopcem, obchodzi się bez bibelotów.

Niespiesznie ukroiłam dla nas po kawałku ciasta i wytłumaczyłam maluchowi niezbyt skomplikowane rachunki. Następnie zabrałam się za własną pracę domową.

Mój ojciec pojawił się w drzwiach koło dziewiętnastej. Wrzucił swój roboczy kombinezon do kosza z rzeczami do prania i odcisnął głośne całusy na naszych czołach.

– Cześć, koleżko. Odrobiłeś lekcje?

– Tak, i to nawet przed Elie – oznajmił triumfalnie mój brat, na co tata się uśmiechnął.

– Elie, możesz przygotować coś do przegryzienia, kiedy będę brał prysznic?

Skinęłam głową, jakby żadne z nas nie miało pojęcia, że już od kilku lat to ja szykowałam posiłek każdego wieczoru. Tata uśmiechnął się do mnie i wolno ruszył do łazienki. Postawiłam garnek na ogniu. W ostatnim czasie, chcąc nie chcąc, nauczyłam się najróżniejszych przepisów. Na początku ojciec próbował wszystkim zajmować się sam: praniem, gotowaniem, Kyle’em. Ale załamał się po dwóch tygodniach. Mój biedny Superman.

Ten okres naszego życia był tematem tabu, podobnie jak wszystko to, co go poprzedzało. Czasem wydawało mi się, że każde z niewypowiedzianych słów dławiło nas, zamiast leczyć rany. Wspomnienia powodowały jednak jeszcze większy ból, więc żadne z nas nie chciało wywlekać ich na światło dzienne.

– Kyle, nie trzymaj noża za ostrze – upomniałam brata surowym głosem, robiąc do niego wielkie oczy.

Chłopiec czym prędzej rozłożył sztućce po obu stronach trzech talerzy. Dziewięciolatek zachowywał się znacznie bardziej dziecinnie od swoich rówieśników. Psycholog zrobił nam długi wykład na temat tego problemu, kiedy wybraliśmy się do niego kilka lat wcześniej. I co mogliśmy zrobić? Mały był wrażliwy.

Pan domu wrócił do nas w chwili, gdy stawiałam jedzenie na stole. Z sięgającymi trochę poniżej szyi włosami w odcieniu czekolady i z oczami w kolorze lasu iglastego nie był do mnie szczególnie podobny. Poza tym mógł się pochwalić imponującą sylwetką, szerokimi ramionami i szczupłą talią. Często się zastanawiałam, czy w przyszłości mój brat będzie do niego podobny. Miał piwne oczy mojej matki i bujną blond grzywę, którą tworzyły nieokiełznane drobne loczki. Okrągła buzia upodabniała go do cherubinka, który przez przypadek spadł z nieba. Kiedy patrzyłam na jego chude jak patyki rączki, nie potrafiłam go sobie wyobrazić z dwudziestoma kilogramami mięśni i barami jak u kowala.

Podobnie jak każdego innego wieczoru uśmiechnęłam się do dwóch mężczyzn mojego życia przekomarzających się dla zabawy. Tata bardzo lubił droczyć się z Kyle’em. Odnosiłam wrażenie, że tą wieczorową porą starał się nadrobić zaległości z całego dnia. Pracował dwanaście godzin na dobę w niedużej fabryce w sąsiednim mieście.

Mój aniołek potrzebował troskliwej opieki. Każdy jego dzień musiał upływać według ustalonego rytmu, którego mógł się trzymać. A te chwile, kiedy pozwalałam im wygłupiać się do woli, dawały im namiastkę więzi łączącej ojca z synem, którą brutalnie przerwała żałoba.

Tata zamknął się w sobie, Kyle do nikogo nie odzywał się słowem, a ja musiałam utrzymywać ich na powierzchni, nieporadnie machając nogami, żebyśmy nie utonęli. Duch naszej rodziny umarł na szpitalnym korytarzu. Ale podczas tych chwil wygłupów wydawało mi się, że zdołaliśmy go wskrzesić.

Spojrzałam na zegar i dokładnie o dwudziestej pierwszej trzydzieści wyciągnęłam rękę do Kyle’a.

– Powiedz tacie dobranoc. Idziemy do łóżka – krzyknęłam wystarczająco głośno, żeby obaj mnie usłyszeli.

– Ale ja nie jestem zmęczony!

– Słuchaj się siostry, koleżko. To jedyna kobieta w tym domu. A kobiety zawsze postępują rozsądnie – stwierdził tata, sięgając po gazetę.

Puścił do mnie oko, a ja odwzajemniłam się tym samym. Uśmiechnęłam się, kiedy zaczął gonić Kyle’a wokół kanapy. Zrobił kilka okrążeń, zanim odłożył gazetę, żeby schwytać diabełka i zanieść go do naszej sypialni. Po wyjściu taty kazałam małemu chuliganowi iść do łazienki i zostawiłam go, żeby się przebrał.

Ani trochę nie przeszkadzało mi to, że dzieliłam pokój z bratem, bo nigdy nie mieszkałam sama, nawet przed narodzinami Kyle’a.

Delikatnie chwyciłam go w ramiona i ucałowałam w czoło, w oba policzki, a na koniec w brodę. Chwilowo wszyscy potrzebowaliśmy tego rytuału, aby zyskać pewność, że dzięki niemu zdołamy zasnąć. Mój duży chłopak nigdy go nie pomijał.

– Dobranoc, mistrzu. Kocham cię – szepnęłam łagodnie.

– A ja ciebie. Bardzo, bardzo, bardzo – odparł, ziewając.

* * *

Odetchnęłam z ulgą, zajmując swoje odosobnione miejsce w ostatnim rzędzie przed rozpoczęciem lekcji historii. Machinalnie wyciągnęłam piórnik, kiedy nagle tuż obok rozległo się szuranie krzesła. Gwałtownie uniosłam głowę i napotkałam spojrzenie niebieskich oczu Nowego.

Jason puścił do mnie oko i usiadł, podczas gdy ja próbowałam zapanować nad kiełkującym we mnie uczuciem. Byłam zadowolona, a nawet szczęśliwa, że nie skreślił mnie od razu z listy interesujących osób. Całkiem bez sensu, bo prędzej czy później i tak to zrobi. Tym bardziej że Vanessa wzięła go na cel.

Uwielbiała dokuczać kujonom i nieudacznikom, kiedy się nudziła, a ja bardzo nie chciałam dołączyć do tego grona z powodu jakiegoś chłopaka.

