Niesamowity czyli Los niezawiniony - Antoni Łomnicki - ebook
Opis

Dwaj bracia, Andrzej i Janek, po latach spędzonych w szkołach wracają do rodzinnego dworu. Choć pierworodny Andrzej będzie dziedzicem ojcowskiego majątku, to Janek wydaje się być dzieckiem szczęścia. W nauce zawsze lepszy od brata, równie dobrze jak rozumem władający szablą, do tego przystojny, rychło zdobywa serce panny z sąsiedztwa, a i przychylność jej rodziców. Kiedy jednak na łożu śmierci ojciec wyjawia mu tajemnicę jego urodzenia, Janek musi zapomnieć o dotychczasowym życiu i zacząć wszystko od nowa - najlepiej gdzieś daleko, gdzie nikt nie pyta o tytuły szlacheckie i pochodzenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 610

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Antoni ‌Łomnicki
Niesamowity czyli Los niezawiniony
© ‌Copyright ‌by Ewa Żakowska ‌2011Opracowanie ‌tekstu: Ewa Łomnicka-ŻakowskaProjekt okładki: ‌Igor Żakowski
ISBN 978-83-7564-278-0
Wydawnictwo ‌My Bookwww.mybook.pl
Publikacja ‌chroniona prawem ‌autorskim.Zabrania ‌się ‌jej kopiowania, ‌publicznego ‌udostępniania ‌w Internecie ‌oraz odsprzedaży bez ‌zgody ‌Wydawcy.

Rozdział 1

– Chłopaki dzisiaj ‌przyjeżdżają! ‌Andrzej i Janek! – zawołał ‌pan miecznik Winnicki, a jego ‌twarz pocięta licznymi bruzdami ‌zmarszczek rozjaśniła ‌się uśmiechem. – ‌Janek!

I nagle ‌jego ‌radość znikła, ‌głęboka fałda pojawiła ‌się między brwiami, oczy ‌zwilgotniały i nawet łza ‌pociekła po policzku. ‌

– ‌Masz, mości mieczniku ‌dobrodzieju – ‌odezwał się ‌z uszanowaniem stojący obok ‌pan Łubkowski, ‌stary ‌rezydent ‌– nie ‌lada powód ‌do radości, bo też ‌synkowie się ‌udali, ‌chłopy jak ‌dęby, a Janek! ‌Toż to gładysz, ‌jakiego ‌drugiego w całej Rzeczpospolitej nie ‌masz, choć ‌i Andrzejowi niczego nie ‌brakuje. Wielkie ‌to dobrodziejstwo ‌od ‌Boga mieć ‌takich synów. O, jak ‌się chłopaki cieszą, wyobrażam ‌sobie! Tyle czasu poza ‌domem ‌w konwikcie, toż ‌sobie teraz użyją! ‌A niech tam! Dobrze ‌to młodym, nieprawdaż, ‌mości mieczniku dobrodzieju?

Pan ‌miecznik Winnicki milczał, ‌ale łza ‌toczyła się nadal ‌po policzku. Odwrócił się ‌do okna, żeby ‌rezydent nie ‌widział ‌objawów ‌jego słabości, i nagle ‌przerwał ‌panu Łubkowskiemu.

– ‌Powinni być ‌dzisiaj! Konie ‌dobre, na południe chyba zdążą! Idź wasze do Tomasza i dowiedz się, czy wszystko gotowe na ich przybycie. Komnatę kazałem tam od lewej oficyny przygotować, łóżka pościelić, po takiej podróży odpocząć będą musieli, a ja tymczasem ranne pacierze odmówię.

– Rozkaz, mości mieczniku dobrodzieju – odparł, kłaniając się pan Łubkowski i wyszedł z komnaty.

Odprawiwszy pana Łubkowskiego pod tym pozorem, miecznik zadumał się. Wielka zgryzota odbiła się na jego twarzy.

– Janek – szeptał – syn mój ukochany, najdroższe dziecko nieszczęsne – i łzy zaczęły się już strumieniem lać mu z oczu – najukochańszy mój syn, taki silny, taki utalentowany, taki piękny! O nieszczęście! Co czynić? Może wybrać się do króla Jegomości? Lecz cóż to pomoże! Niektórzy ludzie o tym wiedzą, a najgorzej, że wie o tym Kobierzycki z Wolicy. O synku mój ukochany! Czy ty przebaczysz ojcu swemu tę krzywdę? O Boże Miłosierny i Ty Matko Najświętsza! Pomóż! Ratuj! – Mówiąc to do siebie, pan Miecznik nerwowo chodził po komnacie. Wreszcie nieco się uspokoił, ukląkł na klęczniku, który stał w kącie komnaty, i zaczął półgłosem ranne pacierze odmawiać.

Tymczasem pan Łubkowski pokuśtykał żwawo do kuchni.

– Magda – zawołał – a Tomasz gdzie?

– Przecież poszedł do spichrza, nie pamiętasz już panie Alojzy? – odpowiedziała Magda, zamaszysta baba w mocno przydeptanych chodakach na bosych nogach.

– A pokoje dla paniczów gotowe? – pytał pan Łubkowski. – Pan miecznik kazał pytać!

– Pewnie, że gotowe, co waść sobie o mnie myślisz! – zawołała Magda urażona. – Dla paniczów nie miałyby być gotowe? Wszystko gotowe, pościel świeżą nałożyłam, nie czekałam na waścine ponaglenia, panie Alojzy!

– To dobrze, dobrze – odparł pan Łubkowski pojednawczo i nie czekając na dalszy potok słów zaczepnie nastrojonej klucznicy, śpiesznie wyszedł na dziedziniec.

Dwór w Turadach, posiadłość Winnickich z dziada pradziada, nie był zbyt okazały ani budowany w jakimś konkretnym stylu, ale obszerny i wygodny, z komnatami, które bogatymi sprzętami ozdobione, świadczyły o zamożności jego właścicieli. Obecny dziedzic Turad, Imć Ksawery Winnicki, miecznik powiatowy, był potomkiem starego polsko-ruskiego rodu. Po długiej wojaczce i licznych przygodach osiadł na stałe w Turadach, które po śmierci swego brata odziedziczył. Ożenił się z jejmościanką Teresą Kobierzycką, córką podczaszego z Wolicy, ale małżeństwo nie trwało długo. Po dwóch latach żona jego umarła, pozostawiwszy dwóch synów, Andrzeja i Jana. Jan, podobno dwa tygodnie przed śmiercią matki urodzony, wychowywał się poza domem. Jako sześcioletniego już chłopca ojciec przywiózł go do Turad i odtąd wychowywał się razem ze starszym o rok bratem Andrzejem. Wśród domowników Turad krążyła, na ucho jedynie powtarzana plotka, że Janek nie jest synem Teresy z Kobierzyckich Winnickiej, ale jakiejś innej kobiety. Głośniej o tym nikt jednak nie ośmielał się mówić, gdyż pan miecznik był surowy i wielce porywczy i mógłby nawet poturbować plotkarza. Janek był jego ulubieńcem, chociaż Andrzeja także bardzo kochał. Janek był zresztą ulubieńcem wszystkich. Jak na swój wiek niezwykle poważny, swoim serdecznym wobec domowników postępowaniem zjednywał sobie ich serca. Pan miecznik, tak ostry i surowy wobec innych ludzi, dla Janka miał miękkie serce i pozwalał mu na wszystko, ale chłopak nie wykorzystywał tej słabości ojca do siebie. Był grzeczny i posłuszny, pozostając wzorem dla swoich rówieśników. Zresztą także Andrzej swoim postępowaniem trosk ojcu nie przysparzał. Pan miecznik prowadził życie samotnika, ze swoją rodziną nie utrzymywał bliższych kontaktów, a z rodziną swej zmarłej żony był w stałej wojnie. Do nikogo w odwiedziny nie jeździł, ani też nikogo w swoim domu nie przyjmował, co wówczas rzadkością wśród szlachty polskiej było. Od spraw publicznych też się całkowicie odsunął. Majątek miał znaczny, bo oprócz Turad należało do niego osiem wsi, a po żonie pozostała mu wieś Wolica, którą za darmo bratu swej zmarłej żony w używanie oddał, ale z nim żadnych bliższych stosunków nie utrzymywał. Wolica była oddalona od Turad zaledwie dwie mile. Tak oto pan miecznik żył w samotności, nikogo do siebie oprócz służby i synów nie dopuszczając. Jedynym wyjątkiem był pan Łubkowski, daleki kuzyn, który przed laty zawędrował do Turad i już tam na stałe w charakterze rezydenta pozostał. Pan miecznik z początku go nie lubił, potem się do niego przyzwyczaił, ale go do swoich tajemnic nie dopuszczał. Pan Łubkowski liczył sobie nieco ponad siedemdziesiąt lat i w swym życiu wiele doświadczył, wielu niepowodzeń doznał, a majątek odziedziczony po rodzicach przehulał. Potem po dworach swoich krewnych i znajomych się włóczył, przebywając u nich po kilka tygodni lub miesięcy, ale osiadł na dobre dopiero u miecznika. Życie dworzanina czy rezydenta nauczyło go sztuki dostosowywania się do otoczenia, do znoszenia złych humorów gospodarza i to zapewne sprawiło, że osiadłszy w Turadach – zwłaszcza po wyjeździe Andrzeja i Janka do szkół we Lwowie – stał się nieodstępnym towarzyszem miecznika, a służba tytułowała go iure caduco chorążym.

Tak urządził się pan Łubkowski na stare lata, ongiś szlachcic dosyć zamożny, jak mawiano wtedy bene natus et possessionatus, korzystając z łaskawego chleba rezydenta. Takich rezydentów obojga płci tułało się wielu po pańskich dworach, płaszczyli się oni i schlebiali możniejszym i swoje utrzymanie ich łasce zawdzięczali.

– Gorzki ten chleb rezydenta – mawiał nieraz pan Łubkowski, kiedy go pan miecznik nie mógł słyszeć – ale cóż mam robić? Wziąć się do pracy jakiejś, rzemiosłem czy handlem się parać? To bym klejnot szlachectwa stracił! A więc trzeba cierpieć, znosić pańskie chimery i tak siedzieć na łasce pańskiej, dopóki się da. A jak to nieraz trudno!

