Niepewne miejsce - Fred Vargas - ebook
Opis

Adamsberg wyjeżdża na trzy dni do Londynu na konferencję. Towarzyszy mu Estalère, młody sierżant, i Danglard przerażony na myśl, że będzie jechał pod kanałem La Manche. Miało być lekko i przyjemnie, tymczasem makabryczne zdarzenie stawia na nogi Radstocka, ich kolegę z New Scotland Yardu. Clyde-Fox, miejscowy oryginał, opowiada mu o starym cmentarzu Highgate. Buty ze stopami w środku stoją naprzeciw cmentarza, „jednego z najbardziej barokowych romantycznych cmentarzy na Zachodzie”, miejsca makabrycznego, gotyckiego, wyjątkowego. Anglicy wszczynają śledztwo, a Francuzi wracają do kraju, gdzie muszą stawić czoło potwornej masakrze w domku na przedmieściach. Stopniowo Adamsberg przy pomocy Danglarda zaczyna odkrywać ślad ‒ ślad wampirów i zabójców wampirów wiodący aż do Serbii. „Fred Vargas zaskakuje swoich czytelników, otwarcie flirtując z gotykiem. Tyle że u niej horror jest wystylizowany i utemperowany jej miękką fantazją, poczuciem humoru, erudycją, ma także swoje odniesienia ‒ tą książką Vargas jednoznacznie składa hołd Bramowi Stockerowi, ojcu Drakuli”. Paris Match „Vargas jest niezrównana w myleniu tropów i wymyślaniu pomysłowych zwrotów akcji, jakby nigdy nic prowadząc intrygę bez zarzutu, która daje szansę każdemu z bohaterów. Oni nigdy nie są w pełni tacy, jacy nam się wydają”. L’Est républicain

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 411

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Un lieu incertain

© Fred Vargas

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Maria Zając, Izabela Sieranc

ISBN: 978-83-8110-652-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej

konwersja.virtualo.pl

I

Młodszy inspektor Adamsberg potrafił prasować koszule, matka go nauczyła wygładzać materiał na karczku i płótno guzików. Wyłączył żelazko, poukładał ubrania w walizce. Ogolony, uczesany wyjeżdżał do Londynu, nie było jak wyłgać się od tego.

Przesunął krzesło tak, aby znalazło się w prostokącie słońca w kuchni. Pomieszczenie miało okna z trzech stron, przez cały dzień zatem przestawiał krzesło wokół okrągłego stołu, idąc za światłem niczym jaszczurka okrążająca głaz. Kubek z kawą umieścił od wschodniej strony i usiadł plecami do ciepła.

Zgadzał się odwiedzić Londyn, powąchać, czy Tamiza zalatuje stęchlizną tak samo jak Sekwana, posłuchać wrzasków mew. Niewykluczone, że mewy inaczej wrzeszczą po angielsku niż po francusku. Tyle że na to nie dadzą mu czasu. Trzy dni konferencji, dziesięć wykładów na dzień, sześć dyskusji, jedno przyjęcie w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Będzie ponad stu wysokich szarżą gliniarzy przybyłych z dwudziestu trzech krajów w celu zoptymalizowania wielkiej policyjnej Europy, a dokładniej „koordynacji zarządzania falą uchodźców”. Taki był temat konferencji.

Jako szef paryskiej brygady kryminalnej Adamsberg miał obowiązek stawić się na niej, lecz tym się nie przejmował. Jego udział będzie lekki, niemal eteryczny – z jednej strony z powodu jego zdecydowanej niechęci do „zarządzania falą”, z drugiej zaś dlatego, że nigdy nie zdołał zapamiętać ani jednego angielskiego słowa. Spokojnie dopił kawę, czytając wiadomość, którą przysłał mu komendant Danglard. „O 1.20 przy odprawie. Cholerny tunel. Biorę dla ciebie marynarkę i kraw”.

Adamsberg przesunął kciukiem po wyświetlaczu telefonu, wymazując tym sposobem niepokój swojego partnera, tak jak wyciera się kurz z blatu. Danglard nie był zaprawiony w chodzeniu, bieganiu, a tym bardziej w podróżach. Przebycie kanału La Manche tunelem napawało go obawami nie mniejszymi niż przelot nad nim samolotem. Mimo to nikomu by nie odstąpił swojego miejsca. Od trzydziestu lat był wielbicielem elegancji brytyjskiego ubioru, na który stawiał, aby skompensować wrodzony brak prezencji. Bazując na tym nader istotnym elemencie, rozciągnął swe uwielbienie na całą resztę Zjednoczonego Królestwa, przez co stał się Francuzem anglofilem, przejął brytyjskie maniery, wytworny sposób bycia, dyskretne poczucie humoru. No chyba że nerwy mu puszczały, co odróżniało Francuza anglofila od prawdziwego Anglika. Dlatego właśnie perspektywa spędzenia kilku dni w Londynie nader go radowała niezależnie od powodu – czy była nim fala emigracji, czy nie.

Adamsberg opłukał kubek i podniósł walizkę, zastanawiając się, jaką też marynarkę i „kraw” wybrał dla niego komendant Danglard. Stary Lucio, sąsiad Adamsberga, zabębnił ciężko w przeszklone drzwi, waląc pokaźną pięścią. Hiszpańska wojna domowa pozbawiła go lewej ręki, kiedy miał dziewięć lat, i wyglądało na to, że w związku z tym druga kończyna urosła mu nadmiernie, by skupić w sobie rozmiary i siłę obu. Z twarzą przylepioną do szybki przyzywał Adamsberga naglącym wzrokiem.

– No chodźże – wymamrotał rozkazującym tonem. – Sam nie dam rady, musisz mi pomóc.

Adamsberg postawił walizkę na zewnątrz, w malutkim zabałaganionym ogródku, który dzielił ze starym Hiszpanem.

– Lucio, jadę do Londynu na trzy dni. Pomogę ci po powrocie.

– Rety, za późno – burknął stary.

A kiedy Lucio tak burczał, kiedy twardo wymawiał „r”, wydawał z siebie dźwięki tak głuche, jakby wychodziły wprost spod ziemi. Adamsberg podniósł walizkę, myślami już zdążając ku dworcowi.

– Z czym nie dasz sobie rady? – spytał z roztargnieniem, zamykając drzwi na klucz.

– Z kotką, która mieszka pod zadaszeniem. Wiedziałeś, że jest kotna, nie?

– Nie wiedziałem, że pod dachem mieszka kotka. I mam to gdzieś.

– To teraz już wiesz. I nie będziesz miał tego gdzieś, hombre. Urodziła trzy, jedno martwe. A jeszcze dwa się zaklinowały, wymacałem łebki. Ja będę masował i przepychał, ty masz wyciągać. Tylko uważaj, nie ściskaj za mocno po wyjęciu. Taki kociak łamie ci się w palcach jak herbatnik.

Chmurny Lucio z ponagleniem widocznym na obliczu drapał się w brakującą rękę, przebierając palcami w powietrzu. Tłumaczył to tym, że kiedy ją stracił w wieku dziewięciu lat, miał na niej ślad po ugryzieniu przez pająka, swędzącą krostę, której nie skończył drapać. I że ugryzienie dokucza mu jeszcze sześćdziesiąt dziewięć lat po tym wydarzeniu, ponieważ nie dokończył drapania, nie zajął się nim jak należy, nie dopiął tego na ostatni guzik. To neurologiczne wyjaśnienie dostarczone przez matkę z czasem przerodziło się dla Lucia w odnoszącą się do wszystkiego filozofię, którą adaptował do wszelkich okoliczności i uczuć. Trzeba kończyć albo w ogóle nie zaczynać. Wychylać kielich do dna, również w miłości. Jeśli coś w życiu mocno go zajmowało, Lucio drapał niedokończoną krostę.

– Lucio – odezwał się Adamsberg ostrzej, idąc przez ogródek – za godzinę i kwadrans odjeżdża mi pociąg, mojego partnera zżera niepokój na Gare du Nord, więc nie będę pomagał w porodzie twojemu zwierzakowi, kiedy stu policyjnych dowódców czeka na mnie w Londynie. Poradź sobie jakoś, opowiesz mi wszystko w niedzielę.

– No jakże mam sobie poradzić z tym? – krzyknął stary, podnosząc kikut ręki.

