Niepowszedni 1. Porwanie - Justyna Drzewicka - ebook

Niepowszedni 1. Porwanie ebook

Justyna Drzewicka

4,2

Opis

Nila i jej młodsza siostra Alla obdarzone są niezwykłymi mocami: Nila posiada zdolność leczenia wszelkich chorób, Alla natomiast potrafi zapanować nad każdym zwierzęciem, a ponadto jest Gwarkiem – wystarczy, aby usłyszała jedno zdanie w obcym języku, a już potrafi płynnie się nim posługiwać. Dzieci obdarzone tak niespotykanym darem nazywano Niepowszednimi. Rodzili się bardzo rzadko, więc stanowili cenny łup dla handlarzy ludźmi.

Podczas konnej przejażdżki Nila i jej siostra zostały schwytane przez Okrutnych Złotników, bezwzględnych łowców, zamierzających doprowadzić Niepowszednich na Targ Niewolników w Łoterskim Krańcu. Wraz z Samborem – Unikiem posiadającym wybitną zdolność walki, Źrenicznikiem Dalko, dostrzegającym najmniejszy szczegół z dużej odległości oraz Wodniczką, wytrzymującą pod wodą przez wiele minut, próbują wyrwać się z łap handlarzy zanim dotrą do miejsca, w którym prawdopodobnie czeka ich śmierć.

Justyna Drzewicka zabiera czytelnika w fascynujący świat fantazji. Porywająca fabuła wciąga odbiorcę już od pierwszych stron, sprawiając, że utożsamia się z bohaterami i pragnie wraz z nimi przeżywać wszystkie pasjonujące przygody. Powieść, napisaną barwnym językiem, wzbogacają elementy graficzne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 463

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (24 oceny)
13
5
4
2
0

Popularność




Projekt okładki i opracowanie graficzne: Małgorzata Gruszka

Projekt mapy: Małgorzata Gruszka

Typografia na okładce: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Skład i łamanie: EKART

Copyright © Justyna Drzewicka 2016

ISBN 978-83-7686-441-6

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek

konwersja.virtualo.pl

1

Burzowe chmury z wolna zbierały się nad Wysokimi Trawami. Aż po odległą linię horyzontu niebo przybierało spiżowy kolor. Coraz zuchwalej poczynały sobie podmuchy chłodnego wiatru, a długie na pięć łokci łodygi olbrzymich miskantów poddawały się jego sile. Wyginając się, pojękiwały chrzęstliwie.

Wysoka i smukła niczym trzcina, Nila pasowała do tej krainy. Stała nieruchomo wpatrzona w dal, a wiatr swawolnie łopotał szerokimi fałdami szarej sukni. Owiewał chłodnym oddechem twarz i z każdym tchnieniem burzył starannie zaplecione w warkocz włosy. Nie zwracała uwagi na te wichrowe harce. Jej oczy o barwie gryczanego miodu widziały tylko kłębowisko chmur.

Ani wiosną, ani podczas mającego się ku końcowi lata na suchą jak wiór ziemię nie spadła nawet jedna kropla wody. Teraz zaś nad uwiędłą krainę nadciągał zwarty pochód burzowych tumanów. Bez wątpienia nadchodził deszcz. Pierwszy po sześciu długich miesiącach suszy.

Radość na myśl o uldze, jaką ulewa miała przynieść spragnionej przyrodzie, mieszała się w sercu Nili z obawami. To nie było dobre miejsce na spotkanie ze strugami wody!

– Jeśli burza zastanie nas wśród Wysokich Traw, będziemy w tarapatach, Allu – powiedziała do skulonej na ziemi siostry.

Ta uniosła głowę i rozejrzała się wokół, a jej jasne niczym pszeniczne łany włosy rozsypały się na drżących ramionach.

– Raczej znowu przejdzie bokiem. – Alla skrzywiła się z bólu. – Spójrz, on chyba się nie boi.

Nila zawiesiła wzrok na stojącym nieopodal olbrzymim dzikim koniu, który spokojnie podgryzał końcówkę twardej jak dębina łodygi i z chrupotem miażdżył ją w szczękach. W istocie, wyglądał tak, jakby nadciągająca nawałnica w ogóle go nie obchodziła. Dziewczyna przez chwilę patrzyła na zwierzę z niechęcią, albowiem to z jego powodu Alla wymagała pomocy.

– Wkrótce się przekonamy – mruknęła. – Tak czy siak, nie mamy czasu do stracenia.

Nie zwlekając dłużej, uklękła i rozchyliła rozdarty rękaw siostrzanej sukni.

Ramię wyglądało źle. Opuchło i straszyło krwawymi wybroczynami. Poniżej łokcia aż po dłoń biegła czerwona linia głębokiego zadrapania. Nila uznała, że z nią łatwiej sobie poradzi, i to od niej postanowiła zacząć. Ceniła proste czynności, były szybkie i uspokajały umysł. Ponieważ nic nie powinno przeszkadzać jej w pracy, przerzuciła kasztanowy warkocz na plecy i zdjęła pierścionek. Później położyła dłonie na swej torbie medykusa i przez moment cieszyła się kojącym dotykiem grubego płótna. Z czułością pogładziła staranne szwy z lnianej dratwy, w które ojciec włożył tyle wysiłku. Uśmiechnęła się na wspomnienie matki, bo to ona wyhaftowała na szorstkim materiale ulubiony kwiat – krwisty mak. Nikt w całej osadzie nie pamiętał już Nili bez owego sporego, zdobionego karminowymi płatkami, płóciennego mieszka. Wszyscy pozdrawiali ją z szacunkiem, gdy zaaferowana biegła do chorych, a wypchana leczniczymi miksturami torba podskakiwała na jej plecach.

– Zaczynajmy – powiedziała i wyćwiczonymi ruchami poczęła metodycznie wyciągać rzeczy z sakwy.

Układała je w kolejności, w jakiej mogły być potrzebne. Śnieżnobiałe szarpie, wypalone nad ogniem szczypce do oczyszczania ran, kościaną igłę i swój najcenniejszy skarb, cienkie jak włos katgutowe nici, które mozolnie przygotowywała z baranich jelit. Na koniec wzięła do ręki czystą szmatkę i bukłak z winem medykusa. Choć miało piękną nazwę i czyniło cuda, kuracja nim była paskudnie bolesna. Rana polana tym specyfikiem na pewno się nie jątrzyła, ale w pierwszej chwili paliła żywym ogniem. Alla patrzyła na wszystko zrezygnowanym wzrokiem.

– Będzie piekło jak diabli – ostrzegła Nila i zdecydowanym ruchem przyłożyła do skaleczenia nasączony winem gałganek.

Poturbowana dziewczyna ze świstem wciągnęła powietrze i jęknęła rozdzierająco, zaś zaniepokojony dźwiękami ogier najpierw znieruchomiał, a potem zarżał ostrzegawczo. Wyraźnie nie podobało mu się to, co się działo.

Nila nie zwracała na niego uwagi. Nie miała na to czasu. Najtrudniejsze wciąż było przed nimi, należało bowiem sięgnąć po sposoby inne niż leki z medycznej sakwy. Delikatnie, by nie sprawiać siostrze bólu większego niż to konieczne, ujęła jej zmaltretowaną rękę. Podniosła wzrok i spotkała czujne spojrzenie Alli. Ona również wiedziała, że na prostym opatrzeniu ran się nie skończy.

– Przepraszam! – zaszlochała.

Koń, i tak już niespokojny, na widok dziewczęcych łez ruszył gniewnie w ich stronę.

– No i masz! – sarknęła Nila. – Rozzłoszczony kłusak! Allu, idzie wprost na mnie! Psiakrew! Ależ on jest ogromny!

Zaiste, był to wspaniały okaz – cztery łokcie w kłębie, skołtuniona grzywa, potężne mięśnie, prężące się przy każdym ruchu ciała, i boki znaczone bliznami burzliwego życia wśród Wysokich Traw. Z całą pewnością nie należał do pokornych.

Nila zmarszczyła brwi z dezaprobatą. To, co je teraz czekało, wymagało skupienia i ciszy. Było wystarczająco trudne i bez rozsierdzonego konia, który czaił się tuż za jej plecami.

– Jesteś Bestiarką, zajmij się nim – poleciła siostrze, wskazując głową skraj polany. – Każ mu się odsunąć, niech idzie tam.

Alla opuściła ręce na suknię i delikatnie poruszyła palcami. Wystarczyło kilka drobnych ruchów, by rozeźlone zwierzę zatrzymało się i zareagowało nagłym podniesieniem głowy. Patrzyli na siebie skupieni: skulona na ziemi, drobna jak na czternastolatkę dziewczyna i na poły dziki koń.

Nila przyglądała się zafascynowana, jak czarne oczy ogiera spokorniały, a zwierzę przestało widzieć cokolwiek poza dłońmi Bestiarki, które pracowicie plątały niewidzialną nić. Chłonęło każde drgnienie powietrza poruszanego tańczącymi palcami.

Alla opuszkami wybijała sobie tylko znany rytm, a ten więził konia w hipnotycznym transie. Docierała do jego myśli, przedstawiając własne obrazy, pragnienia i rozkazy. Snuła niemą opowieść zaklętą w ruchach rąk, a on się w niej zatracał.

Wreszcie ogier zastrzygł uszami na znak zrozumienia, zawrócił i dostojnie kołysząc się z boku na bok, odszedł tam, gdzie mu kazała. Choć wszystko to trwało ledwie kilka krótkich chwil, czekającej w gotowości Nili zdawało się ciągnąć godzinami.

– Powinnam go przekląć. O mało cię nie zabił!

– To moja wina, po prostu spadłam z jego grzbietu. Wybacz mi, proszę. – Alla w obronnym geście przycisnęła do piersi obolałą rękę i dodała cichutko: – Nie musisz tego robić.

Nie muszę tego robić. – Nila rozkoszowała się tą myślą. – Niech się goi samo, bez mojego udziału. Cóż z tego, że ból potrwa dłużej? Przecież jest do zniesienia.

