Nieposłuszeństwo - Frédéric Gros - ebook
Opis

Buntujmy się!

Frédéric Gros wzywa nas do nieposłuszeństwa. Autor zagłębia się w myśl filozoficzną Foucaulta, Montaigne’a, Kartezjusza czy Kanta, cytuje Dostojewskiego, św. Łukasza i św. Mateusza. Sięga głęboko w historię, do antyku i omawia postać Antygony, która jest zarazem symbolem nieposłuszeństwa wobec Kreona i posłuszeństwa wobec podstawowego porządku rodziny. Pisze o Thoreau, który odmawiał płacenia podatków.

Frédéric Gros omawia także aktualne wydarzenia, które jego zdaniem wskazują na rodzenie się nowych form nieposłuszeństwa: demaskatorzy (sprawa Snowdena), zbiorowe protesty (Okupuj Wall Street, parasolowa rewolucja w Hongkongu).

„Potwory istnieją, ale jest ich niewiele, choć spośród nich sporo jest naprawdę niebezpiecznych; te, które są bardziej niebezpieczne to zwykli ludzie, urzędnicy służby cywilnej, gotowi wierzyć i słuchać bez dyskusji.”

Cytat z Primo Levi’ego przywołany w tej książce jest punktem wyjścia do rozważań w obliczu tej potwornej zagadki polityki, jaką jest nasza zdolność do zgody na to, co nieakceptowane, do znoszenia narastającej nieprzyzwoitości świata. Żeby zrozumieć, dlaczego jesteśmy posłuszni, trzeba najpierw umieć od siebie odróżnić podległość, konformizm, zgodę, zobowiązanie, podporządkowanie… Dopiero wtedy będziemy mogli zrozumieć rozmaitość form nieposłuszeństwa: bunt, powstanie, obywatelskie Nieposłuszeństwo, dysydentyzm obywatelski.

Ambicją tej książki jest podważenie, demistyfikacja wszelkich racji zdających się przemawiać za posłuszeństwem i pokazanie, że u źródeł podmiotowości politycznej leży właśnie zdolność do nieposłuszeństwa. Chociaż teorie wychowania długo głosiły, że człowieczeństwo rodzi się w człowieku dzięki posłuszeństwu – Nieposłuszeństwo oznaczało zaś, że górę wzięła w nim anarchiczna dzikość – historia XX wieku dostarcza nam przeciwnych przykładów: posłusznych potworów. Wystarczy przypomnieć sobie proces Eichmanna albo doświadczenia Milgrama. Czy w tych okolicznościach Nieposłuszeństwo nie jest jedynym sposobem wymyślenia człowieczeństwa od nowa?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 232

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Z najnowszych (i nie zawsze oczywistych) dziejów buntu w Polsce

Gorliwy katolik ginie w powodzi. Stając na sądzie ostatecznym, robi Bogu wyrzuty. „Ja się tyle modliłem o ocalenie i nic. Nie uratowałeś mnie, Panie!”. „Ja cię nie uratowałem? – protestuje Stwórca. – Trzy razy wysyłałem ratowników. A ty ich za każdym razem odprawiałeś, bredząc jak nawiedzony: «Nie jadę z wami. Czekam, aż mnie Pan Bóg uratuje»”

Ta dykteryjka przypomina się za każdym razem, gdy słyszę narzekania na to, że w dzisiejszych czasach ludzie się nie buntują. A słyszę je w zasadzie, odkąd pamiętam. Opowieść o bezwolnym, obojętnym i oportunistycznym człowieku naszych czasów dominuje od lat. Takie przekonanie mi zgrzyta, bo niemal codziennie widzę dookoła cały szereg aktów niezgody. Dużych i małych. Pryncypialnych albo emocjonalnych. Czasem głośnych, a innym znów razem zupełnie anonimowych. Wymierzonych zarówno przeciw władzy w sensie politycznym (rząd, administracja), jak i w kontrze do opresji ekonomicznej (pracodawca, wierzyciel). Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej wydaje mi się, że problem leży gdzie indziej. Prawdopodobnie nie chodzi wcale o to, że nieposłuszeństwa jest dziś w Polsce, czy na świecie, zbyt mało. Raczej zwyczajnie zbyt wielu z nas nie potrafi tego buntu dostrzec, nazwać i docenić. Dzieje się tak dlatego, że różne grupy lubią sobie prawo do prawdziwego buntu zawłaszczać. Ogłaszać, że tylko ich nieposłuszeństwo jest nieposłuszeństwem właściwym. A „tamci” to buntownicy fałszywi, nieprawdziwi i poprzebierani. Zanim dowiecie się, jak z tym problemem mierzy się Frédéric Gros, pozwólcie, że zapoznam was z najnowszymi dziejami polskiego buntu. Bo to w końcu z tej perspektywy większość polskich czytelników Nieposłuszeństwa będzie śledzić wywody wybitnego francuskiego filozofa.

Rok 2012, Dolny Śląsk. Działający w specjalnej strefie ekonomicznej podwykonawca koreańskiego producenta sprzętu AGD zwolnił z pracy Krzysztofa Gazdę, który próbował zorganizować w firmie strajk. Warto zaznaczyć, że organizacja legalnego strajku w Polsce to nie jest przyjemny wiosenny spacerek. Najpierw trzeba w ogóle uświadomić sobie, że coś takiego jak „protest pracowniczy” jest możliwe. Potem należy przełamać strach i opory większości załogi, która w sensowność strajku zazwyczaj nie wierzy. Zwłaszcza w miejscach takich jak specjalne strefy ekonomiczne, które w III RP stały się rodzajem obszarów eksterytorialnych wyjętych spod obowiązującego w Polsce prawa pracy. Wielu tamtejszych pracowników nie wie nawet, kto właściwie ich zatrudnia. Teoretycznie wszystko jest jasne – montują pralki i kuchenki, które potem sprzedawane będą pod znanym na całym świecie logo globalnego koncernu. Ale w praktyce są zazwyczaj wypożyczani na godziny przez agencję pracy tymczasowej, która współpracuje nie z samym koncernem, ale jego podwykonawcą. Lub podwykonawcą podwykonawcy spółki córki. Przeciwko komu się więc buntować?

