Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 523 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niepamięć - David Foster Wallace

Zbiór opowiadań kultowego amerykańskiego pisarza, który w Polsce również zyskał rzesze wiernych czytelników. Intelektualna i emocjonalna jazda bez trzymanki.

Wallace bierze na celownik jednostki, każąc im docierać do najgłębszych pokładów samoświadomości. Dziennikarz poczytnego magazynu, specjalista od reklamy, samobójca wdrapujący się na szczyt budynku, nauczyciel przeżywający na lekcji załamanie nerwowe i jego dziesięcioletni uczeń mający trudności z koncentracją – czy będąc świadkami ich dramatów, jesteśmy w stanie zrozumieć motywacje ich postępowania? Wallace z właściwą sobie chirurgiczną precyzją rozkłada na czynniki pierwsze psychikę bohaterów uwikłanych w absurdy konsumpcyjnego świata. Książka została uznana przez „New York Timesa” za jeden z najbardziej znaczących tytułów 2004 roku.

Zwróćcie uwagę na tego autora – jak nikt pisze o hipokryzji i nędzy współczesnej egzystencji, nie oszczędzając nikogo. – „Chicago Sun-Times”

Błyskotliwość prozy Wallace’a zasadza się na umiejętnym opisie bohaterów, który jest istnym tyglem przypadłości i neuroz, a budzi w czytelniku troskę o los postaci – „Chicago Tribune”

David Foster Wallace (1962-2008) – pisarz amerykański zaliczany do grona najwybitniejszych postmodernistów schyłku XX wieku. Autor doskonale przyjętych powieści Infinite Jest oraz The Broom of the System, a także zbiorów opowiadań Niepamięć, Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi oraz Girl With Curious Hair. Poza beletrystyką zajmował się eseistyką.
Studiował filologię angielską i filozofię. Otrzymał MacArthur Fellowship i wiele innych nagród. Największą sławę przyniosła mu licząca ponad tysiąc stron powieść Infinite Jest (1996), którą magazyn „Time” w 2005 roku uznał za jedną ze stu najlepszych anglojęzycznych powieści od czasów założenia pisma w 1923 r. „Los Angeles Times” nazwał Wallace’a w 2008 roku jednym z najbardziej wpływowych i innowacyjnych pisarzy minionych dwudziestu lat. David Foster Wallace, który przez wiele lat zmagał się z depresją, zmarł śmiercią samobójczą 12 września 2008 roku. W 2015 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazała się po polsku pierwsza jego książka, Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi. Kolejną był zbiór esejów Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię (W.A.B., 2016).

Opinie o ebooku Niepamięć - David Foster Wallace

Fragment ebooka Niepamięć - David Foster Wallace

David Foster Wallace

NIEPAMIĘĆ. OPOWIADANIA

przełożyła Jolanta Kozak

Tytuł oryginału: Oblivion. Stories

Copyright © 2004 by David Foster Wallace

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Jolanta Kozak, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Dla Karen Carlson i Karen Green

Mister Squishy

Wtedy Grupa Fokusowa zebrała się ponownie w innej sali konferencyjnej na osiemnastym piętrze biurowca Reesemeyer Shannon Belt Advertising. Każdy z członków złożył swój Profil Indywidualnych Odpowiedzi u moderatora, który każdemu kolejno podziękował. Długi stół konferencyjny otoczony był obrotowymi, obitymi skórą fotelami dyrektorskimi; miejsca nie zostały przydzielone. Butelki z wodą mineralną i kofeinowe napoje były ogólnie dostępne. Zewnętrzną ścianę sali konferencyjnej stanowiła gruba barwiona szyba, dająca panoramiczny widok na północny wschód i stwarzająca przyjazną atmosferę mniej lub bardziej naturalnie oświetlonego przestronnego wnętrza, co było mile widziane po mdłym jarzeniowym zamknięciu kabin testowych. Kilku członków Ukierunkowanej Grupy Fokusowej bezwiednie rozluźniło krawaty, zagłębiając się w wygodnych fotelach.

Próbki produktu rozłożono na tacy pośrodku stołu konferencyjnego.

Moderator, podobnie jak tamten, który prowadził dużą grupę piszącą Test Produktu i Odpowiedź Wstępną, co odbyło się rano, zanim Grupy Fokusowe rozdzielono do indywidualnych dźwiękoszczelnych kabinek, gdzie każdy miał wypełnić Profil Odpowiedzi Indywidualnych, posiadał dyplom ze Statystyki Opisowej i Psychologii Behawioralnej i zatrudniony był przez Drużynę Delta-y, przebojową firmę researcherską, z której usług od paru lat korzystał niemal wyłącznie Reesemeyer Shannon Belt Adv. Moderator Grupy Fokusowej był tęgi, bladopiegowaty, miał archaiczną fryzurę i serdeczny, acz niepozbawiony nerwowości, nonszalancki sposób bycia. Na ścianie przy drzwiach za jego plecami wisiała biała tablica poglądowa z aluminiową rynienką, w której leżało kilka markerów typu Dry Erase.

Moderator bawił się od niechcenia krawędzią pliku formularzy PIO wpiętych w skoroszyt, czekając, aż wszyscy mężczyźni usadowią się wygodnie. Następnie powiedział: „No dobrze, więc jeszcze raz dziękuję za wzięcie w tym udziału, bo jak z pewnością poinformował panów rano pan Mounce, jest to zawsze ważny składnik decyzji, który z nowych produktów wypuścić na rynek, a którego nie”. Moderator z gracją i wprawą wędrował wzrokiem wzdłuż stołu, aby mieć pewność, że przemawia do wszystkich, i umiejętność ta pozostawała w niejakiej niezgodzie z jego wstydliwą, naznaczoną niepokojem prezentacją własnego ciała przed męskim zgromadzeniem. Czternastu członków Grupy Fokusowej, kilku z napojami w pogotowiu, wymieniało drobne gesty i miny mężczyzn przy stole konferencyjnym, którzy nie są do końca pewni, czego będzie się od nich oczekiwać. Sala konferencyjna znacznie różniła się wyglądem i atmosferą od sterylnej, niemal laboratoryjnej auli, w której dwie godziny wcześniej odbywały się TP/OW. Moderator, wyposażony w zwyczajowy kieszonkowy futerał z trzema piórami w różnych kolorach, ubrany był w białą prążkowaną koszulę od garnituru, wełniany krawat i czekoladowej barwy spodnie, jednak bez marynarki. Rękawów nie podwinął. W jego uśmiechu było lekkie, jakby ogólnikowo przepraszające skrzywienie, co zauważyło kilku członków zgromadzenia. Do kieszonki koszuli, po tej samej stronie, po której znajdował się identyfikator, miał przypięty duży plastikowy znaczek słynnej ikony marki Mister Squishy, przedstawiający pyzatą dziecinną twarz o niemożliwej do ustalenia przynależności etnicznej, z oczami przymkniętymi na znak rozkoszy, satysfakcji i gwałtownego pragnienia. Ikona przekazywała ten rodzaj nieszkodliwego wyrazu twarzy, na który nie sposób nie odpowiedzieć uśmiechem, gdyż budził pozytywną reakcję, a zlecił jej zaprojektowanie i wprowadził ponad dziesięć lat wcześniej jeden ze starszych grafików firmy reklamowej Reesemeyer Shannon Belt – Mister Squishy Company należała jeszcze wówczas do krajowej korporacji, rozwijała się szybko i różnicowała asortyment, od ekstramiękkich kanapek i rogalików po słodkie bułeczki i pączki smakowe oraz ciasteczka i miękkie wyroby cukiernicze wszelkiego właściwie rodzaju; i bez żadnych specjalnych przekazów i skojarzeń szkicowa buźka stała się jedną z najpopularniejszych, rozpoznawalnych i triumfujących ikon markowych w amerykańskim przemyśle reklamowym.

W dole na ulicy panował dziarski ruch, a także handel.

Jednak to nie markowa ikona Mister Squishy absorbowała starannie dobrane Grupy Fokusowe w ten jasny, zimny listopadowy dzień roku 1995. Obecnie w trzeciej fazie Testów Fokusowych znajdowało się intensywnie czekoladowe ciastko marki Mister Squishy, przeznaczone głównie do sprzedaży indywidualnej w sklepikach z żywnością i prasą, chociaż pudełka po dwanaście sztuk miały być rozprowadzane po marketowych outletach, najpierw na Środkowym Wschodzie i górnym Wschodnim Wybrzeżu, a później, jeżeli dane z testów rynkowych wyglądać będą obiecująco dla filii firmy Mister Squishy, w skali krajowej.

Dwadzieścia siedem ciastek tworzyło piramidę na dużej obrotowej srebrnej tacy pośrodku stołu konferencyjnego. Każde było zawinięte w hermetyczne tworzywo polimerowe, które wyglądało jak papier, ale darło się jak plastik – ten sam rodzaj opakowania produktu detalicznego, który rozpowszechnił się w przemyśle cukierniczym od czasu, gdy M&M Mars wprowadził ten kompozyt i zastosował go, wypuszczając na rynek innowacyjną linię Milky Way Dark w późnych latach osiemdziesiątych. To nowe opakowanie produktu zdobił swojski, charakterystyczny biało-granatowy wzór Mister Squishy, z tym że tutaj ikona Mister Squishy miała oczy i usta zaokrąglone w kreskówkowym przerażeniu i tkwiła za deseniem cienkich czarnych linii wyobrażających więzienną kratę, a wokół dwóch z tych linii zaciskały się cienkie cieliste palce ikony, obrazując uniwersalną pozycję osadzonych gdziekolwiek na świecie. Ciemne, nadzwyczaj zwarte i wilgotne z wyglądu ciastka w tych opakowaniach nosiły nazwę Zbrodnia!® – nazwę ryzykowną i wieloznaczną, która miała konotować i parodiować znane współczesnemu konsumentowi poczucie winy/słabości/transgresji/grzechu spowodowane konsumpcją wysokokalorycznego korporacyjnego ciastka. Nazwa ta kojarzyła się również z dorosłością i autonomią dojrzałej osoby: w dobie, kiedy realny świat odrzucał nachalnie fajne, kreskówkowe nazwy pełne „n” i „oo” innych ciastek, firmowa etykietka Zbrodnia! była przeznaczona i testowana pod kątem atrakcyjności przede wszystkim dla grupy demograficznej mężczyzn 18–39, najbardziej pożądanego demotargetu w masowym marketingu. Tylko dwaj z obecnych członków Grupy Fokusowej mieli powyżej czterdziestu lat, a ich profile sprawdzone zostały nie raz, ale dwa razy przez ekipę Scott R. Laleman’s Technical Processing podczas intensywnego demograficzno-behawioralnego badania, z którego jakże słusznie słynęła Drużyna Delta-y.

