Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nieoszlifowany diament - Marie Ferrarella

Świat Mirandy Shaw legł w gruzach, kiedy jej ojciec, znany i szanowany sportowiec, został dożywotnio zdyskwalifikowany za udział w aferze hazardowej. Miranda nigdy nie wierzyła w winę ojca. Będąc dzieckiem, nie mogła walczyć o jego dobre imię, a kiedy dorosła, minęło zbyt wiele czasu, aby ktokolwiek chciał jej słuchać. Pewnego razu natrafia w prasie na artykuł znanego dziennikarza Mike’a Marlowe’a. Mike przypomniał czytelnikom sprawę jej ojca i po raz kolejny napiętnował jego zachowanie – ku przestrodze innych zawodników. Miranda postanawia skontaktować się z dziennikarzem i przekonać go o niewinności Shawa…

Opinie o ebooku Nieoszlifowany diament - Marie Ferrarella

Fragment ebooka Nieoszlifowany diament - Marie Ferrarella

Marie Ferrarella

Nieoszlifowany diament

Tłumaczyła Anna

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Co za świętoszkowaty drań!

Miranda Shaw była tak zaskoczona i wzburzona, że nie zdążyła zapanować nad swoją natychmiastową reakcją. Jej pełne emocji słowa pozostawały w jaskrawej sprzeczności z cichą klasyczną muzyką wypełniającą laboratorium farmaceutyczne, miejsce pracy Mirandy.

Jeszcze przed chwilą rozluźniona i zrelaksowana, teraz dyszała gniewem i bezsilną złością. Policzki jej płonęły, oddech stał się urywany i płytki. Było popołudnie, pora lunchu minęła już dobre półtorej godziny temu i Miranda wreszcie postanowiła zrobić sobie przerwę. Sięgnęła po sportową sekcję „Los Angeles Times”, której od lat była oddaną czytelniczką. Już jako czterolatka zaczęła samodzielnie czytać wiadomości sportowe, bo nie mogła doczekać się, kiedy mama przeczyta jej wyniki meczów baseballu. Umiejętność czytania zdobyła sama, ucząc się liter po nazwiskach zawodników.

Baseball od zawsze był jej największą namiętnością i pasją. Dzięki tacie, rzecz jasna. Ukochanemu tacie. Steven Orin Shaw, „SOS” dla tysięcy zagorzałych kibiców, był w swoim czasie uważany za miotacza wszech czasów – póki skandal nie zakończył gwałtownie jego kariery.

Wielu wtedy się od niego odwróciło. Wielu, ale nie córka. Dla Mirandy ojciec nadal był człowiekiem bez skazy. Nawet teraz, w wieku dwudziestu czterech lat, była mu całkowicie oddana i lojalna.

Z rosnącą frustracją czytała kolejne zdania artykułu. Mike Marlowe, dziennikarz sportowy, był jej ulubieńcem... aż do dziś. Oczywiście czasem nie zgadzała się z jego poglądami, jednak doceniała jego wiedzę, znajomość tematu i doskonały warsztat.

W tym jednak momencie życzyła mu jak najgorzej. Gdyby dostała go teraz w swoje ręce, skończyłby marnie. I w męczarniach.

O tej porze roku, kiedy ludzie powoli pakowali świąteczne dekoracje i wyrzucali spisane pod wpływem chwili postanowienia noworoczne, dziennikarze związani z baseballem przystępowali do corocznego rytuału. Ludzie skupieni w Baseball Writers Association of America sporządzali listę ewentualnych kandydatów godnych nominowania do Galerii Sław Baseballu.

Procedury były żmudne i długie. Najpierw sporządzano listę, następnie wybierano osoby nominowane, a z nich w głosowaniu wyłaniano szczęśliwca. Miranda już dawno pogodziła się ze świadomością, że jej ojciec nigdy nie znajdzie się wśród największych gwiazd.

Jednak ten idiota, ten cymbał, który tak ją rozczarował, miał czelność wyciągnąć na światło dzienne fakty, które już dawno stały się przeszłością. Przypadek jej ojca, niegdyś dożywotnio odsuniętego od gry, posłużył mu jako przykład zachowań, jakie należy konsekwentnie piętnować i których nigdy nie można wybaczyć. Marlowe ubolewał, że w świecie sportu co i raz wybuchają kolejne skandale. Cały artykuł udowadniał tezę, że SOS, znakomity zawodnik, który splamił się popełnieniem karygodnego czynu, nigdy przenigdy nie może być brany pod uwagę jako kandydat do Galerii Sław.