Wróćmy do strachu. Zanim działalność pracowniczą uda się zalegalizować, trzeba podjąć „dialog” z pracodawcą, który zazwyczaj dialogować nie zamierza. Taki pracodawca jest bowiem przekonany, że skoro to on daje pracę, to jedynym sygnałem, jaki powinien otrzymywać ze strony pracownika, jest głęboka wdzięczność, a nie jakieś postulaty zmiany czy, uchowaj Boże, poprawy istniejącego stanu rzeczy. Zazwyczaj więc zbuntowany pracownik nie jest przez pracodawcę witany kwiatami. Prędzej szykanami. W praktyce taki śmiałek musi przygotować się na strzał. Broń jest doskonale znana – to artykuł 52. polskiego Kodeksu pracy, czyli zwolnienie dyscyplinarne, a w nim niezwykle pojemny paragraf 1, mówiący o ciężkim naruszeniu „podstawowych obowiązków pracowniczych”. Problem polega na tym, że dla wielu polskich pracodawców już sam fakt prowadzenia działalności związkowej jest takim naruszeniem. Zgodnie z prawem pracodawca chcący zwolnić chronionego działacza musi poprosić związek o zgodę. Ale jeśli tej zgody nie dostanie, to… i tak może strzelić z artykułu 52. Wtedy do gry wchodzi sąd pracy, który wyda wyrok za rok albo półtora. Dla pracodawcy to przecież żaden problem. Dla pracownika – dramat. Jeśli więc postawić naprzeciwko siebie pracownika i pracodawcę, to w dziewięciu przypadkach na dziesięć wygra ten silniejszy. Słabszy nie wytrzyma, podda się, ugnie albo odejdzie.

Wszystko to nie sprawia jednak, że ludzie się nie buntują. Przeciwnie. Mówią „nie” z imponującą regularnością. Tak właśnie postąpił Krzysztof Gazda. Najpierw przez kilka miesięcy starał się, wspólnie z koleżankami i kolegami z pracy, nawiązać dialog z pracodawcą. Pracownice i pracownicy domagali się między innymi sprawiedliwej ewaluacji pensji, przestrzegania zasad bezpieczeństwa w zakładzie czy zaprzestania redukcji połączeń autobusowych, którymi dojeżdżali do pracy. Najpierw pisali podania i prośby, później, kiedy to nie skutkowało, weszli w spór zbiorowy z pracodawcą. Nic nie było w stanie skłonić zarządu fabryki do przystania na żądania związkowców. Po wykorzystaniu wszystkich możliwości związek zdecydował się na przeprowadzenie referendum strajkowego. Wtedy Gazda, mimo że prowadził spór zbiorowy i był z tego tytułu chroniony, został dyscyplinarnie zwolniony – pracodawca nie miał do tego prawa. W odpowiedzi od maszyn odeszła większość pierwszej zmiany. Pracodawca dokonał lokautu i zwolnił 24 osoby. W samej strefie doszło do kilku akcji solidarnościowych. Interweniowali też wynajęci przez pracodawcę prywatni ochroniarze.

Zanim Gazda stanął przed sądem pracy, minął rok. Pracował wtedy dorywczo w Czechach, ale jak mówił, nie udało mu się znaleźć lepszej pracy niż ta, z której został wyrzucony. Półtora roku później zapadł wyrok pierwszej instancji. Zgodnie z decyzją sądu koncern miał przywrócić związkowca do pracy, wypłacić mu odszkodowanie za cały okres pozostawania bez zatrudnienia oraz pokryć wszystkie koszty procesowe. Były pracodawca zdecydował się jednak kontynuować spór przed sądem. Wyrok pozostał nieprawomocny i nie mógł być wykonany do czasu rozpatrzenia apelacji złożonej przez pracodawcę. Wiosną 2014 roku – prawie dwa lata od czasu swojego zwolnienia – Krzysztof Gazda zmarł. Od jego znajomych dowiedziałem się, że popełnił samobójstwo.

To bardzo smutna historia. Ale bunt i nieposłuszeństwo to nie są przecież tematy wesołe. Ta opowieść rzadko kończy się zdaniem „żyli długo i szczęśliwie”. Jednak jeszcze częściej niż tragicznie, bunt przebiega i finiszuje niezauważony. To właśnie gorzkie dziedzictwo minionych trzech dekad polskiej niepodległości. Sytuacja jest paradoksalna. Nie byłoby przecież III RP, gdyby nie bunt Solidarności – wielki akt pracowniczego nieposłuszeństwa, który szybko obrósł postulatami natury politycznej. Solidarność osiągnęła swój cel i komuniści najpierw niezależny samorządny związek zawodowy zalegalizowali, a później nawet podzielili się władzą z jego przedstawicielami. Jednocześnie natychmiast po sukcesie solidarnościowego nieposłuszeństwa solidarnościowe elity ogłosiły, że teraz już buntować się nie należy. To niemal dokładne powtórzenie gestu Edwarda Gierka zawierającego z robotnikami słynny pakt o nieagresji przypieczętowany hasłem „No to jak towarzysze, pomożecie?”. W jego przemówieniu pobrzmiewały z kolei echa wystąpienia Władysława Gomułki z 1956 roku, gdy przywrócony do władzy poparciem mas I sekretarz powiedział zebranym na Placu Defilad czterystu tysiącom: „Dość wiecowania i manifestacji, czas przejść do codziennej pracy”.

