Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Nieproszona miłość ebook

Annie Burrows

3.05263157894737 (19)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nieproszona miłość - Annie Burrows

Hrabia Bridgemere skutecznie podtrzymuje opinię ponurego samotnika, dzięki czemu zniechęca do siebie panny na wydaniu. Pewnego dnia w jego domu zjawia się Helen Forrest. Młoda dama intryguje gospodarza, ponieważ jest inna niż wszystkie wcześniej poznane kobiety. Hrabia ostentacyjnie okazuje jej brak zainteresowania, jest wręcz niemiły i odpychający. Wciąż pamięta niepowodzenie pierwszego związku. Czy potrafi uciec przed rodzącym się uczuciem?

Opinie o ebooku Nieproszona miłość - Annie Burrows

Fragment ebooka Nieproszona miłość - Annie Burrows

Annie Burrows

Nieproszona miłość

Tłumaczenie: Wanda

Rozdział pierwszy

Mam zaszczyt zaprosić

pannę Isabellę Forrest

na uroczystość z okazji Świąt Bożego

Narodzenia w Alvanley Hall

Helen Forrest była zmęczona i zmarznięta. Dwukółka, którą wynajęła na ostatni etap podróży przez Bodmin Moor, okazała się pojazdem najbardziej niewygodnym i najmniej odpowiednim na tę pogodę ze wszystkich, którymi wojażowała przez ostatnie trzy dni.

Spojrzała z troską na ciotkę Bellę, która od jakiegoś czasu miała zaciśnięte powieki, ale nie spała, za to za każdym razem, gdy dwukółka podskakiwała na wybojach, pojękiwała cicho.

Helen jeszcze do niedawna nie uważała ciotki za osobę starą. Wydawała się jej zawsze taka sama od chwili, gdy zobaczyła ją po raz pierwszy, co zdarzyło się przed dwunastu laty, gdy Isabella Forrest przyjęła ją pod swój dach. Była damą o zdecydowanym sposobie bycia, ale uprzejmą, miała jasnobrązowe włosy przetykane srebrnymi nitkami. Gdy jednak kilka miesięcy temu bank ogłosił upadłość, a wszystkie zdeponowane pieniądze przepadły w finansowej otchłani, gwałtownie się postarzała.

Helen pomyślała ze smutkiem, że ciotka wygląda już na osobę w podeszłym wieku. Ale co się dziwić, skoro została wyeksmitowana ze swego domu, znosiła trudy uciążliwej podróży w środku zimy i stała przed upokarzającą koniecznością błagania człowieka, którego nie cierpiała, by zapewnił jej strawę i dach nad głową.

Przemiana z kobiety niezależnej i cieszącej się ogólnym szacunkiem w nędzarkę również dla Helen była ciężkim doświadczeniem, lecz ciotkę kompletnie zdruzgotała.

Ponure rozmyślania przerwał błysk światła dochodzący z zewnątrz. Powóz skręcił z głównej drogi na podjazd. Kuta żelazna brama stała otworem.

– Jesteśmy na miejscu, ciociu. – Helen wskazała ruchem głowy dwa kamienne filary, między które woźnica wprowadził dwukółkę.

Isabella Forrest otworzyła oczy i zmusiła się do nikłego uśmiechu, który był tak nieprzekonujący, że Helen prawie się rozpłakała. Odwróciła się szybko. Nie chciała tak jawnym wyrazem smutku jeszcze bardziej przygnębiać ciotki, która mogłaby pomyśleć, że się załamała. A przecież musi być silna. Przed laty ciocia Bella zabrała ją do siebie, gdy tylko zorientowała się, że nikt nie chce zająć się sierotą, która została bez grosza przy duszy. Helen była owocem małżeństwa nieakceptowanego ani przez rodzinę matki, ani przez rodzinę ojca. Ciocia Bella troskliwie przez długie lata dbała o nią mądrze i czule. Teraz przyszła kolej na Helen.

Przez okno powozu dostrzegła na szczytach filarów kamienne posągi lwów. Miały otwarte pyski, czaiły się do skoku. Wiatr wyjący nad wrzosowiskami poruszał latarniami, dlatego tańczące cienie sprawiały, że lwy wyglądały, jakby się oblizywały i przygotowywały do ataku.

Helen zadrżała bezwiednie, ale szybko się opanowała, odsuwając od siebie głupie urojenie. Lwy wydały się jej groźne, bo była zmęczona i niepokoiła się o zdrowie cioci, wiedziała też doskonale, że nie będą mile widziane w Alvanley Hall, choć przecież hrabia Bridgemere wysłał im zaproszenie.

Od kiedy Helen sięgała pamięcią, ciocia otrzymywała je co roku i także co roku ciskała elegancki liścik do kominka, prychając z pogardą.

– Mam spędzać Boże Narodzenie ze zgrają krewnych w tym pełnym przeciągów gmaszysku, gdy naprawdę szczęśliwa jestem tutaj, w moim przytulnym dworku, wśród prawdziwych przyjaciół? – powtarzała niezmiennie.

A jednak są tutaj, a dworek i przyjaciele, a także niezależność Isabelli Forrest należą już do przeszłości. Wszystko przepadło w następstwie bankructwa Middleton and Shropshire County Bank, któremu powierzyły cały swój kapitał.

Uczucie, że nie będą mile widziane w Alvanley Hall, a faktycznie, że zostaną uznane za intruzów, narastało w miarę zbliżania się do posiadłości hrabiego. Helen doskonale wiedziała, że ta emocja nie bierze się z urojonych obaw, natomiast opiera się na realnych podstawach. Chodziło o opinię wyrażoną przez ciotkę. Isabella Forrest twierdziła mianowicie, że hrabia tak samo nie ma ochoty otwierać podwoi swego domu dla wielopokoleniowej rodziny, jak ona uczestniczyć w jego corocznych zjazdach rodzinnych.