Zainspirowana, jak głosiła agencyjna plotka, zetknięciem się Dyrektora Kreatywnego R.S.B. ze zdarzeniem nazwanym Śmierć od Czekolady, do którego doszło w kawiarni w Near North, Zbrodnia! była w całości czekoladowa, ciastko, nadzienie i lukier – wszystko, i to z prawdziwej, czyli fondant czekolady, a nie zwyczajowego kakao połączonego z syropem z kukurydzy. Zbrodnia! była więc nie tyle wariantem swoich rywali: Zingers, Ding Dongs, Ho Hos i Choco-Diles, ile ich radykalnym udoskonaleniem i re-wizją. Kopulasty walec bezmącznego gąbczastego ciasta o aromacie whisky był w całości pokryty 2,4-milimetrową warstwą wysokolecytynowego czekoladowego lukru, ze śladowymi ilościami masła, masła kakaowego, czekolady piekarskiej, likieru czekoladowego, ekstraktu wanilii, dekstrozy i sorbitolu (stosunkowo drogi był to lukier, w którym już sama redukcja ilości masła wymagała heroicznych innowacji w systemie produkcji – trzeba było zmienić maszyny całej linii produkcyjnej i przeszkolić robotników przy taśmie, a koszty produkcji i gwarancji jakości skalkulować mniej więcej od zera), który to lukier był następnie wstrzykiwany za pomocą wysokociśnieniowej igły w mierzące 26x13 milimetrów zagłębienie w środku każdej Zbrodni! (gdy środek, na przykład, produktów Hostess Inc. napełniany był przecukrzonym bitym smalcem), czego rezultatem była podwójna dawka ultrabogatego lukru niemal restauracyjnej jakości, którego centralna kieszonka – biorąc pod uwagę, że cienka warstwa zewnętrzna lukru w kontakcie z powietrzem przybierała tradycyjną lukrową konsystencję marcepanu – smakowała jeszcze bogaciej, gęściej, słodziej i bardziej zbrodniczo niż lukier zewnętrzny, ten lukier, który w większości POI i PDGR w testach terenowych konkurentów jawił się jako ulubiona przez konsumentów część ciastka. (Chiat/Day, wiodąca agencja Hostess Inc., zarejestrowała na serii behawioralnych taśm wideo z lat 1991–92 ponad 45 procent młodszych konsumentów, którzy zeskrobywali zastygły lukier z ciastek Ho Hos i zjadali go osobno, pozostawiając dolną część ciastka do wyschnięcia na papierowej serwetce – podobno te właśnie klipy filmowe zdopingowały R.S.B. do stworzenia dla Mister Squishy filii Rozwoju Produktu Pochodnego).

Za sprawą niekonwencjonalnego posunięcia część tej, w cudzysłowie, Pełnodostępnej informacji o składnikach, innowacjach produkcyjnych, a nawet demotargetingu została przekazana Grupie Fokusowej przez moderatora, który posługując się markerem Dry Erase, naszkicował diagram ciągu produkcyjnego ciastka Mister Squishy i kompleksowych dostosowań, jakie trzeba będzie poczynić w wybranych punktach linii produkcyjnej dla ciastka Zbrodnia!. Odnośne informacje przekazano w sprawnie zgranej formie Pytanie-Odpowiedź, przy czym wiele konkretnych pytań postawili dwaj rzekomi członkowie Grupy Fokusowej, którzy byli w istocie nie cywilnymi konsumentami, lecz ludźmi Drużyny Delta-y, wyznaczonymi do udziału w niekonwencjonalnie informacyjnym spektaklu Pytanie-Odpowiedź oraz do obserwowania pozostałych dwunastu członków grupy pod nieobecność moderatora w sali, przy czym starali się oni nie wpływać na argumenty i oceny Grupy Fokusowej, choć później dodawali własne osobiste obserwacje i wrażenia, pomocne w ujmowaniu i wypełnianiu treścią danych dostarczonych przez Podsumowanie Danych Grupy Respondenckiej oraz cyfrową taśmę wideo, umieszczoną w północno-zachodnim kącie sali konferencyjnej w czymś, co przypominało duży detektor dymu, a czego obiektyw i paraboliczny mikrofon, jakkolwiek ruchome i nowoczesne, uparcie nie wyłapywały subtelnych niuansów mimiki ani szeptanych rozmów pomiędzy sąsiadującymi z sobą członkami Grupy Fokusowej. Jeden z NAM-ów1, szczupły młody człowiek o woskowoblond włosach i cerze, która przez swoją czerwień wydawała się raczej podrażniona niż rumiana, otrzymał pozwolenie od Koordynatora NAM-ów Drużyny Delta-y na kultywowanie ekscentrycznych i (dla większości członków Grupy Fokusowej) irytujących manieryzmów, których demonstracyjność maskowała jego zawodową tożsamość: na stole przed sobą trzymał dwie wyciskane buteleczki z płynem do soczewek kontaktowych i solanką do płukania nosa i nie tylko robił pisemne notatki z wystąpienia moderatora, ale robił je flamastrem Magic Marker, który głośno skrzypiał i wypełniony był silnie pachnącym tuszem; gdy osobnik ten zadawał umówione pytania, nie podnosił nieśmiało ręki ani nie odchrząkiwał, jak to robili pozostali NAM-owie, tylko krótko szczekał: „Pytanie:”, na przykład: „Pytanie: czy można prosić o bliższą specyfikację «substancji smakowych naturalnych i sztucznych» i wyjaśnienie, czy istnieje jakaś istotna różnica pomiędzy prawdziwym znaczeniem tego zwrotu a tym, jak go rozumie przeciętny konsument”, przy czym nie stosował intonacji ani mimiki pytającej, brwi miał ściągnięte, a okulary bez oprawki przekrzywione.

Jak przewidziałoby każde przyzwoite badanie prawdopodobieństwa, nie wszyscy członkowie Grupy Fokusowej słuchali z uwagą wyjaśnień moderatora na temat tego, co Mister Squishy i Drużyna Delta-y mają nadzieję osiągnąć, pozostawiając Grupę Fokusową samą in camera, aby porównała wyniki Profili Odpowiedzi Indywidualnych i pogadała sobie otwarcie, starając się dojść do możliwie jednogłośnego Podsumowania Danych Grupy Respondenckiej dotyczących produktu, przy zastosowaniu szesnastu osi Preferencji i Satysfakcji. Nieuwaga ta była po części uwzględniona w matrycach rzeczywistego testu, który odbywał się na osiemnastym piętrze, o czym poinformowano moderatora GF. Ten test drugiego stopnia miał na celu zebranie policzalnych danych na temat wpływu, w cudzysłowie, Pełnodostępnych informacji produkcyjnych i marketingowych na postrzeganie przez Grupę Fokusową zarówno produktu, jak i jego korporacyjnego producenta; był to test podwójnie zamaskowany, który miał być powtarzany według trzech zmiennych zestawów parametrów z różnymi Grupami Fokusowymi przez dwa następne kwartały fiskalne, sponsorem jego były zaś instytucje, których tożsamość ukryto przed moderatorami, tak samo jak (rzekomo) część warunków testu drugiego stopnia.

Trzej członkowie Grupy Fokusowej gapili się bezmyślnie przez ogromne okno z barwionego szkła, które dawało delikatnie rozmazany widok w sepii na wieżowce północnej ściany ulicy; pomiędzy wieżowcami widać było kawałki północno-wschodniej Pętli i zatoki i jakieś dwa metry mocno skróconego przez perspektywę jeziora. Dwaj z tych trzech członków byli bardzo młodzi, z samego skraju osi x demotargetu; siedzieli zapadnięci w obrotowe fotele w pozach bądź to uciechy, bądź wystylizowanej obojętności; trzeci mimowolnie badał sobie językiem drobne wgłębienie w górnej wardze.