Pokusa szybko jednak zgasła, spłoszona wspomnieniem matki, która czekała na nie w chacie. Pogodnej, ufnej i zupełnie nieświadomej ich potajemnych wypraw na Wysokie Trawy oraz władzy, jaką Alla miała nad zwierzętami. Jak Nila miała jej wytłumaczyć odniesione przez dziewczynę rany? Ponad wiek dojrzała, od zawsze bardzo troskliwie opiekowała się siostrą. Była starsza zaledwie o rok, ale znacznie poważniejsza i bardziej przewidująca. Powinna ją chronić zamiast pozwalać szaleć na kłusakach.

Popatrzyła na ściągniętą bólem twarz Alli, której nawet cierpienie nie mogło odebrać olśniewającej urody i do głowy przyszła jej tylko jedna odpowiedź:

– Nie martw się. Odpocznę i wszystko będzie dobrze. Musisz być zdrowa.

To powiedziawszy, pogładziła mokre od łez policzki dziewczyny. Odsunęła na bok pasmo pszenicznych włosów i poprawiła siostrzany kolczyk – okrągłą, płaską blaszkę z brązu, u spodu której wesoło połyskiwały trzy jantarowe kulki. Potem delikatnie popchnęła Allę na ziemię, położyła ręce na opuchliźnie i zamknęła oczy. Spokojnie czekała.

Moc nigdy nie przychodziła od razu, zupełnie jakby dłonie Nili musiały najpierw rozpoznać chorobę, obeznać się z nią.

I rzeczywiście, trzeba było chwili, by w opuszkach palców pojawiło się mrowienie oraz narastające ciepło. Później pod zaciśniętymi powiekami rozbłysło światło i potężna fala czystej wibrującej energii zaczęła krążyć pomiędzy Nilą a chorymi cząstkami w uszkodzonym ramieniu. Czuła każdą z nich! Całą sobą odbierała ich ból, drżenie, ucisk krwi rozlanej pod skórą, nawet rozdarte krańce delikatnych powłok. Dziewczyna dygotała z wysiłku, ale pozwalała działać uzdrawiającej potędze.

Jakby z oddali słyszała jęk Alli, rżenie niespokojnego konia, zawodzenie wiatru w Wysokich Trawach. Wszystko to było jednak niewyraźne, poniekąd skryte za mocą, którą wyzwoliła w swoich palcach i która rozbrzmiała w jej uszach donośnym łoskotem. Tak przenikliwym i porywającym, że górował nad wszystkim innym.

Wreszcie, gdy Nilę ogarnął już strach, że nie podoła, nadeszły znajome oznaki, iż kuracja się powiodła – wibracje osłabły, ciepło zniknęło i nastała cisza.

Otworzyła oczy i spojrzała na ramię siostry, które z taką siłą ściskała. Było gładkie, różowe, bez śladu opuchlizny i krwawych wybroczyn. Zostały tylko lekkie zadrapania.

W tej samej chwili raptowna słabość zakołysała otaczającym ją światem. Nila znała doskonale to przykre następstwo leczenia. Przywracanie zdrowia innym zawsze na nią samą sprowadzało przejściową niemoc. Musiała poleżeć choć przez moment…

Alla bez słowa sięgnęła po sakwę i delikatnie podłożyła ją pod głowę swej uzdrowicielki.

– Jak twoje ramię? – szepnęła znużona Nila.

Jasnowłosa zwinnie podniosła się z klęczek i z żartobliwą miną pomachała ręką.

– Jak nowe!

Potem spojrzała tęsknie na konia, który – choć posłusznie trzymał się skraju polany – przebierał niecierpliwie kopytami.

Nila dobrze znała ten błysk w błękitnych oczach Bestiarki.

– Spieszno ci do nowej przygody – domyśliła się.

– Przecież wiesz… Pozwól mi, proszę.

Palce Alli poruszyły się delikatnie. Kłusak natychmiast radośnie zastrzygł uszami.

– Poczekaj! – Nila złapała dłoń wystukującą już tajemny rytm. – Poczekaj! Wiesz, kiedy uzdrawiacze są bezradni, prawda? Umrzesz, jeśli spadniesz z tej bestii i skręcisz kark.

– Wiem.

– Umrzesz, jeżeli nie będziesz ostrożna i ukąsi cię żmija, a ja nie zdążę z odtrutką.

Alla poruszyła się zniecierpliwiona. Nila wzięła głębszy oddech.

– Umrzesz, jeżeli…

– Wiem! Wszystko to wiem. Naprawdę.

Nila kiwnęła głową. Z ulgą puściła rwącą się do działania siostrę i opadła na ziemię.

Kilka ruchów Bestiarki wystarczyło, by koń w pełnym gracji kłusie dotarł do nich i pochylił kolana. Alla radośnie wskoczyła mu na grzbiet.

– Odpoczywaj! – krzyknęła, niknąc wśród Wysokich Traw. – Wrócę niebawem. Zanim spadnie deszcz! Bo chyba jednak czeka nas ulewa.

Przez chwilę rozwiane pszeniczne włosy migotały jeszcze na tle błękitu sukni, a potem Nila została sama.

Na przekór zawrotom głowy ostrożnie uniosła się z piachu i usiadła. Powoli rozsupłała gruby warkocz, pozwalając kosmykom swobodnie igrać z wiatrem. Odetchnęła głęboko i rozejrzała się zmęczonym wzrokiem. Nie znosiła tego miejsca, tej ponurej, rozległej równiny porośniętej gąszczem łodyg. Przychodziła tu tylko dla Alli, by czuwać nad nią, gdy ta szalała z ukochanymi kłusakami. Dla Bestiarki był to raj, dla Nili jedynie zwarty mur olbrzymich roślin, który niechętnie przepuszczał wędrowców. Niczym ustawione na sztorc piki stały gotowe do przyjęcia krwawego myta za przekroczenie granicy Wysokich Traw. Twarde, ostro zakończone liście raniły przy każdej próbie wejścia na to niegościnne terytorium. W pełnym słońcu cięły, drapały i szarpały bez litości, zaś mokre od deszczu stawały się wyrokiem śmierci. Wystarczył jeden nieostrożny ruch, niewinne poślizgnięcie…

Nila wygładziła fałdy szarej sukni z samodziału. Nałożyła pierścionek i delikatnie zdmuchnęła zeń drobinki piachu. Kochała to cacko, pamiątkę rodzinną przekazywaną najstarszej córce z pokolenia na pokolenie. Pieszczotliwie dotknęła opuszkiem wąskiej obrączki zwieńczonej dwiema małymi kulkami, które podtrzymywały niewielki czworokąt. Na wzór pieczęci wyryto w nim niezwykłe słońce, podobne bardziej do zwiniętego ciała rozleniwionego węża niż do ognistej tarczy. Matka opowiadała, że jej prababka wykopała kiedyś to cudo w mulistym piachu nad rzeką, obmyła je w rwących wodach i nałożywszy raz pierścionek na palec, nie zdjęła go przez długie lata. Nila nie mogła wymarzyć sobie lepszego daru w dniu piętnastych urodzin. Uszczęśliwiona, opuściła dłoń na suknię, ciesząc się matowym połyskiem metalu na skórze.

Dopiero teraz dostrzegła, że zgubiła gdzieś jeden guzik. Ręcznie odlewany, cynowy. Pomyślawszy ze smutkiem, że oszczędny ojciec pewnie będzie miał do niej żal o tę stratę, usadowiła się wygodnie, by poczekać na powrót nadszarpniętych sił. Natura zawsze oddawała to, co odbierała podczas uzdrawiania.

Pierwszym zwiastunem poprawy było gwałtowne wyhamowanie wirującego wokół świata. Niemal w tej samej chwili ustały męczące zawroty głowy. Nila jak zwykle z ulgą powitała ten moment. Wyciągnęła przed siebie dłonie i z zadowoleniem dostrzegła brak drżenia w smukłych palcach. Uradowana myślą, że tak szybko dochodzi do siebie, wsłuchała się w otaczające dźwięki. Znikł pulsujący szum w uszach, a w jego miejsce pojawiły się jękliwe skrzypienia traw, nawoływania ptaków i szmer wiatru grającego w łodygach.

Jedynie oczy wciąż płatały figle. Zdawało jej się, że widzi cienie przesuwające się wśród brązowej masy suchych traw. Były zbyt małe na dzikie konie i nadto duże na żyjące tu tłumnie stepowe lisy. Skołowana tymi zwidami, na powrót mocno zacisnęła powieki, by dać źrenicom jeszcze kilka chwil wytchnienia. Siedziała bez ruchu, pozwalając umysłowi leniwie błądzić, a minuty mijały jedna za drugą.

Nagle gdzieś po prawej stronie rozległ się najpierw gniewny krzyk spłoszonego myszołowa, a zaraz potem tętent końskich kopyt. Nila uśmiechnęła się pod nosem na myśl o kłusaku, który niósł na grzbiecie jej siostrę.

– Alla? – Otworzyła oczy i… przerażona zerwała się na równe nogi.

Naprzeciwko niej stał wysoki mężczyzna!

– Ot i niespodzianka, miła panno. Nie Alla!

Człowiek ów miał najzimniejsze oczy, jakie Nila kiedykolwiek widziała. Jego tęczówki przywodziły na myśl taflę błękitnego jeziora, którą skuł lód, nadając wodzie kolor stali. Szpakowate włosy nosił przycięte krótko, starannie ułożone na skroniach. Z namysłem gładził wymyślną brodę. Biegła nisko tuż przy linii szczęki, a pod ustami okalała gęstą szczeciną cały podbródek.

Nila gorączkowo rozejrzała się wokół. Otoczyli ją ze wszystkich stron! Stali w równych odstępach od siebie, zamykając jej wszystkie drogi ucieczki. Czterech drabów ubranych było w jutowe przeszywanice – odzież taka chroniła przed uderzeniami w walce, więc nosili ją wyłącznie wojownicy. Dostrzegła sztylety oraz krótkie miecze o szerokich głowniach i rękojeściach, zdobionych odlewanymi w złocie runami. Nila od razu rozpoznała, że nie są tutejsi. Takie twarze, naznaczone okrucieństwem i bezwzględnością, zapamiętywało się na całe życie. A tych, była tego pewna, nigdy wcześniej nie widziała. Podchodzili bliżej, głośno drwiąc z dziewczęcego przerażenia.

