Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 791

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Niepokorna husarka - Iny Lorentz

Po śmierci ukochanego ojca życie bliźniąt Johanny (Joanny) i Karla (Karola) von Allersheimów drastycznie się zmienia. Czyhająca na ogromny majątek rodzeństwa, pozbawiona skrupułów macocha oraz ich zawistny przyrodni brat nie cofną się przed niczym, by zawładnąć ogromną schedą. Nawet przed morderstwem. By ratować życie Johanna i Karl decydują się na ucieczkę. Pod osłoną nocy przebrana za chłopca Johanna wymyka się wraz z bratem z rodzinnego zamku. Celem podróży jest Polska, rodzinny kraj ich matki, gdzie spodziewają się odnaleźć krewnych, o których wiedzą bardzo niewiele. Niestety, nie zdają sobie sprawy, że podążając na wschód, narażają się na równie wielkie niebezpieczeństwo, gdyż przez Europę maszeruje ogromna armia turecka i Polska zostaje uwikłana w wojnę z potężnym Imperium Osmańskim. Gdy po pełnej przygód, niebezpiecznej podróży wreszcie odnajdują kuzyna matki, czeka ich nowe zaskoczenie. Adam Osmański szykuje się do wyruszenia z królem Janem III Sobieskim pod oblegany przez Turków Wiedeń. W tej sytuacji rodzeństwu nie pozostaje nic innego, jak znów ruszyć w drogę. Tym razem na wojnę… Kolejna pełna przygód, szczęku oręża oraz nagłych zwrotów akcji, malownicza opowieść bestsellerowej pary autorów o męstwie, poświęceniu, miłości, wierności, ludzkiej podłości, zachłanności, potędze nienawiści i zemście.

Opinie o ebooku Niepokorna husarka - Iny Lorentz

Fragment ebooka Niepokorna husarka - Iny Lorentz

Tytuł oryginału:

Die Widerspenstige

Copyright © 2017 Knaur Verlag.

An imprint of Verlagsgruppe Droemer Knaur GmbH & Co. KG, München

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Małgorzata Najder

Korekta: Iwona Wyrwisz, Kamila Majewska, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-600-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Jan III wyczuwał rozpacz młodego mężczyzny i położył mu rękę na ramieniu.

– Nie róbcie nic szalonego, Osmański! Ani wam, ani mnie nie przyniesie to niczego dobrego, jeśli jak rozgniewany niedźwiedź pędem wpadniecie do obozu Azada Jimala czy do jakiegoś innego obozu tatarskiego chana i wyzwiecie kogoś na pojedynek. Ich wojownicy naszpikują was strzałami, zanim zdążycie wyciągnąć szablę.

– Ale nie mogę przecież siedzieć z założonymi rękami! – zawołał oburzony Adam Osmański. – Tatarzy wyrżnęli w pień wszystkich – dzielnego Ziemowita Wyborskiego, jego syna Grzegorza i pozostałych obrońców Wyborowa! Ja zostałem przy życiu tylko dlatego, że pan Ziemowit wysłał mnie do was jako posłańca! Do śmierci będzie mi wstyd, jeśli mój czcigodny wuj nie zostanie pomszczony. Tak wiele mu zawdzięczam!

Król mimowolnie skinął głową, ponieważ znał historię młodego człowieka. Jednak mimo wszystko musiał go powstrzymać.

– Ale nie możecie narażać swego życia, porywając się na bezsensowne czyny, Osmański. Ziemowit Wyborski powiedziałby wam to jako pierwszy.

Adam zacisnął pięści w bezsilnej wściekłości.

– To on powinien był przeżyć zamiast mnie – albo przynajmniej jego syn! Nie ma już ani jednego Wyborskiego. A to był taki dzielny ród! Cóż ja jestem wart wobec nich?

Jan III popatrzył na niego pytająco.

– Jakże, żyją przecież potomkowie pana Ziemowita!

Adam machnął ręką.

– Tak, gdzieś w Świętym Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego. Jego córka Sonia poślubiła Niemca, a nie Polaka!

– Trzeba jej napisać, że jej ojciec i brat padli w walce z Tatarami.

– Sonia Wyborska zmarła kilka lat temu – odpowiedział z żalem Adam.

Król krzepiącym gestem poklepał go po ramieniu.

– Posiadłość Wyborskich przepadła wraz z nim. A co z wami?

– Rodzina mojego ojca za namową pana Ziemowita zostawiła mi wieś. Mieszka tam teraz moja matka.

– A co wy zamierzacie teraz robić, skoro pan Ziemowit nie żyje?

– Jest tylko jeden człowiek, któremu może służyć ktoś, kogo wychował Wyborski. Tym człowiekiem jesteście wy, miłościwy królu!

Jan III skinął głową w zamyśleniu.

– Potrzebuję odważnych i dzielnych ludzi.

Zaledwie to powiedział, Adam Wyborski już przed nim klęczał.

– Dysponujcie mną, miłościwy królu!

– Teraz bardziej mi się podobacie! – Król, mówiąc to, podniósł Adama z klęczek, objął go mocno i ucałował w oba policzki. – Wasza służba będzie mi potrzebna! Nawet możecie coś przedsięwziąć przeciwko Tatarom. Będziecie strzegli dla mnie granicy tam, gdzie hordy chana Azada Jimala plądrują polską ziemię. Jednak nie otrzymacie zaopatrzenia ze Lwowa, ale z Żółkwi. I jako mój człowiek, Osmański, nie będziecie podlegali żadnemu magnatowi czy też hetmanowi.

– Dziękuję, Wasza Królewska Mość! – Adam uderzył w rękojeść swojej szabli i uśmiechnął się po raz pierwszy od chwili, gdy dowiedział się o śmierci wuja, który zastąpił mu ojca.

– Azad Jimal wnet pożałuje swojego zdradzieckiego ataku na Wyborowo, to mogę wam przysiąc!

– Ale nie wywołajcie od razu wojny z Turkami! – upomniał go Jan Sobieski

– Będę na to zważał. – Oczy Adama błyszczały, kiedy składał tę obietnicę.

– A więc dobrze. – Twarz króla spoważniała. – Polska nie tylko straciła włości Wyborskich na rzecz Tatarów, Turków i Kozaków, lecz o wiele, wiele więcej ziemi. I jak tylko Święta Maria Dziewica z Częstochowy zechce, to wszystko odzyskamy. Ale na to Polska musi być silnym krajem, Osmański, a nie kupą skłóconych ludzi, gdzie każde „nie” jakiegoś szlachetki wystarczy, aby zniweczyć wszystkie plany. I abyśmy stali się silni, ten kraj potrzebuje ludzi takich jak wy. Zbierzcie odważnych i uczciwych wojaków! Otrzymają ode mnie żołd, a wy poprowadzicie ich przeciwko każdemu wrogowi, którego wam wskażę, czy to będą Turcy, czy Kozacy, czy też elektor z Brandenburgii, Moskwy lub Austrii!

– Będę gotów – obiecał Adam i wyciągnął przy tych słowach szablę. – Za króla, za Polskę i za Najświętszą Panienkę!

– Najpierw wymieniaj Matkę Bożą, potem Polskę, a na końcu mnie! – poprawił go Jan III. – Święta Dziewica i Polska są wieczne, a ja jestem tylko śmiertelnym człowiekiem.

CZĘŚĆ PIERWSZATestament

1.

W tym samym czasie kilkaset mil na zachód Johanna z oczami roziskrzonymi gniewem cofnęła się od okna.

– Nadchodzi zły mnich – oświadczyła bratu.

– Kto, frater Amandus? Jego masz na myśli? Przecież ojciec zabronił mu kiedykolwiek wchodzić na naszą posiadłość, a jego słowo także po śmierci jest ważne.

Karl von Allersheim nie chciał uwierzyć siostrze i również podszedł do okna. Kiedy wyjrzał na zewnątrz, zobaczył człowieka w habicie rozwiewanym przez wiatr, który właśnie zsiadał z muła i rozglądał się dookoła z zadowolonym uśmiechem.

– To rzeczywiście frater Amandus! Matthias nie powinien był na to pozwolić.

Głos Karla nie był tak pełen irytacji jak jego siostry, ale ten gość nie podobał mu się tak samo jak jej.

– Matthias zrobi to, co zechce Genoveva, a to przecież kuzynka Amandusa – odparła Johanna z gorzkim śmiechem. – Ona nigdy nie przebaczyła ojcu, że kazał wyrzucić go z domu.

– Ojciec przewróciłby się w grobie, gdyby wiedział, że ten człowiek z tonsurą znów ośmiela się wchodzić do jego domu – odparł Karl ponuro.

– Wyciąga jakąś skórzaną torbę z sakwy przy siodle – zawołała bardzo podekscytowana Johanna.

– Rzeczywiście! Ale co…

– Testament! – krzyknęła dziewczyna. – Amandus jest przecież mnichem w klasztorze Świętego Mateusza, a ojciec wyznaczył opata na wykonawcę swojej ostatniej woli!

– Ale czyż czcigodny ojciec Severinus nie zamierzał sam przekazać nam testamentu? Myślałem, że tak właśnie uzgodnił z nim ojciec.

– Ojciec Severinus jest stary i pewnie z chęcią zlecił to zadanie fratrowi Amandusowi. A może mnich nawet ukradł ten testament – odrzekła Johanna.

Jej brat potrząsnął przecząco głową.

– Nie sądzę! Amandus wie, że skradziony testament może stracić swą ważność.

– Nie ufam mu! Dlatego powinniśmy ustalić, czy Matthias rzeczywiście chce wypełnić wolę naszego ojca – powiedziała Johanna z naciskiem.

– Nasz brat i macocha z pewnością nas nie poproszą, kiedy Amandus będzie przekazywał im testament.

Johanna uznała, że jej brat jest całkowicie pozbawiony entuzjazmu i tylko bezradnie patrzył na to, co się działo. Ona jednak nie zamierzała siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż ktoś zdecyduje o ich losie.