– Możesz mi pożyczyć długopis? – szepnął z tym swoim krzywym uśmieszkiem.

Automatycznie sięgnęłam do piórnika i chwyciłam pierwszy przedmiot, który wpadł mi w ręce. Spojrzałam na niego dopiero wtedy, kiedy Nowy się roześmiał.

„Cholera”.

Trzymałam moje pierwsze pióro wieczne z Hello Kitty, które dawno temu podarował mi mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa.

Ten widok ścisnął mnie za serce, ponieważ także ten przyjaciel mnie zostawił. Był trzecim członkiem naszego nierozłącznego trio i kupił mi śliczny wisiorek w kształcie połówki serca, który zawsze nosiłam. Nawet jeśli wspominanie drugiej połówki było dla mnie bolesne.

Jason obrócił pióro w palcach, przyglądając się częściowo wytartemu kotkowi i popękanej skuwce. Nie potrafiłam się rozstać z Hello Kitty, nawet jeśli dawno wyrosłam z bajek. Chłopak przysunął się do mnie i patrzył mi głęboko w oczy tak długo, aż na jego ustach pojawił się uwodzicielski uśmiech.

Miałam więc do czynienia z flirciarzem, któremu nie wystarczała jedna dziewczyna naraz.

– Nie widziałem wcześniej twoich oczu, a są bardzo ładne – powiedział, nie odrywając ode mnie wzroku.

– Dziękuję – odparłam, bardziej skrępowana niż kiedykolwiek przedtem.

– Różnokolorowe tęczówki to rzadkość… Przypominają dwa duże drogocenne kamienie.

– Aaa… yyy… To… to przez te jarzeniówki – palnęłam, wsuwając kosmyk za ucho.

Widziałam, jak Jason ściągnął brwi, zanim oddałam się bazgraniu, przeklinając się w duchu za tę beznadziejnie głupią odpowiedź.

– Nie jesteś bardziej rozmowna niż wczoraj – stwierdził, wyraźnie rozbawiony.

– Ja… ja…

– Hej! Vanessa – zawołał, kiedy księżniczka zrobiła wielkie wejście.

Dziewczyna potrząsnęła blond grzywą, a on uśmiechnął się do niej szeroko. Osunęłam się na krześle.

– Cześć, przystojniaczku! Usiądziesz ze mną? – zapytała Vanessa, odpowiadając mu równie promiennym uśmiechem.

– Nie, nie mogę. Ruda mnie tu więzi – ściemnił, robiąc smutną minę.

Puścił do mnie oko, ale zignorowałam to. Jak zahipnotyzowana przyglądałam się mojej drżącej dłoni ściskającej ołówek. Wiedziałam, że Vanessa zmiesza mnie z błotem. Nie należałam do grona jej ofiar ani nie byłam klasowym kozłem ofiarnym, ale od czasu do czasu mogłam stać się obiektem wyzwisk i wrogich spojrzeń.

– Och… Niemota? Nie zawracaj sobie nią głowy. Jest aspołeczna – oznajmiła arogancko Vanessa.

– To prawda, Ruda?

– Ja…

– Sam rozumiesz. Nic tylko się jąka – rzuciła blondyna z irytacją.

Mocniej ścisnęłam ołówek i spuściwszy wzrok, podziwiałam swoje dżinsy. Czułam na sobie wzrok Jasona, który najwyraźniej czekał na moją reakcję.

Może spodziewał się, że zaprotestuję, rzucę jakiś komentarz albo odpłacę się uwagą, od której dziewczyna poczerwienieje ze wstydu.

Ale ja nie miałam odwagi. Byłam nieśmiała. Poza tym nic nie przychodziło mi do głowy. Może wieczorem, kiedy będę leżała w łóżku, wspominając to zdarzenie, znajdę wystarczająco uszczypliwą ripostę.

Po prostu mój umysł pracował zbyt wolno.

W końcu Jason stracił zainteresowanie mną i wrócił do rozmowy z księżniczką, bo przecież tak to właśnie działało. Popularni zadawali się wyłącznie ze sobą nawzajem. Uznałam, że to chyba największy stereotyp rodem z hollywoodzkich produkcji, który z łatwością można dopasować do amerykańskich licealistów. Ci banalni, którzy niczym się nie wyróżniali, nie zwracali na siebie uwagi i tworzyli kolonie mrówek. Tylko nieliczni nastolatkowie mieli w sobie coś wyjątkowego, co czyniło z nich postaci rozpoznawalne na korytarzach. Szaloną charyzmę, talent plastyczny albo pokaźne konto w banku.

W tym małym świecie koszykarz poślubiał cheerleaderkę. Mieli gromadkę dzieci równie ładnych jak oni sami, które później zapełniały to samo liceum co oni i cieszyli się taką samą popularnością jak ich rodzice. No tak, ale chyba już o tym wspominałam. Właśnie tak działały szablony stworzone przez społeczeństwo.

Na stołówce w pośpiechu zapłaciłam za kanapkę i niepostrzeżenie wycofałam się na szkolny dziedziniec. Czasem jadała ze mną Kinae, ale dzisiaj wolała dołączyć do swojego chłopaka przy stoliku dla koszykarzy. A ja nie czułam się dobrze w ich towarzystwie.

Po co miałabym tkwić na stołówce? Wśród tych wszystkich fałszywych ludzi, którzy przyglądaliby mi się uważnie, jak w samotności spożywam swój posiłek. Wolałabym już chyba podziwiać popisy naszego starego wuefisty, który gimnastykował się, jak mógł, żeby napić się piwa ukrytego między strojami sportowymi.

Kiedy wychodziłam ze stołówki, zerknęłam w stronę stolika popularnych dzieciaków i zauważyłam, że Jason nie spuszcza ze mnie wzroku. Pewnie się zastanawiał, czemu jestem sama. Może szukał odpowiedzi. Może osądzał mnie z powodu tego, że trzymałam się na uboczu.

Koniec końców nie był lepszy od innych. Oceniał po pozorach. Spodobałam mu się, więc postanowił przyjrzeć mi się z bliska. Zniechęciło go jednak moje zachowanie, więc wolał porozmawiać z Vanessą.

Zaskoczył mnie jednak, kiedy wstał i ruszył w moją stronę, nieznacznie marszcząc czoło.

– Gdzie jadasz? Możesz dołączyć, jeśli…

– Nie! Jadam na zewnątrz. Ale dzięki – przerwałam mu gwałtownie, przerażona myślą o spędzeniu przerwy na lunch między Vanessą a Justinem.

