Niepocieszony - Kazuo Ishiguro - ebook + książka

Niepocieszony ebook

Kazuo Ishiguro

0,0

Opis

Książka laureata literackiej Nagrody Nobla 2017

 

Powieść napisana w konwencji kafkowskiej groteski, w której czas i przestrzeń podlegają zniekształceniom jak w koszmarze sennym. Utrzymana w niepokojącej, onirycznej poetyce.

Ryder, światowej sławy pianista, przybywa do bezimiennego miasta gdzieś w Europie, by dać koncert w tutejszej filharmonii.
Napotkani mieszkańcy wydają się czegoś po nim oczekiwać, choć zupełnie nie tego, czego mógłby się spodziewać. Czy młoda kobieta z synkiem, z którą zgadza się porozmawiać na prośbę jej ojca, boya hotelowego, jest w rzeczywistości jego partnerką życiową? Żoną? Kimś, kogo znał wcześniej? Ryder niewiele pamięta, a strzępki wspomnień okazują się niezbyt wiarygodne. Nieoczekiwanie orientuje się, że nie wie nawet, kto go zaprosił, że znalazł się w obcej sobie, zagmatwanej i wrogiej przestrzeni, w zamkniętym kręgu ludzi, których być może spotkał i miejsc, które być może kiedyś odwiedził. Świecie surrealistycznym, zabawnym i groźnym - po troszę jak z 'Alicji w Krainie Czarów', po troszę jak ze 'Strefy zmroku'. W społeczności miasta zdaje się panować desperacja i zagubienie, zaś Ryder urasta niemal do roli mesjasza, który ma ocalić je przed upadkiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 835

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

CZĘŚĆ II

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

CZĘŚĆ III

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

CZĘŚĆ IV

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Przypisy

O książce

POWIEŚĆ ZDOBYWCY LITERACKIEGO NOBLA 2017 UWAŻANA ZA JEDNĄ Z JEGO NAJWYBITNIEJSZYCH

W swoich powieściach o wielkiej emocjonalnej sile Kazuo Ishiguro obnaża pustkę pod naszym złudnym poczuciem związku ze światem.Z uzasadnienia przyznania Nagrody Nobla

Ryder, światowej sławy pianista, przybywa do pewnego miasta w Europie Środkowej, by dać koncert w filharmonii. Szybko orientuje się, że miejscowi nie oczekują od niego występu. Choć czegoś wyraźnie oczekują. On tymczasem zdaje sobie sprawę, że nawet nie wie, kto go tu zaprosił. Nie wie, czy przybył do swego rodzinnego miasta. Czy kobieta, z którą zgodził się porozmawiać na prośbę boya hotelowego, jest rzeczywiście jego partnerką życiową. Czuje się zamknięty w surrealistycznej przestrzeni, może i zabawnej, ale też groźnej, otoczony zagubionymi i zdesperowanymi ludźmi, którzy widzą w nim mesjasza.

Nad akcją tej misternej, złożonej z wielu warstw powieści unosi się duch Kafki. Błyskotliwa książka!

„Kirkus Reviews”

W swojej czwartej powieści Ishiguro odchodzi od bardziej tradycyjnej narracji wcześniejszych powieści i nawiązuje raczej do wielkich europejskich twórców kina niż literatury.

„The Guardian”

Niezwykle interesujące i oryginalne dzieło. Ishiguro, pisząc je, nakreślił stylistyczne terytorium, które należy tylko do niego!

„The New Yorker”

W swojej zaskakującej powieści Ishiguro opowiada zamkniętą w formę koszmaru sennego historię, w której już po raz kolejny wykorzystuje brak wiedzy bohatera i narratora o tym, co się dzieje, do kreowania ironii i czarnego humoru.

„Publishers Weekly”

KAZUO ISHIGURO

Brytyjski pisarz japońskiego pochodzenia, urodzony w 1954 r. w Nagasaki, od 1960 r. mieszkający w Wielkiej Brytanii. Autor siedmiu powieści oraz zbioru opowiadań. Zdobywca wielu nagród literackich, w tym Bookera. Do wzrostu popularności pisarza niewątpliwie przyczyniły się głośne ekranizacje jego utworów – Okruchy dnia z Anthonym Hopkinsem i Emmą Thompson oraz Nie opuszczaj mnie z Keirą Knightley i Carey Mulligan. Uhonorowany literacką Nagrodą Nobla w 2017 r. za całokształt twórczości.

Kazuo Ishiguro daje się poznać jako twórca o niezwykłej wyobraźni i inteligencji.

Joyce Carol Oates

Wielki talent narracyjny. Klasa sama w sobie.

„Independent”

Twórczość Kazuo Ishigury jest jak połączenie Jane Austen i Franza Kafki, odrobinę doprawione Proustem. A przy tym jest on pisarzem niezwykle spójnym.

prof. Sara Danius, sekretarz Akademii Szwedzkiej

Tego autora

NIE OPUSZCZAJ MNIE

KIEDY BYLIŚMY SIEROTAMI

OKRUCHY DNIA

NOKTURNY: PIĘĆ OPOWIADAŃ O MUZYCE I ZMIERZCHU

NIEPOCIESZONY

PEJZAŻ W KOLORZE SEPII

MALARZ ŚWIATA UŁUDY

POGRZEBANY OLBRZYM

Tytuł oryginału:

THE UNCONSOLED

Copyright © Kazuo Ishiguro 1995

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Tomasz Sikora 1996

Redakcja: Grzegorz Dziamski

Zdjęcie na okładce: © Christine Goodwin/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Aleksandra Saługa, Aldona Sieradzka

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-8125-098-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Normy i Naomi

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Kierowca taksówki wydawał się zakłopotany tym, że nikt – nawet recepcjonista – nie czeka na mnie z powitaniem. Przemierzył opustoszały hol, jakby w nadziei, że za jednym z kwiatów lub foteli odkryje jednak kogoś z personelu. W końcu postawił moje walizki przy drzwiach windy i mamrocząc pod nosem jakieś usprawiedliwienie, zostawił mnie samego.

Hol był na tyle przestronny, że bez trudu mieściło się w nim kilka stolików, a i tak pozostawało sporo wolnego miejsca. Sufit natomiast był niski i wyraźnie wybrzuszony ku dołowi, co sprawiało, że w pomieszczeniu panowała nieco klaustrofobiczna atmosfera. Chociaż na dworze świeciło słońce, wnętrze tonęło w półmroku. Tylko w pobliżu recepcji na ścianie kładła się jasna smuga światła, oświetlająca fragment boazerii z ciemnego drewna oraz stojak zapełniony niemieckimi, francuskimi i angielskimi czasopismami. Dostrzegłem też srebrny dzwonek na kontuarze; właśnie miałem do niego podejść i potrząsnąć, gdy otwarły się za mną jakieś drzwi i pojawił się w nich młody człowiek w uniformie.

– Dzień dobry panu – powiedział zmęczonym głosem i przeszedł za kontuar, po czym przystąpił do wypełniania rejestracyjnych formalności. Choć przeprosił zdawkowo za swoją nieobecność, przez jakiś czas obchodził się ze mną dość bezceremonialnie. Dopiero gdy wymieniłem swoje nazwisko, otrząsnął się nagle i wyprostował.

– Bardzo pana przepraszam, panie Ryder, nie poznałem pana. Pan Hoffman, kierownik hotelu, pragnął powitać pana osobiście, lecz właśnie musiał się udać na ważne spotkanie.

– Nic nie szkodzi. Będziemy jeszcze mieli okazję się spotkać.

Recepcjonista pospiesznie dokończył wypełniać formularze, cały czas mamrocząc, jak bardzo niezadowolony będzie kierownik, gdy się dowie, że przegapił mój przyjazd. Dwa razy napomknął o nawale spraw związanych z przygotowaniami do „czwartkowego wieczoru”, które zmuszają szefa do częstszego niż zwykle przybywania poza hotelem. W odpowiedzi kiwałem tylko głową, niezdolny zebrać dość siły, by go zapytać, jaki ma charakter ów „czwartkowy wieczór”.

– Aaa, pan Brodsky świetnie sobie dziś radzi – powiedział recepcjonista z nagłym ożywieniem. – Naprawdę świetnie. Rano przeprowadził czterogodzinną próbę z orkiestrą. Teraz też go słychać. Wciąż ciężko pracuje, sam szuka rozwiązań.

Wskazał ręką tylną część holu. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że gdzieś w budynku gra fortepian, ledwo słyszalny przez dobiegające z zewnątrz stłumione odgłosy ulicy. Uniosłem głowę i wytężyłem słuch. Ktoś grał w kółko jedną krótką frazę z drugiej części Pionowości Mullery’ego, powoli i w skupieniu.

– Oczywiście, gdyby kierownik był na miejscu – kontynuował recepcjonista – być może wywołałby pana Brodsky’ego z pokoju, aby go panu przedstawić. Choć nie jestem pewien… – Zaśmiał się. – Nie wiem, czy należy mu przeszkadzać. Widzi pan, przy tak głębokiej koncentracji…

– Tak, oczywiście. Innym razem.

– Gdyby kierownik był na miejscu… – Urwał i znowu się zaśmiał. Nagle nachylił się i powiedział cicho: – Niektórzy goście mieli czelność się skarżyć, że zamykamy salon, tak jak teraz, za każdym razem, gdy pan Brodsky potrzebuje fortepianu. Da pan wiarę? Doprawdy, niektórzy ludzie myślą dziwnymi kategoriami! Dwie różne osoby skarżyły się wczoraj panu Hoffmanowi. Może pan być pewien, że natychmiast im pokazano gdzie ich miejsce.

– Rozumiem. Brodsky, mówi pan… – Zastanowiłem się, lecz nazwisko to z niczym mi się nie kojarzyło. Nagle zauważyłem, że recepcjonista patrzy na mnie z wyraźnym zakłopotaniem, więc powiedziałem szybko: – Tak, tak. Z przyjemnością poznam pana Brodsky’ego, w odpowiednim czasie.