– Kiedy Amandus przyniesie testament, Matthias przyjmie go w bibliotece. Tam możemy ich podsłuchać.

– Podsłuchać? – Karl się zawahał, choć także wiedział, że trzecia żona ich zmarłego ojca nienawidziła ich obojga, a Matthias, syn pierwszej żony, był w jej rękach plastyczny jak wosk.

– Tu chodzi także o nasz los! – odparła wzburzona Johanna.

– Testament to testament! Cóż takiego mogą z nim zrobić? – spytał skonsternowany Karl.

– Wrzucą go do ognia i zastąpią czymś innym! Po Genovevie można spodziewać się takiego łajdactwa. Przypomnij sobie, jak zaledwie dzień po pogrzebie ojca zmusili nas, abyśmy opróżnili nasze pokoje w zamku i przeprowadzili się do tej starej wieży na folwarku.

– Zabrała też biżuterię naszej matki, choć mama przeznaczyła ją dla ciebie – odparł Karl i popatrzył na siostrę w zamyśleniu. – Sądzisz, że powinniśmy zajrzeć do naszej starej kryjówki? Ale przecież nawet kiedy byliśmy dziećmi, z trudem mieściliśmy się tam oboje.

Rzeczywiście miał rację, jednak Johanna wprost paliła się, aby usłyszeć, z jakiego powodu kuzyn jej macochy po trzech latach, które musiał spędzić daleko stąd, znów powrócił do zamku.

– Pójdziesz ze mną? Jeśli nie, to sama to zrobię! – oświadczyła.

Kiedy Karl przytaknął z wyraźnym wahaniem, przez jej twarz przemknął nikły uśmiech.

– To dobrze, że Genoveva odmówiła nam trzymania służby! Na jej miejscu nie zrobiłabym tego. A tak możemy o każdej porze zakraść się do zamku i nikt nas nie zauważy.

– To wcale nie jest takie proste – wtrącił Karl, choć on także był już gotów podjąć to wyzwanie.

Oboje opuścili mocno podupadłą wieżę, która była jedyną budowlą pozostałą po zniszczonym grodzie, i udali się w stronę zamku. Wzniesiono go znacznie później, za parkiem, przez który należało niepostrzeżenie przemknąć. Zaraz potem oboje dotarli do małej, niezamkniętej bocznej furty, przez którą weszli na teren zamku.

Na ich szczęście biblioteka znajdowała się niedaleko. Oboje zerknęli na bogato zdobione drzwi wiodące do pomieszczenia i weszli do korytarza tuż za nim. Tam Johanna otworzyła niemal niewidoczne z zewnątrz wytapetowane drzwiczki i wślizgnęła się do środka. Ich przodek w trakcie projektowania biblioteki pomylił się w obliczeniach i dlatego jeden z ciężkich regałów był o dobry łokieć węższy niż miejsce, gdzie miał się znaleźć. Za regałem powstała więc pusta przestrzeń, pierwotnie wykorzystywana do składowania książek, które ówczesny panujący nie każdemu chciał pokazywać. Później zupełnie zapomniano o tym pomieszczeniu, aż kiedyś przypadkowo odkryła je Johanna. Ona i jej brat zakradali się tam czasami jako dzieci, aby ukryć się przed wychowawcami albo podsłuchiwać gości odwiedzających bibliotekę. Wówczas nawet nie przeszło im przez myśl, jak ważne będzie dla nich to pomieszczenie w przyszłości.

Pusta przestrzeń między ścianą a regałem była długa, ale bardzo wąska i teraz bliźniacze rodzeństwo z wielkim trudem dotarło w to miejsce, gdzie dziura po sęku oraz szpary między deskami ściany umożliwiały zajrzenie do wnętrza biblioteki, o ile nie zasłaniały ich ciężkie, oprawione w skórę księgi. Na szczęście tym razem mieli dobry widok, choć póki co nikogo nie było w pomieszczeniu.

– Jeśli Matthias i Genoveva przyjmą mnicha gdzie indziej, to wleźliśmy tu na darmo – sarknął Karl.

Ale siostra uszczypnęła go w ramię i syknęła:

– Cicho bądź!

W tym samym momencie Karl usłyszał jakieś głosy. Zaraz potem otworzyły się drzwi i do środka wkroczył Matthias von Allersheim. Za nim weszła jego macocha, a po niej mnich. Genoveva była tylko rok starsza od swojego pasierba, a jego ojciec poślubił ją przed czterema laty po śmierci matki Johanny i Karla. Nie było to zbyt szczęśliwe małżeństwo, jednak teraz kobieta najwyraźniej tryskała radością i zadowoleniem.

– Mogliście więc przynieść nam ten testament? – spytała Amandusa, jeszcze kiedy Matthias zamykał za nią drzwi.

– Mówcie ciszej! – ten upomniał Genovevę w odpowiedzi. – Jeśli ktoś będzie przechodził korytarzem, nie może usłyszeć, co tutaj będzie omawiane.

– To chodźmy wszyscy do tego kąta! Przez regał z książkami i ścianę nikt niczego nie usłyszy – zaproponowała Genoveva i wskazała na miejsce, za którym siedziało nasłuchujące rodzeństwo.

Johanna i Karl niemal nie ważyli się oddychać, kiedy ich macocha rozsiadła się na fotelu i popatrzyła wyczekująco na Amandusa.

– Pokaż nam to!

– Oczywiście, droga kuzynko! – Mnich uśmiechnął się w taki sposób, że Johannie wydało się to odrażające. Wyciągnął ze swojej torby rulon zawinięty w len i rozpakował go starannie.

– Nie było łatwo go zdobyć, bo opat rzeczywiście chciał wam osobiście dostarczyć i przeczytać testament – powiedział.

– Chcę wiedzieć, co jest w tym testamencie! – odparł zniecierpliwiony Matthias. – Mój ojciec robił tylko aluzje na ten temat i oświadczył nawet, że polskie potomstwo dzięki wysokiemu posagowi ich matki musi być odpowiednio dobrze wyposażone.

Polskie potomstwo – to ona i Karl, pomyślała Johanna. Ich matką była Wyborska z domu, córka starosty Ziemowita Wyborskiego z Wyborowa, bliskiego przyjaciela poprzedniego polskiego króla Jana Kazimierza. Johannie nie były znane powody, dla których frankoński rycerz cesarstwa przywiózł do swego domu damę z Polski jako drugą małżonkę. Dziewczyna wiedziała jednak, że jej ojciec bardzo ją szanował i że ona bardzo go kochała.

– Mamie nie wolno było umrzeć – wymamrotała bezwiednie i miała szczęście, że jej słowa zagłuszył głos Matthiasa.

– Otwórzcie w końcu ten testament, abyśmy wiedzieli, jakie jest nasze położenie!

– To należy zrobić ostrożnie – zaprotestował frater. – Będziecie musieli bezwzględnie pokazać go innym panom, i to tak, aby oni nie nabrali podejrzeń.

Podejrzeń? Dlaczego? W głowie Johanny myśli pędziły jedna za drugą. Mnich wyciągnął z torby nóż o cienkim, ostrym ostrzu, lekko rozgrzał klingę nad lampą, którą przyniosła Genoveva, i ostrożnie otworzył zapieczętowany pergamin.

– Muszę jeszcze tylko rozgrzać trochę wosk i testament będzie znów taki jak przedtem – powiedział wyraźnie zadowolony z siebie.

Dlaczego on to robi? zastanawiała się Johanna.

Frater Amandus otworzył tymczasem testament i zaczął go głośno odczytywać.

„Spisane roku Pańskiego 1679 w Allersheim przez Johannesa Matthäusa Karla, cesarskiego grafa Allersheim i pana na Eringshausen. Bóg mi świadkiem, że ja, po moim odejściu do domu naszego Pana na niebiosach, przekazuję moje ziemskie posiadłości moim spadkobiercom, jak następuje:

Mój najstarszy syn Matthias otrzymuje hrabstwo Allersheim wraz ze wszystkimi należącymi do niego posiadłościami.

Majątek Eringshausen, który nabyłem wraz z posagiem mojej drugiej małżonki Sonii Wyborskiej, przypada w całości naszemu wspólnemu synowi Karlowi, który zobowiązany jest wypłacić swojej siostrze Johannie posag w wysokości dziesięciu tysięcy guldenów. Oprócz tego córka moja Johanna otrzymuje całą biżuterię matki, jak też klejnoty, które moja matka wniosła do małżeństwa”.

Frater Amandus umilkł na chwilę, popatrzył na swoją kuzynkę wyraźnie ubawiony i zaczął czytać dalej:

„Jeśli chodzi o moją małżonkę Genovevę, to mam od dłuższego czasu uzasadnione wątpliwości co do jej wierności małżeńskiej. Dlatego postanawiam, co następuje: nie będzie miała prawa mieszkać dalej na wdowiej posiadłości von Allersheim, lecz ma wstąpić do klasztoru o surowej regule Sankt Marien im Stein i zostać mniszką. Gdyby urodziła dziecko, to ono także przeznaczone jest do stanu duchownego. Podpisano, Johannes Matthäus Karl, graf w Allersheim i pan na Eringshausen”.

Kiedy frater skończył czytać, Genoveva syknęła jak żmija, której ktoś nadepnął na ogon.

– Co za bezczelność! Polskie potomstwo będzie bogato wyposażone, Matthias otrzyma tylko hrabstwo, a ja mam iść do klasztoru. Nie uznam tego testamentu! Jestem brzemienna i za kilka miesięcy będę rodzić. Dlatego żądam moich praw i dziedzictwa dla mojego dziecka!

Matthias stał obok niej jak uosobienie nieczystego sumienia i nie ważył się nawet na nią spojrzeć. Dopiero kiedy macocha szturchnęła go pod żebra, oświadczył:

– Jako dziedzic głównej linii mam otrzymać tylko Allersheim, podczas gdy Karlowi przypadnie bogate Eringshausen? Ojciec powinien był być mądrzejszy i mnie zapisać większość. Karlowi wystarczyłoby o wiele mniej, a taki posag, który ma dostać Johanna, otrzymuje może rodzona grafini von Bayreuth, ale nie córka drobnego grafa!

