Wydawca: Poligraf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 245 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nieporządna? - Eliza Chojnacka

Przez całe swoje życie starała się być sobą, nikogo nie naśladowała, nie była marną kopią innej osoby. Każdy gest, każde słowo było wpisane w jej życie. Życie pełne wewnętrznego niepokoju, lęku i skrytych marzeń. Wiedziała jednak, że wszystko co robi, zależy od niej. To ona nakreślała kontury swoich dni, to ona wytyczała granicę przyzwoitości. Poprzez swoją szczerość i bezpośredniość nie zjednywała sobie ludzi. Bulwersowała. Była to jednak jej naturalna cecha, którą wypisaną miała na twarzy. Jej wyraz zdradzał myśli, które kłębiły się w umyśle, szukając poprzez literaturę swego ujścia. Ich kształt był widoczny w kolejnych dniach jej życia. I choć słońce dogasało, ona czuła nadal jego promienie. I choć deszcz przestawał padać, ona nadal czuła jego delikatność. I choć akt miłości się kończył, ona nadal czuła pożądanie. Była PRAWDZIWA.

Opinie o ebooku Nieporządna? - Eliza Chojnacka

Fragment ebooka Nieporządna? - Eliza Chojnacka

© Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2012

© Copyright by Eliza Chojnacka

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki: Aleksandra Franków

Fotografia: Paweł Chara Skład: Wojciech Ławski

Podziękowania za pomoc w wydaniu książki dla GBS Banku.

Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet™

www.fortunet.eu

ISBN: 978-83-63506-03-2

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Książkę tę dedykuję mojej ukochanej córce Paulinie

Podziękowania

Chciałabym bardzo podziękować osobom, dzięki którym zaiskrzyła we mnie wiara w ludzi. Moje podziękowania składam Aleksandrze Franków i Pawłowi Charze za wielką pomoc, za metafizyczne zinterpretowanie mojej książki, wyrażone obrazem. Panu Andrzejowi-Ludwikowi Włoszczyńskiemu za opracowanie mojego symbolu graficznego, na który z dumą spoglądam. Moja książka nie powstałaby jednak bez wsparcia moich bliskich, którzy byli przy mnie w chwilach zwątpienia.

Śmierć musi być jak otwarcie drzwi do świetlistego domu i bezgłośny szept.

Wreszcie tu dotarłam, chociaż nie wiem, jak to się stało

VIVIENNE HAIGH-WOOD

Grzechy główne przeplatają się przez treść książki. To one stanowią podstawę naszego życia.

To one wytyczają nam drogę. Jestem grzeszna.

Tak. Ale grzeszni są też ludzie.

ELIZA CHOJNACKA

PROLOG

Na początku powinnam napisać, gdzie się dzieje akcja. Co robi główny bohater książki, jaki jest. A więc rzecz się dzieje w mojej głowie, a głównym bohaterem jestem ja sama. Henry Miller w swojej książce Nexus, napisał: odtąd przez długi czas będziemy żyli wyłącznie we własnych głowach. A to oznacza zniszczenie… samozniszczenie. Autor dalej pisał, że człowiek nie został stworzony do życia czysto umysłowego, lecz powstał po to, by żyć całym swoim jestestwem. W moim przypadku jest trochę inaczej. Wydaje mi się, że moje jestestwo jest moim życiem umysłowym. To moja natura powoduje, że to co w głowie, to w sercu, a to co w sercu, to w życiu. Wydaje mi się, że natura jestestwa u ludzi została zatracona i pogrzebana. Ludzie zapomnieli odkrywać swoje własne wnętrza, za to chętnie przyglądają się naturze innych. Ludzie żyją prawdziwie tylko w snach i marzeniach, niestety nie pozwalają umysłowi się do nich dostać, wolą skupiać swoją uwagę na czymś innym. Gardzę tym, nawet nie starałabym się im pomóc, bo oni przecież tego nie chcą. Chcą obmawiać, ranić i mamić innych, po to, by realizował się ich własny plan o nienawiści. Sposób mojego myślenia wskazuje pewnie na to, że nie jestem osobą, którą warto naśladować. Choć ja sama toleruję swoją postawę do życia, ludzi i nie tylko. I choć staram się nie być pesymistką, przynajmniej ostatnio, to niestety nie zawsze mi się to udaje. Wyrzucam z głowy pewne świństwa, które zżerają mój umysł, kawałek po kawałku. Które męczą mnie, powodując śmierć tego, co we mnie najlepsze. Zgnilizna przesiąka moją dobroć, moje czyste myśli, mój pozytywny stosunek do ludzi i świata. Pozostaje chaos, niechęć, a często obrzydzenie do wszystkiego.

