Wydawca: Egmont Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 464 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nieskończoność. Poza czasem - Holly-Jane Rahlens

Jest rok 2264. Mroczna Zima już minęła. Średnia długość życia to sto pięćdziesiąt lat. Większość prac wykonują roboty. Ludzie posługują się mózgołączem, które pozwala im na zapisywanie wspomnień w globalnej bazie danych. Zaimek osobowy „ja” wyszedł z użycia. W tym stechnokratyzowanym społeczeństwie miłość jest czymś niepożądanym. Finn Nordstrom, dwudziestosześcioletni historyk i tłumacz martwego języka niemieckiego zostaje poproszony o zbadanie tajemniczego znaleziska – dziennika dziewczyny z XXI wieku. Tymczasem w innej czasoprzestrzeni Eliana odwiedza ulubioną berlińską księgarnię. Spotka w niej przystojnego mężczyznę, który nie wie… do czego służy guma do żucia. Co połączy tych dwoje? Niezwykła opowieść o uczuciu rodzącym się wbrew rozumowi.

Opinie o ebooku Nieskończoność. Poza czasem - Holly-Jane Rahlens

Fragment ebooka Nieskończoność. Poza czasem - Holly-Jane Rahlens

Tytuł oryginału: EVERLASTING. Der Mann, der aus der Zeit fiel

Originally published in German under the title EVERLASTING.

Der Mann, der aus der Zeit fiel

Copyright © 2012 by Rowohlt Verlag GmbH,

Reinbek bei Hamburg

Copyright © for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o.,

Warszawa 2013

Redakcja: Małgorzata Kuśnierz

Korekta: Anna Jutta-Walenko, Justyna Żebrowska

Projekt okładki: Katarzyna Borkowska, kb-design@o2.pl

Zdjęcia na okładce: © Arcangel Images. All rights reserved

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Wydawca prowadzący: Natalia Sikora

Przygotowanie pliku e-booka: Anita Pilewska

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie pierwsze, Warszawa 2013

Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-237-7734-2

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

Dla Noaha, jego przyjaciół, ich przyszłości…

Nota od tłumaczki

Powieść Nieskończoność została napisana w 2265 roku późnym północnoamerykańskim angielskim (Late North American English – L.N.A.E.). Niniejsza adaptacja na angielski z przełomu tysiącleci (ok. 2000–2020 roku) powstała w ramach „Obowiązkowego ćwiczenia z adaptacji 6”, wymaganego do uzyskania świadectwa ukończenia seminarium „Rozumienie etapów życia języka – angielski. Część III”. Niektóre wzmianki w obcych językach pozostawiono w oryginalnym brzmieniu, gdy nie znaleziono ich dzisiejszych odpowiedników. Wiedza na temat wymarłego niemieckiego może być pomocna, lecz nie jest konieczna. Tłumaczka jest wdzięczna swojemu mentorowi doktorowi Nelharowi N. Suile­dowi za pomoc w wyjaśnieniu znaczenia kilku niejasnych fragmentów i słów.

Bella Tema Mo Wald

Wydział Języków Dawnych / UE-Berlin

4 czerwca 2450 roku

Rozdział 1

Wyspa

Finn nasunął na oczy transfokatory lunarne. Nad jego głową lekko skrzyło się ciemne wieczorne niebo. Dostrzegł gwiezdny ekspres wiozący pracowników na Marsa i dalej. A może wracali do domu na święta? Z tej odległości trudno było to stwierdzić. Widział tylko błyskające zielone reflektory pojazdu, który być może pozdrawiał w ten sposób statek wycieczkowy SunTeam, zapewne z kompletem pasażerów na pokładzie – spragnionych kosmicznych wrażeń amatorów skoków na bungee. Finn wzdrygnął się na samą myśl o tym. Nie przepadał za swobodnym spadaniem.

Setki tysięcy kilometrów niżej samolot startujący z miasta o jedenastej zbliżał się, lecąc wzdłuż wybrzeża. Zaczął bezszelestnie kołować, przeleciał nad głową Finna, po czym wylądował na północy, po drugiej stronie zatoki, na Outer New York Metroport.

Morze huczało. Fale odbijały się od brzegu i cofały. Woda podnosiła się i opadała.

Powietrze było wciąż ciężkie od skwaru gasnącego dnia, przesycone solą, morską bryzą i wonią jaśminu dochodzącą z ogrodu sąsiada. Finn pomyślał, że mógłby zasnąć tuna plaży, pod gwiazdami – był taki zmęczony. Nagle ocknął się, ponieważ obok jego bosej stopy przemknął krab, a za nim drugi. Coś musiało je wystraszyć. Usłyszał ciche kroki na piasku. Szelest tkaniny. Ktoś nadchodził. Finn odwrócił się… i ujrzał Rouge.

– Och! – zawołała zdumiona, lecz po chwili się roześmiała. – Finn! Co to jest, do cholery? Są straszne!

Finn wstał i zdjął ostrożnie transfokatory, aby ich nie rozciągnąć. Podszedł do Rouge.

– Wybacz. Twoja wizyta jest nieoczekiwana.

Rzuciła sandały na piasek i przywitali się trzema cmoknięciami w powietrzu: prawy policzek, lewy, prawy. Dało się jednak wyczuć pewną niezręczność. Finn nie należał do miłośników niespodzianek, nawet tak oszałamiających jak Rouge Marie Moreau, elegancka i gibka, niczym smukła róża na tym cichym skrawku plaży na Fire Island.

– Niełatwo cię złapać – powiedziała i odgarnęła kosmyki z oczu. Ach, te oczy, stalowozielone i tak bystre, nigdy nic im nie umknęło. – Coś nie tak z twoim mózgołączem? – W blasku księżyca jej loki połyskiwały metaliczną, miedzianą czerwienią.

Finn potrząsnął głową.

– Nie. Jest wyłączone. Wszystko zostało wyłączone na kilka dni.

– Wszystko? – zapytała.

Usłyszał w jej głosie subtelną uwodzicielską nutę. Kiedyś się spotykali. Romans skończył się prawie tak szybko, jak się zaczął – Finn czuł, że nie byliby dobrą parą – ale pozostali przyjaciółmi, a nawet należeli do jednego zespołu. Ostatnio jednak zauważył delikatną zmianę w jej uczuciach. A może tylko mu się zdawało?

Rouge uśmiechnęła się do niego. Odwzajemnił uśmiech – choć z pewnym oporem. Poczuła jego wahanie.

– Co to takiego? – spytała już bez uwodzicielskiej nuty.

– Transfokatory lunarne. – Zmiana tematu ucieszyła go. Powtórzył nazwę, tym razem przeciągając głoski: – Transfokatory lunarne. – Wyraźnie delektował się brzmieniem tych słów.

Rouge jednak nie zwróciła na to uwagi.

– Należały do Mannu – ciągnął. – Prezent od naszego ojca. Znalazł je w sklepie z antykami, wiele lat temu. Były w jednej z szuflad Mannu. – Podał okulary Rouge, wskazując napis na wewnętrznej części oprawki. – Widzisz? Tu jest napisane: „Made in USA”. Czyli na pewno wykonano je przed dwa tysiące dziewięćdziesiątym piątym. Ojciec sądził, że mniej więcej w dwa tysiące trzydziestym.

– Hm – mruknęła Rouge, przyglądając się nieco topornym okularom. – Mają z górą dwieście trzydzieści lat. Wyprodukowano je w samym środku Mrocznej Zimy. – Obracała je w dłoniach. – Ponad połowa ludności świata umierała, a Amerykanie mimo to szukali nowych światów.

– To ma sens – odparł Finn, a w jego głosie słychać było lekkie zdenerwowanie. Często, zwłaszcza w obecności Rouge, musiał zajmować niewdzięczne stanowisko obrońcy ojczyzny. Lubił uważać się za Europejczyka, ale teraz bronił Amerykanów. – Myśleli, że zbliża się koniec świata. Dlaczego więc nie mieli szukać nowych?

– Racja – przyznała i znów skupiła się na okularach. – Nadal działają? 

Zwisały z jej palców niczym zdechła mysz dyndająca na ogonie. I mniej więcej tak je traktowała.

– Tak – odrzekł. – Jako tako. Choć tylko do czterystu tysięcy kilometrów. Kilka minut temu obok Alpha Sextantis leciał gwiezdny ekspres. Ale trudno było powiedzieć, czy się zbliża, czy oddala.