– Gdyby tylko był kierownik, proszę pana…

– Proszę się nie martwić. Jeśli to już wszystko, chciałbym teraz…

– Oczywiście, proszę pana. Musi pan być bardzo zmęczony po tak długiej podróży. Oto pański klucz. Gustav zaprowadzi pana do pokoju.

Odwróciłem się i ujrzałem boya hotelowego w starszym wieku, który czekał na mnie po drugiej stronie holu. Stał przy otwartych drzwiach windy, wpatrując się w jej wnętrze z wyrazem skupienia na twarzy. Drgnął, gdy do niego podszedłem. Następnie podniósł moje walizki i pospieszył za mną do windy.

Kiedy ruszyliśmy do góry, wciąż trzymał moje walizki, choć od wysiłku krew zaczęła nabiegać mu do twarzy. Ponieważ obie były bardzo ciężkie, poważna obawa, że mógłby przede mną zemdleć, kazała mi powiedzieć:

– Powinien je pan postawić.

– Cieszę się, że pan o tym wspomniał – rzekł, a z jego głosu trudno było odgadnąć, ile wysiłku kosztuje go utrzymanie walizek. – Kiedy wiele, wiele lat temu rozpoczynałem pracę w tym zawodzie, zazwyczaj kładłem torby na podłodze. Dźwigałem je tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne. W ruchu, by tak rzec. Prawdę mówiąc, metodę tę stosowałem tutaj przez pierwszych piętnaście lat pracy. Wielu młodych boyów hotelowych w tym mieście wciąż tak postępuje. Ale na pewno nie ja, już nie. Poza tym nie jedziemy wysoko, proszę pana.

Przez chwilę staliśmy w milczeniu.

– Więc pracuje pan w tym hotelu już jakiś czas – odezwałem się.

– Dwadzieścia siedem lat, proszę pana. Wiele w tym czasie widziałem. Ale oczywiście hotel stał tu już na długo przed moim przybyciem. Podobno w osiemnastym wieku jedną noc spędził w nim Fryderyk Wielki, a już wtedy musiała to być karczma z długą tradycją. O tak, w ciągu tych lat dochodziło tu do wydarzeń o ogromnym znaczeniu historycznym. Później, kiedy pan odpocznie, chętnie panu opowiem o niektórych z tych wydarzeń.

– Lecz nie wyjaśnił mi pan jeszcze, dlaczego nie uznaje pan stawiania bagażu na podłodze – powiedziałem.

– Ach tak – przyznał. – To ciekawa sprawa. Jak się pan zapewne domyśla, w mieście takim jak nasze jest dużo hoteli. Znaczy to, że wielu jego mieszkańców próbowało kiedyś swoich sił w zawodzie boya hotelowego. Niestety, wielu miejscowych myśli, jak się zdaje, że wystarczy włożyć liberię i człowiek zaraz staje się zdolny do wykonywania tego zawodu. Jest to złudzenie szczególnie w tym mieście hołubione. Można to nazwać lokalnym mitem. Muszę przyznać, że był czas, gdy sam bezmyślnie się z tym zgadzałem. Pewnego jednak razu, a było to wiele lat temu, pojechałem z żoną na krótkie wczasy do Lucerny w Szwajcarii. Moja żona już nie żyje, ale zawsze, gdy o niej myślę, wracam pamięcią do tamtych krótkich wakacji w pięknym zakątku nad jeziorem. Na pewno zna pan to miejsce. Po śniadaniu pływaliśmy łódką. Ale wracając do tematu, podczas naszego pobytu zauważyłem, że mieszkańcy tamtego miasta patrzą na swoich boyów zupełnie inaczej niż ludzie tutejsi. Jak by to ująć? Boye hotelowi cieszą się tam dużo większym szacunkiem. Najlepsi mają w mieście pewną renomę, a najbardziej luksusowe hotele walczą między sobą o ich usługi. Muszę powiedzieć, że otworzyło mi to oczy. Lecz w naszym mieście dawne przekonanie utrzymuje się już od wielu, wielu lat. Czasami się zastanawiam, czy kiedykolwiek uda się je wykorzenić. Nie twierdzę, że ludzie są dla nas niemili. Skądże, zawsze traktowano mnie tutaj grzecznie i z szacunkiem. Ale widzi pan, zawsze wyczuwa się pewne przekonanie, że przecież ten zawód mógłby wykonywać każdy, gdyby tylko miał na to ochotę, gdyby miał taką fantazję. Jak przypuszczam, wynika to stąd, że każdy w tym mieście miał okazję przenosić bagaż z miejsca na miejsce. Ci, którzy to robili, zakładają, że na tym właśnie polega praca boya hotelowego. W ciągu tych lat zdarzało się, że ludzie jadący ze mną w tej windzie mówili: „Czasami myślę, że mógłbym porzucić swój zawód i zatrudnić się jako boy hotelowy”. Tak, proszę pana, tak. Pewnego dnia, niedługo po naszym krótkim pobycie w Lucernie, jeden z ważniejszych radnych tego miasta odezwał się do mnie tymi słowy: „Kiedyś chciałbym się tym zająć”. Mówiąc to, wskazał na torby. „Oto życie dla mnie. Wolne od wszelakich trosk”. Przypuszczam, że próbował być dla mnie miły, sugerując, że można mi zazdrościć mojej pozycji. Byłem wtedy dużo młodszy, nie trzymałem toreb w rękach, lecz stawiałem je na podłodze, tu, w tej windzie, toteż rzeczywiście mogłem wówczas sprawiać takie wrażenie. Wie pan, że jestem wolny od trosk, jak sugerował tamten dżentelmen. To przeważyło. Nie, nie znaczy to, że słowa tamtego pana same w sobie tak bardzo mnie rozzłościły. Ale kiedy je wypowiedział, naraz jakby wszystko mi się ułożyło w głowie. Wszystko, co od pewnego czasu zaprzątało moje myśli. Jak już wspomniałem, niedawno wróciłem z wczasów w Lucernie, gdzie miałem okazję spojrzeć na sprawy z innej perspektywy. Pomyślałem więc sobie: nadszedł czas, żeby boye hotelowi w tym mieście zmienili wreszcie to powszechne wśród miejscowych nastawienie. Widzi pan, w Lucernie widziałem coś zupełnie innego i czułem, że tutaj nasza sytuacja naprawdę nie jest dobra. Po długim namyśle zdecydowałem się przedsięwziąć osobiście pewne środki zaradcze. Oczywiście, już wtedy zapewne wiedziałem, jak trudne zadanie sobie stawiam. Może się nawet domyślałem, że moje pokolenie nie doczeka owoców tych starań, że sprawy posunęły się za daleko. Ale, myślałem, gdyby udało mi się choć trochę poprawić stan rzeczy, ułatwiłoby to zadanie tym, którzy przyjdą po mnie. A zatem przyjąłem pewne reguły postępowania i trwam przy nich od dnia, gdy ów radny miejski wypowiedział tamte pamiętne słowa. Z dumą mogę oświadczyć, że kilkunastu innych boyów hotelowych w tym mieście poszło w moje ślady. Nie znaczy to, że obrali oni dokładnie tę samą strategię co ja. Przyjęli, powiedzmy, porównywalną.

– Rozumiem. Jedna z owych reguł zabrania panu stawiać walizki na podłodze i każe trzymać je przez cały czas w rękach.

– Otóż to. Widzę, że bez trudu podąża pan za tokiem mojego rozumowania. Muszę, niestety, przyznać, że kiedy przyjmowałem te reguły, byłem dużo młodszy i silniejszy i nie brałem pod uwagę postępującego z wiekiem osłabienia. To zabawne, proszę pana, ale zwykle nie bierze się tego pod uwagę. Inni boye mówią to samo. Mimo wszystko staramy się zachowywać nasze dawne postanowienia. Po latach tworzymy dość zwartą, dwunastoosobową grupę, tylu nas bowiem pozostało spośród tych, którzy wiele lat temu próbowali coś zmienić. Gdybym miał się dziś z czegoś wycofać, czułbym, że zdradzam innych. I gdyby ktoś z pozostałych wyrzekł się teraz którejś ze swoich dawnych reguł, czułbym to samo. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, zatem w mieście naszym dokonał się pewien postęp. Wprawdzie przed nami jeszcze daleka droga, często jednak dyskutujemy na ten temat. W każdą niedzielę po południu spotykamy się w kawiarni Węgierskiej na Starym Mieście… mógłby pan przyjść i do nas dołączyć, byłby pan mile widzianym gościem… Tak więc często omawiamy te sprawy i wszyscy jesteśmy zgodni, bez cienia wątpliwości, że stosunek mieszkańców tego miasta do boyów hotelowych znacznie się poprawił. Młodsi, którzy przyszli po nas, uważają to za oczywiste, lecz my, grupa z kawiarni Węgierskiej, dobrze wiemy, że to dzięki nam coś się zmieniło, choćby tylko w niewielkim stopniu. Gdyby zechciał pan do nas dołączyć, czulibyśmy się zaszczyceni, a ja miałbym przyjemność przedstawić pana pozostałym członkom grupy. Nasze spotkania nie mają już tak oficjalnego charakteru jak dawniej i od pewnego czasu w szczególnych okolicznościach zapraszamy do naszego stolika gości z zewnątrz. O tej porze roku przyjemnie jest siedzieć w łagodnych promieniach popołudniowego słońca. Mamy stolik w cieniu markizy, z widokiem na Stary Rynek. To bardzo przyjemne miejsce, proszę pana. Jestem pewien, że się panu spodoba. Ale wracając do mojego wywodu: często dyskutujemy na ten temat w kawiarni Węgierskiej. Mam na myśli nasze dawne postanowienia, przyjęte wiele lat temu. Widzi pan, żaden z nas się nie zastanawiał, co będzie, gdy się zestarzejemy. Przypuszczam, że byliśmy zbytnio pochłonięci pracą, by myśleć o przyszłości dalszej niż następny dzień. A być może nie przewidzieliśmy, jak wiele trzeba będzie czasu, by zmienić te głęboko zakorzenione postawy. No i proszę, mam tyle lat, ile mam, i z każdym rokiem jest mi coraz ciężej.