Hipokryzja. Tak, tym się karmimy każdego dnia, a kawałek dajemy swojej rodzinie, pseudoprzyjaciołom. Udajemy świętych, dobrych, życzliwych. A tak naprawdę jesteśmy zwykłymi hienami, które rzucają się na swoją ofiarę, pozostawiając same kości. Gdybyśmy mogli, to zjedlibyśmy jeszcze duszę. Ale dusza na szczęście jest nieśmiertelna. To ona powoduje, że pozostaje jeszcze nadzieja. To jej nie można okiełzać. To ona umyka nam, jest przeźroczysta, nie możemy jej schwytać. Zazdrość, chciwość, zawiść. Tym się wszyscy charakteryzujemy. Jak to w każdym przypadku bywa, są również wyjątki. Taki wyjątek spotkałam na swojej drodze…

Zapach mokrego drewna, zapach pożółkłych książek, zeszytów. To bardzo mnie poruszyło. To odmieniło moje życie. To sprawiło, że uwierzyłam jeszcze w ludzi. Były to zeszyty mojej ciotki. Słynęła ona z nagannego zachowania. To ona bluzgała na lewo i prawo, to ona była wyzywana od nieporządnych, od najgorszych. To ona nie chodziła do kościoła, czytała literaturę, która była przesiąknięta złem, seksem, prawdą. To ta literatura, którą inni gardzą, której nawet nie chcą wziąć do ręki, żeby nie splugawić swojej udawanej czystości. A ona pochłaniała ją tomami, które zawierały historie prawdziwego życia. Opowie ści o pasjonatach istnienia, o artystach, malarzach, o ludziach, którzy nie zawsze mogli pogodzić się z postępowaniem innych.

O ludziach, którzy poprzez bunt wyrażali siebie, a poprzez to, wyrażali całą prawdę o innych. Czytała Kosińskiego, Hłaskę.

I nierzadko nie zgadzała się z ich poglądami. Czytała o Salvadorze Dali, o Isadorze Duncan, o Marii Skłodowskiej-Curie. Poszukiwała rozwiązań. To ona w swojej pogmatwanej osobowości potrafiła przyznać się do grzesznych myśli. Przynajmniej sama przed sobą. Znalazła w sobie siłę, żeby przeciwstawić się czarnej lawinie złych ludzi, którzy chcieli ją wchłonąć. Walczyła z silną depresją, udało się jej zwalczyć chorobliwe lęki, które atakowały ją każdego dnia. To raczej ona będzie główną bohaterką tej książki. Bo to ona odmieniła moje życie. I to ona może odmienić jeszcze czyjeś losy. Jej pamiętniki przypominają, że wszystko, co rodzi się w naszych głowach, nie musi być grzechem. Ona kochając Boga, potrafiła przyznać się do tego, co szarpie jej duszą. Co nie pozwala jej normalnie żyć. To ona zalała seksem wiele kartek, wiedząc równocześnie, jak oddzielić dobro od zła. To była jej religia.