– Przecież o wiele lepiej widzimy dzięki aplikacjom tele­skopowym współpracującym z mózgołączem. Takim jak Skyze, C-Stars, AstroVu czy…

– Rouge, to tylko zabawka! – przerwał jej, jak zwykle zdumiony jej brakiem poczucia humoru. Uśmiechnął się do niej. – Chcesz spróbować?

Potrząsnęła głową.

– Nie, dziękuję. – Spojrzała na wieczorne niebo.

Finn przez chwilę nie był pewny, czy nie poczuła się urażona, ale zobaczył, że tylko starała się zlokalizować gwiezdny ekspres za pomocą mózgołącza.

– Widzisz go?

– Tak – powiedziała już po kilku chwilach. – Tam jest.

Zerknął na nią z podziwem. Rouge zdecydowanie najszybciej ze wszystkich znanych mu osób reagowała na impulsy mózgołącza. Była naprawdę genialna.

– Wraca do domu. Leci w naszą stronę – oznajmiła i spojrzała znów na Finna, czekając, aż ich oczy się spotkają. – Jak się czujesz? – spytała, gdy tak się stało.

Wziął głęboki oddech i popatrzył na morze. Czekała w milczeniu u jego boku, gdy on zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Było ciężko – odparł wreszcie. – Zwłaszcza po stracie Lulu i Mannu. Byliśmy sobie bardzo bliscy. Wszyscy troje. Nasi rodzice ciągle pracowali, więc kiedy Lulu była mała, byliśmy dla niej kimś więcej niż tylko starszymi braćmi. Opiekowaliśmy się nią. Nazywała nas Manny i Fanny.

– Fanny? – powtórzyła Rouge z rozbawieniem. – Jakoś to do ciebie nie pasuje.

Finn wzruszył ramionami i spojrzał na palec swojej stopy, którym natrafił na coś twardego. Podniósł kamień, spod którego wyleciała ważka.

– O, a ona co tu robi? – rzekł zaskoczony, wodząc za nią wzrokiem w bladym świetle księżyca.

Ważka krążyła przez chwilę wokół nich, szaleńczo machając fosforyzującymi skrzydełkami, po czym odleciała.

Finn odwrócił się do Rouge.

– Lulu uganiała się za nimi, gdy była malutka. Strasznie wtedy piszczała. Teraz bez niej w domu jest zbyt cicho. Jak każda nastolatka trajkotała jak katarynka.

– Katarynka? – zdziwiła się Rouge, która nie znała tego słowa.

Mogłaby błyskawicznie znaleźć jego znaczenie za pomocą odpowiedniej aplikacji mózgołącza, ale wiedziała, że Finn lubił rzucać jej smakowite ciekawostki, a potem je wyjaśniać.

Uśmiechnął się.

– Katarynka to dawny instrument muzyczny, z osiemnastego wieku. Kręcąc korbką, mogłaś w kółko wygrywać jakąś melodię.

Niewiele można było zarzucić edukacji Rouge, lecz jej wiedza o historii kultury była szczątkowa, podobnie jak większości skupionych na swojej pracy europejskich naukow­ców. Finn dobrze o tym wiedział.

– Trajkotała jak katarynka – powtórzyła rozbawiona. – Rzeczywiście, trafne określenie.

Finn popatrzył znów na morze.

– Będzie brakowało Lulu. Bardzo. Wszystkich będzie brakowało.

Spojrzał na kamień, który wciąż trzymał w dłoni, i cis­nął nim. Przyglądał się zniekształconemu odbiciu księżyca na powierzchni wody, która zmarszczyła się, gdy kamień prześlizgnął się po morskiej pianie, a potem zatonął. Spojrzał na Rouge.

– Mannu potrafił puszczać kaczki. Stawaliśmy tutaj i przyglądaliśmy się, czyj kamień więcej razy odbije się od powierzchni. Zawsze wygrywał.

Czekała, aż znów się odezwie.

– Robił z tego niezłe przedstawienie – powiedział, nie odrywając wzroku od odbicia księżyca w morzu. – Schodziły się wszystkie dziewczyny z plaży, a on zdejmował koszulkę, prężąc mięśnie i pokazując owłosioną klatę, po czym rzucał kamieniem, który odbijał się dziesięć, może piętnaście razy, jeśli powierzchnia wody była gładka. Dziewczyny mdlały z wrażenia.

Spojrzał na Rouge.

– Trudno było mu dorównać. Ale ten brat go uwielbiał. Bezwarunkowo. – Próbował się uśmiechnąć, lecz zrezygnował i zagryzł wargę. – Dwadzieścia sześć lat to za mało, by stracić całą rodzinę. Wszyscy czworo odeszli. Ot tak.

Usłyszał westchnienie przyjaciółki.

– Sierota – rzucił gniewnie. – Finn Nordstrom, sierota.

Położyła dłoń na jego ramieniu. Poczuł jej ciepło przez cienką koszulkę.

– Wejdziemy do środka? – zapytała.

– Posiedźmy tu jeszcze przez chwilę.

Rouge miała na sobie zwiewną letnią sukienkę, ozdobioną mieniącym się niebieskozielonym delikatnym wzorem. Światło księżyca eksponowało głęboko wycięty dekolt. Finn zobaczył idealnie okrągłą brązową plamkę na bladej skórze nad prawą piersią. Czyżby wcześniej nie zauważył znamienia czy też niedawno stworzyła je specjalnie na taki wieczór jak ten? Odwrócił wzrok.

Rouge starannie rozłożyła dół sukienki i usiadła na pias­ku. Wyprostowała długie, nieskończenie długie nogi, po czym zgrabnie skrzyżowała je pod sobą. Uczyniła to z taką gracją i oszczędnością ruchu, że Finnowi przypomniały się zabytkowe scyzoryki Solingen, wystawione w Muzeum Kultury Europejskiej w Berlinie, niedaleko jego akademika. Fas­cynujące, jak szybko jej nogi otworzyły się i złożyły. Szszszt.

Patrzyli na morze.

Finn uśmiechnął się w duchu. Cóż za porównanie – nogi Rouge i scyzoryk! Ale z drugiej strony zawsze wyczuwał w niej coś niebezpiecznego, prawie drapieżnego, jakby za chwilę miała zwabić go w pułapkę, schwytać tymi długimi kończynami i pożreć żywcem.

– Uśmiechasz się – zauważyła.

– Właściwie co cię tu sprowadza? – zapytał.

– Przysługa. Dla twojej uczelni.

Kolejna niespodzianka.

– Greifswald? Poprosili cię, żebyś przyjechała? Tutaj?

– Obawiają się, że możesz teraz zrezygnować z pracy. I wrócić do Ameryki Północnej.

– Mają powody do obaw! – rzekł. – Po ostatnich trzech miesiącach ten tłumacz zaczął już świrować.

– Świrować?

– Wariować. Tracić rozum.

– Świrować – powtórzyła i zamilkła na chwilę, jakby przeglądała się w lustrze i sprawdzała, czy słowo dobrze leży. – Mów dalej.

– Kazali nam sczytywać interpunkcję w tłumaczeniach komputerowych tych sprawozdań z działalności banku, które znaleźli parę lat temu. Sczytywać! Wydawałoby się, że te aplikacje powinny już radzić sobie z gramatyką. A poza tym to takie nudne!

Praca w Bibliotece Europejskiej w Greifswaldzie budziła w nim coraz większą frustrację. W końcu był biegłym tłumaczem dwóch języków na ojczysty angielski – wymarłego niemieckiego i nowego standardowego mandaryńskiego – specjalistą w odczytywaniu odręcznie sporządzonych dokumentów w języku niemieckim, a także znakomicie wykształconym, lecz cierpiącym z powodu niedostatku wyzwań historykiem zajmującym się kulturą popularną czasów przed okresem Mrocznej Zimy (1950–2018).

– Powinni nam zlecać prace nad wielkimi dziełami literatury – powiedział – a nie nad skonsolidowanym rachunkiem zysków i strat za pierwszy kwartał dwa tysiące siedemnastego roku Deutsche Banku. Takie zadania można by zostawiać sztucznej inteligencji. Kogo obchodzą błędy interpunkcyjne?

Rouge roześmiała się z sympatią.

– Jesteś młodszym historykiem, Finn. To twoja praca.

