Wydawca: BIS Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 487 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nieoczekiwana hrabina - Jo Beverley

Zmuszony do opuszczenia armii i skłócony z rodziną Catesby Burgoyne topi smutki w alkoholu, gdy pewnego wieczoru staje się świadkiem napaści rzezimieszków na kobietę. Z ochotą rzuca się jej na pomoc nieświadom, że dama, którą uratuje, odmieni jego życie. Prudence Youlgrave jest ofiarą nie tylko napaści. Jej życie legło w gruzach za sprawą samolubnego brata i narzeczonego brutala. Dziewczyna ma jednak odwagę i ducha walki, którym to cechom Catesby nie jest w stanie się oprzeć – i nim się zorientuje, ratuje damę po raz kolejny, żeniąc się z nią. A gdy niespodziewanie umiera starszy brat Catesby’ego, on zostaje nagle lordem Malzard, a Prudence hrabiną, która nie ma pojęcia o niczym, co wiąże się z tytułem.

Opinie o ebooku Nieoczekiwana hrabina - Jo Beverley

Fragment ebooka Nieoczekiwana hrabina - Jo Beverley

Tytuł oryginału: An Unlikely Countess

Projekt okładki: Studio KARANDASZ

Copyright © Jo Beverley, 2011

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS, 2014

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej nawww.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

ISBN 978-83-7551-391-2

Wydawnictwo BIS ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

Rozdział I

Northallerton, Yorkshire,

marzec roku 1765

Był pijany, lecz nie na tyle, aby nie widzieć, co się dzieje na słabo oświetlonej ulicy. Nie dostrzec rzezimieszków przy robocie. Lub tego, że ich ofiarą jest kobieta.

Catesby Burgoyne uśmiechnął się, dobył szpady i ruszył, wydając budzący grozę bojowy okrzyk. Napastnicy odwrócili się, wybałuszyli oczy i otwarli szeroko usta. A potem uciekli.

Cate zachwiał się i jął wymachiwać szpadą.

– Wracajcie! – ryknął. – Wracajcie, łotry i posmakujcie mojej szpady! – Odpowiedział mu jedynie odgłos oddalających się kroków. – Do licha z wami – wymamrotał. – Trochę zdrowej rozrywki dobrze by mi zrobiło!

Zza pleców dobiegł go czyjś urywany oddech, odwrócił się zatem, unosząc broń, lecz była tam tylko kobieta. Stała oparta plecami o ścianę domu, wytrzeszczając na niego oczy.

Jako że wąską uliczkę oświetlały wyłącznie dwie lampy przy drzwiach, jej postać zdawała się jedynie mieszanką bladości i cienia. Blada twarz otoczona rozpuszczonymi, jasnymi włosami. Ciemna suknia okrywała ją od stóp po szyję. Suknia była przyzwoita, fryzura nie. Ale czy przyzwoita kobieta włóczyłaby się nocą sama po ulicach?

Schował szpadę.

– Musisz być nowa w tym fachu, skarbie, skoro ubierasz się tak ponuro.

Do licha, gdzie jego maniery? Nie ma potrzeby zachowywać się grubiańsko tylko dlatego, że kobieta jest dziwką, a on na bakier ze światem. Ukłonił się zatem.

– Catesby Burgoyne, madame, do usług. Mogę panią odprowadzić?

Potrząsnęła w milczeniu głową.

Podszedł bliżej, by się jej przyjrzeć. Próbowała się cofnąć, ale nie miała dokąd.

– Proszę... – wyszeptała, przytrzymując szczupłą dłonią na piersi szal, jakby była to zbroja.

Cate już miał ją zapewnić, że nie ma się czego obawiać, kiedy drzwi pobliskiego domku otwarły się i głos z płaskim yorkshirskim akcentem zapytał:

– Co tam się dzieje?

Przysadzisty mężczyzna trzymał w dłoni świecę. Oświetlała bardziej jego niż ich, mimo to kobieta odwróciła się, by ukryć twarz.

Czyżby posiadała reputację, którą obawiała się stracić?

– Dama została zaatakowana,sir – odparł Cate, starając się mówić na tyle wyraźnie, by mężczyzna nie potraktował go jak pijanego. – Łotry uciekły, a ja odprowadzam panią bezpiecznie do domu.

Mężczyzna przyjrzał się Cate’owi, lecz jak na rozsądnego człowieka przystało, nie zamierzał pakować się w kłopoty. A może powstrzymał go arystokratyczny akcent Cate’a?

– Zatem, dobranoc – powiedział i zamknął za sobą drzwi.

Cate odwrócił się znów do kobiety. Nadal wpatrywała się weń przerażona, lecz interwencja kogoś ze znajomego otoczenia sprawiła najwyraźniej, że wrócił jej głos.

– Muszę panu podziękować – powiedziała zdyszana. – Lecz nie ma potrzeby, by tracił pan więcej czas.

Głos osoby dobrze urodzonej. I ani śladu obrączki. Gdzie byli jej ojciec lub brat? Dlaczego pozwolili jej chodzić samej po ulicy?

– Nie jestem być może ideałem dżentelmena, madame, nie mogę jednak pozwolić, by dama tak się narażała.

– Mieszkam w pobliżu...

– Zatem nie stracę zbyt dużo czasu, odprowadzając panią.

Gestem nakazał jej, by ruszała. Dowodził mężczyznami w boju. Z pewnością poradzi sobie ze zwyczajną kobietą. I rzeczywiście, poszła przed siebie ulicą, sztywna z niepokoju.

Lub gniewu?

Interesujące. Przyjrzał się jej, wytężając wzrok. W ciemności trudno było ocenić rysy, ale jej twarz i postawa wyrażały... złość. Tak. Złość. Może i miała powód, by się go bać, ale nie złościć. Poza tym ociągała się, idąc, lecz nie pozwolił się zniechęcić.

– W którą stronę, madame?

Przyśpieszyła, jakby próbowała go wyprzedzić – chude, zgorzkniałe stworzenie, całe złożone z ostrych kątów i antypatii. Bez wysiłku dotrzymał jej kroku.

– To nierozsądne wychodzić samej o tej porze, proszę pani.

– Chciałam tylko się przejść.

– Nie jestem nigdzie umówiony. Jeśli chce pani pospacerować, mogę pani towarzyszyć. Godzinami.

Jej rysy jeszcze bardziej się wyostrzyły i to go rozbawiło. Istne błogosławieństwo w tym ponurym dniu.

Dotarli do głównej ulicy miasteczka. Poza nimi nie było tam nikogo, lecz jako że przebiegał tędy również Wielki Północny Trakt, stało przy niej mnóstwo gospód, nadal otwartych w nadziei na zarobek. Powóz zaturkotał na bruku i wtoczył się za łukową bramę Złotego Lwa, najlepszej oberży w mieście.

Po lewej znajdowała się Głowa Królowej, nędzna, źle prowadzona knajpa, gdzie bez sukcesu topił przez cały wieczór smutki. Uciekł stamtąd, aby zaczerpnąć świeżego powietrza, lecz w marcu powietrze w Yorkshire, choć świeże, było też przenikliwie zimne, a najbliższy powóz do Londynu odchodził dopiero wczesnym rankiem. Potrzebował przyłożyć gdzieś głowę, lecz mógł sobie pozwolić jedynie na łóżko we wspólnej izbie.

Kobieta po prostu tam stała.

– Zapomniała pani, gdzie mieszka, madame? – spytał kpiąco.

Odwróciła się gwałtownie i spojrzała na niego.

– A dlaczegóż topan włóczy się nocami po ulicach?

– Mężczyźnie wolno. Zwłaszcza jeśli ma przy sobie szpadę i wie, jak jej użyć.

– Mężczyznom wolno wszystko, a biedne kobiety nie mają żadnych praw.

– Któryż to mężczyzna tak panią skrzywdził? Mam szpadę i wiem, jak jej użyć.

Zaśmiała się krótko.

– Nie wyzwie pan mojego brata.

– Nie chciałby walczyć?

– Tylko w sądzie. Jest adwokatem.

– Najgorszy rodzaj szumowiny.

Powiedział to w sensie ogólnym, jednak kobieta przytaknęła:

– W rzeczy samej.

Czym braciszek adwokat tak się jej naraził? Zrobił coś, za co on mógłby się w jej imieniu zemścić? Skończył już z wojowaniem, jednak akurat w tej chwili trochę przemocy dobrze by mu zrobiło.