Pamiętniki leżały w starej skrzyni. Jakby chciały się skryć przed codziennością. Tak jakby starając się odnaleźć spokój, czekały na wybawienie któregoś dnia. Ciepły powiew powietrza przez uchylone okno przewracał momentami pożółkłe kartki, które innego dnia wystawione na promienie słońca szukały pozytywnej energii. To one czekały na mnie po to, żeby uwolnić myśli, które był zapisane. Myśli, które były spowiedzią przed sobą i przed Bogiem. Myśli, które były miłe, szalone, jaskrawe, a także te, które były czarne, zachmurzone oraz nieczyste. Plugawe. Takie, które zżerały duszę. Które zostały utrwalone. I tylko siła papieru spowodowała ich przetrwanie. Pamiętniki utworzyły dziwny klimat. Sama nie wiem, czy to przyjemny aromat tuszu, czy cudze myśli spisane na kartkach… Tajemnica wszę dzie. W każdym zakamarku. Lekki stres. Poznać czyjeś myśli? Zabawić się w psychologa? Ukraść czyjeś życie. Zawładnąć czyjąś krainą. Kawałek po kawałku wchłonąć coś, co nie należy do mnie. Coś, co ktoś kochał, coś, co ktoś umiłował. Albo coś, czego ktoś się bał. Co nie dawało komuś żyć. Ukraść czyjś czas. Ukraść czyjąś osobowość. Chwila zawahania… I znowu ciepły podmuch wiatru. Kolejna kartka przeleciała. To tak jakby zapraszała mnie do czytania. To tak jakby prosiła mnie o uwolnienie czyjejś duszy. Jakby chciała podzielić się ze mną czymś, co może uratować czyjeś życie, czyjś czas. To ona mnie prowokowała. To ona zachęcała mnie do skosztowania tego, co niepoprawne. Chciała, żebym posmakowała coś, co jest zakazane. To ja podniecona z niepewności chciałam zrobić krok w tył. Jednak jakaś siła przyciągnęła mnie. Mieszane uczucia. Prowokacja. To, co lubię. To właśnie mnie intrygowało. Kartka niczym kobieta muskała moje palce. Dotknęłam ją. Była delikatna i lekko wilgotna. Ona mnie ocierała. Zapraszała do krainy nieczystej, do krainy być może zhańbionej, ale do krainy prawdziwej. Nie udawanej. Bez hipokryzji. Każde zdanie wyglądało jak labirynt, który prowadzi do ekstazy. To jak uniesienie miłosne. To opętanie zmysłów. To ból w klatce piersiowej. To wilgotność wszystkich członków. To drżenie. Niewiadoma. A gdy labirynt się skończy i nadejdzie rozczarowanie? Tak, jak po akcie miłosnym. Wstyd. Ale z drugiej strony namiętność szarpała mną na wszystkie strony. Dusza wyrywała się w chęci poznania czegoś nowego, czegoś, co pozwoli jej zakwitnąć. Co rzuci biel na czarne zakamarki. Co obsypie białymi płatkami, czarne strugi boleści. Lęku, który zabija każdego dnia. Lęk nie jest niczym przyjemnym. To tylko czysta dusza może go zatopić. To ona może posiąść go jak kobieta, która jest spragniona. Która wije się jak piękny kwiat na lekkim wietrze. Gdzie wilgotność ud przypomina strugi wody, która rzeźbi w ziemi. Strugi te spływają niczym gorąca lawa. Doprowadzając do końca. Do omdlenia, do ukojenia. Ale również do wstydu. Jednak gdy minie kilka minut, chcemy ponownie przeżyć coś, co opanuje nasze ciało.

Silne emocje. Moja drżąca dłoń gładziła kartki, które były świadectwem wielu uniesień miłosnych. Wielu aktów przemocy. Niemoralnych zachowań. A także kochanych chwil z rodziną. Marzeń. Rozczarowań, tęsknoty za normalnością. Nadzieją. Za wszystkim tym, co targa naszymi duszami. Rozczarowaniem ludźmi. Ich zachowaniami. To przecież oni sprawiają, że my czujemy się gorsi. To oni oceniają. To oni udają, że nie wiedzą, co to jest seks. Świętoszki, którzy wyją wieczorami albo co gorsza zamykają sobie usta, żeby ktoś czasami nie zidentyfikował ich personaliów. Stojąc w pierwszych rzędach w kościele, zamiast łączyć się z Bogiem, myślą o czymś niemoralnym albo o tym, co spożyć na obiad. Bóg kocha nas wszystkich. Bez wyjątku. Nawet hipokrytów, którzy spożywając Ciało Boże, myślą komu zatruć życie. Kogo pozbawić szczęścia. Dla nich wszystkie nieszczęścia świata są ciekawsze od czegoś, co przynosi ukojenie, miłość i spokój.