Nie śmiał się tylko ten piąty. Stał tuż przed nią i niedbałym ruchem przetaczał w dłoni dwie alabastrowe kostki do gry. Patrzył na Nilę badawczo, aż nagle zrobił krok w jej stronę.

– Szukałem cię! – mruknął.

Jego zimny głos budził grozę. Dziewczyna cofnęła się gwałtownie.

– Nie podchodź! Zabiję cię, jeśli mnie dotkniesz!

Mężczyzna zatrzymał się i pobłażliwie pokręcił głową.

– Marcus! – warknął.

Pętla spadła na Nilę gdzieś zza pleców.

– Ratunku! Ratunku! – zaskowyczała jak schwytane w sidła wilczątko.

Szarpnęła się gwałtownie, a potem drugi raz i jeszcze jeden, ale im gwałtowniejsze wykonywała ruchy, tym mocniej zaciskały się więzy.

– Pomocy! – nie przestawała zawodzić.

W końcu nie mogła już ruszać rękoma, a od barków po talię ciasno oplatał ją gruby na palec powróz. Kątem oka zauważyła, jak jeden z łotrów – wysoki, z długą brodą przewiązaną rzemykiem – podchodzi do niej od tyłu, trzymając koniec sznura. Od swojej strony zbliżył się też ten, któremu groziła śmiercią. Przysunął się bardzo blisko. Nila bezradnie się rozpłakała.

– Zginiesz! – krzyknęła.

– Nie sądzę – stwierdził obojętnie, po czym zamachnął się i uderzył ją otwartą dłonią w skroń.

Świat wokół znów zawirował. Dziewczyna zachwiała się na nogach. Ostatnim, co zapamiętała, był lodowaty spokój siwowłosego mężczyzny. Beznamiętnie patrzył, jak Nila osuwa się w ciemność.

2

Nila oprzytomniała wraz z pierwszymi kroplami deszczu. Dłonie miała ciasno związane i przymocowane do siodła. Niemal ich nie czuła. Skroń ćmiła jednostajnie tępym bólem, w miejscu żołądka tkwiła twarda kula przerażenia, a gardło zacisnęło się tak mocno, że z trudem przełykała ślinę. Pociły jej się dłonie, serce biło w oszalałym rytmie, oddychała spazmatycznie. Była pewna, że lada moment umrze z trwogi. Usiłowała zebrać myśli, ale choć bardzo się starała, nie potrafiła tego zrobić. Strach przesłaniał wszystko. Nigdy wcześniej Nila nie czuła się tak samotna, bezbronna i bezradna.

Z rozpaczą rozejrzała się na wszystkie strony. Mężczyzna, który ją uderzył, jechał na przedzie. Obok niej prowadził konia ten drugi, z rzemykiem na brodzie.

Marcus – przypomniała sobie.

Z tyłu jechała pozostała trójka, a daleko za nimi majaczyły Wysokie Trawy.

Zewsząd, jak okiem sięgnąć, otaczały ich połacie uwiędłych łąk, na których wśród uschniętych pędów roślin leżały kamienie. Setki, tysiące nieruchomych głazów. Ludzie powiadali, że to prastare pole bitwy skalnych olbrzymów, których szczątki spoczęły tu po wsze czasy.

Wjechali na Kamienne Kości! Na tych niegościnnych terenach żyli wyłącznie ci, którzy gotowi byli o swą ziemię walczyć podług kniaziowego prawa: ile łąki oczyściłeś, tyle mogłeś uznać za swoje. Nadzieja na własną majętność skusiła wielu. Przybyły dziesiątki ochotników, ale wytrwała ledwie garstka. Wśród nich ojciec Nili, który mocował się z głazami od dnia narodzin córki. Piętnaście wiosen później był posiadaczem ledwie kilku morg siłą wydartych kamienisku.

Dziewczyna opuściła bezradnie głowę, a krople coraz silniejszego deszczu mieszały się na jej policzkach ze łzami rozpaczy. Kilka stajań dalej na północ, przesłonięta niewielkim zagajnikiem, była osada. Dom. Tak blisko, a jednak za daleko, by spodziewać się ratunku. Żaden z osadników nie zapuszczał się na to odludzie, bo nikt jeszcze nie dotarł tu z oczyszczaniem łąk. Poza Nilą i garstką łotrów nie było wokół żywego ducha.

Konie zaczęły niespokojnie drobić wśród mokrych odłamków skalnych. Tylko dzikie kłusaki radziły sobie na tym terenie. Ich większe i twardsze kopyta pewniej kroczyły po kamiennych garbach. Zwykłe wierzchowce prędzej czy później kaleczyły na nich nogi. Siwowłosy mężczyzna na przedzie musiał to rozumieć, bo dał znak do skrętu.

– W stronę rzeki – wydał cichą komendę.

Sam zatrzymał swą klacz i ze spuszczoną głową czekał, aż kolumna jeźdźców minie go swobodnym stępem. Nila zerknęła na niego ukradkiem. Nosił się strojnie i bogato. Kobaltowej barwy przeszywanicę upiększały misterne ściegi i ornamenty wyszywane jedwabiem. Zaciśnięty na biodrach skórzany pas urzekał niezwykłej urody zdobieniami ze złota i czerwonych kamieni. Mimo deszczu pobłyskiwały przy każdym ruchu, rzucając migoczące skry na przedniej jakości wełniane spodnie. Nawet koszulę utkano z materii tak drogocennej, że wszystkie rodziny z Kamiennych Kości musiałyby na nią pracować tygodniami. Nila w całym swym życiu nie widziała tylu kosztowności, ile ten człowiek miał na sobie!

Zbir podniósł znienacka wzrok i ich spojrzenia spotkały się. Był tak upiornie blady, że dziewczyna nawet z oddali wyraźnie widziała ciemne cienie pod jego oczyma. Wychudzone dłonie zaciskał na siodle mocno, a nabrzmiałe żyły znaczyły sine linie wśród sterczących kłykci. Oddychał płytko i szybko. Raptem wzdrygnął się, wychylił z siodła i zwymiotował. Nila oniemiała, bo właśnie wtedy dotarła do niej groza tego, co zobaczyła. Tylko przerażeniem mogła wytłumaczyć fakt, iż wcześniej nie dostrzegła stanu mężczyzny.

– O, niebiosa! – szepnęła z trwogą.

Widziała już takie objawy! Miała z nimi do czynienia, zawsze gdy pomagała tym, którzy zmagali się z wyniszczającą chorobą. Wszystkich tych ludzi łączyło jedno: umarli w cierpieniach. Dziewczyna uparcie była z nimi do ostatniej godziny, łagodziła męczarnie, wtłaczała siły w słabowite ciała, targowała się z losem o każdy dzień dla chorych i w końcu… zawsze przegrywała.

– On ucieka przed śmiercią! I potrzebuje mnie! Póki nie skona! – wymamrotała ponuro sama do siebie.

Mężczyzna szarpnął wodze i niespiesznie podjechał bliżej.

– Porozmawiajmy, moja droga.

Wyciągnął zza pasa sztylet, a potem jednym ruchem przeciął sznur łączący Nilę z rożkiem siodła. Choć ręce nadal miała skrępowane, wreszcie mogła poruszać na tyle swobodnie palcami, by znów poczuć krążącą w nich krew. On zaś schował broń, po czym wytwornym gestem wyjął z rękawa cienką jak mgiełka chusteczkę.

– „W”. – Wskazał kunsztowny haft. – Jestem Weles.

Starannie wytarł usta i zwrócił oczy w jej stronę. Patrzył tak przenikliwie, że Nila aż skuliła ramiona. Panicznie bała się tego człowieka. Miał w oczach mrok, jakby nie istniały w nim żadne dobre uczucia. Widziała w jego spojrzeniu wyłącznie bezwzględność i okrucieństwo.

– Wiesz, kim jestem. Prawda? – Uniósł brwi, a po chwili dodał: – Oczywiście, że wiesz.

– Jesteś łowcą Niepowszednich – wyszeptała.

Wraz z tym wyznaniem zgasła w niej nadzieja. Została porwana, bez szans na odmianę losu. W głębi serca rozumiała to od chwili, gdy usłyszała, że jej szukał, ale dziecinnie oszukiwała się tak długo, jak mogła. Nie chciała dopuścić do głowy tej najstraszliwszej z myśli, że uprowadziły ją kanalie, żyjące z handlu istotami takimi jak ona i Alla.

Łowcą nie zostawał byle rzezimieszek. Profesja ta przyciągała wyłącznie potwory bez sumienia. Tylko najbardziej bezwzględni zarabiali na krzywdzie dzieci obdarzonych mocami, jakich na próżno było szukać u zwykłych ludzi.

Takie pacholęta nazywano Niepowszednimi, gdyż były nadzwyczajne i rodziły się rzadko. Moce ujawniały się wcześnie i były wyrokiem śmierci dla tych, którzy próbowali bronić potomstwa przed łowcami. Bandy zbrojnych oprychów wpadały do domów, wyrywały dzieci z matczynych ramion, plądrowały chałupy i paliły wsie, zostawiając po sobie zgliszcza oraz opętańcze wycie zrozpaczonych kobiet.

Na szczęście ćwierć wieku wcześniej kniaź zakazał handlu ludźmi i od tego czasu na podległych mu terenach karą za zniewolenie Niepowszednich była śmierć. Już od lat nie widziano tu więc łowców i Nila nie mogła pojąć, skąd wzięli się tak nagle na tych bezpiecznych dotąd ziemiach.

Jedyną znaną jej krainą, w której nadal odbywały się niewolnicze targi, był Łajdacki Kraniec, schronienie wszelkiej maści szumowin, także tych kupczących Niepowszednimi. Jednak od terytoriów kniazia dzieliła go zwodnicza i nieokiełznana Topiel. Rzeka tak groźna, że od czasów zatopienia Mostu Rusałek nikomu nie udało się jej przekroczyć. Ktokolwiek był na tyle głupi, by próbować, zawsze znajdował śmierć w zdradliwych toniach. Co prawda gdzieś tam, oddalona o tygodnie drogi, była jeszcze jedna przeprawa, ale tak dobrze chroniona, że dla łotrów całkowicie niedostępna.