Podczas gdy pan miecznik tak niecierpliwie swoich synów wyglądał, Andrzej i Janek jechali bryką do Turad. Z konwiktu ojców jezuitów wypuszczeni po ukończeniu pięciu lat nauki z radością wracali do domu. Furman Petro, wypiwszy sobie nieco gorzałki w karczmie, koni nie żałował. Chłopcy zaś kręcąc się na siedzeniu bryki, cieszyli się wszystkim, co się dookoła nich działo. Radował się zwłaszcza Andrzej, śmiał się, pokrzykiwał, głośno wyrażał swoją uciechę. Migały mu przed oczami konie do ujeżdżania, polowania, kuligi, dziewczęta, szalone zabawy.

– Do domu jedziemy – wołał co chwilę – hu, ha, do domu!

Janek siedział spokojnie w bryczce, poważny jak zwykle, ale i jemu śmiały się oczy. Nie okazywał swojej radości tak spontanicznie jak Andrzej. Chwilami nawet smutek pojawiał się na jego twarzy, wyglądał tak, jakby sobie co jakiś czas przypominał o czymś przykrym. Zauważył to w pewnej chwili Andrzej i zawołał:

– Hej, Janku, nie cieszysz się, że do domu jedziemy? Już nas bazyliszki – tak Andrzej ojców jezuitów nazywał – nie będą do Alwara gonili! Brr – wstrząsnął się gwałtownie – już nigdy w życiu do łaciny zapędzić się nie dam. Szlachcic jestem z dziada pradziada, milsza mi zawsze szablina i dziewczyna niż łacina – powtórzył gdzieś usłyszane powiedzonko. – No mów coś, Janku! Czego siedzisz jak ten puchacz! Oj, dziwny ty jesteś, dziwny! Nigdy nie wiadomo, co zrobisz! No rozruszaj się, ciesz się razem ze mną!

Lecz Janek milczał dalej, najwyraźniej pogrążony w swoich myślach. Widząc, że brata rozruszać nie potrafi, Andrzej machnął ręką i wdał się w żywą pogawędkę z furmanem.

Bracia różnili się od siebie nie tylko fizycznie. Andrzej dość wysokiego wzrostu, miał niebieskie oczy i blond włosy. Z natury był dobroduszny i serdeczny, czasami porywczy, ale nie zawzięty i nie mściwy. Chłop szczery jak złoto! – mawiali o nim koledzy z konwiktu. Janek natomiast prezentował zupełnie inny typ urody, bardzo wysoki, przerastał swego brata prawie o głowę, szeroki w ramionach, miał ciemne włosy i duże czarne oczy. Właśnie te duże, melancholijne i pełne wyrazu oczy zwracały uwagę wszystkich, a zwłaszcza dziewcząt. Jego zachowanie odróżniało go często od rówieśników, niekiedy ogarniała go dzika, niepohamowana wesołość, wtedy bawił się i śmiał bez miary. Innym razem poddawał się melancholijnym nastrojom, szukał samotności i rozmyślał, całymi dniami do nikogo się nie odzywał. Często w takich chwilach brał teorban i śpiewał, a głos miał silny. Należał wszak do najlepszych śpiewaków w szkolnym chórze. W nauce był prymusem. Andrzej natomiast uczył się po szlachecku, ledwie dostatecznie. Naukę uważał za zło konieczne. Jeżeli niekiedy się uczył, to ze strachu przed dyscypliną, której ojcowie jezuici swoim wychowankom nie żałowali. Jeżeli coś zbroił, kładł się z uległością na kobiercu i starał się pokorą przebłagać ojca prefekta. Inaczej było z Jankiem. Starał się spełniać nałożone na niego obowiązki, jak mógł najlepiej. Bardzo zdolny, z łatwością uczył się łaciny, którą w jezuickim kolegium przede wszystkim wbijano uczniom do głowy. Kolegium ukończył z notą maxima cum laude. Nie było jednak mowy o poddaniu się przez niego karze cielesnej. Gdy mu raz za jakieś przewinienie czterdzieści plag zaaplikować kazano, wpadł w furię, pobił kalifaktorów i z trudem go obezwładniono. Potem wyczerpany walką zemdlał. Zamknięto go przeto w karcerze na trzy dni o chlebie i wodzie. Karę zniósł w milczeniu, nie bito go nigdy więcej.

Bracia żyli ze sobą w przykładnej zgodzie. Andrzej kochał brata, ale czasami drażniło go jego nierówne usposobienie. Poza tym nie raz zazdrościł mu siły fizycznej, postępów w nauce, powszechnej sympatii u ludzi, ale były to mało znaczące zgrzyty. Obaj bracia nie mieli jak do tej pory miłosnych przygód. Zamknięci przez pięć lat w konwikcie, skąd ich prawie nie wypuszczano, nie spotykali ani młodych panienek, ani młodych kobiet. W domu, w Turadach, Andrzej nieraz zerkał na dworskie dziewuchy, ale u pana miecznika panowała surowa dyscyplina i o bliższych kontaktach z dziewczynami mowy nawet nie było. W Janku nie obudził się jeszcze temperament i nie odczuwał pociągu do kobiet. Marzyła mu się natomiast sława wojenna, sława rycerza, który broni wiary i pokrzywdzonych ludzi. Siedząc w bryczce obok Andrzeja, zagłębiał się w swoich myślach tak dalece, że nawet nie rozumiał, co Andrzej do niego mówił. Konie pędziły szparko, Andrzeja bawiła niesłychanie taka szybka jazda. Nagle usłyszeli za sobą tętent koni i głośny turkot jakiegoś pojazdu. Zza zakrętu wyłoniła się kolaska ponoszona przez spłoszone konie.

– Zjeżdżaj na bok! – krzyknął Andrzej na furmana.

Petro ledwie zdążył skręcić w bok, by uniknąć zderzenia z pędzącymi końmi. Konie minąwszy brykę, rwały dalej, ciągnąc za sobą kolaskę, która przechylała się raz na jedną, to znów na drugą stronę. Furmana na koźle nie było, widocznie spadł po drodze. Z kolaski wydobywał się przeraźliwy krzyk kobiet.

– Goń, Piotrze, konie, ile tylko możesz! – krzyczeli Andrzej i Janek. Ale podnieconych widokiem gonitwy koni nie trzeba było popędzać, same rwały, ile miały sił. Obaj bracia trzymali się poręczy siedziska bryczki, gotowi w każdej chwili wyskoczyć i przyjść z pomocą kobietom. W tumanie kurzu stracili nawet z oczu kolaskę. Lecz na szczęście kolaska była ciężka, ciągnące ja konie zmęczyły się długim biegiem i nieco zwolniły. Bryka Winnickich zrównała się z kolaską.

– Stój! Ho! Ho! – krzyczeli Andrzej i Janek z całych sił. Nagle koło kolaski zaczepiło o kamień, konie na moment przystanęły, ale potem szarpnęły ze zdwojoną siłą, dyszel pękł z trzaskiem, a kolaska przechyliła się gwałtownie na bok. Siedząca z prawej strony kobieta wypadła z kolaski i wpadła w ramiona Janka, który w tym momencie wyskoczył z bryki. Szarpnięta gwałtownie kolaska zatoczyła łuk na drodze i szczęśliwie omijając Janka, zwaliła się na ziemię. Andrzej i Petro chwyciwszy za lejce, z największym wysiłkiem zatrzymali rozhukane konie. Spod kolaski wydobywały się przeraźliwe jęki. Janek stojąc na drodze, trzymał na rękach zemdloną dziewczynę. Miała może osiemnaście lat. Nakrycie zleciało jej z głowy i jasne warkocze opasały niemal szyję Janka, twarz dziewczyny nawet w takiej chwili uderzała niezwykłą urodą. Po chwili Janek złożył ją na murawie obok drogi. Andrzej i furman wydobywali spod kolaski drugą jęczącą kobietę. Leżąca na trawie dziewczyna była jeszcze nieprzytomna, oczy miała zamknięte i Janek zastanawiał się, jak ma jej przyjść z pomocą. Nagle poruszyła się, wydając głębokie westchnienie, wkrótce otworzyła oczy i wzrok jej spoczął na nachylonej nad nią męskiej twarzy.

– Gdzie jestem – zapytała przestraszona – co się ze mną stało?

– Już wszystko w porządku – odpowiedział Janek – na szczęście zdrowa i cała wyszłaś, panienko, z tej niebezpiecznej przygody.

Dziewczyna usiłowała się podnieść, Janek pomógł jej stanąć na nogi. Początkowo oparła się na nim, ale za chwilę stanęła już pewnie.

– Kim waćpan jesteś? Komu mam podziękować za ratunek? Oczy jej i Janka spotkały się ze sobą. Obydwoje poczuli, że spodobali się sobie, a ich serca zabiły szybciej. Janek przerwał milczenie.

– Jesteśmy bracia Winniccy z Turad – jego głos zdradzał przebyte wzruszenie – Widzieliśmy, jak konie ponoszą kolaskę, i na szczęście udało się nam ją zatrzymać.

– Dziękuję wam z całego serca – odparła dziewczyna jeszcze łamiącym się głosem i ponownie jej oczy spotkały się z oczami Janka.

Tymczasem z gościńca dochodziły żałosne jęki. To druga kobieta wyciągnięta spod kolaski jęczała z bólu. Dziewczyna usłyszawszy te jęki, zawołała:

– O Boże, co się stało z ciocią! – I podbiegła do leżącej na trawie swojej towarzyszki. – Ciociu Filu, co się cioci stało? – pytała zaniepokojona, klękając nad nią.

– Oj, Bisiu – wyszeptała ciocia Fila – rękę mam złamaną, a tobie, gołąbeczko, nic się nie stało?

– Nic, ciociu – odparła Bisia. – Jak ci pomóc?

– Nie wiem, chyba umrę tu na drodze – zajęczała pani Fila.

– Jesteśmy na wasze usługi – zawołali obaj bracia – co mamy czynić?

