Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 191 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nienawiść - Michał Zygmunt

Warszawa, rok 2084. Miłość, powab i czysty rozum to tylko nazwy tabletek poszerzających możliwości tych, których na nie stać. W mieście rządzonym zasadą segregacji generacyjnej i przepełnionym uchodźcami z najbiedniejszych krajów świata - Kuwejtu, Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej – zostaje popełnione morderstwo. Na miejscu zbrodni śledczy znajdują zapiski sprzed 70 lat, dziennik pisany nienawiścią. Już nic nie będzie takie jak wcześniej.

Nowa książka Michała Zygmunta to trzymający w napięciu antykryminał SF, a zarazem dystopia, w której autor przekonująco kreśli wizję kształtu świata będącego efektem dzisiejszej erupcji agresji w sferze polityki i debaty publicznej.

 

Michał Zygmunt (1977) – człowiek-orkiestra, zdarzyło mu się prowadzić talk-show, współtworzyć queerowy magazyn, publikować w opanowanym przez PiS tygodniku i kandydować na prezydenta Wrocławia z ramienia happeningowego komitetu Gwiazdy we Włosach. Autor powieści New Romantic (2007) i Lata walk ulicznych (2010), współautor antologii prozatorskich Wolałbym nie (2009) oraz Mot Nord - podróż na północ (2012). Stypendysta Dagny (2011), PISF (2013), MKiDN (2013) oraz Wyszehradzkiej Rezydencji Literackiej (2014). Nominowany do nagrody Superhiro 2010 za Lata walk ulicznych, finalista, z Karolem Radziszewskim, nagrody filmowej PISF i MSN za projekt Męczeństwo Sebastiana (2012). Grał w filmach Karola Radziszewskiego  - Ludwika Wittgensteina w MS101 (2012) i Antoniego Jahołkowskiego w Książę (2014).

Opinie o ebooku Nienawiść - Michał Zygmunt

Fragment ebooka Nienawiść - Michał Zygmunt

Mi­chał Zyg­munt

N i e n a w i ś ć

po­wieść

ROZ­DZIAŁ I

Ręko­pis zna­le­zio­ny na miej­scu zbrod­ni

Jadąc do star­ca za­mor­do­wa­ne­go na rogu Radości i Prze­krwio­nych Mięśni, pomyślałem, że żyje­my w naj­lep­szym z możli­wych światów.

P o w a b  sen­nie rozpłynął się w mo­ich żyłach, lek­ko  z a g ę ś c i ł  nastrój, od­czu­wałem przy­jemną sta­bil­ność. Po­przed­niej nocy spałem zna­ko­mi­cie, tyl­ko przez kil­ka­naście mi­nut prze­wra­całem się z boku na bok, w chwi­lach wyśnio­nej zapaśni­czej wal­ki. Byłem ra­dziec­kim wre­stle­rem na za­wo­dach olim­pij­skich w Mo­skwie roku 1980. Przed de­cyzją mo­carstw Za­cho­du o wy­co­fa­niu się z ry­wa­li­za­cji nie należałem do fa­wo­rytów, ale boj­kot igrzysk wca­le mnie nie ucie­szył – przy­jemniej jest prze­grać z naj­lep­szy­mi, niż zwy­ciężać ze słabe­usza­mi… Finałową walkę z re­pre­zen­tan­tem NRD to­czyłem więc w głębo­kim smut­ku. Przy­go­to­wałem na­wet spe­cjal­ny ma­ki­jaż, z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi za­cie­ka­mi o nie­re­gu­lar­nych kształtach, jak­bym płakał gęsty­mi, atra­men­to­wy­mi łzami. Z try­bun słyszałem nie­sym­pa­tycz­ne uwa­gi na te­mat opra­wy mo­ich oczu; zda­niem niektórych ki­biców przy­po­mi­nała ona kształtem od­byt kałamar­ni­cy. Ma­ki­jaż przy­niósł nie­by­wały efekt. Nie tyl­ko prze­ko­nałem wszyst­kich, że je­stem za­smu­co­ny świa­to­wym boj­kotem igrzysk, co przy­niosło mi wie­le ko­rzyści na­tu­ry po­li­tycz­nej, ale też wybiłem mo­je­go prze­ciw­ni­ka z ryt­mu, dzięki cze­mu zwy­cięstwo stało się łatwiej­sze…