– U nas za handel Niepowszednimi płaci się gardłem. – Nila drżącym głosem przypomniała Welesowi panujące na tych ziemiach prawo.

Leniwym ruchem sięgnął do kieszeni i wyjął kości do gry. Chwilę obracał nimi w milczeniu, a potem wzruszył ramionami.

– U was tak, u nas nie. Zresztą, nie zabawimy tu na tyle długo, by coś nam mogło zagrozić. Patrz! – Wyciągnął rękę w kierunku rzeki.

Nila otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Topiel, zwykle tak dzika i nieposkromiona, opadła co najmniej o dziesięć łokci! Nadal była na tyle głęboka, że bez trudu pochłonęłaby najwyższego kłusaka, ale susza ją pokonała. Uspokoiła wiecznie spienione fale, pokonała zabójcze dla człowieka wiry, ukazała poszarpane krawędzie koryta, od lat maltretowane przez gniewne uderzenia nieokiełznanej rzeki.

I… odsłoniła Most Rusałek!

Jak opowiadali starzy ludzie, solidna konstrukcja długo opierała się wodom Topieli wściekle pogłębiającym koryto, ale w końcu poddała się i skryła w odmętach. Od bez mała pięciu dziesiątków lat na powierzchnię wystawały jedynie figury nadobnych panien broniące wejścia. Po ostatnich sześciu miesiącach suszy poziom rzeki obniżył się jednak na tyle, że most ukazał swą dawną urodę aż po kamienne łuki u szczytu filarów. Pomiędzy nimi biegł szeroki przejazd z gładko ociosanych skalnych płyt.

Przeprawa znów była gotowa do przyjęcia podróżnych! Droga z Łajdackiego Krańca, schronienia banitów, nikczemników i łotrów, stała otworem.

Umysł Nili zaczynał powoli wydobywać się z sideł przerażenia. Choć wciąż spętana była strachem, odzyskiwała zdolność przemyśliwania wydarzeń i wysnuwania wniosków. Wreszcie ułożyła brakujące elementy układanki.

– O, niebiosa! Wdarliście się do nas przez most i tędy wrócicie do siebie!

Weles zaśmiał się drwiąco.

– Otóż to! Bogowie w niebiosach! Czyż nie są podli? Najpierw go topią, żeby chronić przede mną tę krainę, a potem zwracają i podają mi ciebie jak na srebrnej tacy!

To rzekłszy, spiął konia i ruszył ku przodowi kolumny. Nila zaś po raz pierwszy w życiu przeklinała los za to, że obdarzył ją umiejętnością uzdrawiania.

Niepowszednia! – pomyślała. – Dlaczego się taka urodziłam?!

Dzieci obdarowane mocami nawet bez zagrożenia ze strony łowców nie miały łatwego życia. Jako że rodziny pokładały wielkie nadzieje w pacholętach, które swymi niezwykłymi talentami mogły zapewnić im lepsze życie, los takich dziewcząt i chłopców był z góry przesądzony. Kto rodził się z darem, musiał go wykorzystywać.

Z czasem zorientowano się, że cudowne zdolności dzielą ich posiadaczy na kilka grup.

Po pierwsze, Niepowszedni Trudu. Ci miewali cztery rodzaje uzdolnień. Abakusi rachowanie w pamięci na kilku poziomach złożoności opanowywali szybciej niż naukę chodzenia. Gwarkom wystarczyło jedno zdanie w obcym języku, by mówić nim płynnie. Pogodnicy, zgodnie ze swą nazwą, przepowiadali pogodę. Bestiarze potrafili zaś ułożyć każde zwierzę. Wszyscy oni poszukiwani byli przez kupców jako szczególnie pomocni przy prowadzeniu zawiłych i rozległych interesów.

Po drugie, Niepowszedni Domu, na których nie szczędzili wydatków szlachetnie urodzeni. Jakiż arystokrata nie chciałby mieć na własność na przykład Obraźnika z jego wyjątkowymi talentami malarskimi, czy Nutka z muzycznymi?

Jednak za prawdziwy unikat od zawsze uważano Niepowszednich Boju. Rodzili się jeszcze rzadziej niż obdarzeni talentami Trudu czy Domu i natychmiast znajdowali chętnych gotowych do zakupu za dowolną cenę. Byli najdrożsi i najbardziej pożądani. Gdy dorastali, stawali się śmiertelnie niebezpieczną bronią w rękach każdego, kto był tak bogaty, by ich kupić i opłacić wszechstronne szkolenie w sztukach walki.

Istniały cztery niezwykłe moce Boju. Źrenicznik za dnia i w nocy dostrzegał najdrobniejszą rzecz oddaloną o wiele wiorst. Wodnik wytrzymywał pod wodą długie minuty bez potrzeby oddychania. Unik był urodzonym wojownikiem. Przewidywał bezbłędnie zamiary przeciwnika i reagował ze zdumiewającą prędkością. Walczył każdym narzędziem, wystarczyło tylko mu je dać, a on umiał toczyć nim pojedynek ledwie po kilku próbnych ruchach. I robił to z precyzją oraz finezją najlepszych mistrzów sztuki wojennej.

Największym rarytasem wśród Niepowszednich Boju byli wszelako Żniwiarze, zdolni dotykiem ratować, ale i zabierać życie. Tacy jak Nila.

Dziewczyna spojrzała ponuro przed siebie. Kawalkada nieuchronnie oddalała się od osady, sprawnie posuwając się w stronę rzeki. Wkrótce stanęli na brzegu Topieli. Przy koniach kręciło się dwóch mężczyzn, których Nila dotąd nie widziała. Przy samym moście stał okratowany wóz, gotowy do drogi. Siedział w nim krótkowłosy wyrostek i apatycznie podpierał brodę na podciągniętych wysoko kolanach. Jego twarz była Nili zupełnie obca. Nieco bliżej, kilka metrów od furgonu, Żniwiarka dostrzegła jeszcze dwie skulone postaci. Tych dwoje znała doskonale.

Drobna rudowłosa dziewczynka, którą wszyscy nazywali Wodniczką, bo należała do tego właśnie rodzaju Niepowszednich, a sama nie pamiętała swego imienia.

I potężnie zbudowany chłopak o obliczu tak urodziwym, że wzdychały do niego wszystkie dziewczęta w osadzie. Sambor. Podniósł głowę, jakby usłyszał swoje imię wypowiadane w myślach przez Nilę, i spojrzeli sobie w oczy zdruzgotani tym, co ich spotkało.

W Kamiennych Kościach żyło aż czworo obdarzonych mocą. Łowcy dopadli już trójkę, jednak wciąż nie mieli Alli. Nie pozostało nic innego, jak modlić się, żeby tak zostało.

Nila rozejrzała się i po raz pierwszy od pojmania pokonała lęk na tyle, by rozważyć ucieczkę.

Siedmiu! – Policzyła starannie mężczyzn. – Zbyt wielu…

Zapędzone w pułapkę przerażenia serce podpowiadało jej, żeby spiąć konia i pędzić przed siebie na oślep. Rozum przekonywał, że jeśli naprawdę chce się uratować, powinna działać na chłodno, z wyrachowaniem: wybrać dogodny moment i zaplanować wszystko starannie.

A cóż ja mogę planować? – ofuknęła samą siebie. – Nawet nie wiem, ile mam czasu, zanim pochłonie nas Łajdacki Kraniec! Auu…!

Marcus bezceremonialnie ściągnął ją z siodła i popchnął tak mocno w kierunku Wodniczki, że upadła niezgrabnie na mokrą ziemię między rudowłosą a Samborem.

– Hmm… – Głos Welesa zagrzmiał tuż nad jej głową. – Co my tu mamy? Sambor, tak?

Trącił go czubkiem buta, a Marcus brutalnym szarpnięciem poderwał chłopaka na nogi. Młokos stał prosto i uśmiechał się pogardliwie. Choć był dużo młodszy od swych gnębicieli, bowiem szła mu ledwie siedemnasta wiosna, górował nad nimi nie tylko wzrostem. Całe jego ciało zdawało się być ulepione z twardych gruzłów napiętych mięśni. Włosy miał czarne i błyszczące jak skrzydło dorosłego kruka. Najszersze i najdłuższe ich pasmo, sięgające od czubka głowy do skroni, związywał ciasno rzemieniem z tyłu głowy. Resztę ścinał krótko przy skórze. Ludzie mówili, że chciał się upodobnić do wojowników z barbarzyńskich ziem. On jednak wzruszał ramionami na te słowa i niezmiennie odpowiadał, że łatwiej mu ćwiczyć, gdy dobrze widzi przeciwnika.

– Mocarz z ciebie, nieprawdaż? – Weles zmierzył go taksującym spojrzeniem.

Sambor opuścił głowę i ukradkiem zerknął na Nilę. Przez chwilę wpatrywała się w jego oczy, brązowe jak dojrzałe kasztany i spokojne niczym tafla jeziora wieczorem.

– Nie bój się – odczytała z ruchu warg.

Pokiwała leciutko głową, chociaż lęk wypełniał ją aż po czubek głowy.

– Gadaj, kiedy grzecznie pytają albo… – Marcus wyjął zza pasa bat.

– Nie! – zaprotestowała Nila. – Zostawcie go!

Sambor natychmiast wysunął jedną nogę do przodu, pochylił głowę i znieruchomiał jak posąg. Tylko jego oczy poruszały się nieustannie, czujnie śledząc każdy ruch wrogów.

Nila wiedziała, co się dzieje. Instynkt Niepowszedniego wziął górę nad wszystkim i chłopak szykował się do bitki. Widywała go w tym stanie nader często na obrzeżach ich osady, gdzie wyrostkowie toczyli ze sobą ciągłe pojedynki, niejednokrotnie do krwi. Wzywano ją tam niemal codziennie, by nastawiała złamane kości i tamowała krwotoki. Sambor za każdym razem pierwszy wchodził na ubitą ziemię i ostatni z niej schodził. I zawsze czekał na przeciwników w tej pozie – nieruchomy, z oczyma omiatającymi sylwetki rywali.