– I to jest jedyne, co nas łączy – mamrotała, pisząc list akceptujący zaproszenie. – Niechęć do przebywania w pobliżu kogokolwiek z tej rodziny. Faktem jest, że gdyby nie miał w zwyczaju przyjeżdżać do Alvanley, żeby czynić honory w rodowej rezydencji podczas familijnego zjazdu z okazji Bożego Narodzenia i urządzać zabawę dla dzierżawców i mieszkańców wsi, nikt nie miałby pojęcia, gdzie hrabia przebywa przez cały boży rok, bo tak wytrwale nas wszystkich unika. Nie waham się powiedzieć, że dlatego wysyła te zaproszenia. Gdyby tego nie robił, i tak wytropilibyśmy go choćby na końcu świata, a załatwiając sprawę po swojemu, przynajmniej wie, kogo może się spodziewać.

Wydawało się, że minęły wieki, zanim dwukółka zatrzymała się przed piękną bramą o zachwycających proporcjach. Lokaj w czarno-srebrnej liberii podszedł, by otworzyć drzwi powozu i opuścić schodki, jednak ciotka opadła z powrotem na siedzenie. W blasku światła lampy umieszczonej na ganku Helen zobaczyła, że twarz jej poszarzała, a oczy zmatowiały z rozpaczy.

– Ciociu, musimy wysiąść. Jesteśmy na miejscu – szeptała nagląco.

– Nie... Nie mogę. Chcę wracać do domu! – Jej oczy napełniły się łzami. Przymknęła powieki i niecierpliwie potrząsnęła głową, jakby nagle przypomniała sobie, że nie ma już własnego domu.

Właściciel posiadłości, którą wynajmowały w Middleton, złożył im wizytę, gdy tylko zaczęły krążyć pogłoski, że panna Isabella Forrest straciła cały majątek. Nie omieszkał przypomnieć, że okres najmu wygasa w Nowy Rok, i zaznaczył, że jeśli nie ma środków na opłacenie czynszu, będzie musiała opuścić dom.

Nie pozostało jej więc nic innego, jak zwrócić się o pomoc do głowy rodziny, czyli do hrabiego Bridgemere’a.

– Że też musiało do tego dojść – narzekała ciotka trzy dni wcześniej, gdy wsiadały do dyliżansu pocztowego na Bridgenorth. – Muszę pokornie błagać o pomoc akurat tego człowieka! Ale spaliłam już za sobą mosty. Nie mogę tu wrócić... nigdy.

Ciotka siedziała wyprostowana, starała się nie wyglądać przez okno, żeby broń Boże nie zobaczył jej ktoś znajomy. Z godną podziwu determinacją stanęła w obliczu wszystkich wyzwań, które przyniosła tak długa podróż.

Ale teraz wszystko wskazywało na to, że imponujący hart ducha rozpadł się w pył.

Helen przecisnęła się obok niej, wysiadła z dwukółki, po czym ponownie nachyliła się do środka.

– Chodź! – Łagodnie ponagliła, otaczając ciotkę ramieniem. – Pozwól, że pomogę ci wysiąść.

Tak naprawdę wyniosła ją z powozu, a potem musiała obejmować w pasie, aż wreszcie ciotka pewniej stanęła na ziemi. Helen była mocno wystraszona tym, że ciocia Bella cała drży. Oby tylko z zimna, czemu łatwo zaradzić, pomyślała, a nie w wyniku załamania nerwowego.

Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nimi drugi lokaj. Był nieco starszy od pierwszego i ubrany z dyskretną elegancją. Helen uznała, że nie jest zwykłym lokajem, może nawet najważniejszym z nich, czyli kamerdynerem.

– Witamy w Alvanley Hall, panno Forrest – zaczął beznamiętnym, znudzonym tonem kogoś, kto przez cały dzień powtarza jak papuga te same słowa. Spojrzał na Helen. – I panią, panno... – Zawiesił głos, nie wiedział bowiem, z kim ma do czynienia.

– Darujmy sobie te formułki – przerwała mu niecierpliwie. – Moja ciocia potrzebuje pomocy, a nie jakichś frazesów! – Gdy lokaje popatrzyli na nią, jakby, nie przymierzając, miała dwie głowy, Helen z trudem powstrzymała się, by nie tupnąć z irytacją. – Nie widzicie, że ledwie trzyma się na nogach? Och, na litość boską! – krzyknęła, gdy służący nadal tkwili bez ruchu, wpatrując się w nią zszokowani. – Może się w końcu na coś przydacie? Podajcie pani krzesło. – Gdy ciotka znów zadrżała, zmieniła zdanie. – Nie, najpierw musimy ją wprowadzić do środka, żeby mogła się ogrzać.

Ciotka spojrzała na nią smętnie, po czym powiedziała cicho:

– Wątpię, żeby kiedykolwiek jeszcze było mi ciepło...

I zemdlała.

Trzeba oddać sprawiedliwość kamerdynerowi, że wykazał się wspaniałym refleksem, siłą oraz sprawnością fizyczną. Omdlała panna Isabella Forrest, nim wysunęła się z rąk Helen i opadła na ziemię, została pochwycona przez silne ramiona i uniesiona jak piórko. Kamerdyner uczynił to z taką obojętnością, jakby chwytanie mdlejących gości było jego codziennym obowiązkiem.

Następnie skierował się do domu, nawet nie obejrzawszy się na Helen. Pozostawiona sama sobie, jeszcze bardziej zirytowana, podążyła za nim. Weszła do holu w chwili, gdy służący zwracał się do młodej pokojówki, która akurat niosła gdzieś stos pościeli.

– Który pokój jest przeznaczony dla panny Forrest? – spytał.

– Och... – Pokojówka, co oczywiste, zdumiała się na widok kamerdynera, w którego ramionach spoczywała nieprzytomna dama w podeszłym już wieku.

– Cóż... właśnie skończyłam sprzątać okrągły pokój w wieży, ale...

– Bardzo dobrze. Zaniosę tam panią – oznajmił kamerdyner.

– A... ależ, sir! – wyjąkał lokaj, zamilkł jednak pod złowrogim spojrzeniem kamerdynera.

– Zechce pani pójść za mną, panno...? – Uniósł brwi w oczekiwaniu, że Helen wreszcie mu powie, jak się nazywa.

Zignorowała to jednak, za to niecierpliwie ponagliła służącego:

– Proszę się pośpieszyć! Im prędzej panna Forrest znajdzie się w pokoju, tym lepiej.