– A ty jesteś młodszym fizykiem. Ale czy każą ci siedzieć pod drzewem i czekać, aż jabłko spadnie ci na głowę, żebyś mogła poteoretyzować na temat grawitacji?

Znów się roześmiała. Czasem łatwo ją było rozbawić. Gdyby nie wyłączył mózgołącza, zanotowałby żart. Teraz mógł mu wylecieć z pamięci.

– Przecież wszyscy mówili, że sprawozdania finansowe banku są skarbem kultury światowej – powiedziała.

Dokumenty wydobyte cztery lata wcześniej, w 2260 roku, wzbudziły sensację. Odkryto je pięćdziesiąt metrów pod ziemią w miejscu, gdzie niegdyś stała główna siedziba Deutsche Banku we Frankfurcie. Archeolodzy znaleźli w metalowych szafkach prawie trzydzieści metrów sześciennych napisanych po niemiecku sprawozdań finansowych banku, a samo to, że przetrwały Wielką Pożogę w 2050 roku, było cudem. Owszem, dzięki niej Europa pozbyła się epidemii niemieckiej dżumy, lecz niestety ogień pochłonął także większość dóbr kultury.

– Te sprawozdania bankowe mają być niby skarbem kultury światowej? Proszę cię… – skwitował Finn.

– Dobrze już, dobrze – powiedziała.

Odchyliła się, wsparła na łokciach i spojrzała na gwiazdy. Finn zrobił to samo.

– Ale na pewno Greifswald nie wysłał cię z Berlina do sennej nadmorskiej społeczności Nowego Jorku tylko dlatego, że obawia się utraty młodszego historyka, który potrafi tłumaczyć.

– Zgadza się – potwierdziła i rozprostowała nogi.

– To po co przyjechałaś?

Spojrzała na niego.

– Bałtyccy archeolodzy ze Stralsund znaleźli coś na półwyspie Fischland-Darß-Zingst.

– Znaleźli coś? – powtórzył i usiadł.

– Skrzynkę. Hermetycznie zamkniętą i wodoszczelną. Odporną na rdzę. I pył. Na wszystko. Używano takich na statkach na początku dwudziestego pierwszego wieku. Leżała na dnie Saaler Bodden niedaleko Wustrow.

– Na dnie Bodden? – Finn o mało się nie roześmiał.

Co za absurd! Jezioro Bodden było płytkie i niepozorne. Ani trochę nie przypominało głębokiego morza, na którego dnie powinny spoczywać wraki okrętów i pogrzebane z nimi skarby.

Krajobraz wokół Bodden, łańcuch słonych jezior połączonych z morzem na południowym wybrzeżu Bałtyku, niegdyś schronienie dla ptaków wędrownych i rezerwat przyrody, bardzo ucierpiał podczas Mrocznej Zimy. Jednak potem duża część Europy została ponownie zasiedlona, a niektóre z nadbrzeżnych rejonów Bałtyku zajęły społeczności trudniące się górnictwem morskim.

– Przecież ono jest takie płytkie – powiedział Finn. – Do dziś powinni już z niego wszystko wyłowić.

Rouge wzruszyła ramionami.

– W miejscu, gdzie znaleziono skrzynkę, jezioro ma przynajmniej sześć metrów głębokości. Okazało się, że przeleżała tam ponad dwieście lat. Natknęli się na nią przypadkiem w trakcie przygotowań terenu pod budowę.

Serce Finna zabiło szybciej.

– To jakieś ważne znalezisko? – zapytał, starając się zapanować nad oddechem.

– Skarb kultury światowej.

Finn usłyszał w jej głosie nieznaczny, bardzo delikatny cień kpiny, więc nie był pewien, czy to zdanie ekspertów, czy tylko Rouge się z nim droczy.

– Dlaczego? Jest tam coś wartego uwagi? – zapytał.

– Podobno to niewykluczone.

– A co to wszystko ma wspólnego z tym historykiem?

– W skrzynce coś było, Finn. Tekst napisany odręcznie po niemiecku. Trzeba go odczytać.

– Ale dlaczego ten tłumacz? I dlaczego wysłali ciebie? Skąd ten pośpiech? – Nic z tego nie rozumiał.

Rouge znów wzruszyła ramionami.

– Może się boją, że jeśli szybko nie zareagują, jakiś większy uniwersytet sprzątnie im to sprzed nosa. Najwyraźniej uznali, że poradzisz sobie z tym zadaniem. – Spojrzała na niego. – Może właśnie na coś takiego czekałeś.

Pewnie miała rację. Mało prawdopodobne, aby na dnie płytkiego słonego jeziora leżały sprawozdania bankowe. Zwłaszcza sporządzone odręcznie. Ale co to mogło być?

– Porozmawiasz o tej sprawie w Greifswaldzie? – zapytała Rouge.

– Tak. Oczywiście.

– Dobrze – rzekła i wstała. Strzepnęła piasek z dłoni. – Dyrektor Biblioteki Europejskiej czeka na twój telefon. Z samego rana.

Finn również wstał.

– Tak szybko? – Był wyraźnie zaskoczony.

– Szybciej, niż myślisz. Chodzi o jego poranek. Czyli za… – Lekko przekrzywiła głowę, otwierając zegar w mózgołączu. – Dwie godziny.

– Za dwie godziny?

Skinęła głową i ziewnęła.

– Jesteś zmęczona – zauważył Finn.

– Tak. Wejdziemy do środka?

Stali blisko siebie. Bardzo blisko. Znów zwrócił uwagę na znamię na jej prawej piersi, wznoszące się i opadające wraz z oddechem. Mógłby ją teraz przyciągnąć do siebie i pocałować.

Jednak nie zrobił tego.

– Tędy – powiedział, odwracając się i wskazując na duży drewniany dom na zachodzie. – Oto rezydencja Nordstromów.

Rouge wzięła sandały do ręki i podążyła za nim.

Rozdział 2

Dok-Dok

Z okazji holotransmisji Finn posprzątał w salonie. Dyrektor Biblioteki Europejskiej mógł zechcieć złożyć mu wizytę. W przypadku Dok-Doka, jak z lekką kpiną nazywali doktora doktora Rirkrita Sriwanichpooma jego podwładni, należało być gotowym na wszystko.

Rozsunął zasłony. Księżyc niczym wielki biały balon płynął po bezchmurnym niebie nad gładką powierzchnią Atlantyku. Doskonałe tło dla holotransmisji. Finn czuł narastające podekscytowanie. Co takiego znaleziono w skrzynce z Bodden? Czy mógł marzyć o „cudzie milenium”?

Ostatniego wielkiego odkrycia związanego z językiem niemieckim dokonano prawie sto trzydzieści lat wcześniej, w 2136 roku, na kontynencie północnoamerykańskim, w mieście Laguna Beach w prowincji kalifornijskiej. W domu z kruszącego się kamienia i tynku robotnicy przygotowujący ruinę do wyburzenia znaleźli stoczony przez korniki dębowy kufer, a w nim stalową skrzynkę. W środku znajdował się plik zapisanych odręcznym pismem kartek. Eksperci zajmujący się wymarłymi językami ustalili, że był to niemiecki zapisany pismem Kurrentschrift, używanym na przełomie XIX i XX wieku. Dalsze badania wykazały, że to oryginalny rękopis Buddenbrooków autorstwa zdobywcy Nagrody Nobla Thomasa Manna.

Kalifornijski Urząd do Spraw Skarbów Kultury przedstawił wiele ważnych argumentów przemawiających za zatrzymaniem manuskryptu w Ameryce Północnej – powołano się między innymi na to, że Thomas Mann przyjął amerykańskie obywatelstwo – lecz w końcu przekazano dokument do Archiwum Wymarłych Języków Biblioteki Euro­pejskiej, gdzie jak przyznawał Finn, było jego miejsce. Obecnie trzymano go pod kluczem, lecz udostępniono jego wierną replikę, którą Finn zbadał i przeczytał – nie było to łatwe zadanie, ponieważ nawet dla paleografów specjalizujących się w niemieckim kurrenta była wyjątkowo trudna do odczytania, jeśli ktoś uczył się przede wszystkim późniejszych pism.

W każdym razie Buddenbrookowie naprawdę byli cudem milenium i tłumacz, któremu powierzono ten manuskrypt, mógł się czuć bardzo wyróżniony. Może Finnowi też się poszczęści.