Miranda wiedziała o tym wystarczająco dobrze, nikt nie musiał jeszcze raz jej o tym przekonywać. Ojciec boleśnie zawiódł swych kibiców, okrył niesławą swe imię, splamił honor baseballu.

Cóż, zdarzyła mu się chwila słabości i dał się ponieść hazardowi. Tyle ludzi to robi, a ojciec nigdy nie działał przeciwko swojej drużynie. Patrząc obiektywnie, nie stało się nic aż tak niewybaczalnego, co skazywałoby go na wieczne potępienie.

Z drugiej jednak strony sama nie była już tego taka pewna.

Doczytała artykuł do końca. I co teraz? – zastanowiła się. Jeśli ojciec go przeczyta, to się załamie. Jakby jeszcze się mało nacierpiał. Najpierw afera, pół roku później wypadek, z którego ledwie wyszedł z życiem. Nic dziwnego, że tata zamknął się w sobie, unikał ludzi. Minęło wiele lat, nim Mirandzie udało się do niego dotrzeć i wyrwać go z osamotnienia.

Ten artykuł może to wszystko zniszczyć.

Tilda Levy pracująca przy sąsiednim biurku usłyszała jej gniewne słowa i odwróciła wzrok od komputera. Potarła czoło i popatrzyła na Mirandę.

– Wcześniej dostałaś wypłatę? – zagaiła. Większość chemików zatrudniona w dziale badawczym Promise Pharmaceuticals uskarżała się na zbyt niskie płace, zwłaszcza w odniesieniu do wymagań stawianych pracownikom.

– Słucham? – Pochłonięta artykułem, potrzebowała chwili, by pojąć sens pytania Tildy. – Nie. To ten artykuł.

Podniosła się i cisnęła gazetę do kosza na śmieci. Kosz przewrócił się na podłogę. Mamrocząc pod nosem przekleństwa, Miranda poszła postawić go z powrotem.

Tilda obserwowała ją uważnie. Znały się od początku liceum, już wtedy razem pracowały w laboratorium chemicznym. Tilda dobrze orientowała się w sportowych upodobaniach przyjaciółki, choć sama ich nie podzielała.

– O co chodzi? Czyżby twój ulubiony sprawozdawca nie dawał naszym szans na tegoroczne mistrzostwo? – zapytała. Miranda zawsze kibicowała drużynie z Los Angeles. Jej ojciec grał w Angelsach przez ostatnie siedem lat swojej kariery.

Miranda nie odpowiedziała. Z grymasem spojrzała na gazetę.

– Jest coś o twoim ojcu, tak? – domyśliła się Tilda.

Miranda wsunęła dłonie w kieszenie białego fartucha. Najchętniej by się przeszła po laboratorium, by rozładować emocje, lecz na spacery nie było tu miejsca.

Głośno wypuściła powietrze.

– Tak – potwierdziła krótko.

Tilda, wzruszywszy ramionami, zabrała się znowu do pracy.

– Nie przejmuj się. Jutro ta gazeta będzie wyścielać czyjąś klatkę dla ptaków. Albo wyląduje w koszu na śmieci.

Dzisiaj jednak trafiła do czytelników, kto wie ilu? I, co jest bardzo prawdopodobne, do rąk jej ojca. Tylko to teraz dla niej miało znaczenie.

Wyprostowała się. Za bardzo jest zdenerwowana, by spokojnie usiedzieć na miejscu. Musi coś zrobić.

– Napisał, że... – Wyciągnęła z kosza gazetę i trzymała ją z obrzydzeniem. Nie minęła sekunda, kiedy znalazła właściwą stronę. – „Steve Orin Shaw, SOS dla przyjaciół i obawiających się go wrogów, w boleśnie przykry sposób ucieleśnia to wszystko, co jest w sporcie najgorsze i godne potępienia...” – Urwała, bo dławiło ją w gardle. Nabrzmiałe złością i żalem łzy zapiekły pod powiekami. – To jeszcze nie wszystko – dodała, gdy wreszcie mogła wydobyć z siebie głos.

– Zwykle tak jest – uspokajająco powiedziała Tilda. Widziała, że przyjaciółka jest roztrzęsiona. Podeszła do jej biurka, otoczyła Mirandę ramieniem. – Ludzie zawsze gadają, nawet gdy nie bardzo jest o czym. A skoro w tym wypadku mieli pretekst – dodała bez zastanowienia – to emocje sięgnęły zenitu. Nic na to nie poradzisz, niestety. Nic nie możesz zrobić.