Pamiętniki, leżąc niedaleko owoców jesieni, sąsiadując z nimi, czują się bezpiecznie. To tak, jakby miały strażników. Zapach przytulności powoduje, że można się zapomnieć. Tak naprawdę, nie wiesz gdzie jesteś. Weki na półkach stoją niczym inni strażnicy, którzy pilnują czyjegoś życia. Siadając na wilgotnej podłodze, czuję jakby odgłosy powietrza podpowiadały mi i zapraszały do spożycia tekstu ekstazy. Trochę się boję. Stres. A gdy dowiem się o czymś, co zmieni moje życie? A gdy będę musiała być powiernikiem czyjejś tajemnicy, którą będę musiała zabrać do grobu? A może treść zdominuje mnie? Jednak klimat jest jak narkotyk, który prowokuje i obiecuje, że „po” będzie cudownie. Kiedy spróbujesz, będzie… no właśnie, czy będzie? Narkotyk czasami uśmierca, czasami można przedawkować. Albo się uzależnić. Można się zaćpać na śmierć. Można stracić panowanie nad sobą, swoim życiem. Można kogoś zranić, można zabić kogoś słowami. Można więcej nie zobaczyć kochanej rodziny. Można przenieść się w krainę wiecznej pogardy. Myśli błądzą. Jestem szalona. Odwaga znowu mnie prowokuje. Znowu wystawia mnie na próbę. Jest niesprawiedliwa. Dlaczego nie ma jej w innych, istotnych dla mnie sytuacjach? Z drugiej jednak strony, może ten moment jest bardzo ważny w moim życiu? Może on odmieni moje postępowanie, moje dalsze błądzenie na temat poszukiwania siebie, zakończy się w momencie doczytania pamiętników do końca. Może w nich znajdę receptę na wieczne szczęście. Może znajdę receptę na spełnienie. Na zrealizowanie swoich pragnień i marzeń.

Przesycenie myślami rozrywa mi głowę. Nagle miłe pomieszczenie zmienia się w mroczny bunkier, w którym nie ma już okien. W którym nie ma już słońca. Pamiętam to uczucie. Od środka czuję duszność, ból w klatce. To tak, jakbym miała zaraz eksplodować. A przecież nie chcę. Muszę szybciej podjąć decyzję. Bo zwariuję. Przecież to kilka zeszytów. Kilka, kilkaset kartek. Przecież mogę tylko przeczytać i zapomnieć. Mogę zrobić z tego powieść obyczajową, o której zapomina się zaraz następnego dnia. Po przeczytaniu jej, sięgasz po następną. Jednak z uwagi na to, jak zakończyło się życie ciotki, obawiam się, że skryła w nich najbardziej bolesne chwile swojego życia. Z drugiej jednak strony, wiedząc, że była to osoba pełna zewnętrznego optymizmu, pełna życia, ciekawa ludzi, przeurocza i szczera, moje zainteresowanie z różnych powodów sięga zenitu.

Dotyk to kolejny etap. Ale jest ważny, ponieważ już nie dotykam tylko kartek, ale przeglądam kolejne zeszyty. Są różne: jedne większe, drugie jak notatniki, które pewnie z trudnością pomieściły wyznania. Inne przypominają normalne kalendarze, w których pewnie zaznaczone są ważne daty, spotkania albo zalane seksem wydarzenia. Są szare i kolorowe. Być może były odzwierciedleniem okresu, w którym żyła. Może te kolorowe to przyjemniejszy okres jej życia, te szare mniej przyjemny. Ale to moja interpretacja. Jestem śmieciem, złodziejką. Jestem nikim. Chcąc zmienić swoje życie, chcę ukraść czyjeś. Czy to normalne? A może robię to dlatego, że szukam autorytetów, o które teraz tak trudno. Ona zawsze mnie intrygowała. Zawsze jej zazdrościłam, spoglądając na jej intrygującą twarz. Była zalotna. Miała w sobie dużo uroku, mogła podzielić go między wielu mężczyzn, którzy nie odrywali od niej oczu. Często to wykorzystywała, chcąc zawładnąć ich życiem. Kobiety jej nie tolerowały. Bo była zbyt wyzywająca, ale nie chodzi o stroje. Chodzi o zachowanie… Nic nie robiła, a to tak wiele znaczyło… to zapraszało do jej niepoprawnego świata. Świata pełnego fascynacji, pełnego nieprzewidywalnych zachowań. Dziś była tu, jutro mogła zdobyć świat. Była pełna szaleństwa. Jej radość, choć w dużej mierze udawana, mogła zarazić innych.