Lucio przytrzymał Adamsberga potężną dłonią, wysuwając do przodu wystający podbródek godny Velázqueza zdaniem komendanta Danglarda. Stary niedowidział, toteż nie mógł się dokładnie ogolić, ostrzu umykały pojedyncze włoski zarostu. Siwe, twarde, sterczały tu i ówdzie, tworząc jakby dekorację ze srebrzystych szpilek, lekko lśniły w świetle słońca. Czasami Lucio chwytał jeden włosek palcami, ściskał go mocno między paznokciami i pociągał, jak gdyby wyrywał kleszcza. I nie puszczał, dopóki włosek nie wylazł zgodnie z filozofią pajęczego ugryzienia.

– Idziesz ze mną.

– Dajże mi spokój, Lucio.

– Nie masz wyboru, hombre – powiedział Lucio chmurnie. – Weszło ci w drogę, musisz się tym zająć. Inaczej będzie cię swędziało przez całe życie. Zajmie ci dziesięć minut.

– Pociąg też mi wchodzi w drogę.

– Ale później.

Adamsberg postawił walizkę, mruknął bezsilnie i podążył za Luciem ku zadaszeniu. Lepka zakrwawiona malutka główka sterczała pomiędzy łapkami zwierzęcia. Kierując się wskazówkami Hiszpana, chwycił ją delikatnie, Lucio tymczasem profesjonalnie przepychał kocię, masując brzuch matki. Kotka przeraźliwie miauczała.

– Ciągnij mocniej, człowieku, złap go pod łapkami i ciągnij! No, zdecydowanie i ostrożnie, nie ściskaj głowy. Drugą ręką drap matkę po czole, bo panikuje.

– Lucio, jak kogoś drapię po czole, każdy zaraz zasypia.

– Joder! No ciągnij!

Sześć minut później Adamsberg położył na starym kocu dwa czerwone piszczące szczurki obok dwóch innych. Lucio odciął pępowiny, po czym kolejno przeniósł kocięta do sutków. Niespokojnie patrzył na jęczącą matkę.

– Co to za historia z ręką? Czym usypiasz ludzi?

Adamsberg pokręcił głową.

– Nie wiem. Jak komuś położę dłoń na głowie, ta osoba usypia. I już.

– Ze swoim dzieciakiem tak robisz?

– Tak. Bywa też, że ludzie usypiają, kiedy do nich mówię. Uśpiłem nawet parę razy podejrzanych w czasie przesłuchania.

– Zrób tak z kotką. Apúrate! Uśpij ją!

– Do diabła, Lucio, wbijże sobie do głowy, że muszę zdążyć na pociąg!

– Trzeba uspokoić matkę.

Adamsberg mało się przejął kocią matką, przejął się za to mrocznym spojrzeniem starego. Pogłaskał kotkę po niewiarygodnie miękkim łebku, bo faktycznie nie miał wyboru. Kiedy przesuwał palcem od pyszczka w kierunku uszu, jakby toczył kulki, dyszenie zwierzątka stopniowo przycichało. Lucio z aprobatą pokiwał głową.

– Śpi, hombre.

Adamsberg wolno cofnął rękę, wytarł ją o wilgotną trawę i się wycofał.

Idąc dworcowym peronem, czuł, jak na palcach i pod paznokciami twardnieją mu wyschnięte kocie wydzieliny. Był dwadzieścia minut spóźniony, Danglard zmierzał w jego kierunku w przyspieszonym tempie. Kiedy próbował biec, zawsze miało się wrażenie, że źle zbudowane nogi połamią się od kolan w dół. Adamsberg podniósł rękę, aby zatrzymać ten chwiejny bieg i pretensje.

– Wiem – powiedział. – Ale coś weszło mi w drogę i musiałem się tym zająć, inaczej drapałbym się przez całe życie.

Danglard tak już przywykł do niezrozumiałych wypowiedzi Adamsberga, że rzadko zadawał sobie trud i stawiał pytania. Jak wiele osób w brygadzie pomijał je milczeniem, potrafiąc oddzielić informacje użyteczne od zbędnych. Zadyszany wskazał biuro odpraw i pomaszerował z powrotem. Adamsberg szedł za nim, nie przyspieszając kroku, i próbował sobie przypomnieć umaszczenie kotki. Biała w szare łatki? W rude?

II

– U was też są dziwactwa – rzekł po angielsku nadinspektor Radstock do kolegów z Paryża.

– Co powiedział? – zapytał Adamsberg.

– Że u nas też są dziwactwa – przetłumaczył Danglard.

– Fakt – zgodził się Adamsberg, tracąc zainteresowanie rozmową.

W tej chwili zależało mu wyłącznie na tym, żeby pochodzić. W czerwcową londyńską noc pragnął pochodzić. Te dwa dni konferencji mocno mu już zszarpały nerwy. Siedzenie w miejscu godzinami należało do nielicznych doświadczeń zdolnych przełamać jego flegmę, wprowadzić go w osobliwy stan, przez innych nazywany „zniecierpliwieniem” bądź „rozgorączkowaniem” i normalnie dla niego nieosiągalny. Poprzedniego dnia udało mu się wyrwać trzy razy, mniej więcej obszedł dzielnicę, zapamiętał szeregi ceglanych fasad budynków, widok na białe kolumny, czarno-złote latarnie uliczne, zrobił nawet parę kroków uliczką noszącą nazwę St Johns Mews – Bóg wie, jak można wymówić takie słowo: Mews. Tam właśnie do lotu zerwało się stadko mew, wrzeszcząc po angielsku. Tyle że nieobecność Adamsberga zauważono. Dziś musiał wytrzymać w fotelu, choć był całkowicie odporny na wystąpienia kolegów, nie nadążał za szybkim tempem tłumaczenia. Salę ciasno wypełniali policjanci, gliniarze, którzy wykazywali się ogromną pomysłowością w zaciskaniu sieci mającej „koordynować zarządzanie falą uchodźców”, otoczyć Europę nieprzebytym murem. Ponieważ on zawsze wolał stan płynny od stałego, miękkość od twardości, w sposób naturalny przybierał ruchy tej „fali” i wraz z nią szukał sposobów na pokonanie fortyfikacji, które na jego oczach stawały się coraz doskonalsze.

Ten Radstock, kolega z New Scotland Yardu, wyglądał na porządnie obkutego w sieciach, zdaje się jednak, że niespecjalnie go obchodziła ich wydajność. Za niecały rok miał przejść na emeryturę, pieszcząc w sobie bardzo brytyjskie marzenie o łowieniu różności w położonym wysoko jeziorze, jak twierdził Danglard, który rozumiał wszystko i wszystko tłumaczył, łącznie z tym, czego Adamsberg wcale nie chciał wiedzieć. Wolałby, aby kolega oszczędził sobie niepotrzebnego tłumaczenia, lecz Danglard tak rzadko doświadczał tej przyjemności i wydawał się taki ucieszony możliwością tarzania się w języku angielskim niczym dzik w błocie wysokiej jakości, że Adamsberg nie chciał go pozbawić ani krzty zadowolenia. Tutaj komendant Danglard wyglądał na uszczęśliwionego, niemal lekkiego, kiedy prostował swe obwisłe ciało i opadające barki, poruszając się z żywością, która prawie go wyróżniała. Może już się przymierzał do przejścia kiedyś tam na emeryturę i wyjazdu wraz z nowym przyjacielem, by łowić różności w położonym wysoko jeziorze.

Radstock korzystał z przychylności Danglarda i opowiadał różne szczegóły z życia w Yardzie, ale także wiele „frywolnych” anegdot, które jego zdaniem mogły przypaść do gustu francuskim gościom. Przez cały lunch Danglard słuchał wszystkiego, nie okazując znużenia i czuwając nad jakością win. Radstock mówił na komendanta „Denglard” i obaj nawzajem się zachęcali, serwując jeden drugiemu opowieści i trunki, Adamsberga zaś zostawiając w ogonie. Pośród stu gliniarzy jeden Adamsberg nie znał angielskiego nawet w stopniu podstawowym. Pozostawał zatem na uboczu, zgodnie ze swymi nadziejami, i mało kto zrozumiał, kim właściwie jest. Obok niego wystąpień słuchał młody sierżant Estalère o zielonych oczach szeroko rozwartych w wiecznym zadziwieniu. Adamsberg zażyczył sobie, aby włączono go do grona uczestników konferencji. Powiedział, że przypadek Estalère’a jest do ogarnięcia, i od czasu do czasu wydatkował własną energię, aby do tego doprowadzić.

Z rękami w kieszeniach elegancko odziany Adamsberg z lubością korzystał z długiej wędrówki, kiedy Radstock prowadził ich od ulicy do ulicy, by zademonstrować im osobliwości londyńskiego nocnego życia. Tutaj pod dachem ze zszytych parasoli śpi kobieta, w jej objęciach drzemie metrowy teddy bear.