Miranda zrzuciła z siebie ramię przyjaciółki. Popatrzyła na nią zwężonymi oczami.

– Owszem, mogę – rzekła z mocą. W jej oczach pojawił się upór.

Tilda westchnęła ciężko.

– Zdajesz sobie sprawę, że we wszystkich stanach morderstwo jest uznawane za przestępstwo.

– Jest jeszcze coś takiego jak zabójstwo w afekcie – zripostowała Miranda. Nie chciała jednak zamordować Marlowe’a, ale zmusić go do odszczekania tego, co napisał. I publicznego odwołania zarzutów, by przynajmniej w części odbudować dobre imię taty.

Tilda pokręciła głową.

– Nie wydaje mi się, by jakikolwiek sędzia uznał, że krzywdzący artykuł Marlowe’a jest wystarczającym powodem na usprawiedliwienie zabójstwa. – Spoważniała. – Odpuść to sobie, Mirando.

Mogła przemawiać jej do rozsądku, lecz prędzej umrze, niż odpuści, pomyślała. Ojciec potrzebuje kogoś, kto stanie w jego obronie. Sam nie umie o siebie walczyć. Dożywotnia dyskwalifikacja zdruzgotała go do szczętu, odebrała mu ducha. W dzieciństwie i wczesnej młodości, gdy ojciec wciąż był w trasie, widywała go z rzadka, w zasadzie od święta. Później umarła Ariel i wszystko zaczęło się walić. Najpierw rozsypało się małżeństwo rodziców, potem znienacka spadła na nią śmierć mamy. Jedno tylko się nie zmieniło: jej bezgraniczna miłość i oddanie dla taty.

Teraz jest mu potrzebna bardziej niż kiedykolwiek.

– Nie mogę.

Usiadła przy komputerze, lecz zamiast studiować równania i liczby, otworzyła pocztę i zaczęła gorączkowo stukać w klawisze. Kolejne zdania w ekspresowym tempie pojawiały się na ekranie.

Tilda popatrzyła na Mirandę ze zdziwieniem.

– Co ty tam robisz?

Miranda pisała dalej. Podniosła dumnie głowę, jakby chciała pokazać, że jest gotowa stawić czoło całemu światu. Nikt nie wpłynie na jej przekonania.

– Piszę do tego Mike’a Marlowe’a, co myślę o nim i jego arbitralnych sądach, które zechciał wyrazić w swym artykule.

– Napiszesz mu, czyją jesteś córką?

Wiedziały, że taka informacja zmieniłaby wymowę listu. Adresat mógłby argumentować, że jej opinia jest nieobiektywna. Co nie było prawdą, bo starała się być fair, choć ten kretyn wcale na to nie zasługiwał.

Odsunęła z pociemniałych oczu jasną grzywkę.

– Nie. Napiszę mu tylko, że jest beznadziejnym dupkiem.

Tilda roześmiała się, pokręciła głową i wróciła do swojej pracy. Uśmiechając się, dorzuciła na koniec:

– Z pewnością uzna to za bardzo pouczające.

Mike Marlowe spodziewał się odzewu na swój artykuł. Prawdę mówiąc, żaden z jego artykułów nie przechodził bez echa. Liczył, że teraz też nadejdzie trochę listów od zagorzałych miłośników baseballu, którzy poprą jego zdanie.

Z przykrością wracał do sprawy Shawa. Niegdyś SOS był ikoną tego sportu, powszechnie uwielbiany i szanowany, wręcz otoczony czcią swoich fanatycznych kibiców. Na boisku był bogiem. Mike sam pamiętał, z jakim podziwem i nabożeństwem oglądał jego grę, zachwycał się jego precyzją i doskonałością każdego zagrania. Shaw miał osiągnięcia, jakimi nie mógł poszczycić się żaden z najbardziej zasłużonych zawodników. Przewyższał wszystkich. Kiedy został zmuszony do wycofania się ze sportu, miał na swoim koncie rekordową liczbę trzystu siedemdziesięciu zwycięstw, podczas gdy dla każdego gracza spełnieniem życiowych marzeń było trzysta.

Pod prawie każdym względem był bogiem.

Prawie pod każdym względem. No właśnie. Prawie.

Najgorszym przestępstwem w baseballu nie było zmarnowanie rzutu czy przegranie rozstrzygającego meczu, lecz sterydy i hazard.