Intrygowała. Szokowała. Bóg jeden wie, co tak naprawdę w niej tkwiło. A teraz ja też mogę się o tym dowiedzieć. Mogę być jej Bogiem. Mogę być jej spowiednikiem. Mogę ją rozgrzeszyć. Być może poczucie winy kierowało nią, kiedy pisała. Jej skrytość jest uwieczniona w treści pamiętników. To im powierzyła wszystko. Na pewno nie chciała, żeby ktokolwiek dowiedział się o niej tak bardzo prywatnych spraw. To los sprawił, że jestem tu i teraz. I to, że właśnie ja znalazłam dowody jej życia. Przedstawiam fragmenty jej pamiętników. Zapraszam do krainy grzechu.

Zastanawiam się, dlaczego zawsze lubiłam swoje ciało. Ciało kobiety. Odkryłam to, kiedy miałam piętnaście lat. Niewinność, lekkie pieszczoty. Dotyk. Tak mi się kojarzy kobieta. Tak mi się kojarzy seks z nią. Może kiedyś. Jak będę gotowa. Jak będę oczekiwać od życia jeszcze czegoś ponad. Ponad to, co mi daje. Czytam i sama nie dowierzam tym słowom, przelanym niczym struga krwi na papier. Przelanym niczym ból wyrywający się ze środka. Czy generalnie ja mam środek? Czasami wydaje mi się, że jestem w środku pusta. Wszystko, co we mnie dobre, dawno już zamarło. Moja radość życia została pochłonięta przez innych. Oni się z tego cieszą. Oni, czyli inni. Inni, czyli źli ludzie. Modlę się do Boga o wytrzymałość i szczęście dla mojej ukochanej córki. Jest dla mnie wszystkim. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile radości może przynieść dzielenie życia z dzieckiem. Już przez dziewięć miesięcy czułam się wyjątkowo. Czułam, jakbym była kimś czystym, kimś kto nie jest skażony. Czułam się bezpieczniej. Czułam się tak, jakbym była chroniona ze wszystkich stron. Ten wyjątkowy stan utrzymywał się przez cały okres ciąży. Doskonale pamiętam te dni. Przytulny dom, książka i oczekiwanie na bardzo ważną istotę. Strach przed porodem jest wynagro dzony tym oczekiwaniem, a później radością z narodzin. Zrobię wszystko, żeby ukształtować ją na dobrego człowieka, żeby nikt nie płakał z jej powodu. A nawet gdy tak się stanie, żeby umiała kogoś przeprosić. Błędy popełniamy wszyscy, ale nie każdy potrafi się do nich przyznać. Widzimy je u wszystkich, ale nie zauważamy u siebie. Cechy ludzkie dzielą się na dobre i złe. Jednak niektórzy myślą, że mają tylko dobre, podczas kiedy pastwią się nad innymi. Bez skrupułów. Takie podejście do życia rani inne osoby. Te wrażliwe. Te, którym zależy, by na świecie było dobrze. Dobrze byłoby, gdyby każdy rozpoczął od swojego podwórka. Posprzątanie śmieci niektórym zajęłoby całe życie. Warto jednak się postarać, spróbować. Ruszyć choć palcem w kierunku dobra. W kierunku wybawienia. Tak, żeby przez ciemność przebił się choć jeden promień słońca. Żeby przeciął te twarde ściany. Oblepione ludzkim bólem, który ciężko zmyć. A tym bardziej ciężko zapomnieć. To wywołuje u mnie obrzydzenie i myślę, że nie tylko.

W życiu jest dziwnie. Ludzie interesują się tylko sobą, wtedy, gdy powinni zająć się też innymi. Nie rozumiem tego świata. Trudna sprawa.

Jakiś dzień w tygodniu.