– Jego nazwisko i miejsce zamieszkania? – zażądał.

– Jest pan śmieszny.

– Może ma powód, by źle się zachowywać, skoro smaga go pani na okrągło ostrym językiem.

– Pan też by to robił, gdyby... och! – W jej głosie brzmiała czysta rozpacz. – Przypuszczam, że jako mężczyzna będzie pan chciał postawić na swoim. Dobrze więc.

Przeszła przez ulicę, skręciła w zaułek, przy którym stały niewielkie domki i zatrzymała się przy czwartym.

– Dobranoc panu – syknęła cicho.

Nie chciała zatem obudzić sąsiadów, by nie zauważyli jej niestosownego zachowania. Jedyne światło dobiegało zza kilku zamkniętych okiennic, domyślał się jednak, że w domku znajdują się zaledwie cztery pomieszczenia: dwa na dole i dwa na górze. Sądząc po zachowaniu i sposobie wysławiania się kobiety, musiała nisko spaść na drabinie społecznej.

– Czy brat pani jest w domu? – zapytał cicho.

– Nie, Bogu dzięki.

– Szybko wróci?

– Miałby mieszkać tutaj? Aaron? – zaśmiała się, lecz szybko zakryła usta dłonią.

Coś było nie tak, a jemu zawsze trudno było zostawić kulawe kaczę własnemu losowi. Przekleństwo jego życia.

– Jeśli mnie pani zaprosi, może mógłbym coś doradzić.

– Zaprosić pana? – Rozejrzała się dookoła, zaniepokojona, że ktoś może ich zobaczyć. – Proszę odejść.

– Nie planuję gwałtu. Potrzebuje pani pomocy, a nie możemy rozmawiać tutaj.

– I nigdzie indziej. Proszę odejść, bo zacznę krzyczeć.

– Naprawdę?

– Ty pijany, żałosny... – syknęła gniewnie.

W pobliżu otwarły się jakieś drzwi i męski głos zapytał:

– Kto tam? Co się dzieje?

Stary mężczyzna mówił z tak mocnym akcentem, że Cate ledwie go rozumiał, a przecież urodził się i wychował w Yorkshire. Nietrudno było się jednak domyśleć znaczenia jego słów.

Nacisnął klamkę i wepchnął kobietę do środka. A potem wszedł za nią i zamknął drzwi. Zamarli oboje na chwilę, nasłuchując. Nozdrzy Cate’a doleciał słodki zapach. Zatem kobieta zadawała sobie trud, aby przełożyć ubrania ziołami.

Zaskomlił pies.

Cate odwrócił się, gotów stawić czoło kolejnemu niebezpieczeństwu, jednak zwierzę okazało się spanielem, rasowym i raczej pokojowo nastawionym. Wyłonił się z oświetlonego pokoju w głębi.

Kobieta przepchnęła się obok Cate’a i podeszła do psa.

– Wszystko w porządku, Toby. – Pogłaskała kudłate uszy i zwierzak zamachał ogonem.

Weszli razem do kuchni, a Cate za nimi, instynktownie pochylając głowę. Sufit okazał się co prawda na tyle wysoki, że mężczyzna nie sięgał belek głową, ale niewiele brakowało. Podłogę stanowiło klepisko, w powietrzu unosiła się wilgoć, a we frontowym pokoju stało tylko jedno krzesło z zapadniętym siedzeniem.

Czy reszta mebli została wyprzedana, by umożliwić przeżycie?

O co tu chodzi?

Pochyliwszy się, wszedł do kuchni i omal nie nadział się na nóż, trzymany stanowczo szczupłą dłonią. Był to jedynie krótki nóż kuchenny, ale zapewne wystarczająco ostry, by zadać rany.

Pies, tchórzliwe stworzenie, zaskomlił znowu, jednak kobieta, z nożem w ręku, zdeterminowanym spojrzeniem i błyszczącymi w świetle lampy jasnymi włosami prezentowała się po prostu wspaniale. Cate uniósł dłonie.

– Nie zamierzam pani skrzywdzić. Daję słowo.

– A dlaczego miałabym panu wierzyć? Proszę wyjść. Natychmiast.

– Dlaczego? – zapytał, rozglądając się.

Łojowa świeczka dawała zbyt mało światła i za wiele smrodu, wystarczyło to jednak, aby ukazać nędzę otoczenia. W maleńkiej kuchni, podobnie jak w reszcie domu, panował przenikliwy chłód. Jeśli w kuchennym piecu gotowano, ogień dawno już wygasł. Nie widział też nigdzie jedzenia.

Jedynymi meblami były: sosnowy stół, dwa krzesła i byle jak sklecony kredens, mieszczący tanie naczynia. Obok nich stało jednak kilka sztuk ładnej porcelany i szkła. Pozostałości lepszego życia, widoczne w sposobie wysławiania się kobiety i jej pełnym godności zachowaniu?

Jak to się stało, że podobna bogini wylądowała w tak trudnym położeniu? Dlaczego była nędznie ubrana i przemoczona?

Suknię miała w nietwarzowym odcieniu czerni, a jej ramiona okrywał wyjątkowo szkaradny, brązowy szal.

Czy naprawdę przemierzała ulice, próbując zarobić trochę grosza w jedyny możliwy sposób?

Jej szczupła figura świadczyła o niedożywieniu, twarz miała jednak godną rzymskiej cesarzowej – wysokie brwi, długi prosty nos, pięknie wykrojone usta i kwadratowa broda. Nie była to twarz, która mogłaby podbić urodą modny światek, ale na Boga, jeszcze trochę, a podbije jego.

– Proszę wyjść! – rozkazała znowu, lecz bez uprzedniego przekonania. Toby zaskomlił, ukryty bezpiecznie pomiędzy jej spódnicami.

Uświadomił sobie, że jego wzrost i potężna sylwetka muszą przerażać, usiadł zatem i położył dłonie płasko na stole.

– Podziwiam odwagę pani, madame – powiedział, patrząc jej w oczy – lecz nie odstraszy mnie pani, a gdyby przyszło do walki, mogłaby pani co najwyżej mnie zadrapać. Prościej będzie, jeśli po prostu pani usiądzie i opowie mi, co się jej przydarzyło.

Próbowała podtrzymać w sobie determinację, lecz drżały jej wargi.

O, do licha!

Wyjął pośpiesznie z kieszeni skórzaną flaszkę i postawił na stole.

– Proszę się poczęstować.

– Co to takiego?

– Holenderski sposób na odwagę.

– Co?

– Jałowcówka. Dżin.

– Dżin?!

– Nigdy go pani nie próbowała? Poprawia samopoczucie.

Chwyciła mocniej nóż. Cate uniósł się na krześle, gotów do obrony, lecz ona wbiła ostrze głęboko w blat.

– No, no – powiedział po chwili pełnej uznania ciszy. – Proszę usiąść, napić się i opowiedzieć mi o sobie.

– Pan wypił już za dużo, sir.

– Póki jestem przytomny, wszystko jest w porządku. Widzę, że ma pani szklaneczki. Możemy napić się wytwornie.

Nagle kobieta zaczęła się śmiać. Był to brzydki dźwięk, lecz rozładował nieco atmosferę. Odsunęła z twarzy opadające kosmyki, sięgnęła po naczynia i postawiła je z hukiem na stole. Podeszła do otwartego kredensu i wróciła z butelką.

– Brandy – powiedziała. – Lekarstwo mojej matki. Przyniosę wodę.

– Żal byłoby rozwadniać dobry trunek. – Cate podniósł butelkę i odkorkował ją. – Mama pani jest na górze?

– Matka nie żyje.

– Wyrazy współczucia.

– Zmarła przed czterema miesiącami.

Cate przeklął swój zaćmiony alkoholem umysł. Podsuwano mu kawałki układanki, lecz nie potrafił złożyć ich w całość.

Kobieta usiadła naprzeciw niego, wyprostowana dumnie.

– Proszę nalać i mnie.

Nóż sterczał z blatu i Cate pomyślał przelotnie o mieczu Damoklesa. Myśl odpłynęła jednak, zastąpiona kolejną, równie mglistą.

Powąchał brandy. Niezbyt dobry gatunek, ale z pewnością się nie otrują. Nalał trunku na centymetr i podsunął kobiecie alkohol, a potem nalał sobie tyle samo. Zwykle nalałby więcej, ale i centymetr mógł sprawić, że dziewczyna osunęłaby się pod stół. Nie chciał jej upić, ale rozwiązać język.