– Pluszowy miś – przetłumaczył Danglard.

– Zrozumiałem – powiedział Adamsberg.

– A tu – rzekł Radstock, wskazując poprzeczną aleję – mamy lorda Clyde’a-Foxa. Przykład tego, co u siebie nazywacie ekscentryczną arystokracją. Prawdę mówiąc, niewielu nam takich zostało, niespecjalnie się mnożą. Ten jest jeszcze młody.

Radstock z satysfakcją tego, kto prezentuje gościom jakiś rzadki okaz, przystanął, by mogli się przypatrzyć owej postaci. Adamsberg i Danglard posłusznie się przyglądali. Wysoki chudy lord Clyde-Fox tańczył niezgrabnie w miejscu, omal się nie przewracając, gdy stał to na jednej, to na drugiej nodze. W odległości dziesięciu kroków od niego jakiś człowiek palił cygaro, obserwując poczynania lorda.

– Interesujące – zauważył uprzejmie Danglard.

– Często plącze się w tej okolicy, ale nie każdej nocy – wyjaśnił Radstock takim tonem, jakby jego kolegom naprawdę się poszczęściło. – Ceni się. Serdeczny, zawsze ma miłe słowo. W nocy to punkt orientacyjny, znajome światło. O tej porze wraca z obchodu, usiłuje dotrzeć do domu.

– Pijany? – spytał Danglard.

– Nigdy w sztok. Za punkt honoru stawia sobie badać granice, wszelkie granice, i kurczowo się ich trzymać. Twierdzi, że poruszając się wzdłuż linii szczytów, w równowadze między jednym a drugim zboczem, ma pewność, że nie ucierpi, ale też nigdy nie będzie się nudził. Wszystko gra, Clyde-Fox?

– Wszystko gra, Radstock? – odparł ów człowiek, machając ręką.

– Zabawny – skomentował nadinspektor. – Znaczy czasami. Jak dwa lata temu umarła mu matka, chciał zjeść całe pudełko jej zdjęć. Jego siostra wtrąciła się dość ostro i źle to się skończyło. Ona spędziła noc w szpitalu, a on na posterunku. Lord szalał ze złości, że nie pozwalają mu zjeść tych fotografii.

– Naprawdę chciał zjeść?

– Naprawdę. Ale co tam tych kilka zdjęć! Podobno u was facet postanowił zjeść drewnianą szafę.

– Co on mówi? – spytał Adamsberg, widząc, że Radstock marszczy brwi.

– Że u nas facet postanowił zjeść drewnianą szafę. Zrobił to zresztą w ciągu paru miesięcy przy doraźnej pomocy dwóch czy trzech kumpli.

– Prawdziwe dziwactwo, co, Denglard?

– W stu procentach prawdziwe. To było na początku dwudziestego wieku.

– Normalne – odezwał się Estalère, który często dobierał niewłaściwe słowa albo myśli. – Wiem, że jeden człowiek zjadł samolot i zajęło mu to tylko rok. Mały samolot.

Radstock pokiwał głową z niejaką powagą. Adamsberg zauważył jego upodobanie do napuszonych wypowiedzi. Układał czasem długie zdania, które – sądząc po tonie – traktowały o ludzkości oraz o relacjach dobra ze złem, anioła z diabłem.

– Są rzeczy – oznajmił Radstock, a Danglard tłumaczył symultanicznie – których człowiek nie jest w stanie ogarnąć, dopóki inny człowiek nie wpadnie na zaskakujący pomysł, aby je wcielić w życie. Ale kiedy coś takiego, dobrego czy złego, zostanie zrealizowane, staje się częścią dziedzictwa ludzkości. Użyteczną, powtarzalną, a nawet do pobicia. Ten, kto zjadł szafę, daje innemu możliwość zjedzenia samolotu. Tym sposobem ogromny nieznany kontynent szaleństwa odsłania się powoli jak mapa, która się zapełnia w miarę dokonywanych odkryć. Posuwamy się po nim naprzód, nie mając widzialności, kierujemy się tylko doświadczeniem. Zawsze to mówiłem swoim chłopcom. Na przykład lord Clyde-Fox zdejmuje i zakłada skarpetki nie wiadomo ile razy. A my nie wiemy, dlaczego to robi. Kiedy się tego dowiemy, ktoś inny będzie mógł zrobić to samo.

– Hej, Clyde-Fox! – zawołał stary policjant, podchodząc do niego. – Masz jakiś problem?

– Hej, Radstock – odpowiedział lord głosem dość cichym.

Pozdrowili się przyjacielskim gestem, dwaj znawcy nocy, dwaj eksperci, którzy nie mają przed sobą nic do ukrycia. Clyde-Fox stał na chodniku jedną nogą w skarpetce, w ręku trzymał but, którego wnętrze uważnie oglądał.

– Masz jakiś problem? – powtórzył Radstock.

– Jak cholera. Sam zobacz, jeśli masz odwagę.

– Gdzie?

– Przy wejściu na stary cmentarz Highgate.

– Nie lubię, jak ktoś tam myszkuje – mruknął Radstock. – Coś tam robił?

– Badałem granicę w towarzystwie wybranych przyjaciół – odparł lord, kciukiem wskazując druha z cygarem. – Między strachem a rozumem. Ja znam to miejsce jak własną kieszeń, ale on chciał je zobaczyć. Uwaga – dodał Clyde-Fox, zniżając głos. – Kolega jest nawalony jak stodoła i szybki jak elf. Już spuścił wciry dwóm chłopcom w pubie. Nauczyciel tańca kubańskiego. Nerwowy. Nietutejszy.

Lord Clyde-Fox znowu potrząsnął butem, włożył go na nogę, zdjął drugi.

– OK, Clyde-Fox. A co z twoimi butami? Coś z nich wysypujesz?

– Nie, Radstock, sprawdzam.

Człowiek z Kuby rzucił po hiszpańsku coś, co miało chyba znaczyć, że on ma już dość, więc się zbiera. Lord obojętnie skinął mu ręką.

– Co waszym zdaniem można włożyć do butów? – podjął Clyde-Fox.

– Nogi – wtrącił Estalère.

– Właśnie – przyznał Clyde-Fox, z aprobatą w oczach obrzucając wzrokiem młodego sierżanta. – I lepiej sprawdzić, że na pewno macie własne nogi w swoich butach. Radstock, gdybyś poświecił latarką, może wreszcie bym z tym skończył.

– I co mam powiedzieć?

– Czy widzisz coś w środku.

Clyde-Fox trzymał buty wysoko, a Radstock metodycznie badał ich wnętrze. Adamsberg tymczasem, zapomniany, wolnym krokiem krążył wokół nich. Wyobrażał sobie tamtego człowieka miesiącami przeżuwającego po kawałku szafę. Zastanawiał się, czy on wolałby zjeść szafę czy samolot, czy może zdjęcia matki. A może jeszcze coś innego? Coś takiego, co dorysowałoby kolejny kawałek „ogromnego nieznanego kontynentu szaleństwa” opisanego przez nadinspektora.

– Nic – orzekł w końcu Radstock.

– Na pewno?

– Tak.

– Dobra – powiedział Clyde-Fox, wzuwając buty. – Coś okropnego. No, Radstock, rób, co do ciebie należy, idź to zobaczyć. Przed wejściem. Mnóstwo starych butów na chodniku. Przygotuj się duchowo. Jest tego chyba ze dwadzieścia sztuk, na pewno nie przeoczysz.

– To nie moja działka.

– Ależ tak. Są starannie ustawione, czubkami zwrócone w stronę cmentarza, jakby chciały tam wejść. Mówię oczywiście o głównej bramie.

– Starego cmentarza pilnują nocą. Jest zamknięty dla ludzi i dla ludzkich butów.

– Cóż, one mimo wszystko chcą wejść i wyglądają bardzo nieprzyjemnie. Obejrzyj je, rób, co do ciebie należy.

– Clyde-Fox, mam gdzieś twoje stare buty, które chcą tam wejść.

– To błąd, Radstock. Bo w butach są nogi.

Zapadła cisza, wszystkich owionęła nieprzyjemna fala szoku. Z gardła Estalère’a dobył się cichutki jęk, Danglard skulił ramiona. Adamsberg przystanął i podniósł głowę.

– Cholera – wyszeptał Danglard.

– Co on powiedział?

– Że stare buty chcą wejść na cmentarz. Że Radstock popełnia błąd, nie idąc ich obejrzeć, bo w środku są nogi.