Frater uśmiechnął się i pomachał testamentem jak chorągiewką.

– Dwóch z czterech świadków, którzy to podpisali, zabrała ostatniej zimy zaraza, a dwaj pozostali, opat Severinus i pan Günther na Kembergu, są tak starzy, że z trudem dotarli do Allersheim, kiedy go sporządzano. Teraz już prawie nie opuszczają swoich izb i z pewnością nie będą dociekać, co tak naprawdę tam napisano.

– Co macie na myśli, fratrze? – spytał skonsternowany Matthias.

– Mój nóż nadaje się nie tylko do tego, aby podważyć pieczęć, ale także do tego, aby tak usunąć pismo, że może powstać zupełnie nowy tekst.

Johanna nasłuchiwała z niedowierzaniem i miała nadzieję, że jej przyrodni brat z oburzeniem odrzuci taką propozycję.

Ale Genoveva szarpnęła pasierba za rękaw.

– Frater Amandus chce przez to powiedzieć, iż potrafi w taki sposób przepisać testament, że ty dostaniesz to, co ci się należy, a ja to, co przysługuje mnie i mojemu nienarodzonemu synowi! – Jej głos zabrzmiał tak przenikliwie w wielkim pomieszczeniu, że mnich upomniał ją szybko:

– Bądźcie ciszej, bo jeszcze ktoś nabierze podejrzeń!

– A co może znaczyć słowo sługi? – odpowiedziała Genoveva pogardliwie.

– Któryś lokaj albo dziewka może donieść bliźniętom, o czym tu mówimy, a oni zażądają od Severinusa sprawdzenia testamentu. I nawet jeśli jest stary i niedołężny, to zorientuje się, że ma przed sobą sfałszowany dokument. A wie z pewnością, co podpisał! – odparł mnich i zaczął ostrożnie zeskrobywać litery.

Matthias popatrzył na niego i w końcu potrząsnął głową.

– Pergamin z wyskrobanymi fragmentami będzie za bardzo przypominał nowy! Nikt nam nie uwierzy, że mój ojciec napisał to przed dwoma laty!

– Na to także znajdzie się środek – oświadczył frater z zarozumiałą miną. – Jak tylko zeskrobię stary tekst, natrę pergamin babską uryną. Potem będzie wyglądał jak stary. Dlatego proszę was, kuzynko, abyście ulżyli sobie do naczynia.

Genoveva skinęła głową i chciała opuścić bibliotekę, ale kuzyn ją zatrzymał.

– Zamierzacie iść przez cały zamek z jakimś pot de chambre? Przesądni służący z pewnością pomyślą, że chcecie na kogoś rzucić czary.

– Sądzicie, że mam tu… – zaczęła Genoveva.

Frater zamiast odpowiedzi wskazał na dwa zapomniane kubki stojące na regale i uśmiechnął się wyniośle, mówiąc:

– Chcecie mieć nowy testament czy nie?

Genoveva odwróciła się plecami do obu mężczyzn i stanęła dokładnie przed szparą między deskami, przez którą Johanna zerkała do środka. Dziewczyna z obrzydzeniem zamknęła oczy. Co za bezwstydna baba! pomyślała.

Kiedy kobieta skończyła, opuściła dół swojej sukni i postawiła niemal pełny kubek na stole przed krewnym.

– Jesteście zadowoleni, szanowny bracie? – spytała szorstko.

Frater Amandus skinął głową, uśmiechając się uprzejmie.

– Jestem, kuzynko. Ale powiedzcie teraz, co mam napisać?

– Ja w każdym razie chcę mieć Eringshausen – odparł Matthias.

– To ja mam nic nie dostać? – ofuknęła go Genoveva. – Jestem brzemienna! Zapomniałeś o tym?

Jej pasierb się zaczerwienił.

– Jeśli mam oddać Eringshausen, to niechaj zostanie tak, jak jest w testamencie!

– Zgodnie z którym mam być zamknięta w klasztorze z powodu rzekomej niewierności! – głos Genovevy był ostry i słychać w nim było groźbę, której Johanna nie pojmowała.

– Nie kłóćcie się teraz! – zawołał frater Amandus, aby ich uspokoić. – Jeśli bliźnięta będą wykluczone, zostanie dość dla was obojga. Proponuję, aby Eringshausen zostało przy Allersheim i tym samym otrzyma je pan Matthias, zaś wy, droga kuzynko, dostaniecie połowę dochodów. To dotyczyłoby też waszego syna, którego urodzicie. Jeśli zaś powijecie córkę, to pan Matthias będzie zobowiązany dać jej posag w wysokości dziesięciu tysięcy guldenów. Zadowoli was to?

– Nie możemy całkowicie wykluczyć Karla i Johanny. To za bardzo rzuciłoby się w oczy – zauważył Matthias.

– Pozwólcie, abym zajął się pisaniem – odparł frater, machnąwszy ręką, i zanurzył przygotowaną szmatkę w urynie, po czym natarł nią powierzchnię pergaminu, z której zdrapał poprzednie pismo. Kiedy skończył, potrzymał przez chwilę pergamin nad płomieniem świecy, aż ten całkowicie wysechł. A potem wyciągnął spod habitu pióro i mały pojemnik z atramentem.

– To jest atrament, którego używał graf Johannes do spisania swego testamentu w klasztorze – oświadczył, pisząc już pierwsze litery. – Na szczęście graf Johannes zostawił tam dużo swoich zapisków i mogłem poćwiczyć jego pismo.

Po tych słowach w bibliotece zapanowała na dłuższą chwilę cisza, przerywana tylko skrzypieniem pióra po pergaminie. Bliźnięta w swojej kryjówce dosłownie skamieniały z przerażenia na samą myśl o tym, że ktoś mógłby odkryć ich obecność. Dla obojga to, co działo się na ich oczach, było wręcz nie do pojęcia. Macocha wraz z ich przyrodnim bratem, przy wsparciu szczwanego mnicha, chcieli po prostu wyzuć ich z dziedzictwa. Johanna najchętniej wykrzyczałaby w stronę tych trojga, że mają w całości uznać testament ojca. Ale gdyby została tu nakryta na podsłuchiwaniu, to Genoveva uwięziłaby ją w najgłębszej z zamkowych piwnic. Dziewczyna nie była w stanie sobie wyobrazić, co wówczas by się z nią stało. Po tym, co właśnie zobaczyła i usłyszała, mogła spodziewać się po swojej macosze wszystkiego co najgorsze.

Tymczasem frater Amandus kreślił na pergaminie kolejne sztywne litery, z których graf Johannes był znany, przy czym mnich zostawił oczywiście nienaruszone podpisy świadków oraz ich pieczęcie. Wreszcie popatrzył na Matthiasa i Genovevę, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.

– Nowy testament brzmi tak:

„Spisane roku Pańskiego 1679 w Allersheim przez Johannesa Matthäusa Karla, cesarskiego grafa Allersheim i pana na Eringshausen. Bóg mi świadkiem, że ja, po moim odejściu do domu naszego Pana na niebiosach, przekazuję moje ziemskie posiadłości moim spadkobiercom i zarządzam, co następuje: mój najstarszy syn Matthias otrzymuje hrabstwo Allersheim jak też majątek Eringshausen wraz ze wszystkimi przynależnymi do niego posiadłościami. Ma on jednak wypłacać mojej trzeciej małżonce połowę dochodów majątku Eringshausen jako jej utrzymanie. Jeśli Genoveva miałaby urodzić mi jeszcze jednego syna, otrzyma on w spadku połowę majątku Eringshausen. Gdy Genoveva urodzi córkę, mój syn Matthias ma wypłacić jej posag w wysokości dziesięciu tysięcy guldenów”.

Frater znów popatrzył wyniośle na oboje.

– Jesteście teraz zadowoleni? – spytał.

– Wziąwszy to wszystko pod uwagę, ja jestem zadowolony – odpowiedział Matthias z wahaniem. – Ale co z bliźniętami? – spytał.

– Zaraz będzie o nich – oświadczył frater z wyraźną kpiną i czytał dalej:

„Mojej małżonce Genovevie pozostawiam na czas jej życia biżuterię mojego domu. Po jej śmierci przypadnie ona w spadku mojemu synowi Matthiasowi, o ile Genoveva nie urodzi córki. Wówczas bowiem to ona otrzyma trzecią część kosztowności. Co zaś się tyczy bliźniąt Johanny i Karla, mam uzasadnione podejrzenia, że pochodzą z nieprawego łoża. Jednak aby nie naruszyć honoru mojej rodziny, mają oni mimo to uchodzić za moje dzieci. Karl ma zostać mnichem w klasztorze o surowej regule i tam modlić się za grzechy swojej matki. Johanna ma otrzymać posag w wysokości trzech tysięcy guldenów i poślubić szlachcica, którego wskaże jej mój syn i dziedzic Matthias. Podpisano: Johannes Matthäus Karl, graf w Allersheim i pan na Eringshausen”.

Kiedy Genoveva wydała cichy okrzyk radości, Johanna wbiła zęby w dłoń, aby nie krzyczeć z gniewu. Jej brat klęczał koło niej tak nieruchomo, jak gdyby nie było w nim ani śladu życia.

– Wiecie już, kogo poślubi Johanna? – spytał frater.

– Skąd miałbym wiedzieć, skoro dopiero teraz zapisaliście ten passus w testamencie – odparł Matthias opryskliwie.

– Czy ostatnio nie umarła czwarta żona Gunzberga? – wtrąciła z uśmiechem Genoveva. – Pan Kunz chyba nie będzie chciał zbyt długo być wdowcem i pewnie nie odrzuci propozycji poślubienia takiej dziewicy jak Johanna.

– Ależ ten mężczyzna skończy wkrótce sześćdziesiąt lat i ma już jedenaścioro dzieci ze swoich pierwszych czterech małżeństw. Większość z nich jest już starsza od Johanny! – zawołał Matthias.