Po drodze do kuchni minął schody wiodące na niższy poziom i zobaczył, że światło w pokoju Rouge jest zgaszone. Dotarło do niego, jak bardzo sam jest wyczerpany, lecz uleganie zmęczeniu nie należało do cech, które cenił Sriwanichpoom. Ponieważ nigdy nie zamienił z dyrektorem więcej niż kilka słów, nie chciał teraz zrobić na nim złego wrażenia. Zaparzył sobie zing, żeby pobudzić szare komórki, i wrócił do salonu. Połączył się z holokamerą, usiadł i czekał na telefon od Dok-Doka.

Doktor doktor Rirkrit Sriwanichpoom był fascynującą postacią. Wszystko w nim olśniewało patrzącego: jego prezencja, srebrne włosy zebrane w koński ogon, promienny uśmiech o barwie kości słoniowej, oczy, duże i błyszczące niczym tahitańskie szare perły, wybitna inteligencja, a nawet obuwie. Na stopach miał nowe przezroczyste, jakby szklane półbuty, które idealnie przylegały do połyskujących srebrnych skarpet.

Finn od razu zauważył buty Sriwanichpooma, ponieważ gdy jego hologram pojawił się w gabinecie, ze względu na pokaźne rozmiary nazywanym „salą tronową”, skrzyżowane nogi dyrektora spoczywały leniwie na blacie biurka.

– Pan Nordstrom! – rzekł dyrektor, wstając.

Podszedł do Finna, który podał przełożonemu dłoń na powitanie. Finn i Dok-Dok mogli uścisnąć jedynie powiet­rze – hologram jest w końcu tylko bezcielesnym obrazem – lecz mimo to wykonywali odpowiednie ruchy.

– Dzień dobry panu – powiedział Finn.

– Która jest u pana godzina? – Sriwanichpoom mówił nienaganną angielszczyzną, z tym oschłym nosowym akcentem charakterystycznym dla mieszkańców prowincji brytyjskiej, który cudzoziemcy, tacy jak on, opanowali do perfekcji.

– Hm… druga w nocy.

– Nocny marek z pana, prawda? – zachichotał dyrektor. Nie czekał na odpowiedź. – Proszę, niech pan usiądzie. – Wskazał na przezroczysty podwieszany stół z czterema pufami dookoła.

Finn, który nigdy wcześniej nie widział „sali tronowej”, ani osobiście, ani jako hologramu, potrzebował chwili na zapoznanie się z pomieszczeniem, zanim spoczął. Tak naprawdę usiadł na stołku w salonie własnego domu, lecz takie szczegóły nie miały znaczenia w stanie zanurzenia w trójwymiarowych obrazach.

Dyrektor podciągnął o centymetr nogawki białych spodni, usiadł i założył nogę na nogę. Jego szklany but prawie dotykał teraz twarzy Finna.

– Dobrze. To nie zajmie dużo czasu. Wie pan oczywiście, gdzie znaleziono skrzynkę?

– Tak. Na dnie jeziora Bodden.

– Zgadza się. Niedaleko Wustrow.

Ping! Na ekranie mózgołącza Finna wyświetliła się migająca ikona powiadomienia o wiadomości.

– Właśnie otrzymał pan dwa pliki – powiedział dyrektor. – Proszę na nie zerknąć.

Pierwszy zawierał fotografię zrobioną z pokładu łodzi. Finn zobaczył wodę i pusty pas ziemi, prawdopodobnie brzeg jeziora Bodden. Po lewej stronie rosło kilka topoli, a w tle widać było ruiny miasteczka, z wystającą z nich wieżą kościoła.

– Tam znaleziono skrzynkę – wyjaśnił Dok-Dok.

Drugi dokument zawierał fotografię czarnej skrzynki z rączką, przypominającej sztywne walizki z przełomu tysiącleci.

– Pamiętnik znaleziono właśnie w tej skrzynce – oznajmił dyrektor biblioteki.

Ikony powiadomień nagle zniknęły z mózgołącza Finna.

– Bardzo przepraszam – powiedział Dok-Dok, marszcząc brwi. – Pliki ulegają samozniszczeniu. Błąd programu. Jeśli będą panu znów potrzebne, po prostu proszę dać znać. Na czym skończyliśmy? Ach, tak. Wie pan, że pamiętnik został napisany odręcznie po niemiecku?

Finn skinął głową.

– Niestety – ciągnął Sriwanichpoom – niemiecki nie jest jedną ze specjalizacji tego dyrektora, do których należy włoski, francuski, rosyjski, wymarły niderlandzki i duński, oczywiście angielski i naturalnie jego ojczysty tajski, a zatem mógł tylko pobieżnie przejrzeć tekst. To jednak bardzo ciekawa sprawa. Jeden z archeologów, tu w Stralsund, pewien doktor… hm… – Spojrzał na okno i wszedł do swojego mózgołącza. – O, jest. Pewien… doktor Beyer… specjalista od okresu Mrocznej Zimy… uważniej przyjrzał się treści, lecz nie czuł się wystarczająco kompetentny, aby ocenić jej znaczenie.

– Dlaczego? – zapytał Finn. – Ten tłumacz miał okazję współpracować z doktorem Beyerem. To wybitny ekspert do spraw Mrocznej Zimy.

– Niestety, nie specjalizuje się w kulturze popularnej przełomu tysiącleci. Dokument, który chcemy dziś panu przekazać, pochodzi z dwa tysiące trzeciego roku i został napisany przez osobę nastoletnią.

– Aha. – Finn nie potrafił stłumić rozczarowania.

Dokument napisany przez nastolatka? To na pewno nie był cud milenium.

– Wydaje się pan rozczarowany – stwierdził dyrektor. – Czyżby liczył pan na cud milenium?

Zaskoczony Finn wybuchnął śmiechem. Dyrektor słynął z niemal genialnej intuicji.

Sriwanichpoom też się roześmiał.

– Jest pan ambitnym człowiekiem, Finnie Nordstromie. To dobrze. W Archiwum Wymarłych Języków na dole powiedziano mi, że specjalizuje się pan w historii kultury początku dwudziestego pierwszego wieku oraz że posiada pan znakomite wyczucie kolokwialnego niemieckiego i angielskiego z przełomu tysiącleci, a znajomość tych języków będzie potrzebna przy tym projekcie.

– Ten tłumacz jest wdzięczny za szansę przedstawienia swoich umiejętności.

Dyrektor wstał.

– Pozwoli pan, że pokażę, co dla pana przygotowaliśmy. Sporządziliśmy wierną replikę dokumentu. Wiemy, że wy, historycy, wolicie wydruk od cyfrowych plików w mózgo­łączu. Poza tym to praktyczne rozwiązanie w przypadku odręcznego pisma.

– Czy w skrzynce znajdował się tylko jeden dokument? – zapytał Finn.

– Wszystko po kolei – odparł dyrektor i żartobliwie pogroził mu palcem.

To była standardowa procedura. Sprawozdania Deutsche Banku także przekazywano mu po jednym. Zgodnie z porządkiem chronologicznym. Wszystko zawsze było zgodnie z porządkiem chronologicznym.

– Ale w skrzynce było kilka dokumentów? – nalegał Finn.

– Ten dyrektor nie może tego ujawnić – odpowiedział Sriwanichpoom chłodno, niemal wyniośle.

Cóż, to już nie była standardowa procedura. Tłumacze zwykle otrzymywali zwięzłą charakterystykę wielkości i rozległości swoich projektów.

Dyrektor biblioteki utrzymał spojrzenie Finna przez dłuższą chwilę. Jego wzrok wydał się Finnowi zimny, a nawet groźny. I miał niejasne wrażenie, że dyrektor kogoś mu przypomina. Tylko kogo?

Sriwanichpoom wstał i skinął głową w kierunku ściany. Rozsunęła się i ukazał się regał z książkami. Podszedł do niego i wrócił z jedną. Miała różową okładkę. Jaskrawo­różową. Kiedyś ten kolor nazywano hot pink. Albo neonowym różem. Był to brzydki, błyszczący, krzykliwy różowy plastik. A może winyl. Były na nim nadrukowane maleńkie czerwone serca. Serduszka i kwiatki, i motyle. Notatnik miał też niezbyt solidną niewielką kłódeczkę z wetkniętym w nią złotym kluczykiem, przez który przepleciono cienką satynową różową wstążkę. Finn nie wiedział, co ma o tym myśleć. Spojrzał na doktora doktora Rirkrita Sri­wa­nichpooma.