– Myślę – rzekła dziewczyna – że najlepiej by było, gdybyście mogli nas zawieźć do domu, do Stryja, to półtorej mili stąd. Ja jestem Beata Komorowska, a ojciec mój jest starostą stryjeckim.

– Ależ owszem – zawołali bracia – chętnie usłużymy jejmościankom

– Tak, byle jak najprędzej do domu – wołała ciocia Fila – chcę umrzeć w domu!

Młodzieńcy raźnie się zakrzątnęli. Ostrożnie wsadzili ciocię do swojej bryczki, Andrzej usiadł na koźle, by powozić bryką zamiast furmana, który pozostał na straży przy koniach pana starosty i rozbitej kolasce. Janek stanął na stopniu bryki, gotów w każdej chwili do usłużenia niewiastom. Ciocia Fila jęczała z bólu przy każdym wstrząsie. Beata podtrzymywała ją i uspokajała. Janek stojąc na stopniu bryczki obok Beaty, co jakiś czas obejmował wzrokiem twarz pięknej panny, jej twarz wydawała mu się ideałem kobiecego piękna, ucieleśnieniem jego marzeń. Beata była zajęta ciocią, ale rejestrowała spojrzenia Janka, choć sama starała się na niego nie patrzeć. Czuła wyraźnie, że jest obiektem zainteresowania tego dzielnego i przystojnego młodzieńca, po części wprawiało to ją w zmieszanie graniczące z lekkim oburzeniem, a po części była dumna, że ten młody człowiek jest nią tak oczarowany.

Jadąc z konieczności noga za nogą, dojechali do dworu pana starosty Komorowskiego już dobrze po południu. Bryczka zajechała przed ganek. Z domu wyszedł szlachcic z podgoloną czupryną, zwany przez domowników żartobliwie marszałkiem dworu. Pan Szaflarski w rzeczywistości był rezydentem u pana starosty i jego totumfackim. Spostrzegłszy brykę, a obok niej nieznanych mu młodzieńców, podszedł do nich i ceremonialnie się kłaniając, zapytał:

– Hm, hm, panie dzieju, kogo mam powitać?

Ale za chwilę spostrzegł w bryczce Beatę i ciocię Filę i nie czekając już na odpowiedź, krzyknął głośno:

– Na miły Bóg, co się stało? Czy nie wypadek jaki?

– Ach – zajęczała ciocia Fila – konie nas poniosły, poturbowana jestem śmiertelnie, rękę mam złamaną. Ichmościom tym podziękujcie, że nas wyratowali, inaczej byłoby już po nas!

Usłyszawszy te głośne narzekania, wybiegł na dziedziniec pan starosta, potem pani starościna, a za nią cały fraucymer z piskiem i wrzaskiem.

Pan starosta podbiegł do Beaty i obejmując ją i tuląc do siebie, pytał:

– Czy naprawdę nic ci się nie stało, Bisiu?

– Nic, tatku – odparła Beata – tylko ciocia Fila ma złamaną rękę. – To tylko dzięki tym panom – i wskazała na Andrzeja i Janka, którzy stali onieśmieleni nieco z boku – uszłyśmy cało z tego wypadku!

I zaczęła opowiadać, jak to konie poniosły kolaskę, jak furman Fedko spadł z kozła, jak one strasznie krzyczały, jak je panowie ratowali.

Pan starosta aż się za głowę łapał, słuchając tego opowiadania, wreszcie zwróciwszy się do młodzieńców, rękę do nich wyciągnął:

– Serdecznie wam dziękuję za uratowanie życia mojej córki. Nigdy w życiu wam tej przysługi nie zapomnę. A można wiedzieć, z kim mam honor?

Młodzieńcy mocno zakłopotani uścisnęli podaną im rękę i Andrzej pokonawszy onieśmielenie, powiedział:

– Jesteśmy, jaśnie wielmożny panie starosto, Andrzej i Jan Winniccy z Turad. Wracamy z konwiktu ojców jezuitów ze Lwowa do domu, a naszym ojcem jest miecznik Winnicki z Turad.

– Co? – zawołał uradowany pan starosta – synowie Winnickiego? Przecież znam doskonale pana miecznika. Razem na Wołoszczyźnie wojowaliśmy. Ale już z piętnaście lat go nie widziałem. Bardzo jestem rad, że synom mojego starego przyjaciela zawdzięczam życie mojej córki. Ależ wejdźcie do domu, zapraszam was w moje niskie progi, rozgośćcie się i czujcie się jak u siebie!

Do młodzieńców podeszła pani starościna.

– Ach, moi kochani – rzekła – nie wiem doprawdy, jak wam dziękować za uratowanie naszej Beatki. Proszę, chodźcie, zaraz siadamy do stołu, na pewno jesteście głodni.

Poprowadzono młodzieńców do jadalni. Pan starosta posadził ich koło siebie i wypytywać zaczął o zdrowie pana miecznika, o postępy w szkole i dalsze szczegóły dotyczące ratowania córki. Po przełamaniu pierwszych lodów Andrzej i Janek odpowiadali na pytania coraz śmielej i szerzej opowiadali o sobie.

– O, ma pan miecznik synów jak dęby – rzekł łaskawie pan starosta – będą z was jeszcze dzielni rycerze. Mnie Bóg więcej potomstwa odmówił, tylko tę jedną Beatkę mam i o mały włos byłbym ją dziś stracił. Zjecie z nami obiadek i pozostaniecie u nas przynajmniej do niedzieli, prędzej was nie puszczę!

– Jaśnie wielmożny panie starosto – odezwał się Janek, zebrawszy się na odwagę – wielki to dla nas zaszczyt być gośćmi jaśnie pana, lecz ojciec czeka na nas z wielką niecierpliwością, na pewno już teraz niepokoi się, że nie przyjeżdżamy, a ojciec gorączka jest i niecierpliwy wielce, wszelka irytacja może mu na zdrowiu zaszkodzić. Dlatego musimy się spieszyć, aby do domu jeszcze przed nocą zdążyć.

Te słowa Janka bardzo się panu staroście podobały.

– Bardzo się cieszę, że synowie o zdrowie ojca tak dbają. Dobrze to o was świadczy, dlatego też nie będę was zatrzymywał, po obiedzie możecie jechać, ale musicie mi dać szlacheckie słowo, że najdalej do tygodnia mnie odwiedzicie i kilka dni w moim domu pozostaniecie. Pana miecznika też wielce rad bym widział, od lat piętnastu żadnej o nim wiadomości nie miałem. Poproście go w moim imieniu, by i on swoją obecnością me niskie progi zaszczycił.

Podano do stołu. Młodzieńcy usiedli na wyznaczonym im miejscu. Weszła pani starościna i zajęła pierwsze miejsce przy stole. Obok niej usiadła panna Beata ubrana w najładniejszą suknię, jaką posiadała. Cały dwór pana starosty, a było osób prawie trzydzieści, zasypywał młodzieńców licznymi pytaniami. Oni nieco zmieszani tym powszechnym zainteresowaniem, odpowiadali na pytania bez zbytniej swady i zrobili na wszystkich dobre wrażenie, tym bardziej że obydwaj byli przystojni, a zwłaszcza Janek, który swoją nietuzinkową urodą zwracał uwagę zwłaszcza płci pięknej.

Beata, choć na Janka wprost nie patrzyła, jednak obserwowała go spod oka. Była dumna z jego urody, cieszyła się, że się wszystkim podoba, że jego oczy tak żywo błyszczą. Tak niedawno nawiązane nici sympatii i wzajemny podziw obojga dla siebie sprawiały, że myślała o Janku jak o kimś jej bardzo bliskim.

Po sutym obiedzie młodzieńcy zaczęli się żegnać z gospodarzami. Pan starosta ich nie zatrzymywał, ale musieli mu dać solenne przyrzeczenie, że wkrótce przyjadą w odwiedziny. Obdarzył ich hojnie – Jankowi dostał się bardzo piękny bułanek, a Andrzej otrzymał bogato zdobioną karabelę. Młodzieńcy byli zażenowani tymi podarkami, ale przyjęli je, nie chcąc pana starosty obrazić.

Dobrze już pod wieczór przyjechali do Turad. Pan miecznik, gdy synów swoich zobaczył, chociaż opóźnionym ich przybyciem mocno poirytowany, natychmiast się uspokoił i gdy mu do nóg przypadli, obu gorąco do piersi przycisnął.

– No jak tam? – zapytał. – Jak tam ojcowie jezuici o was piszą? Pokażcie swoje cenzury!

Pokazali. Przerzucił szybko cenzurę Andrzeja.

– No, waszeć – rzekł, kręcąc głową – zanadto się do dyscyplin szkolnych nie przykładałeś, a szkoda, bo i rycerskiemu człowiekowi wiedzy potrzeba, i to nie mało, chociaż wielu w naszym kraju zgoła inaczej sądzi! A ty, Janku, jak ci tam poszło?

A gdy przeczytał cenzury Janka, zadumał się na chwilę i wreszcie rzekł:

– Znakomicie, Janku, że we wszystkich dyscyplinach szkolnych osiągnąłeś takie sukcesy, niczym kanonik kapitulny, lecz czy przez zbytnią naukę nie zaniedbałeś rycerskiego rzemiosła? – I rzucił badawcze spojrzenie na Janka. Widocznym jednak było od razu, że Janek celował także w rozwoju fizycznym, wysoki, w barach rozrosły, robił wrażenie bardzo silnego mężczyzny.

– No, chłopaki – rzekł po pewnym czasie – bardzo jestem z was rad. Odpocznijcie sobie z tydzień, potem do gospodarki będę was przyuczał, lecz o rycerskim rzemiośle nie możecie zapomnieć. Mości Łubkowski, waść byłeś w swoim czasie podobno nie lada szermierzem, wiele pojedynków odbyłeś – jak to opowiadałeś – poducz moich chłopaków krzyżowej sztuki. Wielce ci za to wdzięczny będę i sam postępy ich w sztuce szermierczej sprawdzę!

– Oczywiście, z wielką chęcią, jak rodzonych synów uczyć ich będę – wołał uradowany Łubkowski – dzień i noc ćwiczyć ich będę, staną się nie lada fechtmistrzami, wszyscy poznają rękę mistrza Łubkowskiego.