Ojcowie założyciele III RP zrobili to samo. Ogłosili wszem i wobec, że ich walka była słuszna i uzasadniona, ale od teraz kolejni buntownicy to już warcholstwo. W internecie łatwo znaleźć poruszający film dokumentalny pokazujący desperacką okupację Ministerstwa Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej przez NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” wiosną roku 1990. To pierwsze zorganizowane wystąpienie przeciwko logice przemian zaproponowanych przez rząd Tadeusza Mazowieckiego i wicepremiera Leszka Balcerowicza. Solidarnościowy rząd wysłał policję, by siłą usunęła z gmachu solidarnościowych demonstrantów. Jeszcze rok wcześniej taki gest spotkałby się z powszechnym potępieniem dawnej opozycji w odruchu zdrowego, pożądanego buntu. W połowie 1990 był już jednak wrogim aktem nieposłuszeństwa.

Być może najbardziej tragiczną figurą tego odwiecznego dylematu jest postać Jacka Kuronia – dysponującego ogromnym autorytetem społecznym legendarnego buntownika i więźnia politycznego (już od lat 60.). W roku 1989 ten sam Kuroń poparł plan Balcerowicza i gasił ogniska oporu. Angażował się między innymi w poparcie dla nowej Ustawy o związkach zawodowych, która ostatecznie została uchwalona w roku 1991. Ustawa ta nosiła wszelkie znamiona klasycznego prawa antystrajkowego. Aby strajk był legalny, musiał zostać ogłoszony przez oficjalny związek zawodowy i spełniać mnóstwo proceduralnych warunków. To wykluczało w zasadzie strajk jako autentyczne zjawisko psychospołeczne, odruch oburzonej załogi. Gdyby takie przepisy obowiązywały w 1980 roku, nigdy nie doszłoby do buntów pracowniczych w Stoczni Gdańskiej.

A jednak w III RP dochodziło do buntów. I to niezwykle różnorodnych. Pod koniec lat 90. zaczęły przybierać na sile protesty rolników. Pierwsza duża fala to rok 1999 i słynna bitwa pod Bartoszycami, położonym na Mazurach miasteczkiem, które w czasach PRL urosło do rangi lokalnego ośrodka przemysłowego. To w takich miejscach najszybciej dało się odczuć społeczne skutki Balcerowiczowskiej transformacji. Pod koniec lat 90. bezrobocie wynosiło tam trzydzieści procent. Jednocześnie rosła frustracja rolników, którzy – pozbawieni narzędzia w postaci strajku – próbowali zwrócić uwagę na swój los blokadami dróg. Jedna z prób rozbicia takiej blokady przez policję spotkała się z oporem chłopów oraz okolicznych mieszkańców. Rannych zostało kilkuset policjantów i demonstrantów. Jeszcze ostrzej było w latach 2003–2004. Tylko przez dziesięć dni lutego 2013 (od trzeciego do trzynastego) doszło w Polsce do ponad 700 wystąpień chłopskich, w których uczestniczyło prawie 50 tysięcy osób. Przeciwko buntownikom użyto gumowych kul i armatek wodnych.

Pomyli się również ten, kto będzie dowodził, że w III RP nie protestowali robotnicy. Przeciwnie – ich opór trwał i pogłębiał się przez cały okres trwania polskiej wolności. Nie widać tego jednak w większości statystyk. Ale to dlatego, że statystyki (choćby te Głównego Urzędu Statystycznego) nakierowane były na wychwytywanie buntów dużych, takich jak te „solidarnościowe” z lat 80. Rodzący się polski kapitalizm w połączeniu ze wspomnianym już antystrajkowym ustawodawstwem i gwałtownym spadkiem uzwiązkowienia (związki zniknęły wraz ze zmniejszeniem sektora publicznego, a w prywatnym nie dano im szans w ogóle zaistnieć) sprawiały, że natura buntu ulegała przeobrażeniom. Zmieniała się, bo musiała. Pojawiły się więc nowe formy mówienia „nie”. Już nie tyle strajki, co rozproszone wystąpienia przeróżnych grup społecznych. Wspomniane niepokoje w specjalnych strefach ekonomicznych. Protesty, nierzadko dramatyczne, handlarzy przeciwko zamykaniu bazarów i budowaniu hipermarketów. Prawdopodobnie pierwszy taki bunt straganiarzy miał miejsce w Lesznie, w roku 2000, kiedy miasto zdecydowało się odsprzedać teren tradycyjnego targowiska holenderskiemu inwestorowi. Handlarze podjęli wtedy desperacką próbę okupacji placu budowy. Usuwały ich stamtąd połączone siły policji i prywatnych firm ochroniarskich. Nocą buntownicy wracali i zasypywali wykopy. W kolejnych latach takich bitew o przestrzeń handlową było więcej – to oczywista konsekwencja ofensywy inwestycyjnej, którą podjęły w Polsce zachodnie koncerny handlu detalicznego. Aby ich biznes miał sens, musieli pozbyć się konkurenta w postaci rodzimych straganiarzy i handlarzy. Najbardziej znanym i dramatycznym wydarzeniem była likwidacja Kupieckich Domów Towarowych w Warszawie w roku 2009, która zakończyła się zamieszkami transmitowanymi przez telewizję. Niestety opinia publiczna (wraz z rządzącymi) nie wykazała zbyt dużego zainteresowania losem i argumentami buntowników. Dominowało przekonanie, że wypychanie handlarzy z centrów miast to nieuchronny proces „cywilizowania przestrzeni miejskiej”. Logika tych zdarzeń jest bardzo podobna do zjawiska zwanego w socjologii gentryfikacją, którą zdefiniować można jako „uszlachetnienie przestrzeni miejskiej”. Gentryfikacja idzie zazwyczaj w parze z wypieraniem przedstawicieli klas niższych z najbardziej smakowitych, z punktu widzenia deweloperów, działek czy budynków mieszkaniowych w mieście. Bunty ofiar gentryfikacji to kolejny – znany raczej tylko wtajemniczonym – obrazek z dziejów nieposłuszeństwa III RP. Przebijały się one do ogólnej świadomości dopiero wtedy, gdy dochodziło do tragedii – takiej jak śmierć aktywistki miejskiej i ofiary warszawskiej reprywatyzacji Jolanty Brzeskiej.