Boy hotelowy przerwał na chwilę i zdawało się, że pomimo wysiłku fizycznego głęboko się nad czymś zastanawia.

– Będę z panem szczery, po co udawać – rzekł w końcu. – Kiedy byłem młodszy, kiedy po raz pierwszy ustanowiłem dla siebie owe reguły, zawsze podnosiłem do trzech walizek naraz, bez względu na ich wielkość czy ciężar. Jeśli gość miał czwartą, stawiałem ją na podłodze. Ale z trzema nigdy nie miałem kłopotu. Niestety, cztery lata temu trochę zaniemogłem i było mi coraz ciężej. Po dyskusji w kawiarni Węgierskiej ustaliliśmy, że nie muszę być dla siebie aż tak surowy. Przecież chodzi tylko o to, przekonywali mnie, by pokazać gościom coś z prawdziwej natury naszej pracy. Dwie czy trzy torby, efekt będzie ten sam, mogę więc bez obaw zmniejszyć swoje minimum z trzech walizek do dwóch. Zgodziłem się z nimi, chociaż wiem, że to nie do końca prawda. Widzę przecież, że wrażenie, jakie sprawiam, nie jest już takie samo. Przyzna pan, że nawet najmniej wprawny obserwator zauważy znaczną różnicę między boyem hotelowym dźwigającym trzy torby a tym, który dźwiga tylko dwie. Zdaję sobie z tego sprawę i nie zamierzam przed panem ukrywać, że trudno mi się z tym pogodzić. Wróćmy jednak do tematu. Mam nadzieję, że rozumie pan teraz, dlaczego nie chcę postawić pańskich walizek. Ma pan tylko dwie. Jeszcze przynajmniej przez kilka lat nie będzie to przekraczać moich możliwości.

– Tak, wszystko to jest niezwykle chwalebne – powiedziałem. – Może być pan pewien, że wywarł pan na mnie pożądane wrażenie.

– Chcę, aby pan wiedział, że nie jestem jedynym, który musiał dokonać pewnej korekty. Sprawy te są ciągle przedmiotem naszych dyskusji w kawiarni Węgierskiej. Prawdę mówiąc, każdy z nas musiał coś zmienić. Proszę jednak nie myśleć, że pozwalamy sobie na zaniżanie własnych standardów. Gdyby tak było, nasz wieloletni trud poszedłby na marne. Szybko stalibyśmy się pośmiewiskiem miasta. Przechodnie szydziliby z nas, widząc, jak siedzimy przy naszym stoliku w niedzielne popołudnia. O nie, jesteśmy dla siebie twardzi i, co bez wątpienia potwierdzi panna Hilde, społeczność miasta zaczęła szanować nasze niedzielne zebrania. Jak już mówiłem, pańska obecność wśród nas byłaby bardzo mile widziana. Zarówno kawiarnia, jak i rynek są w te słoneczne popołudnia niezwykle przyjemne. Od czasu do czasu właściciel kawiarni zamawia cygańskich skrzypków, aby grali na rynku. Czuje on dla nas najwyższy szacunek. Kawiarnia nie jest duża, lecz właściciel zawsze dba o to, by nie zabrakło miejsca i by każdy z nas mógł się wygodnie usadowić przy naszym stoliku. Nawet wówczas, gdy w pozostałej części lokalu panuje duży ruch, pilnuje, by tłum na nas nie napierał ani nam nie przeszkadzał. Nawet w najruchliwsze popołudnia, gdyby wszyscy przy naszym stoliku rozpostarli jednocześnie ramiona, nikt by się nie dotykał. Tak wielki szacunek czuje dla nas właściciel. Jestem pewien, że panna Hilde potwierdzi moje słowa.

– Przepraszam – wtrąciłem – kim jest panna Hilde, na którą wciąż się pan powołuje?

Wypowiedziawszy te słowa, zauważyłem, że boy hotelowy, spoglądając ponad moim ramieniem, wpatruje się w jakiś punkt za mną. Odwróciłem się, by ze zdumieniem stwierdzić, że nie jesteśmy w windzie sami. W rogu stała drobna młoda kobieta w prostym i gustownym kostiumie urzędniczki. Widząc, że wreszcie ją zauważyłem, uśmiechnęła się i postąpiła krok do przodu.

– Przepraszam – powiedziała do mnie – proszę nie myśleć, że podsłuchiwałam, ale też nie mogłam nie słyszeć, co panowie mówili. Wysłuchawszy Gustava, muszę, niestety, stwierdzić, że jest trochę niesprawiedliwy wobec nas, mieszkańców tego miasta, gdy mówi, że nie cenimy naszych boyów hotelowych. Oczywiście, że cenimy, a najbardziej obecnego tu Gustava. Wszyscy go kochamy. Sam pan widzi, że nawet w tym, co przed chwilą panu opowiedział, przeczy sam sobie. Czym bowiem, jeśli jesteśmy wobec nich aż tak obojętni, wyjaśnić szacunek, z jakim się do nich odnoszą w kawiarni Węgierskiej? Doprawdy, Gustavie, bardzo brzydko z twojej strony, że wszystkich nas przedstawiasz panu Ryderowi w tak fałszywym świetle.

Choć kobieta powiedziała to z wyraźną czułością w głosie, boy hotelowy wydawał się srodze zawstydzony. Odwrócił się do nas bokiem, obijając sobie nogi ciężkimi walizkami, i skierował zakłopotane spojrzenie w inną stronę.

– To mu powinno wystarczyć – rzekła kobieta z uśmiechem. – Należy do najlepszych. Wszyscy go kochamy. Jest niezwykle skromny, więc sam nigdy by panu nie zdradził, że inni boye w tym mieście patrzą na niego z podziwem. Można nawet bez przesady powiedzieć, że otaczają go prawdziwą czcią. Niekiedy można zobaczyć, jak siedzą przy swoim stoliku w niedzielne popołudnie i nie śmią nic powiedzieć, póki nie przybędzie Gustav. Mają poczucie, że rozpoczynanie debaty bez niego byłoby nietaktem. Często siedzą w milczeniu nad kawą, w dziesięciu lub jedenastu, i czekają. Co najwyżej wymieniają pojedyncze szepty, jak gdyby byli w kościele. Dopiero z chwilą przybycia Gustava rozluźniają się i zaczynają rozmawiać. Warto pójść do kawiarni Węgierskiej tylko po to, żeby być świadkiem przybycia Gustava. Muszę panu powiedzieć, że różnica w zachowaniu przedtem i potem jest bardzo wyraźna. W jednej chwili widzi się posępne, stare twarze, zgromadzone w milczeniu wokół stołu, po czym zjawia się Gustav i wszyscy zaczynają się śmiać i krzyczeć. Szturchają się w żartach, poklepują po plecach. A niekiedy nawet tańczą, tak, na stole! Mają swój taniec, Taniec Boyów Hotelowych, czyż nie, Gustavie? Naprawdę świetnie się bawią. Ale to wszystko dopiero po jego przybyciu. Oczywiście on sam nigdy by panu tego nie powiedział, jest zbyt skromny. Wszyscy go tutaj bardzo kochamy.

W trakcie tej wypowiedzi Gustav musiał coraz bardziej się od nas odwracać, bo gdy spojrzałem w jego stronę, stał tyłem do nas, zwrócony do przeciwległego rogu windy. Jego nogi uginały się pod ciężarem walizek, ręce drżały. Głowę zwiesił tak nisko, że stała się dla nas prawie niewidoczna, trudno jednak było zgadnąć, czy wynikało to z jego wstydliwości, czy też po prostu z wysiłku.

– Przepraszam, panie Ryder – powiedziała kobieta – jeszcze się panu nie przedstawiłam. Jestem Hilde Stratmann. Polecono mi dopilnować, by w czasie pańskiego pobytu u nas wszystko przebiegało gładko. Bardzo się cieszę, że wreszcie pan dotarł. Zaczynaliśmy się już lekko niepokoić. Wszyscy czekali na pana rano, póki mogli, lecz wielu miało ważne spotkania i musiało odejść. Zatem to właśnie mnie, skromnej pracownicy Obywatelskiego Instytutu Sztuk Pięknych, przypadło w udziale oznajmić panu, jak wielkim zaszczytem jest dla nas wszystkich pańska wizyta.

– Bardzo się cieszę, że tu jestem. Ale powiedziała pani przed chwilą, że rano…

– Proszę się nie przejmować rankiem, panie Ryder. Nikt nie poczuł się urażony. Najważniejsze, że jest pan z nami. Wie pan, w jednym na pewno mogę się zgodzić z Gustavem, a mianowicie w sprawie Starego Rynku. To naprawdę bardzo atrakcyjne miejsce i zawsze radzę przyjezdnym, by się tam przeszli. Panuje tam wspaniała atmosfera: mnóstwo kawiarenek, sklepów rękodzielniczych, restauracji. To niedaleko stąd, więc powinien pan skorzystać z okazji, gdy tylko pozwoli panu na to program pobytu.

– Postaram się pójść za pani radą. A skoro już mowa o moim programie, panno Stratmann… – Przerwałem umyślnie, oczekując, że młoda kobieta przeprosi mnie za zapominalstwo i być może wyjmie z walizeczki jakiś papier lub broszurkę.

Ale choć rzeczywiście wpadła mi w słowo, powiedziała tylko:

– To bardzo napięty program, ale mam nadzieję, że możliwy do zrealizowania. Staraliśmy się ograniczyć go wyłącznie do spraw najważniejszych. Oczywiście zewsząd posypały się propozycje: z towarzystw, lokalnych środków przekazu i tak dalej. Cieszy się pan tutaj wielką popularnością, panie Ryder. Wielu mieszkańców miasta wierzy, że jest pan nie tylko najwybitniejszym żyjącym pianistą świata, ale i największą osobistością naszych czasów. Sądzimy, że ostatecznie udało się nam ograniczyć pański program do rzeczy najistotniejszych. Mam nadzieję, że nie będzie pan miał powodów do niezadowolenia.

