Niepokój, czyli 19 pigułek uważności - Marcin Balicki - ebook

Niepokój, czyli 19 pigułek uważności ebook

Marcin Balicki

0,0
29,00 zł

lub
Opis

Historia wilka, której skomercjalizowany świat bał się usłyszeć

Siła płynąca z 19 pigułek uważności, która potrafi pobudzić do refleksji, ćwiczenia w poszukiwaniu wielu możliwych znaczeń, interpretacji i kreatywnego myślenia.

Dla kogo jest ta książka?

Jeśli kochasz wilki albo chociaż psy, szukasz odpoczynku w pozornie banalnej uważności, nurtują Cię pytania — jak znaleźć zdrowy balans pomiędzy interesem człowieka a jego harmonią z przyrodą? Czym jako ludzie różnimy się od zwierząt? Albo potrzebujesz metafor możliwych do wykorzystania w pracy nad własnym rozwojem – ta książka jest dla Ciebie.

O autorze

Marcin Balicki – Prezes Zarządu Millennium Leasing Wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu odpowiedzialny za digitalizację.

Założyciel i moderator grupy dyskusyjnej na LinkedIn Filozofia przy sobocie (Polska) oraz współprowadzący (wraz z Darią Andrews i Łukaszem Rafałem Stojak) grupę Filozofia przy sobocie (Estetyka). Niemal w każdą sobotę można go wirtualnie spotkać w nieskrępowanej dyskusji o filozofii, zarządzaniu, rozwoju osobistym czy sztuce. Dyskusje, – bez szarlatanerii i chodzenia na skróty, – w miejscu, w którym każdy może zderzyć swoje doświadczenia i perspektywę z doświadczeniami innych, są przede wszystkim praktyką krytycznego myślenia, które jest jedną z kluczowych kompetencji XXI wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 69




Wydanie I, polskie

Warszawa 2019

Redakcja i korekta:

Maria Bernaciak ([email protected])

Skład i łamanie:

Adrian Szatkowski (www.Zecernia.net)

Projekt okładki:

Magdalena Siejek ([email protected])

Autorka obrazu „Lupus” i zdjęcia na okładkę:

Daria Andrews (dariaandrews.com.au)

Wydawnictwo: KanarkiewiczPublishing

(www.MichalKanarkiewicz.com)

ISBN: 978-83-956038-0-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i powoduje naruszenie praw autorskich. Autorzy dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne, nie biorą jednak odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z ich wykorzystania.

Moim dzieciom,

Oldze i Arturowi

1

Właśnie skończył posiłek, przyniesiony mu przez ojca. Leżał rozleniwiony i zastanawiał się nad sensem swojego krótkiego, choć pełnego zmian życia. Nie chciało mu się ruszać, ale mimo zamyślenia można było dostrzec jakąś czujność w jego oczach. Przyglądał się widocznej w oddali kępie trawy, którą topniejący śnieg odsłonił jako pierwszą. Biały dotąd krajobraz zaczynał w ten sposób urozmaicać się ciemniejszymi plamkami, zapowiadając głębszą i trwalszą zmianę w kolejnych tygodniach. Nie pamiętał zabaw z zeszłej wiosny, dlatego martwił się, że topniejący śnieg odbiera mu najprzyjemniejsze do zabawy warunki, jakie znał. Uśmiechnął się w głębi duszy do wspomnień, jak brykał z rodzeństwem w białym puchu i jak bardzo beztroskie to były chwile. Nawet jeśli akurat nie było co jeść.

Właśnie – pomyślał – zabawa czy pełny brzuch, co lepsze?

Pełny żołądek i naturalnie obniżona aktywność nie pomagały mu w skupieniu się nad tym doniosłym, filozoficznym niemal pytaniem. Zmrużył oczy, pozwalając myślom i uczuciom przebiegać przez jego głowę bez żadnej kontroli. Nawet czujność, która jeszcze przed chwilą była widoczna w jego oczach, na chwilę zmalała i więcej w nich było mgiełki zamyślenia niż zwykłej dla niego ostrości spojrzenia.