– Martwi cię to? – spytała jego macocha. – Dziewczyna musi zniknąć stąd jak najszybciej! Z Karlem sobie poradzimy. Ale Johannę opanował diabeł.

Johanna z trudem zdusiła prychnięcie pełne wściekłości, bo jej zdaniem diabła miała w sobie raczej jej macocha. Poza tym dziewczynę irytowało to, że Genoveva z taką pogardą wypowiadała się na temat Karla. Nawet jeśli jej brat bliźniak w porównaniu z nią sprawiał wrażenie nieco powolnego i nie tak rzutkiego, to jednak był człowiekiem uczciwym i zdecydowanym i z pewnością nie pozwoliłby się tak bezwzględnie odstawić na boczny tor.

Frater Amandus w międzyczasie zapieczętował z powrotem testament i podał go Matthiasowi. Ten wziął go ręki z taką miną, jak gdyby dokument był przed chwilą w całości zanurzony w moczu.

– Jeśli wolno mi wam coś doradzić – dodał mnich – to niech ten testament czytają nieliczni wybrani! W przeciwnym wypadku wieść o nim mogłaby dotrzeć do Polski, do waszego przyrodniego rodzeństwa. A Polacy to dziki naród, jak wiecie. Jeśli ktoś z nich zacznie podejrzewać, że naruszono honor waszych krewnych, to sądzę, że porwą się na odwiedziny w waszym domu z szablami w rękach.

Zdaniem Johanny te słowa były po prostu bezczelne. Dziewczyna czekała z ciekawością na reakcję Matthiasa. Jeśli jej przyrodni brat ma choćby odrobinę poczucia honoru, to powinien teraz wyrzucić Amandusa z domu i spalić sfałszowany testament. Ale Matthias nie wykonał żadnego ruchu i popatrzył na macochę.

– Co o tym sądzisz? – spytał.

– Mój kuzyn ma rację! Musisz działać szybko i zdecydowanie. Inaczej stracisz wszystko, co zyskałeś dzięki sztuce pisania Amandusa.

Matthias skinął głową jak pod przymusem.

– Będę dobrze strzegł tego testamentu. Wy jesteście moimi świadkami, że będę działał zgodnie z wolą mojego ojca.

– Tego jesteśmy pewni – oświadczył frater ze złośliwym uśmiechem.

Za to Genoveva popatrzyła w stronę drzwi.

– Matthiasie, powinieneś dziś jeszcze wysłać posłańca do rycerza Kunza von Gunzberga i zawiadomić go, że jesteś gotów wydać za niego swoją siostrę. On natychmiast skorzysta z takiej okazji, bo dla mężczyzny w jego wieku poślubienie siedemnastoletniej dziewicy to propozycja nie do odrzucenia. Poza tym po pochowaniu czterech żon niełatwo będzie mu znaleźć kolejną narzeczoną.

– Właściwie nie chciałbym mieć tego Gunzberga jako krewniaka – sprzeciwił się Matthias. – To wyjątkowo niemiły człowiek.

– To nie ty będziesz musiał go poślubić – zakpiła Genoveva. – Co wolisz: stracić Eringshausen czy wydać Johannę za rycerza Kunza?

Johanna pragnęła, aby Matthias chociaż raz w życiu sprzeciwił się macosze. Bo po śmierci ojca to Genoveva rządziła w Allersheim, a przyrodni brat Johanny ustępował jej we wszystkim. Także teraz opuścił bibliotekę, aby spełnić jej wolę, podczas gdy Genoveva i mnich zostali sami i nie ukrywali zadowolenia z tego faktu.

Frater Amandus poczekał do chwili, kiedy za Matthiasem zamknęły się drzwi, po czym podszedł do Genovevy i objął ją ramieniem.

– Rzeczywiście jesteś brzemienna, kuzynko? – spytał z rozbawieniem.

– Jestem w czwartym miesiącu – odpowiedziała Genoveva.

Mnich zaśmiał się cicho.

– We właściwym czasie udałaś się na pielgrzymkę do Czternastu Świętych, aby modlić się przy relikwiach Wspomożycieli. Co za szczęśliwy przypadek, że i ja tam przebywałem w tym czasie i mogliśmy znaleźć dla siebie spokojne miejsce, z dala od ludzkich oczu. Na Boga, gdyby stary graf wiedział, że nosisz w sobie moje nasienie, to z wściekłości wstałby z grobu!

Genoveva także się roześmiała i wskazała na drzwi.

– Powinniśmy pójść za Matthiasem, żeby nie zrobił jakiegoś głupstwa, które mogłoby nam zaszkodzić.

Mnich uprzejmym gestem otworzył drzwi i poczekał, aż Genoveva opuści bibliotekę. Potem ruszył za nią w stosownym odstępie, aby nikt nie zauważył, jak bardzo w rzeczywistości byli sobie bliscy.

2.

Kiedy w bibliotece nie było już nikogo, Karl zacisnął pięści w bezsilnej wściekłości.

– Niech diabli wezmą tę Genovevę! Cóż za niegodziwość! Najpierw oszukuje naszego biednego ojca z tym mnichem – a potem jeszcze każe sfałszować testament!

– Ja nigdy nie wyjdę za tego Kunza von Gunzberga, nawet gdyby mi przyszło uciekać na drugi koniec świata – dodała Johanna, wprost kipiąc z gniewu.

– A ja nie chcę być mnichem – dodał jej brat, wyraźnie przybity. – Jak Matthias mógł do tego w ogóle dopuścić? Wiadomym było od lat, że on odziedziczy Allersheim, a ja Eringshausen. Ale zatruła go chciwość i chęć posiadania jeszcze więcej!

– Zatruły go słowa Genovevy! Przypomnij sobie, jak mu zawsze nadskakiwała. Nawet dla ojca było to zbyt wiele i oboje nieraz za to ganił. Genoveva to źródło wszelkiego zła! Prawdopodobnie już od początku cudzołożyła ze swoim kuzynem. Przypuszczam, że to dlatego ojciec zakazał fratrowi Amandusowi wstępu do naszych posiadłości. Może nawet dzieliła łoże z Matthiasem!

– Z własnym pasierbem? – zawołał Karl z przerażeniem. – Toż to kazirodztwo!

Johanna była zdania, że jej brat pod pewnymi względami był jeszcze małym chłopcem. Ona od pewnego czasu uważnie obserwowała macochę i jej uwadze nie uszedł fakt, że niekiedy przebywała w towarzystwie Matthiasa w miejscach niewidocznych dla ludzkich oczu, choć co prawda wszystko było w granicach przyzwoitości. Pamiętała również, że stosunki między ojcem i synem z czasem stawały się coraz gorsze. Ojciec groził nawet, że nie przekaże Matthiasowi w spadku hrabstwa, jeśli ten nie będzie posłuszny tak, jak przystało na pierworodnego syna.

– Co mamy robić? – powtórzył swoje pytanie Karl.

– Po pierwsze, postarajmy się wyjść stąd niepostrzeżenie. Genoveva zacznie szaleć, jeśli dowie się, że ją podsłuchaliśmy.

– Zamordowałaby nas albo skłoniła Matthiasa, aby to dla niej zrobił – odpowiedział cicho Karl. Już od dłuższego czasu cierpiał z powodu coraz większego poczucia odrzucenia przez brata. Do chwili zawarcia trzeciego związku małżeńskiego przez ojca Matthias i Karl mieli wiele wspólnych tematów i zajęć, starszy brat nauczył też Karla wszystkiego, co powinien umieć szlachcic. Ale kiedy w domu pojawiła się Genoveva, stosunki między obu braćmi drastycznie się pogorszyły.

Johanna przesunęła się bliżej ukrytego wyjścia i już chciała je otworzyć, jednak przyszło jej do głowy, że przecież nie mogła sprawdzić, czy na zewnątrz ktoś stał, czy też tamtędy przechodził. I rzeczywiście usłyszała jakieś głosy, które zamiast cichnąć, stawały się coraz głośniejsze. Nie mogła ustalić, kto to był, więc musieli poczekać, aż ci ludzie odejdą. Wtedy poczuła, że brat chwycił ją za kostkę u nogi.

– Muszę koniecznie do ustępu – powiedział, jej zdaniem nieco za głośno.

– Cicho bądź i wytrzymaj – szepnęła. – Nie możemy wyjść. Ktoś jest na korytarzu.

– Ale ja naprawdę muszę… – odparł Karl, stękając.

– Opanuj się! – błagała Johanna brata. – Tu chodzi o nasze życie.

Karl skinął głową i zagryzł zęby tak mocno, że aż zazgrzytały. Po chwili nic już nie było słychać. Johanna mimo to poczekała jeszcze trochę, aby upewnić się, że przechodzący ludzie rzeczywiście już odeszli, a nie umilkli na chwilę. Wtedy uchyliła drzwi i przez maleńką szparę zerknęła w głąb korytarza. Wyślizgnęła się na zewnątrz, aby wypuścić brata i za chwilę zobaczyła, jak ten pędzi przed siebie.

Zeszła po schodach do kuchni, nie weszła do niej jednak, lecz opuściła zamek przez furtkę prowadzącą do warzywnika. Po chwili była w starej wieży i czekała na brata.

3.

Genoveva von Allersheim odczuwała głębokie zadowolenie. Oto Bóg wreszcie wybawił ją z małżeństwa ze starym, nieufnym człowiekiem. Na szczęście dzięki pomocy kuzyna nie musiała już obawiać się jego gróźb, że z powodu złego prowadzenia się zostanie odesłana do klasztoru, gdzie będzie pilnie strzeżona. A poza tym dzięki sfałszowanemu testamentowi będzie mogła już dysponować wysokimi dochodami, które umożliwią jej życie według własnych upodobań. Ale znacznie większą radość sprawiała jej myśl o tym, że pasierbica będzie musiała wkrótce poślubić jeszcze starszego mężczyznę niż ona wówczas, gdy wychodziła za jej ojca. Jeśli zaś chodziło o Karla, to Genoveva zapewniła mu pobyt w klasztorze o surowej regule, takim, w którym wedle pierwotnego testamentu miała się znaleźć ona sama.