W tym momencie drzwi windy się rozsunęły i boy hotelowy ruszył korytarzem. Z powodu obciążenia szurał nogami po dywanie, ja zaś i panna Stratmann, idąc za nim, także musieliśmy przyjąć podobne tempo, aby go nie wyprzedzić.

– Chyba jednak nikt się nie obraził – odezwałem się po drodze – że w moim programie zabrakło dla niego miejsca?

– Ach nie, proszę się nie martwić. Wszyscy wiemy, po co pan tutaj przyjechał, i nikt nie chce się narażać na zarzut, że panu przeszkadza. W gruncie rzeczy wszystko w pańskim programie, z wyjątkiem dwóch dość ważnych uroczystości, wiąże się mniej czy bardziej bezpośrednio z czwartkowym wieczorem. Oczywiście zdążył się pan już zapoznać z programem wizyty.

Tę ostatnią uwagę wypowiedziała tonem, który nie pozwolił mi odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Wymamrotałem tylko:

– Tak, oczywiście.

– Tak, to bardzo napięty program. Przede wszystkim kierowaliśmy się pańskim życzeniem, by mógł pan jak najwięcej ujrzeć na własne oczy. Bardzo chwalebne podejście, jeśli wolno mi wyrazić swoją opinię.

Boy hotelowy zatrzymał się przed drzwiami do jednego z pokojów. Opuścił wreszcie moje walizki na podłogę i zaczął majstrować przy zamku. Kiedy go dogoniliśmy, znów podniósł bagaże i wtoczył się do pokoju ze słowami:

– Proszę za mną.

Już miałem to uczynić, gdy panna Stratmann położyła mi dłoń na ramieniu.

– Nie zatrzymam pana długo – powiedziała. – Chciałabym tylko zapytać, czy w pańskim programie znalazło się coś, z czego nie jest pan zadowolony.

Drzwi się zatrzasnęły i zostaliśmy sami na korytarzu.

– Cóż, panno Stratmann – odezwałem się – ogólnie mówiąc, wydał mi się bardzo… bardzo dobrze ułożony.

– Na pańską prośbę zostało zorganizowane spotkanie z Obywatelską Grupą Wzajemnego Wsparcia. Do grupy należą osoby różnych profesji, które czują się poszkodowane przez obecny kryzys. Będzie pan miał okazję dowiedzieć się z pierwszej ręki, przez co musieli przejść niektórzy ludzie.

– Ach tak. Niewątpliwie będzie to bardzo przydatne.

– Jak pan zapewne zauważył, uszanowaliśmy także pańską wolę spotkania się z panem Christoffem. W tych okolicznościach doskonale rozumiemy, dlaczego chciał się pan z nim spotkać. Jak się pan domyśla, pan Christoff jest zachwycony. Naturalnie ma on własne powody, dla których chciałby się z panem spotkać. Chodzi mi o to, że on i jego przyjaciele będą się usilnie starali przekonać pana do własnej oceny sytuacji. Oczywiście wszystko to będą bzdury, ale na pewno pomoże to panu zdobyć ogólne rozeznanie w naszej obecnej sytuacji. Wygląda pan na bardzo zmęczonego, panie Ryder. Nie chcę już pana dłużej zatrzymywać. Oto moja wizytówka. Jeżeli będzie pan miał jakieś pytania lub kłopoty, proszę dzwonić.

Podziękowałem jej i przez chwilę patrzyłem, jak oddala się korytarzem. Kiedy wszedłem do pokoju, w myślach wciąż jeszcze rozważałem różne aspekty naszej rozmowy i dopiero po chwili zauważyłem stojącego przy łóżku Gustava.

– Ach, jest pan.

Przywykłem już do boazerii z ciemnego drewna, która dominowała w całym budynku, nie spodziewałem się więc, że ujrzę tak jasny i nowocześnie urządzony pokój. Ściana naprzeciwko prawie w całości była ze szkła. Przez pionowe żaluzje przyjemnie sączyło się słońce. Moje walizki stały jedna przy drugiej obok szafy.

– Pozwoli pan, że mu wyjaśnię, jak korzystać z wygód – powiedział Gustav. – Dzięki temu spędzi pan tutaj czas tak wygodnie, jak to możliwe.

Chodziłem za Gustavem po pokoju, podczas gdy on demonstrował mi różne przełączniki i inne udogodnienia. W pewnym momencie zaprowadził mnie do łazienki, gdzie kontynuował wyjaśnienia. Już chciałem mu przerwać, jak to zwykle robię w podobnych sytuacjach, lecz zapał, z jakim wypełniał swoje obowiązki, próba nadania osobistego charakteru czemuś, co musiał wielokrotnie powtarzać każdego dnia, poruszyły mnie i kazały mi słuchać dalej. Ale gdy tak wyjaśniał, machając ręką w stronę różnych części pokoju, przyszło mi na myśl, że mimo całego swojego profesjonalizmu, mimo autentycznego pragnienia, by zapewnić mi wygodę, pewna sprawa, która przez cały dzień zaprzątała jego umysł, ponownie wypłynęła na powierzchnię. Znów martwił się o swoją córkę i jej synka.

Kiedy kilka miesięcy wcześniej zaproponowano mu ten układ, Gustav nie przypuszczał, że może mu on przynieść cokolwiek oprócz niczym niezakłóconej radości. Raz w tygodniu miał poświęcać kilka godzin po południu na spacer z wnukiem po Starym Mieście, by zapewnić Sophie trochę czasu dla siebie. Co więcej, układ natychmiast zdał egzamin i już po paru tygodniach dziadek i wnuk wypracowali pewien porządek dnia, z którego obie strony były nad wyraz zadowolone. Kiedy nie padało, zaczynali spacer od placu zabaw, gdzie Boris miał okazję demonstrować swoje ostatnie wyczyny. W razie deszczu spacer zaczynał się w muzeum łodzi i żaglówek. Następnie przechadzali się uliczkami Starego Miasta, zaglądając do niektórych sklepów z upominkami, niekiedy zatrzymywali się na Starym Rynku, aby popatrzeć na mima lub akrobatę. Ponieważ stary boy hotelowy był w tej okolicy znaną postacią, co chwila ktoś ich pozdrawiał i Gustav wysłuchiwał licznych komplementów na temat wnuka. Następnie szli na stary most obserwować przepływające pod nim łódki. Ich wędrówka kończyła się w ulubionej kawiarence, gdzie zamawiali ciastko albo lody i czekali na powrót Sophie.

Początkowo te małe wycieczki sprawiały Gustavowi ogromną przyjemność. Ale większy kontakt z córką i wnukiem unaocznił mu fakty, które dawniej odsuwał od siebie, do chwili, gdy nie mógł już dłużej udawać, że wszystko gra. Przede wszystkim chodziło o ogólny nastrój Sophie. W pierwszych tygodniach opuszczała ich wyraźnie uradowana, spiesząc do centrum miasta, by zrobić zakupy lub spotkać się z przyjaciółką. Ale ostatnio zaczęła się ociągać, jakby nie miała co ze sobą zrobić. Ponadto pojawiły się wyraźne oznaki, że owe kłopoty – cokolwiek to było – zaczynają wyciskać piętno na Borisie. Wprawdzie zazwyczaj jego wnuk nadal był radosny jak zawsze, Gustav jednak zauważył, że od czasu do czasu, zwłaszcza na wzmiankę o jego życiu rodzinnym, przez oblicze chłopca przeciąga chmura. Dwa tygodnie temu zaś wydarzyło się coś, o czym boy hotelowy nie mógł przestać myśleć.

Kiedy przechodził z Borisem obok jednej z wielu kawiarni na Starym Mieście, nagle zauważył w środku swoją córkę. Ponieważ okno ocieniała markiza, całe wnętrze kawiarni było doskonale widoczne. Sophie siedziała samotnie przy stoliku nad filiżanką kawy i wyglądała na zupełnie przygnębioną. Odkrycie, że nie zdobyła się nawet na opuszczenie Starego Miasta, nie mówiąc już o wyrazie jej twarzy, wywarło na Gustavie piorunujące wrażenie – tak wielkie, że dopiero po chwili zaświtało mu w głowie, by odwrócić uwagę Borisa. Było już jednak za późno – podążając za wzrokiem dziadka, Boris rzucił przelotne spojrzenie w stronę matki, ale natychmiast odwrócił głowę i obaj ruszyli w dalszą drogę, ani słowem nie komentując tego zdarzenia. Boris odzyskał dobry humor już po kilku minutach, niemniej jednak epizod ten poważnie wzburzył umysł boya hotelowego i od tej pory wielokrotnie powracał do niego w myślach. Wspomnienie tamtego incydentu było przyczyną jego zamyślenia w holu i pochłonęło go znowu, kiedy oprowadzał mnie po pokoju.

Polubiłem tego staruszka i poczułem dla niego współczucie. Długo już nad tym wszystkim rozmyślał i istniało niebezpieczeństwo, że te zmartwienia nabiorą w jego oczach wyolbrzymionych rozmiarów. Miałem nawet zamiar porozmawiać z nim na ten temat, ale gdy skończył, znowu opadło mnie znużenie, które czułem od opuszczenia samolotu. Postanowiłem, że poruszę ten temat innym razem, i odprawiłem go, wręczając mu suty napiwek.

*

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, zwaliłem się w ubraniu na łóżko i przez chwilę gapiłem się bezmyślnie w sufit. Z początku moje myśli krążyły wokół Gustava i jego problemów, ale po pewnym czasie wróciłem myślami do rozmowy z panną Stratmann. Nie ulegało wątpliwości, że miasto oczekiwało ode mnie czegoś więcej niż zwykłego recitalu. Gdy jednak próbowałem przypomnieć sobie jakieś szczegóły dotyczące tej wizyty, moja pamięć zawodziła. Zdałem sobie sprawę, jak niemądrze postąpiłem, nie wyjawiając pannie Stratmann całej prawdy. Jeśli nie dostałem programu wizyty, wina leżała po jej stronie, nie po mojej, więc moje asekuranctwo było całkowicie nieuzasadnione.