Kamerdyner tylko kiwnął głową, po czym świadom powagi sytuacji, ruszył szybkim krokiem w głąb domu. Ostentacyjnie minął paradne schody prowadzące na górę z głównego holu i skierował się korytarzem w stronę narożnej klatki schodowej z kamienia, której drewniane poręcze były pociemniałe i wytarte od upływu lat.

Helen z trudem dotrzymywała mu kroku, a już całkiem brakło jej tchu, gdy stanęli przed dębowymi drzwiami umieszczonymi w małym gotyckim łuku, prowadzącymi do idealnie okrągłego pokoju. Niczym niezdobiony sufit jaskrawo kontrastujący z jasnym fryzem biegnącym u góry ściany sprawiał, że każdy, kto wszedł do tego pokoju, miał wrażenie, jakby znalazł się w środku bębna.

Lokaj ułożył pannę Isabellę Forrest na łóżku, spojrzał na nią, marszcząc przy tym brwi, po czym przeszedł do kominka i pociągnął za sznurek dzwonka.

– Ktoś przyjdzie i zajmie się panną Forrest – oświadczył. – Tak po prawdzie nie powinienem tu przebywać. – Podszedł do drzwi, otworzył je i odwrócił się do Helen. – Jestem pewien, że wie pani, co jest dla niej najlepsze, gdy ma atak. – Obrzucił ją lekceważącym wzrokiem. – Zostawiam pannę Forrest w pani zręcznych rękach.

Helen już otworzyła usta, żeby zaprotestować. Przecież to nie był żaden „atak”, tylko skutek zmęczenia podróżą i ciężkich przeżyć, których ciotka doświadczyła w ostatnich tygodniach, ale służący już wyszedł.

Jak śmiał patrzeć na nią w ten sposób? Jakby była martwym ptakiem przyniesionym przez kota! I w dodatku powiedzieć, że nie powinien tu przebywać! Gwałtownym ruchem ściągnęła mufkę i cisnęła ją w drzwi, przez które dopiero co wyszedł.

Nadęty dureń! Mimo szybkiego refleksu i siły, która pozwalała mu zanieść bezwładną ciotkę po schodach, był najwyraźniej jednym z tych mężczyzn, którzy uważają, że okazanie niedomagającej kobiecie współczucia jest poniżej ich godności! Chyba że pod chłodną, służbową postawą kryje się coś, o czym nie wiedziała.

Gdy wchodzili do środka, Helen usłyszała następny pojazd zbliżający się do domu. Zapewne przyjechał któryś z utytułowanych krewnych hrabiego. Miał ich ze dwudziestu, jak ostrzegła ją ciotka, gdy poprzedniego wieczoru leżały w łóżkach, by się choć trochę zdrzemnąć, bo o prawdziwym śnie nie mogło być mowy z powodu hałasu, jaki robili inni goście gospody.

– Jeden bardziej napuszony od drugiego – powiedziała. – Najgorsze są siostry lorda Bridgemere’a. Lady Thrapston i lady Craddock to takie sztywne damy, że aż dziw bierze, że w ogóle potrafią aż tak się schylić, by usiąść.

Helen zachichotała, zadowolona, że ciotka jest jeszcze w stanie żartować po tym wszystkim, co już przeszła, i co ją jeszcze czeka.

Teraz jednak nie było jej do śmiechu. Drążącymi palcami rozwiązała sznurówki czepka cioci Belli, rozpięła górne guziki płaszcza i ściągnęła buty. Ciocia otworzyła oczy, gdy otulała ją pledem, ale wciąż jeszcze nie była całkiem przytomna.

Helen przysunęła do łóżka fotel ze skórzanym oparciem, żeby czekając na pokojówkę, trzymać chorą za rękę.

Czekała i czekała, ale obiecana pomoc nie nadchodziła.

Wstała więc, przeszła przez pokój i pociągnęła za sznurek dzwonka. Potem, choć w pokoju było tak zimno, że z jej ust unosiła się para przy każdym oddechu, rozwiązała czepek, a hebanowe włosy swobodnie opadły jej na ramiona, na koniec ściągnęła rękawiczki i znów usiadła przy łóżku. Mimo ognia palącego się na kominku panował przejmujący chłód. Ręce cioci Belli wciąż były zimne, a twarz nadal miała niepokojącą szarą barwę.

Po następnych dwudziestu minutach oczekiwania, gdy irytacja sięgała zenitu, Helen zaczęła się zastanawiać, czy aby dzwonek działa. Nie zostały ulokowane w najlepszej części domu. Idąc za lokajem i nie spuszczając wzroku z cioci, zauważyła kątem oka, że korytarze tu na górze nie zostały wyłożone dywanami, a kotary na ścianach są wyblakłe i zniszczone.

Było oczywiste, uznała z najwyższą irytacją, że uboga, nieutytułowana dama, ledwie jakaś tam daleka krewna hrabiego, zasługiwała tylko na taki komfort!

W tej właśnie chwili ciotka wreszcie otworzyła oczy.

– Helen? – wyszeptała.

– Tak, kochana, jestem tu.

– Co się stało?

– Hm... zasłabłaś – powiedziała Helen, odgarniając siwy kosmyk włosów opadający na czoło ciotki.

– Jakież to żenujące.

Jednak rumieniec, który wypłynął na jej policzki, przyniósł Helen ogromną ulgę.

– Filiżanka herbaty dobrze by ci zrobiła – powiedziała. – Już zadzwoniłam, ale jak na razie nikt się nie zjawił.

Wielki Boże, przecież są tu już prawie od godziny. To naprawdę niewyobrażalne.

– O tak – westchnęła ciocia Bella. – Właśnie herbaty mi potrzeba. Ale zadowoliłabym się nawet szklanką wody – dodała słabym głosem.

Helen zerwała się na nogi. Choć pokój był mały, ktoś przynajmniej zadbał o to, żeby na stoliku przy zasłoniętym kotarą oknie stały karafka i szklanki. Gdy ciotka wypiła parę łyków, trochę lepiej się poczuła i ożywiła.

– Nie będziesz miała nic przeciwko temu, żebym na chwilę zostawiła cię samą? – spytała Helen. – Pójdę sprawdzić, co się dzieje z dziewczyną, która miała tu przyjść.