Hazard jako taki. Nawet nie w odniesieniu do wyników własnej drużyny, co mogłoby sugerować ustawianie meczu, lecz w ogóle. Obstawianie zakładów było owocem zakazanym. SOS uległ pokusie, co było grzechem nie do wybaczenia. Któregoś lata zrobił serię zakładów. Został na tym przyłapany i zdyskwalifikowany.

Mike’owi spodobało się, że Shaw nie próbował się wykręcać i usprawiedliwiać. Nie zaklinał się, że doznał chwilowego zaćmienia umysłu, że nie wiedział, co robi. Zajął pozycję, z kamienną twarzą oddał rzut, a potem na zawsze zszedł z boiska.

Mike doskonale pamiętał tamten dzień. W domu właśnie mieli usiąść do obiadu, kiedy w telewizji podano wstrząsającą informację, że Shaw został dożywotnio zdyskwalifikowany. Usłyszał te słowa, nim ojciec wyłączył odbiornik. Jak szalony wybiegł wtedy z kuchni do salonu i włączył telewizor. Było mu niedobrze ze zdenerwowania. Miał dwanaście lat i był to dla niego koniec świata.

Ojciec już chciał go skarcić, lecz Kate, która zastąpiła im mamę, zawołała tatę do kuchni, by pomógł jej przy czymś. Kate doskonale wiedziała, jak wiele baseball i Shaw, wielki SOS, znaczyli dla Mike’a.

Kochał tatę, mimo trudnych chwil po śmierci mamy, kiedy ojciec oddalił się od synów. Nie był jednak jego bohaterem, był nim Steven Orin Shaw, SOS.

Siódmego sierpnia, doskonale pamiętał tę datę, jego idol spadł z piedestału. Stracił go na zawsze. On i tysiące innych chłopców i mężczyzn, dla których był niedoścignionym wzorem. Kiedy słuchał napływających informacji, czuł najpierw niedowierzanie i sprzeciw, a potem niepokój i przejmujące rozczarowanie.

Na koniec zostało tylko rozczarowanie. Nie mógł poradzić sobie z bolesnym poczuciem zawodu, to było ponad jego siły. Bracia próbowali go pocieszać, tata również. Bezskutecznie. Dopiero Kate wyciągnęła go z dna rozpaczy.

– Nie znamy całej historii – powiedziała, siadając wieczorem na jego łóżku. – Pan Shaw nie wyjaśnił swoich motywów. A do tej pory zawsze był porządnym i przyzwoitym człowiekiem, który całe serce wkładał w grę.

– Skąd wiesz, że jest porządny i przyzwoity? – zaatakował ją, łykając łzy gniewu i żalu. Nie chciał płakać, przecież nie był już małym dzieckiem. – Może zrobił jeszcze coś, o czym wcale nie wiemy.

– Może – potaknęła Kate. Pogładziła Mike’a po jasnych włosach. Poczuł lekką ulgę, uspokoił się. – Ale nie myślę, żeby tak było.

– Dlaczego?

– Bo on ma smutek w oczach – powiedziała po prostu. – Widać, że bardzo cierpi. Przeżył w życiu tragedię i podniósł się z niej. Takim ludziom można zaufać, są honorowi.

Popatrzył wtedy na Kate speszony.

– Jaką tragedię?

– Jego starsza córka, Ariel, umarła na raka. Takie doświadczenie może załamać człowieka, zniszczyć go. Jednak Shaw się pozbierał, wrócił do gry. Bo wielu chłopców takich jak ty liczyło na niego.

– No to dlaczego teraz tak postąpił? – wybuchnął.

– Nie wiem. Ale wiem, że żałuje tego, co się stało. Jest mu przykro, że zawiódł. Takich chłopców jak ty – dodała z uśmiechem, który pokrzepiał i dawał obietnicę, że wszystko będzie dobrze.

I tak było. Przynajmniej mniej więcej.

Rozczarował się swoim idolem, lecz nie stracił miłości do baseballu. Kochał tę grę, tak jak kochała ją Kate. Dalej chodził na mecze, z czasem zdobył się nawet na oglądanie Angelsów. Już bez Shawa.

Jak większość chłopców w jego wieku marzył, że kiedyś zostanie gwiazdą tej dyscypliny. Nie wykazał się jednak wybitnymi osiągnięciami i talentem, więc skończył dziennikarstwo i wyspecjalizował się w tematyce sportowej, zwłaszcza w baseballu. W ten sposób nadal zajmował się tym, co najbardziej kochał.