– No dobrze… Do zobaczenia na zajęciach. – Dał za wygraną i nie dodał już nic więcej.

Patrzyłam, jak wraca do swojego stolika. Odniosłam wrażenie, że puścił mimo uszu niemiłe komentarze królowej liceum.

Dawniej nie byłam taka ugodowa. Kilka lat wcześniej na pewno coś bym odpowiedziała, broniłabym się. Ale wszystko się zmieniło. Ja się zmieniłam.

Nie rodzimy się nieśmiali.

Dopiero inni – czy też ich spojrzenia – wytrącają nas z równowagi. Może dlatego, że czujemy się źle we własnej skórze. Może z powodu kompleksów albo lęku, że zostaniemy osądzeni przez innych albo przez kompleksy. Oczywiście można się pozbyć tej beznadziejnej cechy, która obraca wniwecz nasze egzaminy ustne. Jednym wystarczy zmiana wyglądu, dieta albo wizyta u fryzjera, żeby zaakceptować siebie i otworzyć się na innych.

Ale bywa też tak, że zamykamy się w sobie, kiedy napotykamy zbyt wielką przeszkodę. I wyjście ze skorupy graniczy z cudem, kiedy nie ma się nikogo.

Kiedyś miałam tarczę chroniącą mnie przed światem, kogoś, kto stawał w mojej obronie. Wtedy nie czułam się samotna ani bezbronna. Kiedy miałam kłopoty, wiedziałam, że istnieją ludzie, którzy przybędą mi na ratunek. Ludzie, którzy mnie wesprą.

Teraz nie miałam nikogo. I czułam się strasznie krucha.

3

JASON

Jason wrócił do stolika nonszalanckim, zdecydowanym krokiem. Czuł na sobie spojrzenie Rudej, spływające po jego ciele niczym lawa. Ale nawet na nią nie zerknął, aby nikt sobie nie pomyślał, że się nią interesuje. Panienki potrafiły doszukiwać się zainteresowania tam, gdzie nie było nic prócz ciekawości.

Ale ta Ruda była niezwykła. Zrozumiał to, gdy tylko wszedł do klasy pierwszego dnia szkoły. Wszystkie dziewczyny bez skrępowania komentowały wtedy jego wygląd. Wszystkie poza nią. Ona ani na moment nie przestała gryzmolić w zeszycie miniaturowych rysuneczków, od których nie odrywała wzroku. Wyczuł dziwne napięcie w jej drobnym ciele, kiedy usiadł obok niej, jakby lada moment miała eksplodować niczym rozgrzany szybkowar. Ale później się roześmiała. Spodobał mu się ten dźwięk, nawet jeśli nie bawił się tak dobrze jak ona. Niestety po milisekundzie na nowo zamknęła się w swojej skorupie. To jednak pozwoliło mu się zorientować, że nie jest taka nudna, za jaką próbowała uchodzić. Może więc w tej muszli skrywała się prawdziwa perła. Dopiero kiedy usiadł przy stoliku, spojrzał w stronę drzwi stołówki. Rudowłosa dziewczyna zniknęła. Jak ona się nazywała? Elena? Leonie? Nie, to było jakieś staromodne imię… Eleonore? Tak, Eleonore. Przeniósł wzrok na Vanessę, która siedziała naprzeciwko niego, po czym wzniósł oczy do nieba. Dziewczyna wyrzucała z siebie dwadzieścia słów na sekundę, czym zafundowała mu potworną migrenę. Tymczasem w trakcie matematyki i literatury, które spędził u boku Rudej, rozkoszował się błogą ciszą.

Ta dziewczyna bardzo rzadko otwierała usta, co czyniło ją wyjątkową wśród innych przedstawicielek płci pięknej. Wolałby, żeby zareagowała na uszczypliwości Vanessy, ale przecież nie mógł spodziewać się po kimś takim agresywnego zachowania. Laska była nieśmiała. Ale zaskoczyły go jej tęczówki. Jeśli nie liczyć kota, którego dostał w dzieciństwie, nie znał nikogo, kto miałby różnokolorowe oczy. Podobały mu się i fascynowały go. Kiedy jednak w nie spoglądał, miał nieprzyjemne wrażenie, że Ruda rozkłada go na czynniki pierwsze, aby poznać jego myśli. Niełatwo było uchwycić jej wzrok, ale kiedy już się to udało, oderwanie się od niego graniczyło z cudem.

– I pokazałam Niemocie, gdzie jej miejsce. Trzeba to było widzieć. Nie miała odwagi nawet na mnie spojrzeć tymi swoimi wiedźmowatymi ślepiami – szydziła Vanessa, całkowicie pochłonięta rozmową z rosłym brunetem o imieniu Gabriel.

– Mnie się podobają oczy Rudej. Są… oryginalne – wtrącił Jason, po czym wziął do ust kawałek mięsa.

– Oryginalne? Powiedziałabym raczej, że potworne!

– Hej, koleś! Ty tak na poważnie? Tylko nie mów, że napaliłeś się na Lodówę – zaśmiał się chłopak po jego prawej.

Jason odwrócił głowę w stronę Briana, kapitana drużyny koszykarskiej. Koleś mierzył prawie dwa metry i mimo szczupłej sylwetki miał siłę buldożera. Miejsce przy stole zaanektowanym przez śmietankę tego liceum zawdzięczał bardziej swojej charyzmie i pozycji niż urodzie.

Vanessa trąciła stopę Jasona pod stołem, ale ten szybko się od niej odsunął. Nie dlatego że mu to przeszkadzało. Ani tym bardziej z powodu wpojonych mu przez babcię zasad dobrego wychowania. Nic podobnego. Jason lubił bawić się dziewczynami; w ten sposób zabijał czas. Problem z takimi panienkami jak Vanessa polegał na tym, że przyklejały się do człowieka jak guma do oparcia krzesła. Była arogancka, gadatliwa, pretensjonalna, a mimo to chłopakowi wystarczyły dwa dni, żeby zrobić z niej swoją marionetkę.

Nie nadawała się. Jason uwielbiał bowiem wyzwania. To one go napędzały. Lubił walczyć o swoje ofiary. I gdy tylko je zdobywał, automatycznie je porzucał. Nagroda interesowała go tak długo, jak długo znajdowała się poza jego zasięgiem.

Czy trzeba wyjaśniać, że nagrodą zawsze była dziewczyna? No może nie zawsze. Pewnego razu przegrał zakład i musiał poderwać chłopaka. Ale o tej historii wolał zapomnieć. Właściwie to nie miał nic przeciwko homoseksualistom, nie zaliczał się jednak do ich grona. Podobnie zresztą jak wspomniany koleś, który wyraził to dobitnie, kiedy walnął go z pięści.