Marcus powolnym ruchem rozplątywał rzemienie przytroczone do rękojeści batoga. Nila nie chciała na to patrzeć. Łagodnie przytuliła Wodniczkę, by i ona nie musiała tego oglądać, a potem skupiła wzrok na śnieżnobiałej niegdyś koszuli Sambora, która teraz była mokra od deszczu i naznaczona plamami krwi. Gdy rozdarcie na piersiach odsłoniło fioletowe sińce, dziewczyna ze smutkiem pomyślała, że musieli się nad nim pastwić, gdy już udało im się skrępować mu ręce.

– To jak będzie? – warknął Weles. – Jesteś pierwszy do bitki, prawda, szczeniaku?

Głos łowcy był pełen szyderstwa. Sambor zacisnął szczęki z wściekłości. Nila widziała to już nie jeden raz. Znała go aż za dobrze. Wszyscy w Kamiennych Kościach wiedzieli, że powściągliwość i rozsądek nie były jego cnotami.

– Idź do diabła, kramarzu! – odezwał się hardo.

Po tych słowach wszystko rozegrało się tak szybko, że Żniwiarka ledwie była w stanie nadążyć za rozgrywającymi się wydarzeniami. Marcus jednym ruchem potężnego ramienia odwrócił jeńca w swoją stronę i uniósł batog. Rzemień świsnął w powietrzu, lecz zanim zdołał dosięgnąć twarzy Sambora, chłopak uchylił się i z całej siły kopnął łowcę w brzuch. Ten stęknął boleśnie, ale nawet się nie zgiął. Znów machnął pejczem. Sambor i tym razem odskoczył błyskawicznie, a gdy tylko ramię oprawcy opadło, z wrzaskiem rzucił się na Marcusa i walnął go czołem prosto w nos. Miażdżone chrząstki chrupnęły paskudnie. Mężczyzna zawył z bólu, zalał się krwią i runął na kolana.

– Tylko patrzcie na tego głupca! – krzyknął Weles. – Marcus, mądrzej byłoby wozić w kompanii psa zamiast ciebie! Byle kundel szybciej się uczy! Wszędzie jucha! Mierzisz mnie!

Gromada łotrów zarechotała usłużnie, a ranny łowca zgiął się w pół z rękoma kurczowo przyciśniętymi do twarzy. Sambor zaś spokojnie, nieomal leniwie, odwrócił się do Welesa.

– Zepsułem ci parobka, kramarzu – zadrwił z pogardliwym uśmiechem.

Weles znieruchomiał.

– Ty… – wycedził, a potem spojrzał na swoich ludzi i ryknął: – Nauczcie szczeniaka!

Dopadło go trzech jednocześnie. Bili, kopali, szarpali za włosy. Sambor jęczał, ale nie prosił o litość.

– Starczy! – zawyrokował w końcu Weles. – Towar łatwo uszkodzić.

Ominął obojętnie chłopaka i podszedł do zakrwawionego kamrata. Końcem miecza uniósł mu brodę, by ocenić rozmiar zniszczeń.

– Ty tępaku! Jakim cudem fakt, że ten dzieciak to Unik, nie dotarł do twojego zakutego łba?

Marcus przycisnął rękaw do pokiereszowanego nosa.

– Wybacz – wymamrotał z pokorą. – To się nie powtórzy.

– Oczywiście, że nie! Jeśli jeszcze raz będę musiał przez ciebie obić smarkacza, sam się tobą zajmę. Wierz mi, nie chcesz tego…

Opuścił miecz i rozejrzał się wokół z niesmakiem.

– Mam dość tej żałosnej krainy. Nic, tylko trawy i kamienie. To dobre dla kmiotków! Byle prędzej do Mercaty. Gdy sprzedamy towar, zabawimy się! Co wy na to, chłopcy?

Odpowiedział mu ryk zadowolonych kompanów, ale sam Weles wcale nie był uszczęśliwiony. Wciąż patrzył przed siebie ciężkim wzrokiem. Nila widziała bladość wracającą na jego policzki. Słyszała świszczący, pełen bólu oddech. Gwałtownie zaczerpnął powietrza i zwrócił się ku pozostałym:

– Zwijać obóz! Ruszamy, gdy tylko wróci Izbor. Bachorom zdjąć sznury i wsadzić do klatki – wydusił przez zaciśnięte zęby.

Któryś z łotrów poderwał z ziemi Sambora, a inny Wodniczkę. Zrezygnowana Nila też ruszyła w stronę okratowanego wozu.

– Ty zostajesz, Żniwiarko.

Głos Welesa zatrzymał ją w pół kroku.

3

Nila wiedziała, że tym razem Welesowi nie chodzi o pogawędkę. Wystarczyło spojrzeć na jego kredowobiałą twarz i drżące dłonie, by pojąć, że cierpi. Domagał się uzdrawiania – tu, natychmiast! I potrzebował do tego Żniwiarki.

Ona zaś nie zamierzała się na to zgodzić, choć była pewna, że zapłaci za swój bunt. Jeśli chciała uciec, musiała być w pełni sił, a przywracanie zdrowia zawsze na jakiś czas odbierało jej energię. Z im poważniejszą chorobą walczyła, tym większą słabość potem odczuwała.

Drżącymi ze strachu palcami dotknęła obolałej skroni, gdzie przez nasiąknięte deszczem włosy czuła opuchliznę. Istniało wiele sposobów, na które Weles mógł ją ukarać za nieposłuszeństwo. Pewność miała tylko co do tego, że jej nie zabije. Nie dlatego, że nie pozwalało mu na to sumienie. Wyglądał na takiego, co nie raz splamił ręce krwią. Po prostu była dlań zbyt cenna.

Każe swoim siepaczom mnie obić! Albo zrobi to własnoręcznie! – zerknęła na niego strwożona.

On jednak chwilowo stracił zainteresowanie dziewczyną. Patrzył na jeźdźca, który pędził od strony Wysokich Traw. Nili wystarczył rzut oka na broń nieznajomego, by zrozumieć, z kim ma do czynienia. Tak jak oręż pozostałych ludzi Welesa, rękojeść jego miecza zdobiły kute w złocie runy.

– Ósmy łowca! – jęknęła cicho.

Nadjeżdżający mężczyzna był przeciwieństwem herszta i nie miał w sobie nawet odrobiny jego eleganckiego dostojeństwa. Potężny, odziany niedbale, pokrzykiwał radośnie do witających go kompanów. Na białą luźną koszulę narzucił podbity futrem kubrak. Czarne, długie włosy mokrymi kosmykami opadały mu na aż ramiona, a niechlujny zarost nadawał twarzy wyraz barbarzyńskiej dzikości. Szeroką pierś zdobiło kilka zawieszonych na rzemieniach amuletów, zaś na nadgarstkach pyszniły się ciasno opięte szerokie bransolety, nabijane złotymi ćwiekami.

Jechał uśmiechnięty, z leniwym spokojem drapieżnika, który właśnie upolował zdobycz. Do juków miał przytroczoną kuszę z orzechowego drewna i pustą wiklinową klatkę na ptaki, a przez koński grzbiet przerzucił sporych rozmiarów worek. Wystawały z niego znoszone buty z baraniej skóry i ubrudzony błotem rąbek niebieskiej sukni. Nila przycisnęła ręce do piersi, na próżno próbując uspokoić rozpaczliwie tłukące się serce. Znała tylko jedną dziewczynę w osadzie, która nosiła taki strój!

– Izbor! – powiedział z zadowoleniem Weles.

– Jestem. – Łowca przyłożył pięść do piersi w geście powitania.

Natychmiast zsiadł z konia i bezceremonialnie ściągnął lniany worek, który z głuchym odgłosem opadł na mokrą ziemię.

– Capnąłem smarkulę w tamtych wysokich zaroślach. Co za parszywe miejsce, Weles! Psiamać! Trawa wielka na pięć łokci! – Znienacka kopnął szamoczącą się w saku ofiarę. – Koszulę przez ciebie rozdarłem, durna dziewucho!

Spod uwalanego wilgotnym piachem materiału wydobył się stłumiony jęk. Nila wszędzie rozpoznałaby ten głos!

– Wyłaź! – Izbor jednym szarpnięciem odsłonił skuloną na ziemi postać.

Spomiędzy plątaniny płowych włosów wyjrzała zapłakana twarz Alli. Blada, brudna i zlękniona. Warga krwawiła, a pod podbitym okiem rozlewał się olbrzymi fioletowy siniec.

– Moja panno! – Weles trącił Allę butem. – Widzę, że dostałaś już pierwszą lekcję dobrych manier.

Nila zadrżała. Przerażenie, które do tej pory czuła, nagle ustąpiło pola czystej nienawiści. Nie liczyło się nic poza krzywdą, którą wyrządzili jej siostrze. Chciała im odpłacić! Zachłysnąć się radością na myśl o bólu, jaki sprawi oprawcom. Nieświadoma własnych gestów wyciągnęła przed siebie ręce niczym szpony, jak dzikie zwierzę. Z furią i gardłowym krzykiem ruszyła w stronę siwowłosego łowcy. Stał najbliżej, był hersztem i to za jego przyczyną działo się to wszystko! Szła jak w transie, ślizgając się na tonącej w ulewie trawie. Szła, by oddać wet za wet, może nawet zabić. Ledwie kilka kroków dzieliło ją od celu. Całą uwagę skupiła na sinych cieniach pod oczyma Welesa, na rozciągniętych w pogardliwym grymasie bladych ustach i na kroplach deszczu, które ściekały po tej znienawidzonej twarzy.

On zaś popatrzył na nią i zdumiał się. Na moment. Potem parsknął lekceważąco.

– Żałosne – mruknął. – Załatw to.

– Z ochotą! – odpowiedział Izbor i grzmotnął Nilę pięścią w brzuch.