Nim przystąpił do pisania tego artykułu, był święcie przekonany, że już dawno pogodził się z tymi gorzkimi wydarzeniami sprzed lat, z utratą swego dziecięcego bohatera i chłopięcych złudzeń. Prawda była inna. Miał wrażenie, że znów obudził się w nim tamten zawiedziony chłopiec, który czekał cierpliwie, uśpiony, a teraz domaga się odpowiedzi na pytanie, dlaczego jego idol tak postąpił.

Póki się tego nie dowie, nie zdoła mu wybaczyć, nie będzie chciał tego zrobić. Od lat próbował skontaktować się z Shawem, umówić się z nim na wywiad, lecz wszystkie wysiłki spełzały na niczym. Shaw nawet nie pofatygował się, żeby do niego oddzwonić.

Co roku członkowie Baseball Writers Association of America zbierają się i wspólnie zastanawiają, czy wśród byłych zawodników jest ktoś godny zaszczytu nominowania go do Galerii Sław. W tym roku zaczęły chodzić słuchy, jakoby nadeszła pora odstąpienia od wyśrubowanych wymagań, przymknięcia oka na dawne przewinienia i wybaczenie win człowiekowi, który był żywą legendą. Który gdyby niegdyś nie popełnił błędu, już dawno zostałby wybrany.

Mike nie mógł zrozumieć takiego podejścia, tym bardziej się z nim pogodzić.

Kiedy po raz trzeci spotkał się z tą plotką, uznał, że musi zająć w tej sprawie jednoznaczne stanowisko. Być może przemawiało przez niego dawne rozczarowanie, tamten zawiedziony, odarty ze złudzeń chłopiec. Miał jednak głębokie poczucie słuszności tego, co robi, i wiedział, że będzie zażarcie bronił każdego napisanego przez siebie słowa.

Najwyraźniej „Miranda” z Bedford miała w tej sprawie odmienne zdanie, stwierdził z uśmiechem, czytając jej ostatniego e-maila. Nie przebierając w słowach, powiedziała, co o nim myśli. Przysłała ponad dziesięć wiadomości. Niesamowita kobieta. Potrząsnął z niedowierzaniem głową. Dziesięć razy to samo, choć ujęte w inny sposób.

Prawdopodobnie to dawna fanka Shawa. Typowa groupie. Całe ich stada jeździły za drużynami z meczu na mecz, z miasta do miasta. Każda z nich adorowała innego zawodnika albo cały zespół. Miranda zapewne weszła z SOS w bliższe relacje i dlatego teraz tak osobiście odebrała ten artykuł.

Zamyślił się. Shaw cieszył się opinią człowieka bezgranicznie oddanego rodzinie, aż do śmierci swej córki. Żona Shawa nie otrząsnęła się po tej tragedii i wkrótce umarła, a wcześniej zdążyła się rozwieść. To był trudny okres w życiu Shawa. Nadal grał, niektórzy uważali nawet, że jeszcze lepiej niż wcześniej, jakby w grze odnajdował ukojenie. Szeptano o panienkach i dzikich imprezach, choć te podejrzenia nigdy nie zostały poparte dowodami.

Ta Miranda prawdopodobnie pochodziła z tamtej epoki, podsumował Mike.

Wyprostował się i położył ręce na klawiaturze.

Droga Mirando,

Obawiam się, że dawne sentymenty nieco zaburzają twoją ocenę. Nikt nie twierdzi, że w swoim czasie SOS nie był doskonałym zawodnikiem, jednak w ostatecznym rezultacie stał się przyczyną bolesnego rozczarowania tysięcy zapatrzonych w niego chłopców – i dziewczynek – dla których był żywym idolem. Bohaterowie naznaczeni piętnem skandalu przestają być bohaterami, niezależnie od swych wcześniejszych dokonań. Podtrzymuję moją opinię. SOS w żaden sposób nie może być rozgrzeszony ze swoich win i nominowany do Galerii Sław. Tam miejsce jest tylko dla tych, którzy naprawdę sobie na to zasłużyli.

Przebiegł wzrokiem tekst, kiwnął głową i nacisnął „Wyślij”.

Miranda pracowała przy komputerze, gdy nagle pojawił się komunikat o odebranej wiadomości. Natychmiast ją otworzyła. W gruncie rzeczy wcale nie spodziewała się odpowiedzi.

Przesunęła wzrokiem po ekranie, zacisnęła usta. Po chwili zaczęła pośpiesznie pisać odpowiedź.