To prawda, że niespecjalnie szanował kobiety. Wyjątek stanowiła jego matka. Poza nią cała reszta tych urokliwych istot niczym się od siebie nie różniła. Wszystkie prowadziły mężczyzn do zguby. Chłopak przekonał się o tym na własnej skórze jeden, jedyny raz, z powodu dziewczyny tak powierzchownej i próżnej jak cała reszta. Postanowiła poróżnić go z jego najlepszym przyjacielem. I chociaż Jason zachował czujność, Matthew wpadł w jej sidła.

Ale to było dawno. Obecnie uważał, że miał szczęście, że poznał tamtą zdzirę. To ona otworzyła mu oczy. Odtąd już zawsze się pilnował, żeby zwinąć żagle, zanim pojawi się uczucie. Poza tym nie był stworzony do monotonnej rutyny, która wymagała trzymania się za ręce dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie było mowy o namiętności ani o ryzyku.

Chociaż z drugiej strony właśnie to lubił w wyzwaniach, które sobie rzucał. Ryzyko.

* * *

Dysząc, wspiął się po kilku stopniach na piętro. Od kilku tygodni razem ze swoją matką mieszkał w tym skromnym mieszkaniu. Znajdowało się dość daleko od centrum miasta, więc musiał zainwestować w mały, czarny samochód.

Jason spróbował otworzyć drzwi, ale nie ustąpiły.

– Cholera! Moje klucze – zaklął, bez przekonania macając się po kieszeniach dżinsów.

* * *

Pół godziny później jego matka roześmiała się na widok syna siedzącego z głową opartą na kolanach. Ostatecznie usadowił się bowiem w tej pozycji pod drzwiami.

– Pomóż mi wnieść zakupy, Panie Zapominalski – zażartowała z uśmiechem, który syn odziedziczył po niej.

Nieduże mieszkanko nie było do końca urządzone. Jego mieszkańcy bardziej cenili sobie swoje zajęcia niż ruchomy dobytek. Kilka kartonów wciąż walało się po kątach, czekając, aż ktoś je rozpakuje. Jedyne, co wkurzało tu Jasona, to wstrętny łososiowy kolor ścian w łazience. Pozostałe pomieszczenia były utrzymane w przyjemnej beżowej tonacji. Jego własny pokój niczym nie różnił się od pokoi jego rówieśników. Panował w nim bałagan, zwłaszcza że Jason nie miał odwagi rozpakować wszystkich bambetli i ostatecznie ograniczył się do wyciągnięcia ciuchów oraz gier wideo.

Po kolacji pomógł mamie pozmywać naczynia, a potem rzucił się na swoje łóżko i chwycił zdjęcie, które stało na stoliku nocnym. Przedstawiało między innymi poważnego mężczyznę w wojskowym mundurze. Jego usta układały się w nieco wymuszony uśmiech. Jason uniósł kąciki ust na myśl, że on także nie lubi uśmiechać się na zawołanie. Wspomnienia o ojcu były niewyraźne, ale dzięki tej jednej fotografii pamiętał, że to była ich wspólna cecha. Miał sześć lat, kiedy ojciec wyruszył na wojnę, z której nigdy nie wrócił. Od tego czasu Jason zdążył uporać się ze smutkiem. Czas zatarł wspomnienia do tego stopnia, że poczucie straty stało się czymś niemal normalnym.

Chłopak ponownie wbił wzrok w sufit, a w jego pamięci odżył obraz Rudej. Dlaczego o niej myślał? Była taka sama jak inne. Spotykał się z niezliczonymi dziewczynami, od próżnej małej księżniczki po superinteligentną przewodniczącą klasy, która odrabiała za niego prace domowe. Raz wybrał nawet śliczną gotkę. Nie za bardzo rajcowała go czarna szminka, ale do wszystkiego można przywyknąć.

Oczywiście mógłby uwieść Vanessę, ale później całymi dniami musiałby znosić jej obecność i wysłuchiwać jej marudzenia przez długie godziny, gdyby w końcu ją rzucił. Dlatego to nie miało sensu. O nie. Vanessa nie była interesująca. Ale Ruda to co innego. Do tej pory buntownik nie igrał z żadną trusią. Mógł się nieźle zabawić, sprawdzając, czy zdoła skruszyć jej skorupę, czy da radę wywołać rumieniec na jej twarzy. Chciał się przekonać, jak bardzo dziewczyna się przed nim odsłoni.

Ruda musiała mieć się na baczności, ponieważ wilk wyruszył na łowy.

4

ELEONORE

Jasonowi wystarczył tydzień, żeby zdobyć popularność w szkole. Nigdy nie znałam nikogo, komu udałoby się to równie łatwo. Dziewczyny się w nim kochały. Te samotne nie odrywały od niego wzroku, a te zajęte wywoływały zazdrość u swoich chłopaków, kiedy oglądały się za buntownikiem.

Tymczasem on nadal siedział ze mną w ławce. Sądziłam, że zajmie miejsce obok Vanessy, ale nie. Wolał moje towarzystwo. Nie odzywał się do mnie, ale ja czułam na sobie jego spojrzenie. Niemal bez przerwy kierował na mnie te swoje niebieskie oczy.

To wytrącało mnie z równowagi.

Dlaczego poświęcał mi tyle uwagi? Marzyłam o śmiałości, dzięki której mogłabym go o to zapytać, ale dostawałam skurczy żołądka na samą myśl o tym, że miałabym zamienić z nim kilka zdań. Wiedziałam, że większość dziewczyn chętnie by się na niego rzuciła, żeby zapytać o numer telefonu. O jego adres. O jego grupę krwi.

Ale mnie jego obecność tylko stresowała. Nawet się do mnie nie odzywał. Mimo to miałam wrażenie, jakbym nieustannie była do niego podłączona jak do gniazdka elektrycznego. Denerwowałam się jak idiotka. Kontrolowałam każdy swój gest. Na przykład za każdym razem upewniałam się, czy moje krzesło stoi wystarczająco daleko od jego krzesła, i pilnowałam, żeby żaden z moich długopisów nie przesunął się przypadkiem w jego stronę.

Kinae zasypywała mnie pytaniami na jego temat, a ja nie potrafiłam odpowiedzieć na żadne z nich.