Coś tam jeszcze mamrotał, ale już nikt go nie słuchał, bowiem chłopcy łaskawością ojca ośmieleni, zaczęli opowiadać na wyścigi, jakie przygody przeżyli po drodze do domu, jak to konie starościankę Komorowską poniosły, jak ją i jej ciotkę ratowali, jak im starosta i starościna dziękowali, jakie podarunki dostali. Wspomnieli też o zaproszeniu pana starosty. Pan miecznik nie był tą całą historią nazbyt ukontentowany.

– Dobrze się spisaliście – rzekł w końcu – znam pana starostę od wielu lat, razem służyliśmy krajowi jako żołnierze ze dwadzieścia lat temu, a od piętnastu lat nie widziałem się z nim. Wolałbym wprawdzie, żebyście jakiś czas w domu siedzieli, nie szwendając się po sąsiadach, ale teraz widzę, że nawet tygodnia nie będę mógł was w domu utrzymać. Ja się jednak nigdzie z Turad nie ruszę, nawet do pana starosty Komorowskiego, chociaż starym mi druhem jest i niemało przygód z nim przeżyłem. Jak tam będziecie, to mnie przed panem starostą wyeksplikujcie, że z powodu choroby nigdzie ruszyć się nie mogę. No, ale dość tej gadaniny, pora nam do wieczerzy.

Po wieczerzy, w czasie której prawie wcale nie rozmawiano, pan miecznik udał się do swojej sypialni, a chłopcy do przygotowanej dla nich komnaty. Nie dano im jednak spokoju. Za chwilę zjawił się pan Łubkowski, chcąc, jak się wyraził, swobodnie z nimi pogwarzyć, potem Magda z łakociami dla swoich paniczów, wreszcie Tomasz z guldynką przez siebie zmajstrowaną, następnie ktoś jeszcze z domowników, tak że w izbie zaroiło się od młodych i starszych mieszkańców dworu w Turadach. A śmiechu było przy tym co niemiara, tak że pan Łubkowski uciszał co chwilę całe towarzystwo, bojąc się, aby te śmiechy nie obudziły pana miecznika, który już się zapewne do snu ułożył. A on żadnych hałasów wieczorami nie znosił i biada byłoby wszystkim, gdyby poirytowany wpadł do komnaty synów. Gderania pana Łubkowskiego nikt nie słuchał i młodzi bawili się różnymi opowiadaniami aż do drugich kurów.

Dwa tygodnie po powrocie z Turad minęły młodzieńcom rozkosznie. Same rozrywki i zabawa. Tu konie do ujeżdżania, tam psy do polowania, tu znów nowy łuk i strzelba. Okazji do polowań nie brakło, lekcje szermierki też pociągały. Młodzi ludzie stale byli w ruchu, używali sobie, ile tylko mogli. Także służba chciała sobie zjednać przychylność paniczów, była więc na każde ich skinienie.

W Turadach, w chacie obok dworu, dożywał swego wieku stary Kozak zwany Hałajem. Ongiś w czasie wojaczki miał oddać panu miecznikowi wielkie przysługi i dlatego miecznik chatę dla niego pobudować kazał i dożywotnie utrzymanie mu zapewnił. Zajmował się kiedyś Hałaj kowalstwem, zmyślny był z niego rzemieślnik, ale ósmy krzyżyk przekroczywszy, nie miał już sił pracować, zwłaszcza że i wzrok zaczął tracić. Siedział w swojej chacie i żył wspomnieniami dawnych lat. Przychodzili do niego w odwiedziny chłopi ze wsi i domownicy dworu, nawet sam pan miecznik co jakiś czas do Hałaja zaglądał. Stary Hałaj jednako wszystkich przyjmował, czy to dziedzic do niego przyszedł, czy najbiedniejszy wieśniak. Miał swój honor i przed nikim poniżać się nie lubił. A jak się rozgadał, to do białego rana można było słuchać jego opowiadań. Tyle widział, tyle przeżył, tak barwnie potrafił opowiadać, tak ciekawie bajać. Synów pana miecznika znał od maleńkości. Bardzo ich miłował, a zwłaszcza Janka, który był jego ulubieńcem. To on wyuczył chłopca na bandurze i teorbanie pięknie grać i tęskne dumki ukraińskie śpiewać. Janek bardzo się przywiązał do starego Kozaka i zawsze, nawet wśród najgorętszych zabaw znajdował czas, aby wpaść do starego Hałaja i z nim pogwarzyć. Hałaj witał chłopca zawsze z wielką radością.

– Siądź ty przy mnie, detyno moja kochana – mówił starczym, trzęsącym się głosem – powiedz mi, jak ci zabawa idzie albo może posłuchać czegoś chcesz, to ci opowiem, o bojarach dumnych, o kniaziach, którzy tu ongiś po grodach siedzieli, albo też o Kozakach z Siczy?

Widząc czasem zadumę i smutek w oczach Janka, Hałaj pocieszał go takimi słowami:

– Tylko ty, detyno, nie sumuj! Tęsknisz, serce boli, teorban weź i zaśpiewaj jakąś dumkę ukraińską. Ona cię rozrzewni, może nawet zapłaczesz, ale na sercu lżej ci będzie i złe myśli odpłyną. Nie masz lepszego na ból duszy lekarstwa jak pieśni rzewliwe.

I tak Janek robił, a na duszy stawało mu się raźniej, melancholia go opuszczała i znów pełen energii i chęci do życia biegł do swoich rozrywek.

Przeminął jeden tydzień od powrotu braci do Turad, potem drugi i wreszcie Janek nieśmiało zaczął napomykać w czasie obiadu, że właściwie należałoby słowa dotrzymać i do starosty Komorowskiego w odwiedziny się wybrać. Miecznik, acz niechętnie, wyraził zgodę na wyjazd. Z wielką ochotą przygotowywali się bracia do podróży. Ponieważ po raz pierwszy po ukończeniu szkół wybierali się z wizytą, ubrali się w odświętne szaty, przypięli szable do boku, wybrali co najlepsze konie i wyruszyli. Z Turad do Stryja nie było daleko, konie szły raźno i po około dwóch godzinach bez żadnych przygód dotarli do domu pana starosty. Tam przyjęto ich bardzo gościnnie, a ponieważ pan Komorowski był nieobecny, przywitała ich pani starościna razem z Beatą. Lico panny okrasił rumieniec w odpowiedzi na wymowne spojrzenie Janka, który też był zmieszany bliskością pięknej dziewczyny, tak że z trudem odpowiadał na zadawane mu przez panią domu pytania. Po krótkim powitaniu młodzieńcy udali się do wyznaczonej im komnaty, aby tam mogli się przygotować do obiadu. Janek nie mógł wysiedzieć w komnacie i po chwili wybiegł na dziedziniec. Tam natknął się od razu na Beatę. Tak się tym spotkaniem ucieszył, że z wrażenia słowa nie mógł wymówić, ale dziewczyna przyszła mu w sukurs.

– Jak się cieszę – zawołała dźwięcznym głosem – że waćpan, że waćpanowie – poprawiła się szybko – byliście łaskawi odwiedzić nasz dom. Ja wam zawsze będę wdzięczna za ocalenie mi życia i teraz raz jeszcze korzystając z okazji wam dziękuję.

– Ależ to dla mnie prawdziwe szczęście – powiedział Janek, całując jej rączkę – żem mógł waćpannie jakąś przysługę wyświadczyć. Wierz mi, że bym nawet życia swego nie żałował, bym tylko mógł twoje życzenie spełnić, jakie by ono nie było.

Te słowa Janka wydały się dziewczynie tak szczere i z serca płynące, że wyciągnęła do niego rękę, którą Janek zaczął zapamiętale całować. Beata wyrwała mu ją, po dziedzińcu kręciło się wiele ludzi. Skręcili z dziedzińca w polną drogę, która wiodła do lasu. Niewiele do siebie mówili, ale ich serca biły mocno, a oczy szukały oczu. Ogarnęła ich fala wzajemnego uczucia i dobrze im z nią było. Polna dróżka, którą szli, zdawała się być drogą wprost do raju. Ani się obejrzeli, jak przed nimi wyrosła ściana lasu. Ta naturalna ciemna zapora sprawiła, że Beata wróciła do rzeczywistości.

– Ach, Matko Najświętsza –zawołała – dokąd myśmy zaszli? Cóżby pani matka powiedziała, gdyby nas tu zobaczyła, wracajmy czym prędzej do domu!

W tym momencie Janek zdał sobie sprawę, że pragnie schwytać ją w ramiona i całować bez końca i dał się porwać temu przemożnemu pragnieniu. Objął Beatę, przytulił ją do siebie i dostrzegając w jej oczach uczucie, którego sam doznawał, całował namiętnie jej usta. Dziewczyna nie broniła się, ale po chwili odepchnęła go lekko i szepnęła drżącym głosem:

– Co robisz, Janku kochany, tak nie można!

Jej szept zginął jednak w powodzi nowych pocałunków. Wreszcie nieco oprzytomnieli. Beata skierowała się w kierunku dworu, Janek, bardzo szczęśliwy, szedł obok. Nagle zatrzymał się i bardzo wzruszony zapytał dziewczynę:

– Beato, powiedz mi, czy kochasz mnie?

Od razu nie było odpowiedzi, ale po chwili doszedł do uszu Janka jej cichy szept:

– Kocham cię, Janku…

Chłopak porwał ją w ramiona i na usta dziewczyny spadł znowu grad jego pocałunków. Beata tym razem broniła się, prosiła go, żeby się uspokoił.

– Janku, dosyć już – prosiła – jesteśmy na drodze, ludzie zobaczą, co powiedzą?

Janek powoli opanował się. Drogę powrotną do dworu przebyli szybko. Beata szła przodem, niby to zagniewana na chłopaka, ale w głębi ducha przepełniała ją radość, że Janek ją kocha. Janek czuł się bardzo szczęśliwy, że zdobył uczucie pięknej panny. Przed dworem rozstali się, Beata poszła w stronę oficyn, a Janek wprost do dworu.