Czy zawsze był pan takim nadętym obłudnikiem, czy może tak pana zmieniło to nagłe powołanie do orzekania wyroków? Od jakiegoś czasu regularnie czytam pańskie artykuły. Aż do dzisiaj miałam o panu jak najlepsze zdanie, ale widać ktoś nagle odebrał panu nie tylko serce, ale również rozum.

Nie przeczytawszy tego, co napisała, nacisnęła „Wyślij”. Uderzyła w klawisz tak mocno, że aż złamała paznokieć.

Kątem oka dostrzegła patrzącą na nią Tildę. Nabrała powietrza i wypuściła je powoli, by się uspokoić. Wtedy jednak na ekranie pojawiły się nowe zdania.

Sprytnie. Widzę, że raczej nie dojdziemy do porozumienia. I niech tak będzie. Każdy ma prawo do własnej opinii, dzięki temu świat posuwa się naprzód. Zgódźmy się na to, że się nie zgadzamy.

Uważa się za nie wiadomo kogo. Traktuje ją arogancko i protekcjonalnie, między wierszami zarzuca jej małostkowość. Choć oboje wiedzą, że to bardziej odnosi się do niego, pomyślała. Zagotowało się w niej.

Na nic się nie zgadzam. Bardzo się mylisz i nawet nie próbujesz wysłuchać innych opinii. Gdybyś teraz był tutaj, zmusiłabym cię, żebyś wszystko odszczekał.

Mike oparł się wygodniej i czytał słowa pojawiające się na ekranie. Najwyraźniej trafił ją w czułe miejsce. Mógłby na tym poprzestać, dać sobie spokój z tą fanką, jednak rodzice nauczyli go bronić swoich racji i nigdy nie wycofywać się bez walki. Nawet w tak nieistotnej sprawie jak teraz. Może tylko przestanie silić się na uprzejmość.

Niezależnie od tego, gdzie się teraz znajduję, nadal wierzę w to, co napisałem. Wybaczyć można utracone rzuty, ale nie utraconą moralność. Jeśli chcesz kontynuować tę dyskusję oko w oko, podaj miejsce i czas.

To powinno postawić ją do pionu, pomyślał, naciskając „Wyślij”.

Nie spodziewał się odpowiedzi, co najwyżej paru niedwuznacznych epitetów, tym większe więc było jego zaskoczenie, gdy na ekranie pojawiły się kolejne słowa.

Bailey’s Sports Bar. Szósta wieczorem. Dzisiaj.

ROZDZIAŁ DRUGI

Mike wpatrywał się w monitor, czekając na jakiś ciąg dalszy.

Minęło kilka sekund. I nic. Tylko te kilka słów na jasnym ekranie. Brzmiących jak wyzwanie. Mimowolnie skojarzył je sobie z dzieckiem buńczucznie zadzierającym głowę i wyzywającym na pojedynek.

Tylko że tych słów nie napisało dziecko, ale zadziorna kobieta. Jedna z zagorzałych fanek baseballu – albo wręcz obsesyjnie zapatrzona w Shawa.

Teraz wyraźnie tęskni za dawnym, pełnym przygód i emocji życiem, szuka podniet, podsumował w duchu.

Przez chwilę zastanawiał się, czy jest sens się z nią spotykać. Po co tracić czas na bzdurne gadki z szaloną kobietą, po co się w to wplątywać? Z drugiej strony ten bar jest dość uczęszczany, nawet w poniedziałek będzie sporo ludzi. A i jego ciekawość została pobudzona. Jeśli ta kobieta znała SOS, być może uda mu się ją wyciągnąć na wspominki. Nie zdołał zrobić wywiadu, ale przynajmniej będzie miał relację z drugiej ręki.

Kto wie, jeśli dobrze rozegra sprawę, a ta kobieta rzeczywiście zna Shawa, to może zechce go z nim poznać.

Nim położył dłonie na klawiaturze, na ekranie pojawiło się coś nowego.

Obleciał cię strach?

No nie, wyzywa go, pomyślał zaintrygowany.

Przyjdę.

Naraz uzmysłowił sobie, że przecież nie ma pojęcia, jak ona wygląda.

Jak cię poznam?

To ja cię poznam.

Zdawkowa odpowiedź bynajmniej go nie zadowoliła. Liczył na coś więcej.

Wiedziała, że to nie było zbyt grzeczne z jej strony, ale nie miała ochoty na uprzejmości. Tak ją zdenerwował ten cholerny artykuł. Taki przemądrzały pacan nie zasługiwał na nic lepszego.

Chyba że to zdjęcie na górze kolumny jest nieaktualne.