Inny nieoczywisty (a dla wielu pewnie kontrowersyjny) bunt społeczny w Polsce to protesty kibicowskie. Do ich kulminacji doszło przy okazji Euro 2012, zwłaszcza w czasie poprzedzającej to wydarzenie modernizacji stadionów, której towarzyszyło zaostrzenie rygorów bezpieczeństwa. Cała akcja miała polityczne błogosławieństwo sporej części sceny politycznej i klasy średniej, które chciały wymieść ze stadionów „stare”. Miało to być powtórzenie manewru z Thatcherowskiej Anglii, gdzie na przełomie lat 70. i 80. stacje telewizyjne i inwestorzy dostrzegli w piłce rynkowy potencjał. Miało być widowisko, więc potrzebni byli aktorzy. Z piłkarzami jakoś poszło – można ich przecież ubrać i uczesać. Ale co zrobić z zaniedbanymi stadionami? Z przedstawicielami klasy robotniczej, stłoczonymi na legendarnych „stojących trybunach”? Najlepiej się ich pozbyć. Albo przy pomocy wysokich cen biletów, albo zaostrzenia środków bezpieczeństwa. A najlepiej jednego i drugiego razem.

Polscy modernizatorzy nie docenili przeciwnika. Myśleli, że mają do czynienia z bezładną masą, której jedyną bronią jest agresja. Tymczasem w wielu miejscach kibole potrafili się zorganizować, tworząc nawet coś w rodzaju „ruchu społecznego”. Buntu świadomego swych celów i zdolnego do wywierania wpływu nawet na świat politycznych czy biznesowych decydentów. Dobrym przykładem był wielomiesięczny „strajk” kiboli Legii przeciwko decyzjom (podwyżki cen biletów i zaostrzenie stadionowych rygorów) nowych właścicieli klubu. Stosunek do tamtego protestu przypominał schematy, według których przez lata oceniano w Polsce protesty związkowe. „Partykularyzm i warcholstwo” – oceniały wyrażające punkt widzenia elit media głównego nurtu. Niewielu umiało dostrzec polityczny pragmatyzm kibicowskich stowarzyszeń w (skutecznej) walce o swoje.

Przykłady można mnożyć. W zasadzie każdy kolejny rok przynosi kolejne przejawy buntu. Przed 2015 były to marsze niepodległości i demonstracje smoleńskie skierowane przeciwko symbolicznej dominacji liberalnego paradygmatu w przestrzeni publicznej. Ostatnio role się odwróciły, a czarne protesty czy akcje zapalania świec w obronie niezależnego sądownictwa pokazały wyraźnie, że nie ma czegoś takiego jak monopol na bunt. Nieposłuszeństwo jest prawem człowieka. Prawem, wobec którego liberał, konserwatysta czy lewicowiec są równi niczym wobec śmierci. Potwierdzają to wydarzenia zagraniczne. Wściekłość amerykańskich liberałów na poczynania prezydenta Trumpa. Bunt żółtych kamizelek we Francji w obliczu politycznych posunięć liberalnego prezydenta Emmanuela Macrona. Albo wielusettysięczne bunty w Wenezueli. I to organizowane zarówno przez przeciwników władzy, jak i tych, którzy obawiają się powrotu tamtejszych liberałów i w swym buncie solidaryzują się z następcami Hugo Cháveza.

O buncie i nieposłuszeństwie wokół nas można więc powiedzieć, że… jest. Jedyne, co warto w tej sytuacji doradzić to więcej tolerancji dla buntu. Zwłaszcza dla nieposłuszeństwa, które irytuje nas, bo nie jest naszym nieposłuszeństwem.

Rafał Woś,

publicysta „Tygodnika Powszechnego”. Jego najnowsza książka to Lewicę racz nam zwrócić Panie.

Dla Gérarda Mordillata, po bratersku

Zaakceptowaliśmy nieakceptowalne

Potwory istnieją, ale jest ich za mało, aby mogły naprawdę stać się zagrożeniem. Dużo niebezpieczniejsi są funkcjonariusze gotowi uwierzyć i wykonywać rozkazy bez zadawania pytań.

Primo Levi

W ramach wstępu przytoczę – nieco przewrotnie – prowokacyjne stwierdzenie Howarda Zinna1: problemem nie jest nieposłuszeństwo, problemem jest posłuszeństwo2. Pobrzmiewa w nim echo słów Wilhelma Reicha: „Prawdziwą zagadką jest nie to, dlaczego ludzie się buntują, ale dlaczego się nie buntują”3.

Powodów, by przestać akceptować obecny stan świata, jego katastrofalny rozwój, jest niemal zbyt wiele. Wymienienie ich wszystkich sprowadziłoby się do litanii okropieństw.

Ograniczę się do trzech, czterech najpoważniejszych problemów, które od dawna powinny nas skłaniać do nieposłuszeństwa, także teraz, gdy wyraźnie na naszych oczach się nasilają.

Tymczasem nic się nie dzieje, nikt – albo prawie nikt – się nie buntuje.