Nie uświadamiał sobie, jak szybko zbliża się zachód słońca, ale podskórnie wyczuwał, że dzień robi się dłuższy. To burzyło jego zamartwianie się odchodzącą zimą, bo wywoływało jakąś niezrozumiałą dla niego, delikatną i jeszcze odległą ekscytację, że nadchodzący czas będzie po prostu dobry. Nie miał żadnych planów. Wydawało się, że nic specjalnego go nie czeka. Był młody i do głowy mu nie przyszło myślenie o jakimkolwiek planowaniu. Tylko to podskórne, dziwnie pozytywne uczucie, które kłóciło się ze zmartwieniem z powodu odchodzącej zimy nie dawało mu spokoju. Wykluczało się z tym, co przecież oparte było o jego wspomnienia i ponury obraz topniejącego, mokrego śniegu.

W tym stanie ducha, rozdarty rozmyślaniami, przypomniał sobie poprzedni dzień. Przeszli całą rodziną wielki kawał drogi. No i po co? Takie szwendanie się, było dla niego trudne do wytłumaczenia, ale skoro wszyscy chcą, pomyślał, to może coś w tym jest? Nieraz zastanawiał się, czy takie wędrówki mają sens. Ale jakoś nie wyobrażał sobie, że kiedyś nie pójdzie ze wszystkimi. Czuł gdzieś głęboko, że coś ważnego mogłoby go wtedy ominąć. Czy wszyscy w moim wieku to robią? Co musiałoby się stać, żebym się postawił i nie poszedł? Miałbym może wtedy na coś wpływ?

Zatopiony w tych rozważaniach, przyglądając się ciągle odsłoniętej spod śniegu kępie trawy, nie dostrzegł, że w jego otoczeniu zaszła zmiana. Gdzieś, z oddali, zaczął dobiegać cichy, choć powoli narastający odgłos. Jego świadomość nie rejestrowała tego faktu w żaden sposób, ale obserwator zauważyłby, że jego ciało zaczęło wykazywać oznaki lekkiej mobilizacji. Mięśnie się delikatnie napięły, uszy niedostrzegalnie zwróciły się w stronę ignorowanego przez świadomość dźwięku. Zaczął odczuwać niepokój. Zamyślony nad problemami, zinterpretował ten niepokój jako sygnał, że to co myśli, jest ważne. Że rozstrzygnięcie dylematu – łazić czy nie łazić, ma dla niego jakieś większe, niedostrzegalne jeszcze znaczenie. Nie zauważał, jak tym wnioskom towarzyszy rosnące napięcie całego ciała. Jak jego ciało wzmacnia myśli, które przelatują mu przez głowę. Czuł, a może nawet postanowił, że z jakiegoś niezrozumiałego jeszcze dla niego powodu, musi z tym coś zrobić.

Podniósł się, otrząsnął z resztek rozleniwienia i… zaczął wyć. W końcu był młodym wilkiem.

2

Dawno już zapomniał o swoich popołudniowych rozterkach w dniu, kiedy pierwsze kępy trawy odsłaniał topniejący śnieg. Coraz dłuższe dni, coraz silniejsze promienie słońca, coraz więcej życia w lesie, w którym mieszkał – to wszystko sprawiało, że czas, spędzany na włóczęgach i wspólnych zabawach z watahą, biegł szybko. Wieczorem padał zmęczony, ale rano wstawał rześki i radosny, nie rozpamiętując niczego, nie czekając na nic specjalnego, dając się unosić naturalnemu rytmowi życia w stadzie.

Ojciec od czasu do czasu przywoływał go spojrzeniem do porządku, co wywoływało w nim odruchowe skulenie uszu, ale rodzeństwo dość szybko odciągało go do kolejnych wygłupów, skutecznie stawiając jego uszy do pionu.

Tego dnia wieczór przebiegał inaczej niż zwykle. Dołączył, jak zwykle jako ostatni, do wyjącej watahy, ale kiedy skończyli rytuał, matka się położyła, a ojciec, wielki szary basior, stanął nad nimi i spojrzał w taki sposób, że ani senność, ani zabawy nie przyszły im nawet do głowy. Wszyscy oprócz matki, która leżała, patrząc na całą scenę ze spokojem, zastygli w oczekiwaniu. A kiedy ostatni z wilków spojrzał na ojca, ten po sekundzie odwrócił się i ruszył w las. Dla wszystkich stało się oczywiste, że dzieje się coś niezwykłego. Wyczuwając na końcu każdego włosa swojej sierści znaczenie tej chwili, ustawił się na końcu, obserwując wszystko czujnie. Po raz pierwszy w życiu zobaczył, że nikt z jego rodzeństwa się nie przepychał, nikt nikogo nie podgryzał, a porządek marszu ustalił się sam, w całkowitej ciszy. Ojciec dawno był już z przodu, więc przyspieszyli, żeby nie zdążył obejrzeć się za siebie zniecierpliwiony.