Dodała, bo przecież i tak mogło być. Ludzie z mediów w rzeczywistości często wyglądali zupełnie inaczej niż na fotkach zamieszczanych w prasie. Pokazywali te sprzed lat.

Odpowiedź nadeszła natychmiast.

To zdjęcie sprzed roku.

Czyli ten Marlowe wygląda całkiem, całkiem, pomyślała. Chyba że fotograf był rozkochany w możliwościach Photoshopa. Tak czy inaczej, to nie ma dla niej żadnego znaczenia. Chce mu przemówić do rozsądku, to jest celem spotkania. Gdyby nie ludzie tacy jak Marlowe, zacietrzewieni w swoich sądach i z klapkami na oczach, jej ojciec miałby szansę na dostąpienie zaszczytu, na który naprawdę sobie zapracował i który mu się należy. Wprawdzie tata twierdził, że wcale mu na tym nie zależy, jednak ona wiedziała swoje. Jak mogłoby mu nie zależeć na rehabilitacji i uznaniu swoich wyjątkowych osiągnięć?

Dobrze. Do zobaczenia o szóstej.

Odpisał prawie od razu.

Może byłoby lepiej o wpół do siódmej.

Już było jednak za późno. Jego rozmówczyni zdążyła się wyłączyć i nie otrzymał żadnej odpowiedzi.

Jeszcze raz przebiegł wzrokiem ich korespondencję. Ta „Miranda” najprawdopodobniej ma już swoje lata, stwierdził. Świadczył o tym jej sposób pisania. Nie skracała słów, nie zastępowała ich pojedynczymi znakami, z czym tak często się spotykał i co zawsze go irytowało. Jako dziennikarz przykładał wielką wagę do języka; cenił go jako precyzyjne narzędzie, z którego należy przemyślnie korzystać, a nie zawężać i minimalizować jego możliwości. Większość osób, z którymi pracował i z którymi się stykał, miała do tego zupełnie inne podejście niż on. Wszyscy mieli po dwadzieścia parę, trzydzieści parę lat.

Wniosek sam się nasuwał: kobieta, z którą się umówił, przypuszczalnie jest w średnim wieku, może nawet starsza. I jak nic, ma w sypialni ołtarzyk ku czci Shawa, nie mówiąc o ścianie obwieszonej jego fotografiami. No i jeszcze świece do kompletu.

Oparł się wygodniej, splótł ręce za głową i zamyślił się.

Może jednak powinien sobie darować to spotkanie? – zastanowił się.

Ma doskonałą wymówkę. Wprawdzie dziś dopiero poniedziałek, ale musi zacząć szykować się do wyjazdu na Super Bowl, finał mistrzostw w futbolu amerykańskim, było nie było najważniejsze wydarzenie sportowe roku. Ryan Wynters, który miał je relacjonować, niespodziewanie zachorował. Grypa dosłownie ścięła go z nóg. Mike miał go zastąpić, czyli już powinien zacząć się pakować. Zamiast tracić czas, siedząc w barze i czekając na jakąś zdrowo trzepniętą fankę, która pewnie skoczy mu do oczu.

Wiedział z góry, że ani on jej nie przekona do swoich racji, ani ona jego.

Po co więc się tym zajmować?

Spochmurniał.

Obiecał jej, że przyjdzie. A zawsze dotrzymywał słowa.

Westchnął ciężko.

Lance Matthews, krytyk teatralny, którego biurko stało na wprost biurka Mike’a, popatrzył na niego. Na mizernej, pociągłej twarzy Lance’a nie malowało się żadne uczucie.

– Co za jęki? Czyżby Ryan zadzwonił z informacją, że jednak zwlecze się z łóżka i pojedzie?

– Nie – odparł wolno Mike. Wszyscy wiedzieli, że Ryan wyrywał się na ten finał i naprawdę musiało być z nim kiepsko, skoro zgodził się na zastępstwo. – Zastanawiam się, czy spotkać się z tą fanką, czy nie.

W oczach Lance’a mignęło coś na kształt zainteresowania.

– Czyją fanką? Twoją?

W jego głosie zabrzmiało wyraźne niedowierzanie. Facet był niemożliwy. Miał ego rozdęte do monstrualnych rozmiarów.

– Nie, Stevena Shawa.

Lance kiwnął głową. Mike spodziewał się, że na tym temat się zakończy. Lance z pogardą odnosił się do spraw związanych z aktywnością fizyczną, sprawdzenie numeru miejsca na teatralnym bilecie było wszystkim, na co mógł się zdobyć. Jednak najwyraźniej czasem dochodziło do niego coś więcej, skoro słyszał o SOS.