Pierwszy problem to oczywiście pogłębianie się różnic społecznych, nierówności majątkowych. Przewidywania Marksa dotyczące skrajnej pauperyzacji coraz bardziej się urzeczywistniają4, jakby globalizacja umożliwiła wreszcie rozwinięcie się kapitalizmu nieokiełznanego i totalnego, którego skutkiem jest konstytuowanie się nieprzytomnie bogatej elity, mniejszości duszącej się pod ciężarem swoich fortun, w przeciwieństwie do 99% biedaków resztkami sił wlokących za sobą swoje długi. Doskonale komplementarnym spiralom ubożenia klas średnich i wykładniczego bogacenia się mniejszości świetnie służą nowe technologie, niwelujące rezultaty opóźnienia, „tarcia”5, które dotąd utrzymywało rozsądną równowagę. Proces przyspiesza, rozpędza się. Racjonalność aktuarialna, racjonalność „ubezpieczeń” (zimnego rachunku ryzyka) zmusza wszystkich do płacenia pieniędzmi, których nie mają. Stoi za nią arytmetyczna, zimna oczywistość, która małym kosztem czyści sumienia gospodarczych mocodawców i wszystkich tych, którzy dzierżąc w dłoni kolejną długą listę zwolnionych pracowników, mówią z poniżającą pobłażliwością: „Cóż poradzić, to bardzo przykre, ale liczby to liczby, z rzeczywistością liczb się nie dyskutuje”.

Tyle tylko, że „rzeczywistość” liczb, poza umocowaniem w tak bezlitosnych sumieniach, jest niedostępna6. A może raczej: rzeczywistość liczb to rzeczywistość potwornych i nieubłaganych skutków. Kiedy równania stają się dla nas autorytetem, a tabelki Excela głosem wyroczni, przed którą pokornie chylimy głowy, z góry usprawiedliwiamy rozpacz i wykluczenie społeczne, niemożność związania końca z końcem, nędzę i bankructwo. Wszystko dzieje się w zgodzie z żelaznymi prawami ekonomii, z niepodważalną „rzeczywistością” równań: liczby to liczby.

Co to za rzeczywistość? Niezduszona rzeczywistość solidarności jednostek, elementarnego poczucia sprawiedliwości, idei dzielenia się z innymi. Nierzeczywistość ludzkiego cierpienia, o której liderzy i dyrektorzy – obojętni i wyrachowani – zapominają, którą zatajają, ukrywają sami przed sobą za zasłoną statystyk wydrukowanych na błyszczącym papierze.

Jakie stoi za tym „wyższe” prawo? Ja widzę przede wszystkim bezwstydną chciwość. Gdzie opatrzność, na którą się powołują? Gdzie nieuchronna konieczność? Rozumiem, że władza i pieniądz mogą, jeśli tylko dać im okazję, stać się przedmiotem kultu. Kiedyś w demonstracyjnej nabożności dyrektorów firm widziałem hipokryzję. A jednak nie. Cynizm osiągnął wyższy poziom, niemal niebiański, na którym nie sposób go oddzielić od szczerości. Prawa ekonomii i boskie dekrety są do siebie podobne, pływają w mglistej transcendencji, mieszają się w niej, tak że jedne i drugie zdają się nieuchronne i obowiązujące wszystkich bez wyjątku, jak pogoda albo śmierć. Do tego stopnia, że uprzywilejowani beneficjenci obecnego porządku świata – wyróżniający się na tle mas, których jedynym losem jest p r z e ż y c i e– mogą tylko pokornie przyjąć swój status. Wmawiamy sobie, że cały ten obłęd – niedorzeczna potworność nierówności – musi mieć wyższe wyjaśnienie, co najmniej teologiczno-matematyczne, i jest jedynie powierzchowny. Oto bezlitosna funkcja wprowadzania matematycznych formalizmów do ekonomii: rozgrzeszyć tego, kto zgarnia profity. Nie, nie jest mendą i ciemiężcą, przez którego umierają ludzie, ale pokornym sługą praw, których nienaruszalność i złożoność umyka większości śmiertelnych. Już słyszę głosy przepłacanych dyrektorów i sportowców-milionerów, którzy tak łatwo uciszają swoje sumienia: „Przecież nie żądałem tego horrendalnego wynagrodzenia, zaproponowano mi je! Widocznie na nie zasługuję”. Niech więc powiedzą wyzyskiwanym robotnikom, że oni też zasługują na swoje pensje: są niedopłacani, bo są podludźmi.

Podwójny proces bogacenia się bogatych i zubażania się ubogich prowadzi do stopniowego upadku klasy średniej7. Arogancja albo rozpacz: jest coraz mniej stanów pośrednich między życiem bogaczy, żądających ze swoich wyściełanych foteli ciągłego zwiększania wartości akcji, a losem biedaków, którym tnie się pensje, tak że niedługo przestaną im wystarczać, już nie mówię: na życie, ale nawet na spłatę długów. Na życie zostaje bardzo mało, kiedy już się spłaci banki. Kruszą się najbardziej elementarne zasady solidarności. Znika rzeczywistość relacji międzyludzkich i w pozłacanych gabinetach ospałych, rozlazłych dyrektorów nie zostaje nic prócz Boga i równań, podczas gdy reszta świata walczy o okruchy. Wraz z zanikiem klasy średniej zatraca się wspólny świat – ideały służenia ogółowi i dobra publicznego zawsze miały na celu podtrzymanie spójności klasy średniej, która narzucała ograniczenia zarówno skrajnemu ubóstwu, jak i skrajnemu bogactwu i stanowiła, jak pisał ponad dwadzieścia wieków temu Eurypides w swoich Błagalnicach, o możliwości demokracji8.