Ale aby wszystko poszło po jej myśli, Matthias musiał podporządkować się jej rozkazom. Rozstała się więc z kuzynem i ruszyła w stronę komnat swojego pasierba. Z jednej izby wyszła dziewka służebna, dygnęła i szybko znikła. Genoveva nie zwróciła na nią uwagi, lecz weszła do kantoru, w którym Matthias pisał listy.

Pasierb siedział przy stole, miał przed sobą sfałszowany testament i poruszał w milczeniu wargami, jak gdyby rozmawiał z samym sobą. Jednak z jego ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Genoveva zamknęła cicho drzwi i zasunęła zasuwę. Teraz nikt nie mógł im przeszkodzić.

– Nie jesteś zadowolony, Matthiasie? Osiągnąłeś przecież wszystko, czego chciałeś – powiedziała.

Młody mężczyzna drgnął wystraszony i niechcący przewrócił kieliszek. Genoveva w kilku krokach znalazła się przy stole i zdążyła uratować testament, zanim wylało się na niego wino.

– Powinieneś ostrożniej obchodzić się z tym pergaminem! – zganiła pasierba. – Bądź co bądź dzięki niemu będziesz bogaty.

– Kosztem mojego rodzeństwa! Nie wiem, czy rzeczywiście powinienem to przyjąć! – odparł Matthias.

Genoveva popatrzyła na niego ostrzegawczo. Najchętniej powiedziałaby mu w kilku ostrych słowach, jakie jest jej zdanie, ale musiała przekonać go do słuszności swoich planów. Wyrzuty byłyby więc nie na miejscu.

– Czy los dzieci tej Polki tak bardzo leży ci na sercu? – spytała sztucznie zdziwionym głosem. – Po śmierci waszego ojca mówiłeś co innego. Chciałeś zemścić się za niesprawiedliwość, której doznałeś z jego strony i zrobić wszystko, aby jego ostatnia wola nie została spełniona. Mój kuzyn i ja pomogliśmy ci w tym. Teraz stary testament nie istnieje i Amandus zapisał wszystko zgodnie z twoimi planami.

– Wiem – westchnął Matthias. – Byłem rozgniewany na mojego ojca, ale czy on nie miał racji, kiedy mnie zganił?

– Był wtedy roztrzęsionym starcem i dawno powinien był przekazać ci zarząd majątku.

– Ale ty byłaś jego żoną!

– Wbrew mojej woli! Mój ojciec zmusił mnie, abym poślubiła tego starego człowieka. Na szczęście mamy to już za sobą i musimy myśleć o przyszłości.

– Przecież robię to cały czas! Gdybym tylko mógł zaproponować Johannie innego narzeczonego niż Kunz von Gunzberg. Sama przecież powiedziałaś, że niełatwo było być żoną tak starego człowieka.

– Czy córka tej Polki jest kimś lepszym niż ja? – zaatakowała go Genoveva. – Skoro ja musiałam wyjść za mąż za twojego ojca, to ona może poślubić Kunza von Gunzberga. A poza tym o czymś zapomniałeś: jestem brzemienna! A ty jesteś ojcem tego dziecka, bo w chwili poczęcia mój mąż był już chory i mnie nie pożądał!

Genoveva poczekała chwilę, ale kiedy Matthias milczał, mówiła z naciskiem dalej:

– Chcesz własne dziecko pozbawić dziedzictwa z powodu przesadnej troski o rodzeństwo? Co miałoby nasze dziecko, gdyby zaczął obowiązywać stary testament? Nic! I ja się na to nie zgodzę!

– Masz rację – odpowiedział Matthias cicho. – To tylko…

Urwał, widząc, że macocha rozsznurowała gorset i obnażyła piersi.

– Ponieważ noszę w sobie twoje nasienie, słusznym będzie, jeśli mnie teraz posiądziesz, tak jak to czyniłeś dawniej.

Już na samo napomknienie o tym, co Kościół święty określał jako grzech kazirodztwa, twarz Matthiasa stała się wręcz ciemnoczerwona. Jednak mimo to nie mógł oderwać wzroku od pełnych piersi młodej kobiety. A kiedy zdjęła suknię i także znajdujące się pod nią halki, Matthias zupełnie stracił panowanie nad sobą. Wstał, chwycił ją gwałtownie w ramiona i pociągnął do swojej izby sypialnej.

– Jesteś dla mnie pokusą, której nie potrafię się oprzeć – wystękał, szarpiąc za spodnie.

– Pozwól sobie pomóc – odparła Genoveva z uśmiechem i odpięła pasek, po czym zsunęła na dół jego spodnie i wzięła do ręki jego twardy i sterczący do góry penis, który wręcz pulsował jej w palcach. A kiedy położyła się na łóżku i rozchyliła nogi, jej spojrzenie mówiło wyraźnie, że także tym razem zwyciężyła. To, że ją posiadł, dla niego z kolei było zwycięstwem odniesionym nad własnym ojcem. I choć jako kochanek nie był zbyt delikatny w porównaniu z jej kuzynem Amandusem, to w ciągu kilku chwil udało mu się doprowadzić ją do takich granic rozkoszy, której już wręcz nie mogła znieść.

– To doprawdy pożałowania godne, że Kościół święty zabrania pasierbowi i macosze zawrzeć małżeństwa – powiedziała, kiedy po kilku minutach leżeli obok siebie całkowicie wyczerpani. – W ten sposób twój syn będzie uchodził za twojego brata.

– To dziecko grzechu – wymamrotał Matthias, ale wiedział, że niczego już nie można cofnąć. Sam z własnej woli wszedł na tę drogę i musiał już podążać nią do końca.

4.

Upłynęło kilka chwil, zanim Karl wrócił do wieży. Johanna zganiła go za to, ale on podniósł w rozpaczy ręce do góry.

– W powrotnej drodze wpadłem prosto na fratra Amandusa. Dał mi znak, abym poszedł za nim do izby, i nie mogłem odmówić!

– To zrozumiałe – odparła Johanna. – Czego od ciebie chciał?

– Dał mi do zrozumienia, że opat Severinus wtajemniczył go w treść testamentu naszego ojca – odparł Karl. – I powiedział, że ojciec zadysponował, abyś zawarła małżeństwo stosowne dla twojego stanu.

– Małżeństwo z Kunzem von Gunzbergiem nie jest dla mnie stosowne – przerwała mu oburzona Johanna.

Karl skinął głową z rozpaczą.

– Masz rację! A jeśli chodzi o mnie, to Amandus oświadczył, że ojciec kazał, abym poświęcił się służbie Kościołowi, dzięki czemu pozycja Matthiasa będzie niezachwiana.

– Wystarczy, że Amandus otworzy usta, a z jego warg kapie trucizna! Oby przez to kiedyś sczezł!

Ale ponieważ takie życzenia rzadko kiedy się spełniały, Johanna poprosiła brata, aby usiadł przy stole i sama zajęła miejsce naprzeciw niego.

– Musimy się teraz dobrze zastanowić, co zrobimy. W końcu ty nie chcesz iść do klasztoru, a ja nie zamierzam poślubić Gunzberga.

– Moglibyśmy pójść do któregoś z naszych sąsiadów i poprosić, aby nam pomógł – zaproponował Karl.

Johanna potrząsnęła głową.

– Żaden z naszych sąsiadów nie będzie chciał zadzierać z Matthiasem z naszego powodu.

– Ale ojciec Severinus z pewnością stanie po naszej stronie! Bądź co bądź to on jako jeden ze świadków podpisał testament ojca. Jeśli mu powiemy, że Amandus, Genoveva i Matthias sfałszowali testament…

Johanna znów potrząsnęła głową.

– Ojciec Severinus jest stary i bardzo chory. Wątpię, czy znajdzie w sobie dość sił, aby sprzeciwić się Amandusowi i Matthiasowi.

– Jest jeszcze jeden powód, który przemawia przeciwko temu – wszedł jej w słowo Karl. – Ja może mógłbym znaleźć schronienie w klasztorze, ale tobie jako dziewczynie nie będzie wolno tam wejść.

Chłopak w zamyśleniu potarł czoło, po czym dokończył:

– Książę biskup z Bambergu był przecież dobrym przyjacielem naszego ojca! I jest teraz na tyle potężny, aby odważyć się przeciwstawić Matthiasowi.

– Ale Matthias oświadczy, że Allersheim jest wolnym hrabstwem i nie podlega jurysdykcji biskupa. Poza tym Amandus jako mnich ma z pewnością więcej wpływów niż my – Johanna odrzuciła także tę propozycję.

– To uciekajmy do Bambergu do margrabi Christiana Ernsta. On jest protestantem i nie będzie zważał na mnichów i klechów! – Karl popatrzył na swoją siostrę z taką nadzieją, że aż jej było żal go rozczarować.

– Zapominasz o sfałszowanym testamencie, który ma pozostać tajemnicą! Ale jeśli Genoveva i Matthias uznają, że jest to konieczne, to zaprezentują go przed sądem. Wówczas będziemy uchodzić za bękarty i nikt nie kiwnie palcem w naszej sprawie.

– Ale jeśli nikt nam nie pomoże, to nie pozostanie nam nic innego, jak poddać się losowi! – zawołał Karl z przerażeniem.

– Nie mam zamiaru się poddawać! – odpowiedziała Johanna, której oczy zalśniły przy tych słowach. – Nie jesteśmy tak całkiem bezbronni, jak sądzą Matthias i Genoveva.

– To kto miałby nam pomóc, skoro nie zrobi tego żaden z sąsiadów? – spytał Karl, nic nie rozumiejąc.

– Zapomniałeś, że jesteśmy pół-Polakami! Nasz dziadek jest potężnym człowiekiem w Rzeczpospolitej Polskiej i nie ścierpi tego, że ktoś depcze nasze prawa.