Większość dzieciaków kumplowała się z sąsiadem z ławki, zazwyczaj po to, żeby uniknąć nudy. Ale ja nazywałam się Eleonore Coop. Takie dziewczyny jak ja zaczynały się jąkać, gdy tylko nauczyciel wywołał je do odpowiedzi. Takie dziewczyny jak ja nie rozmawiały z chłopakami, bo wiedziały, że daleko im do typu zuchwałej femme fatale, w którym gustowali faceci. Pewnie Jason uważał mnie za szajbuskę albo sądził, że cierpię na agorafobię. Może nawet uznał, że jestem walniętą snobką albo zwykłą wariatką.

Szczerze mówiąc, nie chciałam wiedzieć, co o mnie myśli.

* * *

Stałam przy głównym wejściu do budynku i patrzyłam, jak strugi deszczu gwałtownie smagają szyby. Westchnęłam, otulając się połami mojej cienkiej kurtki. Zdarzało mi się zapomnieć, że lato dobiegło końca. Ścisnęłam mocniej szelki plecaka, spuściłam głowę i zmierzyłam się z ulewą.

Najgorsze w takiej pogodzie jest to, że całkowicie zmienia dziewczynę. Najcieńsze nawet kreski rozmazują się na powiekach, włosy przeistaczają się w paskudne strąki, które wiją się niczym obmierzłe robaki, a ubranie przesiąka wodą i klei się do ciała, tak że nie da się ukryć żadnej krągłości. W dodatku śliczne i modne trampki zaczynają wydawać paskudne dźwięki, niczym wyżymana gąbka.

Już myślałam, że oszaleję od tych odgłosów, kiedy tuż obok mnie zatrzymał się jakiś samochód. Kierowca opuścił szybę i ujrzałam gęstą, ciemną czuprynę Jasona. Ledwo stłumiłam jęk.

– Wsiadaj! Podrzucę cię! – zawołał, wskazując głową siedzenie pasażera.

Jakie to typowe. Znałam niejedną taką scenę. Przeczytałam ich setki podczas wieczorów spędzanych z książkami przeznaczonymi dla romantycznych nastolatek. Dziewczynę zaczepia przystojny, lecz mroczny chłopak, który na koniec ją całuje. I była jeszcze ta niesamowita wersja, w której okazał się psychopatą. Ponieważ poćwiartował bohaterkę żywcem, po lekturze przez całą noc dręczyły mnie koszmary.

Wiedziałam, że Jason mnie nie rozczłonkuje ani nie zakopie żywej pod ziemią, ale i tak uznałam go za zagrożenie. Mogłabym przywyknąć do tego, że mnie dostrzega. I katastrofa murowana.

Pokręciłam energicznie głową, przyspieszając kroku, przekonana, że podjęłam dobrą decyzję. I szczerze mówiąc, spodziewałam się, że da mi spokój. No bo w końcu inni chłopcy nigdy nie okazywali mi aż tyle zainteresowania. Tymczasem usłyszałam trzaśnięcie drzwi jego samochodu. Jason zrównał ze mną krok. Najwyraźniej nie martwił się o swoją skórzaną kurtkę. Pomyślałam, że biedaczka musiała znieść niejedną burzę. Może facet powinien był zainwestować w płaszcz przeciwdeszczowy.

– Oczywiście mogliśmy schronić się w moim samochodzie i uniknąć przemoczenia do suchej nitki… Boisz się ujawnić, kim naprawdę jesteś?

– Kim naprawdę jestem? – zapytałam, ściągając brwi, ponieważ nie miałam pojęcia, co insynuował.

Zależało mi tylko na tym, żeby odpuścił. Przeszkadzał mi w utrzymaniu pożądanego tempa.

– Mam rozumieć, że syreny nie zmieniają się pod wpływem wody? Naprawdę? Tylko mi nie mów, że nią nie jesteś! Z tymi ognistymi włosami pewnie masz na imię Arielka… Teraz, kiedy o tym myślę, żałuję, że nie nosisz takiego ślicznego stanika z muszli – kontynuował, posyłając mi czarujący uśmiech.

Gwałtownie przystanęłam i spojrzałam na chłopaka, spodziewając się, że z jego doskonale skrojonych ust lada moment wyrwie się okrutny śmiech. Wtedy jeszcze nie wierzyłam, że ktoś mógłby mi prawić szczere komplementy. Myliłam się jednak. On mnie podrywał.

Naprawdę puścił do mnie oko. Nie wymyśliłam sobie tego. Uwodził mnie na całego.

Znacznie łatwiej było mi zachować spokój tutaj, gdzie pozostali uczniowie nie rzucali mi krytycznych spojrzeń. Poza tym napędzała mnie złość. Było mi zimno, stałam w kałuży, a włosy kleiły mi się do szyi niczym drapiący wełniany szalik. Zapomniałam o nieśmiałości i rezerwie. Miałam wrażenie, że każdy gram kobiecości opuścił moje ciało, jak po treningu, podczas którego człowiek dyszy jak grizli. W takich chwilach ma się ochotę wyłącznie na ciepły prysznic z dala od wścibskich spojrzeń i upierdliwych chłopaków, aby z godnością odzyskać ładną cerę i piękne włosy.

Ale przeszkodą na mojej drodze do upragnionego prysznica był mierzący blisko dwa metry koleś, którego nie obchodziło, że ulewny deszcz niszczy jego skórzaną kurtkę.

Odczekałam minutę, aby zapanować nad głosem, bo nie chciałam się ośmieszyć. Nie byłam jednak pewna, czy jego drżenie nie wynikało z mojego zniecierpliwienia.

– Jesteś najgorszym flirciarzem, jakiego znam – wypaliłam, wypuszczając powietrze, które domagało się uwolnienia.

W miarę, jak mówił, z coraz większą siłą docierało do mnie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Poza tym Jason odrobinę mnie niepokoił.

– Zrobiłem to specjalnie, żeby cię rozśmieszyć – odparł z tym swoim psotnym uśmieszkiem.

Zaczerwieniłam się prawie natychmiast i uciekłam od niego wzrokiem. Jego oczy się śmiały. Bawił się doskonale, wprawiając mnie w zakłopotanie. I może dlatego, że pogoda dawała mi się we znaki, albo dlatego, że wiedziałam, iż został mi jeszcze kwadrans marszu w deszczu, moją pierś zaczęła wypełniać wściekłość. Jason nie miał szczerych intencji, zwyczajnie szukał rozrywki. Skoro w pobliżu nie było Vanessy, potrzebował innej dziewczyny do zabawy. Nie miało znaczenia, kto to będzie. Wybrał pierwszą lepszą ofiarę.