Kilka miesięcy minęło jak jeden dzień. Andrzej i Janek bywali częstymi gośćmi w domu pana starosty Komorowskiego. Państwo Komorowscy powoli oswoili się z myślą, że wydadzą swoją jedynaczkę za Janka Winnickiego.

– Cóż na to poradzimy – mówił pan starosta do sąsiadów – młodzi tak się pokochali! Mamy ich szczęściu na drodze stać? Zresztą Janek odziedziczy po ojcu niezły majątek. Razem z tym, co Beatka od nas dostanie, stworzy się niezła fortuna, nie magnacka wprawdzie, ale zawsze fortuna.

Przez tych kilka miesięcy Janek zmężniał, młodzieniec stawał się mężczyzną. Między kolejnymi spotkaniami z Beatą – które były dla niego najważniejszą rzeczą w jego życiu – polował, bawił się, uczył się szermierki, wiele w tej mierze korzystał z nauk pana Łubkowskiego, ale i Hałaj też niejedną sztukę w tej materii przez Kozaków używaną mu pokazał. Janek był zadowolony ze swojego życia. Wydawało się, że los dobrze pokieruje nim pokieruje, że potoczy się ono gładko, jak po szerokim gościńcu. Ożenek z piękną i bogatą panną, niemała fortuna odziedziczona po ojcu, kilkoro dziatek, poważanie wśród ogółu, miłość u rodziny i poddanych, może nawet sława wojenna. To wszystko wydawało mu się bliskie i łatwo osiągalne. Nie mógł nawet przeczuwać, że nad jego głową gromadzą się ciemne chmury, że nadciągają nieszczęścia, tym boleśniejsze, że przez niego niezawinione.

Rozdział 2

Pan miecznik zapadał coraz bardziej na zdrowiu. Nie był wprawdzie w zbyt podeszłym wieku, kilka lat brakowało mu do siedemdziesiątki, ale trudy wojenne, choroba i jakieś inne zmartwienia, o których nikomu nie mówił, chyliły go coraz bardziej ku ziemi. Z każdym dniem czuł coraz wyraźniej, że ciało mu cięży, a dusza sposobi się do dalekiej wędrówki, której cel znajduje się daleko poza ziemskim światem. A jednak myśl jakaś nie dawała mu spokoju i przykuwała jego umysł do spraw ziemskich. Nie obawiał się śmierci, gotów był ją przyjąć w każdej chwili. Chory i cierpiący, myślał tylko o Janku, jego losem stale się niepokoił, jego imię czasem półprzytomnie powtarzał. Jakaś tajemnica tkwiła w jego niepokoju o młodszego syna, tak bogato obdarzonego przez naturę, dlaczego los Janka napawał go taką troską? Nie rozumieli tego domownicy przesiadujący u łoża chorego, nie rozumiał też pan Łubkowski. Pan miecznik jednakże milczał i nikomu się nie zwierzał. Gdy go już całkiem opuściły siły i śmierć stała u jego wezgłowia, kazał wszystkim wyjść z komnaty, kazał pozostać jedynie Andrzejowi i Jankowi. Chłopcy mieli łzy w oczach, pan miecznik był wprawdzie surowym, ale również troskliwym ojcem, synów bardzo kochał i oni o tym wiedzieli, choć on tej miłości tak wprost nie okazywał. Kochali ojca i szanowali, tym bardziej że matki właściwie nie mogli pamiętać.

Gdy zostali sami z ojcem, po dłuższej chwili milczenia miecznik przemówił słabym głosem:

– Posłuchajcie, kochani synowie, mojej ostatniej woli.

Chłopcy z płaczem przypadli do ojcowskiej ręki.

– Moi kochani – ciągnął dalej pan miecznik – nie godzi się płakać wam, mężczyznom. Wstańcie i słuchajcie uważnie, co wam powiem. U księdza proboszcza w Żydaczowie jest spisana i zapieczętowana moja ostatnia wola, są tam też zapieczętowane listy do was. Po mojej śmierci, gdy testament mój ogłoszony zostanie, listy te weźmiecie, przeczytacie, a po przeczytaniu spalicie, żeby nikt poza wami treści tych listów nie znał. A teraz przysięgnij mi, Andrzeju, na rany Zbawiciela i Matkę Jego Najświętszą, że brata twego Jana, a syna mego, nigdy nie pokrzywdzisz, że go w najsroższych terminach nie zawiedziesz, że choćby się go wszyscy wyrzekli, ty go nigdy nie opuścisz i zawsze jego najwierniejszym przyjacielem i bratem zostaniesz! Złóż palce na krucyfiksie i przysięgnij natychmiast!

– Dobrze, ojcze – odparł Andrzej – przysięgam i Bóg mi świadkiem, że przysięgi dotrzymam.

– Amen – dodał miecznik i zmęczony opadł na poduszki.

Nastała dłuższa chwila ciszy. Młodzi ludzie byli zdumieni, ale nie śmieli o nic pytać. Wreszcie pan miecznik oczy otworzył i mówił dalej:

– Ty, Andrzeju, jako pierworodny mój syn zostaniesz dziedzicem Turad i wszystkich moich majątków, jakie posiadam. Na tobie spocznie obowiązek utrzymania starego i szacownego rodu Winnickich. Jako głowa rodu masz się opiekować Jankiem. Po mojej śmierci wypłacisz mu dziesięć tysięcy złotych. Tak jest zapisane w moim testamencie i to teraz ustnie wam potwierdzam.

– Ale czemu, ojcze – zapytał nieśmiało Andrzej – Jankowi żadnych włości nie zostawiasz? Czemu go właściwie wydziedziczasz? Przecież jest nas tylko dwóch, ja całego majątku nie pragnę, chętnie się z bratem podzielę!

– Otóż to – jęknął pan miecznik – w tym tkwi cała tajemnica! Ach, nie myśl, Janku, że rodzony ojciec chce ci krzywdę wyrządzić! Nie myśl, że chcę cię z własnej woli wydziedziczyć! Przyrzeknij mi, że po mojej śmierci opuścisz Turady i udasz się na Ukrainę. Tam za pieniądze, które ci Andrzej wypłaci, zakupisz kilka wiosek i będziesz żył dostatnio, a może i w szczęściu. Ja najgoręcej pragnę, żebyś był szczęśliwy, albowiem – tu łzy polały z oczu ojca – zawsze cię bardzo kochałem i czuję się winny wobec ciebie. Dlatego też, Andrzeju, pamiętaj, co mi przysiągłeś, i dochowaj przysięgi. Uściśnijcie się, moi synowie, tu przy mnie.

Bracia uściskali się serdecznie.

Przed dworem zaturkotał powóz.

– Zobaczcie, kto przyjechał – odezwał się pan miecznik – to pewnie ojciec Czesław, po którego posłałem. Przyprowadźcie go do mnie, by mnie na śmierć ordynował.

Gdy ojciec Czesław, jezuita, wszedł do komnaty umierającego, wszyscy wyszli. Bracia poszli do jadalni, gdzie zebrali się domownicy, wszyscy bardzo przygnębieni, a zwłaszcza pan Łubkowski. Był on bardzo przywiązany do miecznika, i bał się też, być może, o swoją przyszłość i o swój los. Spowiedź umierającego trwała długo. Wreszcie ojciec Czesław otworzył drzwi do komnaty chorego, wszyscy uklękli wokół łoża. Miecznik przyjął komunię i duchowny udzielił mu ostatniego namaszczenia. Umierający leżał na wznak, bez ruchu, oczy miał przymknięte, tylko pierś jego poruszała się i wydobywał się z niej ciężki, świszczący oddech.

Ojciec Czesław odjechał. Domownicy rozeszli się, przy łożu miecznika pozostali tylko Andrzej, Janek i pan Łubkowski. Zmęczeni długim czuwaniem, zasnęli, siedząc na krzesłach.

Jakiś czas po północy ocknął się Janek, zdawało mu się, że go ojciec woła. Rzeczywiście, ojciec go wzywał do siebie. Janek przysunął się blisko do łoża.

– Janku mój kochany – wyszeptał – błagam cię! Przebacz mi! Przebacz mi krzywdę, jaką ci wyrządziłem!

– Jaką krzywdę, ojcze, miałeś mi wyrządzić? Byłeś dla mnie najlepszym ojcem. Czy nie zawdzięczam ci wszystkiego, co posiadam?

Pan miecznik westchnął ciężko. Ujął rękę Janka i z trudem rozpoczął swoje wyznanie:

– Jesteś moim synem z krwi i kości, ale nie urodziłeś się z małżonki prawnie mi poślubionej, Teresy z Kobierzyckich. Matką twoją jest Fesia, córka kowala ze Zniesienia pod Lwowem, którą nade wszystko w życiu ukochałem. Zmarła trzy lata po twoim urodzeniu, a ja nie mogąc się z tobą rozstać, do Turad cię po śmierci mojej małżonki zabrałem i razem z moim drugim synem Andrzejem wychowałem. I w tym miejscu daruj mi, nieszczęsnemu, te krzywdy, które ci wyrządziłem – po pierwsze, że cię spłodziłem, po drugie, że ci wychowanie i wykształcenie dałem, jak drugiemu mojemu synowi. Ale ja, szalony, sądziłem, że twoje pochodzenie da się ukryć przed ludźmi. Służbę całą wymieniłem, w domu się zamknąłem, od ludzi stroniłem. Lecz niestety, teraz doszedłem do przekonania, że na nic się to zdało wszystko, że tajemnicy nie da się dochować, że wszystko po mojej śmierci na jaw wyjdzie, Zwłaszcza że żyje człowiek, który wie o wszystkim, to brat mojej żony, ten łotr i oczajdusza, Kobierzycki. Jako cenę za zachowanie tajemnicy Wolicę mu za darmo puściłem i poza tym wiele jeszcze grosiwa ten łotr ode mnie wyłudził. Po śmierci mojej jestem pewien, że tajemnicę zdradzi. A wtedy za syna z nieprawego łoża cię uznają, szlachectwa pozbawią, prawa do posiadania nieruchomego majątku ci odmówią. Dlatego pragnę, żebyś wyjechał na Ukrainę, gdzie nikt cię nie zna i nikt ci pochodzenia twego nie wytknie. Rozumiesz teraz, Janku? Rozumiesz moje intencje? Janek milczał, bo z przejęcia nie mógł z siebie głosu wydobyć. Pan miecznik dalej ciągnął swoje wyznanie:

– Była twoja matka pięknością taką, że ludzie się na nią napatrzeć nie mogli. Kochałem ją ponad wszystko; gdyby nie umarła, sprzedałbym swój majątek rodowy i wywędrował z nią gdzieś na rubieże Rzeczypospolitej. Lecz Bóg zrządził inaczej, odebrał mi ją, to kara za grzechy moje. Po niej tylko ty mi pozostałeś! Nie miałem sił, żeby rozstać się z tobą, oddać cię gdzieś na wychowanie do obcych ludzi. Myślałem, że tajemnica nie wyjdzie na jaw. Jakiż wtedy byłem głupi! Miłość do ciebie odebrała mi zdolność przewidywania przyszłości. Jak ja cierpiałem z twego powodu, jak się gryzłem! Szalałem na samą myśl, że pierwszy lepszy plotkarz może cię wszystkiego pozbawić! Wiem, że na każdym kroku i pod każdym względem przewyższasz Andrzeja, ale niestety on ma prawo do wszystkiego, a ty do niczego! Ten ból i żal nurtuje mnie od wielu lat, czuję się winnym wobec ciebie, mój drogi synu! Daruj mi tę swoją krzywdę, wybacz mi!