Ale jej brat machnął ręką ze zniechęceniem.

– Potrafisz sobie wyobrazić, ile mil musielibyśmy jechać, aby dostać się do Polski? Nie mamy dość pieniędzy na taką podróż, a także nikogo, kto mógłby nam je pożyczyć. Gdybyś miała klejnoty mamy, to moglibyśmy jeden czy dwa sprzedać. Ale Genoveva ci je odebrała.

– Nie wszystkie! – zatriumfowała Johanna. – W moim posiadaniu są jeszcze dwie broszki i bransoleta. Oglądałam je krótko przed śmiercią ojca, bo przypominały mi mamę, i nagle ktoś mnie zawołał. W pośpiechu nie schowałam ich do szkatułki, lecz wepchnęłam do skrzyni pod zimową pierzynę. Kilka dni temu tam je znalazłam.

– Lepsze to niż nic – odparł jej brat. – Ale nie będzie łatwo stąd uciec, bo Matthias każe nas ścigać.

– Wręcz przeciwnie, będzie się radować, że się nas pozbył – Johanna, mówiąc te słowa, uderzyła się pięścią w otwartą dłoń i dodała: – Nie, nie będzie się cieszył, masz rację. Niestety! Musi nas schwytać, jeśli nie chce stracić poważania. Inaczej ludzie będą mu zarzucać, że pewnie nas źle traktował, skoro uciekliśmy.

– A poza tym nigdy nie wytrzymasz drogi do Polski w damskim siodle!

– Nie pojadę w damskim siodle, lecz wezmę jedno z tych, których używają mężczyźni – odparła Johanna zdecydowanie.

– Nie możesz tego zrobić! Tylko kobiety z ludu i dziwki siedzą w ten sposób! – zawołał przerażony Karl.

Była to prawda, ale Johanna nie zamierzała porzucić swych planów. Rozmyślała przez chwilę, po czym uśmiechnęła się łobuzersko.

– Kogo będzie ścigać Matthias? – spytała.

– Nas, to oczywiste! – odparł Karl, nic nie rozumiejąc.

– To znaczy chłopaka i młodą dziewczynę!

– Nie wiem, do czego zmierzasz! – Karl poczuł irytację, bo kiedy on łamał sobie głowę, jak mogliby wyjść bez szwanku z tej trudnej sytuacji, Johanna zadawała głupkowate pytania.

– Mogę ci powiedzieć, co zrobimy, drogi bracie – oświadczyła. – Nie będziemy uciekać jako brat i siostra. Nie jestem o wiele mniejsza od ciebie, dlatego będą na mnie pasowały ubrania, które nosiłeś w ubiegłym roku. Jak dobrze, że Genoveva nie mogła ścierpieć naszych rzeczy w zamku i kazała je odnieść tutaj. Dzięki temu możemy się odpowiednio wyposażyć na drogę. Jak sam mówiłeś, to długa podróż i powinniśmy wyruszyć z czymś więcej niż tylko z jedną chustką w torbie.

– Chcesz się przebrać za chłopaka?

Karl nie był w stanie tego pojąć, ale błysk zdecydowania w oczach siostry zdradził mu, że tak właśnie miała zamiar zrobić. Popatrzył na nią uważnie, potrząsając z powątpiewaniem głową. Była wprawdzie szczupła i miała chłopięcą figurę, ale patrząc na jej delikatną twarz, duże niebieskie oczy i długie złote rzęsy, nikt nie weźmie jej za chłopaka.

– A poza tym zapominasz o tym – dodał, wskazując na falę złotych włosów sięgających talii dziewczyny.

– Włosy to najmniejszy kłopot! Nożyce pozwolą pozbyć się go szybko – zawołała Johanna ze śmiechem.

– Chcesz obciąć włosy? – spytał skonsternowany.

– Jeśli to ma być cena udanej ucieczki od Gunzberga, to chętnie ją zapłacę! Ty będziesz moim balwierzem!

Karl wolałby znaleźć inne rozwiązanie. Ale skoro Kunz von Gunzberg już następnego dnia miał przybyć do Allersbergu, gdzie miało się odbyć wesele, nie pozostało mu nic innego, jak podporządkować się woli siostry.

– A więc dobrze! Przygotujmy wszystko. Ale twoje włosy obetniemy na końcu – oświadczył, cały czas mając nadzieję, że pojawi się jakaś inna możliwość i nie będzie musiał tego robić. Najpierw pomógł Johannie przeszukać skrzynie i kufry.

Znaleźli tam nie tylko ubrania, które nosili w ubiegłym roku, ale wiele rzeczy należących do ich matki. Niektóre części odzieży były tak piękne, że Johannie żal było je zostawiać. Ze łzami w oczach pogładziła miękki zamsz pachnący delikatnie ziołami, które miały zapobiec zjadaniu odzieży przez mole i inne szkodniki i natrafiła przy tym na coś twardego. Sięgnęła głębiej pod suknię i wyciągnęła malutki woreczek pełen srebrnych i złotych monet.

– Popatrz, Karl! Zupełnie jak gdyby mama wiedziała, że kiedyś będziemy potrzebować pieniędzy! – zawołała do brata.

Karl obejrzał monety i wzruszył ramionami.

– To są polskie pieniądze i nic nam po nich. Nawet nie wiemy, ile są warte, a jeśli będziemy próbowali je wymienić, to oszukają nas.

– Ale w Polsce te monety będą nam potrzebne – stwierdziła Johanna z zadowoleniem i otworzyła ostatnią skrzynię. Różniła się ona wyraźnie od innych, a farby, którymi ją pomalowano, dawno zblakły i się wytarły. Karl musiał pomóc siostrze ją otworzyć, bo zawiasy zardzewiały. Jednak wewnątrz skrzynia sprawiała wrażenie niemal nowej. Nawet włożone tam przed laty wiązki ziół pachniały intensywnie.

– Ta skrzynia musiała należeć do posagu mamy – zawołała podekscytowana Johanna i wyciągnęła płaszcz podbity futrem. Kiedyś był przewidziany dla ich matki, teraz mogła go nosić Johanna albo jej brat.

– Tu jest jeszcze jeden płaszcz! – Karl sięgnął w głąb skrzyni i wyciągnął kolejne, choć nieco większe okrycie.

– To są kontusze, tak nazywają to w Polsce. Bardzo nam się przydadzą, bo nie będziemy w nich wyglądać jak cudzoziemcy! Nikt nie wpadnie na to, kim naprawdę jesteśmy! – wyjaśniła.

– Ale możemy je założyć dopiero za kilka dni, bo inaczej Matthias i Genoveva dowiedzą się o nas i łatwo będzie im nas ścigać.

Johanna skinęła głową z uznaniem.

– Dobrze, że o tym pomyślałeś! Przywiążemy te płaszcze z tyłu za siodłami i przez kilka pierwszych dni będziemy podróżować potajemnie. A jak między nami a Allersheim będzie już odpowiedni odstęp, to zamienimy się w panów Karola i Jana Wyborskich, dwóch młodych Polaków podróżujących do ojczyzny. Na to Matthias i Genoveva nigdy nie wpadną.

– Miejmy nadzieję – odparł Karl i znów sięgnął do skrzyni. Po chwili wyciągnął dwie czapki lamowane futrem oraz kolejne, które Johanna nazwała kołpakami. Ponieważ dziewczyna spędzała znacznie więcej czasu z matką, wiedziała dużo więcej o jej ojczyźnie i panujących w niej zwyczajach.

W skrzyni były jeszcze dwie suknie przypominające habity i dwa szerokie, jedwabne pasy kontuszowe.

– Najwyraźniej dziadek myślał, że mama urodzi dwóch chłopców – powiedziała Johanna, uśmiechając się. – Kontusz, kołpak, żupan oraz pas kontuszowy należą do stroju polskiego szlachcica. Podobnie jak szable, które leżą jeszcze w skrzyni.

Ponieważ ojciec podarował Karlowi szpadę na czternaste urodziny, chłopak chciał je tam zostawić. Ale Johanna zaprotestowała.

– Musimy mieć te szable przy sobie w czasie podróży!

– Ale…

Karl umilkł. Jeśli Johanna zamierzała podróżować w przebraniu chłopaka, to także musiała być uzbrojona, co budziło w nim obawy. Mieli przed sobą długą i niebezpieczną drogę, a jego siostra najwyraźniej to bagatelizowała.

– Jak dobrze, że nauczyłeś mnie fechtunku! – oświadczyła Johanna z zadowoleniem.

– To była dla mnie jedyna możliwość ćwiczenia ze szpadą, kiedy Matthias już tego nie chciał robić, a ojciec był zbyt chory, aby znaleźć dla mnie fechmistrza – odparł z pewną ulgą Karl. Johanna wprawdzie nie miała tylu sił co on, ale była zwinna i potrafiła dostrzec i wykorzystać swoją przewagę.

– Możemy być wdzięczni losowi, że teraz jesteśmy tak dobrze przygotowani do tej podróży – stwierdziła dziewczyna i objęła brata. – Jak tylko zapakujemy nasze mantelzaki, powinniśmy iść do stajni i przyprowadzić konie. Stajenni przyjdą wkrótce do kuchni na kolację. Zanim wrócą, upłynie trochę czasu.

– Ale jeden z koniuchów zostanie w stajni. I jeśli nas zdradzi… – powiedział z niepokojem Karl.

– To chyba będzie Wojsław, a on nas nie zdradzi – oświadczyła z niezachwianym optymizmem Johanna i zabrała się za przygotowywanie rzeczy, które chciała zabrać.

5.

Kiedy bagaże były już gotowe, Johanna i Karl siedzieli przy oknie i obserwowali, jak stajenni na dźwięk kuchennego dzwonka pośpiesznie udają się na kolację. I tak jak się spodziewała Johanna, w stajni nie został ani jeden z miejscowych parobków, czyli znów Wojsław musiał pilnować koni.