Nie był miły ani przyjazny. Zasługiwał raczej na miano przeklętego łajdaka. Może właśnie ta świadomość pozwoliła mi odpowiedzieć.

– Możesz zostawić mnie w spokoju? – poprosiłam uprzejmie, ale znacznie chłodniejszym tonem niż do tej pory.

– Obawiam się, że nie – odpowiedział z tym swoim irytującym krzywym uśmieszkiem.

Znowu poczerwieniałam na twarzy. Ale jeśli sądził, że to ze wstydu, grubo się mylił.

– Posłuchaj, Jason, nie wiem, co kombinujesz, ale nie uwzględniaj mnie w swoich planach. Podrywaj Vanessę, Catherine, Jody, a nawet całą ekipę cheerleaderek, jeśli tylko masz na to ochotę. Ale ode mnie trzymaj się z daleka – wypaliłam dość oschle.

Przyjrzał mi się, a potem uśmiech opromienił mu całą twarz.

I wtedy zdałam sobie sprawę ze swojego błędu. Gdybym zachowała spokój, gdybym udawała, że nic mnie nie obchodzi, puściłby mnie prędzej czy później. Ale stałam się dla niego interesująca. Bez wątpienia chciał sprawdzić, jak daleko posunę się pod wpływem gniewu.

– W porządku, Ruda, tym razem dam ci spokój – oznajmił, puszczając do mnie oko, co wydało mi się żałosne.

Patrzyłam, jak odchodzi, z rękami w kieszeniach, zgarbiony. To jeden z tych głupich odruchów, które mamy, kiedy próbujemy ochronić się przed deszczem: kulimy się, żeby ukryć twarz.

Ponownie pomyślałam o jego przemoczonych włosach i błyszczących oczach, które przez kilka chwil koncentrowały się tylko na mnie. I o jego wargach rozciągniętych w drapieżnym uśmiechu, kiedy mu odpowiadałam. Nie mogłam odmówić mu urody. Ale czy to dawało mu prawo, aby tak bardzo się chełpić?

Pociły mi się ręce, z trudem łapałam powietrze, a mimo to kipiałam z dumy. Bo odniosłam zwycięstwo.

Ten jeden raz nie spuściłam wzroku.

5

JASON

Jason poszedł do łazienki po ręcznik. Jego biała koszulka przesiąkła wodą i zrobiła się przezroczysta. Widać więc było przez nią cały tors. Jason nie znosił ubrań, które przegrywały z byle deszczykiem. Takich jak jego kurtka. Wiedział, że matka zmyje mu głowę, kiedy zobaczy, jak potraktował swoją skórę.

Stanął przed lustrem z ręcznikiem zawieszonym na szyi. Ale nie patrzył na swoje odbicie. Wydawało mu się, że widzi ślicznego rudzielca o różnokolorowych oczach nieupiększonych makijażem. Dopiero po pewnym czasie zrozumiał, że zwrócił uwagę na jej tęczówki właśnie dlatego, że nie były podkreślone żadnym kosmetykiem. Wszystko w jej wyglądzie miało na celu uczynić ją niewidzialną.

Tak czy inaczej, Ruda go pogoniła, a on nadal nie potrafił się po tym pozbierać. Ta niewiarygodnie nieśmiała dziewczyna zwyczajnie kazała mu się odczepić. Chętnie dałby wyraz oburzeniu, gdyby go to nie bawiło. Jej spojrzenia przypominały tajny szyfr, zagadkę do rozwiązania. Ledwo odkrył znaczenie jednego, a już posyłała mu kolejne.

Przemoczona do suchej nitki, z butami ciamkającymi przy każdym kroku, Eleonore powinna była wydać mu się śmieszna. Tymczasem on nie widział nic prócz tajemniczych ogników płonących na dnie jej źrenic. Jakby ukryta siła, równie płomienna jak jej włosy, próbowała wydostać się z nich na zewnątrz i zmieść wszystko, co stało jej na drodze.

Oczywiście mógł się mylić. Może po prostu wściekła się z powodu deszczu. Może pękłaby, gdyby bardziej ją przycisnął.

„A może właśnie wychyliła się ze swojej skorupy?”

Nie było mu do śmiechu, kiedy wspominał idiotyzmy, które jej zaserwował. Sam musiał przyznać, że wyszło żałośnie. Ale w jej obecności opuszczała go wena. Właściwie nawet nie potrafił powiedzieć, co go tak do niej ciągnęło. Ta dziewczyna była przedziwna i nie zachowywała się tak samo jak jego poprzednie ofiary. Nie umiał przewidzieć jej reakcji i czuł się skołowany. Naprawdę skołowany.

Jason wiedział, że jest przystojny. A także czarujący. Z czasem ten młody mężczyzna utwierdził się w przekonaniu, że całkowicie pojął zasady funkcjonowania kobiecego mózgu. Jak bardzo musiało więc ucierpieć jego ego, kiedy okazało się, że to nieprawda. Niespodziewanie pojawiła się znikąd jakaś dziewczyna, która pokazała mu, że istnieją jeszcze nieodkryte gatunki.

Większość ludzi odprężała się pod wpływem komplementów. Dlatego Jason sięgał po nie już na samym początku, przy pierwszym kontakcie z obiektem zainteresowania. Ale ona źle je znosiła. I nagle okazało się, że chłopak musi przejrzeć wszystkie zagrywki, które opracował z wyprzedzeniem. Jeśli Ruda rzeczywiście była tak inna od całej reszty, mogła zgotować mu prawdziwe piekło.

Właściwie to zdał sobie z tego sprawę już pierwszego dnia. I właśnie to zdanie wracało do niego częściej niż reklama nadawana bez końca w telewizji. Kiedy ten lejtmotyw rozbrzmiewał mu w głowie, chciał to wszystko rzucić i zrezygnować ze swojego wyzwania.

Bo w rzeczywistości ta dziewczyna przeczyła wszystkim jego wyobrażeniom o płci pięknej. Może każda trusia była taka jak ona. Jeśli tak, to nie miał pojęcia, w co się pakuje tamtego dnia, kiedy postanowił dołączyć ją do kolekcji swoich ofiar.

Niemniej ta jej tajemnicza natura, którą ukrywała przed światem, tylko dodawała jej uroku. Nic nie wiedział o jej życiu, a kiedy wypytywał o nią znajomych, nie potrafili mu udzielić żadnych informacji. Bo niby po co interesować się tą Lodówą? Tą Niemotą?