Znowu skupiłem się na nazwisku Brodsky i tym razem nasunęło mi się nieodparte wrażenie, że nie tak dawno coś o nim słyszałem lub czytałem. Potem przypomniałem sobie pewien moment z mojej długiej, dopiero co zakończonej podróży. Siedziałem w zaciemnionej kabinie i przy wiązce wątłego światła studiowałem program swojej wizyty. Inni pasażerowie spali. W pewnej chwili siedzący obok mnie mężczyzna się obudził i po paru minutach rzucił jakąś żartobliwą uwagę. A właściwie, o ile dobrze pamiętam, nachylił się i zadał mi jakieś kwizowe pytanie, coś na temat piłkarzy biorących udział w mistrzostwach świata. Aby uniknąć rozproszenia uwagi, zbyłem go niezbyt uprzejmą odpowiedzią. Wszystko to wróciło teraz do mnie. Pamiętałem gruby, szary papier, na którym wydrukowany był program, bladożółtą plamę padającego z góry światła, warkot silników – ale za nic nie potrafiłem sobie przypomnieć, co owa kartka zawierała.

Po kilku minutach poczułem przypływ znużenia i uznałem, że dopóki się nie prześpię, dalsze rozważania nie mają większego sensu. Wiedziałem z doświadczenia, że po wypoczynku wszystko przedstawia się o wiele jaśniej. Później mogę się udać do panny Stratmann, wytłumaczyć jej całe nieporozumienie, poprosić o program wizyty i wypytać ją o wszystko, co będzie wymagało wyjaśnienia.

Właśnie zaczynałem zapadać w sen, gdy nagle coś kazało mi na nowo otworzyć oczy i spojrzeć na sufit. Przyglądałem mu się dobrą chwilę, a następnie usiadłem na łóżku i rozejrzałem się dokoła, czując, jak z każdą sekundą narasta we mnie przeświadczenie, że widok ten nie jest mi obcy. Uprzytomniłem sobie, że pokój, w którym się znajdowałem, był dokładnie tym samym pokojem, który służył mi jako sypialnia w ciągu dwóch lat spędzonych z rodzicami w domu mojej ciotki na pograniczu Anglii i Walii. Ponownie rozejrzałem się po pokoju, po czym opadłem z powrotem na łóżko i jeszcze raz przyjrzałem się sufitowi. Niedawno otynkowano go i pomalowano, zwiększono jego rozmiary, usunięto gzymsy, całkowicie zmieniono dekoracje wokół lampy. Bezspornie jednak był to ten sam sufit, który w owych czasach tyle razy oglądałem ze swojego wąskiego, skrzypiącego łóżka.

Przewróciłem się na bok i spojrzałem na podłogę przy łóżku. W miejscu, gdzie stawia się nogi, leżał ciemny dywanik. Przypomniałem sobie, że niegdyś w tym samym miejscu podłoga przykryta była zieloną, wytartą matą, na której kilka razy w tygodniu ostrożnie rozmieszczałem formacje moich plastikowych żołnierzyków; w sumie miałem ich ponad sto i przechowywałem je w dwóch puszkach po biszkoptach. Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem dywanik, co obudziło we mnie wspomnienie pewnego popołudnia, gdy – zatopiony w świecie swoich plastikowych żołnierzyków – usłyszałem z dołu odgłosy gwałtownej kłótni. Głosy naładowane były furią, toteż nawet jako sześcio- czy siedmioletnie dziecko wiedziałem, że nie jest to zwykła sprzeczka. Powiedziałem sobie jednak, że to nic takiego, i ponownie kładąc policzek na zielonej macie, dalej snułem swoje plany wojenne. W pobliżu środka maty była wyszarpana dziura, która zawsze bardzo mnie drażniła. Lecz tamtego popołudnia, przy wtórze dobiegających z dołu wrzasków, po raz pierwszy przyszło mi na myśl, że dziurę tę można wykorzystać, traktując jako teren pokryty krzewami, przez które muszą się przedzierać moi żołnierze. Odkrycie to – że skaza, która zawsze zagrażała integralności mojego wyimaginowanego świata, może się w istocie stać jego częścią – wywołało we mnie podniecenie i odtąd „krzew” ów wielokrotnie odgrywał niebagatelną rolę w bitwach, które potem aranżowałem.

Wszystko to przypomniało mi się, kiedy leżałem z oczyma wlepionymi w sufit. Oczywiście przez cały ten czas miałem świadomość, że wygląd pokoju został gruntownie zmieniony. Ale myśl, że po tylu latach znów się znalazłem w świątyni mojego dzieciństwa, wzbudziła we mnie poczucie głębokiego spokoju. Zamknąłem oczy i przez chwilę zdawało mi się, że znów otaczają mnie wszystkie znane mi sprzęty. W rogu po prawej stronie wysoka, biała szafa z ułamanym uchwytem. Obraz katedry w Salisbury na ścianie nad moją głową. Przy łóżku szafka z dwoma szufladami pełnymi moich małych skarbów i sekretów. Wszystkie napięcia tego dnia – długi lot, nieporozumienia wokół programu mojej wizyty, troski Gustava – powoli odpływały i czułem, jak zanurzam się w głęboki sen człowieka wyczerpanego.

Rozdział 2

Kiedy obudził mnie telefon, miałem wrażenie, że dzwonił już dłuższą chwilę. Podniosłem słuchawkę i usłyszałem czyjś głos:

– Halo, pan Ryder?

– Tak, to ja.

– Mówi Hoffman. Kierownik hotelu.

– Aha. Bardzo mi miło.

– Panie Ryder, jesteśmy tacy szczęśliwi, że wreszcie pan do nas zawitał. Jest pan tu bardzo mile widziany.

– Dziękuję.

– Bardzo mile. Proszę się nie przejmować swoim spóźnieniem. Jak przypuszczam, panna Stratmann zdążyła już panu donieść, że wszyscy okazali całkowite zrozumienie. W końcu jeśli ma się do przebycia takie odległości i tyle zobowiązań na całym świecie… ha, ha… nie zawsze można tego uniknąć.

– Ale…

– Doprawdy, nie ma o czym mówić. Jak wspomniałem, wszyscy byli bardzo wyrozumiali. Zapomnijmy więc już o tym. Ważne, że jest pan z nami. Już choćby za to jesteśmy panu niezmiernie wdzięczni.

– Bardzo dziękuję, panie Hoffman.

– Jeśli nie jest pan teraz zbyt zajęty, bardzo chciałbym w końcu powitać pana osobiście. Wyrazić wdzięczność, że zgodził się pan na wizytę w tym mieście i tym hotelu.

– To bardzo miło z pańskiej strony – powiedziałem – ale właśnie uciąłem sobie drzemkę…

– Drzemkę? – W jego głosie zabrzmiała nagła irytacja, lecz zaraz dodał uprzejmym tonem: – No tak, oczywiście. Na pewno jest pan bardzo zmęczony. Ma pan za sobą szmat drogi. Umówmy się, że da pan znać, kiedy będzie pan gotów.

– Chętnie się z panem spotkam, panie Hoffman. Na pewno nie każę panu długo na siebie czekać.

– Proszę przyjść w najdogodniejszej dla pana chwili. Będę na pana czekał, tu, w holu, dopóki nie zejdzie pan na dół. Więc proszę się nie spieszyć.

Po chwili namysłu powiedziałem:

– Przecież ma pan na pewno wiele innych spraw na głowie.

– Ma pan rację, to bardzo pracowita pora dnia. Ale chętnie poczekam na pana tak długo, jak to konieczne.

– Nie chcę, by z mojego powodu marnował pan swój cenny czas, panie Hoffman. Za chwilę będę na dole i pana znajdę.

– To żaden kłopot, panie Ryder. Szczerze mówiąc, to dla mnie zaszczyt, że mogę na pana zaczekać. Tak jak mówię, proszę wybrać dogodną dla siebie porę. Zapewniam pana, że będę tu stał, póki się pan nie zjawi.

Podziękowałem mu raz jeszcze i odłożyłem słuchawkę, po czym usiadłem na łóżku i się rozejrzałem. Sądząc po świetle, było już późno po południu. Mimo ogromnego zmęczenia nie pozostawało mi nic innego, jak zejść do holu. Wstałem, podszedłem do jednej z walizek i odszukałem marynarkę mniej wymiętą niż ta, którą wciąż miałem na sobie. Gdy się przebierałem, naszła mnie przemożna ochota na kawę i chwilę potem pospiesznie opuściłem pokój.

*

Kiedy wyszedłem z windy, hol tętnił życiem. Wszędzie dokoła siedzieli rozparci w fotelach goście hotelowi, przeglądali gazety lub gawędzili między sobą przy kawie. Obok recepcji kilku Japończyków wymieniało radosne pozdrowienia. Lekko oszołomiony tą przemianą nie zauważyłem, kiedy podszedł do mnie kierownik hotelu.

Miał koło pięćdziesiątki i był większy i cięższy, niż sobie wyobrażałem, sądząc po jego głosie słyszanym przez telefon. Z promiennym uśmiechem na twarzy wyciągnął do mnie rękę. Zauważyłem, że brakuje mu tchu, a na jego czole perli się pot.

Kiedy ściskaliśmy sobie dłonie, kilkakrotnie powtórzył, jakim to zaszczytem dla miasta, a w szczególności dla jego hotelu, jest moja wizyta. Potem nachylił się i powiedział tonem zwierzenia:

– Mogę pana zapewnić, że wszelkie przygotowania do czwartkowego wieczoru przebiegają zgodnie z planem. Naprawdę, nie musi się pan o nic martwić.

Czekałem, aż powie coś więcej, ale on uśmiechał się tylko, więc odrzekłem:

– Miło mi to słyszeć.