– Powinniśmy ruszać w drogę, aby wykorzystać tych kilka godzin, kiedy jest jeszcze jasno – oświadczyła Johanna. – Nocą będziemy potrzebować pochodni. A poza tym przydałyby się nam pistolety, gdybyśmy mieli w drodze natrafić na rozbójników.

– Pistolety i flinty Matthias zamknął w pokoju myśliwskim! – odparł Karl.

– Ale ja wiem, gdzie jest klucz. A ponieważ służba i nasza macocha oraz brat są zapewne w swoich komnatach, mogę zdobyć tę broń. Potrzebny będzie nam też prowiant, bo podczas pierwszych dni nie będziemy mogli nigdzie wstępować. Przyniosę więc i to.

– Jednak w tym celu musisz iść do kuchni! – Karl był zły na siebie, bo ciągle miał jakieś zastrzeżenia. A przecież Johanna z pewnością nie była nieostrożna. Jednak zdaniem Karla czasami porywała się na zbyt wiele. Przypomniał sobie, jak przed czterema laty weszła do stawu, mimo że nie umiała pływać, i Matthias w ostatniej chwili wyciągnął ją z wody.

– Czas na nas – ponaglała go siostra.

I w tym momencie na dole rozległo się pukanie do drzwi. Oboje drgnęli wystraszeni.

– Kto to może być? – spytał Karl.

Johanna szybko zbiegła ze schodów. Ogarnął ją lęk już na sam widok zapakowanych mantelzaków. Jeśli ktoś je zobaczy, domyśli się natychmiast, co zamierzali, i doniesie o tym Genovevie i Matthiasowi.

– Idę do drzwi. Stań tak, żebyś zasłonił mantelzaki – poprosiła Karla i otworzyła drzwi. Jednocześnie zrobiła krok do przodu i stanęła na progu, uniemożliwiając zajrzenie do wnętrza.

Przed nią stała Gretel, jedna z młodszych służących w zamku.

– Przyniosłam wam jedzenie, łaskawa panienko, abyście nie musieli go sama nosić, jak przez ostatnie dwa dni. Ale nie mówcie o tym nikomu, bo pani Genoveva zgani mnie – wyszeptała młoda kobieta i wcisnęła Johannie do ręki duży kosz. – Muszę się pośpieszyć, aby w porę zjawić się w kuchni – dodała, zerknąwszy z lękiem na boki.

– Dziękuję ci! – Johanna odetchnęła z ulgą, kiedy Gretel po uniżonym dygnięciu odwróciła się i pobiegła w stronę zamku. Johanna wróciła do wieży, zamknęła drzwi na zasuwę i postawiła kosz na stole.

– To jest jedzenie na drogę! Co za szczęście, że Gretel przyniosła nam to wszystko. Zupełnie zapomniałam o porze posiłku. Gdyby ten kosz stał do wieczora w kuchni, ktoś mógłby na to zwrócić uwagę.

– Musimy koniecznie unikać takich błędów. – Karl z wyrazem zdecydowania na twarzy wyszedł z wieży i ruszył w stronę stajni. Johanna poszła za nim, rozmyślając o kolejnych krokach, które musieli zrobić.

Wydawało im się, że w dużym budynku nikogo nie ma, ale z siodłowni dobiegł zduszony szloch. Johanna otworzyła drzwi i zajrzała do środka. W kącie na starym siodle siedział Wojsław i rozpaczliwie płakał.

– Co się stało? – spytała chłopca liczącego zaledwie czternaście lat, który był jedyną osobą łączącą ją z ojczyzną jej matki. Sonia Wyborska wniosła do małżeństwa sześciu służących, ale czterech z nich już zmarło, wśród nich rodzice Wojsława, a pozostali wrócili przed kilkoma laty do Polski.

Wojsław zerwał się gwałtownie i skłonił przed Johanną.

– Koniuszy mnie zbił! A przecież to nie moja wina. Max dał ogierowi Matthiasa za dużo owsa i koń dostał kolki. Ale stajenni powiedzieli koniuszemu, że to ja. Żałuję, że nie wróciłem wtedy z Jankiem i Mariuszem do ojczyzny! Nie mam tu łatwego życia.

– Rzeczywiście, nie masz. – Johanna czuła złość na myśl o parobkach, którzy zwalili na chłopca winę za własny błąd. Wtedy przyszła jej do głowy pewna myśl.

– Pojedziesz z nami, Wojsławie. Wracamy do Polski.

– Naprawdę? – Chłopcu natychmiast wyschły łzy, a mokre policzki wytarł wierzchem dłoni. – Chcecie stąd wyjechać?

– Musimy. – Johanna poklepała chłopca po ramieniu. – Osiodłaj wraz z moim bratem trzy konie!

– Osiodłam waszą klacz, którą zabrała wam niedobra grafini Genoveva! – zawołał pośpiesznie chłopiec.

Ale Johanna potrząsnęła przecząco głową, mimo że bolało ją, iż będzie musiała zostawić tu lubiane zwierzę.

– Nie, to zbyt ryzykowne! Wybierz trzy mocne i wytrwałe konie, których brak tak prędko nie rzuci się w oczy. I żeby nie było na nich żadnych znaków. Uciekamy stąd, rozumiesz?

Wojsław skinął głową.

– Rozumiem! I wiem już, które konie wybiorę. Ale co z waszym siodłem? Ono nie będzie pasować.

– Nie chcę damskiego siodła! Ale teraz muszę już iść, bo stajenni kończą jedzenie w zamku!

Johanna zabrała worek, który wydał jej się dość czysty, i skinęła bratu, aby już wyszedł.

– Poradzimy sobie!

– Czy nie za bardzo będzie rzucać się w oczy, kiedy zabierzemy ze sobą Wojsława?

– Wręcz przeciwnie! Żaden szlachcic nie jeździ po kraju bez parobka. Z Wojsławem będziemy mniej zwracać uwagę niż bez niego.

6.

Następnym celem Johanny był zamek. Znów weszła bocznym wejściem i szybko przemknęła przez korytarz. Gdyby ktoś ją zauważył, zamierzała twierdzić, że przyszła po butelkę wina dla siebie i brata.

Przez chwilę podsłuchiwała pod drzwiami kuchni i stwierdziła, że służba siedzi przy kolacji. Szybko ruszyła w stronę schodów prowadzących do piwnicy i odetchnęła, kiedy już była na dole. Wrzuciła do worka duży bochen chleba, kilka kiełbas, szynkę i kawałek twardego sera. Z sąsiedniej piwnicy zabrała kilka butelek wina.

Worek sporo ważył, kiedy zarzuciła go sobie na ramię, pomimo to dziewczyna uśmiechała się z zadowoleniem. Z takimi zapasami nawet w trójkę przetrwają kilka pierwszych dni. Aby nie nieść worka przez zamek, ukryła go za regałem w bibliotece, tam, gdzie z Karlem słuchali, jak fałszowano testament ich ojca. Chwilę potem była już w pokoju myśliwskim. Władcy Allersheim zawsze byli dobrymi myśliwymi i tę małą komnatę zdobiły przeróżne trofea. Johanna zdjęła ze ściany stare poroże i znalazła za nim klucz do zbrojowni. Ukrywał go tam jej ojciec, bo często zapominał go zabrać ze sobą i nie chciał iść z powrotem do swoich komnat.

Johanna wątpiła, czy Matthias coś o tym wiedział. Otworzyła szybko dużą szafę, gdzie schowane były przeróżne rodzaje broni. Wisiało tam w starannie poukładanych rzędach kilkanaście sztucerów myśliwskich, flint i pistoletów, niektóre z pięknymi cyzelowaniami i precyzyjnie wykonanymi lufami. Strzelając z nich, można było trafić z dziesięciu kroków w sam środek karty do gry. Ale nawet jeśli Matthias rzadko wchodził do tego pomieszczenia, Johanna uważała, że kradzież takich pistoletów za bardzo rzuci się w oczy. Dlatego wybrała trzy leżące na samym spodzie szafy, wykonane jeszcze przez tureckiego płatnerza. Niegdyś przywiózł je tu ojciec jako łup z wyprawy wojennej pod wodzą cesarza Leopolda.

Ponieważ dziewczyna nie miała gdzie ukryć pistoletów, wsunęła je pod pachy, po czym zabrała również dwie butelki z prochem oraz woreczek ołowianych kul i opuściła pokój myśliwski. Nigdzie na korytarzach nie było jeszcze widać służących, ale Johanna usłyszała, jak Genoveva rozkazującym głosem woła swoją pokojówkę.

Pobiegła więc do biblioteki, zniknęła w swojej kryjówce i poczekała tam do chwili, kiedy na korytarzu umilkły szybkie kroki. Potem uchyliła drzwi i ostrożnie wyjrzała na zewnątrz. W pobliżu nie było nikogo. Szybko wrzuciła pistolety, butelki z prochem oraz woreczek z kulami do worka z żywnością, zarzuciła go sobie na ramię i opuściła zamek przez te same drzwi, przez które do niego weszła. Po chwili dotarła do stajni, gdzie zobaczyła brata, Wojsława i trzy osiodłane już konie.

– Bardzo dobrze! – zawołała zdyszana. – Tu mamy broń i zapasy jedzenia. Niech Wojsław przypnie do siodła jednego z koni torby. Ja pójdę do wieży i zdejmę suknię. Potrzebujemy jeszcze pochodni!

– Mamy już pochodnie! – oświadczył jej brat i zatrzymał dziewczynę, zanim znów zdążyła wybiec. – Powinnaś się przebrać już teraz. Jak ktoś zobaczy cię z okien zamku, wszystko przepadnie.

Johanna zastanawiała się przez chwilę i przyznała mu rację.

– Dobrze. Nie możemy ryzykować. A włosy obetniesz mi już w drodze.

– Ja tego nie zrobię. Jeśli to rzeczywiście jest konieczne, to niech zrobi to Wojsław – odparł Karl z niechęcią.

– Co mam zrobić? – spytał chłopak.