– Och, Helen, dziękuję. Nie chcę sprawiać kłopotu, ale...

– Nie sprawiasz żadnego kłopotu, ciociu. Nawet tak nie myśl. – Wyszła z pokoju.

Gdy tylko znalazła się na korytarzu, uspokajający uśmiech znikł jej z twarzy. Ciemne oczy jeszcze bardziej jej pociemniały, zmarszczyła gniewnie brwi.

Zacisnąwszy pięści, ruszyła w zawiłą drogę powrotną do głównego holu, jednak nie było tam nikogo. Rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu zielonych, pokrytych suknem drzwi, które poprowadziłyby ją do części domu przeznaczonej dla służby.

Nie wiedziała, kto był za to odpowiedzialny, ale ktoś gorzko pożałuje, że wepchnął biedną kochaną ciotkę na samą górę, poza główną część rezydencji, i natychmiast o niej zapomniał!

Sceneria, która ukazała się jej oczom w holu dla służby, przedstawiała jeden wielki chaos.

Na kamiennej podłodze piętrzyły się kufry i pudła. Woźnice i pocztylioni rozłożyli się pod ścianami, popijając piwo z metalowych kufli. Służące i lokaje, wciąż ubrani w płaszcze, zgrupowali się wokół bagaży, czekając ze stoickim spokojem, aż ktoś przydzieli im pokoje.

Jednym słowem, spłynęła gwałtowna fala gości, więc nic dziwnego, że zapomniano o potrzebach jednej z mniej ważnych osób. Ale to nie znaczy jeszcze, że Helen potulnie odejdzie i pozwoli, żeby tak to trwało w nieskończoność!

Ruszyła do kuchni, gdzie oświadczyła zdecydowanym tonem:

– Potrzebuję herbaty dla panny Forrest.

Spojrzała na nią spocona, czerwona na twarzy podkuchenna, która kroiła bochen chleba.

– Musi czekać na swoją kolej – powiedziała, nie przestając kroić. – Mam tylko dwie ręce i najpierw muszę przygotować tacę dla lady Thrapston.

Problem wynikający z posiadania ojca Francuza, jak często zauważała ciocia Bella, polegał na tym, że Helen przejawiała bardzo nieangielską skłonność do tracenia nad sobą panowania.

– Czy lady Thrapston jest starszą osobą, która bezwzględnie potrzebuje herbaty, żeby dojść do siebie po trudach podróży? – spytała bojowym tonem.

Choć kołatało się jej w głowie, że lady Thrapston też jest wiekowa, gdyż była najstarszą z żyjących sióstr lorda Bridgemere’a, nie poczuła jakoś do niej sympatii. Była niemal pewna, że cieszy się specjalnymi względami ze względu na swoją pozycję, a nie kondycję fizyczną.

– Domyślam się, że nie straciła przytomności, prawda? – Gdy podkuchenna otworzyła usta, żeby zaprzeczyć, Helen dodała z ponurym uśmiechem: – Nie, sądzę, że nie! – Chwyciła tacę, na której stał dzbanek z herbatą, naczynia i posmarowany masłem chleb. – Panna Forrest już od godziny pozostawiona sama sobie leży na górze. Będziesz musiała przygotować nową tacę dla lady Thrapston!

– Ale... nie możesz tego zrobić! – zaprotestowała podkuchenna.

– Już to zrobiłam! – Helen odwróciła się na pięcie i ruszyła z tacą przez tłum służących czekających w holu.

– Powiem pani Dent, co zrobiłaś! – usłyszała za sobą przenikliwy głos.

Zapewne chodzi o ochmistrzynię, pomyślała Helen. O osobę, która z racji pełnionej funkcji powinna zadbać o to, żeby ciocia Bella miała należytą opiekę.

– Dobrze! – rzuciła przez ramię. – Jest parę spraw, o których chciałabym sama jej powiedzieć.

Powrót z ciężką tacą w ręku wydał się Helen znacznie dłuższy niż zejście na dół. Postawiła tacę na stoliku tuż za drzwiami i dotknęła dzbanka, żeby sprawdzić, czy herbata jest jeszcze dostatecznie gorąca.

– Wielkie nieba! – zawołała ciotka, unosząc się na poduszkach, gdy Helen weszła do pokoju. – Dobrze zrobiłaś! Dowiedziałaś się, dlaczego tak długo to trwało?

– Wygląda na to, że w jednym czasie przyjechał cały tłum gości, więc wśród służby panuje zamieszanie.

Ciotka zasznurowała wargi, gdy Helen nalewała do filiżanki herbatę, która na szczęście wciąż jeszcze parowała.

– Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby wszyscy zjawili się już dzisiaj. Przecież mamy tylko dwa tygodnie na to, by każdy z nas przedłożył swoją prośbę, podczas gdy lord Bridgemere będzie obchodził Boże Narodzenie ze swoimi dzierżawcami. I można się było tego spodziewać – dodała cierpko – że bez kobiety, która zadba o pozornie nieważne drobiazgi, wszystko pogrąży się w chaosie.

– Co masz na myśli? – spytała Helen.

– Tylko to, że hrabia nigdy nie pozwala, by któraś z jego sióstr pełniła honory pani domu. Twardo odmawia im najmniejszego choćby wglądu w swoje życie.

– Nie jest żonaty, prawda?

Ciotka upiła trochę herbaty, westchnęła zadowolona, po czym spojrzała na Helen.

– Bridgemere? Żonaty? Niech Bóg zachowa! Po co skrajny samotnik miałby obarczać się żoną?

– Myślałabym, że to oczywiste – zauważyła cierpko Helen.

– Helen, nie powinnaś nic wiedzieć na ten temat – ofuknęła ją ciotka, po czym dodała: – Poza tym mężczyzna nie potrzebuje żony do... no, do tego.

Helen usiadła, wypiła trochę herbaty, po czym oznajmiła trochę speszona:

– Naprawdę nie mam pojęcia, skąd się dowiedziałam o męskich... hm... skłonnościach, ciociu. Dlaczego jednak uznałaś, że właśnie... to... miałam na myśli? – Wyraźnie się rozluźniła. – Może chodziło mi tylko o to, że mężczyzna o jego pozycji potrzebuje... dziedzica. – Uśmiechnęła się figlarnie.