I wziąć w ramiona?

Nie, w jego życiu nie było miejsca na podobne szaleństwa. Pomoże jej wszakże, jeśli będzie w stanie.

Spaniel otarł mu się o kolano i zaskomlił, dopraszając się uwagi i machając ogonem.

– Zmiataj, tchórzu.

– Nie ma potrzeby być okrutnym – zganiła go. – Chodź do mnie, Toby.

Pies umknął i dopiero teraz Cate zorientował się, że zwierzę nie ma tylnej łapy. No pięknie, kulawy pies na dodatek do kulawego kaczęcia – choć do kobiety bardziej pasowałoby porównanie do sokolęcia. Podniósł szklaneczkę i upił łyk brandy, wiedząc, że powinien wyjść, nim się w coś wplącze.

Kobieta spróbowała trunku, skrzywiła się, lecz potem wypiła spory łyk, tym razem w pełni świadomie. Oto niewiasta, chętna poznawać nowe doświadczenia. Kolejna z cech, które mu się w niej podobały.

– Powie mi pani, jak się pani nazywa, madame?

– Nie.

– Ja się przedstawiłem.

– Już zapomniałam, jak się pan nazywa.

Zawahał się, ponieważ rodowa siedziba Burgoyne’ów, Keynings, znajdowała się zaledwie o dwadzieścia mil od miasta, uznał jednak, że powinien być szczery.

– Catesby Burgoyne, do usług.

Objęła szkło, jakby mogło ją rozgrzać.

– Dziwne imię, Catesby.

– Nazwisko rodowe mojej matki. Tak, linia pochodzi od Roberta Catesby’ego, papisty, który przewodził spiskowi prochowemu. Próbowali wysadzić w powietrze króla Jakuba I i cały jego parlament.

– Spisek Guya Fawkesa? To dziwne przekazać synowi podobne dziedzictwo.

– Też tak sądzę, matka uważa jednak, że to imię odpowiednie dla kogoś trwającego stanowczo przy swoich przekonaniach.

– Jest pan zatem papistą?

– Nie, i ona też nie, podobnie jak jej rodzice czy dziadkowie.

Uśmiechnęła się kątem ust, a zakryte ciężkimi powiekami oczy zabłysły. Kolejny wabik. A raczej dwa. Błyskotliwe poczucie humoru i piękne oczy. Czy śmiałaby się w chwili namiętności, jak obiecywały jej oczy? To też by mu się podobało.

– Nie twierdzę, że matka jest kobietą logicznie myślącą – powiedział, unosząc szklaneczkę. – Czy imię pani także przywodzi na myśl ponure skojarzenia? Judyta, która ucięła głowę Holofernesowi? Boadicea wiodąca do boju armię przeciw rzymskiemu najeźdźcy?

Ledwie się uśmiechnęła.

– Nadal milczymy? Sam nadam więc pani imię: Hera.

– Żona Zeusa?

– Królowa bogów.

– Tylko za sprawą małżeństwa. Już wolałabym być Judytą działającą we własnym imieniu.

– Jest więc gdzieś mężczyzna, którego chciałaby pani pozbawić głowy?

Upiła łyk brandy, wpatrując się z ponurą miną w nóż.

– Brat pani? Adwokat... i hazardzista?

Spojrzała na niego zaskoczona.

– Dlaczego pan tak sądzi?

– Ubóstwo.

– Aaron nie jest biedny.

– Zatem pozbawiony uczuć.

Upiła kolejny łyk, jednak nie rozwiązało to jej języka. Dolał odrobinę do szklaneczki kobiety i uzupełnił swoją.

– Ja też mam brata – powiedział, aby zachęcić ją do zwierzeń – lecz to najlepszy z ludzi. Czuły syn, oddany mąż, kochający, chociaż stanowczy ojciec.

– Ma pan więc szczęście.

– Na pewno.

Przechyliła głowę.

– Nie jest do końca taki, jaki się wydaje?

– Przeciwnie, jest.

– Ale ma mu pan to za złe? Ponieważ nie posiada pan żadnej z tych cech?

Miała umysł ostry jak nóż, ale to tylko dodawało jej uroku.

– A brat pani? – powtórzył, domagając się odpowiedzi. – Jak mógł dopuścić, by znalazła się pani w takim położeniu? Od razu widać, że urodziła się pani do lepszego życia.

– Nie wie, jak żyję. Nie odwiedził mnie, odkąd umarła mama, a przedtem mieszkałyśmy gdzie indziej. – Upiła jeszcze łyk brandy i utkwiła wzrok w alkoholu, przyglądając się, jak płomień świecy rozjaśnia płyn i nadaje mu barwę bursztynu. – Sądziłam, że jest czułym synem. I dobrym bratem.

Brandy zaczynała w końcu działać. Cate nie mógł sobie przypomnieć, kiedy tak mała ilość trunku rozwiązała mu język. Dawno, dawno temu.

– Aż do? – podpowiedział.

– Wczoraj. Do wczoraj nadal miałam nadzieję. Dziś otrzymałam ten list. – Spojrzała na leżący na podłodze, rozłożony arkusz. – Przysłał go przez jakiegoś podróżnego. Miło z jego strony, gdyż zaoszczędził mi opłaty pocztowej, jednak list przyszedł późno. Najgorsze rzeczy zawsze zdarzają się nocą.

– Co jest w liście?

– Oznajmia, że wydatki, związane z mającym wkrótce nastąpić ślubem uniemożliwiają mu podniesienie kwoty, jaką przysyła mi na utrzymanie.

– To nie wydaje się takie znów nieuzasadnione.

– Nie? – Ich spojrzenia spotkały się nad blatem i sterczącym z niego nożem. – Przysyła trzy gwinee miesięcznie.

– To bardzo mało – zgodził się z nią.

– Chwaląc się jednocześnie, że będzie miał wkrótce piękny dom, a jego żona powóz i parę koni.

– Ach...

Postawiła szklaneczkę tak gwałtownie, że brandy chlusnęła na stół.

– Jest mi winien przyzwoite życie. I matce, gdyby jeszcze żyła. Wszystko, kim jest, co posiada, zawdzięcza naszej pracy i wyrzeczeniom. Obywałyśmy się bez wygód i luksusów, często zadowalając się tym, co absolutnie niezbędne.

Była tak rozgniewana, że Cate niemal bał się oddychać.

– Mieszkam tutaj – potoczyła dłonią dookoła. – Kiedyś miałyśmy ładny dom, ale... przeprowadzałyśmy się do coraz biedniejszych, żeby go wspierać. Moja kochana matka umarła w biedzie. Wszystko po to, żeby mój brat mógł zdobyć wykształcenie oraz pozycję w zawodzie. Zapewnić matce powrót do przyzwoitego, wygodnego życia. A mnie znalezienie dobrego męża.

– A teraz?

– Teraz wyrzuca pieniądze i mówi, że muszę czekać.

– Dziś wieczorem wybrała się pani go odwiedzić?

– Mieszka w Darlington. – Upiła kolejny łyk i tym razem trunek wyraźnie jej posmakował. – Gdy przeczytałam list, nie mogłam uwierzyć w to, co zawiera: czekaj, czekaj, czekaj. To miejsce miało być tylko na chwilę, zanim minie okres żałoby, a Aaron nie ukończy praktyki. Jest prawnikiem i wkrótce pojmie za żonę córkę bogatego człowieka. Dlaczego miałabym czekać dłużej? Byłam zaszokowana. A potem zła. Bardzo, bardzo zła. Czułam się... Cóż, ta brandy chyba rzeczywiście pomaga. – Utkwiła wzrok w nożu, jakby rozważała, w jakim morderczym celu się nim posłużyć.

Do licha! Wierzył, że przeżyła szok i łzy byłyby czymś naturalnym, lecz taki gniew to coś zupełnie innego, zwłaszcza wobec wbitego z furią noża. Coś tak nieokiełznanego mogło zaprowadzić ją do domu wariatów, a może nawet na szubienicę.

– Ale dlaczego pani wyszła? Co pani zamierzała?

Zamrugała, patrząc na niego.

– Co zamierzałam? Po prostu nie mogłam zostać w środku. Dusiłam się otoczona ciemnością, wilgocią, dowodami naszego ubóstwa. Wspomniałam czułe obietnice, jakie czynił matce i łzy przy jej grobie, ponieważ jego sukces przyszedł za późno. Częściowo była to wina matki. Zawsze starała się jakoś sobie poradzić, nawet kiedy...