Zanim zgięła się w pół, zdążyła jeszcze usłyszeć rozpaczliwy krzyk Alli, a potem już tylko na próżno próbowała złapać oddech. Przed oczyma zawirowały jej czarne plamy, zaś obolałe mięśnie zacisnęły się w nagłym skurczu, który przedłużał się w nieskończoność i nie chciał odejść. Desperacko walczyła o choćby jedno płytkie tchnienie. Wreszcie spazm lekko poluźnił obręcz wokół brzucha i płuca wypełniły się powietrzem.

Izbor złapał ją za włosy i odchylił jej głowę tak gwałtownie, że szyję Nili przeszył ostry ból, a delikatne kości kręgów zachrupotały.

– Zrób to jeszcze raz! – Zarechotał. – Bicie dziewuszek mnie bawi.

Beztroska, z jaką to powiedział, nagle ją otrzeźwiła. Ponownie dotarło do niej, że jeśli chciała wygrać, musiała być mądrzejsza! Nie mogła ulegać emocjom.

Myśl, psiakrew! – zgromiła samą siebie. – Myśl jak oni! Zimno, akuratnie i na kilka ruchów naprzód!

Spojrzała na skuloną siostrę. Ona była najważniejsza. Deszcz, który spływał po poobijanej, lecz wciąż pięknej twarzy Bestiarki, powoli zmywał ślady krwi i łez, ale nie koił ran zadanych jej duszy. Alla zaś nigdy nie była zbyt silna. Ciągle schowana za plecami Nili, odważna i nieustępliwa stawała się tylko wtedy, gdy w grę wchodziło dobro zwierzęcia. Jednak samej siebie bronić nie potrafiła. Jej tarczą zawsze była Nila – starsza, wytrzymała, charakterna. Teraz, w obliczu zagrożenia, zupełnie zagubiona dziewczyna trzęsła się jak osika. Przerażona, przenosiła wzrok z siostry na Izbora, u niej wypatrywała ocalenia, a po łotrze spodziewała się kolejnych razów.

Nila wiedziała, że z godziny na godzinę z Allą będzie coraz gorzej. I nagle przyszła jej do głowy niespodziewana myśl!

Łowcy szukali Niepowszednich. Zwykłe dzieci nie były im potrzebne. Może, gdyby udało się ich oszukać… wmówić, że złapali niewłaściwą osobę.

Wzięła głęboki oddech, a potem dała z siebie wszystko, by zignorować ból zmaltretowanego brzucha i karku. Jęcząc z wysiłku, nieporadnie podniosła się z klęczek i spojrzała Welesowi w oczy.

– Twój zbir… się pomylił.

Nila miała nadzieję, że jej słowa brzmią prawdziwie. Choć bardzo się starała, nie była w stanie mówić płynnie. Po ciosie Izbora wszystko ją bolało, więc oddychała płytko i z trudem łapała oddech. Przez zupełnie przemoczony i zimny materiał sukni czuła nienaturalną ciepłotę miejsca, w które uderzył. I choć marzyła, by znowu opaść na kolana i trwać w tej pozie tak długo, aż poczuje się lepiej, nie mogła tego zrobić. Skoro już postawiła jeden krok na drodze do uratowania Alli, musiała wykonać następny.

– Twój zbir się pomylił – powtórzyła. – Moja… siostra jest… dla was… niewiele warta.

Weles uniósł brwi, jakby nie zrozumiał, co Nila chciała mu uzmysłowić.

– Jestem jedyną Niepowszednią w rodzinie. – Wysapała z wysiłkiem. – Puść ją wolno!

Izbor poruszył się niespokojnie i zdziwiony, począł przyglądać się swemu łupowi, a Żniwiarka modliła się w duchu, by oniemiałej ze zdumienia Alli, nie przyszło do głowy zaprzeczać temu, co usłyszała. Weles zaś milczał. Przeszywał Nilę wzrokiem, a ona – choć głęboko w środku była skulona z przerażenia – stała wyprostowana i ostatkiem sił wytrzymywała jego spojrzenie.

– Zwykle… – Zmroził ją lodowaty ton jego głosu. – Nie tłumaczę się przed swoim towarem, ale ponieważ ja i ty staniemy się nierozłączni, zrobię jednak wyjątek. Izborze, w jaki sposób dowiadujemy się o Niepowszednich?

– No, kupujemy informacje.

– Otóż to! – zgodził się Weles. – Złoto otwiera usta wielu osobom. Czy zdarzyło nam się jechać na próżno, bo wieść była nieprawdziwa?

Izbor roześmiał się, ubawiony taką możliwością.

– Nigdy! – Pokręcił głową. – Nikt cię nie oszukał. Nie miał odwagi.

Sens słów łowców dotarł do Nili z niezwykłą wyrazistością. Było gorzej, niż dotychczas sądziła. Pojęła potworność tego, co się zdarzyło. Ktoś ich wydał dla pieniędzy! Nie obcy, tylko swój! Mieszkaniec Kamiennych Kości! Weles nie przyjechał tu przypadkiem. Dokładnie wiedział, kogo i gdzie miał szukać.

Choć oznaczało to, że miała znikome szanse, by go oszukać, musiała spróbować.

– Rozumiem – powiedziała potulnie. – Pomimo to, moja siostra nie jest tą, za jaką ją bierzecie.

Herszt zrobił nagle krok w stronę Nili. Przerażona, że znów będzie ją bić, skuliła ramiona. On wszelako tylko wyciągnął dłoń, by końcówkami palców delikatnie musnąć jej mokry od deszczu policzek. W oczach miał jednak bezwzględność, która zadawała kłam czułemu gestowi.

– Hmm – wymamrotał – więc mówisz, że Izbor zamiast złapać Gwarka, chwycił zwykłą dziewuchę?

Siostry w tym samym momencie poderwały głowy, a ich oczy spotkały się w niemym porozumieniu.

Szukają Gwarka? A więc przynajmniej część tajemnicy nadal była bezpieczna!

Niepowszedni zwykle posiadali jedną moc. Alla stanowiła rzadkość, albowiem urodziła się z dwiema. Oprócz zdolności układania zwierząt, mówiła wieloma językami jako Gwarek. Połączenie niezwykłych talentów w jednej osobie niemal się nie zdarzało, przez co dla łowców i ich klientów Alla była niczym jednorożec. Bezcenna! Choć prawo kniaziowe chroniło Niepowszednich, dziewczęta właśnie dlatego trzymały jedną z jej mocy w sekrecie. Kto wie, czy nie znaleźliby się ludzie gotowi na każde ryzyko, by zdobyć Allę na własność?

Weles, nieświadomy wymiany ich spojrzeń, stał wyprostowany i każdym centymetrem ciała demonstrował im swą pogardliwą wyższość.

– Zatem, chciałaś mi powiedzieć, że dostałem zwykłą, bezwartościową dziewuchę zamiast złotodajnego Gwarka?

– Dokładnie tak.

Westchnął i wzruszył niedbale ramionami.

– Skoro tak mówisz… twoja siostra nie jest mi potrzebna.

Odwrócił się i zrobił dwa kroki w stronę obozowiska. Ona zaś stała zaskoczona, całkowicie oszołomiona niespodziewanym tryumfem. Nie liczyła, że uda się go oszukać tak po prostu. Bez wielkiego wysiłku!

– Wszelako, po namyśle… – Weles zatrzymał się nagle i zwrócił ku niej twarz. – Mam pewność, że nie chcę zostawiać świadka. Izbor!

Nila zamrugała oczyma, niczego nie rozumiejąc. Pojęła jednak wszystko, gdy Izbor z okrutnym uśmiechem wyciągnął zza pasa sztylet i ruszył ku Alli. Obie krzyknęły długim skowytem niczym cierpiące zwierzęta. Łowca chwycił jasnowłosą dziewczynę i docisnął ostrze do delikatnej szyi.

– Nie! – Nila zerwała się do biegu. – Nie! Błagam!

Weles zastąpił jej drogę i brutalnie szarpnął.

– Mów!

– Jest Gwarkiem! Jest Gwarkiem! – zawodziła głośno. – Wybacz!

Uderzył ją w twarz tak boleśnie, że policzek natychmiast zapłonął żywym ogniem.

– Myślisz, że można mnie ołgać?! Ciesz się, że nie oberwałaś mocniej!

Ale Nili było obojętne, co z nią zrobi. Liczyło się tylko ocalenie Alli. Strwożona, obserwowała ostrze, które wciąż spoczywało na siostrzanej krtani. W poddańczym geście rzuciła się Welesowi do stóp, lecz on nawet na nią nie spojrzał.

Zamiast tego zwrócił się do Alli. Z jego ust popłynęły słowa, których Nila nie rozumiała. Mówił w obcym języku, szorstkim, zgrzytliwym, bez jednego miękkiego dźwięku. I był zły, zgoła wściekły! Czuła to w sposobie, z jakim wypowiadał kolejne frazy. Cedził je przez zaciśnięte zęby, podnosząc głos, ilekroć wracał spojrzeniem do Żniwiarki.

– On mówi – przetłumaczyła Alla – że koniec z twoimi wybrykami. Nie ma na to czasu, Nilu.

Bojaźliwie popatrzyła na Welesa, szukając potwierdzenia, że trafnie tłumaczy. Ten kiwnął głową.

– Mówi – ciągnęła dziewczyna drżącym głosem – że masz nie sprawiać więcej kłopotów. A jeśli go zawiedziesz, za każdą twoją głupią decyzję czy bunt ja zapłacę dziesięciokrotnie.

Weles ponownym skinieniem potwierdził te słowa.

– Mówi, że masz zacząć go leczyć tu i teraz. – Alla wytarła płynące po policzkach łzy. – A jeśli spróbujesz go skrzywdzić, Izbor mnie zabije.

Nila bezradnie oparła dłonie o przemoczoną suknię.

Przegrałam! – pojęła.

Nie pozostało jej nic innego, jak zrobić to, czego żądał. Bez słowa podniosła się z ziemi. Zdjęła pierścionek i z kamiennym wyrazem twarzy schowała go do kieszeni. Podeszła do Welesa i chłodno spojrzała mu w oczy.