– Co to jest? – zapytał.

– Pamiętnik – odparł dyrektor. – Oczywiście napisany odręcznie.

– Pamiętnik? – powtórzył zaskoczony Finn.

Finn zetknął się wcześniej z kilkoma starymi dziennikami. Ale żaden z nich nie przypominał tego. Większość miała elegancką skórzaną albo płócienną oprawę. Niektóre na okładkach czy grzbietach miały napis Moleskine® lub Filofax®. Przypomniał sobie, że kiedyś widział pamiętnik Anny Frank, z podobną kłódką i kluczykiem. Wszystkie oryginalne zapiski ofiary Zagłady przepadły niestety podczas Mrocznej Zimy, ale dwie reprodukcje jej pamiętnika w biało-czerwono-zieloną kratkę, zrekonstruowanego przez rękodzielników w 2003 roku, ocalono z gruzów Amsterdamu i teraz przechowywano w Bibliotece Europejskiej.

– Kto jest autorem? – zapytał Finn.

– Tego nie wiemy. Niektóre wpisy są sygnowane literą „E”. Prawdopodobnie autorką jest dziewczyna.

– Dziewczyna?

– Trzynastoletnia. Tak powiedział doktor… hm…

– Beyer?

– Tak. Tekst zaczyna się w dniu jej trzynastych urodzin.

Dziennik trzynastoletniej dziewczynki z początku dwudziestego pierwszego wieku? Raczej nie była to wielka literatura ani skarb kultury światowej. Chyba że byłyby to wczesne rozważania kogoś, kto później zdobył sławę. Ale jaka istniała na to szansa? Finnowi przemknęła przez głowę myśl, że może zbyt pochopnie zrezygnował z pracy nad sprawozdaniami Deutsche Banku.

– Mamy nadzieję, że imię autorki jest gdzieś w tekście – powiedział dyrektor, znów intuicyjnie odczytawszy myśli Finna. – Może znamy jej późniejsze dzieła. Oczywiście pańskim zadaniem będzie dotarcie do tego. Przeczytanie każdego słowa. Zbadanie każdego odniesienia. Gdzie mieszkała? Z jakiej pochodziła rodziny? Kim byli jej przyjaciele? Na pewno w środku znajdzie pan wskazówki. Mamy nadzieję, że już wkrótce. Sądzimy, że może to być ważny projekt. Kto wie, czy na jego podstawie nie uda się panu napisać pracy doktorskiej. Zamierza pan zdobyć stopień doktora, prawda?

– Tak, naturalnie. Ten historyk rozważał, aby najpierw przepracować rok lub dwa, podszlifować umiejętności badawcze.

– Bardzo dobrze. – Dyrektor wstał. – A zatem wszystko ustalone?

Pytanie zaskoczyło Finna.

– Czy musi pan otrzymać odpowiedź od razu?

Dok-Dok zmarszczył czoło.

– Ależ oczywiście. Inaczej po co byłaby ta holotrans­misja?

Finn czuł się oszołomiony.

– Wobec tego dobrze. Zgadzam się.

– Zarezerwowaliśmy dla pana bilet na dziś, czyli wtorek, na drugą po południu. Nowy Jork – Berlin. Szczegółowe informacje znajdzie pan w skrzynce odbiorczej. Oczekujemy pana w Greifswaldzie w środę rano. – Nagle dyrektor stanął tuż przed Finnem, w salonie Nordstromów. – Ach! – rzekł, przyglądając się umeblowaniu pokoju. – Naprawdę urocze. W amerykańskim stylu z dwudziestego pierwszego wieku. – Podszedł do okna. – Wspaniały widok. Księżyc na ziemi. – Odwrócił się do Finna i podał mu rękę. – A zatem do środy.

Zanim Finn zdążył uścisnąć dłoń z powietrzem, dyrektor Biblioteki Europejskiej zniknął.

Rozdział 3

Onyksowa szkatułka

Obudziło go słońce zaglądające przez okno. Przez chwilę leżał bez ruchu i obserwował wesoły taniec cieni w pokoju. Słuchał szumu fal przed domem, przybijających do brzegu i cofających się w głąb morza.

Spał tylko kilka godzin. Czuł się przytłoczony. Minęły zaledwie dwa tygodnie od śmierci jego rodziny, do tego wizyta Rouge, telefon od Dok-Doka, a teraz jeszcze to nowe zlecenie: różowy pamiętnik. Zbyt wiele i za szybko się działo. Przy odrobinie szczęścia może uda mu się odespać podczas dwuipółgodzinnego lotu.

Wydawało mu się, że usłyszał, jak Rouge porusza się w pokoju obok. Po cichu wstał i podszedł do otwartych drzwi. Jednak spała, słyszał jej miarowy oddech. Patrzył, jak jej nozdrza rozszerzają się i zwężają, rozszerzają i zwężają, a brązowa plamka nad prawą piersią unosi się i opada.

Rouge była piękna, gdy spała. Poranne różowawe światło wpadające przez żaluzje oświetlało długi łuk jej ramienia. Oddychała spokojnie, a rozrzucone na poduszce miedziane loki przypominały ognistą koronę. W tej chwili nawet mógłby sobie wyobrazić, że jest jego partnerką. Chociaż…

Nie. Rouge nigdy nie mogłaby nią zostać. Za bardzo różnili się temperamentem. Miała praktyczny umysł, bazujący na faktach, a jego był nieżyciowy, unosił się na falach idei. Nie obchodziły jej sprawy dla niego ważne, a on nie miał pojęcia, co ją interesowało oprócz pracy – o której wiedział mniej niż zero. Fizycy kwantowi – „kwarki”, jak czule nazywał ich ogół społeczeństwa – rzadko mówili o swojej pracy, zwłaszcza tacy jak Rouge, którzy pracowali dla prestiżowego Instytutu Fizyki Stosowanej imienia Olgi Żukowej. Jak mógłby wychowywać dzieci z osobą, której pracy nie rozumiał, której myśli nie potrafił pojąć, a zainteresowań nie podzielał?

– Nauczysz się tego – powiedziała jego matka.

– Jesteś zbyt wybredny – dodał ojciec.

– Musisz zaliczyć więcej dziewczyn – radził mu Mannu.

– Każdy w końcu znajdzie kogoś dla siebie – rzekła Lulu. – Finn też.

Ale był już najwyższy czas, żeby coś zrobić. I tak był spóźniony. I to bardzo. Seks uważano za zdrowy i zachęcano do niego już od czternastego roku życia. Postulowano, by większość młodych ludzi znalazła partnera lub żeby im go przydzielono przed ukończeniem dwudziestego ósmego roku życia. Jeśli Finn sam nie znajdzie partnerki w ciągu roku, będzie musiał złożyć podanie o jej wyznaczenie. Wielu młodych dorosłych cieszyło się z przydziału partnera, ponieważ taką osobę poddawano wcześniej rozmaitym testom, dzięki którym można było porównać i ocenić wszystko, od kompatybilności DNA, przez liczebność plemników, po nawyki żywieniowe. Jednak i to nie zapobiegło drastycznemu, niemalże fatalnemu w skutkach spadkowi płodności w ciągu ostatnich dwustu lat. Mimo szeroko rozpowszechnionej praktyki zapłodnienia in vitro spadek liczby urodzeń był ogólnoświatowym problemem, zwłaszcza na kontynencie europejskim, gdzie rodziny takie jak Finna, z trojgiem dzieci pochodzących od tych samych rodziców, były zdecydowanym wyjątkiem. Pary nie posiadały się z radości, gdy urodziło im się chociaż jedno dziecko, a generalny globalny rząd cieszył się, jeśli jedna na trzy pary doczekała się potomka. Teraz była to tylko jedna na pięć.

Ostrożnie, aby nie obudzić Rouge, Finn na palcach minął drzwi do jej sypialni i ruszył po schodach na górę, do pokoju na poddaszu.

Krwistoczerwone słońce pięło się po niebie na wschodzie, a plaża była skąpana w różowym blasku. Na południu Atlantyk mienił się metaliczną szarością, na północy widać było nieruchome wody Great South Bay. Na prawo od Finna, na zachodniej ścianie pokoju stała biblioteczka, którą zbudował jego ojciec, a matka wypełniła książkami. Po jej lewej stronie wisiało lustro.