Cate dolał jej brandy, żałując, że nie dokończyła zdania. Nie usłyszał na razie nic nowego. Gdzie sięgały korzenie tej tragedii?

– Zawsze był tak wdzięczny za dodatkowy grosz, który udało się nam uciułać – powiedziała – ale nie zdawał sobie sprawy, jakim kosztem go wspieramy. Kiedy przychodził, zakładałyśmy najlepsze suknie i mama podawała herbatę na kilku ocalałych sztukach porcelany. Miałyśmy też przyzwoite meble, ale musiałam je sprzedać, żeby zapłacić za pogrzeb. Matka zmusiła mnie, bym obiecała, że to nie on poniesie koszty, gdyż potrzebuje każdego pensa, by zaistnieć w zawodzie.

– Zatem wina nie leży wyłącznie po jego stronie.

– Gdyby miał odrobinę rozsądku, gdyby choć raz postarał się dostrzec coś poza własnymi potrzebami... Wiedziałam, jaki jest, nie wyobrażałam sobie jednak... Przeczytałam ten list i nagle wszystko to mnie przerosło. Czułam, że się duszę. Musiałam wyjść, zaczerpnąć powietrza. Spacerowałam po prostu ulicami...

– Póki nie została pani zaatakowana.

– Właśnie.

Gniew ją opuścił. Wyciągnęła dłoń i zaczęła rysować szczupłym palcem wzór w rozlanej na stole brandy. Spracowanym palcem ze złamanym paznokciem. Trzy gwinee miesięcznie. Wystarczyło na czynsz, opał i skromne jedzenie, lecz na nic więcej.

– I co zamierza pani zrobić?

– Zrobić? – Wyprostowała się. – Napiszę do niego ponownie. Jestem winna tego, że podążałam dotąd śladem matki i nie wyjaśniłam mu należycie sytuacji.

– A jeśli nie zareaguje tak, jak pani sobie życzy?

– Musi.

Nie mogła być tego pewna. Nie miała dość amunicji i z pewnością zdawała sobie z tego sprawę. Co z oczu, to z serca i jeśli jej brat zechce nadal zachowywać się samolubnie, będzie żyła w biedzie do śmierci.

Miała w sobie coś, co sprawiało, że najchętniej zabrałby ją z nędznego otoczenia i zapewnił lepsze życie, ale co mógłby zaoferować kobiecie? Nie miał zawodu. Wywarto na niego presję, by sprzedał patent oficerski i zakomunikowano, że nie będzie odtąd w armii mile widziany. Wszystkie inne przedsięwzięcia, jakich się od tamtej pory imał, kończyły się niepowodzeniem.

Brat zapewniłby mu stały dochód, gdyby nie to, że przed kilkoma godzinami omal się nie pobili. Nie mógł wrócić teraz do Keynings.

Jedynym wyjściem zdawało się znalezienie bogatej żony. Nie miał zbyt dużo do zaoferowania kobiecie ze swojej klasy, ale być może fakt, iż jest drugim synem lorda, znaczyłby coś dla bogatego kupca lub kogoś podobnego.

Nie, nie miał nic do zaoferowania Herze.

– Nie byłoby dla pani lepiej, gdyby zatrudniła się pani jako guwernantka albo dama do towarzystwa? – zasugerował.

– Miałabym zostać służącą? Nigdy. Dostanę to, co mi się należy. Będę żoną i będę miała własny dom.

– Boadicea – powiedział, krzywiąc się – poprowadziła armię przeciwko Rzymianom i została zgładzona, a wraz z nią niemal cały jej lud.

– Coś takiego raczej mi nie grozi, panie Burgoyne.

– Mam nadzieję. Musi pani jednak wiedzieć, że świat nie bywa łaskawy dla kobiet, które czegoś się domagają, nieważne, słusznie czy nie. – Dopił brandy i wstał. – Przykro mi z powodu sytuacji, w jakiej się pani znalazła, ale nie mogę zrobić nic, by pomóc.

Ona także wstała – odrobinę chwiejnie i przytrzymując się krzesła.

– Nie oczekiwałam tego, panie Burgoyne. Dziękuję, że przepędził pan tych bandziorów i życzę wszystkiego najlepszego.

Jej dłoń była tak szczupła, a ona taka samotna. Mógł jednak coś dla niej zrobić, pomóc choćby w niewielkim stopniu. Wyjął z kieszeni dwa szylingi.

– Mam jedynie dość pieniędzy, by dotrzeć do Londynu dyliżansem pocztowym, żywiąc się pod drodze najprostszym jedzeniem, ale mógłbym zaoszczędzić te dwa szylingi, gdyby pozwoliła mi pani przespać się tutaj. Zapewniłoby mi to prywatność i uchroniło przed pchłami, a pani podwoiłaby swój dzienny dochód.

Spojrzała na szylingi i oblizała usta. Monety były mu potrzebne, ale w Londynie czekały na niego pieniądze, mógł też zarobić kilka szylingów, a pewnie nawet gwinei, w ten czy inny sposób. Kobieta nie miała takich możliwości.

– A jeśli ktoś się dowie? Moja reputacja legnie w gruzach.

Gdyby był mężczyzną innego pokroju, już to oblizywanie warg mogłoby skłonić go, aby pozbawił ją reputacji. Do licha, nie powinna mieszkać sama, bez męskiej ochrony. Może należałoby odszukać jej brata...

Szaleństwo. Nie znał nazwiska tego człowieka, nie wiedział, gdzie mieszka i nie był w stanie zmusić go, żeby postąpił jak należy. Poza tym, nie pragnął w swoim życiu więcej komplikacji.

– Obiecuję, że wyśliznę się przed świtem – powiedział.

Zagryzła wargę, walcząc z sobą, lecz brandy potrafiła obniżyć morale.

– Doskonale. – Wzięła do rąk świecę. – Zaprowadzę pana do pokoju matki. Niestety, pościel nie była dawno wietrzona.

– Sypiałem już w gorszych warunkach.

Nim wyszli, Cate chwycił rączkę noża i spróbował go wyciągnąć. Odsunęła się natychmiast z lękiem w oczach, lecz on wyciągnął po prostu nóż i go odłożył.

– Lekcja dla pani, Hero. Przekonała się pani, że trudno mi było uwolnić ostrze. Bądź gotowa stawić czoło konsekwencjom swych gniewnych uczynków.

Odwróciła się i poprowadziła go na górę schodami, emanując niechęcią.

Droga nigdy nie bywa gładka dla kobiety odważnej i obdarzonej buntowniczą naturą.

Po chwili znaleźli się, ściśnięci, na malutkim podeście, skąd dwoje drzwi prowadziło do pokojów. Otwarła te po prawej i weszła, a on mógł znowu oddychać. Do licha, od lat nie odczuwał tak nagłego, trudnego do okiełznania pociągu do kobiety.

Zapaliła ogarek świecy i oczom Cate’a ukazał się kolejny niemal pusty pokój. Wąskie łóżko będzie dla niego za krótkie, ale jakoś sobie poradzi.

– Dziękuję. Jeśli wyjdę, zanim się pani obudzi, życzę wszystkiego najlepszego.

– A ja panu... Catesby.

Migoczące światło świec wyczyniało zadziwiające rzeczy z jej rysami i jego umysłem.

– Przyjaciele nazywają mnie Cate – powiedział.

– To pana nie żenuje? Żeńskie imię? – spytała, ujawniając znów błyskotliwe poczucie humoru.

– Mam szpadę i wiem, jak jej użyć, pamięta pani?

– Szczęściarz z pana – odparła, poważniejąc.

Chciał cofnąć się wraz z nią ku czasom, gdy była beztroska i wesoła. Zanim jej rodzina zaznała klęski i ubóstwa. Pragnął zapewnić jej szczęśliwe dni, pełne radości i frywolnego śmiechu.

Niestety, pozostawało to poza jego zasięgiem.

Ociągała się z wyjściem i Cate poczuł, że znowu brakuje mu tchu. Stał, na wpół przerażony, na wpół pełen nadziei. Pożądanie narastało i z tym akurat mógł zrobić bardzo wiele, byłaby to jednak pod wieloma względami katastrofa, zwłaszcza dla niej.