– Dosyć, Denglard – uciął Radstock. – On jest nawalony. Dosyć, Clyde-Fox, jesteś nawalony. Wracaj do domu.

– W butach są nogi – powtórzył lord wyraźnie pewnym głosem na dowód, że trzyma się równo na linii szczytu. – Odcięte na wysokości kostki. I te nogi próbują tam wejść.

– OK, próbują wejść.

Teraz Clyde-Fox starannie czesał włosy – znak, że niebawem odejdzie. Wydawało się, że wyjawienie problemu przywróciło lorda do normalności.

– Nastaw się na dość stare buty – dodał. – Dwudziesto-, może piętnastoletnie. Męskie, damskie.

– A nogi? – dopytywał dyskretnie Danglard. – Gołe kości?

– Let down. On jest nawalony, Denglard.

– Nie – odparł Clyde-Fox, chowając grzebień i ignorując nadinspektora. – Prawie nietknięte.

– I próbują wejść na cmentarz – dokończył Radstock.

– Właśnie, stary.

III

Radstock zły jak diabli mamrotał coś pod nosem z rękami zaciśniętymi na kierownicy, szybko wioząc ich na stary cmentarz na północnym przedmieściu Londynu. Że też musieli się natknąć na tego Clyde’a-Foxa. Że też ten czubek postanowił sprawdzić, czy jakaś obca stopa nie wprowadziła się do jego butów. I teraz jadą do Highgate, bo wielmożny pan lord spadł z wysokości i doznał wizji. Przed cmentarzem będzie tyle butów, ile obcych stóp znalazło się w butach Clyde’a-Foxa.

Jednakże Radstock nie chciał jechać sam. O nie, na pewno nie kilka miesięcy przed emeryturą. Z trudem przekonał miłego Denglarda, żeby mu towarzyszył, bo komendantowi jakby się nie uśmiechała ta wyprawa. Tylko skąd Francuz mógłby coś wiedzieć na temat Highgate? Za to żadnego problemu nie było z Adamsbergiem, któremu wypad zupełnie nie przeszkadzał. Ten inspektor zdawał się funkcjonować w spokojnym ugodowym półśnie, aż nasuwało się pytanie, czy w ogóle darzy jakąś uwagą swoje obowiązki zawodowe. Natomiast ich młody kolega z twarzą przyklejoną do szyby otwierał coraz szerzej oczy, oglądając Londyn. Zdaniem Radstocka ten Estalère był prawie kretynem – aż dziw, że pozwolono mu przyjechać na konferencję.

– Czemu nie poślesz tam dwóch swoich ludzi? – zapytał Danglard z wciąż niezadowoloną miną.

– Zrozum, Denglard, nie mogę uruchamiać ekipy z powodu przywidzenia Clyde’a-Foxa. Przecież to człowiek, który chciał zjeść zdjęcia matki. A sprawdzić jednak mamy obowiązek, nie?

Nie, Danglard nie poczuwał się do żadnego obowiązku. Był szczęśliwy, że tu jest, szczęśliwy, że może się zachowywać jak Anglik, szczęśliwy, że już pierwszego dnia konferencji zwróciła na niego uwagę kobieta. Od lat nie liczył na ten cud, toteż trwając w swym odrętwieniu, odkąd fatalistycznie pożegnał się z płcią piękną, nie przedsiębrał żadnych kroków. To ona go zagadnęła, uśmiechnęła się do niego, szukała pretekstów, aby podejść. O ile się nie pomylił. Danglard się zastanawiał, jak to w ogóle jest możliwe, głowił się nad tym aż do udręki. Bez ustanku roztrząsał nikłe znaki mogące obalić bądź potwierdzić jego nadzieje. Sortował je, oceniał, szacował ich wiarygodność, jak obmacuje się taflę lodu, nim się na niej stanie. Wypróbowywał ich konsystencję, ewentualną zawartość, usiłował dociec, czy słuszne są jego przypuszczenia, czy też nie. Aż w końcu znaki te, trawione w myślach wciąż od nowa, straciły wszelką treść. Odtąd potrzebował czegoś nowego, dodatkowych sygnałów. A o tej porze rzeczona pani niewątpliwie siedziała w hotelowym barze z innymi uczestnikami konferencji. Przez ten wypad z Radstockiem na pewno jej nie zobaczy.

– Po co to sprawdzać? Lord był naprany jak stodoła.

– Bo tu chodzi o Highgate – wycedził nadinspektor przez zęby.

Danglardowi głupio się zrobiło. Intensywne rozważania o kobiecie i znakach nie pozwoliły mu właściwie zareagować na nazwę Highgate. Podniósł głowę, by odpowiedzieć, lecz Radstock powstrzymał go gestem.

– Nie, Denglard, ty tego nie zrozumiesz – rzekł z goryczą, smutnym zrezygnowanym głosem żołnierza, który nie dopuszcza do uczestnictwa w swojej wojnie. – Nie byłeś na cmentarzu Highgate. Ja byłem.

– Ale rozumiem, że nie chcesz tam wracać, a mimo wszystko jedziesz.

– Bez obrazy, Denglard, raczej nie rozumiesz.

– Wiem, co się stało w Highgate.

Radstock obrzucił go zdziwionym wzrokiem.

– Danglard wie wszystko – wyjaśnił spokojnie Estalère.

Siedzący obok niego w tyle Adamsberg słuchał rozmowy, wyłapywał pojedyncze słowa. Ewidentnie Danglard wiedział o tym Highgate mnóstwo różnych rzeczy, o których on, Adamsberg, nie miał pojęcia. Normalne, jeśli za normalne można uznać jego niewiarygodnie rozległą wiedzę. Komendant był kimś znacznie więcej niż „człowiekiem wykształconym”. Dysponował fenomenalną erudycją, w głowie miał całą sieć obejmującą nieskończoną wiedzę, która zdaniem Adamsberga poszerzając się, ogarnęła go całego, kolejno zastąpiła mu wszystkie organy, aż należało sobie zadać pytanie, jakim cudem Danglard może się jeszcze poruszać jak zwykły człowiek. Dlatego właśnie tak źle chodził i prawie nigdy nie spacerował. Za to z pewnością znał nazwisko gościa, który zjadł szafę. Adamsberg obserwował obwisły profil Danglarda, w tej chwili rozedrgany lekko, co świadczyło u niego o wytężonym uruchamianiu wiedzy. Niewątpliwie komendant w szybkim tempie przypominał sobie mądrą książkę, w której napisano wszystko o Highgate. Równocześnie pewna obsesja lekko rozpraszała jego skupienie. Oczywiście myśl o tej kobiecie z konferencji, myśl, która porywała Danglardowy umysł w wir pytań. Adamsberg przeniósł wzrok na brytyjskiego kolegę o nazwisku nie do zapamiętania. Stock. On nie myślał o kobiecie ani nie sięgał do zgromadzonej wiedzy. Stock zwyczajnie się bał.

– Danglard – odezwał się Adamsberg, lekko klepiąc w ramię partnera. – Stock nie ma ochoty na oglądanie tych butów.

– Już ci mówiłem, że on sporo rozumie w potocznym francuskim. Szyfruj, inspektorze.

Adamsberg kiwnął głową. Aby Radstock ich nie zrozumiał, Danglard poradził, by mówić bardzo szybko, jednostajnie i połykać sylaby, lecz w wypadku Adamsberga było to niemożliwe: słowa wypowiadał tak samo wolno, jak wolno stawiał kroki.

– Za grosz nie ma ochoty – przyznał Danglard w przyspieszonym tempie. – Ma wspomnienia związane z tym miejscem i nie chce do nich wracać.

– To „miejsce” to co?

– Miejsce? Jeden z najbardziej barokowych romantycznych cmentarzy na Zachodzie, szczyt nieumiarkowania, szaleństwo artystyczne i trumienne. Gotyckie grobowce, mauzolea, egipskie rzeźby, ekskomunikowani i mordercy. I wszystko ukryte w uporządkowanym gąszczu angielskich ogrodów. Miejsce jedyne w swoim rodzaju, zbyt wyjątkowe, tygiel szaleństwa.

– Jasne, Danglard. Ale co się stało w tym gąszczu?

– Straszne rzeczy tam się działy, choć w sumie nic takiego. Ale to „nic takiego” może bardzo ciążyć temu, kto je widział. Dlatego cmentarz jest strzeżony w nocy. Dlatego nasz kolega nie jedzie tam sam. Dlatego siedzimy w tym aucie, zamiast spokojnie iść na jednego w hotelu.

– Ale z kim iść na jednego, Danglard?