– Ma niewielkie grono fanów, za to bardzo oddanych. Absolutnie lojalnych, jak mówią. Już nawet myślałem, że po tym artykule, w którym skazałeś go na wieczne potępienie, wychyną spod ziemi i dobiorą ci się do skóry – dodał z triumfalnym uśmieszkiem.

– Niczego takiego nie zrobiłem – obruszył się Mike. – Napisałem jedynie, że jeśli wysuniemy jego kandydaturę, będzie to równoznaczne z obniżeniem naszych standardów. Stworzymy niebezpieczny precedens i damy sygnał młodym zawodnikom.

Lance obronnym gestem uniósł ręce.

– Błagam, oszczędź mi cytowania całego artykułu. Zapewniam cię, że generalnie wiem, o co chodzi. – Umilkł, po chwili dodał: – I powiem ci, że całkowicie się z tobą zgadzam.

Mike zaniemówił. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz Lance przyznał mu rację.

– Ale mam wątpliwości co do tego twojego spotkania z tak zwaną fanką. Na wszelki wypadek przynajmniej weź ze sobą gaz pieprzowy. Nie przyszło ci do głowy, że ta kobieta może być świrnięta? Oczywiście – dodał – każdy, kto przesadnie interesuje się sportem, jest w pewnym sensie świrem... ja tak uważam.

– Dzięki za troskę, ale dam sobie radę.

Lance uśmiechnął się jeszcze bardziej triumfująco, jakby chciał dać do zrozumienia, że ma do czynienia z beznadziejnym przypadkiem.

– Domyślam się, że nie oglądałeś filmu „Misery”.

Wiedział, do czego pił Lance. Fanatyczne zachowania zdarzają się nie tylko w filmie.

– Oglądałem. Będę ostrożny. Jeśli ta Miranda przyjdzie do baru z siekierą, natychmiast zwieję.

Lance przymrużył oczy, jednak nadal patrzył z nieumiejętnie skrywaną pogardą.

– Wtedy już może być za późno.

Mike wzruszył ramionami.

– Trudno, zaryzykuję – rzekł, kończąc temat, i wrócił do pracy.

Pięć godzin później siedział przy barze, popijając piwo i wpatrując się w drzwi wejściowe. Jednak za każdym razem, kiedy się otwierały, do środka wchodził ktoś inny niż ta „Miranda”. Miranda. Kto daje dziecku takie imię?

W kuflu już prawie widać było dno.

Przyszedł do baru dziesięć minut przed czasem. Chciał być pierwszy, by mieć możliwość przyjrzenia się tajemniczej rozmówczyni, nim do niego podejdzie, wyrobić sobie jakiś pogląd na jej temat. Wszystkie kobiety, jakie znał – z wyjątkiem Kate – zawsze się spóźniały.

Popatrzył na zegarek. Punkt szósta. Pewne jak amen w pacierzu, że ona się tu nie zjawi, pomyślał, upijając kolejny łyk. Odstawił kufel, otarł dłonią usta. Poczeka kwadrans i wyjdzie.

Kiedy do baru weszła starsza kobieta, był pewien, że to Miranda. Przez długą chwilę czuł na sobie jej wzrok. Ktoś po przebyciu pustyni patrzyłby tak na oszronioną szklankę napoju. Z wahaniem i lekkim żalem w oczach minęła go i poszła dalej.

Do diabła, nie ma czasu na takie zabawy. Dopił piwo i zdecydowanym gestem odstawił kufel. Pora się zbierać. Ma jeszcze artykuł do skończenia, musi też się spakować. Nie lubi odkładać takich rzeczy na ostatnią chwilę, bo nigdy nie wiadomo, co może mu jeszcze wyskoczyć.

Pochłonięty tymi myślami, nie poczuł, że tuż za nim ktoś stanął. Dopiero gdy się odwrócił, niespodziewanie zderzył się ze stojącą za nim osobą. Cofnął się raptownie.

Od małego miał wpojone dobre maniery, więc automatycznie przeprosił.

– Przepraszam, to naprawdę niechcący. – Ho, ho, naprawdę fantastyczna dziewczyna, pomyślał, starając się nie wpatrywać w nią zbyt nachalnie. Cudowne ciało i piękne oblicze, dawno nie widział tak atrakcyjnej kobiety. – Chyba zanikła moja umiejętność wykrywania pięknych kobiet...