Kiedy uniosła twarz i spojrzała mu w oczy, nadal walczył z pierwotną częścią swojej natury.

– Pocałuje mnie pan?

Do licha, Cate! Nie rób tego.

– Sądziłem, że się mnie pani boi.

– Jesteśmy teraz kompanami od kieliszka – odparła nonszalancko, wpatrzona w ścianę. A potem spojrzała znowu na niego. – Widzi pan, nikt mnie jeszcze nie pocałował, a skoro wszystko wskazuje, że to się nigdy nie stanie, pomyślałam...

Jak mógłby się oprzeć takiej prośbie?

– Mężczyźni w Northallerton to głupcy.

Wyjął jej z dłoni świecę i odstawił, a potem objął prawą dłonią twarz dziewczyny. Chętnie wsunąłby palce w rozpuszczone, jasne włosy, lecz Hera była już bardzo spięta, a on owładnięty pożądaniem. Zatem po prostu ją pocałował.

Chwyciła go dłonią za nadgarstek, ale nie zaprotestowała. Zbyt późno zorientował się, iż może wpaść w panikę i oskarżyć go o gwałt. Nie miałby wówczas nic na swoją obronę.

Nie zrobiła tego jednak, a on chciał podarować jej ten pocałunek.

Nie wiedział, na ile chciała się zaangażować, pocałował ją więc znowu, muskając ustami jej wargi, w nadziei że je rozchyli. Przycisnęła mocno usta do jego ust, ewidentnie nie mając pojęcia, co robić.

Mógł posłużyć się kciukiem, by skłonić ją do rozchylenia warg, lecz zamiast tego po prostu pieścił je swoimi. Odprężyła się, ale nie widać było, by miała ochotę na więcej. W końcu przesunął więc usta na policzek dziewczyny, zamierzając skończyć pocałunek.

A potem, poddając się impulsowi, przyciągnął ją do siebie.

Może potrzebował tego równie mocno jak ona.

Stała przez chwilę sztywno – po czym opadła mu nagle na pierś, wyzuta z sił. Gładził jej plecy, wyczuwając sterczące kości grzbietu oraz łopatek. Świadomość, że jest tak chuda, ponieważ notorycznie głoduje, doprowadzała go do furii.

Nie możesz nic zrobić, Cate.

Odsunął się delikatnie, upewniwszy się, że dziewczyna stoi pewnie na nogach. Uniosła dłoń, jakby chciała dotknąć nią ust, lecz zamiast tego przygładziła włosy.

– Dziękuję – powiedziała, nie patrząc mu w oczy.

– Powinniśmy uczcić twój pierwszy pocałunek. Pójdę do gospody i przyniosę coś do jedzenia.

– Nie może pan się tak kręcić – wyszeptała przerażona. – Ludzie zauważają tu mnóstwo rzeczy.

– Kiedy ostatnio jadłaś? – zapytał.

– Przed kilkoma godzinami.

– Nie jadasz wystarczająco dużo.

– Ma pan zastrzeżenia do mojego wyglądu, panie Burgoyne?

Zostało to powiedziane tak wyniosłym tonem, że miał chęć się roześmiać, tylko że nic nie było tutaj śmieszne.

– Chcę pomóc. Powiedz, jak się nazywasz, to przyślę ci trochę pieniędzy z Londynu.

Wyprostowała się gwałtownie.

– Nie zrobi pan nic podobnego. To mój brat ma się mną opiekować, nie inni, a już na pewno nie pan.

– A jeśli nie zechce?

– Do tej pory jakoś sobie radziłam.

Miał ochotę nią potrząsnąć.

– Zatem dobranoc – powiedział jednak tylko.

– Tak. Dobranoc.

Mimo że zabrzmiało to stanowczo, zawahała się i Cate jął się zastanawiać, co by zrobił, gdyby poprosiła o więcej, może nawet o wszystko.

Chwyciła jednak świecę i pospiesznie wyszła, zamykając za sobą drzwi.

A niech ją licho za to, że zachowuje się jak dumna, władcza królowa! Wiedział jednak, że tak jest lepiej. Nie potrzebował pakować się w kolejne tarapaty.

Zdmuchnął cenną świecę, starając się zgasić również wszelkie czułe uczucia. Przyszła Boadicea to nie jego problem.

Rozdział II

Prudence Youlgrave zgasiła świecę, by ją oszczędzić, lecz potem siedziała przez dłuższy czas na skraju łóżka. Ból i gniew z powodu zdrady brata nadal w niej tkwiły, stłumione przez kojącą słodycz pocałunku.

Wiedziała, że ten gest nic dla niego nie znaczył i że tak jest lepiej. Mimo to koił niczym balsam nałożony na oparzenie. Może jego magia polegała na tym, że był dla niej pierwszy, a może sprawiła to brandy. Jeśli tak, łatwo mogłaby się uzależnić.

A może chodziło raczej o uścisk. Przyjemnie było czuć się bezpieczną, gdy stała wtulona w mężczyznę, a on gładził ją czule po plecach.

Matka przytulała ją tak, gdy była dzieckiem, ale to się skończyło, kiedy podrosła. Mniej więcej wtedy, przypomniała sobie, kiedy wygnano je z raju. Matka zaczęła wówczas traktować pozytywne nastawienie jako broń przeciwko światu. Może uściski osłabiłyby jej determinację?

W ostatnich miesiącach, gdy ją pielęgnowała, oddawała jej wszelką czułość, opiekuńczość i troskę. A kiedy matka odeszła, zaczęła doceniać niezależność. Spędzała czas tak, jak chciała, czytając albo wędrując po okolicy w oczekiwaniu, aż dołączy do Aarona w Darlington.

Teraz musiała stawić czoło prawdzie. Nie była wcale niezależna. Przeciwnie, jej życie zależało w pełni od Aarona i trzech gwinei, które jej przysyłał. Bez nich trafiłaby do przytułku – gdyby miała szczęście. Niechętnie przyjmowano tam zdrowe osoby, więc albo znaleźliby jej jakieś podłe zajęcie, albo wylądowałaby na ulicy, zarabiając w jedyny sposób dostępny kobiecie w jej sytuacji.

Aaron z pewnością by do tego nie dopuścił, lecz z drugiej strony nie spodziewała się przecież, że odmówi jasno wyrażonej prośbie.

Musiała przycisnąć palce do oczu, aby powstrzymać łzy.

Zapewne wywołała je brandy. Rano obudzi się z bólem głowy, nie żałowała jednak pociechy, jaką zapewnił jej trunek. Ani skandalicznego zachowania wymuszonego na obcym mężczyźnie.

Nie zdawała sobie dotąd sprawy, jak wrażliwe są jej wargi, a teraz odczuła niespodziewany efekt, kiedy rozchyliła je nieco i oddychali przez chwilę razem. Coś zwiniętego ciasno w jej wnętrzu poruszyło się wtedy w nader niepokojący sposób.

Miała ochotę nacisnąć na niego bardziej, pogłębić pocałunek. Bogu dzięki, Cate się wycofał. Lecz potem wziął ją w ramiona. Och, cudownie było czuć się bezpiecznie po raz pierwszy od dziesięciu lat. A może, w ten szczególny sposób, po raz pierwszy w życiu.

– Niemądra iluzja – wymamrotała, próbując otrząsnąć się z zauroczenia. Biedny, na wpół pijany Catesby Burgoyne nie mógł zapewnić jej bezpieczeństwa.

Uścisk przypomniał jej wszakże, do czego powinna dążyć.

Musi wyjść za mąż. Było to jej prawo, niewypowiedziany dług, jaki zaciągnął wobec niej Aaron. Zostanie mężatką, szanowaną w przyzwoitym towarzystwie, będzie miała dom, by mogła nim zarządzać, i dzieci, którymi będzie się z miłością opiekowała.

A także mężczyznę, aby ją chronił, całował, kochał i obejmował. Rozsądnego, wartościowego mężczyznę, powtarzała sobie, rozbierając się do koszuli i wślizgując pod pościel. Nie pijanego poszukiwacza przygód. Prawnika jak Aaron. Lekarza albo urzędnika. A niechby i bogatego kupca.

Dżentelmena z towarzystwa, posiadającego majątek na wsi? Dom, w jakim kiedyś mieszkała?

Nie, to byłoby głupie marzenie. I całkowicie nierealne. Te dni minęły. Przyzwoity dżentelmen z Darlington w pełni by jej wystarczył.