Moderator Grupy Fokusowej, wyszkolony do wymagań swojej profesji, nauczony był zachowywać się tak, jakby reagował żywo i spontanicznie, podczas gdy w istocie zachowywał dystans klinicznego niemal obserwatora, a miał wrodzone oko do szczegółów behawioralnych, z których często wynikały maleńkie klejnoty statystycznej relewancji. Czasami małe rzeczy czyniły różnicę. Moderator nazywał się Terry Schmidt i miał trzydzieści cztery lata, spod znaku Panny. Jedenastu spośród czternastu członków Grupy Fokusowej nosiło na przegubach zegarki, z których jedna trzecia z grubsza była kosztowna i/lub zagraniczna. Dwunasty, zdecydowanie najstarszy członek GF, miał platynową dewizkę wysokiej jakości zegarka, biegnącą ukośnie z lewa na prawo przez kamizelkę, i dużą różową twarz z niezmiennie dobrotliwym wyrazem oczu kogoś starszego, kto ma kupę wnuków i spędza masę czasu, spoglądając na nie ciepło, tak że to jego spojrzenie trwale wryło mu się w fizjonomię. Dziadek Schmidta mieszkał na północy Florydy w społeczności emerytów, gdzie siedział z kraciastym pledem na podołku i kaszlał bez przerwy podczas obu wizyt Schmidta, do którego zwracał się per Chłopcze. Dokładnie 50 procent mężczyzn obecnych w sali konferencyjnej nosiło marynarki i krawaty albo przynajmniej miało marynarki lub blezery zawieszone na oparciach foteli, z czego trzy marynarki pochodziły od autentycznych trzyczęściowych garniturów; trzej inni mężczyźni ubrani byli w kombinacje trykotowych koszul, spodni i rozmaitych półgolfów i golfów, mogących ujść za Swobodny Strój Biurowy. Schmidt mieszkał sam w bloku. Pozostali czterej mężczyźni nosili dżinsy i bluzy z logo bądź to jakiegoś uniwersytetu, bądź wytwórcy odzieży; wśród nich było logo Nike Swoosh, które dla Schmidta zawsze miało w sobie coś arabskiego. Trzej z czterech mężczyzn w najbardziej nieformalnych/niechlujnych strojach byli najmłodszymi członkami Grupy Fokusowej, przy czym dwóch z tych trzech wyraźnie popisywało się tym, że nie uważają. Drużyna Delta-y lubiła szeroką siatkę demograficzną. Dwóch z trzech najmłodszych mężczyzn miało poniżej dwudziestu jeden lat. Wszyscy ci trzej najmłodsi siedzieli na kościach ogonowych, nie zakładali nogi na nogę, dłonie wspierali na udach, a na ich twarzach malował się lekko nadąsany wyraz konsumentów, którzy nigdy nie podali w wątpliwość swojego prawa do satysfakcji lub znaczenia. Schmidt początkowo studiował Chemię Statystyczną; wciąż podobała mu się kliniczna precyzja laboratorium. Mniej niż 50 procent obuwia w sali miało sznurówki. Jeden z mężczyzn w trykotowej koszuli miał małe brązowe suwaki przy bokach niskich sztybletów, wyglansowanych na wysoki połysk – jeszcze jeden szczegół posiadający dla Schmidta mnemoniczne właściwości. W przeciwieństwie do Terry’ego Schmidta i Rona Mounce’a Darlene Lilley przeszła do marketingu z projektowania komputerowego; trafiła do Działu Badań, bo jak stwierdziła, odkryła, że w głębi duszy lubi pracować z ludźmi. W sali były cztery pary okularów, w tym jedne słoneczne i chyba nieoptyczne, inne z grubą czarną oprawką, która nadawała ich właścicielowi srogi wyraz twarzy ponad golfem swetra. Dwa razy wąsy i jedna capia bródka. Potężny gość pod trzydziestkę miał rzadką brodę podobną do mchu; trudno powiedzieć, czy właśnie zaczynał ją zapuszczać, czy był to typ, na którym broda zawsze tak wygląda. Spośród młodszych łatwo było odróżnić tych, którzy powinni się ogolić, od tych, którzy po prostu lubią niedogolony wygląd. Dwaj członkowie Grupy Fokusowej mrugali miarowo w cierpkim powietrzu sali, co jest charakterystyczne dla osób noszących szkła kontaktowe. Pięciu mężczyzn miało ponad 10 procent nadwagi, nie licząc Terry’ego Schmidta. Nauczyciel wuefu w szkole średniej nazwał kiedyś Terry’ego Schmidta przy klasie Crisco Kid, po czym ze śmiechem wyjaśnił, że to znaczy tłusta dupa. Ojciec Schmidta, odznaczony weteran wojenny, przeszedł ostatnio na emeryturę z firmy, która sprzedawała nasiona, nawozy azotowe i szeroki wachlarz herbicydów w leżącym na południu stanu Galesburgu. Serdecznie usposobiony NAM pytał swoich sąsiadów, z których jeden był Latynosem, czy mają ochotę na witaminę C do żucia. Ikona Mister Squishy pojawiła się także w sali konferencyjnej, w formie stylizowanych abażurów osłaniających dwie piękne beżowe czy piaskowe lampy ceramiczne, ustawione na bocznych stolikach w obu końcach ściany bez okien. W Grupie Fokusowej było dwóch Afroamerykanów, jeden po trzydziestce, a drugi przed trzydziestką, z ogoloną głową. Trzech mężczyzn miało włosy brązowe, dwóch siwe/szpakowate, trzech czarne (nie licząc Afroamerykanów i jedynego w Grupie Fokusowej przedstawiciela rasy wschodniej, którego identyfikator sugerował albo Laos, albo Socjalistyczną Republikę Wietnamu – ze skomplikowanych, lecz konkretnych powodów statystycznych siatki profilowe ekipy Scotta Lalemana wyszczególniały przynależność etniczną, ale nie narodową); trzech można by nazwać blondynami lub jasnowłosymi. Te wyliczenia obejmowały NAM-ów i Schmidt już czuł, że jest prawie pewien, kto jest drugim NAM-em w tej Grupie. Grupy Fokusowe R.S.B. rzadko angażowały bardzo bladych lub piegowatych rudzielców, chociaż Foote, Cone & Belding oraz D.D.B. Needham korzystali z takich typów regularnie, albowiem pewne dane wskazywały na znaczący związek pomiędzy poziomem melaniny a prawdopodobną stałą dystrybucją dochodów i upodobań na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, gdzie testowano ponad 70 procent popularnych produktów. Aliści modne hipergeometryczne techniki, na których oparto te dane, zostały zakwestionowane przez bardziej tradycyjnych statystyków demograficznych.

Na mocy panującej w całym przemyśle konwencji członkowie Grupy Fokusowej otrzymywali równowartość dokładnie 300 procent tego, co zarobiliby jako ławnicy w rodzimym stanie. Wyliczenie to opierało się na rozumowaniu tak starym i obrosłym tradycją, że nikt z pokolenia Terry’ego Schmidta nie znał jego pierwowzoru. Dla starszych handlowców było to i żartem zawodowym, i wiarygodnym potwierdzeniem sprawdzonej prawdy o służbie cywilnej i masowej konsumpcji. Latynos siedzący po lewej jasnowłosego NAM-a, który nie nosił zegarka, miał na ramieniu rozległy tatuaż, prześwitujący przez materiał wyjściowej koszuli. Był on też jednym z mężczyzn z wąsami, a identyfikator zdradzał, że to NORBERTO, i był to pierwszy Norberto, jaki pojawił się w ośmiuset czterdziestu pięciu Grupach Fokusowych, które Schmidt prowadził jak dotąd w swojej karierze Statystycznego Badacza Terenowego Drużyny Delta-y. Schmidt prowadził własny zapis korelacji między produktem, agencją-klientem a pewnymi zmiennymi w składach i procedurach Grup Fokusowych. Przepuszczał dane przez serię programów do analizy dyskryminacyjnej na swoim komputerze marki Apple, robił to w domu, a wyniki gromadził w trzech kołonotatnikach, które opatrzył nalepkami i trzymał na złożonym własnoręcznie stalowym szarym regale w kanciapie swego mieszkania w bloku. Cały projekt i zamysł statystyki opisowej polegał na rozróżnieniu, co stanowi różnicę, a co nie. To, że Scott R. Laleman obecnie zarówno weryfikował Grupy Fokusowe, jak i pomagał je tworzyć, było jeszcze jednym znakiem, że jego gwiazda pnie się w Drużynie Delta-y. Drugim asem był A. Ronald Mounce, też wywodzący się z Przetwarzania Technicznego. „Pytanie:”. „Pytanie:”. „Komentarz:”. Mężczyzna z długą twarzą bez podbródka dopytywał się, jaka będzie cena detaliczna Zbrodni!, i albo nie zrozumiał odpowiedzi Terry’ego Schmidta, że cena detaliczna leży poza zakresem dzisiejszych zainteresowań Grupy i odpowiedzialność za nią spoczywa na całkiem innej komórce R.S.B., albo nie przypadła mu ona do gustu. Powody oddzielenia kwestii ceny od badań konsumenckiej satysfakcji były natury technicznej i parametrycznej i nie zostały zawarte w rzekomo Pełnodostępnej informacji, którą Schmidt miał prawo dzielić się z Grupą Fokusową w myśl ustalonej procedury badania. W sali była jedna oczywista ondulacja i dwie ofiary nieleczonego Męskiego Łysienia Plackowatego, obie zresztą – co albo ciekawe, albo przypadkowe – należały do niebieskookich członków Grupy.

Kiedy Schmidt myślał o Scotcie Lalemanie, z jego całoroczną opalenizną i ciemnymi okularami zasadzonymi na płowej czuprynie, odczuwał bezmyślną złość mięsożernego węgorza czy płaszczki, czegoś, co porusza się na autopilocie, polując w niezmierzonych głębinach. Afroamerykanin z nieogoloną głową siedział sztywno jak ktoś, kto ma problemy z kręgosłupem i godność znoszenia ich cierpliwie bierze sobie za punkt honoru. Drugi Afroamerykanin nosił w sali ciemne okulary, jakby obwieszczał o sobie nie wiadomo co; nie sposób było stwierdzić, czy jego manifestacja ma wyraz ogólny, czy specyficzny dla tego właśnie kontekstu. Scott Laleman miał zaledwie dwadzieścia siedem lat i dołączył do zarządu Drużyny Delta-y trzy lata po Darlene Lilley i dwa i pół roku po Schmidcie, który pomagał Darlene szkolić Lalemana w zakresie nakładania testu zgodności chi-kwadrat i dystrybucji t na dane pozyskiwane drogą telefoniczną i czerpał zadziwiającą satysfakcję z patrzenia, jak oczy chłopca zachodzą mgłą, a jego opalenizna przybiera odcień ziemisty w jarzeniowym oświetleniu pokoju danych Delty-y, aż do dnia, w którym Schmidt musiał osobiście zajrzeć do Alana Brittona w jakiejś sprawie, zapukał i zastał tam Lalemana rozwalonego na gabinetowej kanapie w głębi pokoju, gdzie obaj z Brittonem palili wielkie cygara i zaśmiewali się do rozpuku.