Spojrzał na swoje odbicie. Ujrzał młodego mężczyz­nę, całkiem przystojnego, ale nie nadzwyczajnie, o opalonym ciele i przeciętnym wzroście mniej więcej dwóch met­rów, o ciemnych sztywnych włosach, teraz rozczochranych, oczach czarnych jak onyksowa szkatułka stojąca na orzechowym stole i z dwudniowym zarostem na twarzy.

Finn podszedł do stołu. Leżały na nim rozrzucone różne przedmioty pochodzące z jego rodzinnego domu. Niektóre zamierzał wyrzucić lub oddać. Inne, jak czarną onyksową szkatułkę, transfokatory lunarne Mannu, pluszowego misia Lulu i rakietę ojca do slapbacka, chciał zabrać do swojego mieszkania w Berlinie. Skrzynka z przyborami matki miała zostać tutaj. Była to duża drewniana skrzynka, którą przytaszczył na poddasze z warsztatu. Otworzył ją. Podobało mu się to, że rozkładała się po obu stronach na boki, niczym schodki, a na każdym poziomie znajdowała się przegródka z roztworami w buteleczkach i przyborami służącymi do naprawiania różnych rzeczy. Kwaśny zapach mieszanki olejów i chemikaliów przeniósł go w świat dzieciństwa. Finn doświadczył chwili upojnej słodyczy, jakby naprawdę znów był małym chłopcem i oglądał skarby ukryte w skrzynce. Z zachwytem odkrywał miękkie ściereczki do czyszczenia książek, niektóre wykonane z rzadko już produkowanych tkanin, takich jak wełna; były tam nici i dratwa do renowacji okładek książek, torba włókien z nieużywanego zestawu do robienia papieru, miękkie pędzelki do odkurzania kartek i szorstki papier o bardzo delikatnej piaskowej fakturze do usuwania kleksów z atramentu. Matka nazywała go papierem ściernym. Przedmiot zwany gumką służył do wymazywania szarych linii narysowanych ołówkiem. Pamiętał, jak matka pokazała mu ołówek. „Zrobiono go z drewna i grafitu, kiedyś takimi pisano”, oznajmiła. Skreśliła nim kilka znaków na wewnętrznej stronie skrzynki. „Tu jest napisane «Finn» – powiedziała. – Drukowanymi literami”. Wtedy jeszcze nie potrafił czytać, ale poczuł dumę. Te kreski oznaczały jego imię!

Finn pochylił się nad drewnianą skrzynką, żeby sprawdzić, czy jego imię wciąż tam jest. Znalazł je, choć bledsze, niż zapamiętał. Przesunął palcami po kreskach i ogarnęło go chwilowe uczucie pustki; oczy go zapiekły. Wiedział, że to z tęsknoty za matką, za rodziną, ale gdy to poczuł, czy też gdy sformułował tę myśl – natychmiast ją przełknął. Wprawdzie publiczne okazywanie żałoby nie było zabronione, a już na pewno mógł robić to, co chciał, we własnym domu, lecz wybuchy emocji zwykle uważano za niepokojące, czasem obraźliwe, a nawet niszczące. Rozpamiętywanie byłoby nierozsądne, zwłaszcza gdy Rouge była na dole.

Finn usiadł i uruchomił mózgołącze. Wcześniej na chwilę włączył internet podczas holotransmisji z Dok-Dokiem, lecz od kilku dni nie sprawdzał poczty. Jego przyjaciel, Renko Hoogeveen, bibliotekarz z Biblioteki Europejskiej, bombardował go wiadomościami. W skrzynce odbiorczej Finn znalazł też bilety na dzisiejszy lot oraz raport Urzędu Aeronautyki dotyczący wypadku w kosmosie, w którym zginęła jego rodzina. On też miał z nimi lecieć, ale zatrzymały go obowiązki zawodowe. Co za ironia! Dzięki sprawozdaniom Deutsche Banku był teraz ostatnim żyjącym Nordstromem na wschodnim wybrzeżu.

Finn poczuł, jak wzbiera w nim znów jakieś posępne i nieprzyjemne uczucie – ale nagle usłyszał poruszenie pięt­ro niżej. To Rouge się obudziła. Pewnie będzie chciała zjeść śniadanie. Poszedł do kuchni.

Poprosi kucharza Carla Canelli-NY-FireIs3 o przygotowanie świeżego posiłku na lunch. Może homara? Albo wieloryba z hodowli morskiej East End? Do Rouge chyba bardziej pasowałby rekin, pomyślał i uśmiechnął się do siebie.

Spojrzał w dal, na przeciwległy koniec zatoki. Niebo nad Long Island było bezchmurne. Otworzył aplikację C-Earth w mózgołączu i dowiedział się, że dalej na wschodzie jest tak samo. To będzie dobry dzień na lot, pomyślał, miksując dwa lodowate koktajle z owoców leśnych i płatków owsianych. Jeden z nich wstawił do lodówki, a drugi wziął ze sobą i wrócił do stołu z orzechowego drewna.

Rodzinna legenda głosiła, że przodek Finna ze strony ojca, Florian Lawrence, zbudował ten stół własnymi rękami. Przez kolejne stulecia przekazywano go najstarszemu dziecku w pokoleniu, od Lawrence’ów, przez Scheinwaldów i Sop­ranów, po Nordstromów.

Według tej legendy Florian Lawrence przeżył chaos Mrocznej Zimy dzięki temu, że wraz z rodziną uciekł z Europy i popłynął łodzią z niemieckiego wybrzeża Bałtyku do Szwecji. Stamtąd udał się wodą do Norwegii, dalej do Islandii i na Grenlandię, aż w końcu przybył do Kanady. Jako jedyny z całej rodziny przeżył podróż. Niepokonany, wyruszył na południe wzdłuż wybrzeża, a w końcu znalazł sobie żonę i osiedlił się. W pewnym momencie zbudował stół. Z biegiem lat ów mebel stał się symbolem przetrwania rodu.

Projekt stołu był klasyczny: proste linie i gruby blat z ciemnego, prawie czarnego drewna orzechowego. Wyróżniały go zdobienia. W rogach stołu ręcznie namalowano słoneczniki wielkości niedużego talerza, z łodygą biegnącą wzdłuż nogi. Pośrodku blatu narysowane było słońce. Stół miał też ukrytą wysuwaną szufladę. Odkąd Finn sięgał pamięcią, znajdował się w niej jeden jedyny przedmiot, który przetrwał ucieczkę z Europy z Florianem: czarna onyksowa szkatułka.

Finn wziął ją do ręki.

Była niewielka, nie dłuższa od jego dłoni. Jej spód oraz wierzch wykonano z nieskazitelnego czarnego onyksu o lus­trzanym połysku. Wieczko ozdobiono intarsją z motywem słoneczników.

Otworzył szkatułkę. W środku, na czarnej aksamitnej poduszeczce, spoczywało wieczne pióro i pierścionek.

Duży, przezroczysty, jasnożółty bursztyn najwyższej jakości obsadzono w kręgu maleńkich czarnych kamieni szlachetnych – obsydianów – na srebrnej obrączce. W bursztynie tkwił uwięziony wielki, tłusty, nienaruszony trzmiel o doskonałym kształcie. Od wewnątrz pierścionek miał wygrawerowaną datę: 20.08.2018.

Wziął pióro do ręki. Pamiętał, jak go intrygowało w dzieciństwie. Pióra były przestarzałe, wyszły z użytku ponad sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Kto dziś jeszcze pisał odręcznie? Było to nawet bardziej archaiczne niż pisanie na klawiaturze. Wciąż można było znaleźć klawiatury w położonych na uboczu wioskach, ale nawet w dziczy przekazywanie sygnałów i obrazów przez mózgołącze było normą dla większości osób, które przekroczyły wiek przedszkolny.

Musnął palcami gwiazdki zatopione w wypolerowanej czarnej oprawie pióra. Podobne przedmioty spotykano teraz zwykle jedynie w muzeach lub sklepikach z pamiątkami w koloniach Leśnych. Oprócz kustoszy muzeów jedynymi osobami, które używały piór, ołówków i kredek, nie mówiąc o związanych z nimi dawnych wynalazkach, takich jak grafit czy atrament, byli Leśni, którzy większości pozostałych wydawali się tak dziwni, że traktowano ich z pewnym lekceważeniem, jakby sami byli obiektami muzealnymi. Wiedli proste życie, ubierali się skromnie, rezygnowali z większości nowoczesnych udogodnień i sami uczyli swoje dzieci. Ich kolonie, hermetyczne społeczności, właściwie nieutrzymujące kontaktu ze światem zewnętrznym, były nieliczne: od czterech do sześciu na kontynent. Rodzice Finna w związku ze swoją pracą utrzymywali z nimi bliskie stosunki, zwłaszcza z klanem Aaronsonów-Aiello, rodziną drukarzy i wytwórców papieru ze Sternwood Forest, kanadyjskiej kolonii położonej na północ od Toronto.