Po przejściu kawałka, którego nawet nie potrafiłby oszacować, ojciec w jakiś niedostrzegalny sposób przyzwolił dwojgu z jego rodzeństwa, żeby oddalili się od watahy. Zobaczył, niemal poczuł ten moment, kiedy zrozumieli, że spoczywa na nich jakaś odpowiedzialność i z wielkim zaangażowaniem przykryli zakłopotanie, węsząc na wszystkie strony. Szli dalej, ale wyczuwał napięcie, które unosiło się pomiędzy nimi. Tempo marszu spadło, zauważył, że ojciec czujnie przyglądał się otoczeniu i spoglądał co chwilę na węszące rodzeństwo bez zwykłej surowości. Czas mijał mu szybko, a ilość obserwacji, których dokonywał, wywoływała zamęt w głowie. Nigdy wcześniej nie doświadczył takiej wyprawy i takich emocji.

Kiedy wydawało się, że napięcie zaczyna opadać, nagle dostrzegł kątem oka, jak jeden z braci znieruchomiał, wpatrzony w ledwo rysującą się w ciemności gęstą kępę krzaków. Ojciec natychmiast spojrzał w to miejsce i znów jakimś niedostrzegalnym gestem sprawił, że inne wilki z watahy rozeszły się na boki, zachodząc z obu stron zarośla. Wszystko odbywało się w ciszy, która tylko potęgowała napięcie i wyostrzała zmysły wszystkich uczestników tej sceny.

Zostali sami z ojcem. Stali nieruchomo, bardziej czując niż widząc ruch pozostałych wilków. Ojciec był w pełni świadomy obecności każdego z nich, on tylko starał się wychwytywać ich znajomy zapach, szelest trawy i miejsce, gdzie są, które w ciemnościach objawiało się wyłącznie jako migotanie blasku księżyca na poruszanych liściach.

Wpatrzony w napięciu w kępę krzaków, którą wieki temu wskazała jego siostra, nagle zobaczył uciekającą z niej ciemną plamę. Ignorując ojca, rzucił się w jej stronę, bardziej czując niż wiedząc, co naprawdę robi. Pędził najszybciej jak potrafił, nie zwracając uwagi na krzaki i kamienie, których w ciemności nie byłby w stanie zauważyć, nawet gdyby chciał. Wiedział, że musi jak najszybciej dobiec do oddalającego się, tajemniczego zjawiska. Wiedział, że pod żadnym pozorem nie może go to ominąć. Wiedział, że w tym momencie nie ma w jego życiu nic ważniejszego niż zaspokojenie instynktu, który kazał mu gonić. Czuł się silny, szybki, gotowy do tego zadania, czuł, że jego wataha jest gdzieś blisko i widzi albo wyczuwa emocje, napięcie, zaangażowanie, z jakim biegł.

I kiedy wydawało mu się, że funkcjonuje jak doskonała maszyna do wykonania tego zadania, nagle uświadomił sobie, że nie widzi już uciekającej ciemnej plamy. Na ułamek sekundy zwolnił, ale zaraz potem po prostu zatrzymał się bezradnie. Ciemność nocy, z którą był oswojony od zawsze, nagle wydała mu się zupełnie obcym środowiskiem. Wypatrywał zgubionej ciemnej plamy, ale czuł się, jakby w całym lesie został tylko on i jego kompletna dezorientacja tym, co się wydarzyło.

Był sam na sam ze swoim narastającym niepokojem. Nie wiedział, ile upłynęło czasu, zanim dotarły do niego dźwięki i zapach jedzenia. Ruszył w tamtą stronę i dość szybko znalazł całą watahę, ucztującą radośnie nad ciepłym jeszcze posiłkiem. Ojciec, który stał z boku i wyglądał na najedzonego, patrzył na niego czujnie. Zamiast nagany i skarcenia, czego się oczywiście spodziewał, poczuł że ojciec patrzy na niego zupełnie inaczej niż zwykle. Nie chciał w to uwierzyć i nie dawało się to w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć, ale wydawało mu się, że – pomimo tego, że srogo go przecież zawiódł – w oczach ojca zobaczył… dumę.

3

Lizał swoją wilczą łapę. Nie