A jednak to rozwarstwienie nie wznieca nienawiści politycznej ludu przeciwko bogaczom. Ponieważ kondycja najbardziej uprzywilejowanych budzi przede wszystkim gorzkie pragnienie upodobnienia się do nich, ponieważ duma ubogich, karmiona nadzieją przyszłej zemsty, ustąpiła miejsca wstydowi, ponieważ propagowane wszędzie przesłanie jest takie, że jedyny sens życia tkwi w konsumpcji aż do przesytu, w rozpłynięciu się w teraźniejszości, w łatwych przyjemnościach. Z tych powodów, i z jeszcze innych, słuszna złość większości ciemiężonej przez mniejszość wyraża się jedynie w nienawiści do drobnych wyzyskiwaczy i w lęku przed drobną przestępczością.

Tempo bogacenia się posiadaczy rośnie, nakręca się spirala deklasacji. Bogactwo możnych stało się niewyobrażalne, a troska o to, skąd pożyczyć do pierwszego – tyle że dziś zadłużenie obejmuje kolejne dziesięć, dwadzieścia lat – nie ma żadnego odpowiednika w życiu wyższych klas, którym sen z powiek spędzają tylko w a h a n i a gigantycznych zysków. Mówienie o „niesprawiedliwości” stało się przestarzałe. Żyjemy w nieprzyzwoitych czasach. Uposażenia dyrektorów korporacji, apanaże gwiazd-sportowców, gaże artystów stały się o b s c e n i c z ne. Nierówności osiągnęły punkt, w którym jedynie założenie istnienia d w ó c h   l u d z k o ś c i może je uzasadnić.

Drugi nieznośny rys współczesnego świata to stopniowa degradacja środowiska. Powietrze, ziemia i jej płody: wszystko jest zanieczyszczone, tak brudne, że zaczynamy się dusić. Zawsze definiowaliśmy przyrodę poprzez zdolność do odnowy, do powtarzania tego samego. Mówiliśmy: wytwory kultury zużywają się, starzeją, przemijają, jednak przyroda to w swej istocie wiosna. Tu wszystko wciąż zaczyna się od nowa. Wieczny powrót tego samego, nieustający nowy początek, magiczne odradzanie się tych samych form, niezmienna świeżość. W Antygonie chór śpiewa o niestrudzonej matce ziemi9. Teraz jednak matka ziemia jest zmęczona. Dwudziesty pierwszy wiek będzie czasem wyczerpania i pustynnienia. Wyjałowionych ziem, zużytych zasobów, spustoszonych złóż. Ludzkość stawia przyrodzie pytanie o jej granice.

Hans Jonas w swojej Zasadzie odpowiedzialności10 zastanawiał się nad kwestią nieodwracalności. Przez wieki my, wątli śmiertelnicy, dzięki technice broniliśmy się przed przyrodą. Ale nasze możliwości techniczne rozwinęły się tak bardzo, że teraz wpływamy nie tylko na zewnętrzne cechy przyrody, lecz także na same podstawy życia – najlepszym przykładem są modyfikacje genetyczne. Wprowadzamy nieodwracalne zmiany, bawimy się w uczniów czarnoksiężnika. Po raz pierwszy przyroda jawi się jako krucha, podatna na zranienie. Przez wiele stuleci technika chroniła nas przed przyrodą. Teraz to przyrodę trzeba chronić przed techniką. Ale dziś, niemal pół wieku po rozważaniach Jonasa, problemem nie jest już szkodzenie przyrodzie, lecz jej w y n i s z c z e n ie: warunki „odradzania się” zasobów naturalnych i żywych gatunków nie są już spełniane, cykl odnowy został przerwany. Grozi nam koniec wiosen.

Ostatni z problemów, niewątpliwie nasilający dwa poprzednie, wiąże się ze współczesnym procesem wytwarzania dobrobytu. To, co zwiemy „kapitalizmem”, jest rozproszone, złożone i wielokształtne. Niemniej nie ulega wątpliwości, że od kilku dziesięcioleci mamy do czynienia z nowym kapitalizmem: trybem wytwarzania dobrobytu dzięki zadłużeniu i spekulacjom, który ośmiesza pracę (pensja jest dobra dla biedaków), zużywa siły i pochłania czas. To niezupełnie tak, że pędzimy wk i e r u n k u przepaści – czy nawet ściany – sam pęd j e s t przepaścią. Bogacimy się kosztem przyszłych pokoleń.

Ten świat, z jego bezdennymi nierównościami, wyczerpywaniem naturalnych zasobów, samobójczym pędem naprzód, ten świat, który zostawimy przyszłym pokoleniom w ohydnym spadku, jest nasz. Kiedy mówię „nasz”, to nie tylko po to, by odróżnić dziś od wczoraj. Przez „nasz” rozumiem świat, który zbudowaliśmy, na którego rozwój godziliśmy się przez wiele dziesiątków lat i który zostawimy kolejnym pokoleniom. A one będą na nas patrzeć jak na obłąkanych, śmiertelnie nieodpowiedzialnych egoistów.

Dlaczego tak długo milczeliśmy, dlaczego w obliczu nieuchronności katastrofy jeszcze dziś siedzimy z założonymi rękami i już nawet nie ze spuszczonym wzrokiem, lecz uparcie patrząc w bok? Dlaczego pozwoliliśmy, żeby to się działo, dlaczego byliśmy biernymi widzami dramatu?

Ta książka stawia pytanie o nieposłuszeństwo, w y c h o d z ą c   o d   p y t a n i a   op o s ł u s z e ń s t wo, ponieważ nieposłuszeństwo, w obliczu absurdu, irracjonalności biegu tego świata, jest czymś oczywistym. Wymaga niewielu wyjaśnień. Dlaczego mamy być nieposłuszni? Wystarczy otworzyć oczy. Nieposłuszeństwo jest do tego stopnia uzasadnione, normalne, że tym, co szokuje, jest właśnie brak reakcji, bierność.