Nastąpiła chwila kłopotliwego milczenia. Hoffman miał już coś na końcu języka, powstrzymał się jednak, zaśmiał i klepnął mnie po ramieniu, co uznałem za gest niczym nieuzasadnionej poufałości. W końcu powiedział:

– Panie Ryder, jeśli w jakikolwiek sposób mogę uprzyjemnić panu pobyt w moim hotelu, proszę mnie o tym niezwłocznie powiadomić.

– Jest pan bardzo uprzejmy.

Znów zapadło milczenie. Potem powtórnie się zaśmiał, potrząsnął nieznacznie głową i znowu klepnął mnie po ramieniu.

– Panie Hoffman – odezwałem się – czy jest coś, o czym szczególnie chciał pan ze mną porozmawiać?

– Ach nie, o niczym w szczególności, panie Ryder. Pragnąłem po prostu pana powitać i upewnić się, że nie ma pan żadnych zastrzeżeń. – Po czym dość nieoczekiwanie wykrzyknął: – Ależ tak! Skoro już pan o tym wspomniał… tak, miałem coś konkretnego na myśli. Właściwie to tylko drobiazg. – Po raz kolejny się zaśmiał i potrząsnął głową. – Chodzi o albumy mojej żony.

– Albumy pańskiej żony?

– Moja żona, panie Ryder, to bardzo wykształcona kobieta. Oczywiście jest gorącą wielbicielką pana talentu. Z dużym zainteresowaniem śledzi pańską karierę, a od paru lat zbiera wycinki prasowe na pański temat.

– Naprawdę? Jak to miło z jej strony.

– Zapełniła już dwa albumy wycinkami poświęconymi wyłącznie panu. Poszczególne pozycje ułożone są chronologicznie, najwcześniejsze zaś pochodzą sprzed wielu lat. Przejdę do sedna sprawy. Moja żona zawsze miała nadzieję, że któregoś dnia pan przejrzy te albumy. Naturalnie, wiadomość o pańskim przyjeździe do naszego miasta na nowo ożywiła te nadzieje. Wiedziała jednak, jak bardzo będzie pan zajęty, nalegała więc, by nie zawracać panu tym głowy. Ale ja, odgadując jej skrywane pragnienia, obiecałem jej, że przynajmniej poruszę przy panu ten temat. Gdyby znalazł pan choć chwilę, by rzucić na nie okiem… nawet nie wyobraża pan sobie, jak wiele by to dla niej znaczyło.

– Proszę przekazać małżonce wyrazy wdzięczności, panie Hoffman. Chętnie zajrzę do jej albumów.

– Jak to miło z pańskiej strony, panie Ryder! Doprawdy, niezwykle miło. Prawdę mówiąc, przyniosłem albumy tu, do hotelu, żeby w każdej chwili były pod ręką. Domyślam się jednak, jak bardzo jest pan zajęty.

– Rzeczywiście, mój program jest dość napięty. Z pewnością jednak znajdę trochę czasu na albumy pańskiej żony.

– Pan jest niezwykle uprzejmy, panie Ryder. Ale podkreślam, że w żadnym razie nie chciałbym sprawiać panu dodatkowych kłopotów. Mam zatem następującą propozycję. Kiedy tylko będzie pan gotów dokonać przeglądu albumów, da mi pan znać. Do tego czasu nie będę się naprzykrzał. Jeśli pan uzna, że nadszedł właściwy moment, proszę mnie odszukać, bez względu na porę dnia lub nocy. Zwykle nietrudno mnie znaleźć, a teren hotelu opuszczam dość późno. Przerwę każde zajęcie, by przynieść panu albumy. Takie rozwiązanie wydaje mi się bardzo korzystne. Doprawdy, nie zniósłbym myśli, że również ja wywieram na pana presję.

– Dziękuję za troskę, panie Hoffman.

– Właśnie przyszła mi do głowy pewna myśl, panie Ryder. W ciągu kilku najbliższych dni mogę sprawiać wrażenie osoby gorączkowo pogrążonej w pracy. W związku z tym chciałbym pana zapewnić, że żadna praca nie przeszkodzi mi w zajęciu się tą sprawą. A zatem nawet jeśli wydam się panu bardzo zajęty, proszę się tym nie zniechęcać.

– Dobrze, będę o tym pamiętał.

– Moglibyśmy ustalić jakiś umowny sygnał. Może się przecież zdarzyć, że szukając mnie, dojrzy mnie pan w drugim końcu zatłoczonego pokoju. Przeciskanie się przez zwartą masę ludzką jest dość uciążliwe. A poza tym, kiedy dotrze pan do miejsca, w którym mnie pan ujrzał, może mnie tam już nie być. Dlatego wskazany byłby jakiś sygnał, łatwo rozpoznawalny i widoczny nad głowami ludzi.

– To rzeczywiście dobry pomysł.

– Doskonale. Pańska uprzejmość i życzliwość podnoszą mnie na duchu, panie Ryder. Szkoda, że nie o wszystkich znanych osobistościach, które tu gościliśmy, można powiedzieć to samo. Więc pozostaje nam tylko ustalić sygnał. Jeśli mogę zaproponować… powiedzmy coś takiego. – Podniósł rękę, dłonią do przodu i z rozwartymi palcami, po czym wykonał ruch podobny do mycia okna. – To tylko przykład – powiedział, szybko chowając rękę za siebie. – Być może woli pan inny sygnał.

– Nie, ten mi odpowiada. Użyję go, gdy tylko będę gotów zajrzeć do albumów pańskiej żony. To naprawdę miło z jej strony, że zadała sobie tyle trudu.

– Wiem, że sprawiło jej to wiele radości. Jeśli później zechce pan zmienić umówiony sygnał, proszę do mnie zadzwonić ze swojego pokoju lub też przekazać wiadomość przez któregoś z moich pracowników.

– Jest pan niezwykle uprzejmy, lecz sygnał, który pan przed chwilą zaproponował, wydaje mi się bardzo elegancki. Czy zechciałby mi pan teraz powiedzieć, gdzie podają dobrą kawę? Czuję, że mógłbym wypić kilka filiżanek naraz.

Kierownik hotelu zaśmiał się nieco sztucznie.

– Dobrze znam to uczucie. Pokażę panu drogę do atrium. Proszę za mną.

Ruszył w stronę rogu holu, gdzie znajdowały się ciężkie drzwi wahadłowe. Wyszliśmy przez nie na długi, ponury korytarz, po obu stronach wyłożony boazerią z ciemnego drewna. Dochodziło tam tak mało naturalnego światła, że nawet o tej porze dnia na ścianach świecił blado rząd lampek. Hoffman szedł przede mną żwawym krokiem, odwracając się co kilka kroków, by rzucić mi przez ramię uśmiech. Mniej więcej w połowie drogi minęliśmy dość okazałe drzwi wejściowe i Hoffman, który widocznie zauważył, że spojrzałem w tę stronę, powiedział:

– Tak, zwykle kawę podaje się tam, w salonie. To piękny pokój, panie Ryder, i bardzo wygodny. Od niedawna zdobią go wykonane ręcznie stoły, sprowadzone specjalnie z Florencji, gdzie ostatnio bawiłem. Na pewno by się panu spodobały. Ale teraz salon jest zamknięty na użytek pana Brodsky’ego.

– Ach tak. Był tam już, kiedy tu przyjechałem.

– I wciąż tam jest, proszę pana. Moglibyśmy wejść do środka, aby się panowie poznali, ale, hm… czuję, że nie jest to odpowiednia chwila. Pan Brodsky może… powiedzmy, że to nie byłby właściwy moment. Ha, ha! Ale bez obaw, będzie jeszcze wiele okazji, by mogli się panowie poznać.

– Pan Brodsky jest teraz w tamtym pokoju?

Spojrzałem za siebie w stronę drzwi i zapewne zwolniłem kroku, gdyż kierownik hotelu chwycił mnie za ramię i jął stanowczo popychać do przodu.

– Tak, jest w środku. Wprawdzie teraz siedzi cicho, ale zapewniam pana, że w każdej chwili może znowu zacząć. A dziś rano przez bite cztery godziny ćwiczył z orkiestrą. Tak więc wszystko jest na jak najlepszej drodze. Naprawdę, nie ma powodów do obaw.

W końcu dotarliśmy do zakrętu, za którym zrobiło się dużo jaśniej. W tej części korytarza w jednej ze ścian znajdował się rząd okien, przez które kładły się na podłogę słoneczne plamy. Dopiero gdy uszliśmy spory kawałek, Hoffman puścił moje ramię. Kiedy zwolniliśmy kroku, kierownik zaśmiał się, by ukryć zakłopotanie.

– Zbliżamy się do atrium, proszę pana. Właściwie jest to bar, ale bardzo wygodny. Dostanie pan tam kawę i co tylko pan zechce. Tędy, proszę. – Opuściliśmy korytarz i przeszliśmy pod łukiem. – Ten aneks oddaliśmy do użytku przed trzema laty – powiedział Hoffman, wprowadzając mnie do środka. – Nazywamy go atrium i jesteśmy z niego dumni. Zaprojektował go dla nas Antonio Zanotto.

Weszliśmy do jasnej, przestronnej sali. Z powodu szklanego sufitu można było odnieść wrażenie, że wychodzi się na dziedziniec. Rozległą podłogę pokrywały białe płyty, a pośrodku, górując nad wszystkim dokoła, stała fontanna – plątanina nimfopodobnych marmurowych figur tryskających wodą. Uderzyło mnie, że jej ciśnienie było dość duże; gdziekolwiek spojrzeć, w powietrzu unosiła się delikatna mgiełka. Mimo to szybko zdołałem ustalić, że w każdym rogu atrium znajdował się oddzielny bar, z własnymi stołkami, fotelami i stolikami. Po sali uwijali się kelnerzy w białych liberiach. Gości było sporo, lecz ogrom przestrzeni sprawiał, że prawie się ich nie zauważało.

Widziałem, że kierownik obserwuje mnie z zadowoloną miną, oczekując wyrazów uznania dla wystroju aneksu. W tym momencie jednak poczułem tak silną potrzebę kawy, że po prostu odwróciłem się i ruszyłem w kierunku najbliższego baru.