– Już ma. Najstarszy syn lady Craddock będzie jego spadkobiercą. – W oczach ciotki pojawiły się wesołe iskierki.

Helen uznała, że warto było zrobić trochę zamieszania wśród służby, by znów zobaczyć uśmiechniętą ciotkę. Bardzo ją kochała, zrobiłaby dla niej wszystko.

Ale gdy usłyszały dochodzące z oddali odgłosy kolacji, ciocia nadal była w łóżku.

– Nie jestem w stanie stanąć z nimi twarzą w twarz – wyznała. – Jeszcze jeden wieczór, zanim się upokorzę. Za dużo wymagam?

Od kiedy Helen ją znała, ciocia Bella zawsze z dumą podkreślała, że jest niezależna od rodziny, a już szczególnie od apodyktycznych braci.

– Przez te wszystkie lata nieustannie powtarzałam każdemu, że potrafię sama zajmować się swoimi sprawami – powiedziała ze smutkiem, gdy przyszło zaproszenie na przyjęcie bożonarodzeniowe. – Obywałam się bez ingerencji zadufanych w sobie mężczyzn, a teraz muszę upokorzyć się przed lordem Bridgemere’em i błagać go o pomoc.

Helen widziała, że jak na jeden dzień ciotka już dość przeszła, wystarczy, że znalazła się w tym domu. Lepiej nie narażać jej na przykre spotkanie z chłodnym i wyniosłym hrabią, najpierw niech dojdzie do siebie po podróży.

– Oczywiście, ciociu. – Odstawiła na tacę puste filiżanki i talerze. – Zaniosę to do kuchni i zorganizuję jakiś posiłek do pokoju.

Spytała już chłopca, który w końcu przyniósł ich bagaż, czy jest możliwe, żeby dostać kolację na górę. Wzruszył ramionami i popatrzył na nią tak gburowato, że wszystko było jasne. To po prostu niemożliwe.

Nie pozostało jej więc nic innego, jak po raz drugi zejść do kuchni, gdzie ta sama podkuchenna, z którą rozmawiała wcześniej, poinformowała ją, że mają dostatecznie dużo roboty z przygotowaniem posiłku w jadalni, żeby dodatkowo zaprzątać sobie głowę osobami, które nie wiedzą, gdzie ich miejsce. Poparła ją krzykliwie tęga kucharka.

– Bardzo dobrze – powiedziała Helen, mrużąc oczy. – Widzę, że wszyscy jesteście zbyt zajęci gośćmi, którzy czują się na tyle dobrze, żeby przyjść do jadalni. – Znowu chwyciła tacę i zaczęła nakładać to, co leżało na stole, już przygotowane do podania. – Oszczędzę wam trudu wchodzenia po schodach z ciężką tacą – dodała jadowicie.

Nastąpiła chwila ciszy, po czym kucharka i podkuchenna mruknęły coś pod nosem i popatrzyły na nią złowrogo, ale nikt nie próbował jej przeszkodzić.

Mając żywy przykład wyjątkowej, wręcz obraźliwej niegościnności, Helen znów zaczęła wątpić w słuszność decyzji ciotki, która zamierzała poprosić hrabiego o pomoc na stare lata. Już wcześniej wyraziła tę wątpliwość, ale ciotka odparła z westchnieniem:

– On jeszcze nie pogubił się zupełnie, wciąż wie, jakie spoczywają na nim obowiązki wobec rodziny, dlatego nie pozwoli umrzeć z głodu ubogiej starszej krewnej.

Ale to, że jego służba w ogóle nie zatroszczyła się o tę ubogą starszą krewną, musi płynąć od hrabiego, odzwierciedla jego nastawienie, pomyślała zmartwiona Helen. Pomoże ciotce z wielką niechęcią, z musu, o ile w ogóle się na to zdecyduje. Przecież darzyli się wielką niechęcią! Ciotka mawiała w dawnych, dobrych czasach, że odmownie odpisuje hrabiemu na jego zaproszenie tylko dlatego, by nie kalać świąt Bożego Narodzenia, bo w innym wypadku byłaby to zwykła strata czasu!

Dzięki Bogu, że z nią tu przyjechałam, ze smutkiem pomyślała Helen, wspinając się po schodach. Kąciki jej pięknych ust wygięły się w podkówkę, bo zaiste smutek był wielki. Wyobraziła sobie biedną ciotkę, jak leży tu sama, jak słabnie z godziny na godzinę, a w tym czasie służba zajmuje się ważniejszymi i bogatszymi gośćmi. Helen miała objąć posadę guwernantki na początku grudnia, ale widząc, jak bardzo ciotka obawia się wizyty w Alvanley Hall i upokorzenia przed głową rodziny, była bliska zrezygnowania z posady. Wolałaby znaleźć coś innego w pobliżu, coś, co pozwoliłoby jej troszczyć się o ciotkę, gdy jest już stara, tak jak ona troszczyła się o nią, gdy była dzieckiem. Ciocia Bella jednak odrzuciła ten pomysł.

– Nie, Helen, nie rób tego głupstwa – powiedziała łagodnie. – Musisz objąć tę posadę. Nawet jeśli nie pozostaniesz tam długo, twoi pracodawcy dadzą ci referencje, które przedłożysz gdzie indziej. Kochanie, musisz zachować niezależność. Nie zniosłabym, gdybyś była zmuszona poślubić jakiegoś ohydnego samca.

W końcu ustaliły, że Helen będzie towarzyszyć ciotce do Alvanley Hall, a po przyjęciu świątecznym wyjedzie. Dotarło do niej, że nie powinna rezygnować z tej pracy, skoro już ją otrzymała. Przeżyła szok, gdy przekonała się, jak trudno młodej, dobrze urodzonej pannie zdobyć płatne zajęcie. Po tygodniach wertowania ogłoszeń i wysyłania ofert, które najczęściej pozostawały bez odpowiedzi, rodzina Harcourtów jako jedyna zdecydowała się zaryzykować powierzenie dzieci młodej pannie bez żadnego doświadczenia.