Postać, która podjęła wspinaczkę bez asekuracji po północnej fasadzie gmachu tuż przed godziną jedenastą rano, odziana była w obcisłe nieprzewiewne legginsy z lycry, goreteksową bluzę z ciasno zawiązanym kapturem podbitym sztucznym włóknem i buty wspinaczkowe, z tym że podeszwy butów zamiast kolców miały przyssawki. Do wnętrza obu dłoni i nadgarstków postaci przyczepione były pojedyncze przyssawki wielkości przepychaczki do zlewu, a kolor przyssawek był tym samym bijącym po oczach oranżem, jaki noszą myśliwi i robotnicy drogowi. Legginsy miały jedną nogawkę niebieską, a drugą białą; bluza i kaptur były niebieskie, z białymi lamówkami. Buty wspinaczkowe były dobitnie czarne. Postać poruszała się szybko, cmokając przyssawkami, po oknie wystawowym Gap, wielkiego sklepu detalicznego z odzieżą. Potem podciągnęła się na rękach na wąski gzyms u podstawy okien pierwszego piętra, zawiłym ruchem stanęła na nogach, poprawiła przyssawki i błyskawicznie pokonała drugą grubą szybę, za którą znajdowało się pierwsze piętro sklepu Gap, jednak bez uwidocznionych rekwizytów promocyjnych. Postać prezentowała się wiotko i ekspercko. Jej sposób wspinania się nasuwał skojarzenie bardziej z gadem niż ze ssakiem, trzeba to powiedzieć. Była już w połowie okna firmy konsultingowej na czwartym piętrze, gdy na chodniku w dole zaczął się zbierać tłumek przechodniów. Wiatr przy ziemi wiał lekko, w porywach średnio.

W sali konferencyjnej zabarwienie północnej szyby nadawało północno-wschodniemu, częściowo zachmurzonemu niebu barwę surowej czerwieni, natomiast piana fal na odległym, smaganym wiatrem jeziorze zdawała się ciemna; obmywała brązem boki innych wysokościowców w polu widzenia, pozostających we wzajemnym cieniu. Aż siedmiu członków Grupy Fokusowej miało resztki Zbrodni! czy to na gorsie koszuli, czy przyczepione do wąsów, czy zagnieżdżone w kąciku ust lub w wąskiej szczelinie między paznokciem ręki dominującej a otaczającą ten paznokieć skórą. Dwaj z tych mężczyzn byli bez skarpetek; obydwaj mieli skórzane półbuty typu mokasyny; tylko jedna para mokasynów miała kutasiki. Dżinsy dzwony jednego z najmłodszych mężczyzn były tak strasznie na wyrost, że chociaż siedział z rozkraczonymi nogami i oba kolana trzymał zgięte, i tak status jego skarpetek pozostawał niewyjaśniony. Jeden ze starszych mężczyzn nosił czarne jedwabne bądź nylonowe skarpetki w małe łezki koloru bordo. Inny starszy mężczyzna miał małe zaciśnięte usteczka, jeszcze inny twarz stanowczo zbyt obwisłą i pobrużdżoną jak na swój przedział demograficzny. Jak to często bywa, twarze młodych mężczyzn zdawały się nie do końca ukształtowane i naznaczone były anonimową jakością produktów prosto z fabryki. Terry Schmidt szkicował czasami zarys własnej twarzy w karykaturze, kiedy rozmawiał przez telefon albo czekał, aż zgra się do końca program. Jeden mężczyzna w grupie miał głowę w kształcie gruszki, inny w kształcie rombu czy też latawca; drugi najstarszy konsument w sali miał siwe włosy ostrzyżone na jeża i przerośniętą dolną wargę, która nadawała mu wygląd małpy. Demoprofile wszystkich mężczyzn oraz ich wstępne wyniki Systat spoczywały w teczce Schmidta stojącej na dywanie obok białej tablicy; Schmidt miał też torbę na ramię, którą trzymał w swoim boksie. Byłem jednym z mężczyzn w tej sali, jedynym niezerkającym na zegarek. To, co wyglądało jak zwykłe okulary, wcale nimi nie było. Byłem okablowany na całej długości. Mały wyświetlacz LCD w dole mojego prawego pola widzenia wskazywał zarówno Czas Realny, jak i Czas Misyjny. Mój skrócony skrypt na posiedzenie zespołu Podsumowania Danych Grupy Respondenckiej był już w całości zapamiętany, ale w rękawie swetra miałem jego wspomagający egzemplarz na laminowanej karcie, podpięty małymi zatrzaskami, które mogłem zwolnić, naciskając jeden z guziczków przy zegarku, który wcale nie był zegarkiem. Miałem także protezę emetyczną. Ciastka, które demonstracyjnie zjadłem już trzy, były tak słodkie, że bolały zęby.

Terry Schmidt był cukrzykiem i mógł jeść tylko słodycze z dodatkiem fruktozy, słodzika dietetycznego albo niewielkich ilości C6H8(OH)6, ale chwilami spoglądał na tace z produktem z miną urwisa przy witrynie sklepu z zabawkami.

W drugim końcu korytarza, za salą zieloną Oddziału MROP2, w innej sali konferencyjnej R.S.B., której okna wychodziły na północny wschód, Darlene Lilley wprowadzała dwunastu konsumentów i dwóch NAM-ów w fazę Ukierunkowanej Odpowiedzi PDGR, bez przygotowanych uprzednio Pytań-Odpowiedzi czy ersatzu Pełnodostępnej informacji. Ani Schmidtowi, ani Darlene Lilley nie powiedziano, która z dzisiejszych Grup Fokusowych reprezentowała grupę kontrolną, chociaż było to dość oczywiste. Trzeba było popracować przez jakiś czas na górnych piętrach, żeby zauważyć drobne odchylenia od pionu, którymi budynek, zgodnie z założeniem projektanta, amortyzował wiatry od jeziora. „Pytanie: co to właściwie jest polisorbat 80?”, Schmidt był w zasadzie pewien, że nikt z grupy nie zauważył kołysania się budynku. Nie było ono nawet na tyle wyraźne, żeby poruszyć kawą w ozdobionych ikoną firmy kubkach na stole, do których Schmidt, stojąc i obracając w palcach marker Dry Erase z roztargnieniem konotującym zarówno luz, jak i czysto ludzką nerwowość u osób siedzących z przodu grupy, mógł z powodzeniem zajrzeć. Stół konferencyjny był ciężki, sosnowy, inkrustowany drewnem cytryny i pokryty grubą warstwą poliuretanu i gdyby nie odcień sepii w oknach sali, powstawałyby na nim oślepiające plamy odbitego słońca, które zmieniają kształt wraz ze zmianą kąta nachylenia osoby siedzącej wobec słońca i stołu. Schmidt musiałby też wtedy patrzeć na kurz i włókienka odzieży wirujące w kolumnach słonecznego światła i opadające bardzo łagodnie na wszystkie głowy i torsy, co zdarzało się w najczyściejszych nawet salach konferencyjnych i było najmniej ulubioną przez Schmidta cechą sal konferencyjnych innych agencji w rejonie Pętli i w okolicy metra, takich, które nie miały barwionych szyb. Czasami, kiedy czekał na połączenie przy telefonie, Schmidt wkładał palec do ust i trzymał go tam z niewiadomego dla siebie powodu. Darlene Lilley, która była mężatką i matką wielkogłowego dwulatka, którego zdjęcie zdobiło jej biurko i szafkę w siedzibie Drużyny Delta-y, miała, trzy kwartały fiskalne wcześniej, do czynienia z niepożądanymi awansami seksualnymi jednego z czterech Starszych Dyrektorów Badań, który pośredniczył pomiędzy Ekipą Terenową i Ekipą Przetwarzania Technicznego a wyższymi eszelonami Drużyny Delta-y z Alanem Brittonem na czele, awansami trwającymi na tyle długo, że w opinii Schmidta i reszty ekipy badań terenowych uzasadnione było podjęcie działań prawnych, a które to awanse Darlene Lilley ukróciła z niezwykłą maestrią, nie podnosząc alarmu, który mógł podzielić firmę po linii gender i/lub politycznej, i wszystko się pomału uciszyło, do tego stopnia, że Darlene Lilley, Schmidt i trzej pozostali członkowie Ekipy Terenowej nadal cenili sobie produktywne relacje zawodowe z tym czarniawym, nachalnym Starszym Dyrektorem Badań, który w tej chwili nadzorował badania terenowe nad projektem Mister Squishy–R.S.B., przy czym Terry Schmidt ze swoistym nabożnym lękiem odnosił się do opanowania i interpersonalnego znawstwa, z jakim Darlene rozegrała cały ten okres napięcia, z nabożnym lękiem zabarwionym niechcianym elementem romantycznej atrakcji, i prawdą jest, że nocami w swoim bloku mieszkalnym Schmidt, czasami bez uczucia, że może coś na to poradzić, masturbował się, myśląc o wilgotnym stosunku z Darlene Lilley na jednym z szacownych laminowanych stołów konferencyjnych firmy, dla której prowadzili badania statystyczne, i była to trzeciorzędna przyczyna tego, co praktykujący psychologowie społeczni nazwaliby jego MAM-em3 w odniesieniu do markera Dry Erase, gdy konfidencjonalnym tonem opowiadał Grupie Fokusowej o co dramatyczniejszych przeprawach, jakie miał Reesemeyer Shannon Belt z ustaleniem marki produktu i wprowadzeniem próbnej nazwy Zbrodnia!, przy czym bardziej autonomiczna część jego mózgu przez cały ten czas wyobrażała sobie Darlene przekazującą swojej Grupie Fokusowej minimalne przed-PDGR-owe instrukcje w samej czarnej bieliźnie Hanesa i wysokich szpilkach koloru burgunda, które trzymała w prawej dolnej szufladzie służbowej szafki i na które co rano zmieniała płaskie czółenka, z chwilą gdy usiadła i z niejakim wysiłkiem przystosowała wysokość krzesła do wysokości szafki, czasami (w przeciwieństwie do Schmidta) przechadzając się przed białą tablicą, opierając ciężar ciała na samym obcasie i kręcąc stopą albo krzyżując mocne kostki, by nadać postawie stojącej wygląd niedbale powściągliwy, czasami znów zdejmując delikatne owalne okulary i nie żując zausznika, ale trzymając okulary w taki sposób i w takiej bliskości ust, że miało się wrażenie, iż mogłaby w każdej chwili zacząć mimowolnie pogryzać plastikowy zausznik, wykonując nieświadomie gest zawstydzenia, a zarazem koncentracji.