Nikt jej nie zauważał; właściwie nikt nawet nie próbował tego zrobić. Za kilka lat na zjeździe absolwentów nikt nie będzie pamiętał o tej rudowłosej dziewczynie gryzmolącej w zeszycie, żeby uciec przed wzrokiem innych ludzi. Chociaż to nie do końca prawda. Bo on zapamięta swoją Rudą. Pozna jej sekrety i zrobi, co trzeba, żeby się przy nim odprężyła. Żeby się w nim zakochała. W końcu taki był jego cel. Jeśli nie osiągnie go małym flirtem i kilkoma komplementami, które działały na pozostałe panienki, znajdzie inny sposób, żeby się do niej zbliżyć.

* * *

Następnego dnia szukał wzrokiem swojej Rudej na korytarzu, gdzie Brian opowiadał mu ostatnią część historii o partii rozbieranego pokera, którą wygrał. Jason słuchał jednym uchem i od czasu do czasu kiwał głową, żeby uniknąć niepotrzebnych pytań. Nie znalazł swojego obiektu zainteresowania, dopóki nie wrócił na lekcję. Była w sali. Siedziała na swoim miejscu. Rysowała, jak zawsze, kiedy ją widział. Włosy opadały jej na kartkę, tworząc zasłonę, która chroniła ją przed świdrującymi spojrzeniami.

Była piękna. Oczywiście zauważył to już wcześniej. Ale teraz, gdy pochylała się nad zeszytem…

Tak, dobrze wiedział, czemu była warta zachodu. Zamierzał poświęcić tyle czasu, ile wymagała tego sytuacja, aby zdobyć ją na zakończenie tej gry.

Dziewczyna przygryzała dolną wargę. Robiła tak za każdym razem, kiedy się koncentrowała. Zawsze wydawało mu się to banalne. Wiedział nawet, że niektóre panienki ćwiczyły coś takiego przed lustrem. Tylko że koniec końców wyglądały odpychająco, kiedy tak skubały te swoje usta. Tymczasem Ruda prezentowała się uroczo. Jason był przekonany, że nie mogłaby wyglądać wulgarnie, z delikatnymi rysami twarzy i drobnymi piegami zdobiącymi nos.

Usiadł obok niej, ale ona nawet nie pofatygowała się, żeby na niego spojrzeć i rzucić zwykłe „cześć”. Obraziła się na niego? Za jeden głupi komentarz? Jeśli tak, to do listy jej wad mógł dodać nadwrażliwość.

Tak bardzo skupił się na swojej sąsiadce, że nie zrozumiał nic z całych zajęć. Na poprzednich lekcjach siedział w jej ławce jak mysz pod miotłą, czekając na właściwy moment, żeby spróbować szczęścia.

Kiedy nauczyciel matematyki wyszedł w pośpiechu, żeby przynieść sprawdzone testy, Jason odwrócił się do dziewczyny z wyrazem szczerej skruchy na twarzy.

– Przepraszam za wczoraj. Nie bardzo wiem, co masz mi za złe, ale przypuszczam, że sprawiłem ci przykrość. Wybacz mi.

– Daj mi spokój – odparła oschle, mimo że jej głos zdradzał wahanie, którego zapewne nie chciała ujawniać.

Nadal bił od niej chłód, co uzmysłowiło Jasonowi, że niczego sobie nie wydumał dzień wcześniej. Pod całą tą słodyczą musiała kryć się prawdziwa tygrysica.

– Bardzo bym chciał, żebyś poświęciła mi trochę więcej uwagi – kontynuował z łagodnym uśmiechem, rozbawiony swoim zachowaniem.

– Po co? Żebyś mógł się zabawić moim kosztem? Dziękuję, ale nie. Daruję sobie – odparła, nie odrywając wzroku od swoich miniaturowych rysuneczków.

Na dźwięk dzwonka wstała jak na komendę, drżącą ręką zbierając swoje rozrzucone na blacie rzeczy. Jason znowu westchnął. Zrobienie wyrwy w jej skorupie mogło okazać się nie lada wyzwaniem.

Właśnie wtedy wrócił pan Collins z naręczem kartek.

– Będziesz się jeszcze dzisiaj widział ze swoimi kolegami?

Jason otworzył i zamknął usta bez słowa. Nauczyciel matematyki wcisnął mu w ręce ocenione sprawdziany.

Chłopak wykonał powierzone mu zadanie z ponurą miną kiepsko opłacanego pracownika. Wyraz jego twarzy nie zmienił się, dopóki nie namierzył Rudej na stołówce w chwili, gdy opuszczała kolejkę. Poczuł się w swoim żywiole.

Ruszył za nią i zdziwił się, kiedy przyspieszyła, zmuszając go do tego samego. To mogłoby zamienić się w pościg, ale nie chciała zwracać na siebie uwagi, zrezygnowana usiadła więc przy jednym z pustych stolików i westchnęła z irytacją, kiedy zajął miejsce naprzeciwko niej.

– Czego chcesz, Jason? – zapytała prosto z mostu, nie kryjąc złości.

– Chciałem oddać ci twój test z matmy. I porozmawiać – dodał w obawie, że dziewczyna utnie konwersację. – Nie mogę znieść pytlowania Vanessy. Mówi zdecydowanie za dużo. Tego nie da się wytrzymać – oznajmił lekkim tonem.

– Więc powiedziałeś sobie: „Czemu nie spędzić trochę czasu w towarzystwie jedynej dziewczyny, która bez wątpienia nie odezwie się do mnie słowem?” – wypaliła ironicznie.

– Właśnie tak – zażartował, zachwycony tym, jak sprawnie radziła sobie z sarkazmem.

Jej różnokolorowe tęczówki powędrowały w kierunku dużego, czerwonego koła na górze kartki. Jason zauważył, jak ramiona Rudej opadają nieco. To prawda, że porażka na pierwszym teście kontrolnym nie działała zachęcająco, ale nie przypuszczał, że dziewczyna zniesie to aż tak źle. Gdyby on załamywał się każdym złym stopniem, musiałby łykać antydepresanty.

– Dobrze, siedź tutaj, jeśli ci to pasuje, ale ja nie będę strzępiła sobie języka, żeby cię zadowolić – wydusiła, pospiesznie chowając swój sprawdzian do plecaka.

– Jak na kogoś, kto zamierza się nie odzywać… – nie dokończył, żeby sama dopowiedziała sobie resztę.

Uśmiechnął się, kiedy wzniosła oczy do nieba niczym pyskata nastolatka.