* * *

Obudził ją blask słońca, przenikający przez nieszczelne okiennice. Odzyskała świadomość i wzdrygnęła się przerażona własnym szaleństwem. Wpuściła do domu mężczyznę. Pozwoliła mu zostać na noc! Musiała kompletnie zwariować albo się upić.

I było jeszcze coś.

Dotknęła warg, jakby mogły zmienić się przez noc, a potem ubrała się pospiesznie i wyjrzała. Drzwi drugiej sypialni stały otworem, a pokój był pusty. Posmutniała i łzy zakłuły ją pod powiekami.

Kretynka!

Pytanie brzmiało: co ukradł? A może właśnie to robił – z dołu dobiegł ją bowiem jakiś hałas.

Zeszła po cichu schodami, uzbrojona w drewniany świecznik, ale nie było tam niebezpiecznego pana Burgoyne’a, jedynie Toby, machający ogonem.

Niespodziewany gość nie tylko jej nie okradł, ale dołożył jeszcze coś do leżących na stole dwóch szylingów. Podniosła srebrną szpilkę do krawata i obróciła ją w słonecznym blasku. Główka miała kształt małego sztyletu.

Przyglądała się klejnotowi, jakby mógł powiedzieć jej coś o właścicielu, lecz jeśli tak było, zaświadczał jedynie o jego upodobaniu do przemocy.

Powinna być na niego zła za to, że zostawił szpilkę, po tym jak odmówiła skorzystania z jego wspaniałomyślności, lecz zacisnęła tylko wokół ozdoby palce – niemal tak, jakby została jej ofiarowana z miłości.

Był hultajem i prawdopodobnie hazardzistą, skoro znalazł się w tak trudnym położeniu, jednak na myśl, że więcej go nie zobaczy, poczuła w piersi ucisk do złudzenia przypominający ból.

Cate Burgoyne.

Nic dobrego, lecz jakże wysoki i silny. Nieustraszony, szybki i sprawny w posługiwaniu się szpadą. Na wspomnienie tego, jak ruszył kobiecie w opałach z pomocą, zabrakło jej tchu. Taki przystojny.

Cóż to jednak oznacza w przypadku mężczyzny? Starannie ogolone policzki, czyste rysy, stanowcze usta. Lecz on miał w sobie coś więcej, znacznie więcej. Na przykład pewność siebie, przebijającą w każdym ruchu.

Powiedział, że brakuje mu pieniędzy, nie nawykł jednak do biedy. Ubranie miał w dobrym stanie i gatunku, z krawatką obszytą kosztowną koronką włącznie. Znała wartość koronek, gdyż zdążyła już wyprzedać te, które należały do niej i do matki. Prawdopodobnie mógłby opłacić podróż do Londynu, sprzedając drobiazgi, które miał przy sobie, i nawet o tym nie wiedział.

Wyparła z pamięci wszelką myśl o nim, schowała szylingi do kieszeni i ukryła szpilkę z tyłu szuflady. A potem rozpaliła słaby ogień i nastawiła czajnik. Zjadła trochę chleba, popiła herbatką z mniszka, a potem wyjęła jeden z ostatnich arkuszy papieru listowego, zaostrzyła pióro i usiadła, aby ułożyć list do Aarona.

Zdążyła napisać zaledwie jedno zdanie, kiedy przez tylne drzwi weszła, nie pukając, Hetty Larn.

– Przyniosłam chleb, panienko Youlgrave.

Prudence odłożyła pióro.

– Dziękuję, Hetty.

– To żaden kłopot, panienko.

Hetty była szczupła i pospolita, lecz miała w sobie urok, który zadziwiał Prudence. Jak można być tak radosną, mieszkając w nędznym otoczeniu White Rose Yard? Może Aaron wyobrażał sobie, że rosną tu wszędzie róże, nawet w marcu, tymczasem nazwa pochodziła od gospody White Rose, Biała Róża. Do jej właściciela należały też grunty, na których stały ubogie domki.

Hetty mieszkała tuż obok, z mężem Willem i dwójką małych dzieci, które uśmiechały się teraz do Prudence, wyglądając zza maminej spódnicy. Toby podszedł do malców, machając ogonem. Dzieciaki przyklękły roześmiane, aby się z nim pobawić.

Matka Prudence miała dobre serce, mimo to nalegała na zachowanie dystansu pomiędzy nimi a biedniejszymi sąsiadami. Prudence nie potrafiła być jednak nieuprzejma. Z tyłu zabudowy znajdował się dostępny ogólnie teren, gdzie niektórzy uprawiali warzywa lub hodowali kurczaki. Wszyscy wywieszali tam też pranie. Gdy było ciepło, frontowe drzwi stały zwykle otworem, a sąsiedzi wchodzili i wychodzili, kiedy chcieli.

W dzień po tym, jak Prudence wprowadziła się do domku przy White Rose Yard, Hetty Larn zapukała do frontowych drzwi. Było to właściwe podczas pierwszej wizyty. Jak widać, zasady etykiety obowiązywały nawet tutaj, w skromnym otoczeniu.

Hetty przyniosła trochę świeżo upieczonego chleba i owsiane naleśniki, które jadano tutaj częściej niż chleb. Prudence, zaskoczona, miała ochotę odmówić, wiedziała jednak, że był to gest życzliwości, przyjęła zatem prezent z podziękowaniem.

Od tej pory jej znajomość z Hetty znacznie się zacieśniła, sprowadzając się jednak do swego rodzaju wymiany usług: Hetty piekła dla Prudence chleb, a w zamian ona opiekowała się od czasu do czasu dzieciakami.

Zaskoczyło ją, że jest przy nich tyle pracy. Wpadła na pomysł, by zająć malców czymś użytecznym – na przykład rozpoznawaniem liter. Ku jej zaskoczeniu polubiły naukę, a chłopiec, Willie, okazał się całkiem bystry. Hetty nie posiadała się ze szczęścia.

Rozłożyła materiały do nauki, które sama zrobiła. Dzieciaki podbiegły ochoczo i wdrapały się na stołki.

– To bardzo uprzejme ze strony panienki, że je panienka uczy.

– A z twojej, że pieczesz dla mnie chleb, Hetty. Jakoś nie miałam okazji się tego nauczyć.

– To proste. Mogę panience pokazać.

Prudence uśmiechnęła się, by zamaskować gniew. Nie musiała się uczyć, jak piec chleb czy cokolwiek innego. Była stworzona do lepszego życia.

– Mogłabym nauczyć cię czytać, Hetty.

– Mnie! Rany, panienko, a po co? Ale na pewno inni rodzice bardzo by się ucieszyli, gdyby zechciała panienka uczyć ich maluchy.

– Miałabym założyć tutaj szkołę?

Hetty wpatrywała się w nią, jakby wiedziała, jak biedna jest jej nowa sąsiadka. Lecz założenie szkoły byłoby jeszcze gorsze niż praca w charakterze guwernantki. Oznaczałoby wieczny niedostatek i staropanieństwo. Klęskę.

– Nie spodziewam się zostać tu długo – powiedziała. – Teraz, kiedy okres najgłębszej żałoby minął, wkrótce przeniosę się do brata w Darlington.

– Och, szkoda, panienko.

Prudence powstrzymała cisnący się na usta komentarz, odwróciła się i rozpakowała paczuszkę z przyborami do nauki. Zawierała niewielkie karteczki z literami i obrazkiem, przedstawiającym przedmiot, którego nazwa zaczynała się na umieszczoną powyżej literę. A także kilka dodatkowych z różnymi wyrazami.

Podała każdemu z dzieci karteczkę i poleciła, aby znalazły litery, z których się składa napisane tam słowo. A potem ustawiła przed nimi brązowe naczynia z grubego fajansu, posypała je mąką i położyła obok patyczek w kształcie pióra. – Kiedy znajdziecie właściwe litery, spróbujcie napisać je w mące.

Willie chwycił patyczek i nagryzmolił pracowicie: „kot”. Hetty przyglądała się temu zachwycona.

– To taka uciecha patrzeć, jak stawiają litery, panienko.

– To mądre dzieciaki. – Co prawda mała Sarah nie przejawiała szczególnej bystrości, przeciwnie niż Willie, który z pewnością mógłby sporo osiągnąć, gdyby urodził się w bogatszej rodzinie.

– Och, miałam zapytać, dobrze się pani czuje po wczorajszej nocy?

Prudence zamarła, a potem odwróciła się do kobiety.