Finn oglądał pióro. Zapomniał już, kiedy ostatni raz trzymał je w ręce. Było lżejsze, niż pamiętał. Jego ciężar wydał mu się idealny. Przetaczał je w tę i z powrotem na dłoni, podziwiając jego smukły kształt i ostrą elegancję pokrytej platyną stalówki z czternastokaratowego złota. Przesunął palcem po inskrypcji. Spojrzał z podziwem na kursywną czcionkę, połączone litery. Gdy był dzieckiem, nie umiał przeczytać słów. Tak naprawdę niewiele osób to potrafiło. Pismo kursywne, tak jak egipskie hieroglify, dla zwykłej osoby było niezrozumiałe. Już dawno zastąpiły je komputerowe drukowane litery.

To prawda, niektóre zawody wymagały umiejętności czytania pisma kursywnego. Bibliotekarze, archeolodzy, kustosze muzeów, paleografowie, tłumacze i historycy w swojej pracy często stykali się z odręcznie spisanymi dokumentami. Teksty te zazwyczaj skanowano i odczytywano za pomocą aplikacji, które lepiej lub gorzej radziły sobie z czytaniem różnych rodzajów pisma, biorąc pod uwagę styl i indywidualne cechy. W przypadku niemieckiego rezultaty były niezadowalające. Do sprawnego działania programy te potrzebowały dosłownie tysięcy przykładów dobrego i złego pisma. Dopiero wtedy, z czasem, mogły odczytać wysoce zindywidualizowane pismo odręczne. Niestety Mroczna Zima zniszczyła praktycznie całą kulturę pisma odręcznego w Niemczech. Aplikacje po prostu nie miały dostępu do wystarczających zasobów informacji, aby dokładnie odczytywać dokumenty.

Dlatego też niewielką grupę badaczy przeszkolono w trakcie studiów, żeby potrafili czytać dokumenty spisane odręcznie w wymarłym niemieckim. Niektórzy z nich osiągnęli pewien poziom kompetencji. Jednak tylko nieliczni zapragnęli wziąć do ręki pióro, przyłożyć je do papieru i nauczyć się pisać. Finn nie był wyjątkiem.

Spojrzał na inskrypcję na wiecznym piórze przodka. Legenda głosiła, że pierwsza żona Floriana Lawrence’a, Alisa, podarowała mu to pióro i zleciła wygrawerowanie napisu. Z biegiem lat niektóre litery starły się, ale wciąż można było odczytać:

Dla F

w im wiecz miło

 li

 pień 201

Sierpień i co dalej? Mógł to być dowolny rok między 2011 a 2019, ale reszta była…

– Dzień dobry.

Zaskoczony Finn odwrócił się gwałtownie.

To była Rouge. Oczywiście. Roześmiała się.

– Rozmarzyłeś się – powiedziała.

Finn nie wiedział, czy było to pytanie, czy stwierdzenie, więc tylko się uśmiechnął. Zauważył, że jej miedziane włosy są potargane. Właśnie wyszła spod prysznica. Jedwabny szlafrok w kolorze oślepiającego królewskiego błękitu przylegał do mokrego ciała.

– Nie masz sanisuszarki – rzekła w odpowiedzi na jego pytające spojrzenie.

– Nie. Tylko ręczniki. My, wyspiarze, zawsze byliśmy trochę staroświeccy.

– Co to takiego? – zapytała, sięgając po przedmiot, który trzymał w dłoni.

– Rodowe klejnoty.

Roześmiała się.

– Pióro. Jakie oryginalne. Z diamentami.

– Nie, to nie są diamenty. Platyna. Symbolizują gwiazdy.

Rouge powąchała pióro. Zdjęła skuwkę. Zbadała czubek stalówki opuszką palca wskazującego. Z powrotem nałożyła skuwkę. Była bardzo dokładna. Pewnie jak każdy kwark z Instytutu Olgi Żukowej. Musieli tacy być.

Rouge wskazała na inskrypcję.

– Co tu jest napisane?

– Brakuje niektórych liter. Ale napis mówi: „Dla Floriana, w imię wiecznej miłości, Alisa. Sierpień dwa tysiące któregoś roku”. Florian to przodek. Florian Lawrence. Cudem udało mu się uciec z Europy w dwa tysiące osiemnastym. Alisa była jego pierwszą żoną. Podobno zmarła podczas Mrocznej Zimy. Na dżumę. – Sięgnął po pióro. – W instytucie nie uczą was kursywy? – dodał, drocząc się z nią.

– W Instytucie Olgi Żukowej uczą nas myśleć. – Najwyraźniej zdała sobie sprawę z tego, że jej odpowiedź zabrzmiała opryskliwie, więc szybko dodała z uśmiechem: – Czytanie jest dla marzycieli. I poetów. – Oddała mu pióro. – W imię wiecznej miłości – mruknęła i przewróciła oczami.

Finn przypomniał sobie, jak w dzieciństwie zastanawiał się nad słowami: „W imię wiecznej miłości”. W szkole uczono ich, że miłość prowadziła do egotyzmu, zazdrości, obłędu, nieszczęść i wojen. Po co ktokolwiek miałby jej pragnąć „na wieczność”?

Oczywiście teraz już wiedział, że rozpacz i wojna nie zawsze wynikały z nieszczęśliwej miłości. Nauczyciele z pewnością przesadzali. Mimo to idea romantycznej miłości – o jakiej czytał na studiach w powieściach z dziewiętnastego, dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku – była mu obca, podobnie jak wszystkim, których znał. Przez sto pięćdziesiąt lat, od zakończenia Mrocznej Zimy, głównym prob­lemem ludzkości było przetrwanie. Ciężka praca dla dobra ogółu była koniecznością. Prokreacja stała się obowiązkiem – oczywiście nie oznaczało to, że ludzie zmienili się w automaty do rozmnażania. Człowiek był istotą społeczną, która dbała o innych ludzi. Dostrzegał wartość życia w harmonii, a nawet poświęcenia się wielkiej pasji. Tylko co miłość miała z tym wspólnego?

Z drugiej strony musiał przyznać, że romantyczna miłość wydawała mu się czasem wyjątkowo intrygująca.

– Finn? – odezwała się Rouge. – Znów śnisz na jawie.

Spojrzał na nią.

– Och. Przepraszam… Jesteś głodna?

– Umieram z głodu – odparła.

Finn znów usłyszał w jej głosie uwodzicielski ton. Odwrócił się i schował pióro do onyksowej szkatułki.

Rouge wzięła do ręki rakietę do slapbacka i zaczęła ją oglądać.

– Należała do Artu – wyjaśnił Finn. – Grywaliśmy razem. – Brzmienie imienia ojca dziwnie na niego wpłynęło. Jego głos stał się ponury, chrapliwy. Przełknął z trudem ślinę. – Był świetny. Gdy byliśmy mali, grał jedną ręką przeciwko nam obu. „Artu Niepokonany kontra Chłopaki Nordstromów”, mawiał. Gdy miałem trzynaście lat, a Mannu piętnaście, w końcu go pokonaliśmy. Jeszcze nigdy tak się nie ucieszył. – Finn odchrząknął.

Rouge przyglądała mu się przez chwilę, po czym rzekła z naciskiem:

– Teraz masz nas, Finn. PAD jest twoją rodziną.

– Och, proszę cię. Jakbym czytał podręcznik wstępu do dorosłości!

Podręcznik dotyczący wstępu do dorosłości instalowano w mózgołączu w dniu osiemnastych urodzin. Wówczas, według globalnego rządu, młodzi ludzie oficjalnie wkraczali we wstępny okres przed osiągnięciem dorosłości i przeprowadzali się do specjalnych akademików, potocznie zwanych na całym świecie PAD-ami, od ich angielskiej nazwy: Pre-Adult Dormitory. „Witaj na nowej drodze, która doprowadzi cię do dorosłości – można było przeczytać we wstępie – w tych cudownych latach między osiemnastym a trzydziestym rokiem życia, kiedy już nie należysz do młodzieży, lecz nie uzyskałeś jeszcze statusu dorosłego. Wiesz, kim jesteś i kim chciałbyś się stać. Jesteś gotów rozwinąć skrzydła, wzbić się w powietrze i dołączyć do szeregów pracującej populacji. Czas opuścić rodzinę i znaleźć nową, w wyznaczonym akademiku. PAD jest teraz twoim nowym domem. Miłego pobytu!”.