Dywan w sali konferencyjnej był amarantowy, puszysty i kółka foteli odznaczały w nim symetryczne wzorki, ilekroć któryś z dyrektorów poprawiał się nieznacznie na swoim miejscu, aby przystosować układ nóg albo ciała do stołu. System wentylacyjny szumiał cicho, przygłuszając dalekie odgłosy ulicy i miasta, które grubość okien redukowała niemal do zera. Każdy z członków Grupy Fokusowej nosił niebiesko-biały identyfikator z imieniem wpisanym ręcznie. 42,8 procent napisów wykonano kursywą lub prostą kaligrafią, trzy z pozostałych ośmiu – wersalikami, przy czym znamienny, lecz statystycznie bez znaczenia traf chciał, że imiona wypisane wersalikami zaczynały się wszystkie na H. Czasami też Schmidt jakby wchodził sobie do głowy i widział Grupę Fokusową jako jedność, pochyloną na prawo masę cielistych popiersi; obserwował wszystkie twarze równocześnie, tak że przez filtr jego percepcji przechodziły tylko największe pospolitości. Były to twarze dobrze odżywione, średnio przystojne, neutralne, prowizorycznie uważne, a skryte za nimi ukrwione mózgi zajmowały się tymczasem własnym życiem, pracą, problemami, planami, pragnieniami & cetera. Żaden z członków grupy ani dnia w życiu nie głodował – to była zasadnicza pospolitość. Rzadkością było, aby produkt rzeczywiście spenetrował świadomość Grupy Fokusowej. Jedną z pierwszych rzeczy, z którymi godzi się Badacz Terenowy, jest to, że produkt nigdy nie zajmie tak ważnego miejsca w umysłach GF, jak w umyśle Klienta. Reklama to nie voodoo. Klient może ostatecznie mieć tylko nadzieję, że stworzy wrażenie związku czy rezonansu pomiędzy marką a tym, co ważne dla konsumentów. A dla konsumentów ważni są, zawsze i niezmiennie, oni sami. Ich własne postrzeganie siebie. Na dłuższą metę Grupa Fokusowa się nie liczyła – jedynym prawdziwym testem była sama sprzedaż, przynajmniej w osobistej opinii Schmidta. Dzisiejszy plan zakładał między innymi rezygnację z lunchu i trzymanie Grupy Fokusowej na samych słodyczach. Zakładając, że śniadanie zjedli o normalnej porze przed przybyciem do R.S.B., można było przypuszczać, że poziom cukru w ich krwi spadnie drastycznie około jedenastej trzydzieści. Najbardziej dotknie to tych, którzy zjedli najwięcej Zbrodni!. Pośród innych objawów niski poziom cukru powoduje ziewanie, rozdrażnienie, obniżony poziom samokontroli – dziarskie miny pomału rzedły. Niektóre strategie GF były skrajnie manipulacyjne, a nawet agresywne w odniesieniu do danych. Firma produkująca detergent alternatywny do wybielacza wynajęła kiedyś Drużynę Delta-y mającą zgromadzić matki pierworódki w wieku 29–34, których wskaźnik asertywności wykazywał niepewność w trzech kluczowych punktach, i dać im do wypełnienia kwestionariusz, którego pytania miały sprowokować i/lub pogłębić owe niepewności: Czy zdarza ci się żywić negatywne lub wrogie uczucia wobec twojego dziecka? Jak często czujesz, że musisz ukrywać lub negować fakt, że twoje zdolności rodzicielskie są niewystarczające? Czy nauczyciele lub inni rodzice wygłosili kiedyś uwagę o twoim dziecku, która wprawiła cię w zażenowanie? Jak często czujesz, że twoje dziecko wygląda niechlujnie lub brudno w porównaniu z innymi dziećmi? Czy zdarzyło ci się zaniedbać pranie, bielenie, cerowanie lub prasowanie odzieży dziecka z powodu braku czasu? Czy twoje dziecko bywa smutne lub zdenerwowane bez zrozumiałego dla ciebie powodu? Czy przypominasz sobie taki moment, gdy twoje dziecko się ciebie bało? Czy zachowanie albo wygląd twojego dziecka wywołały kiedyś w tobie negatywne uczucia? Czy miałaś kiedyś negatywne myśli o swoim dziecku? & cetera – co, przez ponad jedenaście godzin i sześć rund starannie opracowanych kwestionariuszy, doprowadzało kobiety do takiego stanu emocjonalnego, że wyłaniały się prawdziwie bezcenne dane dotyczące dostosowania aplikacji Cheer Xtra do sytuacji bardzo głębokich matczynych niepokojów i konfliktów… dane, które jak dotąd, zdaniem Schmidta, pozostawały całkowicie niewykorzystane w kampanii reklamowej. Darlene Lilley mówiła później, że miała ochotę skrzyknąć kobiety z Grupy Fokusowej, przeprosić je i poinformować, że zostały skrajnie zmanipulowane i wykorzystane emocjonalnie.

Do innych produktów i agencji objętych działaniami Terry’ego Schmidta i Darlene Lilley z ramienia Drużyny Delta-y zaliczały się: Downyflake Waffles dla firmy D’Arcy Masius Benton & Bowles, Diet Caffeine Free Coke dla firmy Ads Infinitum US, Eucalyptamint dla firmy Pringle Dixon, Citizens Business Insurance dla Krauthammer–Jaynes/SMS, G. Heileman Brewing Co.’s Special Export and Special Export Lite dla firmy Bayer Bess Vanderwarker, Winner International’s HelpMe Personal Sound Alarm dla firmy Reesemeyer Shannon Belt, Isotoner Comfort-Fit Gloves dla firmy PR Cogent Partners, Northern Bathroom Tissue dla firmy Reesemeyer Shannon Belt i nowy Nasacort firmy Rhône-Poulenc Rorer i Nasacort AQ Prescription Nasal Spray, także dla R.S.B.

Jedynym sposobem na to, by obserwator dostrzegł coś niezwykłego lub odbiegającego od normy w statusie dwóch NAM-ów, było zwrócenie uwagi na to, że moderator ani razu bezpośrednio na nich nie spojrzał, podczas gdy patrzył co pewien czas na dwunastu pozostałych mężczyzn, nawiązując krótki, szczery kontakt wzrokowy z każdym po kolei – subtelna umiejętność (nie ma na to dobrego określenia), która często cechuje ludzi nawykłych do występowania przed małymi grupami; Schmidt ani nie patrzył nikomu w oczy tak długo, żeby go wprawić w zakłopotanie, ani nie ślizgał się wzrokiem automatycznie tam i z powrotem, muskając tylko spojrzenia mężczyzn, tak że mogliby oni pomyśleć, że ten przedstawiciel Mister Squishy i Zbrodni! raczej do nich przemawia, niż z nimi rozmawia; wprawny obserwator małych grup dostrzegłby także, że w sali konferencyjnej byli dwaj mężczyźni – jeden spięty ekscentryk, obstawiony produktami kosmetycznymi, drugi cichy, poważny, w okularach, ubrany w marynarkę i golf, który siedział przy dalszym rogu stołu i w którym Schmidt po namyśle rozpoznał drugiego NAM-a: człowieka zdradził zbytni spokój i częstotliwość mrugania – na których nigdy właściwie nie padał wzrok moderatora. Błąd Schmidta w tym wypadku był subtelny, więc obserwator musiałby mieć i spore doświadczenie, i niezwykły dar spostrzegawczości, żeby wyłuskać z tego jakiekolwiek znaczenie.

Człowiek na zewnątrz miał też na sobie alpinistyczny fartuch z narzędziami i duży nylonowy lub mikrofibrowy plecak. Wizualnie rzucał się w oczy i był skomplikowany. Na każdym wąskim gzymsie znów dźwigał się zwinnie z pozycji leżącej na plecach do stojącej, używając w tym celu przyssawek na prawej dłoni i nadgarstku, potem zaś stał w pozycji krzyża, twarzą do fasady, tuląc się do szkła przyssawkami ramion, żeby nie spaść do tyłu w momencie, gdy unosił lewą nogę i przekręcał do pionu but, aby przyssawką na podeszwie przywrzeć do odblaskowej powierzchni szyby. Przyssawki były chyba z rodzaju tych, których akcję próżniową można było aktywować i dezaktywować drobnymi skrętami, co zapewne wymagało sporej praktyki, żeby odbywało się tak sprawnie, jak to demonstrowała postać za oknem. Plecak i buty miały identyczny kolor. Większość przechodniów, którzy przystawali, by się pogapić, fascynowała mechanika wspinaczki bez asekuracji. Postać pokonywała każde okno, podnosząc lewą nogę i prawą rękę i podciągając się gładko, po czym dołączała dyndającą prawą nogę i lewą rękę; następnie aktywowała przynależne im przyssawki i zawieszała na nich ciężar ciała na czas dezaktywacji przyssawek lewej nogi i prawej ręki, które po podciągnięciu odpowiednich kończyn aktywowała z powrotem. Wszystkie ruchy wykonywała z wielką precyzją i oszczędnością. Dzień był bardzo chłodny, wiatr w górze wiał silnie; nieliczne chmury przesuwały się pospiesznie przez mały kwadrat nieba widocznego nad wysokościowcami okalającymi ulicę. Błękit jesiennego nieba wydawał się płonąć. Kto miał kapelusz, ten zsuwał go na tył głowy, a kto nie miał kapelusza, ocieniał oczy dłonią w rękawiczce, i wszyscy wyciągali szyje, śledząc postępy postaci. Stężałe niebo nad jeziorem było niewidoczne w szczelinach między budynkami. Postać miała też jedną dużą dodatkową przyssawkę, przytwierdzoną paskiem przylepca Velcro do kaptura. Pokonawszy kolejny gzyms, postać położyła się na chwilę na boku, twarzą do ziejącej przepaści, i gapie, którzy stali dostatecznie daleko, by mieć odpowiednią perspektywę, mogli dostrzec jeszcze jedną dużą pomarańczową przyssawkę, identyczną jak ta na kapturze, przytwierdzoną do czoła, zapewne też taśmą Velcro, ukrytą jednak najwyraźniej pod kapturem. Gapie byli też zgodni co do tego, że postać albo nosi odblaskowe okulary, albo ma zaiste dziwne i przerażające oczy.