Danglard wydął wargi. Najdrobniejsze strzępki życia nie umykały oku Adamsberga, nawet jeśli owymi strzępkami były szelesty, drobne emocje, powiewy powietrza. Inspektor oczywiście zauważył tamtą kobietę na konferencji. I podczas gdy on mełł na okrągło fakty aż do wyjaławiającej obsesji, Adamsberg z pewnością miał już sformułowaną opinię.

– Z nią – podsunął Adamsberg, przerywając ciszę. – Z kobietą, która przygryza zauszniki swoich czerwonych okularów, z kobietą, która na ciebie patrzy. Na identyfikatorze ma napisane „Abstract”. Abstract to jej imię?

Danglard się uśmiechnął. To, że pierwsza od dziesięciu lat kobieta, która szukała jego spojrzenia, może się nazywać „Abstrakcyjna”, bardzo, acz boleśnie mu odpowiadało.

– Nie. To jej specjalność. Ma za zadanie zbierać i rozdawać streszczenia wystąpień. Takie streszczenie nazywa się abstract.

– A, rozumiem. To jak ona się nazywa?

– Nie pytałem.

– O imię trzeba pytać od razu.

– Chciałem najpierw sprawdzić, co ma w głowie.

– To nie wiesz tego? – zdumiał się Adamsberg.

– Niby skąd? Musiałbym ją zapytać. A najpierw wiedzieć, czy mogę zapytać. I zastanowić się, czego można się dowiedzieć.

Adamsberg westchnął, odpuszczając w obliczu intelektualnych meandrów Danglarda.

– Ona ma w głowie coś ważnego – podjął. – I niczego tu nie zmieni jeden kieliszek więcej czy mniej dziś wieczór.

– Jaka kobieta? – zapytał Radstock po francusku, stwierdziwszy zdesperowany, że francuscy koledzy wykluczają go z rozmowy. A zwłaszcza zrozumiawszy, że niewysoki inspektor o ciemnych rozczochranych włosach zauważył jego strach.

Jechali teraz wzdłuż cmentarza i Radstock zapragnął naraz, żeby scena opisana przez lorda Clyde’a-Foxa nie była przywidzeniem. I żeby tym samym niewysoki beztroski Francuz, ten Adamsberg, zakosztował koszmaru Highgate. Niech go zakosztuje, niech go także pozna, God. A wtedy zobaczymy, czy mały gliniarz nadal będzie taki spokojny.

Radstock zatrzymał wóz przy krawężniku, lecz nie wysiadał. Opuścił szybę na dwadzieścia centymetrów, przez szparę wysunął latarkę.

– OK – rzekł, zerkając na Adamsberga w lusterku wstecznym. – Zapraszam do poznania.

– Co powiedział?

– Zaprasza cię, żebyś poznał Highgate.

– O nic się nie prosiłem.

– You’ve no choice – oznajmił twardo Radstock, otwierając drzwi.

– Zrozumiałem. – Adamsberg gestem powstrzymał Danglarda.

Cuchnęło okrutnie, widok był wstrząsający, nawet Adamsberg zesztywniał, trzymając się kawałek za angielskim kolegą. Z popękanych rozsznurowanych butów wystawały rozkładające się kikuty, odsłaniając ciemne mięśnie i biało zabarwione odcięte piszczele. Scena tylko tym się różniła od opisu lorda Clyde’a-Foxa, że stopy nie chciały przekroczyć bramy. Stały na chodniku, straszne i prowokujące, wtłoczone w buty naprzeciwko historycznego wejścia na cmentarz Highgate. Tworzyły nieduży stos równiutko ułożony i nieznośny dla oczu. Radstock trzymał latarkę z twarzą ściągniętą odrazą i sprzeciwem, oświetlając sponiewierane kostki, które sterczały z butów, i daremnie usiłując ręką odegnać odór śmierci.

– Proszę bardzo – odezwał się fatalistycznym, napastliwym głosem, odwracając się do Adamsberga. – Oto Highgate, miejsce przeklęte. Od ponad stu lat.

– Od stu siedemdziesięciu – uściślił Danglard cicho.

– OK – powiedział Radstock, próbując wziąć się w garść. – Możecie wracać do hotelu, wzywam chłopaków. – Wyjął telefon, z trudem uśmiechnął się do francuskich kolegów. – Buty marnej jakości – ciągnął, wybierając numer. – Przy odrobinie szczęścia okaże się, że francuskie.

– Jeśli buty będą francuskie, to stopy też – uzupełnił Danglard.

– Zgadza się, Denglard. Który Anglik zniżyłby się do kupienia francuskich butów?

– Czyli gdyby to od ciebie zależało, cały ten szajs przerzuciłbyś nam przez La Manche.

– Zasadniczo tak… Dennison? Mówi Radstock. Przyślij pełną ekipę z zabójstw pod starą bramę w Highgate… Nie, nie ciało, tylko paskudny stos marnych butów, ze dwadzieścia sztuk. Ze stopami… Tak, całą ekipę, Dennison… OK, daj mi go – zakończył nadinspektor ze znużeniem.

Nadinspektor Clems był w Yardzie, piątkowy wieczór zawsze należał do ciężkich. Wyglądało na to, że w biurach toczą się dyskusje, gdy Radstock czeka na drugim końcu linii. Danglard wykorzystał to, aby wyjaśnić Adamsbergowi, że tylko francuskie stopy zaakceptowałyby francuskie buty i że nadinspektor gorąco pragnie przerzucić je przez La Manche w samo serce Paryża. Adamsberg kiwał głową z rękami założonymi z tyłu i powoli okrążał stos, podnosząc co rusz oczy na cmentarny mur zarówno po to, by odświeżyć sobie umysł, jak i po to, aby wyrobić sobie wyobrażenie, dokąd chcą iść te martwe stopy. Stopy wiedzące o rzeczach, o których on nie miał pojęcia.

– Około dwudziestu, szefie – powtórzył Radstock. – Jestem na miejscu, patrzę na nie.

– Radstock, co to znowu za burdel? – pytał nieufnie jego szef Clems. – Co ma znaczyć: ze stopami?

– God, jestem w Highgate, szefie, nie w Queen’s Lane. Przyśle mi pan chłopaków czy zostawi samego z tym paskudztwem?

– W Highgate? Od razu tak trzeba było mówić!

– Od godziny to powtarzam.

– W porządku – rzekł Clems, nagle ugodowy, jakby nazwa „Highgate” włączyła mu jakiś alarm. – Ekipa zaraz tam będzie. Mężczyźni? Kobiety?

– I to, i to, szefie. Stopy dorosłych. W butach.

– Kto was tam skierował?

– Lord Clyde-Fox. On znalazł to świństwo. Musiał potem wlać w siebie niejedno piwo, żeby się pozbierać.

– Dobra – powiedział szybko Clems. – Buty? Jakiego rodzaju? Współczesne?

– Powiedziałbym, że mają ze dwadzieścia lat. I są raczej marne – dodał ze szczyptą ironii w głosie. – Przy odrobinie szczęścia uda nam się je podrzucić Francuzikom i umyć ręce.

– Nie ma mowy, Radstock – uciął ostro Clems. – Mamy akurat konferencję międzynarodową i oczekujemy wyników.

– Wiem, szefie, akurat są ze mną dwaj oficerowie z Paryża.

Radstock znowu się zaśmiał, popatrzył na Adamsberga i zastosował tę samą sztuczkę językową co jego koledzy, mianowicie zaczął mówić znacząco szybciej. Dla Danglarda było jasne, że nadinspektor upokorzony, iż musiał ich prosić, by z nim pojechali, dawał upust emocjom, wygłaszając krytyczne uwagi na temat Adamsberga.

– Chcecie powiedzieć, że sam Adamsberg jest z wami? – wpadł mu w słowo Clems.

– Ano jest. Ten mikrus śpi na stojąco czy co?

– Trzymajcie język na wodzy, Radstock – rozkazał Clems. – Ten mikrus, jak mówicie, to chodząca mina.

Chociaż Danglard wydawał się rozlazły, wcale nie był człowiekiem spokojnym i niewiele niuansów angielszczyzny mu umykało. Zawsze ofiarnie bronił Adamsberga, tylko jemu wolno było go krytykować. Teraz wyrwał Radstockowi telefon z ręki i przedstawił się, odchodząc trochę dalej od smrodu uciętych stóp. Adamsbergowi się wydawało, że z chwili na chwilę człowiek na drugim końcu linii staje się lepszym towarzyszem do wędkowania niż Radstock.

– Załóżmy – oznajmił sucho Danglard.

– To nic osobistego, komendancie, może mu pan wierzyć – wyjaśnił Clems. – Nie szukam usprawiedliwienia dla Radstocka, ale on tam był przeszło trzydzieści lat temu. Ma facet pecha, że znów padło na niego pół roku przed emeryturą.

– To stara sprawa, nadinspektorze.

– Nie ma nic gorszego od starych spraw, wie pan o tym dobrze. Stare szczepy zawsze zarastają trawnik, może to trwać wieki. Proszę o odrobinę wyrozumiałości dla Radstocka, pan tego nie może zrozumieć.

– Mogę. Znam dramat z Highgate.

– Nie mówię o morderstwie turysty.

– Ja też nie. Mówimy o historycznym Highgate, o stu sześćdziesięciu sześciu tysiącach ośmiuset ciałach, o pięćdziesięciu jeden tysiącach ośmiuset grobach. Mówimy o nocnych pościgach w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, a nawet o Elizabeth Siddal.

– Znakomicie – rzekł nadinspektor Clems po chwili milczenia. – Cóż, skoro wie pan o tym wszystkim, musi pan również wiedzieć, że Radstock uczestniczył w ostatnim pościgu, a w tamtym czasie nie miał doświadczenia. Proszę to zapisać na jego plus.

Technicy już rozkładali sprzęt, Radstock dowodził. Danglard bez słowa zamknął telefon, wsunął go brytyjskiemu koledze do kieszeni i dołączył do Adamsberga, który oparty o czarny samochód zdawał się podpierać przybitego Estalère’a.

– I co teraz zrobią? – spytał Estalère drżącym głosem. – Będą szukali dwudziestu osób bez stóp, żeby im je przykleić? A potem?

– Dziesięciu osób – przerwał mu Danglard. – Dwadzieścia stóp od dziesięciu osób.

– A tak – zgodził się Estalère.

– Zdaje się jednak, że jest ich tylko osiemnaście. Czyli to by było dziewięć osób.

– Zgoda. Ale gdyby Anglicy mieli problem z dziewięcioma osobami bez stóp, już by o tym wiedzieli, nie?

– Gdyby chodziło o osoby – wtrącił Adamsberg. – Ale jeśli chodzi o ciała, niekoniecznie.

Estalère potrząsnął głową.

– Jeżeli stopy odcięto zwłokom – uściślił Adamsberg. – To nam daje dziewięć trupów. Anglicy mają gdzieś dziewięć trupów bez stóp i nie wiedzą o tym. Zastanawiam się – ciągnął wolniej – jak się mówi jednym słowem „odciąć stopy”. Na pozbawienie kogoś głowy mówimy: zdekapitować. Na pozbawienie oczu: oślepić. Na pozbawienie jąder: wytrzebić. A na pozbawienie stóp? Jak się mówi na pozbawienie stóp? Zdepedestrować?

– W ogóle się nie mówi – powiedział Danglard. – Takie słowo nie istnieje, bo nie istnieje czyn. Znaczy, dotąd nie istniał. Ale ktoś go właśnie dokonał na nieznanym kontynencie.

– To jak ze zjadaczem szafy. Nie ma takiego słowa.

– Thekofag – zaproponował Danglard.

IV

Kiedy pociąg wjechał do tunelu pod kanałem La Manche, Danglard westchnął głośno, po czym zacisnął zęby. Podróż w tamtą stronę nie osłabiła jego obaw – przejazd pod wodą nadal uważał za niedopuszczalny, a podróżnych za ludzi niekonsekwentnych. Widział siebie wyraźnie, jak pomyka z wielką prędkością tą rurą nakryty tonami zwałów morskiej wody.

– Czuć ciężar – powiedział ze wzrokiem wbitym w sufit wagonu.

– Nie ma żadnego ciężaru – odparł Adamsberg. – Nie jesteśmy pod wodą, tylko pod skałą.

Estalère zapytał, jak to możliwe, że ciężar morza nie napiera na skałę i że tunel się nie zawali. Adamsberg cierpliwie, z determinacją narysował mu cały system na papierowej serwetce: wodę, skałę, brzegi lądu, tunel, pociąg. Następnie wykonał taki sam rysunek bez tunelu i pociągu, aby mu pokazać, że ich istnienie nijak nie zmienia stanu rzeczy.

– Mimo wszystko – upierał się Estalère – ciężar morza musi na czymś się opierać.

– Opiera się na skale.

– W takim razie skała mocniej napiera na tunel.

– Nie. – Adamsberg znowu narysował cały system.

Danglard poruszył się nerwowo.

– Zwyczajnie wyobrażamy sobie ten ciężar. Monstrualną masę nad nami. Zalanie. Tylko wariat mógł wymyślić puszczenie pociągu pod morzem.

– Tak samo jak tylko wariat mógł wpaść na pomysł, żeby zjeść szafę – rzekł Adamsberg, dopracowując swój rysunek.

– Do licha, co ci zrobił ten szafojad? Od wczoraj tylko o nim mówimy.

– Próbuję odkryć jego sposób rozumowania, Danglard. Szukam myśli szafojada albo obcinacza stóp, albo gościa, którego wujek dał się pożreć niedźwiedziowi. Ludzkich myśli przebijających jak wiertarka ciemne tunele pod morzem, którego istnienia nikt nawet nie podejrzewał.

– Kto dał się pożreć? – zapytał nagle czujny Estalère.

– Wujek jednego gościa na ławicy lodowej – wyjaśnił Adamsberg. – To było sto lat temu. Zostały po nim tylko okulary i jedna sznurówka. A bratanek bardzo kochał wuja. Odtąd wszystko mu się powywracało. Zabił niedźwiedzia.

– Słusznie – przyznał Estalère.

– Tyle że przywiózł truchło do Genewy, żeby podarować je ciotce. A ona ulokowała je w salonie. Danglard, kolega Stock dał ci kopertę na dworcu. Raport wstępny, jak przypuszczam.

– Radstock – sprostował Danglard grobowym tonem, ze wzrokiem wciąż wlepionym w sufit pociągu, pilnując ciężaru morza.

– Ciekawy?

– A co nas to obchodzi? Jego stopy, niech je sobie zatrzyma.

Estalère z głową schyloną nad kolanami w skupieniu zwijał w palcach serwetkę.

– Czyli niejako bratanek – wtrącił – chciał przywieźć wdowie pamiątkę po mężu?

Adamsberg potwierdził i zwrócił się znowu do Danglarda:

– Mimo wszystko napisz o tym raporcie.

– Kiedy wyjeżdżamy z tunelu?

– Za szesnaście minut. Danglard, co znalazł Stock?

– Ale na logikę – zaczął z wahaniem Estalère – skoro wujek był w niedźwiedziu, a bratanek… – Urwał i na powrót zwiesił głowę zmartwiony, drapiąc się po jasnych włosach.

Danglard westchnął – czy to z powodu owych szesnastu minut, czy to w związku z tymi ohydnymi stopami, które chciał zostawić za sobą, przy zapomnianej bramie cmentarza Highgate. A może dlatego, że Estalère, równie ograniczony, jak ciekawy, jako jedyny członek brygady nie był w stanie odróżnić u Adamsberga tego, co użyteczne, od nieużytecznego. Nie był w stanie pominąć choćby jednej jego uwagi. Dla tego młodego człowieka każde słowo inspektora miało jakiś sens i zawsze się go doszukiwał. Toteż dla Danglarda, którego elastyczny umysł szybko ogarniał idee, Estalère był irytującym stałym powodem marnotrawienia czasu.

– Gdybyśmy przedwczoraj nie poszli z Radstockiem – podjął komendant – gdybyśmy się nie natknęli na tego czubka Clyde’a-Foxa, gdyby Radstock nie zaciągnął nas aż na cmentarz, nie mielibyśmy pojęcia o tych stopach i zostawilibyśmy je samym sobie. Ich los był i jest brytyjski.

– Nie ma zakazu zainteresowania się – zauważył Adamsberg. – Kiedy coś przecina twoją drogę.

Ani chybi, pomyślał, Danglardowi nie udało się rozstać z tą kobietą z Londynu w taki sposób, w jaki by sobie życzył. Jego obawy zatem znów się odzywają, na powrót wkradają się w zakamarki duszy. Adamsberg wyobrażał sobie umysł Danglarda pod postacią bloku miękkiej skały wapiennej, w której deszcz pytań wydrążył niezliczone zagłębienia zawierające niezałatwione troski. Codziennie jakieś trzy, cztery z tych zagłębień były równocześnie aktywne. W tej chwili przejazd tunelem, kobieta z Londynu, stopy z Highgate. Jak już dawno wytłumaczył mu to Adamsberg, Danglard na darmo trwonił energię potrzebną do rozwiązywania problemów i oczyszczania zagłębień. Ledwie bowiem jedno zostało opróżnione, zwalniało przestrzeń do powstania kolejnych, napełnionych świeżymi dręczącymi pytaniami. Zajmując się nimi ustawicznie, nie dopuszczał do spokojnego tworzenia się osadów i naturalnego wypełniania się jam za pomocą zapomnienia.

– Nie ma co się truć, odezwie się – stwierdził Adamsberg.

– Kto?

– Abstract.

– Na logikę – odezwał się znowu Estalère, który twardo szedł tropem swoich myśli – bratanek powinien zostawić niedźwiedzia przy życiu, a ciotce przywieźć jego odchody. Bo wujek trafił do brzucha niedźwiedzia, a nie do jego skóry.

– Słusznie – przytaknął Adamsberg usatysfakcjonowany. – Wszystko jest funkcją wyobrażenia, jakie bratanek ma o wujku i niedźwiedziu.

– I o ciotce – dodał Danglard uspokojony pewnością Adamsberga co do Abstract i tego, że się odezwie. – O ciotce, o której nie wiadomo, czy życzyła sobie dostać skórę, czy odchody niedźwiedzia w zastępstwie nieboszczyka.

– Wszystko zależy od wyobrażenia – powtórzył Adamsberg. – Jakie było wyobrażenie bratanka? Że wujkowa dusza rozeszła się po niedźwiedziu, przeniknęła aż po czubki włosków sierści? Jakie wyobrażenie thekofag ulokował w szafie? A obcinacz nóg? Czyja dusza mieszkała w drewnianych deskach, w zakończeniu nóg? Danglard, co napisał Stock?

– Dajże spokój tym stopom.

– Coś mi przypominają – powiedział Adamsberg niepewnym głosem. – Jakiś rysunek albo opowieść.

Danglard zatrzymał stewardesę przechodzącą z szampanem, wziął dwa kieliszki, jeden dla siebie, drugi dla Adamsberga, i obydwa postawił na swoim stoliku. Adamsberg pił rzadko, a Estalère w ogóle, ponieważ jemu po alkoholu kręciło się w głowie. Tłumaczyli mu, że z alkoholem właśnie o to chodzi, co niebotycznie go zdumiało. Kiedy Danglard pił, Estalère rzucał mu nadzwyczaj zaciekawione spojrzenia.

– Może to była jakaś historia z człowiekiem, który szukał butów po ciemku? – podjął Adamsberg. – Albo który nie żył i ciągle wracał po buty? Zastanawiam się, czy Stock to zna.

Danglard szybko opróżnił pierwszy kieliszek, oderwał wzrok od sufitu i spojrzał na Adamsberga na poły z zazdrością, na poły z politowaniem. Bywało, że Adamsberg się koncentrował i przeobrażał w groźnego napastnika wagi ciężkiej. Zdarzało się to rzadko, lecz wówczas można było go skontrować. Mniejsze pole do popisu pozostawiał, kiedy materia jego umysłu dzieliła się na ruchome części, co było na porządku dziennym. A już zupełnie nie dało się nim powodować, gdy – jak w tej chwili – ów stan się wzmagał aż do rozproszenia, czemu sprzyjało kołysanie pociągu, które obalało spójność myśli. Wydawało się wówczas, że Adamsberg porusza się niczym pływak, ciało i myśli z wdziękiem mu falowały, nie zmierzając do żadnego konkretnego celu. Jego oczy śledziły ów ruch, przybierając wygląd brunatnych wodorostów, rozmówcy przekazywały uczucie miękkości, ślizgania się lub nieistnienia. Towarzyszenie Adamsbergowi w tych chwilach skrajności oznaczało dołączenie do niego w głębinach wód pośród leniwych ryb, oleistych mułów, rozkołysanych meduz, równało się z oglądaniem niewyraźnych konturów i zamglonych odcieni barw. A trzymanie się go dłużej niosło zagrożenie w postaci zaśnięcia w tej letniej wodzie i pójścia na dno. W takich szczególnie wodnistych chwilach nie dawało się z nim dyskutować, tak jak nie można dyskutować z pianą, mchem, chmurą. Danglard był wściekły na niego, że po raz kolejny wywiódł go w te wodne przestrzenie, gdy on akurat musiał się zmagać z dubeltowym trudnym doświadczeniem: z przejazdem tunelem pod La Manche i z niepewnością w odniesieniu do Abstract. Równocześnie był zły na siebie, że tak często się zanurza w Adamsbergowe mgły.

Wychylił drugi kieliszek szampana, szybko odtworzył w pamięci treść raportu Radstocka, by wydobyć z niego fakty potwierdzone, jednoznaczne i uspokajające. Adamsberg to widział, niezbyt się kwapił z wyjaśnieniem Danglardowi, w jakie przerażenie wprawiły go obute stopy. Historie z szafojadem czy z niedźwiedziem były tylko drobną odskocznią, aby choć trochę odsunąć sprzed oczu obraz chodnika pod bramą cmentarza, oddalić go od siebie i od wrażliwej jeszcze głowy Estalère’a.

– Jest siedemnaście stóp – powiedział Danglard – w tym osiem par i jedna bez pary. Czyli od dziewięciu osób.

– Żywych czy nieboszczyków?

– Nieboszczyków. Prawie na pewno zostały odcięte piłą post mortem. Pięciu mężczyzn, cztery kobiety, sami dorośli. – Danglard przerwał na chwilę, lecz wodorostowe spojrzenie Adamsberga w napięciu wyczekiwało ciągu dalszego. – Odcięcie na pewno nastąpiło przed pochowaniem zwłok. Radstock napisał: „W kostnicach? W chłodniach zakładów pogrzebowych?”. A sądząc po fasonie butów… to jeszcze trzeba dokładniej ustalić… wszystko miało miejsce jakieś dziesięć, dwadzieścia lat temu i odbyło się na przestrzeni dość długiego czasu. Krótko mówiąc, co jakiś czas ktoś odcinał parę stóp tu, parę tam.

– Dopóki nie znudziła mu się ta kolekcja.

– Kto mówi, że mu się znudziła?

– To wydarzenie o tym świadczy. Pomyśl tylko, Danglard. Facet przez dziesięć, dwadzieścia lat gromadzi trofea, a to diabelnie trudna robota. Zapamiętale przechowuje je w zamrażarce. Stock ma coś na ten temat?

– Tak. Są ślady kilkakrotnego zamrażania i rozmrażania.

– Czyli Obcinacz od czasu do czasu wyjmował stopy, żeby na nie popatrzyć czy Bóg wie po co. Albo żeby je przenieść w inne miejsce.

Adamsberg oparł się wygodnie, a Danglard zerknął na sufit. Za kilka minut wydostaną się spod tej wody.

– I pewnego wieczoru – podjął inspektor – mimo że zebranie ich kosztowało go tyle trudu, Obcinacz porzuca swoją cenną kolekcję. Ot tak, zwyczajnie na prostej publicznej drodze. Zostawia wszystko, jakby go przestało interesować. Albo… i to by było jeszcze bardziej niepokojące… albo jakby już mu nie wystarczało. Zupełnie jak kolekcjonerzy, którzy pozbywają się swoich trofeów, żeby zacząć zbierać coś nowego, coś, co wymaga większych starań i wyższego stopnia wtajemniczenia. Obcinacz przerzuca się na coś innego. Lepszego.

– Czyli gorszego.

– Tak. Wchodzi głębiej w swój tunel. Stock ma powody do zmartwienia. Jeśli uda mu się prześledzić tropy, przejdzie przez arcyciekawe etapy.

– Dokąd zajdzie? – spytał Estalère, bacznie obserwując na Danglardzie efekty działania szampana.

– Do wydarzenia odrażającego, okrutnego, niszczycielskiego, od którego wszystko się zaczęło, a skończyło na aberracji ulokowanej w butach albo szafach. Potem otworzył się ciemny tunel ze stopniami i rurami. I Stock do niego wejdzie.

Adamsberg zamknął oczy, bez ostrzeżenia przechodząc w stan pozornego snu bądź ucieczki.

– Nie można stwierdzić, że Obcinacz Stóp przekracza jakąś granicę – zaoponował czym prędzej Danglard, zanim Adamsberg całkowicie mu się wymknął. – Ani że pozbywa się kolekcji. Wiadomo tylko, że złożył ją w Highgate. I do diabła, to nie byle co. Można by powiedzieć, że złożył dar.