Od tamtego dnia minęło zaledwie osiem lat. Lulu była wtedy ośmioletnią uczennicą, Mannu miał dwadzieścia lat i studiował prawo kosmiczne. Matka próbowała się uporać z renowacją trzydziestu trzech tomów Encyklopedii Britanniki w luksusowym wydaniu z 1993 roku, w piankowej skórzanej oprawie rozpadającej się na szwach. Ojciec właśnie otworzył sklep z antykami, z rzadkimi meblami z naturalnego drewna, wykonanymi w dwudziestym pierwszym wieku. A Finn pomyślnie zdał egzaminy wstępne na Uniwersytet Europejski w Greifswaldzie. Uczelnia w Greifswaldzie była jedną z nielicznych na świecie, która posiadała nietknięty kampus, przystań dla wolnomyślicieli i twórczych dusz, gdzie ludzki kontakt studentów z mentorami ceniono wyżej niż dominujące gdzie indziej korzystanie ze sztucznej inteligencji i zdalnego dostępu. Od Berlina dzieliła ją tylko piętnastominutowa podróż bezpośrednim wahadłowcem SwiftShuttleX. Finn mieszkał w największej społeczności PAD na świecie. Akademik znajdował się w najmodniejszej dzielnicy Berlina, Märkisches Viertel. Na całym świecie nazywano go czule BAD PAD, ponieważ słynął z szalonych imprez, podczas których nie wylewało się za kołnierz.

Finn uśmiechnął się na myśl o tym, że jego dużą nową rodziną jest teraz BAD PAD, tygiel o powierzchni dziesięciu kilometrów kwadratowych, kipiący testosteronem i estrogenem ponad stu tysięcy młodych mężczyzn i kobiet, którzy pochodzili z całego świata, będących nieustannie w biegu, studiujących lub pracujących na stażu, sprag­nionych rozrywki i poszukujących odpowiedniego partnera życiowego. Rouge i Finn mieszkali w czteropokojowym apartamencie z Yolandą Abbas, terapeutką klonów, oraz inżynierem rowerowym Severinem Boxbergiem, w jednym z mniejszych budynków tworzących kompleks BAD PAD. Była to dwupiętrowa willa o nieregularnie rozmieszczonych oknach i balkonach osłoniętych białymi, pomarańczowymi, czerwonymi, niebieskimi, żółtymi i zielonymi markizami. Nazywano ją Rubikiem, ponieważ przypominała nieułożoną kostkę Rubika, łamigłówkę dla dzieci stworzoną trzysta lat wcześniej.

– Finn? – odezwała się łagodnie Rouge, przerywając jego zadumę. – Myślałeś już o tym, żeby zająć się sprawą memoklonów?

Potrząsnął głową.

Nie rezygnowała.

– Kiedy po raz ostatni zgrano wspomnienia twojej rodziny?

Ta informacja zapewne znajdowała się już w osobistym infobanku Finna. Jeszcze tam nie zaglądał.

– Rodzina Nordstromów nigdy nie dbała o skrupulatną archiwizację wspomnień – powiedział. – A poza tym Lulu była za mała na transfer pamięci. Mamy tylko jej genom i zawartość jej mózgołącza.

Zdaniem Finna zarówno zwykłe klony, jak i memoklony były źródłem samych problemów. Przez duże „P”.

Zwykłe klony, które rozwijały się w naturalny sposób i dojrzewały w łonie matki-dawczyni, powszechnie uznawano za zdrowe istoty ludzkie. Były po prostu bliźniętami – spóźnionymi o parę lat. W połowie dwudziestego pierwszego wieku hodowano je masowo do walki na froncie, a później, gdy władzę przejął globalny rząd, do odbudowy świata. Dla większości ludzi były obywatelami drugiej kategorii, aż w końcu rząd wycofał je z obiegu i włożył więcej wysiłku w tworzenie humanoidalnych androidów, pozbawionych typowo ludzkich raf emocjonalnych. Dalej tworzono zwykłe klony – zgodnie z surowymi prawami dotyczącymi klonowania – lecz wychowywano je w normalnych warunkach, a ich tożsamość ukrywano przed ogółem społeczeństwa. Prawo nakazywało jednak, aby po ukończeniu osiemnastu lat klon poznał swoje pochodzenie. Rzadko zdarzało się, że dobrze przyjmowały tę wiadomość, i bardzo cierpiały z powodu tego wiecznego piętna.

Memoklony natomiast, okrzyknięte pierwszym krokiem ku nieśmiertelności, były zupełnie inną sprawą. Podobnie jak zwykły klon, memoklon otrzymywał DNA dawcy, lecz dodatkowo wgrywano mu także jego wspomnienia. Szybko doprowadzano do jego dorosłości: osiągnięcie pełnej dojrzałości – trzydziestu pięciu lat – zajmowało mniej niż sześć miesięcy.

Podobnie jak w przypadku większości Europejczyków powyżej dwudziestego pierwszego roku życia, wspomnienia Finna zgrywano w ramach rutynowych badań medycznych podczas bezbolesnego zabiegu. Następnie przekazywano dane do pilnie strzeżonych neuroskarbców w prowincji szwajcarskiej, gdzie przechowywano je, gotowe do skopiowania na życzenie członka rodziny.

W założeniu memoklony miały być zdrowymi, wiernymi replikami dawcy, mniej więcej z chwili jego śmierci. W rzeczywistości miały dziury w pamięci i zwykle zaczynały szwankować przed upływem pięciu lat, co skutkowało poważną chorobą psychiczną, agresją i otępieniem. Większość memoklonów stawała się ciężarem dla siebie lub dla ludzi, którzy powołali je do życia. Przeważnie dożywały swoich dni uwięzione w specjalnych domach opieki.

– Nie, Finn, poczyniono wielkie postępy, jeśli chodzi o memoklony – powiedziała Rouge łagodnym tonem. – Reynaldo Torres z instytutu twierdzi, że jego żona jest prawie idealna.

– Prawie – rzekł Finn. – Ale nie do końca. To nie wystarczy. Poza tym jak długo będzie „prawie” idealna? Mówimy o istotach ludzkich, osobach, z którymi jesteśmy związani, na których nam zależy. I jak syn czy brat mógłby wskrzesić jednego członka rodziny, a innego nie? Młodszego historyka nie stać na trzy klony. I co z Lulu? Nie mamy jej wspomnień. Daj spokój! To niedorzeczny pomysł.

Wstrząśnięta wybuchem Finna Rouge przyglądała mu się przez chwilę, po czym odłożyła rakietę na stół. Przesunęła ręką nad blatem.

– Skarby światowej kultury à la Nordstrom – oznajmiła wesoło.

Finn poczuł ulgę, że zmieniła temat.

– Właściwie – powiedział – to tutaj znajdują się prawdziwe skarby. – Podszedł do regału na zachodniej ścianie i otworzył jedne z ciemnych przeszklonych drzwiczek.

Podmuch chłodnego powietrza wpadł do pokoju.

– Och, zimno! – zawołała Rouge.

– To dla ochrony książek.

Rouge wyjęła pierwszą z brzegu książkę, najcieńszą, liczącą może sto stron. Przeczytała na głos zapisany drukowanymi literami tytuł:

– Kodeks illeistów.

Finn nie wiedział, czy książka rzeczywiście ją zainteresowała, ale otworzyła ją, więc docenił ten gest.

– Ile ta ma lat? – zapytała.

– Właściwie to jedna z najnowszych w kolekcji. – Pokazał jej notę copyrightową. Był to reprint z 2100 roku książki wydanej po raz pierwszy w 2020. – To podręcznik szkolny używany w Ameryce Północnej i Europie w pierwszych latach Mrocznej Zimy – ciągnął. – Dzieci nie mogły się przyzwyczaić do rezygnacji z pierwszej osoby liczby pojedynczej.

Rouge otworzyła książkę na pierwszej stronie.