Ostatnie słowa wymówił pan miecznik tak głośno, że zbudzili się Andrzej i pan Łubkowski. Był to już ostatni wysiłek miecznika. Głowa opadła mu na poduszki i zaczął rzęzić. Zapalono gromnicę, agonia trwała długo. Rano pan Winnicki życie zakończył.

Janek był zrozpaczony. Niespodziewany i niezawiniony cios, który tak nagle na niego spadł, zburzył jego nadzieje i pragnienia. Wychowany w gronie butnej szlacheckiej młodzieży, zdawał sobie sprawę, co to znaczy utracić szlachectwo i spaść do roli chama, bękarta bez nazwiska. Było to oczywiste, że o Beacie nie mógł nawet marzyć, i to go bolało najbardziej, pokochał ją bowiem całym sercem, całą siłą młodzieńczego uczucia. Ogarniała go coraz większa rozpacz, coraz większe zwątpienie. Nie widział przed sobą żadnej przyszłości.

– Tak – mówił do siebie – pozostało mi tylko jedno: śmierć.

Myśl o samobójstwie opanowała go całkowicie. Wbiegł do swojej komnaty, wyjął krócicę, nabił ją i wybiegł na dziedziniec. Unikając spotkania z kimkolwiek, biegł jak szalony w stronę stawu, znajdującego się niedaleko od dworu. Tam zaszył się w sitowie i zaczął głośno i rzewnie płakać.

– Nie masz dla mnie innej rady – wołał – tylko śmierć!

Lecz w tym momencie porwał go żal wielki za życiem, które dotychczas tak piękne mu się wydawało.

– Za co mnie, Panie Boże, tak karzesz! Co zawiniłem – jęczał – za chwilę mnie nie będzie, jedno pociągnięcie cyngla i już koniec!

Wtedy przyszło mu na myśl, że w ten sposób nie skończą się jego cierpienia, ale dopiero zaczną, samobójca bowiem potępiony będzie, czekają go cierpienia w piekle po wieczne czasy. Janek był religijny jako wychowanek jezuitów i myśl o tym, że jako samobójca odda diabłu duszę, wprawiła go w szaleństwo. Zgnębiony do ostateczności przyłożył krócicę do skroni. Nagle czyjaś ręka wytrąciła mu broń z ręki. Przed nim stał stary Hałaj.

– Co robisz – krzyczał w najwyższym uniesieniu – chcesz duszę swoją zgubić na wieki?

– Tak, tak – krzyknął Janek, tylko to mi zostało! Nie przeszkadzaj mi, o niczym nie wiesz, błagam cię odejdź!

– Skąd wiesz, że o niczym nie wiem – zawołał Hałaj – o wszystkim wiem najlepiej! Wszystko ci opowiem, usiądź koło mnie starego.

Janek płakał rozpaczliwie, Hałaj usiadł obok niego i zapłakał z nim razem. Potem zaczął go uspokajać jak małe dziecko.

– Detyno moja miła, synku mój, bo śmiało mogę tak ciebie nazywać, ja wiem o wszystkim. Przecież ja ciebie jeszcze małego do Turad przywiozłem, a od trzech lat twego życia byłem ci ojcem i matką. I matkę twoją znałem, świeć Panie Boże nad jej duszą! Ojca twego byłem powiernikiem najbliższym. Ciebie, Janku, jak syna kocham! I ja teraz miałbym patrzeć, jak sobie życie odbierasz! Posłuchaj mnie, zabić się masz zawsze czas, zresztą jak się wszystkiego dowiesz, to na pewno żyć zechcesz! Wysłuchasz mnie, Janku?

Janek, już nieco spokojniejszy, kiwnął głową. I Hałaj, zapaliwszy fajkę, zaczął opowiadać:

– Było to ze dwadzieścia lat temu, a może dwadzieścia jeden, jak z panem miecznikiem wracaliśmy z wyprawy wojennej przeciw Tatarom. Ja już wtedy na służbie u pana miecznika byłem, w tej wyprawie dwakroć mu życie uratowałem i on mnie też nie raz i tak jakoś szczęśliwie ze srogich przygód wyszedłszy, jechaliśmy do Lwowa. Przed samym Lwowem koń miecznika zgubił podkowę. Zatrzymaliśmy się w wiosce zwanej Zniesieniem i pytaliśmy ludzi, czy gdzieś w pobliżu nie ma kuźni. „Ano jest – odpowiada jakiś kmiotek – o sto kroków stąd, tam wam konia podkują”. Jedziemy do tej kuźni, a kuźnia zamknięta. Szukamy kowala. „Leży chory – mówi nam jakiś chłopak – ale poczekajcie, pójdę po jego córkę, może ona pomoże”. Patrzymy, wychodzi córka kowala, krasawica, jakiej w życiu chyba nie widziałem. Pan miecznik jak ją zobaczył, mowę stracił z wrażenia. I ja też na nią jak na jakieś cudo patrzyłem. Wysoka, smukła, o czarnych bujnych włosach, a jej oczy! Ogromne, czarne, jak u sarny! Spojrzała na nas i powiada:

– Ojciec bardzo chory. Wstać nie może. Co się stało? Może ja pomogę?

– Koń mój zgubił podkowę – mówi miecznik – trzeba przybić nową. Ale do tego trzeba kowala, a nie pięknej dziewczyny.

– Ja przybiję – zaofiarowała się krasawica. Była to twoja matka, Janku. Raźno wzięła się do roboty, jakie silne miała ręce, jak dobrze jej szła ta kowalska robota. Ojciec twój z oczu jej nie spuszczał, tak mu się podobała. Jak nie sypnie jej złotem za przybicie podkowy! Konia za to można było dobrego kupić! Tak to się zaczęło między ojcem twoim i matką.

Ja stałem z ludźmi pana miecznika na Podzamczu we Lwowie, a pan miecznik większą część dnia na Zniesieniu przebywał. Świeżo porucznikiem chorągwi petyhorskiej zamianowany, prezentował się wspaniale. A Fesia! Nie było drugiej takiej we Lwowie! Kochali się w niej wszyscy. I chłopi, i mieszczanie; kręcili się koło niej i możni panowie, ale Fesia była niedostępna. Staremu ojcu swemu w kowalstwie pomagała. Ojciec jej, ongiś Kozak z Siczy, olbrzymem był o takiej sile, że podkowy w rękach łamał, a konia potrafił na plecach podźwignąć. Hardy był wielce i pędził od Fesi wszystkich – i tych, co z wódką przysyłali, i tych, nawet panów, co na zalecanki przyjeżdżali. Pędziła zalotników i Fesia, bo też dumna była i bardzo siebie pewna, a tak mocna, że żadnemu mężczyźnie siłą nie ustępowała, a zręcznością to chyba przewyższała. Jak bywało na niedzielę się wystroiła, to aż oczy rwała wszystkich mężczyzn, a kobiety żółkły z zazdrości. Jak tam między panem miecznikiem a Fesią do zbliżenia doszło, Bóg jeden wie, ja tylko to powiem, że kochał ją twój ojciec ponad wszystko na świecie.

„Hałajku – tak mnie nieraz zdrobniale nazywał – Hałajku – wołał, gdy późnym wieczorem na swoją kwaterę od Fesi wracał – ja wprost nie wiem, co się ze mną dzieje, ja chyba z miłości oszaleję!”