– Okej, okej… Ale żadnego flirtowania – burknęła, ponownie spuszczając wzrok.

– Przecież ja nigdy z tobą nie flirtowałem! – wykrzyknął jak kiepski aktor.

– Masz mnie za głupią?

– No dobrze, może trochę… Ale działałem instynktownie. Zawsze na widok fajnej dziewczyny czuję palącą potrzebę…

– Znowu to robisz – poinformowała z uśmiechem, chociaż nie oderwała wzroku od podłogi, czego Jason trochę żałował.

– Co takiego?

– Bawisz się w Don Juana! – wykrzyknęła, dając się wciągnąć w grę.

– Nieprawda – zaoponował dla zabawy.

– A właśnie że prawda. Mówię ci. – Zaśmiała się. Przy okazji otworzyła puszkę z napojem, bo dzięki temu mogła uciec wzrokiem od siedzącego naprzeciwko niej chłopaka.

Jason spodziewał się po niej bardziej ochrypłego i szorstkiego śmiechu. Zdumiał go więc cichy dźwięk, który wyrwał jej się z gardła. Pomyślał, że nawet taka rzecz, której nie dało się kontrolować, w jej wydaniu była bardzo delikatna, przeznaczona dla uszu jedynie garstki znajdujących się najbliżej niej osób.

Nie był na tyle głupi, aby uwierzyć, że się wyluzowała. Ściskała widelec tak mocno, że jej palce pobielały, głos drżał odrobinę, a wzrok wędrował po całej stołówce, omijając tylko jego. Ale nie przeszkadzało mu to. W końcu po raz pierwszy rozmawiali na luzie. Uznał to za duży krok we właściwym kierunku. Mały dla ludzkości, ale wielki dla nich.

Bał się poruszać zbyt osobiste tematy, które mogłyby tylko spotęgować jej dyskomfort i zniszczyć tę przyjemną chwilę. Nie chciał przecież, żeby znów zamknęła się w swojej skorupie.

Dlatego pozwolił jej decydować o przebiegu rozmowy. Okazała się naprawdę inteligentna. Nie była nudna, tak jak wcześniej zakładał.

Ruda nie opowiadała mu o swojej rodzinie ani o swoim życiu. Wspomniała tylko, że Kinae to jej najlepsza przyjaciółka, a ona sama lubi pisać powieści i wiersze. W zasadzie lubiła pisać cokolwiek.

Była bardzo dojrzała. Wydało mu się dziwne, że siedemnastoletnia dziewczyna może pochwalić się tak dużą wiedzą na temat problemów tego świata.

Powinien był zdać sobie sprawę, że to niezwykłe.

* * *

Wieczorem, po tym, jak zjadł kolację i pomógł mamie przenieść ciężkie bibeloty, wrócił do swojego pokoju i wyciągnął się na łóżku. Przymknął powieki, żeby nie oślepiało go padające z góry światło. Ale nie zasnął. Nie potrafił zapomnieć o Rudej.

Ten lunch okazał się bardzo przyjemny. Popularne dzieciaki zwykle nie czują do siebie nawzajem prawdziwej sympatii. Przypominają raczej ławicę rekinów, które działają razem, żeby z jeszcze większą siłą poniżać całą resztę stworzeń pływających w szkolnym akwenie. Przeszkadzało mu to kiedyś, jeszcze zanim zaczął zachowywać się dokładnie tak samo jak oni. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do sytuacji, w której nie można na nikogo liczyć.

Z kolei ona… ona spuszczała wzrok, kiedy ktoś za długo na nią patrzył. Mimo to wydawała się bardziej autentyczna i zabawniejsza od całej śmietanki towarzyskiej tego liceum razem wziętej. W przeciwieństwie do Vanessy nie wierzył, że Ruda dawała sobie dmuchać w kaszę. Nic podobnego. Ona tylko zachowywała swoje przemyślenia dla siebie.

Cieszył się, że nie dołączyła do nich Kinae. Drobna blondynka wyraźnie miała na to ochotę, o czym świadczyły spojrzenia, które rzucała w ich stronę ze swojego miejsca przy sąsiednim stoliku. Jason nie znosił tej dziewuchy o porażająco sztucznym wyglądzie, która na krok nie odstępowała swojego chłopaka. Eleonore twierdziła, że się z nią przyjaźni, ale on tylko raz widział, jak jadły razem lunch. Zwrócił wtedy uwagę, że Kinae nie dała Rudej dojść do głosu.

Dlatego tak było zdecydowanie lepiej. Postanowił, że następnego dnia zacznie dokładnie tak samo, metodą małych kroczków. Przede wszystkim musiał zdobyć jej zaufanie. Na szczęście tego popołudnia Ruda pokonała pierwszą barierę. Zawsze na początku dziewczyny zgrywały trudne, ale potem wszystkie potulniały.

Zamierzał zdobyć tego wyjątkowego rudzielca. I aby osiągnąć cel, był gotowy na wszystko.

6

ELEONORE

Westchnęłam, gwałtownie otwierając drzwi. Opiekunka Kyle’a czekała już w salonie, z płaszczem na kolanach. Zdawkowo skinęła głową, zanim szybko opuściła mieszkanie. Na początku zawsze proponowałam, żeby została na gorącą czekoladę, ale ona za każdym razem odmawiała, miażdżąc mnie przy tym pogardliwym spojrzeniem.

Trzydziestokilkuletnia, niezbyt urodziwa Thania wyświadczała nam przysługę, żeby sobie dorobić. Przyłapałam ją już nie raz, jak okradała nas z płatków, kawy i wielu innych rzeczy. Mój ojciec twierdził jednak, że to nic takiego, bo nie płaciliśmy jej wiele. Uważał, że zasługiwała na te dodatki. Mój młodszy brat często nazywał ją żmiją. Niestety ani tata, ani ja nie znaleźliśmy innej kobiety gotowej opiekować się małym chłopcem przez dwie godziny dziennie za dziesięć dolarów. Dlatego tłumaczyłam Kyle’owi, żeby zajmował się sobą i ignorował jej poirytowane utyskiwanie. I jej pogardliwy wzrok. I jej głos, bardziej lodowaty i bezbarwny niż igloo.

Najchętniej sama zajmowałabym się bratem, ale od tego roku musiałam zostawać po lekcjach na zajęciach wyrównawczych z matematyki. Właśnie ten przedmiot był moim największym zmartwieniem i musiałam się w nim podciągnąć, żeby całkiem nie pójść na dno.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki