Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 510 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niepamięć - Marek Stelar

Podinspektor Dariusz Suder, kilka tygodni po spotkaniu koordynacyjnym polskich i niemieckich służb policyjnych w Szczecinie, wyjeżdża na służbowe spotkanie do Berlina i przy okazji zabiera ze sobą żonę i córkę.

Dwa miesiące później Suder budzi się ze śpiączki w berlińskiej klinice. Cierpi na amnezję. Został postrzelony w głowę, a jego żona i córka zginęły na parkingu przy autostradzie nieopodal małej, podberlińskiej miejscowości.

Kilka tygodni po napadzie akcja przejęcia narkotyków, zorganizowana przez szczecińską policję we współpracy z meklemburskim Bundeskriminalamtem, zakończyła się tragicznie.

W strzelaninie i wybuchu zgromadzonych w portowym magazynie butli z gazami technicznymi zginęło wielu policjantów i członków gangu biorącego udział w przemycie kokainy.

Tropy prowadzą do córki Sudera i do kogoś, kto znał szczegóły tajnej akcji. Takich osób nie było wiele, a Suder był jedną z nich.

Opinie o ebooku Niepamięć - Marek Stelar

Fragment ebooka Niepamięć - Marek Stelar

Nazywam się Dariusz Suder. Podinspektor Dariusz Suder, radca w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. Pełnię funkcję szefa Zespołu do spraw Międzynarodowej Współpracy Policji. W zasadzie jestem byłym szefem tej komórki; wygląda na to, że to już tylko kwestia czasu. Mam czterdzieści dziewięć lat i tytanową płytkę w czaszce. Jestem sam jak palec. Nie pamiętam sporej części swojego życia, wiele jego fragmentów straciłem bezpowrotnie. Mam jedynie świadomość, że moje życie już dawno temu przestało mieć jakikolwiek sens. Dla mnie na pewno, choć nie wiem, w którym momencie. Nie pamiętam. Dla innych… Dla innych pewnie też, być może nawet dużo wcześniej niż dla mnie samego. I choć tego nie pamiętam, wiele wskazuje również na to, że popełniłem zbrodnię. Niejedną zbrodnię…

Moje życie można podzielić na:

PRZED

– Ciekawe, dlaczego mężczyźni zdradzają swoje żony?

Wszystkiego mógłbym się spodziewać w takiej chwili, ale to pytanie, które nagle pada i zostaje między nami jak żelazna kurtyna, niemal zwala mnie z nóg. Taka analogia ataku kaszlu na widowni podczas koncertu uznanej śpiewaczki operowej, kiedy pełna melomanów sala zamiera ze zgrozy i zgorszenia. Coś nieoczekiwanego i równocześnie wyjątkowo nie na miejscu; przecież przed chwilą skończyliśmy się kochać. To prawda, lubię bezpośredniość Marty, jej brutalną szczerość i bezkompromisowe sądy, jakie często wygłasza na przeróżne tematy. Pod tym względem jesteśmy do siebie dość podobni. Ale tym razem chyba przesadziła. Odrobinę.

Patrzę, jak leży naga na łóżku, przypala sobie moją zapalniczką papierosa wyciągniętego z mojej paczki i zerka na mnie wzrokiem podszytym kpiną. Uwielbiam, kiedy jest tak bezwstydnie naga; kiedy nie krępuje się swoją nagością, zachowuje się naturalnie i z wdziękiem równocześnie. Uwielbiam na to patrzeć. Co nie zmienia faktu, że przesadziła, zadając to dziwne pytanie, pytanie nie na miejscu.

– Naprawdę chcesz to wiedzieć, Marta? – pytam spokojnie, ponieważ wiem, że nie zdenerwuję się na nią, bo mimo swego wybuchowego charakteru nie potrafię się na nią złościć. Nie potrafię: wiem to, ona też to wie, ale mimo to drążę dalej: – Chcesz to wiedzieć czy tylko chcesz mnie podkurwić?

Odchyla głowę do tyłu i wydmuchuje dym wysoko pod sufit. Jej ciało wypręża się w zgrabny łuk, który zachwyciłby niejednego rzeźbiarza. Piersi kołyszą się lekko i mój wzrok przyciąga mała brązowa plamka na skórze tuż pod ostatnim żebrem. Czasem dotykam jej palcem, mówię, że przypomina mi kształtem Francję, a Marta po raz kolejny opowiada, jak to dzięki niej jej mama była pewna, że odbiera z porodówki swoje dziecko. Teraz jej nie dotykam, tylko patrzę na nią; patrzę na małą brązową Francję i patrzę na wygiętą szyję Marty i na to, jak jej skóra napina się na krawędziach żuchwy. Widzę, jak gęste, połyskujące włosy zsuwają się z poduszki, rozlewając się na skotłowane prześcieradło czarną kaskadą.

– Owszem – odpowiada mi Marta. – Czasem chcę to wiedzieć naprawdę. Mówię poważnie, Darek. Chcę znać powód.

– Byłaś kiedyś mężatką, to powinnaś go znać.

– Nie rozumiem, co masz na myśli.

– Czyżby?

– Czyżby.

– No dobrze. Więc mam na myśli to… – mówię powoli, zastanawiając się nad każdym słowem, i podchodzę do łóżka, żeby położyć się obok niej – …że powód, z którego mężczyźni zdradzają swoje żony, jest dokładnie taki sam jak ten, z którego kobiety zdradzają mężów.

Wyjmuję jej papierosa z ust i zaciągam się. Marta sięga po pudełko leżące na szafce nocnej i wyciąga nowego.

– Bardzo odkrywcze – stwierdza z przekąsem, wkładając go sobie między wąskie wargi. – Ale nie zgadzam się z tym.

– Nie?

– Nie. – Kręci głową, papieros kołysze się w ustach, włosy szeleszczą na pościeli. – Kobiety robią to z powodu swoich marzeń.

Sięga po zapalniczkę, zapala papierosa i wydmuchuje dym nosem.

– Jakich marzeń? – pytam zaczepnie. – O czym marzą te kobiety, puszczając się z pierwszym lepszym?

Znowu spogląda na mnie tymi swoimi cholernie inteligentnymi oczami, błyskającymi spod czarnych, zmarszczonych brwi chłodem Moskwy. Prowokacyjnie i wojowniczo.

– Marzą o pięćdziesięciu twarzach Greya. Że spotka je coś takiego, jak tamtą dziewczynę z książki i filmu. Że Grey oderwie je od garów, dzieci, zapracowanego i wiecznie nieobecnego męża i da parę chwil szczęścia i spełnienia. Nawet jeśli to będzie tylko te parę chwil. Ale będą je wspominać do końca swojego ciężkiego, przegranego życia.

– Z tym wiecznie nieobecnym mężem pijesz do mnie?

Nie odpowiada, tylko sięga po popielniczkę.

– I co dostają? – pyta. – Zamiast pięćdziesięciu twarzy Greya dostają przaśnego, bawarskiego pornosa.

– Zamiast wyrzeźbionej klaty, multimegaorgazmu w wielkim łożu z baldachimem i nocy w białym jedwabiu mają szybki numerek z brudnym, nieogolonym i śmierdzącym tłuściochem z małą kuśką wystającą z kępy rudych kłaków? – kończę.

Ładna twarz Marty się krzywi.

– Mniej więcej. Malowniczo to ująłeś…

– Hmm… A ja? – pytam i trochę boję się usłyszeć odpowiedź, bo wiem, że będzie szczera, szczera do bólu.

Czasem myślę, że Marta potrafi i lubi zadawać ból. Nie fizyczny; po prostu lubi od czasu do czasu wbić komuś szpilę. Ale nie chcę jej o to pytać. Nie o to chodzi, żeby się tego dowiedzieć, ta niewiedza jest nawet lepsza, bo im mniej Martę znam, tym bardziej wydaje się egzotyczna, a przez to bardziej jej pożądam.

– Co: ty?

– Też jestem niedomytym bawarskim wieprzkiem? Z małą kuśką?

Obrzuca powłóczystym spojrzeniem moje nagie ciało.

– Nie. Ale nie oszukuj się, Grey też z ciebie nie jest. Masz trochę sadełka tu i ówdzie, włosów już też nie masz zupełnie czarnych…

Patrzę na Martę. Znam ją. Zdążyłem ją poznać całkiem dobrze. Trochę szkoda. Chciałbym znać ją mniej, żeby ta chwila przesytu nie nadeszła zbyt szybko. Bo Marta jest warta grzechu. Jest egzotyczna, dla mnie. Kiedy wreszcie się nią nasycę, mój związek z nią straci rację bytu, zniknie ta egzotyka, która mnie w nim trzyma. Jestem świadomy, że przesyt nadejdzie za jakiś czas, za miesiąc, kwartał, pół roku, rok… Więc nie pytam Marty o pewne rzeczy, by odwlec tę chwilę jak najdłużej. Nie pytam o sprawianie bólu ani o wbijanie szpil. Może zapytam o to kiedyś, ale na pewno nie dziś.

Strzepuję popiół z papierosa do popielniczki, którą Marta trzyma na brzuchu, kiedy nagle rozlega się dźwięk mojego telefonu.

– Nie odbierzesz? – W jej głosie słyszę lekkie rozbawienie.

Ignoruję ją. Ignoruję Martę i telefon. Po prostu gapię się przed siebie, na ścianę, wiszący na niej jakiś wielki bohomaz, i nie myślę o niczym. Kompletnie o niczym.

– Przecież to twoja żona?

– Wiem – mruczę. – I co z tego? Śmieszy cię to?

Wzrusza ramionami.

– Nie. Ale właśnie w takich momentach chciałabym wiedzieć to najbardziej.

– Co?

– Dlaczego to robicie.

Obracam głowę w lewo i znów obrzucam ją uważnym spojrzeniem. Ale teraz patrzę już na nią inaczej niż przed chwilą.

Marta jest naprawdę ładna, choć niemłoda, tuż po czterdziestce. Jak moja żona. Inteligentna, diabelnie inteligentna. Tylko trochę bardziej niż moja żona. Ma niezłe ciało, z którym umie robić niezłe sztuczki. Ale moja żona też, choć Bóg jeden raczy wiedzieć, jak dawno temu miałem okazję się o tym przekonać. Ale Marta nie jest moją żoną. Może to dlatego? Marta jest jak hamburger, na którego wychodzisz na miasto, wiedząc, że w domu czeka na ciebie smaczny obiad. Dlaczego mężczyźni to robią? Dlaczego ja to robię? Też chciałbym to wiedzieć. Bardzo.

Telefon wreszcie milknie. Leżymy w ciszy, otoczeni nitkami papierosowego dymu, które snują się leniwie wokół nas, by uciec w końcu pod sufit. Tam kłębią się, aż w końcu znikają, rozpłynąwszy się bez śladu w przesyconym zapachem seksu i fajek powietrzu.

Kiedy gasimy niedopałki, Marta odkłada popielniczkę na szafkę i rozchyla uda, gładząc się po nich posuwistymi ruchami drobnych dłoni; w górę i w dół, w górę i w dół…

– Zrób mi to językiem – żąda chrapliwie, zamykając oczy.

Zsuwam się na jej opalony brzuch, całując pępek, a potem jeszcze niżej, między nogi. Kładę dłonie na jej udach, naciągając miękką, chłodną skórę. Lubię ten kontrast między chłodem skóry kobiecych ud a gorącem ich wnętrza. Różowe, wilgotne wnętrze Marty jaśnieje zachęcająco pośród ciemnej plamy starannie przystrzyżonego trójkąta włosów łonowych. Czuję jej zapach, jej ciepło i czuję igiełki w swoich lędźwiach. Marta kładzie ręce na mojej głowie i odchyla swoją. Zanim zatracam się w tym wnętrzu do reszty, widzę jej unoszący się i opadający w rytm coraz szybszego oddechu brzuch. Widzę brązową plamkę pod żebrem; małą brązową Francję. Widzę wyprężoną szyję i widzę tę napiętą na łuku szczęki skórę. Czuję jej ręce przyciskające moją głowę do jej łona. A potem czuję już tylko rozkosz, rozkosz, którą daję i którą biorę, i której nigdy dość.

Niedosyt.

Egzotyka.

Marta.

Kochanka w jej mieszkaniu zamiast żony w swoim domu. Hamburger zamiast obiadu.

* * *

Na zewnątrz było zimno jak cholera, i to już niemal codziennie. Zdarzył się nawet przymrozek, przyszedł niepodziewanie, zostawił na przednich szybach samochodów swój matowy, mokry ślad i zniknął, choć pewnie nie na długo. Złota polska jesień, która w tym roku była wyłącznie polska, bez walki ustępowała pola zimie, zupełnie nie przejmując się kalendarzem. U mnie w pracy było dokładnie na odwrót, przynajmniej ostatnio. A już dzisiejszy dzień miałem gorący jak lato, które było tylko odległym, zacierającym się w oparach jesiennych mgieł wspomnieniem.

Współpraca międzynarodowa policji to wbrew pozorom dość skomplikowana i specyficzna sprawa. Zwłaszcza w naszym regionie. Specyfika ta rozciąga się praktycznie na całą zachodnią granicę kraju i obejmuje polskie województwa zachodnie oraz przygraniczne landy niemieckie. Zachodniopomorska KWP jest jednak pod tym względem wyjątkowa, bo jedynie u nas powołano odrębną komórkę zajmującą się w całości tymi sprawami. W pozostałych komendach wojewódzkich są tylko oficerowie łącznikowi, którzy pośredniczą w kontaktach z Biurem Międzynarodowej Współpracy Policji w Komendzie Głównej. My mamy szeroką autonomię. Umowa zawarta z Niemcami pozwala nam na bezpośrednią współpracę z nimi w pełnym zakresie, i to bez pytania „warszawki” o cokolwiek: zgodę czy pozwolenie na choćby najmniejsze pierdnięcie w tej sprawie. Inaczej taki pościg za skradzionym w Ueckermünde samochodem czy za facetem, który porwał w Wołczkowie dziecko, skończyłby się pod tablicami „Rzeczpospolita Polska” i „Bundesrepublik Deutschland”.

Nasz Zespół do spraw Międzynarodowej Współpracy Policji liczy pięcioro ludzi, w tym Martę Kielan. Tak, tę Martę. Ja tym zespołem kieruję. Podlegamy bezpośrednio komendantowi wojewódzkiemu i bywa czasem, że mamy huk roboty. Jak teraz.

Dzisiejszy dzień miał być ukoronowaniem naszych kilkutygodniowych starań, mających na celu zorganizowanie i skoordynowanie spotkania roboczego polskich i niemieckich służb policyjnych. Tematem tej międzynarodowej nasiadówy była sprawa przejęcia transportu kokainy, która miała przypłynąć z Kolumbii via Rotterdam do Stralsundu, a stamtąd trafić do Szczecina. Po rozrobieniu towar miał być sprzedany na ulicach naszego pięknego miasta, i nie tylko, wszystkim chętnym i potrzebującym.

Nasze starania polegały głównie na wykonywaniu dziesiątków telefonów, wysyłaniu jeszcze większej liczby maili, przekładaniu terminów, organizowaniu zaplecza i tłumacza o odpowiednich kwalifikacjach oraz wysłuchiwaniu żalów i tłumaczeń obu stron. Czasami miałem wrażenie, że pracuję z trudną młodzieżą w specjalnej placówce opiekuńczo-wychowawczej, a nie z dorosłymi ludźmi w poważnej, państwowej instytucji. Wszystko zakończyło się wreszcie ustaleniem konkretnej daty i godziny. Wypadały dziś, o jedenastej. Stosunkowo późna pora była efektem kompromisu, ustaliliśmy ją z grzeczności i ku wygodzie gości: funkcjonariuszy niemieckiej krajowej policji kryminalnej landu Mecklemburg-Vorpommern, Federalnego Urzędu Kryminalnego z Berlina i naszych z Komendy Głównej.

Spotkanie zaplanowałem w odrestaurowanej sali odpraw komendy. Ponadstuletni gmach przechodził właśnie ostatni etap kompleksowej renowacji, która przywróciła mu minioną świetność. Dawna siedziba Królewskiego Prezydium Policji, a potem Gestapo, UB i MO oraz WUSW przez wszystkie te lata swojego istnienia sporo wycierpiała: gryzł ją ząb czasu, deformowały ręce budowlańców i manifestantów, którzy w grudniu siedemdziesiątego nie zawahali się ich na nią podnieść i w dodatku jej podpalić.

Sala nie była zbyt przestronna, widać za kaisera w odprawach uczestniczyło tylko kilku najwyższych rangą funkcjonariuszy. Drewniany strop, na który po renowacji wrócił wielki i czarny jak noc pruski orzeł, wisiał zadziwiająco nisko i sprawiał wrażenie opuszczającej się prasy do wyciskania soku z winogron w tłoczni win. Niemiłe uczucie łagodziły trochę duże neogotyckie, ostrołukowe okna. Przebywając w tym pomieszczeniu, miałem mieszane odczucia, choć na pewno swoją kolorystyką oraz bogactwem i precyzją malatur robiło spore wrażenie.

Było dwanaście po jedenastej, kiedy wszyscy już zebrali się na miejscu. Niemcy ze zdziwieniem pomieszanym z zachwytem kontemplowali widok orła rozpościerającego swe skrzydła nad ich głowami, poprawiając tkwiące w uszach słuchawki i ustawiając ich zdalne odbiorniki na właściwy kanał. Komendant wojewódzki, nadinspektor Janusz Szewczyk, lekko otyły i wyjątkowo rzeczowy facet o dystyngowanych ruchach, wstał i rozejrzał się po obecnych jak pies pasterski, który baczy, by żadnej z powierzonych jego opiece owiec nie wpadło do głowy bryknąć gdzieś poza pastwisko. Inspekcja wzrokowa wypadła zadowalająco, bo Szewczyk uśmiechnął się szeroko i złożył ręce, łącząc je opuszkami palców w sposób, w jaki robiło to wielu polityków przemawiających na forum publicznym. Musiał podpatrzyć ten gest gdzieś w wiadomościach.

– Witam serdecznie wszystkich zgromadzonych! – huknął, aż siedząca niedaleko tłumaczka skuliła się odruchowo. – Cieszę się, że nasze spotkanie doszło do skutku. Pozwolą państwo, że nie będę się rozgadywał, tylko od razu przekażę pałeczkę kolegom. Zabiorę głos na końcu, podsumowując nasze zebranie. Zacznie pan inspektor Suder, proszę bardzo. – Skinął głową w moją stronę i usiadł, kończąc gospodarskie powitanie.

Tłumaczka leciutko, niemal niezauważalnym ruchem odsunęła się od niego, poprawiając tkwiącą w uchu słuchawkę i sterczący przy ustach połączony z nią mikrofon.

Wstałem i zrobiłem taki sam gest, jak przed chwilą Szewczyk. Też oglądam wiadomości, gdyby ktoś pytał. Przywołałem na twarz profesjonalny uśmiech i zacząłem swoją mowę powitalną.

– Państwo pozwolą, żeby dopełnić formalności, przedstawię się tym, z którymi się nie znamy: podinspektor Dariusz Suder, szef Zespołu do spraw Międzynarodowej Współpracy Policji KWP w Szczecinie. Chciałbym jeszcze raz powitać wszystkich państwa w murach naszej pięknej komendy, która właśnie dostaje niejako drugie życie… – Odruchowo spojrzałem na orła wypinającego na nas wszystkich swój tłusty, czarny kuper. – …W dzisiejszym spotkaniu uczestniczyć będą przedstawiciele Bundeskriminalamt z Berlina: Kriminalrat Jonas Kästner z Referatu IK12 Wydziału Współpracy Międzynarodowej oraz Kriminalhauptkommissar Andreas Schymura z Referatu SO21 Wydziału Przestępczości Ciężkiej i Zorganizowanej. – Odczekałem króciuteńką chwilę, na szczęście nikt nie zechciał klaskać, co mnie bardzo ucieszyło. – Witam również gości ze Schwerin i Anklam, Landeskriminalamt w Schwerin reprezentują oficerowie Wydziału 4: Kriminalrat Jana Pringsheim, Kriminalrat Timm Bachmann i Kriminalhauptkommissar Reinhard Jauch, a Polizeihauptkommissar Helmut Piotrowski przyjechał do nas jako przedstawiciel KOST-Anklam. Centralne Biuro Śledcze Komendy Głównej Policji: podinspektor Janusz Kwilecki z Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Narkotykowej, z Warszawy, a ze szczecińskiego Zarządu CBŚ naczelnik, nadkomisarz Robert Nowacki. Naszą komendę reprezentują poza panem komendantem: jego zastępca, inspektor Jacek Mołczun, pani naczelnik Wydziału Wywiadu Kryminalnego: młodszy inspektor Anna Tomaszewska, naczelnik Sztabu Policji: inspektor Tomasz Ostrowski oraz komisarz Marta Kielan z mojego zespołu. Witam wszystkich państwa, dziękuję serdecznie za przybycie, myślę, że możemy zaczynać…

Ja też uważam się za rzeczowego faceta, dlatego uznałem, że to wystarczy. Ostatni profesjonalny uśmiech i na tym moja rola w spotkaniu prawie się skończyła. Usiadłem na swoim miejscu, czując na nodze ciepło nogi Marty. Chyba po to właśnie poprosiłem ją, żeby również w nim uczestniczyła. Byłem nienasycony, nienasycony Martą, nawet w pracy. Delikatnie przesunąłem kolano w prawo i dotknąłem nim boku jej uda. Kątem oka widziałem, że jej twarz pozostała obojętna, jednak jej noga nie odsunęła się od mojej, wciąż dzieląc się ze mną swoim podniecającym ciepłem.

Ania Tomaszewska, naczelniczka Wywiadu Kryminalnego, zaczęła powoli wstawać, popatrując na mnie niepewnie, czy to aby na pewno jej kolej. Nie miałem zielonego pojęcia, ale mimo to uspokajająco i zachęcająco skinąłem głową. Wstała więc całkiem, ale nie wykonała gestu, jaki zrobiliśmy Szewczyk i ja. Może nie oglądała wiadomości, a może po prostu miała inny sposób na zrobienie czegoś z rękami w chwili, kiedy nie były potrzebne, a mimo to wszyscy się na nie gapili. Ania była niska, jednak obdarzona silną osobowością, wystarczyło więc, że lekko pochyliła się do przodu, dotykając palcami blatu stołu. Oparła się na nich i wzięła głęboki oddech.

– Nie będę się już witać, myślę, że wystarczy. – Spojrzała z uśmiechem na komendanta i na mnie, a na sali rozległ się szmer i pomruki rozbawienia, trochę opóźnione z niemieckiej strony. – Drodzy państwo, jakiś czas temu otrzymaliśmy od naszych niemieckich kolegów informację o planowanym przemycie niewielkiego ładunku kokainy. Towar ma dotrzeć w lutym z Kolumbii do portu w Stralsundzie na pokładzie statku taniej bandery. Wyjaśnię państwu od razu, że przeciętny transport koki to około dwustu, trzystu kilogramów, przechwytywane były ładunki ważące nawet ponad tonę i więcej, ale w tym wypadku mówimy zaledwie o pięciu kilogramach…

Zdziwione spojrzenia były jak najbardziej na miejscu; organizowanie takich spotkań jak nasze z powodu detalicznej ilości narkotyków było jak strzelanie do muchy z armaty.

– …Chodzi jednak o to, że miejscem docelowym przesyłki nie będą Niemcy, tylko Polska, konkretnie Szczecin – kontynuowała Ania. – Informacja z Landeskriminalamt powiązana jest z innymi, jakie z kolei od jakiegoś czasu napływają od naszych informatorów z miasta. Znaczy ze Szczecina. Otóż przekazują nam oni ostatnio dziwne wieści o przyjaźni, jaka zakwitła między niejakim Tomaszem Ziętkiem, pseudonim „Zięty”, bossem jednej z działających w Wielkopolsce grup przestępczych, a „Malechą”, Jarosławem Leśniewskim, szczecińskim ehm… przedsiębiorcą o powiązaniach ze światkiem przestępczym, któremu ostatnio przypatrujemy się razem z wywiadem skarbowym Urzędu Kontroli Skarbowej w związku ze wzmożoną aktywnością na polu wyłudzeń nienależnego podatku VAT. Wyobraźcie sobie państwo, że ci dwaj panowie w dzieciństwie uczęszczali razem do jednej ze szczecińskich szkół dżudo. – Znów dało się usłyszeć ciche śmiechy. – Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych Ziętek wyjechał z rodzicami do Poznania, gdzie później zrobił karierę przestępczą. Bez względu na to, jak zabawna wydawałaby się geneza tej przyjaźni, ponownie przez przypadek nawiązali kontakt jakieś pół roku temu. Rzekłabym: dość niezwykła sytuacja, taka ponadregionalna przyjaźń między przestępcami, i to podobno szczera… A wyjaśnię niemieckim kolegom, że tradycyjnie te dwa regiony, Pomorze Zachodnie i Wielkopolska, nie darzą się zbytnią sympatią. No, ale nie to jest przedmiotem dyskusji. „Zięty” i „Malecha” wspólnie skontaktowali się z Kemalem Derelim, rezydującym w Hamburgu przedstawicielem mafii, której członkowie są przeważnie… eee… obywatelami niemieckimi pochodzenia tureckiego. „Nasi”… – Ania uniosła dłonie, zrobiła z nich króliczki i pomachała udającymi uszka palcami w powszechnie znanym geście cudzysłowu – …wyrazili chęć kupienia partii kokainy, której zakup w Kolumbii i przerzut do Europy mieli zorganizować Turcy. Z informacji, potwierdzonych również przez stronę niemiecką, wiemy, że ilość towaru będzie bardzo nieznaczna, jak już wspomniałam, chodzi o pięć kilo. Taki warunek postawili Turcy. Nie wiemy dokładnie, czy transport będzie większy niż te symboliczne pięć kilogramów, być może przy okazji wezmą trochę na swoje potrzeby, skoro już organizują przemyt dla Polaków. Świadczyć o tym może dość odległy termin dostawy oraz droga morska, czyli łatwość ukrycia przemytu we frachcie albo w zakamarkach statku. Kilka kilogramów przemycają zwykle drogą lotniczą „muły” w swoich turystycznych plecakach. Nasi partnerzy zza Odry – Ania skinęła głową w stronę Niemców – w zależności od wagi ładunku podejmą odpowiednie kroki, jednak „nasza” partia ma bez przeszkód wywędrować do Polski. Dlaczego tylko pięć kilo? Strony transakcji się nie znają, szlak transportu jest nowy i jeszcze nie sprawdzony, dlatego ten deal to takie wzajemne sprawdzenie, badanie intencji, powiedzmy: macanie się…

Wszyscy pokiwali głowami. Ania również. Przysunęła sobie kartkę papieru z jakimiś zapiskami i zerkając na nią, mówiła dalej:

– Hurtowa cena kilograma czystej chemicznie kokainy „na wyjściu” z Ameryki Południowej waha się od tysiąca pięciuset do dwóch i pół tysiąca dolarów, czyli jakieś tysiąc dwieście do dwóch tysięcy euro. W Europie cena rośnie do dwudziestu pięciu tysięcy euro za kilogram. W hurcie. W detalu wynosi ona około pięćdziesięciu pięciu tysięcy. Załóżmy, że „Zięty” z „Malechą” kupią te pięć kilogramów w cenie półhurtowej, powiedzmy trzydzieści pięć tysięcy za kilo, to mają w sumie sto tysięcy zysku. Ale z kilograma czystej koki można otrzymać nawet cztery, pięć kilo gotowej do sprzedaży mieszanki. Dwadzieścia, dwadzieścia pięć kilogramów. Czterysta, pięćset tysięcy euro. Po obecnym kursie w przybliżeniu ponad cztery i pół miliona złotych. Samego zysku. Dla uproszczenia przyjmijmy, że wartość rynkowa przesyłki to około stu siedemdziesięciu pięciu tysięcy euro, czyli jakieś siedemset czterdzieści tysięcy złotych. Z możliwością zwielokrotnienia tej sumy. To tyle, jeśli chodzi o liczby. Nie są stosunkowo duże, oczywiście wciąż mówimy o narkotykach, nie o naszych pensjach… Wspomniałam już o dość odległym terminie dostawy: wstępnie umówiona jest na połowę lutego, ale wszystko zależy od kartelu z Kolumbii, z tego, co jest nam wiadome – Cali albo konkurencyjnego Norte de Valle. Myślę, że przy obecnej wydajności nie będzie problemów z dotrzymaniem terminu i statek pojawi się planowo. Sprawie nadaliśmy kryptonim „Strela”, od nazwy cieśniny rozdzielającej Stralsund i Rugię. Nad cieśniną Strelasund położony jest port, od którego kokaina zacznie swą wędrówkę drogą lądową. Ta dawna, jeszcze słowiańska nazwa funkcjonująca w niemieckim nazewnictwie świetnie oddaje charakter zadania, polegającego na ścisłej współpracy służb policyjnych Niemiec i Polski…

Wyłączyłem się. Rozgorzała dyskusja, w której najwyraźniej nie był potrzebny moderator, a udo Marty wciąż biło ciepłem, sprawiając, że myślami byłem już u niej w mieszkaniu, w jej łóżku. Kilka minut później kątem oka zauważyłem jakieś poruszenie pośród członków niemieckiej delegacji. Nadkomisarz Schymura z BKA rozejrzał się po kolegach, jakby szukając u nich wsparcia. Nie wstając, poprawił okulary, odkaszlnął cicho i zabrał głos.

– Dlaczego chcecie tak szybko to skończyć? – zapytał, zerkając na Szewczyka znad oprawek okularów. – Nie lepiej poczekać na rozwinięcie współpracy między Turkami a Polakami? Pani – wskazał na Anię Tomaszewską – wspominała, że ten transport może być większy. A jeśli nie? Jeśli to będzie faktycznie tylko pięć kilo? I jeśli wszystko poszłoby dobrze i sprawnie, to za kwartał, pół roku, góra rok, przypłynie tona albo dwie towaru. Wtedy zgarniecie wszystko, a straty gangu będą o wiele dotkliwsze. A tak spalicie szlak. Można by go kontrolować, poznać nowe kanały dystrybucji lokalnej i wtedy uderzyć. Nie lepiej jednak poczekać trochę i prześwietlić wszystko dokładnie?

Szewczyk spojrzał na Schymurę, a na jego twarzy pojawił się niemal niewidoczny grymas wyższości. Był starannie maskowany, ale mimo to ja go widziałem. Czyli jednak nie tak starannie, a znając starego, mogłem być pewien, że taki grymas nie jest przypadkowy. U Szewczyka niewiele rzeczy pozostawało kwestią przypadku.

– Pan komisarz ma oczywiście sporo racji. – Komendant uśmiechnął się uprzejmie, nie pokazując zębów, i popatrzył na tłumaczkę, jakby sprawdzając, czy dokładnie przekazuje jego słowa. – Ale nie wziął pan pod uwagę jednej istotnej rzeczy…

Wyprostował się, rozejrzał po zebranych i kontynuował:

– Szybka reakcja i zakończenie akcji niemal od razu będzie miało wymiar niejako symboliczny. Ucięcie świeżo wyrosłej macki wyciągającej się w stronę naszego kraju będzie dla nich szokiem. Wielkość przemytu, wartość towaru nie mają tu znaczenia. Państwo ze swej strony podejmiecie działania, jakie uznacie za stosowne, o ile faktycznie kokainy będzie więcej niż pięć kilo. Ale część przeznaczona dla polskich odbiorców, „Ziętego” i „Malechy”, kiedy tylko znajdzie się w Szczecinie, zostanie skonfiskowana, a oni sami zatrzymani. Dlaczego, pyta pan? Bo oni mają się nas bać! Udowodnimy, że nie mogą znać dnia ani godziny, kiedy ich dosięgniemy. Ma to być nauczka dla następnych, którzy chcieliby spróbować. Nie będą mogli spać spokojnie ani czuć się bezpiecznie, mając świadomość, że wisi nad nimi groźba wybicia do nogi, że tak powiem. – Znów zerknął na tłumaczkę, jakby nie mając pewności, czy wyrażenie, którego użył, będzie przełożone na niemiecki równie dobitnie. – Aspekt prewencyjny takiego rozwiązania jest nie do przecenienia, tak uważam, i w tym kierunku będą zmierzać nasze działania. Taak, panowie… I panie… – dodał, reflektując się w porę. – Podsumowując powoli tę część naszego spotkania: „Strela” to bardzo dobra nazwa. Doskonała! Bo ta akcja będzie jak strzała wymierzona w środek tarczy lokalnego narkobiznesu, albo raczej w jego najsłabszy punkt. Jak strzała z łuku Parysa wbijająca się w piętę Achillesową… – Uderzył pięścią w dłoń i na sali rozległo się głośne plaśnięcie. – …A wszyscy wiemy, jak to się dla Achillesa skończyło, prawda?

Stanowczo przesadził. Wielu z nas wiedziało, że facet jest oczytany, ale chyba trochę poniosła go fantazja. Na koniec przemowy brakowało tylko słów: „Tako rzekłem”. Zamiast tego komendant okrasił ją uśmiechem, tym razem odsłaniając zęby. Uśmiech ten był drapieżny i złowrogi, jakby Szewczyk stał przed tymi, których chciał wybić, a nie przed tymi, których rękami chciał to zrobić.

Schymura i jego niemieccy koledzy pokiwali głowami, ale po ich minach widać było, że nie są do końca przekonani. Co prawda oni mieli tylko jeden koniec nitki, a ten drugi, ważniejszy, wraz z kłębkiem tkwił u nas. To dlatego zapewne spojrzenie Schymury i pozostałych było wymowne: wasze małpy, wasz cyrk. Nasi za to wyglądali na bardzo zadowolonych z takiego obrotu rzeczy. Obie służby patrzyły na tę samą sprawę z kompletnie odmiennych punktów widzenia i choć łączył je jeden cel, różniły sposoby na jego osiągnięcie. Przynajmniej teoretycznie.

A praktycznie? Praktycznie, osobiście miałem inne wytłumaczenie tego pośpiechu; bardziej prozaiczne niż homeryckie. Szewczyk nie mógł czekać rok na potężny transport kokainy, bo nadciągały wybory, a prognozy nie brzmiały pomyślnie dla obecnie rządzącego obozu, z którego nadania jaśnie komendant nam panował. Taka była prawda: lepsze pięć kilo w garści niż tona na dachu. Tej tony Szewczyk po prostu mógł nie doczekać na swoim stanowisku, więc do wyborów musiał zebrać na swoim koncie jak najwięcej spektakularnych sukcesów. Pięć kilo i mały gang też jest bez wątpienia jakimś sukcesem. Polityka…

Dotrwałem jakoś do końca, walnąłem małą pożegnalną i dziękczynną mówkę, przetrwałem również uściski rąk i uśmiechy, które hojnie rozdzielali między sobą wszyscy zebrani na sali odpraw. Kiedy spotkanie się skończyło, a towarzystwo rozeszło się po komendzie, dogoniłem na korytarzu Martę wracającą do swojego pokoju. Szliśmy przez chwilę w milczeniu obok siebie. Obcasy jej butów stukały głośno o zabytkową posadzkę, kiedy energicznie przebierając smukłymi nogami, z powodzeniem próbowała dotrzymać mi kroku.

– Widzimy się dzisiaj u ciebie? – zapytałem, znów ocierając się o nią, tym razem łokciem o jej ramię.

Zerknęła na mnie, stukot obcasów nie zmienił rytmu.

– Twój nieposkromiony apetyt na kobiety mnie zadziwia – powiedziała.

Ciekawe, że użyła tego sformułowania. Gastronomicznego. Pasowało jak ulał do moich rozterek.

– Nie na kobiety, tylko na kobietę – sprostowałem. – Na ciebie, konkretnie. Na całkiem niezły posiłek w ciepłych dekoracjach pokoju – zanuciłem fałszywie.

Westchnęła.

– Wejdziesz do mnie na chwilę? – zapytałem, zwalniając.

– To polecenie służbowe?

– Nie, prośba.

– Zamierzasz zamówić przystawkę do posiłku?

– Nie. Zadowolę się głównym daniem w twoim mieszkaniu. Chciałem z tobą porozmawiać. Prywatnie.

– O! – Autentycznie się zdziwiła.

Stanęliśmy przed drzwiami sekretariatu mojego gabinetu. Otworzyłem je i wpuściłem Martę przodem.

– Proszę, pani komisarz – powiedziałem szarmancko, wyłącznie na użytek mojej sekretarki.

Pani Henryka, zwana przeze mnie Zimną Heńką. Oczywiście nazywałem ją tak wyłącznie w myślach. Na bank wiedziała, co łączy mnie i Martę, ale miałem to gdzieś. Po co więc stwarzać pozory? Otóż to. Nie znałem odpowiedzi na to pytanie, ale wiedziałem jedno: w stwarzaniu pozorów byłem niezły.

Z oficjalną, wręcz nadętą miną przeszedłem przez sekretariat i otworzyłem kolejne drzwi, od mojego gabinetu. Znów puściłem Martę przodem, ledwo pohamowując się przed uszczypnięciem jej w tyłek, odwróceniem się i pokazaniem języka Zimnej. W końcu każdy facet ma w sobie coś z dzieciaka. Spoważniałem, kiedy przypomniałem sobie, po co zaprosiłem Martę do siebie.

Usiadłem za biurkiem, rozpinając guziki kurtki mundurowej. Przełknąłem ślinę.

– Znamy się parę lat, łączy nas coś więcej niż tylko służba, praca czy przyjaźń…

– Owszem, pieprzymy się ze sobą kilka albo nawet kilkanaście razy w miesiącu.

Zamknąłem na chwilę oczy. Może faktycznie mój wstęp był trochę zbyt oficjalny jak na łączące nas stosunki. Oczywiście te pozasłużbowe.

– Zgadza się – rzuciłem pojednawczo. – Jeśli tak chcesz to ująć…

– A nie jest tak?

– Jest – przyznałem z lekkim ociąganiem. – Ale mam nadzieję, że nie tylko TO cię ze mną łączy?

Złagodniała. Podeszła do biurka i pochyliła się nade mną.

– Do czego zmierzasz, Darek? – zapytała miękko. – Jeśli chcesz mi oznajmić, że zamierzasz rozwieść się ze swoją żoną i ożenić ze mną, to wybacz… Ale nie chcę o tym słyszeć. Nie mów tego. Absolutnie. Wszystko zepsujesz. Wszystko, rozumiesz?

Oklapłem w fotelu. Musiałem zabawnie wyglądać z otwartymi ustami.

– Nie – powiedziałem z namysłem, usiłując otrząsnąć się z zaskoczenia. – Nie o to chodzi. Szczerze mówiąc, nawet mi do głowy nie przyszło coś takiego…

Spojrzała w okno ponad moją głową, a ja zacząłem się zastanawiać, czy próbuję ukryć zmieszanie z powodu tego, co powiedziała ona, czy tego, co powiedziałem ja.

– Dobrze jest tak jak teraz, Marta – powiedziałem z naciskiem na „teraz”. – Masz absolutną rację, zmiana byłaby głupotą i zdaję sobie z tego sprawę. Nie musisz się niczym martwić, naprawdę…

– W takim razie skończmy już ten temat, co? – Podeszła do okna i uchyliła je, a potem oparła się pośladkami o parapet.

– Jasne. – Błysnąłem zębami w uspokajającym uśmiechu.

Nie pytając mnie o zgodę, wyciągnęła z kieszeni na piersi paczkę tych swoich cieniutkich papierosów dla kobiet i metroseksualnych pseudomężczyzn. Podważyła wieczko paznokciem i gwałtownie jednego wysunęła. Niemal z fascynacją śledziłem wzrokiem jej kolejne ruchy, kiedy wkładała go do ust, kiedy jej wargi otaczały biały filtr swą matową czerwienią i kiedy go zapalała, patrząc na płomień spod opuszczonych rzęs. Jej policzki zapadły się, gdy zasysała z papierosa pierwszą porcję dymu. Potem spojrzała na mnie, wydęła z wdziękiem kącik ust i lekko skręcając głowę, lecz wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku, wypuściła mleczną smużkę w kierunku szpary w oknie.

– To po co mnie tu zwabiłeś? – zapytała, obejmując się w pasie jedną ręką, i opierając o nią łokieć drugiej, tej, w której trzymała papierosa.

Wyglądała seksownie jak zwykle, ale teraz nie to miałem w głowie.

– Ten wstęp o przyjaźni… – zacząłem. – Ja… Wiesz… Ja po prostu nie mam z kim o tym pogadać…

– O czym?

Nabrałem głęboko powietrza i wypuściłem je z cichym świstem. Marta przyglądała mi się jak jakiemuś zwierzęciu w terrarium.

– Wykrztusisz to wreszcie z siebie? – zapytała, marszcząc brwi.

– Wydaje mi się… Wydaje mi się, że moja córka… – Urwałem, sam nie wiem dlaczego; szukałem właściwych słów czy właśnie zdecydowałem, że jednak nie chcę o tym rozmawiać z Martą?

– To może wyjdę, a ty napiszesz mi esemesa? Będzie łatwiej.

– Przecież nie piszemy do siebie esemesów? – bąknąłem niezbyt mądrze.

To akurat była prawda. Tak było bezpieczniej. I tak spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu w pracy, umawianie się na schadzkę nie wymagało angażowania środków komunikacji elektronicznej, a na mokre fotki intymnych fragmentów swoich ciał puszczane esemesami czy mailami byliśmy zbyt dojrzali. Czy też, ujmując rzecz mniej elegancko, za to uczciwiej: za starzy.

– W takim razie napisz na kartce to, co chcesz powiedzieć, zostaw ją na biurku i wyjdź. – Skinęła podbródkiem w stronę drzwi. – Wrócisz, jak przeczytam.

– To chyba nie jest najlepsze rozwiązanie…

– No więc słucham.

– Okej. Mam wrażenie, że moja córka… Ona sypia z facetami – wyrzuciłem z siebie w końcu.

Byłem kurewsko skrępowany. Takich rzeczy nie mówi się koleżankom z pracy, kochankom też nie. Nawet najbliższemu przyjacielowi trudno coś takiego wyznać. Tylko że ja nie miałem przyjaciół. Marta, poza rodziną, była mi najbliższą osobą. Jak tak się dobrze zastanowić, to ten związek był w istocie dużo bliższy, niż mogło mi się wydawać. I niż mogłem tego chcieć… Uświadomiłem sobie, że ta chwila, której nadejścia się obawiałem, chwila przesytu, wcale nie musi być tak blisko, jak sądziłem.

– No i!? – zapytała Marta z dziwnym wyrazem twarzy.

Nie wiedziałem dokładnie jakim: zmieszanym, zniesmaczonym czy rozbawionym. Zwykle miała twarz pokerzysty; jedyną częścią jej ciała, która brała aktywny udział w wyrażaniu jakichkolwiek emocji, były brwi. Zaskoczyłem ją tym wyznaniem. Siebie zresztą też.

– Rozumiem, że masz z tym problem – rzuciła po chwili.

Prychnąłem i pokręciłem głową.

– Nie, skąd. W sumie nie mam się czym przejmować – odparłem sarkastycznie. – To przecież nic takiego. Nic nienormalnego, prawda? Wszystkie szesnastolatki bzykają się z facetami… Niektóre nawet traktują bzykanie jak dyscyplinę sportową. Albo zabawę. Wiesz; słoneczko, butelka i te sprawy…

Marta milczała przez chwilę.

– Skąd te podejrzenia?

Skrzywiłem się. Słuszne pytanie. Rzeczowe i jak najbardziej na miejscu. Cała Marta. Kiedy wreszcie mnie stąd wypieprzą, zajmie moje miejsce, a potem poszybuje jeszcze wyżej; tam gdzie mnie nie stanie talentu i siły przebicia. Oraz inteligencji. Taka była prawda i w sumie dobrze, że to wiedziałem. Życzyłem jej tego. Zasługiwała na to, na pewno bardziej niż ja. Tego też byłem świadom.

Westchnąłem ciężko.

– Przedwczoraj znalazłem na jej łóżku dziwną plamę. Zaschniętą. Wiesz, co mam na myśli?

– Nie wiem – powiedziała to spokojnie, jakby naprawdę nie wiedziała, co mam na myśli.

– Wiesz. – Nie miałem ochoty na głupie droczenie się.

– Nie, nie wiem. Powiedz mi.

– O co ci chodzi, Marta? Po co to robisz? – Zacząłem żałować, że w ogóle poruszyłem ten temat.

– Bo nie rozumiem, czemu unikasz powiedzenia mi wprost, że znalazłeś na łóżku córki plamę zaschniętej spermy. Jakby to słowo kłuło cię w język, mimo że takie same plamy zostawiasz regularnie na pościeli w moim łóżku. – Wzruszyła ramionami. – A chciałeś ze mną porozmawiać szczerze, sam tak przed chwilą twierdziłeś. Więc rozmawiajmy szczerze. Bez niedopowiedzeń i językowej ekwilibrystyki. W końcu, do cholery, jesteśmy kochankami. Robimy razem najintymniejsze rzeczy, jakie może robić człowiek z innym człowiekiem. Weź się w garść, Darek.

Jej spojrzenie było poważne. Nie kpiła sobie ze mnie. Po prostu taka była. Marta była bez niedopowiedzeń.

– Dobrze – sapnąłem, kapitulując. – Znalazłem na łóżku Agnieszki plamę zaschniętej… Zaschniętego nasienia.

– Jesteś pewien? Może to była flegma?

Znów ta jej rzeczowość. Czasem mnie dobijała, a czasem zazdrościłem jej Marcie jak cholera.

– To nie była flegma. Nie pytaj mnie tylko, czy robiłem badanie laboratoryjne. Nie robiłem. To było nasienie. Wyobraź sobie, że wiem, jak wygląda zaschnięte nasienie. Zaschnięta sperma, jak wolisz…

– Co ona na to?

– Kto?

– Agnieszka.

– Nie, no… Nie było jej wtedy w domu.

– Szperasz w pokoju córki podczas jej nieobecności? – zdziwiła się Marta.

– Nie szperam. – Podniosłem głos. – Chciałem pożyczyć laptopa, bo zostawiłem swojego w pracy, a musiałem coś pilnie skończyć. A Agnieszki nie było w domu, bo znów poszła gdzieś na imprezę do koleżanki, w dodatku nie odbierała telefonu.

– Rozumiem, że zauważyłeś tę plamę, kiedy brałeś laptopa? – zapytała kpiącym tonem, a kiedy nie odpowiedziałem, dodała: – Zawartość twardego dysku też przejrzałeś?

– Nie. – Spojrzałem na blat swojego biurka i machinalnie starłem z niego jakiś paproch. – Nie znam się na tym.

– Fakt.

Wszyscy wiedzieli, że mnie i komputerom jest ze sobą nie po drodze.

– Po prostu usiadłem na łóżku z tym laptopem i kątem oka zauważyłem tę pieprzoną plamę. I już.

– Okej. – Marta uśmiechnęła się lekko, leciutko. – Twoja żona wie?

– A skąd mam, do cholery, wiedzieć?

– Nie rozmawiałeś z nią o tym?

– Nie. Nie było okazji.

– Nie było okazji? – Zdziwiła się. – Nie mogłeś od razu z nią porozmawiać? Myślałam, że zwykle o takich rzeczach dotyczących własnego dziecka rozmawia się najpierw z jego matką?

Naprawdę zacząłem żałować, że poruszyłem temat. Choć oczywiście Marta miała rację. I ten fakt też o czymś świadczył.

– Spała, a nie chciałem jej budzić, bo miała migrenę, a wczoraj…

– A wczoraj?

– Nie było mnie w domu.

– Racja. Byłeś we mnie…

Nie miałem siły się roześmiać.

– I co teraz zamierzasz? – spytała, otwierając szerzej okno i strzepując popiół na zewnętrzny parapet.

Wstałem, z szuflady biurka wyciągnąłem puste metalowe pudełko po rabarbarowych landrynkach z Lidla, które pełniło nieoficjalnie funkcję popielniczki, i zaniosłem je Marcie.

– Jeszcze nie wiem… Wciąż nie mogę wyjść z szoku. – Spojrzałem na nią i wybuchnąłem niespodziewanie, zaskakując tym nawet siebie: – Moja nieletnia córka pieprzy się z facetami, rozumiesz!? Pozwala sobie wsadzać…

– Co cię to obchodzi? – przerwała mi.

– C-c-co? – Zamrugałem.

– Pytam, co cię to obchodzi. Jest prawie dorosła, to jej życie! Po co w to wnikasz?

– To moja córka, do kurwy nędzy! – Prawie to wywrzeszczałem.

Tylko prawie, ponieważ wściekłość zaciskała mi szczęki tak mocno, że nie miałem siły otworzyć ich szerzej. Miałem nadzieję, że drzwi gabinetu były wystarczająco szczelne, by nic z tego, co mówię, nie dotarło do uszu Zimnej.

Marta powoli pokręciła głową.

– Darek, co ci do tego? – powtórzyła. – Będziesz za nią żyć? Założysz jej pas cnoty? Wyślesz ją do klasztoru?

Patrzyłem na nią nieprzytomnym wzrokiem.

– Naprawdę nic nie rozumiesz?

– Rozumiem, że to może być dla ciebie szok. To akurat rozumiem. Ale nie rozumiem, czemu to od razu ma być tragedią. Bo zachowujesz się tak, jakby właśnie spotkała cię osobista tragedia.

– Dobrze. – Machnąłem ręką. – Zostawmy to na razie.

– Poczekaj, zacznijmy od początku – powiedziała cicho i łagodnie. – To naprawdę może być przypadek. Czysty przypadek. Może to nie jest ślad spermy? Może to jakaś substancja, ja wiem, zabawka dla dzieci?

– Co? – wyjąkałem, nie wierząc własnym uszom.

– Nawet nie wiesz, czym bawią się teraz dzieciaki. Piasek kinetyczny, plastelina, która zachowuje się jak ciecz newtonowska, sztuczne smarki i gluty…

– Marta, ona ma szesnaście lat – powiedziałem zrezygnowanym tonem. – Szesnaście, a nie dziesięć…

– Właśnie. W tym okresie życia robi się głupoty i potem człowiek sam nie może uwierzyć, że coś takiego zrobił… Zapomniałeś już, jak byłeś młody? A może nigdy nie byłeś młody, co? Wyciągasz wnioski na podstawie bardzo wątpliwych poszlak. – Marta przekrzywiła po swojemu głowę i dodała: – Panie inspektorze.

– Nigdy nie rozmawiałem z Agnieszką o tych sprawach – powiedziałem cicho ze wzrokiem wbitym w wykładzinę dywanową. – Teraz mam wrażenie, że trochę rzeczy ostatnio mi umknęło. A może nawet nie ostatnio? I powiem ci, że nie pocieszyłaś mnie tym piaskiem i sztucznymi glutami. Ta plama na łóżku to nie były sztuczne gile ani tym bardziej piasek. – Podniosłem głowę i spojrzałem Marcie w oczy. – Co ja teraz mam myśleć, Marta? No, powiedz: co?

– Nie myśl, tylko zapytaj ją o to. – Wzruszyła ramionami.

– Boję się.

– Czego się boisz? Zapytać czy prawdy?

Odwróciłem głowę.

– Nie mamy ze sobą ostatnio za dobrych relacji. Ona ma swoje życie…

– A ty masz swoje…

Spojrzałem na nią ostrzej.

– Owszem. To chyba normalne?

– Przecież nic nie mówię. – Zgasiła papierosa w pseudopopielniczce. – Nie wtrącam się w sprawy twojej rodziny, nie mam takiego prawa ani nie uzurpuję go sobie. To ty chciałeś ze mną o tym porozmawiać, prawda?

– Prawda. – Wyjąłem jej blaszane pudełko z dłoni. – Dobrze, masz rację, odłóżmy to. Pogadam z Agnieszką przy najbliższej okazji, może faktycznie to wszystko zbieg okoliczności, a ja za bardzo się pośpieszyłem. Przepraszam cię…

– Nie ma za co – powiedziała zdziwiona i dodała tonem, w którym znów była ta łagodność: – Jestem zawsze do twojej dyspozycji.

– Czyli obiad po pracy u ciebie nadal aktualny?

– Nie mam gotowego obiadu. I niewiele więcej mam w lodówce, szczerze mówiąc.

– Nie o tym mówię, to była metafora. Nie chce mi się jeść. Jestem tylko głodny. Głodny ciebie.

– Zwierzę – powiedziała, zniżając głos i obrzucając mnie powłóczystym spojrzeniem szarych oczu.

Porozumiewawczo poruszałem brwiami w geście tandetnego podrywu rodem z wiejskiej dyskoteki i rzuciłem:

– Głodne zwierzę…

Parsknęła śmiechem, ale po chwili spoważniała.

– Dziwny jesteś. Wszyscy jesteście dziwni, wiesz?

– Co masz teraz na myśli?

– Mówię o tym, co zostawiasz na mojej pościeli, a w zasadzie o tym, że określenie tego czegoś słowem najnormalniejszym w świecie sprawia ci kłopot. Że to słowo nie może ci przejść przez gardło. To mnie właśnie dziwi.

Też spoważniałem.

– Chciałbym zwrócić twoją uwagę na pewien fakt. Dość istotny. Moja córka jest nieletnia. Skurwiel, który wpycha jej do środka swoją brudną, sprośną pytę, popełnia przestępstwo.

– Ja też chciałam zwrócić twoją uwagę na pewien istotny fakt. W tym kraju, w świetle obowiązującego prawa, przestępstwem jest obcowanie płciowe lub doprowadzenie do poddania się innej czynności seksualnej osoby poniżej piętnastego roku życia. Piętnastego, Darek, a nie szesnastego. Przecież dobrze o tym wiesz. Twoja córka nie może stanowić tu wyjątku tylko dlatego, że jest twoją córką. Chcesz czy nie chcesz, jest już w wieku zgody. Co oznacza, że może dysponować również swoim ciałem, jak chce. I nie zmienisz tego, bo takie jest życie. Małe dziewczynki, słodkie córeczki swoich tatusiów, stają się w końcu kobietami i odchodzą do innych mężczyzn, którzy robią im rzeczy, jakich nie robił i nigdy nie powinien im robić tatuś. – Pogładziła się po piersi i biodrze z wyzywającą miną i rzuciła: – Do zobaczenia po południu, ogierze…

Kiedy wychodziła z gabinetu, przez uchylone drzwi zdążyłem zobaczyć wzrok Zimnej. Twardy i bezlitosny. Dotarło do mnie, że Zimna mną gardzi. Stara panna, dla której każdy facet to świnia. Tylko troska o pracę powstrzymywała ją przed wygarnięciem mi, co o mnie myśli, byłem tego pewny. Nie przejąłem się. Ani jej wzrokiem, ani tym, co o mnie myślała. Nie szkodzi, że jestem dla niej świnią. Musiałaby mi zrobić coś znacznie gorszego, żebym ją wypieprzył z roboty. Była chodzącym organizerem z niesamowitą pamięcią i tylko dzięki niej, i Marcie również, chaos mojego życia nie rozprzestrzenił się jeszcze na moją pracę zawodową. Bilans zysków i strat wychodził na plus dla Zimnej Heńki, taka była prawda.

Kiedy drzwi zamknęły się za Martą, otworzyłem okno na oścież, wróciłem do biurka, rozsiadłem się wygodnie w fotelu, założyłem ręce za głowę i zacząłem gapić się przed siebie. Może Marta miała rację? Może faktycznie wyskoczyłem z tym wszystkim za szybko? Wiedziałem tylko jedno. Nie byłem gotowy na to, że moja córka zmienia się w kobietę. To działo się zbyt szybko i zbyt gwałtownie jak na mój gust.

* * *

– Znowu coś cię zatrzymało? Nie przesadzasz trochę? – zapytała moja żona, kiedy wróciłem do domu tuż przed dwudziestą.

Słysząc to, zrobiłem w myślach szybki przegląd sytuacji. Wziąłem u Marty prysznic, więc Jola nie powinna wyczuć jej perfum ani zapachu seksu. U Marty w łazience miałem taki sam żel do mycia, jakiego używałem w domu. Nic nie jadłem, zatem z podejrzanym brakiem apetytu też nie będzie problemu. Byłem czysty. Tylko fizycznie, ale czysty. Pozornie czysty.

Byłem jednym wielkim pozorem.

Dałem Joli całusa w pachnący kremem nawilżającym policzek, który nadstawiła z chłodną miną. Zdążyła się już wykąpać.

– Wiesz, jak jest – mruknąłem.

– Wiem. Zdążyłam się zorientować, i to już dość dawno temu.

Nie zareagowałem na jawną zaczepkę. Jola odwróciła się i zaczęła kroić chleb. Lekko wilgotne włosy miała spięte na czubku głowy, co wyeksponowało jej smukłą i zgrabną szyję. Kusy szlafrok frotté w kolorze cytryny odsłaniał zgrabne łydki i opinał nieco zbyt mocno zaokrąglone pośladki. Hmm, tak samo zaokrąglone jak mój brzuch. Starzeliśmy się, oboje…

– Gdzie Aga? – zapytałem.

– Wyszła na imprezę.

– Znowu? Dokąd tym razem?

– Mówiła, że do koleżanki.

– Której?

– Co za różnica?

– Zasadnicza. Nie interesuje cię, dokąd idzie twoja córka?

Odwróciła się, odłożyła nóż i spojrzała na mnie ze zdumieniem.

– Darek, o co ci chodzi? Jest prawie dorosła.

– „Prawie” robi w tym przypadku sporą różnicę, nie sądzisz?

– Nagle zainteresowałeś się, dokąd chodzi nasza córka?

– Skoro nie interesuje się tym nikt inny w tym domu…

– Nie przesadzasz?

– Nie. Nie przesadzam. I co miało znaczyć to „nagle”?

Dążyłem do konfliktu. Prowokowałem go i byłem tego świadomy.

– Nie wiesz, co to miało znaczyć? – zapytała Jola, mrużąc oczy. – Chcesz mi powiedzieć, że zwykle interesujesz się domem? Nami? Że tylko ostatnio trochę się nie interesowałeś, ale tylko przez chwilę? Nie będąc świadomy, że to „ostatnio”, ta „chwila” trwa już jakieś dziesięć lat? Dobre dziesięć lat?

Prowokacja to broń obosieczna. Zapomniałem o tym.

– Znowu zaczynasz dyskusję? – Dałem z siebie wszystko, żeby ton mojego głosu nie był już tak napastliwy. – Wiesz, że muszę długo pracować, rozmawialiśmy o tym, kiedy szykowali mi awans, i rozmawialiśmy o tym, kiedy już dostałem tego kopa w górę, prawda? Teraz mi to wyrzucasz? Przykro mi, nie każdy kończy pracę o piętnastej trzydzieści, zamyka drzwi i idzie zadowolony do domu…

Jola pracowała w urzędzie miejskim, była kierowniczką w jednym z referatów.

– Racja, panie niezastąpiony – rzuciła z goryczą w głosie. – Bez ciebie świat się zawali…

– Teraz ty przesadzasz.

– Może i przesadzam. – Przez chwilę miała minę, jakby zastanawiała się nad czymś. – Bo faktycznie nie wali się świat, tylko twój dom. I zauważ to wreszcie, zanim będzie za późno. Jeśli już nie jest.

– Co masz na myśli?

– Naprawdę jesteś tak ślepy? Czy ci już w ogóle nie zależy? Na mnie, na Agnieszce? Na nas? Żyjesz osobno. Masz swoje problemy i nie interesują cię nasze; moje i Agi.

Moja żona miała zwyczaj toczenia dyskusji za pomocą pytań. W większości były retoryczne, zarzucała mnie nimi, nie czekając nawet, aż odpowiem na te, na które dało się odpowiedzieć.

– Jola, jestem zmęczony… – Pomasowałem czoło. – To nie czas na takie dyskusje. Porozmawiamy w weekend, dobrze?

– Niedobrze, Darek. Bardzo niedobrze. Bo takich rozmów w weekend miało już być dziesiątki i zawsze coś stawało na przeszkodzie. Przeważnie twoja praca. Teraz będzie tak samo… Jak zwykle…

Odwróciła się ode mnie i zaczęła smarować masłem kromkę chleba. Robiła to nerwowo, szybkimi i zamaszystymi ruchami. Boczne powierzchnie ostrza noża migotały refleksami odbitego w nich światła lampek umieszczonych pod górnymi szafkami.

– Nie będzie jak zwykle… – odparłem z przekonaniem, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w te błyski.

– Będzie – rzuciła przez ramię Jola.

Miała rację. Było jak zwykle.

* * *

Kilka tygodni później tkwiłem po uszy w robocie. To nie znaczy, że nie myślałem o tym, o czym powiedziała mi Jola. Bo myślałem, naprawdę nad tym myślałem, i to sporo. Ale od tamtej pory nie mieliśmy okazji wrócić do tematu. Tak się jakoś złożyło. Zdarza się.

Plan operacji „Strela” krystalizował się powoli, w miarę jak spływały nowe informacje od Niemców. Nasz Wydział Kryminalny aktywizował ludzi w terenie, stąd wiadomo było, że wizyty chłopaków od „Ziętego” stawały się coraz częstsze. Ostatnio kursowali między Poznaniem a Szczecinem z regularnością, którą mogliby zawstydzić PKP. Ograniczyłem spotkania z Martą. Nie przestaliśmy się spotykać, nie było mnie na to stać, ale zacząłem częściej i wcześniej bywać w domu. Udało nam się nawet raz wyjść z Jolą na kolację, a potem wylądowaliśmy w łóżku i robiliśmy rzeczy, których nie robiliśmy od lat. Obiad w domu. Zdążyłem już zapomnieć, jak smakuje, a tym razem był pyszny, był jak egzotyczna kuchnia pełna zapomnianych, choć przecież sprawdzonych smaków.

Tylko z Agnieszką wciąż nie udało mi się porozmawiać.

Tego dnia wyszedłem z pracy trochę wcześniej niż zwykle. Nie chciałem, żeby Jola była przy rozmowie, którą zamierzałem w końcu przeprowadzić z córką. Miała dziś do siedemnastej dyżur w magistracie, więc postanowiłem wykorzystać sytuację i pogadać z Agnieszką jak ojciec z córką. Sam na sam. Wiedziałem, że kończy zajęcia w szkole o piętnastej, a nie mówiła, że zamierza potem dokądś pójść. Mimo że faktycznie powoli stawała się dorosła, licealne układy obowiązywały, bo w końcu była licealistką. Była również dziewczyną z tak zwanego dobrego domu: skoro mieszkała z nami, miała meldować o tym, gdzie wychodzi, kiedy i z kim. A przede wszystkim, kiedy zamierza wrócić. Choć ostatnio poczynała sobie nieco swobodniej. I nie podobało mi się to.

Wszedłem zamyślony do mieszkania, wciąż zastanawiając się, jak zacząć tę rozmowę i jak ją prowadzić. I słabo mi szło to zastanawianie się, musiałem to przyznać sam przed sobą. Relacje z moją córką nie były już takie same jak kiedyś, zresztą Agnieszka nie była już dzieckiem, a etap jej życia, i mojego zresztą też, w którym przestała nim być, umknął mi jakoś niepostrzeżenie. Przekręcając zamek w drzwiach, wiedziałem już, że pójdę na żywioł. Pozwolę, żeby rozmowa toczyła się sama. Kto wie, może nawet nie będzie żadnej rozmowy, bo kiedy zadam jej wreszcie pytanie, które tłukło mi się po głowie od kilku tygodni, Agnieszka spłonie rumieńcem, potem spojrzy na mnie szeroko otwartymi oczami i wybuchnie śmiechem, a ja jej zawtóruję? Tak naprawdę nie wierzyłem, że moja córka może mi zrobić coś takiego.

Nie wierzyłem, chociaż sam straciłem dziewictwo w wieku piętnastu lat. Ale ja jestem facetem, a to zasadnicza różnica.

Zdjąłem kurtkę i buty. Z lekkim zdziwieniem usłyszałem muzykę cicho sączącą się zza zamkniętych drzwi pokoju Agnieszki. Zerknąłem na zegarek, kwadrans po trzeciej, jeszcze nie powinno być jej w domu. Podwijając rękawy koszuli, przeszedłem w samych skarpetkach przez przedpokój, niemal z rozpędu nacisnąłem klamkę i wszedłem do pokoju córki. To, co zobaczyłem, sprawiło, że najzwyczajniej w świecie mnie zamurowało. Na amen. Żona Lota była przy mnie trzęsącą się galaretą.

Widok był dla mnie zbyt abstrakcyjny, bym w pierwszej chwili przyjął go do wiadomości. Poczułem, że ważę tonę, a mój żołądek zwija się w ciasny, zimny węzeł i podchodzi do gardła. Nie byłem w stanie wydusić z siebie ani jednego pieprzonego słowa.

Moja córka była w łóżku z jakimś facetem. Leżeli naprzeciw siebie, na boku i całowali się. Oboje mieli rozpięte spodnie, jego sprzęt był na wierzchu, a zaciśnięta na nim dłoń mojej córki poruszała się rytmicznie w górę i w dół. Jego łapsko wepchnięte było w jej krocze i też poruszało się w górę i w dół. W trójkątnym klinie rozpięcia spodni widziałem jej majtki, czerwone jak wino, albo jak krew, wypchane jego obleśnymi paluchami. Nie zauważyli mnie jeszcze, tak byli zajęci sobą.

– Córeczko… – wykrztusiłem wreszcie, czując, jak paraliż powoli ustępuje.

Odskoczyli od siebie, zakrywając się niezdarnie. Agnieszka patrzyła na mnie z przerażeniem w oczach.

– Wyjdź – rozkazała mi zachrypniętym głosem, a ja to zrobiłem.

Wyszedłem, zamykając za sobą drzwi. Stałem pod nimi, oddychałem spazmatycznie jak po przebiegnięciu półmaratonu i próbowałem się jakoś ogarnąć.

– Niech on stąd wyjdzie! – zawołałem przez drzwi, nie poznając swojego głosu. – Słyszysz? Niech on natychmiast wyjdzie z mojego domu!

Stałem i czekałem, starając się uspokoić oddech i sprawić, żeby żołądek wrócił na swoje miejsce. Kilkadziesiąt sekund później otworzyły się drzwi. Śniady chłopak wyszedł z pokoju i minął mnie bez słowa, nie patrząc mi w oczy. Ja za to mu się przyjrzałem. Pizdowaty laluś z żelem na włosach, wyglądających, jakby swoim soczystym jęzorem polizała je krowa. Pewnie spędzał godzinę dziennie, depilując starannie każdy niepotrzebny włosek. Patrzyłem, jak wkłada buty i wychodzi z mieszkania. W drzwiach obejrzał się jeszcze i rzucił cicho, patrząc na mnie spode łba:

– Puka się.

– Żebym ja cię zaraz nie puknął, kutasie – warknąłem zduszonym z wściekłości głosem.

Kiedy zniknął na schodach, podszedłem do drzwi wyjściowych i przekręciłem zamek. Odczekałem chwilę, oddychając mocno przez nos, i odwróciłem się. Agnieszka, już ubrana, stała w przedpokoju.

Patrzyłem na swoją córkę. Była piękna. Ciemne oczy i śniadą skórę odziedziczyła po mnie, po Joli dostała burzę jasnych włosów, które teraz niezgrabnie odgarniała z twarzy, nie patrząc mi w oczy. To połączenie: ciemnych oczu i brwi z jasnymi włosami sprawiało, że jej uroda była egzotyczna i niezwykła. Nos, prosty i wąski, też miała po mnie, jej twarz była tą niewytłumaczalną kompilacją cech moich i Joli. Patrząc na nią, raz rzucało się w oczy podobieństwo do mnie, a innym razem do matki. Agnieszka była wysoka, zgrabna, miała duży biust, ładnie zaokrąglone, nie za szerokie biodra i długie nogi. Smukła szyja dźwigała proporcjonalną do reszty ciała głowę, włosy spadały na odrobinę zbyt szerokie ramiona, ale tak to jest, jak się dużo pływa. Poza tym drobnym, niemal niezauważalnym felerem, który mógł nim być wyłącznie dla mnie, całe jej ciało miało niemal idealne proporcje. Była piękną kobietą. Chryste, jak mogłem to przegapić? Jak mogłem nie zauważyć, że brzydkie kaczątko zmieniło się w łabędzia, jakim, do kurwy nędzy, cudem mogłem nie widzieć, jak z mojego dziecka wyrasta kobieta? I to jaka kobieta. Przecież to nie stało się w jednej chwili, nie trwało dzień, tydzień, miesiąc czy rok…

Uświadomiłem sobie nagle jedną rzecz. Mimo że przegapiłem coś ważnego, wciąż była we mnie jakaś nadzieja, że Agnieszka na zawsze zostanie moją małą córeczką. Bezpiecznie schowaną w naszym mieszkaniu, co jakiś czas tylko wypuszczaną na spotkania z koleżankami. Wyłącznie z koleżankami. Teraz ta nadzieja zamieniała się w popiół.

– Co to było? – zapytałem niezbyt mądrze.

Kiedy jest się w takim stanie jak ja w tym momencie, niełatwo ubrać myśli w słowa, które mogłyby w pełni je odzwierciedlić. Drewniany kołek jest bardziej elokwentny, niż ja byłem w tej chwili.

Agnieszka wzruszyła ramionami.

– A jak myślisz? – zapytała.

– Nie prowokuj mnie – ostrzegłem ją.

– To był mój chłopak.

Nabrałem głęboko powietrza w płuca i niemalże upadłem.

– Porozmawiamy później. Nie chcę go tu więcej widzieć.

– Mogę wiedzieć dlaczego?

– Ty mnie pytasz dlaczego!?

– Tak. Proszę cię o podanie racjonalnego powodu.

Prawie się roześmiałem. Nie, ja naprawdę się roześmiałem! Baranim śmiechem, jakim rży się z głupiego, surrealistycznego dowcipu.

– Bo nie będę tolerował pedofilii pod swoim dachem! – ryknąłem. – Właśnie dlatego! Czy to jest dla ciebie wystarczająco racjonalny powód!?

– Nie. Moim zdaniem, nie – odpowiedziała spokojnie, znów wzruszając ramionami. – Mylisz pojęcia, tato. Nie jestem dzieckiem, jakbyś nie zauważył.

Zagryzłem wargi.

– Dobrze, w takim razie dam ci inny powód. Oto on: dopóki mieszkasz w moim domu, masz się stosować do moich zasad!

– Twoim domu? – Roześmiała mi się w twarz. – Bo tak jest napisane w akcie własności? Żeby ten dom był twój, musiałbyś w nim częściej bywać!

Nie zastanawiając się, co robię, zdzieliłem ją otwartą dłonią na odlew i znów ryknąłem:

– Jak śmiesz, ty…

To nie był mocny cios, ledwie musnąłem jej twarz, ale głowa odskoczyła w bok, a na policzku wykwitła czerwona plama. Agnieszka stała na szeroko rozstawionych nogach i patrzyła na mnie. Tyle nienawiści i pogardy dla mnie nie było nawet w oczach Zimnej. Moja córka. Mój wróg. Przyłożyła dłoń do policzka, a oczy zaczęły jej błyszczeć, sam nie wiem od łez czy z gniewu.

– Powiedz to – wysyczała. – No, powiedz! Dokończ. Co chciałeś powiedzieć? Puszczalska szmato? Dziwko? Coś jeszcze gorszego?

Uświadomiłem sobie nagle, że moje oczy wyglądają tak samo jak jej. Temperament miała z pewnością po mnie, nie po Joli. Silne geny. Ja byłem jak mój ojciec, ona była jak jej ojciec, a wszyscy troje byliśmy tacy sami: tak samo w gorącej wodzie kąpani, tak samo wybuchowi i tak samo umieliśmy walczyć o swoje.

Staliśmy naprzeciw siebie: ojciec i córka, krew z krwi, i byliśmy o krok od rzucenia się jedno na drugie. Oddychaliśmy szybko i chrapliwie, pochyleni lekko ku sobie, jak gotowe do walki koguty albo psy. Nagle wyprostowałem się. Moment otrzeźwienia nadszedł w samą porę, bo nie wiem, co bym za chwilę zrobił. Zamiast tego włożyłem z powrotem buty, z wieszaka zdjąłem kurtkę i wściekły na córkę i samego siebie wyszedłem z mieszkania, nie zamykając drzwi na klucz, a jedynie trzaskając nimi z całej siły. W dupie miałem, co pomyślą sobie sąsiedzi. Minąłem jednego z nich na schodach, nawet nie wiem którego. W uszach miałem tylko jego „dzień dobry, panie Darku”, a w głowie tętent krwi. Wypadłem na zewnątrz i zaczerpnąłem głęboko chłodnego, rześkiego powietrza. Ruszyłem przed siebie, bez konkretnego celu, po prostu musiałem iść. Zrobić coś z sobą, zająć myśli ruchem, kurwa, nie wiem, czymkolwiek. Na szczęście w kurtce miałem papierosy. Wyjąłem jednego z paczki trzęsącymi się rękami i kiedy wkładałem go w usta, reszta wysypała się z paczki na ziemię, prosto pod moje nogi. Wściekły, schyliłem się, żeby je pozbierać i wypuściłem z rąk zapalniczkę, a pierwszy papieros, ten już przyklejony do wargi, odkleił się od niej i dołączył do pozostałych na chodniku. Tego było za wiele. Przekroczyłem granicę. O jednego pieprzonego szluga za daleko.

– Kurwa twoja jebana, pierdolona mać!!! – wrzeszczałem, w szale miażdżąc obcasami papierosy i zapalniczkę.

– Wszystko w porządku? – Czyjś głos, który usłyszałem przez swój wrzask, był nieco podejrzliwy, pobrzmiewała w nim też troska, ale tak się składało, że niektóre funkcje mojego mózgu odpowiadające za rozpoznawanie uczuć były akurat wyłączone. Te odpowiadające za samokontrolę również.

– Nie, kurwa! – ryknąłem w kierunku człowieka, zamiast niego widząc tylko czerwoną, rozmazaną plamę. – Nic nie jest w porządku!!!

Uspokoiłem się równie nagle, jak wybuchnąłem. Czerwona plama przed moimi oczami przybrała w końcu ludzki kształt, który po chwili wypełnił się szczegółami: jasną kurtką, czapką cyklistówką, twarzą, okularami i spojrzeniem, w którym tak jak przed chwilą w głosie mieszały się troska i obawa. Dopiero po chwili zobaczyłem psa, połączonego z panem czerwoną smyczą. Beagle właśnie sprawdzał, czy resztki bibuły i tytoniu wtarte w betonową kostkę obcasami moich butów warte są zainteresowania.

– Ma pan może papierosa? – wychrypiałem do jego właściciela.

Facet pokiwał głową z lekką ulgą. Moja ulga, kiedy wyciągał paczkę z kieszeni kurtki, była jeszcze większa. Pies zżerał filtr jednej z ocalałych fajek, ale jego pan nie zwrócił na to uwagi.

– Jeszcze o ogień poproszę. – Wskazałem wzrokiem smętne resztki plastikowej zapalniczki rozrzucone pod naszymi nogami.

Facet