Schmidt podawał Grupie Fokusowej dodatkowe informacje o pochodzeniu produktu i pewnych marketingowych wyzwaniach, przed jakimi stawia on firmę, podkreślił jednak, że żadną miarą nie mówi im wszystkiego i nie chce udawać, że to coś innego niż tylko luźne strzępy wiedzy fachowej. Kurczył się czas poświęcony na przed-PDGR-ową fazę orientacyjną. Jeden z mężczyzn głośno kichnął. Schmidt wyjaśnił, że to dlatego, iż Reesemeyer Shannon Belt Adv. pragnie dać Grupie Fokusowej dłuższą przerwę na naradę in camera i dyskusję w grupie o swoich doświadczeniach i ocenach Zbrodni!, żeby, jak to się mówi, mogli porównać notatki bez nadzoru kogoś z marketingu, kto by im brzęczał nad głową albo stał i obserwował ich jak jakieś króliki doświadczalne, co znaczyło, że Terry niebawem ich zostawi, aby mogli sobie pogadać na osobności, i nie powróci, dopóki wyłoniony przez grupę przedstawiciel nie wciśnie dużego czerwonego przycisku obok włącznika światła, który to przycisk z kolei aktywował pomarańczową lampkę w gabinecie w końcu korytarza, gdzie Terry Schmidt obiecał siedzieć i metaforycznie kręcić młynka palcami, czekając, aż będzie mógł przyjść i zebrać jakieś, miejmy nadzieję jednogłośne, Dane Odpowiedzi Grupowych, które wyłoniony przez grupę przedstawiciel otrzymywał ex post hasto. Jedenastu z mężczyzn obecnych w sali skonsumowało właśnie resztkę produktów z tacy na stole; pięciu z nich zjadło więcej niż jedną sztukę. Schmidt, który już nie bawił się od niechcenia markerem Dry Erase, ponieważ oczy niektórych mężczyzn zaczęły śledzić ruchy jego ręki i wyczuł, że to ich rozprasza, oznajmił, że proponuje im teraz odrobinę teorii na temat tego, dlaczego po czasie i wysiłku poświęconych na Profil Odpowiedzi Indywidualnych prosi ich teraz, by zaczęli wszystko od nowa, rozważając poszczególne pytania pakietu PDGR jako kolektyw. Schmidt stosował pewien trik związany z odkładaniem markera Dry Erase, a mianowicie kładł go bardzo starannie w rynience pod tablicą, po czym pstrykał w końcówkę markera, puszczając go przez całą długość rynienki, tak jednak, żeby nie przestrzelić za drugą krawędź i żeby czubek skuwki znalazł się niemal idealnie na krawędzi – którą to sztuczkę prezentował przed około 70 procentami Grup Fokusowych i teraz też to zrobił. Sztuczka wywierała jeszcze większe wrażenie swoją nonszalancją, kiedy Schmidt wykonywał ją podczas mówienia; nonszalancja udzielała się bowiem wówczas i treści słów, i trikowi. Robert Awad we własnej osobie – był to Starszy Dyrektor Badań Drużyny Delta-y, ten, który molestował Darlene Lilley i został przez nią z taką maestrią unieszkodliwiony – wykonał swego czasu tę sztuczkę podczas jednej z prezentacji dla nowej Ekipy Terenowej, a było to dwadzieścia siedem kwartałów fiskalnych wstecz. Stało się tak dlatego, mówił Schmidt, że jedną z głównych zasad Reesemeyer Shannon Belt Advertising, tym, co odróżnia tę agencję od innych w jej obszarze działalności, czym, rzecz jasna, wielce się szczycą i co wykorzystują wobec takich klientów, jak Mister Squishy i North American Soft Confections Inc., jest to, że formularze w rodzaju tego dwudziestostronicowego kwestionariusza, który panowie tak uprzejmie wypełnili w swoich indywidualnych hermetycznych kabinkach, mają zastosowanie jedynie częściowe, acz konkretne, gdyż korporacje, których produkty dystrybuowane są na cały kraj lub region, uzależnione są od apelowania nie tylko do poszczególnych klientów, lecz, oczywiście, to się rozumie samo przez się, do wielkich grup, grup składających się naturalnie z jednostek, lecz jednak grup, większych podmiotów czy kolektywów. Grupy te, w pojęciu i rozumieniu badaczy marketingu, są osobliwymi, proteuszowymi jednostkami, ciągnął Schmidt, których gusty, kaprysy i predylekcje są, jak panowie bez wątpienia wiedzą, zmienne i podatne nie tylko na wpływy miriad drobnych czynników w indywidualnych upodobaniach smakowych, lecz także, nieco paradoksalnie, na wzajemne oddziaływanie funkcji rozmaitych wpływów na poszczególnych członków grupy, których interakcje i reakcje na reakcje są tak złożone i wielostronne, że statystyczni demografowie dostają bzika, musząc dla stworzenia samego ich modelu korzystać z całych serii niezwykle potężnych niskotemperaturowych superkomputerów Cray.

A jeżeli wszystko to brzmiało jak typowe marketingowe mydlenie oczu, mówił do Grupy Fokusowej Terry Schmidt z miną człowieka, który rozluźnia krawat po wystąpieniu publicznym, to może najprostszym przykładem na to, o czym mówi R.S.B. w zakresie wpływów wewnątrzrynkowych, byłby przykład młodzieży, mody i trendów, które przetaczają się jak pożar przez rynki adresowane głównie do młodzieży szkół średnich i college’ów, z uwzględnieniem muzyki popularnej, odzieży et cetera. Jeżeli, by podać tylko jeden przykład, widują panowie ostatnio mnóstwo nastolatków w spodniach, które są ewidentnie za duże, nisko opuszczone, z mankietami szorującymi po ziemi, mówił Schmidt, jakby wyssał ten przykład z małego palca, albo, co z pewnością odnosi się do starszych panów w sali (konkretnie dwóch), sami mają dzieci, które od paru lat zapragnęły nagle nosić ciuchy na wyrost, nadające im wygląd urwisów z wiktoriańskich powieści, to zapewne wiedzą panowie aż nazbyt dobrze, tu ponury chichot, że takie stroje kosztują ładne pieniądze w sklepach Gap czy Structure. I jeśli dziwią się panowie, czemu ich dzieci noszą tego rodzaju stroje, to w znakomitej większości przypadków odpowiedź brzmi: dlatego, że noszą je inne dzieciaki, ponieważ, oczywiście, młodzież jako dzisiejszy rynek demograficzny jest notorycznie stadna w swoich indywidualnych wyborach dotyczących konsumpcji i ulega wpływowi wyborów konsumpcyjnych innych młodych ludzi, i tak ten wzorzec mody rozprzestrzenia się niczym pożar lasu, a potem równie nagle i tajemniczo się kończy i zmienia w coś innego. Był to najprostszy i najoczywistszy przykład złożonego systemu wewnątrzgrupowych preferencji wielkich grup, zachowujących się jak nuklearna reakcja łańcuchowa lub masowa epidemia, bo nie jest to tak proste, że każdy indywidualny konsument decyduje prywatnie sam za siebie, czego chce, a potem wychodzi w miasto i rozsądnie wydaje na to sumę, którą ma do dyspozycji. W żargonie demografów to zjawisko określa się jako Metastatyczny Wzorzec Konsumpcji, czyli MWK, poinformował Schmidt Grupę Fokusową, przewracając przy tym oczami, żeby ci, co słuchają, mogli się pośmiać wraz z nim z żargonu statystyków. Oczywiście, ciągnął moderator, ten model, który on tu pobieżnie szkicuje, jest znacznie uproszczony – pomija na przykład reklamę i media, które w dzisiejszym superskomplikowanym środowisku biznesowym śledzą, antycypują i podsycają te nagłe ruchy proliferacyjne w wyborach grupowych aż do momentu, w którym dany produkt czy marka uzyskują taką powszechną popularność, że stają się wręcz wiadomością kulturalną i-ukośnik-lub żertwą dla krytyków kultury i komików, a przy tym wiarygodnym rekwizytem dla przemysłu masowej rozrywki, która chce się prezentować autentycznie i modnie, a zatem wówczas produkt lub styl, który stał się gorący na wykresie MWK, przestaje wymagać płatnej reklamy, gdyż gorący artykuł stał się już elementem informacji kulturalnej, co – Schmidt uśmiechnął się tęsknie do słuchaczy – jest jednak zjawiskiem rzadkim i cenionym, traktowanym na rynku jak coś w rodzaju zdobycia Pucharu Świata.