Muzyka zmieniła się. Dobrodziejstwa techniki sprawiają, że nie trzeba ruszać się z miejsca, a już śpiewa ktoś inny. Czuję jakieś letnie klimaty, czuję już zapach wiosny. Siedzę przy otwartym oknie, moje plecy są delikatnie muskane przez wiatr. To tak, jakby ktoś dotykał mnie chłodną dłonią, która mogłaby za chwilę, w przyspieszonym rytmie rozpalić moje istnienie. Dłoń stałaby się za moment ciepła. Dotykałaby moich ramion, moich piersi. A później mojego całego ciała. Jestem tak skupiona na sobie, że przestaję myśleć o mężczyznach. Przestaję ich szanować. To nie jest moja wina. To ich wina. To oni sprawiają, że czu ję się często źle. To mężczyzna umie tylko chwilowo zaspokoić kobietę. Doprowadzić do wybuchu wszystkich zmysłów. A później często przychodzi wstyd. Skąd bierze się wstyd? Sama nie wiem. Często czuję się tak, jakbym robiła coś, czego nie wypada. Raz jestem demonem seksu, a raz wstydzę się swoich zachowań.

Byłam dziś w miejscu, które do złudzenia przypominało mi miasteczko Twin Peaks, czyli miejsce, gdzie ciąg bloków mieszkalnych i hoteli sprawia wrażenie spływających ze wzgórza. Miasteczko zostało przedstawione w kultowym serialu przez Davida Lyncha. Reżyser przedstawił pozornie sielskie i radosne miejsce zamieszkane przez pozornie sympatycznych, lubiących pozornie siebie nawzajem ludzi, których specjalnością są placki z wiśniami i których cieszy napływ turystów chcących podziwiać piękne tereny. Miejsce to niestety kryje wiele tajemnic i sekretów ludzkich, niekoniecznie pozytywnych. Lynch dzięki temu, że lubi tajemnice, wkracza często w swojej twórczości w nowe światy, dzięki czemu możemy razem z nim zagłębiać się w psychikę i w odczucia jego bohaterów. Tajemnice są pożądane na co dzień, dobrze je zachowywać, a czasami dobrze je odkrywać. Problem jak zawsze tkwi w tym, że nasze tajemnice są pokusą dla innych, dla tych, którzy tego nie szanują. Dla tych, którzy lubią grzebać w cudzych sprawach, a nawet w cudzych umysłach, zaszczepiając w ten sposób zło. Zarażają nas sobą, czyli wirusem, który pozostawia po sobie symptomy trudne do wyleczenia. Nie ma chyba takiego miejsca na ziemi, które nie skrywałoby niepoprawnych zachowań, złych zachowań i grzechów ludzi.

Zastanawiam się, czy każdy zauważa zieleń. Są różne odcienie. Niektóre drzewa są koloru soczystego jabłka. Pozostałe wyglądają na bardziej dojrzałe, są ciemniejsze. Ta różnorodność w przyrodzie odzwierciedla według mnie ludzkość. Niektórzy są niedojrzali całe życie. Lekkość przyrody sprawia, że czuję się oczyszczona z wszystkiego, co mroczne. Co przynosi wstyd. Wstyd, z którym nie zawsze mogę sobie poradzić. Wstydzę się ludzi. Choć jestem kokietką. Często udaję. Całe życie uprawiam hochsztaplerkę. Ludzie biorą mnie za kogoś, kim nie jestem. Choć często stąpam po granicy, gdzie już nie ma dobrego smaku. Gdzie kończy się przyzwoitość, a zaczyna życie. To przynosi krytykę ludzi. To oni nie mogą podarować mi skandalicznych zachowań. Dziwne jest to, że w sercu jestem wstydliwą kobietą, która tak naprawdę nie lubi się wyróżniać, choć kusi. Nie lubi być na językach, choć prowokuje. Sama się niszczę. Niszczę swój spokój. Czasami jednak wystarczy, że jestem. Kiedyś byłam u grafologa, który przedstawił mi moje cechy osobowe. Według niego jestem osobą waleczną, samotną i zmysłową. Gdzie się nie pojawię, nawet kiedy chcę być niezauważona, jestem na językach. Często ludzie jednak powtarzają, że jeśli o nas mówią, to znaczy, że żyjemy.