Zdążyłem się już usadowić na jednym ze stołków, z łokciem opartym na kontuarze, gdy dogonił mnie kierownik. Strzelił palcami na barmana, który i tak miał mnie właśnie obsłużyć, i powiedział:

– Pan Ryder życzy sobie kawy, Kenyan! – Po czym zwrócił się do mnie: – Miałbym wielką ochotę panu potowarzyszyć, pogawędzić o muzyce i sztuce. Niestety, jest kilka ważnych spraw, których nie mogę odłożyć. Mam nadzieję, że mi pan wybaczy.

Choć utwierdzałem go w przekonaniu, że doceniam jego usłużność, pożegnanie zabrało mu jeszcze kilka minut. W końcu spojrzał na zegarek, wydał okrzyk zgrozy i pospiesznie się oddalił.

Kiedy zostałem sam, szybko zatopiłem się we własnych myślach i nie zauważyłem nawet powrotu barmana. Musiał jednak wrócić, bo już wkrótce sączyłem kawę, wpatrując się w duże lustro za bufetem, w którym widziałem nie tylko własne odbicie, ale i dużą część sali za moimi plecami. Po chwili uświadomiłem sobie, że nie wiadomo dlaczego odtwarzam w pamięci decydujące momenty pewnego meczu, który oglądałem wiele lat wcześniej – spotkania między Niemcami i Holandią. Poprawiłem się na stołku, zauważyłem bowiem, że zbytnio się garbię, i spróbowałem sobie przypomnieć ówczesny skład drużyny holenderskiej. Rep, Krol, Haan, Neeskens. Po kilku minutach przypomniały mi się wszystkie nazwiska z wyjątkiem dwóch, które jednak miałem na końcu języka. Gdy tak wysilałem pamięć, szum fontanny za moimi plecami, który z początku działał dość kojąco, zaczął mnie irytować. Miałem wrażenie, że gdyby tylko ustał, moja pamięć natychmiast by się odblokowała i przypomniałbym sobie wreszcie dwa brakujące nazwiska.

Z tych rozważań wyrwał mnie nagle jakiś głos z tyłu:

– Przepraszam, pan Ryder, jeśli się nie mylę?

Odwróciłem się i ujrzałem młodego człowieka o świeżej cerze, który nie mógł mieć wiele ponad dwadzieścia lat. Kiedy go pozdrowiłem, skwapliwie podszedł do bufetu.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – rzekł – ale gdy przed chwilą pana zobaczyłem, poczułem nieprzepartą chęć, by do pana podejść i powiedzieć, jak wielkim przeżyciem jest dla mnie pańska obecność tutaj. Bo widzi pan, ja sam jestem pianistą. To znaczy pianistą amatorem. I cóż, zawsze strasznie pana podziwiałem. Kiedy do ojca nadeszło w końcu potwierdzenie pańskiej wizyty, nie mogłem opanować wzruszenia.

– Ojca?

– Przepraszam, nie przedstawiłem się. Nazywam się Stephan Hoffman i jestem synem kierownika hotelu.

– Ach tak, rozumiem. Miło mi.

– Nie ma pan nic przeciwko temu, żebym przysiadł się do pana na minutkę? – Młody człowiek wdrapał się na sąsiedni stołek. – Zresztą dla ojca także jest to wielkie przeżycie, może nawet większe niż dla mnie. O ile go znam, pewnie się panu nie przyznał jak wielkie. Ale proszę mi wierzyć, to dla niego sprawa najwyższej wagi.

– Doprawdy?

– Ależ tak, wcale nie przesadzam. Pamiętam, jak ojciec czekał na pańską odpowiedź. Zawsze gdy padało pańskie nazwisko, nachodziło go to szczególne milczenie. A później, kiedy napięcie wzrosło, zaczynał mruczeć pod nosem: „Jak długo jeszcze? Jak długo musimy czekać na odpowiedź? Na pewno odmówi. Czuję to”. Zadawałem sobie wiele trudu, żeby podtrzymać go na duchu. Może więc pan sobie wyobrazić, jak wiele dla niego znaczy pańskie przybycie. A jaki z niego perfekcjonista! Kiedy organizuje wydarzenie takie jak czwartkowy wieczór, wszystko, absolutnie wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Wielokrotnie analizuje w myślach każdy najmniejszy szczegół. Czasem staje się to uciążliwe, ta jego monotematyczność. Ale sądzę, że bez tej cechy nie byłby sobą i nie osiągnąłby nawet połowy tego, co zdołał osiągnąć.

– Istotnie, wydaje się, że jest go za co podziwiać.

– Szczerze mówiąc, panie Ryder – rzekł młody człowiek – chciałem pana o coś prosić. Jeśli nie będzie pan mógł spełnić mojej prośby, proszę mi o tym powiedzieć. Nie poczuję się urażony.

Stephan Hoffman przerwał na moment, jakby chciał sobie dodać odwagi. Upiłem łyk kawy i zerknąłem na nasze odbicie w lustrze.

– To także wiąże się z czwartkowym wieczorem – podjął. – Widzi pan, ojciec poprosił mnie, żebym zagrał podczas tego koncertu. Ćwiczyłem i jestem gotowy. Nie chodzi o to, że się tym martwię, ale… – Gdy to mówił, opuściła go na chwilę dotychczasowa pewność siebie, odsłaniając młodzieńczą nerwowość. Ale prawie natychmiast odzyskał samokontrolę i nonszalancko wzruszył ramionami. – Chodzi o to, że wiedząc, jak ważnym wydarzeniem jest czwartkowy wieczór, nie chciałbym go zawieść. Przechodząc do sedna sprawy, chciałem pana zapytać, czy znalazłby pan trochę czasu, żeby posłuchać, jak gram swój kawałek. Postanowiłem zagrać Dalię Jean-Louisa La Roche’a. Jestem tylko amatorem, tak więc musiałby pan okazać wielką wyrozumiałość. Ale pomyślałem sobie, że gdyby posłuchał pan mojej gry, mógłby mi pan udzielić kilku pomocnych wskazówek.

– Więc zamierza pan wystąpić w czwartek? – spytałem po chwili zastanowienia.

– Naturalnie to tylko drobny przyczynek do całego wieczoru – zaśmiał się – zważywszy na pozostałe punkty programu. Mimo to chciałbym zagrać swój kawałek najlepiej, jak potrafię.

– Tak, doskonale pana rozumiem. Cóż, z przyjemnością zrobię dla pana, co w mojej mocy.

Młody człowiek pojaśniał na twarzy.

– Nie wiem, jak panu dziękować! Właśnie tego mi trzeba…

– Jest jednak pewien problem. Jak się pan domyśla, mój czas jest bardzo ograniczony. Będę musiał znaleźć jakąś wolną chwilę.

– Naturalnie. Kiedy tylko będzie pan gotów, panie Ryder. Mój Boże, jak mi to schlebia. Prawdę mówiąc, spodziewałem się, że mi pan kategorycznie odmówi.

Gdzieś w zakamarku jego ubrania zaczął piszczeć elektroniczny alarm. Stephan podskoczył raptownie na stołku i sięgnął za połę marynarki.

– Bardzo pana przepraszam, ale to pilny sygnał. Właściwie już dawno powinienem być gdzie indziej, ale kiedy pana zobaczyłem, nie mogłem się oprzeć pokusie, by do pana podejść. Mam nadzieję, że wkrótce powrócimy do tematu. Lecz teraz proszę pana o wybaczenie.

Zszedł ze stołka, ale jeszcze przez chwilę się wahał, jakby chciał zacząć rozmowę na nowo. Potem znowu rozległ się pisk alarmu i młodzieniec oddalił się pospiesznie z uśmiechem zakłopotania na twarzy.

Odwróciłem się do swojego odbicia w lustrze za kontuarem i dalej sączyłem kawę. Nie mogłem jednak wskrzesić nastroju błogiej kontemplacji, którym się delektowałem przed pojawieniem się młodego człowieka. Po raz kolejny natomiast naszła mnie myśl, że wiele tu ode mnie oczekują, a jeśli chodzi o oparcie, na które mógłbym liczyć, sytuację trudno uznać za zadowalającą. Najrozsądniej byłoby odszukać pannę Stratmann i raz na zawsze wyjaśnić pewne sprawy. Postanowiłem ją znaleźć, gdy tylko dopiję kawę. Nie widziałem powodów, dla których spotkanie to miałoby być niezręczne. Wystarczyłoby po prostu wyjaśnić, co zaszło podczas naszego poprzedniego spotkania. „Panno Stratmann – mógłbym powiedzieć – wcześniej byłem bardzo zmęczony i kiedy spytała mnie pani o program wizyty, źle panią zrozumiałem. Otóż myślałem, że pyta pani, czy miałbym czas do niego zajrzeć, gdyby mi go pani wówczas dała do ręki”. Mógłbym też przyjąć postawę ofensywną, mówiąc z naganą w głosie: „Panno Stratmann, muszę przyznać, że jestem trochę zaniepokojony i, doprawdy, lekko rozczarowany. Zważywszy na ciężar odpowiedzialności, którą pani i jej ziomkowie tak ochoczo mnie obarczają, mam chyba prawo oczekiwać wsparcia administracyjnego na odpowiednio wysokim poziomie”.

Coś poruszyło się obok mnie. Spojrzawszy do góry, zobaczyłem, że przy moim stołku stoi Gustav, boy hotelowy. Kiedy odwróciłem się do niego, uśmiechnął się i powiedział:

– Dzień dobry panu. Przypadkiem pana dojrzałem. Mam nadzieję, że się tu panu podoba.

– Jak najbardziej. Choć, niestety, nie zdążyłem jeszcze zwiedzić Starego Miasta, jak mi pan radził.