Spośród 67 procent z dwunastu prawdziwych członków Grupy Fokusowej, którzy nadal koncentrowali się na uważnym słuchaniu Terry’ego Schmidta, dwaj mieli teraz takie miny, jakby nie wiedzieli, czy powinni się lekko obrazić: obaj mieli powyżej czterdziestu lat. Ponadto niektórzy z siedzących naprzeciwko siebie przy konferencyjnym stole dorosłych członków grupy zaczęli wymieniać spojrzenia, a ponieważ (jak sądził Schmidt) nie znali się oni wcześniej, nie mieli podstaw do nawiązywania znaczącego kontaktu wzrokowego i prawdopodobne było, że ich spojrzenia są reakcją na wywód moderatora o młodzieżowej modzie. Jeden z członków grupy miał regularne bokobrody w starym stylu, sięgające szczęk i kończące się ostrymi szpicami. Z trzech najmłodszych mężczyzn w sali żaden nie słuchał uważnie, a dwaj przyjęli postawy i miny rozmyślnie manifestujące brak zainteresowania. Trzeci sięgnął po czwartą Zbrodnię! z tacy na stole i starał się jak najciszej rozwinąć opakowanie, popatrując ukradkiem, czy nikt nie zwrócił uwagi na to, że przekroczył swój przydział konsumpcji produktu. Schmidt, lekko improwizując, kontynuował: „Mówię tutaj o modach młodzieżowych oczywiście tylko dlatego, że jest to najprostszy i najwyrazistszy przykład zjawiska. Marketingowcy z Mister Squishy doskonale wiedzą, że panowie nie jesteście dziećmi – tu uśmieszek w stronę młodszych członków GF, z których wszyscy mieli już czynne prawo wyborcze, kupowali alkohol i byli rejestrowani w komisjach wojskowych – a pozostawienie panów samych na czas swobodnej dyskusji w grupie nie miało na celu stworzenia asumptu do owczego pędu. Proszę pamiętać, że rynek miękkich słodyczy nie działa w ten sposób; jest on znacznie bardziej skomplikowany, a dynamika grupowa rynku jest zbyt trudna do omówienia bez wsparcia modelowania komputerowego i brzydkiej matematyki na tablicy, abyśmy mieli na to panów narażać”.

Samotna nieustraszona łódeczka sportowa zdążała z prawa na lewo przez wycinek jeziora widoczny przez duże okno, a raz czy dwa klakson samochodu na East Huron rozległ się tak przeciągle, że rozproszył uwagę Terry’ego Schmidta i kilku konsumentów, z których dwóch Schmidt, przyznał to sam przed sobą, potrafiłby szczerze znielubić – obaj byli starszawi, jeden z lokiem nad czołem, obaj patrzyli spode łba i drobnymi ruchami poprawiali na sobie elementy odzieży, czasami w sposób bardzo skupiony, jakby chcieli zakomunikować, że są tak ważni, iż ich uwaga jest bezcenna, ponieważ mają długie doświadczenie w wysiadywaniu w podobnych salach i przyglądaniu się prezentacjom dokonywanym przez gorliwych młodych mężczyzn z kolorowymi wykresami na sztalugach, którzy zabiegają o ich pozytywną reakcję, i że tak bardzo przewyższają poziom masowych konsumentów, do których adresowana była niezdarna imitacja spontaniczności moderatora, że zdarzało im się odbierać telefony komórkowe, a nawet wychodzić z sali podczas znacznie bardziej zniuansowanych, misternych, perswazyjnych prezentacji niż ta. Schmidt odbył kilkuletnią psychoterapię i nie był pozbawiony samowiedzy, toteż miał świadomość, że jakiś procent jego reakcji na oglądanie skórek przy paznokciach lub szczypanie załomka na nogawce nogi założonej nonszalancko na nogę pochodzi z jego własnej niepewności, że czuje się niejako skalany i napiętnowany całym tym przemysłem współczesnego marketingu i to niekiedy manifestuje się poprzez projekcje lęków; czuł na przykład, że ludzie, do których przemawia jak najszczerzej, są przekonani, że on wciska im towar lub jakoś tam nimi manipuluje, jakby przez sam fakt zatrudnienia w wielkiej miażdżącej machinie amerykańskiego marketingu przybrał obcy kolor, jakby jego błagalna mina była zawsze odbierana jako z gruntu fałszywa lub manipulatorska i zrażała ludzi, i to nie tylko w karierze zawodowej – która nie była całym jego życiem, w przeciwieństwie do wielu innych pracowników Drużyny Delta-y, ani nawet nie była dla niego specjalnie ważna; wiódł dynamiczne, skomplikowane, pełne introspekcji życie wewnętrzne – ale także w sprawach osobistych; że nie wiedzieć kiedy jego zawodowe talenty marketingowe rozprzestrzeniły się na cały jego charakter, tak że stał się typem człowieka, który gdyby miał zdobyć się na odwagę i zaprosić koleżankę z pracy na drinka, i przy drinkach otworzyć przed nią serce, ujawniając, że niesamowicie ją szanuje, że patrzy na nią z zawodowym, a także osobistym respektem i że myśli o niej znacznie częściej, niż jej się zdaje, więc jeśli jest cokolwiek, co mógłby zrobić, żeby ją uszczęśliwić, to ma nadzieję, że ona mu to powie, bo niczego więcej nie potrzebował, tylko jednego jej słówka, czy choćby pstryknięcia grubymi palcami, czy choćby znaczącego spojrzenia, a już byłby w gotowości, natychmiast i bezwarunkowo – więc nawet gdyby się na to zdobył, to prawdopodobnie zostałby zrozumiany jako ktoś, kto po prostu chce się z nią przespać, popieścić ją albo pomolestować, o ile nie ma jakiejś chorej obsesji na jej punkcie, na przykład nie założył sobie ołtarzyka ku jej czci w kącie nieużywanej drugiej sypialni w swoim bloku, który to ołtarzyk składałby się z osobistych drobiazgów wygrzebanych z jej służbowego kosza na śmieci oraz z nielicznych uszczypliwych liścików, jakie mu przesyłała podczas szczególnie nudnych lub absurdalnych zebrań personelu Drużyny Delta-y; albo ma w domu gigantyczne powiększenie cyfrowej fotki, na której obejmuje ją ramieniem, a z drugiej strony widać tylko część ręki i ramienia innego pracownika Drużyny Delta-y, który też obejmował ją ramieniem na pikniku w Navy Pier, urządzonego z okazji Czwartego Lipca przez firmę A.C. Romney-Jaswat & Assoc. dla swoich podwykonawców badawczych, a było to dwa lata temu; Darlene na zdjęciu trzyma kubek i uśmiecha się, odsłaniając tyle górnego dziąsła, co zębów, a czerwień kubka z piwem została cyfrowo zintensyfikowana i upodobniona do koloru jej szminki oraz małej czerwonej kokardki, którą zawsze nosiła po prawej stronie głowy niczym swego rodzaju osobisty podpis albo oświadczenie.

Tłum na chodniku gęstniał nieregularnie. Na każdych dwóch czy trzech przechodniów, którzy dołączali do grupy gapiów wyciągających szyje, ktoś inny nagle patrzył na zegarek, odrywał się od kolektywu i spieszył na północ albo na drugą stronę ulicy, żeby nie spóźnić się na jakieś spotkanie. Z pewnej perspektywy ten mały tłum przypominał więc zaangażowaną w metabolizm żywą komórkę z linearnymi strumieniami ruchu pieszych, które ją odżywiały. Brakowało dowodów na to, że wspinająca się postać widziała narastającą masę ludzką tak nisko w dole. Z całą pewnością nie uczyniła żadnego gestu ani miny, jakich oczekiwałoby się od kogoś, kto obserwuje innych z góry. Nikt z zebranych na chodniku widzów nie pokazywał palcem ani nie krzyczał; przeważnie tylko patrzyli. Obecne w tłumie dzieci trzymały opiekunów za rękę. Padały jakieś uwagi i nawiązywały się krótkie rozmowy między gapiami stojącymi obok siebie, ale słowa wypowiadane były półgębkiem, a wzrok wszystkich wbity był w sięgającą nieba kolumnę ułożonego naprzemiennie szkła i prasowanego kamienia. Pokonanie jednego piętra zajmowało postaci dwieście trzydzieści sekund; czas mierzył osobnik dojeżdżający do pracy. Plecak i fartuch postaci wyglądały na wypełnione jakimś sprzętem, gdyż były wybrzuszone. Wzdłuż rękawów goreteksowej bluzy wszyte były pętelki, a na ramionach, pod kolanami i na siedzeniu – chyba że była to gra światła odbitego od okien budynku – dziwne, jakby sutkowate pęcherzyki. Raki przy butach wspinaczkowych dało się zdejmować małym kwadratowym narzędziem w celu ich zaostrzenia lub wymiany – tak poinformował swoich sąsiadów długowłosy człowiek z drogim rowerem opartym o biodro. Nowi w tłumie wypytywali stojących obok, co się dzieje i czy oni coś wiedzą. Ten strój nie przepuszcza powietrza, a gość jest jakby napompowany – mówił długowłosy rowerzysta. Równie dobrze mógł mówić do swojego roweru, bo nikt go nie słuchał. Miał spięte spinaczami brzegi nogawek spodni dla ułatwienia jazdy na rowerze. Na co trzecim lub co czwartym piętrze postać robiła sobie przerwę i kładła się na wąskim gzymsie z wolutami na końcach. Mężczyzna, który kiedyś jeździł lotniskowym autobusem wahadłem, wyraził opinię, że postać na gzymsie specjalnie robi sobie przerwy, żeby się dopasować do narzuconego rozkładu; dziecko uczepione ręki kobiety, do której to mówił, obrzuciło go przelotnym spojrzeniem wciąż zadartej głowy. Każdy, kto patrzyłby z góry, ujrzałby zmienne zbiorowisko uniesionych głów, z ciałami tak skróconymi w perspektywie, że stanowiły zaledwie sugestie.