Dlaczego jesteśmy posłuszni i przede wszystkim: jak jesteśmy posłuszni? Potrzebujemy stylistyki posłuszeństwa, inspirującej stylistykę nieposłuszeństwa. Trzeba zredefiniować różnice między podległością, zgodą, konformizmem: rozróżnić prawo do oporu, sprzeciw sumienia, powstanie itd.

Dużo napisano o krytyce demokracji11. Ta książka broni pojęcia d e m o k r a c j i   k r y t y c z n ej. Demokracja to coś zgoła innego niż forma instytucjonalna charakteryzowana przez „dobre” praktyki czy procedury, inspirowana obroną wolności, akceptacją różnorodności, szacunkiem dla rozporządzeń większości. Nawet jeśli m u s i   t y m   b yć, demokracja oznacza też napięcie etyczne w sercu każdego, wymóg kwestionowania polityki wciąż od nowa, działania publiczne, uczestniczenie w świecie jako j ap o l i t y c z ne, które kieruje się zasadą uniwersalnej sprawiedliwości i przede wszystkim nie jest zwykłym „publicznym obrazem” ja przeciwstawionym ja wewnętrznemu. Trzeba przestać mylić to, co publiczne, z tym, co zewnętrzne. Ja publiczne to nasza wewnętrzność polityczna. To zdolność osądu, umiejętność myślenia, władza krytyczna, które w sobie nosimy. To miejsce w nas, z którego wypływa niezgoda na przyjęte pewniki, na konformizm społeczny, na myślowe gotowce12.

Ów potencjał ja politycznego pozostaje jednak jałowy, bezproduktywny, jeśli nie jest wspierany przez wspólnotę, nie wyraża się w działaniu zbiorowości, o którym zadecydowało wielu i które realizuje jakiś plan na przyszłość. Z kolei bez ja politycznego ruchom nieposłuszeństwa grozi instrumentalizacja, zawłaszczenie, przytłoczenie hasłami i zmianami przywódców.

Ruch, w którym podmiot polityczny uświadamia sobie swój wewnętrzny stan nieposłuszeństwa, będziemy nazywać „dysydentyzmem obywatelskim”.

O powstaniu się nie decyduje. Powstanie porywa zbiorowość, kiedy potencjał wspólnego nieposłuszeństwa staje się wyczuwalny, zaraźliwy, kiedy poczucie, że nie sposób dłużej czegoś znosić, gęstnieje do tego stopnia, że staje się społeczną oczywistością. Zakłada wspólne doświadczenie dysydentyzmu obywatelskiego, od którego nie sposób się uchylić, do którego wezwanie jest nieodparte.

W dobie, gdy „eksperci” chlubią się, że ich decyzje są efektem anonimowych i zimnych statystyk, nieposłuszeństwo jest deklaracją człowieczeństwa.

Ta książka nie mówi o rzeczywistych ruchach społecznych, o różnorodności ich form (ruchy obywatelskiego nieposłuszeństwa, protesty okupacyjne, działania sygnalistów, publiczne kontestowanie prawa, wezwania do powstania) i motywów (ochrona środowiska, sprawiedliwość społeczna, ochrona mniejszości, poszanowanie godności osobistej13). Nie pomija ich, skupia się jednak na analizie, ponad faktycznymi aktami buntu, do jakiego stopnia nieposłuszeństwo może być zwycięstwem nad samym sobą, nad konformizmem i inercją. Ta książka jest próbą zrozumienia, poprzez badanie etycznych warunków podmiotu politycznego, dlaczego tak łatwo jest się zgodzić na beznadziejność obecnego porządku świata i tak trudno mu się sprzeciwić.

1

Odwrócenie potworności

Swoją refleksję nad nieposłuszeństwem chciałbym umiejscowić w perspektywie pewnego zrodzonego w oparach alkoholu „poematu”.

Chodzi mi o historię, którą opowiada Iwan swojemu bratu Aloszy w Braciach Karamazow14. Ta „legenda” – Dostojewski uważał ją za punkt kulminacyjny swojej powieści – zdumiewa. Hannah Arendt15, Albert Camus16 (czy Carl Schmitt, choć oczywiście z zupełnie innej perspektywy17) odczytywali ją jako wielką prowokację pod adresem myśli politycznej.

Poniżej nieco swobodne streszczenie.

Poemat Iwana mówi o powrocie Chrystusa na ziemię. Doktryna chrześcijańska zapowiada jego powrót, ma on być znakiem końca dziejów. Apokalipsa św. Jana głosi, że Chrystus powróci, by zwieńczyć historię świata. Zasiądzie w chwale na tronie, jaśniejący, świetlisty. I podzieli wskrzeszoną ludzkość, wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli, na skazanych na wieczne cierpienia i wybranych, którzy dostąpią jego szczęśliwej i pełnej obecności.

W opowieści Iwana Chrystus powraca, ale można by niemal rzec: pokątnie. Bez trąby apokalipsy, po cichu wślizguje się między sewilczyków. Jest XVI wiek, Hiszpania, czasy inkwizycji. Poranna bryza unosi jeszcze popioły ze stosów, na których dzień wcześniej spalono heretyków.

Chrystus powraca, chodzi, krąży między przechodniami, między mieszkańcami. Milczy, ale sama jego obecność, sam uśmiech, samo spojrzenie zdradzają jego tożsamość: wszyscy od razu go rozpoznają. I niebawem lud gromadzący się wokół Syna Człowieczego, który powrócił pośród swoich, tworzy radosny, rozśpiewany, pełen nadziei tłum. Oto przybyli na plac, przed wejście katedry sewilskiej. Chrystus idzie lekko, roztacza wokół cud swojej obecności, a ludzie płaczą z radości i dziękują mu.