Ja zaś tylko głową kiwałem, przeczuwając jakoś, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Ojciec Fesi wkrótce zmarł, Fesię wywiózł pan miecznik ze Zniesienia do Gródka Jagiellońskiego, gdzie chatę dla niej pobudować kazał i całe obejście dla niej zakupił. Tam ty na świat przyszedłeś. Tymczasem żona pana miecznika, matka Andrzeja, zmarła, miecznik miał zamiar ożenić się z Fesią. Ale ty znasz prawa Rzeczypospolitej, że szlachcic, który by się z chłopką ożenił, szlachectwo traci, a dzieci, które by z nią spłodził, za chłopów mają być uznane. Toteż pan miecznik długo nad tym medytował, a matkę twoją kochał bardzo. Regularnie co miesiąc do Gródka przyjeżdżał, tydzień lub nawet i dwa u matki twojej przebywał. Ja zawsze tam jako jego powiernik najbliższy z nim jeździłem. Gdy matka twoja rodzić miała, ojciec twój mnie przy niej mieszkać kazał, bym nad nią czuwał. Pamiętam ten dzień, gdy ty na świat przyszedłeś. I pamiętam zalane łzami oczy twojego ojca, gdy cię po raz pierwszy zobaczył. Potem przyszła morowa zaraza. Pustoszały wsie, pustoszały miasta, wymierali ludzie. Umarła też twoja matka. Tyś pozostał sam, miałeś wtedy trzy latka. Gdyśmy z ojcem twoim do Gródka przyjechali, matkę twoją już pochowano, ciebie z litości przygarnęli sąsiedzi. Jak twój ojciec rozpaczał, można było pomyśleć, że oszaleje. Ciebie kazał mi wziąć do Lwowa i tam cię przez dwa lata wychowywałem, potem kazał nam do Turad wracać. W Turadach zmienił całą służbę i domowników. Kazał ogłosić, że jesteś jego prawym synem i szlachcianki z Lublina, którą po śmierci matki Andrzeja poślubił. Wychowywał cię razem z Andrzejem i na pana sposobił. Miał nadzieje, że pochodzenie twoje da się ukryć. Lecz brat matki Andrzeja wie o wszystkim, podobno od twego ojca dużo grosza wyłudził i Wolicę dostał od twego ojca w dożywocie. Ale czy będzie milczeć po śmierci miecznika? Prawdopodobnie nie, bo zły to człowiek i dla swojej korzyści każdego zdradzić gotów. Nieboszczyk mu nie dowierzał i ja sam mu nie wierzę. Taka jest historia twego życia, Janku. Ojciec twój kochał cię ponad wszystko, całą miłość, jaką żywił do twojej matki, przelał na ciebie. Obawa o twój los skracała mu życie. Wezwał mnie do siebie przed śmiercią i kazał mi mieć na ciebie baczenie. Pozostawił też u mnie dla ciebie tysiąc złotych. Ja ciebie, Janku, jak syna własnego kocham. Ja tobie powiadam, detyno moja kochana, nie rozpaczaj, musisz zebrać się w sobie, przywołać całą swoją moc. Napluj w pysk tym durnym szlachcicom, którzy cię do swego grona przyjąć nie będą chcieli. Tyś orłem z rodu, a orły nie tylko ze szlachty się rodzą, ale również między mieszczanami i chłopami. Ojciec twój był dzielnym rycerzem i zacnym człowiekiem, matka twoja była krasawicą, drugą taką trudno by było znaleźć. Ty jesteś i silny, i mądry, bo ci wykształcenie dał twój ojciec. Pluń jeszcze raz, to ci mówię, na to ich szlachectwo, na te ich przywileje, a jedź na Ukrainę, na Zaporoże, na Sicz! Tam wolność i sława. Tam cię nie zapytają, kto cię rodzi ani ile masz grosza w kieszeni. Jeśli będziesz dzielny i mądry, to się wybijesz ponad wszystkich. Ja już tego nie zobaczę, osiemdziesiątkę już przekroczyłem, ale ja ci to dziś powiadam, będziesz sławny na całą Polskę i Ukrainę. Sława rycerska, o której marzysz, tam cię czeka. Czy jako wolny Kozak nie będziesz bronił i ziemi rodzinnej i wiary na równi z rycerzami, co się ze szlachty wywodzą? Kozak to orzeł, nic dla niego nie znaczą ani majątki, ani urodzenie, on żyje tylko sławą, sława i wola to dla niego wszystko, a nawet więcej niż życie.

Umilkł stary Hałaj długą przemową wyczerpany. W miarę jak starzec mówił, Jankowi wracała chęć do życia.

– Ach, Hałajku kochany – zawołał, rzucając mu się na szyję – życie mi powracasz! Prawdę mówisz o Kozakach, ja także na Sicz pojadę, jak Dymitr Wiśniowiecki, jak Samuel Zborowski. Nie chcę tu być ani chwili, rzucę wszystko, nie chcę pieniędzy od brata, pojadę tam walczyć z pohańcami, zdobywać sławę. Nic mnie tu nie zatrzyma, lecz…

Na jego twarzy odmalował się nagle wyraz silnego bólu.

– Co ci to, synku – zapytał Hałaj – co ci się przypomniało?

– Beata – jęknął Janek – najdroższa, kochająca, czy i ją mam stracić?

Hałaj objął mocno Janka.

– Synku mój, wybij sobie z głowy tę Beatę. To harda szlachcianka, jak się o twoim pochodzeniu dowie, na pewno się od ciebie odwróci! Janku, nie wierz ty nigdy żadnej kobiecie! Nie przywiązuj się też zanadto do żadnej! Na Sicz żadnej kobiety pod karą śmierci sprowadzać nie wolno. Kozak na Siczy kawalerem jest, ale gdy z Siczy do swojej wioski na odpoczynek przyjedzie, kochają go wszystkie kobiety, a on o nie ani dba, im mniej o nie dba, tym bardziej o niego zabiegają.

– Ale ja muszę ją choć raz jeszcze zobaczyć – krzyknął Janek – usłyszeć jej słodki głos, do serca przytulić!

– Ha – odparł zmartwiony Hałaj – jak chcesz ją ujrzeć, to jedź choćby dzisiaj, przed pogrzebem, lecz bacz, by ci ochoty do życia całkiem nie odebrała. Te szlachcianki zimne serca mają, dużo w nich tylko dumy i próżności tkwi, a miłości prawdziwej mało. Jedź więc, jeśli tak koniecznie chcesz, i wracaj, bo na pogrzeb twego ojca zjedzie się cała rodzina i nie wiadomo, co jeszcze z tego wypadnie. Jak wrócisz, pieniądze ci dam, które ojciec dla ciebie zostawił, i naradzimy się, co masz uczynić. Cokolwiek by cię spotkało, pamiętaj, że choć straciłeś ojca, pozostał ci Hałaj stary, a on ciebie nigdy nie opuści i na dobrą drogę wyprowadzi.

Słowa starego Kozaka uspokoiły nieco Janka, nabrał otuchy, ale po chwili zapytał Hałaja:

– Ale czy mnie na Siczy przyjmą w poczet Kozaków? Może mnie odepchną, jak rodzina mojego ojca?

– Uspokój się, Janku – odpowiedział Hałaj. – Do bractwa siczowego każdego przyjmują, czy to zbiegły chłop pańszczyźniany, czy to szlachcic wysokiego rodu, czy to morderca czy zbieg. Zgłosisz się do atamana koszowego, a on cię zapyta: „A w Boga wierzysz, człowieku?”. „Wierzę”, odpowiesz. „To przeżegnaj się”, powie ci. Przeżegnasz się. „No to idź do kurzenia – powie ci koszowy – do któregokolwiek, gdzie będzie miejsce, i tam pozostań”.

Zechcesz odejść, nikogo o pozwolenie prosić nie musisz. Tak to jest na Siczy. Nikt nikogo do niczego nie zmusza. Na Siczy pełno jest Kozaków. Niektórzy nawet żony i dzieci porzucają, żeby znowu po latach na Sicz wrócić. Żebym ja mniej lat miał, pierwszy bym z tobą pojechał. Nie martw się o nic, przewodnika znajdę dla ciebie dobrego, tylko nie rozpaczaj i przysięgnij mi, że już nigdy więcej na swoje życie nie będziesz usiłował się targnąć.

Po tych słowach Hałaj objął Janka i ucałował.

Janek wrócił do dworu nieco pokrzepiony na duchu, a Hałaj powlókł się do swojej chaty. Przed dworem stała bryka.

– Kto przyjechał? – zapytał Janek furmana.

– Dziedzic z Wolicy – brzmiała odpowiedź.

– Ach tak – mruknął Janek i poczuł w sercu skurcz nienawiści. Chcąc uniknąć spotkania z przybyłym, bocznym wejściem wszedł do dworu i udał się do swojej komnaty.

Pan Arkadiusz Kobierzycki, brat nieboszczki pani miecznikowej, uroczyście przyjmowany przez Andrzeja siedział w komnacie gościnnej. Andrzej witał serdecznie brata swojej matki, którego zresztą w swoim życiu zaledwie kilka razy widział. Pan Kobierzycki bowiem za życia pana miecznika nigdy do Turad nie przyjeżdżał. Po złożeniu kondolencji i po zmówieniu pacierza u trumny miecznika, pan Kobierzycki, gdy został sam z Andrzejem, rozmowę o interesach rozpoczął. Przede wszystkim zagadnął Andrzeja, czy cokolwiek wie o testamencie ojca. Andrzej odpowiedział, że testamentu jeszcze nie otwarto, jednakowoż zmarły powiedział przed śmiercią, iż Wolicę swemu szwagrowi zapisał, pod warunkiem jednakże, że jego synom wrogiem nie będzie. Rzucił się mocno stary szlachcic usłyszawszy o tym warunku. Zaś uspokoiwszy się nieco, rzekł:

– Rodzic twój, a mój dobrodziej, dziwną jakąś i nieuzasadnioną awersję do mnie czuł. Wrogiem jego prawego syna nie byłem i nie będę, zapamiętaj to sobie, mój siostrzeńcze! Ty jesteś jedynym prawym synem pana miecznika i dziedzicem Turad oraz innych majątków, których zostało nie mało. Wiesz chyba o tym?

– Tak – rzekł Andrzej – według woli ostatniej mojego ojca, którą na łożu śmierci wyjawił, mnie przypadają wszelkie nieruchomości, Jankowi zaś spłatę mam dać w wysokości dziesięciu tysięcy złotych.

– Co? – zawołał oburzony pan Kobierzycki – przecież to wartość prawie połowy całego twego dziedzictwa! Przecież on do niczego prawa nie ma!

– Wiem o wszystkim – odparł, czerwieniąc się Andrzej – lecz wola mojego rodzica świętą dla mnie jest. Ojcu mojemu na łożu śmierci przysiągłem, że brata mego nie pokrzywdzę.

– Nikt cię nie namawia, byś go krzywdził – mówił dalej pan Kobierzycki – lecz nie krzywdź sam siebie. Dopóki żył pan miecznik, wierny danemu słowu trzymałem język za zębami i nikomu nie mówiłem o pochodzeniu Janka, lecz teraz wolny jestem od danego słowa i powiedzieć wszystko mogę.

– Ależ wuju – przerwał mu Andrzej – przez pamięć na mego świętej pamięci rodzica, nie powinieneś nikomu o tym mówić, proszę cię o to bardzo.