– Wiesz, co sobie pomyślałam? – Ciotka uśmiechnęła się przebiegle. – Gdybyś im powiedziała, że zamierzasz spędzić Boże Narodzenie w domu lorda Bridgemere’a, pozwoliliby ci na to z wielką radością. Pękaliby z dumy, gdyby mogli się pochwalić, że ich guwernantka ma takie koneksje!

– Niewątpliwie – w zadumie odparła Helen.

Harcourtowie byli nowobogacką familią, fabrykantami, którym się powiodło. Helen nie miała wątpliwości, dlaczego została przez nich zatrudniona mimo braku doświadczenia. Zadecydowało jej pochodzenie. Oczy pani Harcourt rozbłysły, gdy Helen powiedziała, że nie tylko jej matka pochodziła ze starej i bardzo szacownej rodziny angielskiej, ale że ojciec był francuskim hrabią.

Ściśle mówiąc, francuskim hrabią bez grosza przy duszy, w związku z czym rodzina matki, z której pochodziła żona jednego z braci cioci Belli, nie przejawiała zainteresowania opieką nad nią. Helen jednak nie czuła potrzeby wyjaśniania tego pani Harcourt, która z pewnością z wielką ochotą pozwoliłaby uczestniczyć guwernantce w tak wspaniałej uroczystości bożonarodzeniowej.

Tej nocy, choć była bardziej zmęczona niż kiedykolwiek w życiu, leżała w ciemności, obgryzając paznokcie, gdy tymczasem ciotka już dawno chrapała. Helen nie przeszkadzało, że znów dzielą jedno łóżko, przecież sama zdecydowała, żeby w czasie podróży nocować w pokojach z jednym łóżkiem. Nie chodziło tylko o to, że tak było taniej. Taka bliskość dawała też poczucie bezpieczeństwa w często obskurnych i podejrzanych zajazdach. A tej nocy w pokoju w wieży było tak zimno, że przytulenie się do kogoś było prawdziwym błogosławieństwem. Poza tym wolała nie zostawiać ciotki samej ani na minutę w tak niegościnnym miejscu.

Jeśli lord Bridgemere zatrudnia służbę tak beztrosko ignorującą gościa, który źle się czuje, nie wróży to dobrze ciotce, która zamierza zostać w tym domu. Co będzie, jeśli hrabia najpierw zapewni, że nie pozwoli, by jego krewna cierpiała biedę, a potem uzna, że Isabella Forrest w ogóle go nie obchodzi? Helen z całego serca pragnęła opiekować się ciotką, niestety, było bardzo mało zajęć, które mogła wykonywać w domu wykształcona młoda dama, zwłaszcza wykształcona ekscentrycznymi metodami stosowanymi przez ciocię Bellę.

Po prostu miała za nic wszelkie zalecenia dotyczące edukacji dziewczynek. Jeśli więc Helen przejawiała zainteresowanie jakimś szczególnym tematem, kupowała jej odpowiednie książki bądź sprzęty, zatrudniała osoby, które mogły pomóc jej w rozwijaniu zainteresowań. Dlatego Helen nie mogłaby uczyć swoich podopiecznych malowania akwarelami czy posługiwania się globusem. A praca, którą by otrzymała, byłaby tak słabo wynagradzana, że nie mogłaby z niej wyżyć, gdyby nie miała zapewnionego utrzymania i mieszkania.

Nie żeby jej to przeszkadzało. Była młoda, silna i sprawna. Ale zasłabnięcie cioci Belli mocno ją zszokowało. Nigdy nie myślała o niej jako o osobie starej i niedołężnej, jednak prawda była inna. Ostatnie miesiące odbiły się fatalnie na zdrowiu i kondycji ciotki, a za kilka lat tak bardzo może podupaść na zdrowiu, że będzie potrzebowała stałej opieki.

Jeśli lord Bridgemere okaże się tak nieczuły, jak to wynikało ze słów cioci Belli i jak to potwierdzał sposób, w jaki ją traktowano od momentu przyjazdu...

Helen obróciła się na bok i objęła ciocię.

Strach pomyśleć, jaka przyszłość może ją czekać.

Rozdział drugi

Następnego dnia Helen obudziła się gwałtownie, mając wrażenie, jakby spała zaledwie kilka minut.

Ale na pewno trwało to dłużej, bo ogień na kominku wygasł, a szyby w ołowianych ramkach pokryła gruba warstwa lodu.

Wstała, owinęła się ciepłym szalem, przeciągnęła się i zauważywszy, że parę węgielków w kominku jeszcze się żarzy, poruszyła je pogrzebaczem i dodała podpałki. Potem rozejrzała się za czymś, czym mogłaby zmyć z rąk sadzę i popiół. Obok pokoju nie było garderoby, ale za parawanem stał dzbanek z lodowatą wodą i miednica.

Kiedy umyje się w tej wodzie, na pewno od razu się rozbudzi.

Nie chciała, żeby ciocia Bella doznała takiego samego porannego wstrząsu, więc kiedy ogień zapłonął, założyła ekran kominkowy i zeszła do kuchni po gorącą wodę.

Po powrocie stwierdziła z zadowoleniem, że mały pokój na tyle się nagrzał, że ciocia Bella może już spokojnie wstać.

– Lepiej skorzystaj z tej wody, dopóki jest gorąca – poradziła Helen. – A potem pójdę poszukać czegoś na śniadanie.

– Słowo daję, ciebie nic nie zniechęci, prawda? – zauważyła sennie ciotka.

– Jak widać – odparła z uśmiechem. – W każdym razie staram się do tego nie dopuścić.

W ciągu minionych miesięcy przekonała się, jak wiele ma w sobie inwencji, czego nigdy by się nie spodziewała. Ale cóż, tak się stało, kiedy w dramatycznych okolicznościach wpadły z dostatku w ubóstwo. Widząc, jak bardzo ciotka cierpi, poprzysięgła sobie zrobić wszystko, co w jej mocy, żeby ochronić ją przed jeszcze gorszymi następstwami utraty majątku. To ona odwiedzała właścicieli lombardów i targowała się ze sklepikarzami, żeby miały co włożyć do garnka. Nie znaczyło to oczywiście, że groziła im śmierć głodowa. Tak wielu mieszkańców miasta ulokowało oszczędności w Middleton and Shropshire County Bank, że szybko rozwinął się handel wymienny, który w pewnym stopniu zrekompensował brak gotówki. Na przykład srebrne łyżeczki pokryły rachunek w sklepie spożywczym, a najlepszy obrus został wymieniony na tuzin jajek i pół funta kiełbasek.