Wiem, że dziś o seksie mogę pomarzyć. No, chyba że sama ze sobą. Nie będę jednak oszukiwać siebie, że seks w pojedynkę może zastąpić namiętność między kobietą i mężczyzną. Dużo seksualnych wspomnień mi się teraz nasuwa. Ostatnie jakie mi się przytrafiło? Jakiś czas temu. Lubię seks. A kto nie lubi? Ten kto mówi, że nie lubi – grzeszy. Namiętność jest wpisana w nasze życie. Zapomnienie. Agresja. Siła. Pieprzenie. Inaczej nie potrafię określić tego, co ja poznałam. Na początku delikatnie, a później coraz namiętniej. Pocałunki. Muskanie warg, później wkładanie głęboko języka. Język lubi pełzać we wszystkich możliwych miejscach, tam gdzie jest ciepło. Gdzie jest przyciąganie. Gdzie jest jego schronienie. Skąd nie chce wyjść. Podobne miejsca lubi inna część ciała. Jest jak sztylet, który w namiętności chce przebić kobietę. Chce szukać w zakamarkach ciała wszystkiego, co rozkoszne. Czegoś, co na zywamy sokami miłości. Agresja, która nadciąga, przypomina walkę z tym, co nam przynosi ból. Ale z drugiej strony przyciąga i wywołuje namiętne ruchy, które przypominają taniec kochanków. Bronisz się, a zarazem czekasz na ból. Czekasz na to, żeby znaleźć się w krainie ukojenia. W krainie, w której nie ma codzienności. Czujesz tylko pragnienie i namiętność. To brzmi jak muzyka. To zawłada wszystkimi zmysłami. To przeplatanie wszystkich członków. Szaleństwo na każdej części ciała. Mam ochotę gryźć, mam ochotę się pieprzyć. Każdy ma ochotę. Nawet ci, co leżą krzyżem przed ołtarzem. Bóg dał nam prawo do miłości i do seksu. Wiem, że to co piszę, zawstydza mnie. Ale piszę prawdę, piszę tak, jak jest. To tkwi gdzieś w środku mojego umysłu. W mojej podświadomości. Te czarne, brudne, erotyczne myśli. Myśli, które wzbudzają pożądanie. Myśli, które sprawiają, że cała drżę, które powodują przyspieszone bicia serca. Lubiłam zawsze eksperymentować. Wiem, że wszystkiego, co uda mi się przeżyć, raczej już nie powtórzę. Lubię czegoś doświadczać raz, tylko po to, żeby wiedzieć. Ludzie myślą o tym samym. Czasami wstydzą się przyznać do swoich grzesznych myśli. Udają wiernych. Zdradzają ich jednak spojrzenia. Oczy ich lawirują po kobietach i mężczyznach. Przeszywają na wylot ich ciała, poszukując w swoich myślach miejsca na spełnienie najskrytszych, grzesznych pragnień. Nie lubię hipokrytów, którzy udają, że jest inaczej, którzy w swoim zakłamaniu oceniają innych. Rozliczają z każdego ruchu, atakują i podgryzają.

Jakiś kolejny dzień.

Cieszę się bardzo z tego, że kupiłam ten dom. Cieszę się, że spełniłam swoje najskrytsze marzenia. Dom moich marzeń. Dom z dzieciństwa. Kiedy byłam dzieckiem, często rysowałam dom z duszą, czyli dom z kominem, z kwiatami wysta wionymi w oknach. Niedaleko tego domu był ogród, w którym rosły kolorowe krzewy, w którym stała ławka pod drzewami jabłoni.

Był to cel w moim życiu. Dom jest przepiękny. Ma osiemdziesiąt lat. Można byłoby się od niego uczyć życia. Panuje w nim atmosfera spokoju, ukojenia i niesamowitego ciepła. W domu odczuwa się szczęście, które skrywa się w zakamarkach. Czekając na kolejnego właściciela, chce obdarować go magicznym klimatem. Tym właścicielem jestem ja. Czekałam na niego całe życie. Jest moim upragnionym partnerem na dobre i na złe. Jest moją ostoją, moim przyjacielem. Za jego ścianami czuję się bezpieczna. Przygarnął mnie i moją córkę. Czuję, że odnalazłam swoje miejsce na ziemi. Ściany są świadkiem różnych wydarzeń. Pomimo upływających lat wyglądają na dziewicze. Na takie, które nie zaznały brutalności. Być może wprowadzą w moje życie trochę wyciszenia, harmonii. Fakt – dom nie ma łączącego pokoje korytarza. Jednak według mnie to dowód, że nic je nie dzieli, że łączą się ze sobą, dotykając się swoimi ścianami. Wiem, że wprowadzę tam trochę koloru. Nadam ścianom barwy, które będą podkreślały moją osobowość. Moje emocje, a także emocje mojej córki. Na poddaszu będę zbierać wszystko to, co kocham, wszystko to, w co wkładałam serce. Od przetworów po moje zapiski z życia.