– Masz swojego uzdrowiciela, łowco – powiedziała i położyła na nim dłonie. – Zaczynajmy.

4

Uzdrawianie Welesa zupełnie Nilę wyczerpało. Nigdy jeszcze nie musiała walczyć z równie potężnym przeciwnikiem jak tumor, który zalęgł mu się w trzewiach. Był niczym łowca: bezwzględny, drapieżny, okrutny. Dziewczyna wzdrygnęła się na wspomnienie jego złowrogiej mocy i żarłocznego apetytu.

– Zło pożera inne zło – wyszeptała Welesowi do ucha, gdy tylko jej dłonie zrozumiały, z czym musiała się zmierzyć.

Mężczyzna popatrzył na nią lodowato. Oboje wiedzieli, że tej choroby nie da się wyleczyć. Żniwiarka mogła ją tylko opóźniać i osłabiać dolegliwe objawy. Bez pomocy uzdrowiciela Weles miał przed sobą najwyżej rok życia, uciążliwego i bolesnego. Jednak czerpiąc siły z mocy dziewczyny, mógł wytargować u Kostuchy jeszcze kilka w miarę znośnych lat. Gdyby szczęście mu sprzyjało, może nawet kilkanaście.

Gdy było już po wszystkim i ledwie przytomna Nila opadła na twarde deski wozu, miała już pewność, że jej los został przesądzony. Wiedziała, że Weles będzie chciał za wszelką cenę zatrzymać ją przy sobie aż do swojej śmierci!

Zdruzgotana tą wiedzą, przyłożyła głowę do mokrego drewna i osunęła się w ciemność. Odpoczywała snem człowieka wycieńczonego – głębokim, zupełnie pozbawionym majaków.

Do świadomości wróciła wraz z nieprzyjemnym uczuciem chłodnej wilgoci. Nasiąknięta wodą suknia oblepiała ciało niczym lodowaty kokon. Nila uniosła powieki i ostrożnie spojrzała przed siebie. Widok był przygnębiający: żelazne kraty wozu na tle zaciągniętego chmurami nieba i strugi deszczu, które równymi rzędami zalewały i ją, i świat!

– Ocknęła się! – Ktoś poruszył się obok. – Podnieś się, pomogę ci.

Żniwiarka ostrożnie dotknęła dłonią desek, na których ją ułożono, i spróbowała się unieść. Była jednak taka słaba! Nie miała sił nawet na to, by zasłonić twarz przed ulewą, a cóż dopiero usiąść. Bezradnie wychyliła się do tyłu, lecz zanim opadła z powrotem na plecy, czyjeś ramię wsunęło się pod jej barki i poderwało do góry. Dziewczyna oparła się o wybawcę bezwładnie. Tuż przed oczyma miała nadgarstek opleciony rzemieniami, z których każdy zdobiony był białymi paciorkami z kości bawołu. Znała te bransolety.

– Sambor – mruknęła, wtulona w zimną i mokrą koszulę.

– Aha.

– Dam sobie radę. – Nieporadnie odsunęła się od niego. – Długo spałam?

– Od wczoraj leżysz bez życia. Alla odchodzi od zmysłów.

Nila gwałtownie się wyprostowała, poszukując wzrokiem siostry. Dostrzegła ją tuż za sobą. Bladą, przemoczoną do suchej nitki, strwożoną, ale uszczęśliwioną jej widokiem.

Wczepiły się w siebie z rozpaczliwą ulgą, jak robią to ludzie, którzy na przekór okrutnym zrządzeniom losu radują się, że przynajmniej wciąż są razem.

– Nareszcie! – szepnęła Bestiarka.

Nila odsunęła ją na długość ramienia i uważnie obejrzała. Odprężyła się, widząc, że nóż łowcy nie zostawił nawet śladu na szyi. Nie zauważyła nowych sińców. Opuchlizna wokół podbitego oka zmalała, a rana na wardze lekko się zasklepiła.

– Nic mi nie jest – zapewniła Alla. – Zostawił mnie w spokoju.

– Odkąd ruszyliśmy, całkiem machnęli na nas ręką. – Sambor wzruszył ramionami i dodał zrezygnowanym tonem: – Siedzimy tu jak szczury w klatce!

Żniwiarka rozejrzała się po wozie. Naprzeciwko nich ulokowała się Wodniczka. Patyczkowata, ledwie dziewięcioletnia dziewczynka kurczowo trzymała się krat i bez ruchu wpatrywała w dal. Jak zwykle była smutna, odległa i milcząca. Zgrzebna, brązowa sukienka z grubego samodziału ociekała deszczem, a długie, rude włosy mokrymi strąkami spływały po wychudzonych plecach.

Wszyscy w Kamiennych Kościach znali to nieszczęśliwie osierocone dziecko.

Biedna mała – pomyślała Nila. – Życie zgotowało jej jeszcze i ten koszmar.

Sześć lat wcześniej rodzice rudowłosej zbyt zaufali Topieli. Stanęli na urwistym brzegu, a podmyta skarpa zsunęła się do wody wraz z trójką nieszczęśników. Na trawie zostały dziecięca lalka z gałganka i ujadający pies, który wytrwale nawoływał właścicieli. Mieszkańcy osady jak jeden mąż zbiegli się nad rzekę, by szukać tej rodziny. Długo wypatrywano wśród bystrego nurtu choćby śladu żywego człowieka. I gdy dla wszystkich jasnym się stało, że nikt nie mógł wytrzymać pod powierzchnią tyle czasu, z fal wyłoniła się maleńka dziewczynka i z płaczem wykrzyczała, że Topiel zabrała jej rodziców. Matka Sambora porwała dziecko na ręce.

– To Wodniczka! – domyśliła się i tak oto Kamienne Kości powitały kolejnego Niepowszedniego.

Od tamtej pory cała wieś opiekowała się sierotą na zmianę. Bez ustanku ktoś brał ją do siebie, chcąc zatrzymać nieszczęsną na stałe, ale ona wolała nigdzie dłużej nie zagrzewać miejsca. Wybierała samotność przy Topieli. Do domu dziewcząt zachodziła na kubek mleka i gorący posiłek, by potem zniknąć równie cicho, jak przyszła.

Za Wodniczką, w najdalej odsuniętym kącie wozu, Nila dostrzegła wyrostka, którego po raz pierwszy widziała jeszcze nad rzeką. Miał krótkie włosy w niezwykłym odcieniu brązu, przypominającym barwę zdrewniałych łodyg na Wysokich Trawach. Mokre pasma gładko przylegały do czaszki, odsłaniając wysokie czoło i zmarszczone gniewnie brwi. Długie nogi podciągnął aż pod brodę i oparł na nich ręce. Na prawej dłoni zamotał zakrwawioną materię, a na szyi nosił kilka rzemieni. Wśród nich Nila dostrzegła srebrny amulet z wizerunkiem lisa tak potężnego, że mógł być tylko wytworem wyobraźni. Choć chłopak był szczupły, wyraziste linie mięśni odznaczały się pod lnianą koszulą. Nie mógł mieć więcej lat niż Alla, ale w jego oczach było coś, co powodowało, iż wydawał się znacznie starszy.

– Kim on jest? – zapytała Sambora szeptem.

Ten pokręcił głową niecierpliwie, jakby nie był to temat warty w tej chwili uwagi, i spojrzał na dziewczynę badawczo.

– Źle wyglądasz. Jak się czujesz?

Nila zmieszała się. Od zawsze, ilekroć znajdowała się w jego pobliżu, plątały się jej słowa i traciła pewność siebie. A przecież nawet go dobrze nie znała. Mało mieli ze sobą wspólnego. Sambor, o dwa lata starszy od Nili, miał własny świat. Ona – poważna i zawsze biegnąca do chorych. On – roześmiany i spędzający czas w polu lub na zabawie z przyjaciółmi. Rok wcześniej, kiedy słabowała mu matka, Żniwiarka bywała w ich domu częstym gościem. Jednak, gdy wróciła kobiecie zdrowie, nie miała już powodu, by do nich zaglądać, a i on nie szukał jej towarzystwa. W osadzie widywała go albo otoczonego wianuszkiem zachwyconych dziewcząt, albo bijącego się z miejscowymi chłopakami. Gdy przechodziła obok, pozdrawiał ją nad wyraz uprzejmie i uśmiechnięty odprowadzał wzrokiem. Było jednak w jego oczach coś tak nachalnego i zawziętego, iż była pewna, że się naigrawa i szuka okazji do zaczepki.

Znów uchwyciła to samo spojrzenie – czujne, natarczywe, jakby wypatrywał powodu, by się z niej pośmiać. Pospiesznie wygładziła rozczochrane włosy i z braku innej możliwości przetarła twarz rąbkiem sukni.

– Lepiej. Dziękuję za troskę.

To powiedziawszy, odsunęła się od niego na przeciwległy kraniec wozu, a obcy chłopak zrobił jej miejsce przy sobie.

– Jestem Nila.

Nieznajomy wzruszył ramionami.

– A to moja siostra Alla – dodała niezrażona.

– Dalko.

– Jesteś Niepowszednim, jak my?

Kiwnął głową, ale uparcie omijał ją wzrokiem. Wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie życzy sobie rozmowy. Nila zerknęła na niego chyłkiem. Dostrzegła krew na krótko przyciętych włosach, siniec na skroni i szerokie otarcia od sznura na nadgarstkach. Domyśliła się, że któryś z łowców najpierw go obił, a potem złośliwie zbyt mocno zacisnął pęta. Niektóre rany sprawiały wrażenie dość starych, więc wyglądało na to, że chłopak był więźniem Welesa już od jakiegoś czasu.

– I co? Napatrzyłaś się? – warknął nagle z wściekłością.

Alla drgnęła zaskoczona, Sambor uniósł brwi, natomiast Wodniczka, choć zdawała się patrzeć prosto na Dalko, nawet się nie poruszyła, zatopiona we własnych myślach. Nila pokręciła głową. Spotkało ją tego dnia zbyt wiele złego, by chciała tracić czas na waśnie.