Gdy tylko ciotka skończyła poranną toaletę, Helen wylała wodę z miednicy do wiadra i ponownie udała się do kuchni.

I zastała kolejkę służących czekających na załadowanie tac. Helen stanęła na końcu i czekała cierpliwie. Z uznaniem stwierdziła, że pokojówki przestrzegają porządku. Która przyszła pierwsza, była pierwsza obsłużona, niezależnie od tego, dla kogo była przeznaczona taca. Tak było uczciwie i sprawiedliwie.

Co za szkoda, pomyślała Helen, że ten egalitarny system nie panował tutaj poprzedniego wieczoru.

Podkuchenna skrzywiła się na jej widok.

– Domyślam się, że przewidziano jajka? – spytała uprzejmie Helen.

– Źle się domyślasz – warknęła dziewczyna. – Możesz wziąć dzbanek czekolady i gorące bułeczki dla swojej lady. Jajka podaje się tylko w jadalni.

Doprawdy, gościnność w tym domu pozostawia wiele do życzenia, irytowała się w duchu Helen, otwierając biodrami drzwi. Ale w końcu czego się spodziewała? Mówiono, że hrabia Bridgemere nie znosił, gdy nawiedzała go gromada ubogich krewnych, a to nastawienie musiało udzielać się służbie, skonstatowała Helen, ruszając dobrze już znaną drogą na górę. W końcu ich pan był samotnikiem. Jaki inny człowiek otwierałby dla rodziny swoje drzwi – a i to niechętnie – tylko w czasie świąt Bożego Narodzenia? Nieuchwytny i notoryczny samotnik. Helen uśmiechnęła się do siebie, zastanawiając się co to za typ z tego zrzędliwego starego kawalera, od którego będzie zależała przyszłość jej ciotki.

Była już na drugim podeście schodów, gdy zza rogu korytarza wyszedł barczysty kamerdyner, który poprzedniego wieczoru bez wysiłku zaniósł ciotkę Bellę do pokoju.

Zamiast ustąpić, żeby mogła przejść, stanął na środku korytarza i oparł na biodrach ręce zaciśnięte w pięści.

– Słyszałem, że zrobiła pani w kuchni zamieszanie – powiedział. – Mam nadzieję, że pozwolono pani wziąć tę tacę, a nie zabrała jej pani prawowitej właścicielce, jak wczorajszego wieczoru?

– To nie pański interes – parsknęła Helen, znów zirytowana okropnym zachowaniem służby. Wiedziała, że nie zwykli zajmować się gośćmi, ale tego już za wiele! – I jak śmie pan mówić do mnie w ten sposób?

Jego oczy koloru kawy rozszerzyły się na ułamek sekundy, jakby ta odpowiedź go zaskoczyła i zbulwersowała.

– Pani Dent jest bardzo rozgniewana pani zachowaniem – powiedział po chwili. – I doskonale wiem dlaczego. Trudno szanować służących z innych domów, którzy tu przyjeżdżają i myślą, że wszystko wiedzą najlepiej...

– Po pierwsze, nie jestem służącą! – zawołała oburzona Helen. W każdym razie jeszcze nie, dodała w duchu. – Po drugie, gdyby tu wszystko było zorganizowane jak należy, przyjezdni służący stosowaliby się do zaleceń pani Dent. A tak pozostaje mi tylko ubolewać nad sposobem, w jaki potraktowano moją chorą ciotkę! – I niczym taran ruszyła do przodu. Kamerdyner tylko dlatego nie oberwał tacą w brzuch, że zdążył się odsunąć. – Czy da pan wiarę, że gdybym nie zeszła do kuchni, moja ciocia ciągle leżałaby w pokoju, czekając, aż ktoś ją zauważy? A co do ulokowania damy w jej wieku tak wysoko... Cóż, to mówi samo za siebie. Ktokolwiek tak zdecydował, powinien zostać... – Nie przychodziło jej do głowy odpowiednie określenie na tego kogoś, czyli na milorda, mogła więc tylko wyładować się na kamerdynerze, jako że był najbliżej. – Ciocia należy do rodziny, lecz oto lord Bridgemere ukrył ją tutaj, jakby się jej wstydził! Nic dziwnego, że trzymała się od niego z daleka przez te wszystkie lata. A teraz proszę zejść mi z drogi, zanim... zanim... – Z trudem powstrzymała się przed tupnięciem nogą.

– Chce mi pani powiedzieć, że jest gościem? – spytał zdziwiony kamerdyner.

Helen nie wiedziała, co bardziej irytuje ją w tym człowieku. Fakt, że służący ignorował jej skargi, czy sposób, w jaki oceniał spojrzeniem jej podniszczony ubiór, krzywiąc drwiąco usta. Gdyby nie była taka wściekła, może by i przyznała, że tę suknię wybrała celowo, bo nie wyglądała w niej jak niepracująca dama, tylko bardziej jak służąca. Jej garderoba musi teraz odzwierciedlać pozycję, którą wkrótce zajmie. Nikt nie traktowałby poważnie guwernantki noszącej modne, frywolne suknie. Dokonała więc przeglądu szaf, wiedząc, że za modniejsze rzeczy dostanie więcej w sklepie z używaną odzieżą. Bo choć handel wymienny doskonale zdawał egzamin, potrzebowały gotówki na podróż do Alvanley Hall.

Tego ranka, podobnie jak wieczorem, również owinęła ramiona grubym szalem, żeby nie zmarznąć w czasie wędrówki po lodowatych korytarzach. Związała go w pasie, zanim wyszła z kuchni, żeby mieć wolne ręce i móc nieść tacę, i dopiero teraz zauważyła, że szal był powalany popiołem z kominka.

Ale osądzanie jej i krytykowanie nie jest zadaniem tego człowieka! Helen wyprostowała się dumnie, choć nie było to łatwe, gdy trzymało się ciężką tacę zastawioną jedzeniem, napojami i naczyniami.