– Obciąć mi włosy! Żeby uciec przed tą wiedźmą Genovevą, muszę się przebrać za chłopca – wyjaśniła Johanna i popatrzyła w stronę bramy stajni. – Powinniśmy zaprowadzić konie pod wieżę i ukryć je za starym murem. Wówczas nikt z zamku ich nie zobaczy.

– Przyniosę szybko jeszcze jeden mantelzak, żeby spakować zapasy – zawołał Wojsław i pobiegł do siodłowni. Po chwili był już z powrotem, niosąc połatany worek, który zarzucił na grzbiet swojego wałacha. – Przywiążę go do siodła, kiedy ukryjemy zwierzęta. Żeby tylko teraz nie wrócił któryś ze stajennych – powiedział z niepokojem i szybko wyszedł ze stajni, prowadząc konia za cugle. Karl ruszył za nim, a Johanna popatrzyła badawczo w stronę zamku. Na szczęście nikogo nie było widać.

Pół godziny później byli już w drodze. Johanna założyła spodnie oraz koszulę, które nosił w ubiegłym roku jej brat, a które teraz były na niego już za małe. Na to narzuciła suknię. Każde z nich wiozło za siodłem starannie przymocowany mantelzak. Aby nikt nie dostrzegł ich z okien zamku, prowadzili najpierw swoje konie za cugle i dopiero kiedy odległość była już odpowiednio duża, wskoczyli na ich grzbiety.

Johanna po raz pierwszy siedziała na koniu tak jak mężczyzna i z początku czuła się bardzo niepewnie. Szybko zauważyła jednak, że w ten sposób łatwiej było panować nad wałachem, którego wyszukał jej Wojsław, niż siedząc w damskim siodle.

Dziewczyna odetchnęła, kiedy byli już dobrą milę od zamku.

– Z bożą pomocą uda nam się dotrzeć do ojczyzny – powiedziała do Karla.

Ale twarz brata była pochmurna.

– Dla mnie ojczyzną był Allersheim. Boli mnie, że muszę opuścić to miejsce.

– To dawniej była nasza ojczyzna! Ale kiedy ojciec poślubił tego smoka Genovevę, to miejsce już nie jest ojczyzną. – Oczy Johanny błysnęły gniewnie, bo jako dziewczyna musiała znieść o wiele więcej podłości ze strony macochy niż jej brat.

– Jak daleko jest do Polski? – spytał Wojsław, którego rodzice stamtąd pochodzili, ale który wiedział o tym kraju mniej niż bliźnięta.

– Gdybyśmy jechali codziennie po kilkanaście mil, to dotarlibyśmy tam za dziesięć dni. Ale to za bardzo wyczerpałoby nasze konie. Jestem za tym, abyśmy założyli dwa razy tyle czasu na podróż – wyjaśnił Karl.

– Robi się ciemno. Powinniśmy zapalić pochodnię – zaproponowała Johanna.

Jej brat skinął głową.

– Muszę więc zsiąść z konia. W siodle nie mogę tego zrobić.

Wszyscy troje zatrzymali swoje konie, a Karl rzucił cugle Wojsławowi i zsiadł. Z powodu braku źródła ognia pozbierał trochę suchej trawy i zapalił ją strzałem z pistoletu.

Johanna drgnęła przerażona.

– Miejmy nadzieję, że nikt tego nie słyszał.

– A nawet jeśli, to co z tego? Zanim ktoś przyjedzie i sprawdzi, będziemy daleko stąd – uspokoił ją Karl i zapalił pochodnię od płonącej trawy. Potem zadeptał płomienie butami, wsiadł na konia i wziął cugle od Wojsława. Podał mu też pochodnię i chłopak jechał teraz na przedzie, oświetlając drogę.

7.

Było już dawno po północy, kiedy postanowili zrobić przerwę. Karl i Wojsław rozniecili małe ognisko, po czym wszyscy troje zjedli kolację z zapasów, które Gretel przyniosła do wieży. Johanna potraktowała ten krótki odpoczynek jako okazję do przebrania się, a zdjętą suknię wrzuciła po prostu do ognia.

– Co ty robisz? – zdziwił się jej brat.

– Młodzi panowie na ogół rzadko podróżują z suknią w bagażu – odpowiedziała i rozpuściła włosy. – Trzeba je skrócić! Światło płomieni jest akurat wystarczające.

– No nie wiem. – Karl był pełen wątpliwości. Ale wiedział, że kiedy Johanna ściągnie czapkę, aby jako chłopak ukłonić się przed kimś możniejszym, to z powodu jej długich włosów wyda się jej płeć.

Niezdecydowany zwrócił się do Wojsława.

– Ja się tego nie podejmuję. Możesz to zrobić?

– Stale musiałem skracać grzywę klaczy, na której jeździła grafini Genoveva. Koniuszy mówił, że robię to najlepiej – oświadczył Wojsław i wziął do ręki nożyce, które podała mu Johanna.

Dziewczyna usiadła tak, że blask ogniska oświetlał tył jej głowy, i milczała, kiedy słychać było skrzypienie nożyc. Wojsławowi też nie było przyjemnie ścinać długie, jasne włosy swojej pani. Kiedy odetchnąwszy z ulgą, mógł się wreszcie cofnąć, fryzura Johanny nie do końca była taka, jakiej się spodziewała. Krótkie włosy spadały jej na ramiona, a jej twarz miała zupełnie inny, zuchwały wyraz. Kiedy założyła na koszulę kamizelkę i przypasała szablę, Karl ze zdumieniem potrząsnął głową. Johanna w męskim stroju sprawiała wrażenie znacznie młodszej niż on sam i wyglądała jak jego brat. Była śliczna także jako chłopak, ale ani uniesione w uśmiechu usta, ani też duże oczy nie zdradzały jej płci. Wyraz jej twarzy był pełen zdecydowania, a w oczach tańczyły małe diabełki, jak gdyby pytając, jakie przygody czekają ją i brata.

– Powinniśmy się położyć i trochę przespać – zaproponowała.

Karl podniósł rękę w geście sprzeciwu.

– To zły pomysł, biorąc pod uwagę rozpalone ognisko. Jeśli ktoś je zobaczy, może nas odnaleźć.

Johanna uśmiechnęła się lekko.

– Jeśli nawet ktoś nadejdzie, zastanie tu trzech podróżnych z zagranicy, którzy zabłądzili w nocy i dlatego postanowili przenocować w lesie. A poza tym w przyszłości powinniśmy mówić po polsku. Mama na szczęście upierała się, abyśmy się nauczyli tego języka. Dobranoc, bracie! Dobranoc, Wojsławie!

Przy ostatnich słowach Johanna zawinęła się w kontusz, który zapewniał choć trochę ciepła w nocy, i położyła się na trawie.

– Nie możemy długo spać – powiedział Karl. – Nie wiemy, gdzie jesteśmy. Już sto kroków dalej może znajdować się wieś.

Chłopak rozejrzał się, ale nie zauważył niczego niepokojącego, więc także naciągnął na siebie płaszcz. Wojsław zaś, ponieważ nie miał równie ciepłego okrycia, zawinął się w koc, który zabrał ze stajni, i za chwilę zasnął.

Karl ciągle rozmyślał o wydarzeniach dzisiejszego dnia. Kiedy spostrzegł, że jego siostra jeszcze nie śpi, odezwał się do niej:

– O jednym nie pomyślałaś: aby udowodnić, że Ziemowit Wyborski rzeczywiście miał wnuki, musimy mieć odpowiednie dokumenty, które będziemy mogli okazać.

– O Boże, masz rację. O tym zapomniałam – zawołała z przerażeniem Johanna.

– Ja nie zapomniałem. Ojciec na krótko przed swoją śmiercią wystawił mi paszport i opieczętował go swoim pierścieniem rodowym. Zabrałem pergamin i wosk do pieczęci. Przy pierwszej okazji wykorzystam ten paszport jako wzór i wypiszę dwa dla nas obojga!

– Ale jak chcesz je podpisać? Imieniem naszego ojca? – spytała Johanna z zaciekawieniem.

Karl potrząsnął głową w milczeniu, choć siostra nie mogła tego widzieć w świetle dogasającego ogniska.

– Użyję nazwiska naszego dziadka, a do opieczętowania wykorzystam jeden z jego ozdobnych guzików, które znajdują się przy agrafach. Dziadek jest wielkim panem w Polsce i na pewno mi to wybaczy. Dla nas to jedyna możliwość przedarcia się przez ten kraj bez konieczności podawania się za synów grafa z Allersheim.

– Jesteś taki mądry, bracie! – pochwaliła go Johanna i zamknęła oczy. Wiedziała, że nawet jeśli ciągle pojawiać się będą przed nimi kolejne przeszkody, to i tak dotrą do Polski i dziadek przyjmie ich pod swój dach. A Ziemowit Wyborski z pewnością był na tyle możny i potężny, aby ukarać Genovevę i Matthiasa za sfałszowanie testamentu.

8.

Małostkowa nienawiść, jaką Genoveva von Allersheim odczuwała w stosunku do bliźniaków, przeszkodziła w szybkim odkryciu ich zniknięcia. Rodzeństwo nie miało służby, która byłaby do ich wyłącznej dyspozycji, a Gretel rankiem następnego dnia nie miała możliwości zaniesienia im śniadania do wieży. Kucharka wprawdzie przygotowała kosz z jedzeniem, ale nie obchodziło jej, co się z nim dalej stanie. Dlatego co rusz któryś ze służących zaglądał do środka i brał a to kawałek kiełbasy, a to pajdę chleba. Jeden z parobków wypił nawet piwo z obu dzbanków. Kiedy jeszcze kuchcik, który był głodny po porcji przydzielonej przez kucharkę, opróżnił garnek z zupą, można było odnieść wrażenie, że to Johanna zabrała jedzenie, a potem odniosła pusty kosz.

Około południa w zamku wreszcie zjawił się koniuszy.

– Czy ktoś z was widział Wojsława? – spytał lokajów i służące.

– Nie, dlaczego? – odparła Gretel.