 – Ja chcę być twoim przyjacielem, drogi Andrzeju – zadeklarował się pan Kobierzycki – dlatego dobrze ci radzę. Nie bądź głupi, dziesięć tysięcy złotych to ogromna suma. I taką kwotę dasz temu chłopu, który do niczego nie ma prawa? Aby zapłacić tę sumę, musiałbyś na dwadzieścia lat majątek zadłużyć, albo połowę sprzedać. Nie mówię, żeby mu nic nie dać, daj mu na razie z tysiąc złotych, a resztę obiecaj zapłacić w ratach w późniejszym terminie. W ten sposób fortuny odziedziczonej nie uszczuplisz i woli twojego świętej pamięci rodzica zadość uczynisz. Zamiast wyrzucać tyle pieniędzy dla tego bękarta – za brata go chyba nie uważasz – lepiej rodzinę twojej matki poratuj – kusił dalej. – Wiesz bowiem, mój siostrzeńcze, że w naszej Rzeczypospolitej samo urodzenie, chociaż wiele znaczy, to jeszcze nie wszystko. Jeśli fortuny nie będziesz miał, nikt cię ani cenić, ani szanować nie będzie. Biedny szlachcic sługą być musi u możniejszego. I ty, Andrzeju, chciałbyś swoją fortunę tak uszczuplić i chamowi tyle płacić? Miej rozum, chłopcze!

– To brat mój przecież – nie mogę go ukrzywdzić.

– Zaś tam, co to za brat – ciągnął dalej pan Kobierzycki – bratem twoim byłby wtedy, gdyby się prawowicie ze szlachcianki rodził. Pan Herburt, dawny mój towarzysz i przyjaciel, sześćdziesięciu bękartów miał, a cały swój majątek jednemu synowi zostawił, który panem jest, co się zowie. Ty też magnatem możesz zostać, taką fortunę odziedziczywszy. Łacno możesz ją pomnożyć, ożenić się bogato. A ten niech tysiąc złotych weźmie i niech sobie idzie, dokąd chce. Za rok dodasz mu jeszcze z tysiąc, to ci większego uszczerbku nie zrobi. Mówię ci, słuchaj, gdy ktoś ci dobrze radzi, i nie zapominaj o tych, co są ci przychylni.

Długo jeszcze w podobny sposób perswadował pan Kobierzycki swojemu siostrzeńcowi. Wreszcie sądząc, że rzucone przez niego ziarno na podatny grunt trafiło, pożegnał się i odjechał.

Andrzej chociaż początkowo nie chciał słyszeć o tym, że mógłby postąpić wbrew woli zmarłego ojca, po pewnym czasie jakby wahać się zaczął. Pokusa była wielka. Pozostawszy sam w izbie, zastanawiać się zaczął. Słowa wuja zrobiły na nim wielkie wrażenie, ale z drugiej strony litował się nad bratem, który do tej pory zawsze nad nim górował, a teraz był tak upokorzony i nieszczęśliwy.

Biedny Janek – myślał – jak on cierpieć musi. Co teraz z nim będzie? Beata przepadła dla niego, nie może się nawet w domu starosty Komorowskiego pokazywać. A może nikt się nie dowie o jego pochodzeniu? Najlepiej, żeby wyjechał stąd jak najdalej. Pieniądze na podróż mu dam, a potem powoli wypłacę mu resztę. Nie pokrzywdzę go, przecież przysiągłem to ojcu na łożu śmierci.

Mimo woli stanął mu przed oczami widok umierającego ojca. Łzy zakręciły się mu w oczach, ze współczuciem pomyślał też o bracie. Przyszło mu do głowy, żeby go jakoś pocieszyć, i wszedł do komnaty, w której spali wspólnie z Jankiem. Janka nie było. Niezadowolony z tego, zaczął go szukać po całym dworze. Wreszcie ktoś ze służby powiedział mu, że panicz Jan osiodłał bułanka, na którym zwykle jeździł, i odjechał, nie powiadając nikomu, dokąd się udaje.

– Powinien był powiedzieć – rzekł z gniewem Andrzej – który poczuł się już panem domu.

Rozdział 3

Beata siedziała wraz z innymi dziewczętami przy krosnach, ale praca jej nie szła. Co chwila przędzenie przerywała i pogrążała się w zadumie. Towarzyszki jej, szlachcianki z ubogich rodzin w domu pana starosty wychowywane dla towarzystwa i posługi, czas spędzany przy krosnach umilały sobie albo śpiewem, albo wesołym chichotaniem, albo opowieściami, których tematem były przeważnie miłość i przygody zakochanych par. Beata, dziewczyna o wesołym usposobieniu, zawsze brała w tych rozmowach i śpiewach żywy udział, lecz w ostatnich dniach była jakaś smutna, zamyślona. Wszystkie jej towarzyszki znały dobrze powód jej zamyśleń, toteż ze znaczącym uśmiechem na nią spoglądały.

 – Jakaż nasza Bisia zakochana – szeptały do siebie – ale czemu się smuci? Przecież Janek to piękny kawaler! Wszystkie go znały, nieraz podglądały, jak z Beatą rozmawiał, taki zgrabny, wysoki i taki w niej zakochany.

Beata rzeczywiście myślała o Janku, wyobrażała sobie, jak stoi obok niej i razem rozmawiają.

– Ach, jak ja jego kocham – westchnęła – ale i on mnie kocha. – Była dumna z uczucia, którym ją bez wątpienia darzył. Marzyła o tym, jak to on w srebrzystej zbroi rycerza prowadzi ją odzianą w białą atłasową suknię z długim trenem do ołtarza. Tren niesie dwanaście dziewcząt, a ona słyszy szepty pełne podziwu i zazdrości. Co to za piękna para! Nie masz takiej drugiej w całej Polsce!

Nagle otrząsnęła się z rozkosznych marzeń, rozejrzała się po komnacie i zawołała:

– Co tak cicho siedzicie, dziewuszki? Zaśpiewajcie coś wesołego, albo lepiej coś rzewnego!

Dziewczęta nucić zaczęły, a Beata swój dźwięczny głos przyłączyła do ich śpiewu.

Przed domem dał się słyszeć nagle turkot pojazdu i trzaskanie z bata.

– Ktoś przyjechał – zawołały dziewczęta i wszystkie podskoczyły do okna, chcąc zobaczyć, kto to taki. Ujrzały brykę, z której wysiadł jakiś nieznany szlachcic w podeszłym wieku i wszedł na ganek.

Pan starosta wyszedł na powitanie gościa.

– Witam – mówił – witam drogiego sąsiada.

– Jaśnie wielmożny panie starosto – rzekł pan Kobierzycki, on to był bowiem – nigdy bym się nie odważył wpadać tak niespodziewanie, gdybym nie przynosił tak brzemiennych w skutki wieści.

– Ależ proszę bardzo – zapraszał pan starosta – gość w dom, Bóg w dom. Proszę na pokoje. Ale cóż się stało? – pytał dalej wielce zaciekawiony.

– Ano – odparł Kobierzycki – zmarło się memu szwagrowi, miecznikowi z Turad.

– Co? Coś takiego! – zawołał starosta szczerze przejęty. Pan miecznik Winnicki nie żyje! Jaka szkoda! Nigdy sobie nie daruję, żem go przed śmiercią nie odwiedził. O, jak się martwią jego synowie, przyjeżdżają do nas często.

– Jaśnie wielmożny panie starosto – mówił dalej Kobierzycki – śpieszę się bardzo, zajęty bowiem jestem przygotowaniami do pogrzebu, wpadłem tu tylko na parę chwil, by z jaśnie wielmożnym panem na osobności słów kilka zamienić.

Pan starosta poprowadził pana Kobierzyckiego do swojej komnaty, gdzie się zamknęli, żeby im nikt w poufnych rozmowach nie przeszkadzał. Rozmowa trwała dobrą godzinę. Wreszcie gość sumitując się mocno, żegnać się począł.

– Nie zatrzymuję więc, drogi sąsiedzie – mówił starosta – i bardzo dziękuję za ostrzeżenie, któregoś mi udzielił. Żeby taki gagatek do córki mojej śmiał uderzać! Nigdy jego noga tu nie postanie. Psami go poszczuć każę! Co za koncept miał miecznik nieboszczyk. Naprawdę ludzkie pojęcie przechodzi!

Pan Kobierzycki odjechał, starosta zaś wzburzony wielce nerwowo chodził po komnacie.

Wieść o śmierci miecznika rozeszła się szybko po całym dworze. Powtórzono ją także Beacie. Poruszona tą nowiną, bo wszystko, co dotyczyło Janka, ją także obchodziło, uroniła parę łez.

Biedny ten mój Janek! Jak on rozpaczać musi! – zasmuciła się tym, że go przez pewien czas nie będzie mogła oglądać. A może tak pojechać na pogrzeb do Turad – przyszło jej do głowy. Muszę ojczulka namówić, żeby tam pojechał i zabrał mnie ze sobą.

Podekscytowana swoim pomysłem pobiegła do pokoju pana starosty.

– Tatku – rzekła, całując ojca w policzek – czy to prawda, że ojciec Janka umarł? Może byśmy pojechali na pogrzeb? Przecież ze Stryja do Turad niedaleko.

Lecz ku jej wielkiemu zdziwieniu ojciec ofuknął ją ostro.

– Nie, córeczko – rzekł – stanowczo nie pojedziemy. I to ci jeszcze powiem, zapomnij o Janku na zawsze!

– Dlaczego, tatusiu? – zapytała Beata i łzy stanęły jej w oczach. – Przecież on taki dobry, taki przystojny, zawsze go lubiłeś!

Pan starosta zobaczywszy łzy w oczach swej jedynaczki, objął ją i zaczął uspokajać:

– Bisieńko moja kochana, gdym sądził, że Janek prawym synem miecznika Winnickiego i dziedzicem połowy jego fortuny jest, chętnie go widziałem i gotów byłem jemu twoją rękę oddać. Ale wyszło na jaw, że Janek nie ma prawa do szlachectwa ani też do spadku po panu mieczniku; oczywistą jest rzeczą, że go widzieć nie chcę i nawet na próg mego domu nie dopuszczę.

Usłyszawszy to, Beata już głośno płakać poczęła.