– Co masz na myśli?

– Słyszeliśmy, jak stary pan Brown pokrzykuje na kogoś, by przestał robić to, co robi. Will wyjrzał, ale nikogo nie zauważył. Rano pan Brown upierał się jednak, że widział, jak jacyś ludzie kryją się cieniu naszego domu i szepczą. Pewnikiem coś knuli.

– Naprawdę? – powiedziała, otwierając oczy najszerzej, jak tylko się dało. – Czy się do kogoś włamano?

– O ile wiem, nie, i cieszę się, że nikt panienki nie niepokoił. No, lepiej już pójdę. Niektóre rzeczy o wiele łatwiej robić, kiedy nie trzeba pilnować maluchów. Bądźcie grzeczni, Willie i Sarie!

Wyszła, a Prudence odetchnęła z ulgą. Nie szło jej pisanie listu, ponieważ co rusz wracała myślami do Cate’a Burgoyne’a. Co za szaleństwo! Niewiele brakowało, a straciłaby reputację, to zaś oznaczałoby kres wszelkich nadziei na dobre zamążpójście.

Usiadła z dziećmi, zdecydowana nie myśleć więcej o nocnym gościu. Dokończy list i go wyśle. Aaron uzna, że jej pretensje są słuszne i zaprosi ją, by zamieszkała z nim i jego żoną w Darlington. A potem znajdzie siostrze odpowiedniego męża.

Dobrego, wartościowego mężczyznę o podobnej pozycji, nie wysoko urodzonego nicponia jak Cate Burgoyne.

Od wysłania listu minęły dwa tygodnie i Prudence musiała stawić czoło bolesnej prawdzie: brat go zignorował.

Nie mogła się nadziwić, co skłoniło ją, by uznała, że Aaron postąpi inaczej. Zawsze udawało mu się zapomnieć o niewygodnych zobowiązaniach. Pomyśleć tylko, ile musiała się naprosić, by zechciał odrobić pracę domową!

Nie sądziła jednak, że mógłby całkowicie zlekceważyć jej prośby.

Kiedy przyszedł na pogrzeb matki, ubolewał głośno nad skromnymi warunkami, w jakich żyły przy Romanby Court. Jak by była to wina Prudence. Kiedy uczynił niepochlebną uwagę o meblach, nie wytrzymała i wypaliła wprost, iż lepsze zostały sprzedane, aby opłacić lekarza.

A jego reakcja? Stwierdził, że Prudence powinna była lepiej gospodarować.

Wiedziała teraz, iż należało żądać więcej, a mniej dawać, zbyt jednak nawykła do „inwestowania w jego wykształcenie”, jak ujmowała to matka, poza tym była pewna, że okres wyrzeczeń nie potrwa długo...

Przeprowadziła się na White Rose Yard – do najtańszego lokum, jakie mogła znaleźć – aby przeczekać okres najgłębszej żałoby, pewna, że Aaron, który miał wkrótce ukończyć praktykę, zabierze ją do siebie. Nie uważała zbytnio z pieniędzmi, póki brak zainteresowania ze strony brata nie zaczął mocno jej niepokoić.

Toby, zawsze wrażliwy na cierpienie, zaskomlił cicho, ze smutkiem. Nie wiedziała, czy był już taki przed wypadkiem, w którym stracił nogę – właśnie wtedy zapewniła mu dom – lecz teraz zdawał się oczekiwać tylko najgorszego. Nie będzie tchórzliwa jak Toby. Napisze kolejny list. Aaronowi zawsze trzeba było wykładać wszystko wprost. Wyjęła przybory do pisania, lecz pies zaskomlił znowu, spoglądając na nią żałośnie.

– Masz rację. Jaki sens się powtarzać?

Lecz co innego mogła zrobić? Tkwić dalej przy White Rose Yard za gwineę miesięcznie, albo założyć szkółkę, w której uczyłaby okoliczne dzieciaki podstaw pisania oraz rachunków w zamian za jajka, chleb i kapustę?

– Wszystko w porządku, panienko? – spytała Hetty, jak zwykle radosna.

Prudence otarła łzy.

– Co ty tu robisz, Hetty?

Hetty zamrugała, zdeprymowana ostrym tonem.

– Wpadłam podrzucić trochę warzyw od mojego taty. – W dłoniach trzymała dorodną kapustę.

Prudence już miała odpalić, że nie potrzebuje litości ani kapusty, lecz powstrzymały ją maniery... oraz zdrowy rozsądek. Potrzebowała jednego i drugiego.

– Przepraszam, Hetty. Jestem... zdenerwowana. Dziękuję. To bardzo miłe z twojej strony.

– To nic wielkiego, panienko. Warzywa dobrze w tym roku rosną. – Przechyliła w bok głowę. – Nie chciałabym się wtrącać, panienko, ale czy nie mogłabym jakoś pomóc?

– Gdzie dzieci? – spytała Prudence, zmieniając temat.

– Mama przywiozła mi warzywa i chętnie z nimi posiedzi. Dostała panienka złą wiadomość?

Prudence chciała zaprzeczyć, uśmiechnąć się, chronić swoją dumę, ale prawda po prostu się z niej wylała.

– Nie było żadnych wiadomości. Brat mnie ignoruje.

– Brat panienki? Ten z Darlington?

– Jest prawnikiem.

Prudence powiedziała to z dumą, lecz zaraz dostrzegła swój błąd.

Hetty otworzyła usta ze zdziwienia.

– To dlaczego mieszka panienka tutaj?

Prudence z ochotą wylałaby przed nią żale, lecz powstrzymała ją duma. – Nie ma teraz u siebie miejsca. Wkrótce się ożeni i zamieszkają w domu, który zapewni im teść.

– Mimo to powinna panienka mieszkać lepiej.

– Żeby zostać adwokatem, trzeba dużo wydatków.

– Zapewne, ale powiedziała panienka, że brat wkrótce się ożeni. Wtedy wszystko będzie dobrze. Zabiorą panienkę chętnie do siebie, zwłaszcza kiedy pojawią się maluchy.

– Chcesz powiedzieć, że przyda im się bezpłatna niania?

– Ktoś z rodziny, żeby pomógł i dotrzymywał towarzystwa – wyjaśniła Hetty.

– A ty byś tak postąpiła? – spytała Prudence.

– Czy zaprosiłabym swoją siostrę albo siostrę Willa, by z nami zamieszkała? Pewnie. Miałabym towarzystwo, gdy Will jest w pracy, no i pomoc w codziennych zajęciach. Niestety, mają już własne domy, wszystkie z wyjątkiem małej Jessie, która jest pokojówką we dworze.

Nie byłaby w stanie wyjaśnić, iż jej życie w domu brata nie wyglądałoby tak prosto. Z ochotą dotrzymywałaby towarzystwa szwagierce, pannie Susan Tallbridge, ale nie jako uboga krewna, od której oczekuje się wdzięczności i tego, że weźmie na siebie wszelkie możliwe obowiązki.

– To kiedy ślub? – spytała Hetty.

Kolejne niepokojące pytanie. Nie miała pojęcia.

– Wkrótce – odparła z rosnącym podekscytowaniem.

Ślub! Dlaczego o tym nie pomyślała? Aaron będzie musiał przysłać jej pieniądze na podróż i kupno sukni, by nie przyniosła mu wstydu. Ślub wszystko zmieni. Wprowadzi ją do najlepszego darlingtońskiego towarzystwa, ponieważ narzeczona Aarona była córką bogatego kupca.

Nadzieja sprawiła, iż pożałowała wcześniejszej oschłości.

– Możesz zwracać się do mnie po imieniu, Hetty? A ja mogłabym mówić do ciebie Hesther?

Młoda kobieta się roześmiała.

– Raczej nie, panienko, to znaczy, Prudence. Nie wiedziałabym, o kim panienka mówi.

Zaczerwieniła się. Czyżby postąpiła źle, proponując taką poufałość?

– Jeśli sobie nie życzysz..?

– Skąd znowu, ale wystarczy Hetty. – Zachichotała. Była żoną, matką dwojga dzieci, młodszą o cztery lata od Prudence, która liczyła ich sobie dwadzieścia sześć, a mimo to potrafiła chichotać jak dziewczynka. – Wybacz, że o tym wspominam, Prudence – powiedziała, przechylając w bok głowę – lecz jak na damę, masz bardzo zniszczone ręce. Mogę dać ci trochę kremu?

– Kremu?