– Wielka szkoda, bo jest to naprawdę bardzo ładna część naszego miasta, do tego całkiem niedaleko stąd. Rzekłbym też, że pogoda jest teraz idealna. Lekki chłodek w powietrzu, lecz słonecznie. Akurat na tyle ciepło, żeby usiąść gdzieś na świeżym powietrzu, choć radziłbym włożyć kurtkę albo lekki płaszcz. To najlepsza pora, żeby obejrzeć Stare Miasto.

– A wie pan – powiedziałem – może właśnie potrzeba mi teraz świeżego powietrza.

– Doradzam to panu. Byłoby szkoda, gdyby opuścił pan nasze miasto, nie odbywszy nawet krótkiej przechadzki po Starym Mieście.

– Chyba tak właśnie zrobię, zaraz wybiorę się na spacer.

– Gdyby znalazł pan czas, by usiąść w kawiarni Węgierskiej na Starym Rynku, jestem pewien, że by pan nie żałował. Polecam kawę i strudel z jabłkami. A przy okazji, może mógłby pan… – Urwał na chwilę, po czym ciągnął: – Chciałem zapytać, czy mógłby mi pan wyświadczyć drobną przysługę. Normalnie nie proszę gości o wyświadczenie przysługi, ale tym razem czuję, że znamy się już dość dobrze.

– Chętnie panu pomogę, jeśli tylko zdołam – powiedziałem.

Boy hotelowy stał przez chwilę bez słowa.

– To nic wielkiego – odezwał się wreszcie. – Widzi pan, o tej porze w kawiarni Węgierskiej powinna być moja córka. Ma ze sobą małego Borisa. To bardzo miła młoda kobieta, na pewno poczułby pan do niej sympatię, tak jak większość ludzi. Może trudno ją nazwać pięknością, ale wygląda dość atrakcyjnie. W głębi serca jest bardzo życzliwa. Obawiam się jednak, że zawsze miała pewną drobną wadę charakteru. Możliwe, że zawiniło jej wychowanie, któż to może wiedzieć? Ale zawsze taka była. Otóż czasami zbyt łatwo daje się przygnieść ciężarowi kłopotów, nawet jeśli umiałaby bez trudu sobie z nimi poradzić. Kiedy pojawia się jakiś mały problem, miast podjąć kilka prostych działań, które załatwiłyby sprawę, ona zaczyna nadmiernie go analizować. Tym sposobem, jak pan wie, małe problemy nabierają coraz większych rozmiarów. Wkrótce sytuacja zaczyna jej się wydawać bardzo poważna i ogarnia ją rozpacz. A wszystko bez powodu. Nie wiem, czym się obecnie zadręcza, ale jestem przekonany, że to nic poważnego. Już tyle razy zdarzyło mi się zauważyć u niej podobne zachowanie. Ale, widzi pan, tym razem także Boris zaczął to dostrzegać. Jeśli w najbliższym czasie Sophie nie opanuje sytuacji, obawiam się, że chłopiec zacznie się tym poważnie martwić. A jest teraz takim radosnym dzieckiem. Otwartym i ufnym. Wiem, że nie będzie taki wiecznie, może nawet jest to niewskazane, w jego wieku jednak, jak sądzę, powinien jeszcze przez kilka lat żyć w przekonaniu, że świat jest miejscem pełnym radości i słońca. – Ponownie zamilkł i zatonął w myślach. Po chwili jednak podniósł wzrok i mówił dalej: – Wiem, że gdyby tylko Sophie spojrzała jasno na sytuację, umiałaby sobie poradzić. W głębi serca jest bardzo sumienna, gotowa uczynić wszystko dla tych, na których najbardziej jej zależy. Chodzi o to, że gdy pogrąży się już w tym stanie, ktoś musi pomóc jej odzyskać poczucie rzeczywistości. W tym celu wystarczy z nią poważnie porozmawiać. Posiedzieć z nią parę minut i pokazać jej, jak się sprawy mają. Pomóc jej ustalić prawdziwą naturę jej problemów i zastanowić się, jak je przezwyciężyć. Tylko tego jej trzeba, proszę pana, poważnej rozmowy. Dalej sama da sobie radę. Jeśli chce, potrafi być bardzo rozsądna. I stąd moja prośba. Gdyby szedł pan teraz na Stare Miasto, może zgodziłby się pan zamienić z nią parę słów. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że może to być dla pana pewien kłopot, ale skoro i tak idzie pan w tamtym kierunku, pomyślałem sobie, że zapytam. Nie musiałby pan z nią długo rozmawiać. Chodzi o krótką pogawędkę, tak by ustalić, co ją gryzie, i przywrócić jej wyczucie proporcji.

Boy hotelowy przerwał i popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem.

– Naprawdę cieszyłbym się, gdybym mógł panu pomóc – powiedziałem po chwili z westchnieniem. – Ale z tego, co pan mówi, odnoszę wrażenie, że kłopoty Sophie, czymkolwiek są wywołane, mogą równie dobrze dotyczyć spraw rodzinnych. A jak pan wie, problemy tego rodzaju są bardzo zawikłane. Ktoś z zewnątrz, jak ja, może po szczerej rozmowie dotrzeć do sedna jednej sprawy po to tylko, by odkryć, że wiąże się ona z innym kłopotem. I tak dalej, bez końca. Jeśli mam być szczery, wydaje mi się, że to właśnie pan najlepiej nadaje się do przedyskutowania całej tej gmatwaniny spraw rodzinnych. W końcu jako ojciec Sophie i dziadek Borisa ma pan u nich naturalny autorytet, którego mnie po prostu brakuje.

Boy hotelowy jakby od razu poczuł na sobie ciężar tych słów, tak że omal nie pożałowałem, że padły one z moich ust. Widocznie trafiłem w czuły punkt. Odwrócił się lekko i przez chwilę patrzył obojętnie w stronę fontanny. W końcu odrzekł:

– Rozumiem pański punkt widzenia. Słusznie, to ja powinienem z nią porozmawiać, zdaję sobie z tego sprawę. Cóż, będę szczery… choć nie bardzo wiem, jak to panu wyjaśnić… będę z panem zupełnie szczery. Prawda jest taka, że Sophie i ja nie rozmawiamy ze sobą już od wielu lat. Właściwie od czasów jej dzieciństwa. Sam więc pan rozumie, że w tej sytuacji niełatwo byłoby mi dokonać tego, co trzeba.

Spuścił wzrok i zdawało się, że czeka na moją reakcję jak na wyrok.

– Przepraszam – odezwałem się – ale nie jestem pewien, czy pana dobrze rozumiem. Chce pan powiedzieć, że przez cały ten czas nie widział się pan ze swoją córką?

– Nie, nie o to chodzi. Jak pan wie, widuję ją regularnie, za każdym razem, gdy zabieram od niej Borisa. Chodzi o to, że nie rozmawiamy ze sobą. Może zrozumie pan lepiej, gdy to panu opiszę. Proszę sobie wyobrazić, jak czekamy na nią z Borisem po jednej z naszych małych przechadzek po Starym Mieście. Powiedzmy, że siedzimy w kawiarence pana Krankla. Boris jest wesoły, mówi głośno, ze wszystkiego się śmieje. Ale gdy tylko dojrzy w drzwiach matkę, natychmiast milknie. Nie ze zdenerwowania. Po prostu się powstrzymuje. Chce uszanować rytuał, rozumie pan. Potem Sophie podchodzi do naszego stolika i zwraca się do niego. Czy dobrze się bawiliśmy? Gdzie byliśmy? Czy dziadkowi nie było za zimno? Zawsze o mnie pyta. Martwi się, że przez te piesze wędrówki mogę się rozchorować. Ale jak mówię, Sophie i ja nie rozmawiamy ze sobą bezpośrednio. „Pożegnaj się z dziadkiem”, mówi w końcu do Borisa i razem odchodzą. Tak wyglądają nasze stosunki już od wielu lat i nie widzę potrzeby, aby cokolwiek teraz zmieniać. Ale, widzi pan, w podobnych sytuacjach powstaje kłopot. Jestem przekonany, że potrzeba jej szczerej rozmowy. Myślę, że ktoś taki jak pan idealnie by się do tego nadawał. Parę słów, nic więcej. Żeby pomóc jej zrozumieć, jaki ma problem. Gdyby tylko się pan na to zgodził, resztą zajmie się już sama, zapewniam.

– Dobrze więc – odparłem po namyśle. – Zobaczę, co da się zrobić. Ale powtarzam z naciskiem, że sprawy te są często zbyt skomplikowane dla osoby z zewnątrz. Może jednak będę mógł pomóc.

– Byłbym panu wielce zobowiązany. O tej porze powinna być w kawiarni Węgierskiej. Rozpozna ją pan bez trudu. Ma długie, ciemne włosy i jest trochę podobna do mnie. A gdyby miał pan wątpliwości, zawsze może pan poprosić właściciela albo kogoś z obsługi, żeby ją panu wskazał.

– Doskonale. Zaraz się tam wybiorę.

– Będę panu ogromnie wdzięczny. Zresztą nawet jeśli z jakiegoś powodu nie będzie pan mógł z nią porozmawiać, jestem pewien, że spacer po tej okolicy sprawi panu dużą przyjemność.

Zsunąłem się ze stołka.

– Gdy wrócę, opowiem panu, jak mi poszło – obiecałem.

– Z całego serca dziękuję.

Rozdział 3

Droga z hotelu na Stare Miasto – jakieś piętnaście minut piechotą – nie wyglądała zachęcająco. Ze względu na wzmożony o tej porze dnia ruch samochodów przez większą jej część zmuszony byłem iść hałaśliwymi ulicami, nad którymi pochylały się groźnie wielkie szklane biurowce. Kiedy jednak dotarłem do rzeki i wkroczyłem na garbaty most prowadzący na Stare Miasto, poczułem, że atmosfera zaraz się zmieni. Na drugim brzegu rzeki wyłoniły się kolorowe markizy i kawiarniane parasole. Dostrzegłem krążących pod nimi kelnerów i biegające w kółko dzieci. Jakiś malutki piesek poszczekiwał zawzięcie na nadbrzeżu, być może na mój widok.