– Daruj – wyszeptała ugodowo.

Dalko przeniósł spojrzenie na rudowłosą dziewczynkę.

– A ty, czego się na mnie gapisz? – syknął.

Mała trwała w bezruchu, jakby nie docierał do niej żaden dźwięk z otoczenia.

– Jest w swoim świecie – cicho wyjaśniła Alla.

Chłopak uniósł się na kolana i pomachał dłonią przed oczyma Wodniczki.

– Jest pomylona?

– Zamknij się! – wrzasnął Sambor.

Niezgrabnie wstał i kuląc się w zbyt niskim dla niego wozie, podszedł do milczącej niebogi. Zdjął cienki kubrak, który nosił na koszuli i narzucił go na wątłe dziecięce plecy.

– Rodzice tej małej zginęli na jej oczach. – Zmierzył Dalko chłodnym spojrzeniem. – Miarkuj się, zanim coś powiesz.

Obcy wzruszył ramionami i odwrócił głowę, ale przez moment Nila dostrzegła w jego oczach nagłą łagodność, z jaką omiótł wzrokiem drobniutką postać w za dużym kubraku.

Tymczasem wóz, zaprzężony w dwie pary koni, w równym tempie toczył się wąską błotnistą drogą. Po obu stronach, jak okiem sięgnąć, migotały olbrzymie połacie podmokłych łąk z rzadka przecinane niezbyt rozległymi wyspami bagiennej olszy. Szare jak popiół pnie drzew pięły się wysoko w górę, a korony tworzyły zwarty baldachim, pod którym wędrowcy mogli od czasu do czasu schronić się przed deszczem. Widać już było dobroczynne działanie wody – krajobraz zaczynał się zielenić, a kępy dzikiej trawy tętniły odgłosami żab. Ich skrzekliwe nawoływania dobiegały zewsząd w takim nasileniu, że zagłuszały nawet szum ulewy.

Zbyt zmęczeni, by rozmawiać, czy się kłócić, pogrążyli się w ponurej zadumie. Nila drżała na samo wspomnienie nieuchronnego końcu tej podróży. Mercata! Z każdym obrotem kół, z każdą kolejną pokonaną milą byli coraz bliżej niewolniczego targu. To tam ich dotychczasowe życie miało się definitywnie zakończyć. Miejsce wolnych ludzi zajmą niewolnicy. Na dodatek zapewne zostaną rozdzieleni. Myśl o rozłące z Allą zmroziła Nilę do szpiku kości.

– Nawet nie wiem, jak daleko do tej Mercaty – jęknęła cichutko.

– Będzie z dziesięć dni drogi – burknął Dalko, nawet na nią nie spojrzawszy.

– Skąd…?

– Wiem i już – nie pozwolił jej dokończyć.

Jeżeli więc coś w ogóle mogło zapobiec katastrofie, musiało się zdarzyć w ciągu dziesięciu dni. To niewiele czasu. Jakby tego było mało, Nilę dręczyło przeczucie, że ich zły los może się dopełnić, jeszcze zanim dojadą do Mercaty. Nie miała pojęcia, skąd to wie, ale ufała swemu instynktowi.

Mimo przygnębienia dziewczyna rozglądała się po okolicy. Nie znała tych terenów. Dla wszystkich żyjących na przeciwległym brzegu Topieli Łajdacki Kraniec był zagadką. Poddani kniazia znali te rozległe ziemie tylko z opowieści dziadów, którzy w czasach przed zatopieniem Mostu Rusałek byli na tyle odważni, by się wyprawić na drugą stronę, i mieli to szczęście, że przeżyli. To oni przynieśli wieść, iż Łajdacki Kraniec jest częścią olbrzymiego Cesarstwa Gospar, które traktowało tę krainę jak śmietnisko wszystkiego, czego nie chciało u siebie. Zsyłało więc na te ziemie najgorsze szumowiny, żeby mieć spokój w swoich cywilizowanych miastach. Przez wieki Cesarstwo robiło wszystko, by uczynić Kraniec kloaką imperium, aż w końcu tak się stało. Nie było gorszego miejsca do życia i łatwiejszego do znalezienia niespodziewanej śmierci. Ludzie robili, co chcieli. Kradli, oszukiwali, mordowali. Nie istniały reguły ani żadne prawa poza jednym: Cesarstwa się nie ruszało! Gospar oznaczał pocztylionów, strażników, kupców i posłów. Ktokolwiek ich tknął lub obraził, ginął w męczarniach.

– Marcus, jak twój nosek? – głos Welesa wyrwał Nilę z zamyślenia.

Zaczepiony łowca milczał, gniewnie zagryzając wargi, za to kamraci zgodnie zarechotali nad jego upokorzeniem. Żniwiarka trwożliwie omiotła ich wzrokiem.

Ośmiu przeciwko niej samej! Żyjącej we własnym świecie Wodniczki nie brała pod uwagę jako sojuszniczki, podobnie jak ledwie poznanego i wrogiego im Dalko. Natomiast Alla była zbyt krucha i delikatna, zaś Sambor najpierw działał, a dopiero potem myślał.

Jechali okratowanym wozem w nieznanym kierunku, otoczeni przez zbirów. Nila nie wiedziała, jak uratować siebie i siostrę. Ba, nawet gdyby okazja do ucieczki sama się im trafiła, dziewczyna nie miałaby dość sił, by wykorzystać szczęśliwy traf. Weles chciał bowiem pozbawiać ją energii za każdym razem, gdy choroba go zaatakuje.

Zrozpaczona Nila ukryła twarz w dłoniach i załkała bezradnie.

Przejęta Alla natychmiast objęła siostrę.

– Ciiii… cicho, będzie dobrze.

– Nie będzie! Nic nas nie uratuje!

Bestiarka rozejrzała się bezradnie, jakby szukała odpowiedzi na te pełne zwątpienia słowa.

– Ciiii… – Spróbowała raz jeszcze.

Żniwiarka szlochała jednak coraz głośniej. Wszystkie jej myśli krążyły bezładnie wokół śmierci, samotności i smutku. I każda z nich, bez wyjątku, miała przerażającą twarz Welesa.

– Ja spróbuję.

Sambor stanowczym gestem odsunął Allę i ciężko usiadł naprzeciwko kwilącej Nili.

– Przestań płakać – powiedział spokojnie. – Wysłuchaj mnie.

Przyjrzała mu się z wahaniem zamglonymi od łez oczyma. Nie był ani przyjacielem, ani sojusznikiem. Nie wierzyła, by rozmowa z nim mogła okazać się pomocna, ale rozpaczliwie szukała czegoś, co pomogłoby jej pozbierać rozbitą na dziesiątki odłamków wolę przetrwania.

– Mogę.

– Słuchaj, zanim mnie znaleźli… – wymruczał cicho – nie byłem sam. Fechtowałem z moim bratem, pamiętasz Tomira.

Nila otworzyła szerzej oczy, a on pokiwał głową zadowolony, że domyśliła się głębszego sensu jego słów.

– Otóż to! Usłyszałem jeźdźców i kazałem mu się schować. Nie widzieli go, więc myślę, że bezpiecznie wrócił do domu.

– Tomir wie, że pojmali cię łowcy? – spytała z nadzieją.

Gdy chłopak skinął twierdząco, Nila niemal zachłysnęła się nagłym uczuciem ulgi.

– Zatem już dawno postawił na nogi całą wioskę. Rodzice ruszą nam na pomoc!

– A niby skąd będą wiedzieli, gdzie nas szukać? – schłodziła ten zapał Alla.

– Będą! – odparł Sambor. – Bo wcześniej, o świcie, poszliśmy nad rzekę na ryby.

– Widzieliście most!

– Tak dobrze, jak teraz ciebie.

– Jeśli Tomir zaniósł wieści do osady… – Alla z namysłem zbierała te rewelacje w jedną całość – wszyscy pojmą, jak można przeprawić się przez Topiel!

Nila zdecydowanym ruchem wytarła łzy. Sambor dał jej nadzieję, której mogła się kurczowo trzymać.

– Rodzice po nas przyjadą, rodzice po nas przyjadą – powtarzała cicho, delektując się brzmieniem tych prostych słów. – Rodzice po nas…

Urwała nagle, napotkawszy smutny wzrok Dalko.

– Ty coś wiesz! Mów! – ponagliła go.

Chłopak westchnął ciężko i zacisnął pięści.

– No… tego… nie mam pojęcia, kim są wasi rodzice, ale ci tam to Okrutni Złotnicy! Najgorsza pod słońcem banda łowców, nie ma większych kanalii. A ten… – Wskazał głową Welesa. – To legenda Łajdackiego Krańca. Szlag! Prawdziwy potwór!

Patrzyli na niego tak, jak gdyby nie zrozumieli nawet jednego słowa. Dalko sapnął zirytowany, a potem wyłożył im to dobitniej:

– Wasi rodzice nie dadzą rady. Weles ich zabije!

Zapadła cisza. Nila opuściła drżące dłonie na suknię.

– Potwór czy nie, oni na pewno będą próbować. Nie zostawią nas. To twardzi ludzie – powiedział po chwili Sambor, nieudolnie udając spokój.

– Tak! Na pewno ruszą za nami! – poparła go Alla.

Nila uśmiechnęła się do obojga z wdzięcznością.

– Nie mają zbyt wiele czasu. – Cichutki głosik wdarł się nagle w ten optymistyczny chór. – Powinni się spieszyć.

Zdumieni, jednocześnie zawiesili wzrok na Wodniczce. W osadzie odzywała się z rzadka, na ogół jednym słowem. Była najbardziej małomównym dzieckiem, jakie znali. A tym razem wygłosiła całą przemowę.

– Dlaczego? – zapytał nieświadomy powodów ich osłupienia Dalko.

Dziewczynka odgarnęła mokre włosy z oczu i drobnym paluszkiem wskazała chmury, z których deszcz lał się rzęsistymi strugami.

– Pada bez przerwy od kilkunastu godzin – wyjaśniła. – Jeszcze dzień lub dwa i rzeka znów zatopi most. Wtedy nikt już po nim nie przejedzie.