– Robi go moja mama. To głównie olej i zioła. Trochę cuchnie, lecz doskonale zmiękcza skórę.

– Już dosyć mi dałaś, jak na tę odrobinę, która ja daję wam.

– To z przyjaźni. Jeśli nie pozwalam sobie na zbyt wiele.

Skoro Hetty tak to ujęła, Prudence nie mogła odmówić, poza tym zauważyła, iż dłonie dziewczyny wydają się bardziej gładkie, mimo że pracowała zdecydowanie ciężej.

– Nie, oczywiście, że nie.

Hetty się rozpromieniła.

– Przyniosę trochę od razu.

Gdy wyszła, Prudence uśmiechnęła się, pełna nowych nadziei.

Ślub. Brama do lepszego życia. Kiedy raz znajdzie się w Darlington, już tu nie wróci. Jej życie zmieni się z dnia na dzień.

Będzie potrzebowała nowej sukni, prawdopodobnie więcej niż jednej, niewykluczone wszakże, iż Aaron rzeczywiście nie ma teraz zbyt wiele gotówki.

Gy Hetty wyszła, Prudence wbiegła na pięterko i wyjęła z drewnianego kufra jedyną przyzwoitą suknię, owiniętą starannie w muślin i przełożoną pachnącym potpourri. Przefarbowała wszystkie swoje suknie na czarno, by mieć co nosić podczas żałoby, ale tę jedną, niebieską, oszczędziła.

Jej jedyna porządna sukienka miała już cztery lata.

Rozłożyła suknię na łóżku i obejrzała.

Nosiła ją wyłącznie do kościoła i podczas rzadkich wizyt Aarona, suknia była więc dobrze zachowana. Dół trochę się wystrzępił, lecz wystarczyło nieco skrócić spódnicę i nic nie będzie widać. Podeszła z suknią do okna. Materiał trochę już wyblakł, choć może nikt tego nie zauważy, a stonowana barwa była z pewnością w okresie żałoby bardziej stosowna niźli jaskrawy błękit. Od śmierci mamy nie upłynęło jeszcze pół roku.

Powinna trzymać się czerni, ale niebieska suknia była skromna, zaś Aaron uznał najwidoczniej, iż okres żałoby się skończył. Może by tak upiększyć suknię? Galony, paciorki i wstążki były drogie, lecz gdyby kupiła nici, mogłaby ozdobić stanik haftem. Na przykład czarnym i w innym odcieniu błękitu.

Jednakże nawet nici i dobre igły sporo kosztowały.

Wyjęła szylingi i zacisnęła je w dłoni niczym talizman. A potem skinęła stanowczo głową, otuliła ramiona szalem i ruszyła na zakupy.

* * *

Trzy tygodnie później wybiegła przez tylne drzwi swojego domku i wpadła do sąsiadki. Tego dnia po raz pierwszy przekroczyła próg domu Hetty. Przedtem nie wyobrażała sobie, iż mogłaby zrobić to nieproszona, ale musiała z kimś porozmawiać.

Hetty klęczała przed balią, atakując zawzięcie stos prania. Zamrugała na widok Prudence i zaczęła się podnosić.

– Nie, nie... – zaprotestowała Prudence, szybko uznała jednak, że Hetty nie powinna klęczeć, gdy ona nad nią stoi, poprawiła się więc pospiesznie: – To znaczy, wstań, jeśli chcesz. Przepraszam. Nie powinnam była przychodzić bez uprzedzenia.

Hetty zdążyła już wstać i wycierała dłonie w fartuch.

– Oczywiście, że powinnaś. Kołdry mogą trochę się pomoczyć.

– Kołdry.

– Mamy ciepły i wietrzny dzień. Idealny na coroczne pranie kołder. Coś się stało, kochana?

Prudence nie przywykła jeszcze, by Hetty zwracała się do niej w ten sposób. Czuła się przez to tak, jakby wrastała głębiej w White Rose Yard, lecz skoro miała wkrótce je opuścić, nie miało to znaczenia.

Przysiadła na stołku przy stole z desek. Było tam tylko jedno krzesło, przeznaczone z pewnością dla Willa, pana domu. Mężczyźni – panowie i władcy wszystkiego.

– Mój brat się ożenił.

Hetty wpatrywała się w nią przez chwilę, nie rozumiejąc, a potem westchnęła zaskoczona:

– I cię nie zaprosił? Dlaczego miałby tak postąpić?

– A dlaczego nie? – odparła Prudence gorzko.

– Tyle się napracowałaś przy sukni.

Prudence pożałowała, że przyszła, że tak się odsłoniła, ujawniła, iż cierpi.

Hetty wyjęła dwa kubki i nalała do nich czegoś z dzbanka.

– To nie dżin, prawda? – spytała Prudence, osaczona wspomnieniami. Wypiła resztę brandy, która miała w domu. Walcząc z poczuciem winy, nalewała sobie szklaneczkę, gdy była szczególnie przygnębiona.

– Dżin? – wykrzyknęła Hetty. – Skąd miałabym go wziąć? To kordiał mojej matki. Podniesie cię na duchu. – Usiadła naprzeciw Prudence i podsunęła jej kubek.

Prudence powąchała trunek. Pachniał mocno ziołami. Upiła łyk i poczuła mdlącą słodycz, lecz już po chwili rozkaszlała się gwałtownie.

– Podniesie mnie na duchu! Rzeczywiście! Chyba tylko na duchu, bo jeśli to wypiję, sama nie zdołam się podnieść!

– To po prostu domowa nalewka matki. Zioła sprawią, że poczujesz się lepiej.

Prudence upiła kolejny łyk.

– Prędzej się upiję.

– Nic podobnego. A teraz powiedz mi, co się stało. Dostałaś list?

Prudence pociągnęła łyk nalewki.

– Nie uwierzysz: od żony mojego brata. Ubolewa, że nie mogłam być obecna podczas ceremonii i z rozkoszą dzieli się ze mną szczegółami szczęśliwego wydarzenia.

– To miło z jej strony.

– Miło! Ależ to czyste szyderstwo! Opisuje gości, eleganckie śniadanie weselne, swoją suknię, nowy strój Aarona, nowy dom... Zupełnie, jakby wbijała mi raz po raz szpilę w serce.

– Och... – Hetty napiła się wina.

– To prawda. Miała najwięcej do powiedzenia w kwestii tego, kto zostanie, a kto nie zaproszony na wesele. I to ona nie chciała mnie tam widzieć.

– Twój brat mógł się jej przeciwstawić, gdyby chciał.

– Niekoniecznie. Panna wnosi suty posag, a jej ojciec posiada w Darlington liczne wpływy.

– A jednak to Aaron jako mężczyzna powinien decydować.

Prudence westchnęła.

– Czyżbym nadal go usprawiedliwiała? Straszny ze mnie głuptas, prawda? – Upiła jeszcze łyk słodkiego trunku. – Widzisz, wiązałam z tym ślubem duże nadzieje. Byłabym traktowana jak dama i mogłabym poznać znajomych brata. Może nawet...

Umilkła na chwilę przed tym, zanim wyznała, iż marzyła, by poznać podczas wesela mężczyznę, który by ją docenił. Zmarszczyła brwi, wpatrując się w kubek.

– Mocny trunek.

– Dobry na przeziębienie i reumatyzm.

A na złamane serce? Jej serce nie było jednak złamane, jedynie obtłuczone i posiniaczone. To jej marzenia legły w gruzach, a szczątków nie da się już poskładać.

Upiła łyk wina.

– Nie chcę tak żyć, Hetty. – Uświadomiła sobie, iż mogło to zabrzmieć obraźliwie. – To znaczy... nie chodzi o miejsce ani o ludzi, lecz pragnę dla siebie czegoś więcej. Pragnę...

– Męża. Każda kobieta tego pragnie, tak jak mężczyzna pragnie żony. Wiem, że dla damy takiej jak ty to niełatwe. Nie możesz poślubić prostego człowieka, a potrzebujesz pieniędzy, by wyjść za dżentelmena.

– Wniosłaś do małżeństwa pieniądze?

– Wniosłam trochę bielizny i nowe ubrania. Lecz jestem zdrowa i nie boję się pracy, podobnie jak Will. Zna swój fach, a ja wiem, jak prowadzić dom i wszystkim się zająć.

– Ja też umiem prowadzić dom.

– Ze służbą – stwierdziła Hetty bez złych intencji.