I oto w opowieści Iwana kolejna postać zjawia się na placu. Rozgrywającej się scenie przygląda się chudy starzec, dziewięćdziesięciolatek o szarej twarzy pobrużdżonej zmarszczkami, z oczami, w których skrzy się żar, ubrany w wytarty zakonny habit. Towarzyszy mu święta straż. To Wielki Inkwizytor, i on r o z u m ie. Nie waha się, wydaje rozkazy. Lud, który chwilę wcześniej wiwatował i wychwalał przybycie Pana, nagle cichnie i w zlęknionym milczeniu rozstępuje się przed uzbrojonym oddziałem, i tak na rozkaz starego dominikanina, Wielkiego Inkwizytora, dokonuje się drugie pojmanie Chrystusa. Święta straż prowadzi Syna Człowieczego do więzienia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W debacie na temat obywatelskiego nieposłuszeństwa w 1970 roku H. Zinn powiedział: „Gdy tylko zaczynamy mówić o nieposłuszeństwie obywatelskim, słyszymy, że to poważny problem. Otóż to nie jest żaden problem. Nasz problem to obywatelskie posłuszeństwo! Nasz problem to nieprzebrane masy ludzi na całym świecie, które wykonują rozkazy przywódców i posłusznie idą na wojnę. Nasz problem to milionowe ofiary tego posłuszeństwa. […] Nasz problem polega na tym, że na całym świecie ludzie są posłuszni w obliczu nędzy, głodu, głupoty, wojny i okrucieństwa. Nasz problem polega na tym, że ludzie pozostają posłuszni, gdy więzienia są pełne drobnych złodziejaszków, a najwięksi zbrodniarze rządzą krajem. To jest nasz problem”. Cyt. za: H. Zinn, Ludowa historia Stanów Zjednoczonych: od roku 1492 do dziś, tłum. A. Wojtasik, wstęp A. Domosławski, Warszawa: Krytyka Polityczna 2016, s. 19–20. [wróć]

Esej ten powstał na podstawie wykładów, które wygłosiłem w Instytucie Nauk Politycznych w Paryżu. Dziękuję studentom za ich krytyczne wysłuchanie. Dziękuję też Hélène Monsacré, Amandine Chevreau i Gérardowi de Cortanze za ich wiedzę, czujność i życzliwość, które były dla mnie bardzo cenne przy pisaniu tej książki. [wróć]

Cyt. za: D. Hiez, B. Villalba, Réinterroger la désobéissance civile, w: La Désobéissance civile. Approches politique et juridique, Villeneuve d’Ascq: Presses universitaires du Septentrion 2008, s. 11. [wróć]

B. Maris, Marx, ô Marx, pourquoi m’as-tu abandonné?, Paris: Flammarion 2012, s. XI. [wróć]

Zapożyczam ten termin od Henry’ego Davida Thoreau, który posłużył się nim w Obywatelskim nieposłuszeństwie, tłum. H. Cieplińska, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis 2006, s. 23. [wróć]

Chyba że jest to autystyczna rzeczywistość matematyki, której prawdy są nieubłagane, ponieważ czysto wewnętrzne – tautologiczne, jak powiedziałby Ludwig Wittgenstein. Por. jego Tractatus logico-philosophicus. [wróć]

L. Chauvel, La spirale du déclassement, Paris: Seuil 2016. [wróć]

„Obywateli są trzy grupy: możni, / średniozamożni, którzy pragną więcej, / oraz biedacy, bez środków do życia / […] Z trzech grup środkowa jest dla miast ratunkiem / Trzyma porządek w mieście i go strzeże”, w: Eurypides, Tragedie, t. I, tłum. R. Chodkowski, Lublin: Towarzystwo Naukowe KUL 2017, wersy 238–245, s. 357. [wróć]

Wers 339 francuskiego przekładu mówi o „wiecznej, niestrudzonej Ziemi” (przyp. tłum.). [wróć]

H. Jonas, Zasada odpowiedzialności: etyka dla cywilizacji technologicznej, tłum. M. Klimowicz, Kraków: Platan 1996. [wróć]

Por. J.-M. Donegani, M. Sadoun, Critiques de la démocratie, Paris: P.U.F. 2012. [wróć]

W tym sensie demokracja krytyczna nie jest jednym z wielu ustrojów politycznych, jest etyczną strukturyzacją podmiotu politycznego. Oznacza możliwość, dostępną każdemu, strukturalną, przeciwstawienia się komuś lub czemuś, państwu i instytucjom, nieredukowalną do żadnej psychologii jednostkowego ja, do żadnej metafizyki duszy. [wróć]

Por. na przykład, pośród wielu innych, bardziej szczegółową i różną od przyjętej przeze mnie perspektywę: S. Laugier, A. Ogien, Pourquoi désobeir en démocratie?, Paris: La Découverte 2011; M. Cervera-Marzal, Les Nouveaux Désobéissants, Lormont: Éditions Le Bord de l’eau 2016. [wróć]

Chodzi o rozdział V księgi V, w części drugiej. [wróć]

Pisze o niej w rozdziale Kwestia socjalna swojego eseju O rewolucji, tłum. M. Godyń, Warszawa: Czytelnik 2003. [wróć]

W Człowieku zbuntowanym, tłum. J. Guze, Warszawa: Muza 2002. [wróć]

„Wielki Inkwizytor ma oczywiści rację”, mówił (por. T. Paléologue, Sous l’oeil du grand Inquisiteur: Carl Schmitt et l’héritage de la théologie politique, Paris: Le Cerf 2004). [wróć]