– Nie zamierzam wdawać się z panem w rozmowę – oznajmiła. – Jest pan impertynentem i... – Gdy kamerdyner patrzył na nią w sposób skandalicznie wyniosły, była pewna, że gdyby miała wolną rękę, wymierzyłaby mu policzek. -Moja ciocia czeka na śniadanie, więc proszę zejść mi z drogi.

Przez chwilę myślała, że odmówi, ale nagle zobaczyła w jego oczach błysk rozbawienia. Koniuszek ust uniósł w kpiącym uśmiechu i wreszcie kamerdyner odstąpił na bok, składając kurtuazyjny ukłon, gdy przechodziła obok niego z dumnie uniesionym podbródkiem.

Ależ z niego obrzydliwy typ! – myślała ze złością. W dodatku zarozumialec zadufany w sobie!

Nie mogła wprost uwierzyć, że prawie sprowokował ją do tupnięcia nogą i odrzucenia w tył głowy ruchem charakterystycznym dla wiejskich dziewcząt, które kręcą się wokół kuźni w nadziei, że mignie im przed oczami młody kowal zdejmujący koszulę, by umyć się pod pompą.

Nie żeby myślała o tym, jak wyglądałby ten kamerdyner bez koszuli! Choć pewnie miał imponującą muskulaturę, skoro z taką łatwością zaniósł ciocię Bellę na górę...

Helen napomniała się w duchu. Budowa ciała tego sługi nie ma tu nic do rzeczy! Jest... draniem! Tak, z pewnością to taki typ, który kradnie pocałunki dziewczętom z kuchni i wdaje się w burzliwe przygody z pokojówkami gości odwiedzających Alvanley Hall, pomyślała ponuro. Och, doskonale rozumiała, dlaczego będą się odpychać łokciami, żeby tylko pocałować te twarde, aroganckie usta i zmierzwić piękne, jasnobrązowe włosy. Było w nim coś, co podoba się głupim kobietom. Arogancja, lekceważący stosunek do innych, właśnie to przyciąga durne dziewczyny niczym świeca ćmy. Jak Helen zauważyła, taki sposób zachowania preferują mężczyźni, którzy uważają, że żadna kobieta im się nie oprze, i niestety, odnoszą na tym polu spore sukcesy. A także mają w pogardzie całą żeńską płeć z powodu jej łatwowierności.

Cóż, ona nie jest ani głupia, ani łatwowierna! I nigdy nie uważała mężczyzny za atrakcyjnego tylko dlatego, że był bawidamkiem. Jeśli kiedyś miałaby poważnie zastanowić się nad małżeństwem, to poszuka dżentelmena obdarzonego dobrym charakterem, zasługującego na zaufanie, a na pewno nie takiego, który traktuje kobiety z góry. I który planuje następny podbój, zanim jeszcze zdąży zapiąć spodnie.

Podeszła do drzwi pokoju zbulwersowana nie tylko swoim zachowaniem, ale i tym, co się jej roi w głowie. Po prostu niesłychane, by po spotkaniu z kamerdynerem jej myśli powędrowały takimi torami! Jak mogła wyobrażać go sobie bez koszuli! Całującego podkuchenne i... i jeszcze gorzej! Dlaczego wyobrażała sobie pełen zadowolenia uśmiech na jego twarzy, gdy rozpinał spodnie długimi, zręcznymi palcami.

Przecież jestem guwernantką, a nie pokojówką! – surowo napomniała się w duchu. Muszę pamiętać, co mi przystoi, a co nie. Tylko jak w takiej sytuacji zachowałaby się pokojówka? – pomyślała. Jak by postąpiła podczas utarczki z przystojnym aroganckim służącym? To była kusząca wizja...

Na jej ustach pojawił się smętny uśmiech, gdy pchnęła biodrem drzwi do pokoju cioci Belli. Ma zostać guwernantką, na litość boską! Flirtowanie z lokajem na tylnych schodach skończyłoby się natychmiastowym zwolnieniem z posady.

Poza tym ten arogancki typ został zatrudniony tutaj, i na pewno nie ma w tym przypadku. Z całą pewnością ktoś o takim charakterze nie znalazłby pracy u Harcourtów czy podobnej rodziny. Lokaje tego kalibru nie skalają się pracą w mieszczańskim, choćby i najbogatszym domu, bo to uwłaczałoby ich godności. Oni służą hrabiom, markizom albo książętom.

A to z całą pewnością był wielce pocieszający fakt.

Przez resztę dnia Helen nie wychyliła nosa z pokoju na wieży. Ciocia Bella trochę przysypiała, za każdym razem oświadczając po przebudzeniu, że czuje się znacznie lepiej, choć Helen uważała, że wcale jeszcze nie doszła do siebie.

Gdy tylko ciotka zasypiała, Helen siadała przy oknie, wykorzystując wątłe zimowe słońce padające przez maleńkie szyby w oknie, by zająć się haftowaniem. Niewiele zaoszczędziła w tym roku pieniędzy na prezenty świąteczne, dlatego sama postanowiła zrobić ciotce mały upominek, który przypominałby o ich wspólnym życiu w Middleton. Na szczęście robótki ręczne były tym zajęciem, które Helen chciała nadal wykonywać. W dużym stopniu dlatego, że matka zaczęła uczyć ją szyć i kawałek materiału z próbkami haftu był jedną z bardzo niewielu rzeczy, które udało się jej ocalić z domu dzieciństwa.

Ilekroć ciocia otwierała oczy, chowała robótkę i obserwowała gości wychodzących i wchodzących do domu. Z góry, z wieży, miała doskonały widok na bramę do posiadłości i na otoczenie rezydencji hrabiego. Widziała mężczyzn w różnym wieku, którzy szli w stronę lasu ze strzelbami przewieszonymi przez ramię, a po chwili panie wyruszyły w kierunku eleganckich ogrodów rozciągających się wokół domu.

Zobaczyła też gromadkę dzieci w czapkach na głowie i w szalikach, załadowanych na dwukółkę i jadących w kierunku przeciwnym do tego, w którym udali się ich rodzice. Krzyków i śmiechów Helen nie słyszała, bo była za daleko, widziała tylko parę unoszącą się z ust dzieciaków.