„Zapewne tylko do pewnego stopnia”, powiedział wtedy Terry Schmidt w odpowiedzi na pytanie wysokiego mężczyzny o twarzy w kształcie latawca i z naddartym identyfikatorem (dwa z sześciu wypisanych kursywą identyfikatorów w sali były rozdarte lub fragmentaryczne w wyniku odrywania od samoprzylepnej podkładki) z napisem FORREST, czterdziestolatka o dużych, silnie owłosionych dłoniach i z lekko wystrzępionym kołnierzykiem, którego to mężczyzny aura prawości – plus dwa pytania, które pomogły posunąć naprzód tok prezentacji – sprawiła, że Schmidt osobiście widział w nim kandydata na rzecznika Grupy Fokusowej. „Chodzi o to, że agencja R.S.B. jest przekonana, iż osobiste odpowiedzi panów są równie ważnym, jak odpowiedzi grupowe, narzędziem badania rynku dla takiego produktu jak Zbrodnia!. «PDGR razem z POI», jak to się mawia w naszym fachu”, dokończył ze sztuczną nonszalancją. Jeden z młodszych członków grupy – lat dwadzieścia dwa według informacji drobnym drukiem wpisanej w rollwerk zdobiący dolny bok identyfikatora i klasycznie przystojny – ubrany był w czapkę baseballową odwróconą daszkiem do tyłu i sweter w serek bez koszuli pod spodem, dzięki czemu demonstrował potężną klatkę piersiową i przedramiona (rękawy swetra były starannie podciągnięte dla odsłonięcia muskulatury przedramion, chociaż wyglądało to na zabieg przypadkowy, jakby mężczyzna bezwiednie podciągnął rękawy, myśląc o czymś innym niż on sam), kostkę jednej nogi trzymał założoną na kolano drugiej i tak nisko osunął się w fotelu, że górna noga znajdowała się na poziomie podbródka, a do tego obejmował sterczące kolano palcami zaplecionymi tak, by napięcie mięśni jeszcze lepiej uwydatniało bulwy jego przedramion. Terry Schmidt uprzytomnił sobie, że chociaż tyle krajowych produktów, od Multiwitaminy Centrum i Hipoalergicznych Łagodzących Kropli do Oczu Visine po Sprej do Nosa Nasacort AQ Prescription, kupuje się teraz w specjalnie zabezpieczonych przed otwarciem opakowaniach, co jest skutkiem afery zatruć Tylenolem sprzed dziesięciu lat i legendarnie szybkiej odpowiedzi na ten kryzys firmy Johnson & Johnson – wycofania wszystkich buteleczek wszystkich odmian Tylenolu ze sprzedaży detalicznej w Ameryce i wydania milionów na stworzenie z dnia na dzień funkcjonalnego i niekłopotliwego systemu zwrotów buteleczek z Tylenolem przez konsumentów indywidualnych w zamian za zwrot kosztów produktu z dodatkową sumą za benzynę lub za przesyłkę zwrotną, co oznaczało dziesiątki milionów strat, ale rekompensowały to firmie pozytywny PR i dobra wola konsumentów, którzy markę Tylenol zaczęli kojarzyć ze współczuciem i troską o dobrostan konsumenta, zadziałała więc strategia, która z dyrektora wykonawczego J&J i ich PR-owca uczyniła legendy na polu marketingowym, które Terry Schmidt dopiero w tym roku zaczął rozważać jako teren do praktycznego, potencjalnie kreatywnego i lukratywnego wykorzystania swego podwójnego dyplomu ze Statystyki Opisowej i Psychologii Behawioralnej, tak więc młody Schmidt widział już siebie w luksusowych salach konferencyjnych podobnych do tej, jak siłą swojej osobowości i znajomości faktów przekonuje stół obsadzony urzędnikami korporacyjnymi o zimnych oczach, że uzasadniona troska o dobrostan konsumenta to zarówno emocjonalnie, jak ekonomicznie Dobry Interes i że gdyby na przykład R.J. Reynolds zdecydował się ogłosić otwarcie, że jego produkty zawierają substancje uzależniające, że gdyby General Motors w ogólnokrajowych reklamach postawił jasno sprawę, iż wielka oszczędność paliwa jest jak najbardziej do osiągnięcia, jeżeli konsumenci zgodzą się wydać kilkaset dolarów więcej i przystać na mniejszą liczbę dodatków estetycznych, że gdyby wytwórcy szamponów przyznali się, że zalecenie „powtórzyć zabieg”, którym opatrzone są ich produkty, jest z punktu widzenia higieny całkiem zbyteczne, a producenci tabletek Tums General Brands szczerze oznajmili, że środka zobojętniającego Tums nie należy zażywać regularnie dłużej niż przez parę tygodni, gdyż po tym czasie wyściółka żołądka zaczyna automatycznie wydzielać dodatkowe ilości HCl dla zrekompensowania neutralizacji i pierwotne kłopoty z żołądkiem się nasilają, to zysk w korporacyjnym PR i skojarzenia z marką, która swoją prawością budzi ufność, przeważyłyby krótkoterminowe koszty i reperkusje na giełdzie, że owszem, jest ryzyko, ale nie przesadne, nie takie jak w grze w kości, bo za szczerością producentów przemawiają tak precedensy i dane demograficzne, jak i solidna reputacja dyskrecji i prawości agencji T.E. Schmidt & Wspólnicy, tak że owszem, panowie, w pewien sposób zachęca się was do postawienia w ciemno części kapitału własnego na pokorną odpowiedzialność Terence’a Erica Schmidta Juniora, którego cnoty, połączone z pragmatyzmem i przenikliwością w sprawach rynku, stanowią najlepszy i ostateczny argument; mówił do tych dyrektorów w kamizelkach i butach od Cole’a Haana dokładnie to, co chciał, by oni powiedzieli żałosnemu i cynicznemu rynkowi amerykańskiemu: Zaufaj Mi, Nie Pożałujesz, a kiedy myśli o tych niebieskookich narcystycznych fantazjach teraz, dekadę później, doświadcza czegoś na kształt wielkiego wewnętrznego grymasu, zażenowania przed sobą, cechującego większość naszych dręczących wspomnień o obiektach jednoczesnej fascynacji i wstrętu, chociaż w przypadku Terry’ego Schmidta pewna doza introspekcji i psychoterapii (która była źródłem jego obecnej skłonności do rysowania karykaturalnych autoportretów w zaciszu beżowej kabinki) pozwoliła mu zrozumieć, że jego zawodowe fantazje wcale nie są takie unikalne, gdyż znaczny procent zdolnych młodych mężczyzn i kobiet wybiera zawód w głębokim przekonaniu, że różnią się zasadniczo od ludzi przeciętnych, że są unikalni i w zasadniczy sposób wyżsi, centralni, znaczący – bo cóż innego tłumaczyłoby fakt, że przecież stanowili centrum wszystkich swoich doświadczeń przez całe dwadzieścia lat świadomego życia? – w związku z czym mogą zmienić wybraną dziedzinę samą swoją unikalną i centralną obecnością…; no więc (Schmidt jednocześnie deklamuje profesjonalnie do Grupy Fokusowej) chociaż tak wiele produktów pojawia się teraz w specjalnie zabezpieczonych opakowaniach, to ciastka z serii Mister Squishy – podobnie jak Hostess, Little Debbie, Dolly Madison, cały przemysł miękkiego cukiernictwa, ze swoimi śliskimi neopolimerowymi opakowaniami i pojemniczkami z taniej tektury – nie są absolutnie zabezpieczone, tak że wystarczyłoby wziąć cienką igłę ze strzykawką i dwadzieścia cztery śladowe dawki KCN, As2O3, rycyny, C21H22O2N2, acincetilcholiny, jadu kiełbasianego albo chociaż zwyczajnego Tl czy innego rozwodnionego związku metalu, żeby rzucić cały przemysł na kolana; bo nawet gdyby rynek miękkiego cukiernictwa przetrwał wstępny horror i zdołał odzyskać część konsumenckiego zaufania, to stosunkowo niska cena stanowiła zasadniczy element ustalonej Matrycy Atrakcyjności Rynkowej, natomiast koszt wprowadzenia opakowań, które w sposób widoczny zabezpieczyłyby ciastko przed atakiem cienkiej igły do zastrzyków podskórnych, spowodowałby tak wielki spadek popytu na Mister Squishy, że ciastko stałoby się ekonomicznie i emocjonalnie nieopłacalne, zmuszając cały przemysł cukiernictwa miękkiego do niekontrolowanej sprzedaży obnośnej &c.

W zróżnicowanych interwałach podczas prezentacji części limbiczne mózgu Schmidta podążały za tym rozumowaniem – gdy tymczasem pozostała część jego umysłu przeglądała wspomnienia i fantazje i doznawała fascynacji połączonej z obrzydzeniem wobec możliwości snucia podobnych myśli w subiektywnej prywatności podczas wprowadzania Grupy Fokusowej w rzekomo Pełnodostępny opis miejsca Mister Squishy w przemyśle cukiernictwa miękkiego oraz w trudności rozwojowo-marketingowe dotyczące smakołyku, który członkowie GF poznali jako Zbrodnię! (przy czym napomknął o rodzących się planach stworzenia miniaturowych ciasteczek występek! (sic), jeżeli produkt oryginalny będzie miał wzięcie), czego połowa sali słuchała, jak to się mówi, jednym uchem, śledząc własne toki myślenia, i Schmidt miał przez moment wizję zgromadzenia w sali konferencyjnej lodowców i/lub brył kry, których tylko ostre czubki widać nad wodą, nieznanych i niepoznawalnych dla siebie nawzajem, i wyobraził sobie, że chyba tylko w małżeństwie (i to w dobrym małżeństwie, a nie ceremonialnym tańcu samotności, w jakim przez siedemnaście lat obserwował własną matkę i ojca; no więc w prawdziwej intymności małżeńskiej) partnerzy pozwalają sobie zajrzeć pod publiczną maskę czapy lodowca i dają się prawdziwie poznać temu drugiemu, być może nawet w takim stopniu, że nie tylko pozwalają partnerowi zobaczyć wstrętną kolonię brodawek pod lewą pachą albo grzybicę paznokci obu stóp, od której paznokcie są przez kilka tygodni mocno żółtawe, ale może nawet od czasu do czasu szlochają nocą w ramionach tego drugiego i wyjawiają mu swoje najgorsze skryte lęki i myśli o niepowodzeniu, impotencji, strasznej, obezwładniającej małości wobec