Na zewnątrz rozciąga się piękny ogród, w którym rosną kolorowe kwiaty. Zaprasza do siebie. Myślę, że uzupełnię jedną grządkę ziołami. W glinianych donicach przed wejściem do domu posadzę małe, niebieskie kwiaty. Niebieski – kolor nadziei. Nie chcę, żeby kiedykolwiek mnie opuszczała. Nadzieja to początek planów. Mam ją zawsze. Nawet kiedy zawodzi, odradza się następnego dnia.

Pierwszą rzeczą, którą muszę się zająć, jest wymiana dachówki. Obawiam się, że kiedy przyjdzie jakiś duży deszcz, dach zacznie przeciekać i zaskoczy mnie negatywnie. A nie chcę tego. Bardzo lubię kiedy pada. Wtedy dom zamienia się w bardzo przytulne schronienie. Chcę, żeby deszcz nadal kojarzył mi się z czymś, co przyjemne i romantyczne. Zawsze lubiłam moknąć na deszczu. Lubiłam, kiedy mokre ubranie przylegało do mojego ciała. To tak, jakby było ze mną zespolone. Przylegało do moich piersi, które pod wpływem chłodu robiły się twarde i wyglądały pięknie. Nabierały wyraźnych kształtów. Oczekiwały na uwolnienie.

W pewien deszczowy dzień skryłam się z moim pierwszym kochankiem w korytarzu starego pałacu. Pachniało tam mokrym drewnem. Deszcz nie chciał przerwać swojego przedstawienia. Pokazał tego dnia, że jest nieubłagany. Obserwowaliśmy przez uchylone drzwi jego występ, przyglądaliśmy się pęcherzom powietrza, które przepychając się na kałuży, chciały pozostać jak najdłużej na jej powierzchni. Wyglądało to tak, jakby chciały pokazać, kto tu rządzi. Przypominało to zachowanie ludzi. Idąc tym tropem, mój kochanek też chciał pokazać swoją dominację. Jednym ruchem zerwał ze mnie wszystko to, co dzieliło mnie od natury. Co stanowiło bramę do mojego ciała. Co dzieliło mnie od świata, od codzienności. Moje ciało na razie zawstydzone, chciało się skryć, ale kiedy on przyciągnął mnie do siebie, poczułam, że ulegam jak kwiat, który przed zerwaniem nie ma już wyjścia, musi poddać się swojemu oprawcy. Czułam jak moje ciało jest coraz bardziej miękkie, jak uchodzą z niego soki. Jak mdleję z upojenia. Moje piersi z zimna były nabrzmiałe, moje ręce drżały. Usta czekały na gorący pocałunek z nadzieją, że on mnie ogrzeje, że wprowadzi w moje ciało tchnienie, które doda mi siły, który sprawi, że stanę się silniejsza. Kochałam tak bardzo swojego oprawcę, że nie mogłam nabrać przewagi. Zawsze, kiedy mnie dotykał, byłam bezwładna. Miał nade mną całkowitą władzę. Ja traciłam kontrolę nad wszystkim, co działo się ze mną. Kiedy wsuwał się we mnie, czułam, że jest dopasowany do mojego ciała. To tak, jakbym znalazła moją brakującą część. Jego ruchy sprawiały, że czułam całkowitą bezsilność. Byłam jak liść na wietrze, który podąża tam, gdzie skieruje go wiatr. Kiedy przyparł mnie do muru, nie czułam już chłodu ścian. Przypierał mnie coraz bardziej. Nie miałam już wyjścia, byłam w potrzasku. Ale chciałam tego. Moja miłość rozgrzewała mnie od środka. To ona zapraszała go do mojego wnętrza. To ona kusiła jak Ewa Adama w raju do skosztowania jabłka. Nasze ciała złączyły się w jedną całość. Nasze soki miłości połączyły się w jeden smak. Smak, który czuliśmy oboje na swoich wargach. Które później przywarły do siebie, chcąc w ten