Pociąg z szumem wypadł na wolne powietrze i Danglard się rozpogodził. Jego uśmiech zachęcił Estalère’a.

– Panie komendancie – wyszeptał – co się stało w Highgate?

Jak zwykle – i całkowicie mimowolnie – Estalère trafił w samo sedno.

V

– Nie wiem, czy powinno się opowiadać o Highgate – rzekł Danglard, który poprosił o trzecią lampkę szampana, dla sierżanta, i pił ją zamiast niego. – Może lepiej więcej o tym nie mówić. To jeden z wielkich tuneli, które drążą ludzie, prawda, inspektorze? Ten jest bardzo stary, zapomniany. Może lepiej go zostawić, żeby sam się zawalił? Bo problem w tym, że kiedy jakiś wariat otworzy tunel, inni ludzie mogą później wejść do niego, jak na swój sposób wyraził to Radstock. Tak właśnie było z Highgate.

Estalère czekał na ciąg dalszy z rozluźnioną miną człowieka, który usłyszy miłą opowieść. Danglard spoglądał na jego pogodną twarz niepewny, co powinien zrobić. Zabranie Estalère’a do tunelu w Highgate groziło naruszeniem jego dziecięcej naiwności. W brygadzie się przyjęło, że mówi się raczej o „dziecięcej naiwności” Estalère’a niż o głupocie. Cztery razy na pięć Estalère kompletnie się mylił. Ale jego naiwność generowała niekiedy nieoczekiwane dobrodziejstwa będące wynikiem szczęścia żółtodzioba. Bywało, że jego błędne postrzeganie otwierało nowe drogi, i to tak banalne, że nikt by o nich nie pomyślał. Niemniej na ogół pytania Estalère’a działały jak hamulec. Każdy cierpliwie starał się mu odpowiadać – po części dlatego, że wszyscy go lubili, po części zaś dlatego, że Adamsberg twierdził, iż kiedyś chłopak się wyrobi. Starano się w to wierzyć i wszyscy przywykli do tych kolektywnych wysiłków. Prawdę powiedziawszy, Danglard nawet lubił mówić do Estalère’a, jeśli tylko miał czas. Mógł bowiem snuć w nieskończoność uczone wywody, a chłopak nigdy nie okazywał zniecierpliwienia. Zerknął teraz na Adamsberga siedzącego z zamkniętymi oczami. Wiedział, że kolega nie śpi i doskonale go słyszy.

– Czemu chcesz to wiedzieć? – podjął. – To stopy Radstocka. Teraz po drugiej stronie morza.

– Powiedział pan, że to mógł być dar. Dla kogo? Highgate ma właściciela?

– W pewnym sensie. Ma pana.

– Jak on się nazywa?

– Istota – odparł Danglard z półuśmiechem.

– Od kiedy?

– Starszą część cmentarza, zachodnią, tę, przed którą byłeś przedwczoraj, otwarto w tysiąc osiemset trzydziestym dziewiątym roku. Ale rozumiesz, jej pan mógł tam mieszkać dużo wcześniej.

– Aha.

– Wiele osób twierdzi, że skoro Istota już wcześniej tam żyła, w dawnej kaplicy na wzgórzu Hampstead, w tym miejscu nieuchronnie musiał powstać cmentarz.

– Czy to kobieta?

– Mężczyzna. Mniej więcej. I podobno jego siła przyciągała do niego zmarłych, dlatego założono tam cmentarz. Rozumiesz?

– Tak.

– W części zachodniej od dawna nie ma pochówków, to teraz słynny zabytek. Są tam niezwykłe pomniki, najrozmaitsze osobliwości, groby znanych ludzi. Na przykład Charlesa Dickensa albo Marxa.

Przez twarz sierżanta przemknął niepokój. Estalère nigdy nie starał się ukrywać swojej ignorancji ani tego, jak bardzo go ona martwi.

– Karla Marxa – sprecyzował Danglard. – Napisał ważną książkę. O walce klas społecznych, ekonomii i takich tam. Z niej wziął się komunizm.

– Aha. – Estalère kiwnął głową. – Ma to coś wspólnego z właścicielem Hampstead?

– Mów o nim raczej „Pan”, tak się przyjęło. Nie, Marx nie ma z nim nic wspólnego. Chciałem tylko podkreślić, że zachodnia część Highgate jest słynna na cały świat. I budzi wielki strach.

– Właśnie. Radstock się bał. Dlaczego?

Danglard się zawahał. Od czego by tu zacząć? I czy w ogóle powinien o tym mówić?

– Pewnego wieczoru – zaczął – prawie czterdzieści lat temu, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku, dwie licealistki wracające ze szkoły poszły na skróty przez cmentarz. Do domu wpadły śmiertelnie przerażone. Twierdziły, że ścigała je „czarna postać”, widziały zmarłych wychodzących z grobów. Jedna z dziewczyn zachorowała, stała się somnambuliczką. W czasie ataków szła na cmentarz i zawsze podchodziła do tego samego grobu. Do grobu Pana, jak mówili ludzie, Pana, który ją przyzywał. Zaczęto ją śledzić i w tym miejscu znaleziono dziesiątki wykrwawionych zwierzęcych trucheł. Na okolicę padł blady strach, rozeszły się pogłoski, zainteresowały się tym gazety i sprawa się upowszechniła szeroko. Pewien ksiądz egzorcysta wraz z grupą nawiedzonych udał się na miejsce, żeby przegonić „Pana Highgate”. Weszli do grobowca i znaleźli tam bezimienną trumnę, umieszczoną inaczej niż pozostałe. Otworzyli ją. Reszty się domyślasz.

– Nie.

– W trumnie spoczywało ciało, ale ani nieboszczyka, ani żywego człowieka. Leżało doskonale zakonserwowane. Ciało mężczyzny, nieznajomego, bezimienne. Główny nawiedzony się zawahał, czy przebić mu serce kołkiem, bo Kościół tego zakazuje.

– Czemu chciał je przebić?

– Estalère, nie wiesz, jak się unieszkodliwia wampiry?

– Aaa… – rzekł spokojnie sierżant. – Więc to był wampir.

Danglard westchnął, przetarł ręką zamgloną szybę wagonu.

– Tak przynajmniej sądzili nawiedzeni i dlatego zjawili się tam z krzyżami, czosnkiem, kołkami. Nad otwartą trumną główny nawiedzony wygłosił słowa egzorcyzmu: „Zbliż się, wiarołomna istoto, nosicielu wszelkiego zła i kłamstw wszelakich. Odejdź, występna kreaturo”.

Adamsberg otworzył całkowicie przytomne oczy.

– Znasz tę historię? – spytał Danglard lekko zaczepnie.

– Tej nie, ale znam inne. W tym punkcie akcji rozlega się straszny huk, nieludzki hałas.

– Tak właśnie się stało. W grobowcu rozbrzmiał potworny jęk. Główny nawiedzony z rozmachem cisnął czosnek i zamurował cegłami wejście do grobowca.

Adamsberg wzruszył ramionami.

– Wampira nie zatrzyma się cegłami.

– Faktycznie to nie podziałało. Cztery lata później ludzie zaczęli szeptać, że w domu po sąsiedzku straszy, w starym budynku w stylu wiktoriańskim. Główny nawiedzony przeszukał dom i w piwnicy znalazł trumnę. Poznał, że to ta sama, którą cztery lata wcześniej zamurował w grobowcu.

– Było w niej ciało? – zapytał Estalère.

– Nie wiem.

– Wiąże się z tym jakaś starsza historia, tak? – odezwał się Adamsberg. – Inaczej Stock nie bałby się tak bardzo.

– Nie mam ochoty jej opowiadać – burknął Danglard.

– Ale Stock ją zna, komendancie. Dlatego my też powinniśmy ją znać.

– To już jego problem.

– Nie tylko. My też to widzieliśmy. Kiedy zaczęła się ta starsza historia?

– W tysiąc osiemset sześćdziesiątym drugim – odparł Danglard niechętnie. – Dwadzieścia trzy lata po otwarciu cmentarza.

– Mów dalej, komendancie.

– Tego roku pochowano na nim niejaką Elizabeth Siddal. Umarła, bo zażyła za dużo laudanum. To takie przedawkowanie z innej epoki – wyjaśnił, zwracając się do Estalère’a.

– Rozumiem.

– Jej mężem był słynny Dante Gabriel Rossetti, malarz prerafaelita i poeta. Elizabeth została pochowana z tomem wierszy męża.

– Za godzinę dojedziemy – przerwał mu Estalère nagle zaniepokojony. – Wystarczy czasu?