Działanie elik­si­ru pogłębiło się, gdy zwróciłem uwagę na nie­sa­mo­wi­ty kąt, pod ja­kim pro­mie­nie słońca łamały się na fil­trze ozo­no­wym, oświe­tlając ulicę ogni­stozłotym po­bla­skiem. Po­czułem przy­jem­ne odprężenie w mięśniach kręgosłupa i nie­co osunąłem się w fo­te­lu, na chwilę tracąc kon­trolę nad kie­row­nicą. Na szczęście z na­prze­ciw­ka nie je­chał żaden po­jazd, co jed­nak nie prze­szko­dziło mi w krótkiej za­du­mie nad kru­chością człowie­czej eg­zy­sten­cji. Myślałem o tysiącach młodych lu­dzi, których życie kończy się przed­wcześnie; każdego roku, na każdym kon­ty­nen­cie – cóż za nie­spra­wie­dli­wość! Cio­sy w Za­sadę Bio­lo­gi­zmu, je­den z fi­larów na­sze­go po­ko­ju społecz­ne­go, bolą naj­bar­dziej, gdy za­da­je je sama bio­lo­gia.

Prze­ster cze­kał na mnie pod ulu­bio­nym ba­rem z pączka­mi, wciśniętym w wy­so­ki płot, ota­czający Osie­dle Młodej Na­dziei. Wyglądał efek­tow­nie jak za­wsze, w swo­im ela­stycz­nym, żółtym płasz­czu, hełmo­wej czap­ce sty­li­zo­wa­nej na na­kry­cia głowy przed­wo­jen­nych gwiazd Hol­ly­wo­od i oku­la­rach w gru­bej, fałdo­wa­nej opraw­ce. Prze­ster był wśród nas naj­mod­niej­szy, jak każdy, kto zupełnie nie zwra­ca uwa­gi na tren­dy.

– Nie znoszę pra­co­wać tak wcześnie… za­raz, za­raz, nie wyglądasz naj­le­piej. – Spoj­rzał mi su­ro­wo w oczy. – Prze­sia­daj się na­tych­miast, ja pro­wadzę. Po  p o w a b i e  nie wol­no pro­wa­dzić przez co naj­mniej go­dzinę!

Ru­szył z pi­skiem opon. Sięgnąłem do tor­by z pączka­mi, za­to­piłem zęby w jesz­cze ciepłym cieście, ob­le­pio­nym lu­krem. Smak był in­ten­syw­ny i szcze­ry jak in­ten­cje złotej ryb­ki, co właśnie obie­cała spełnić trzy do­wol­ne życze­nia.

– Wciąż nie dali im ze­zwo­le­nia na przejście za płot – po­wie­dział Prze­ster. – Próbowałem ich po­przeć w urzędzie, i nic. Żadne ar­gu­men­ty nie działają. Na­wet to, że znów po­bi­li sprze­daw­czy­nię…

– Ale kto?  L u z e r z y? 

– Żebym to ja wie­dział. Pew­nie tak, ale miej­scy nig­dy ich nie złapa­li. Za mały ka­li­ber.

– Do cze­go to doszło, brat bra­tu nie po­ma­ga…

– Władzy na rękę, żeby sklep się za­mknął. Cu­kier tu­czy. Szyb­ko zmie­niający się po­ziom in­su­li­ny po­wo­du­je odkłada­nie się tkan­ki tłuszczo­wej. Ścian­ki na­czyń krwio­nośnych za­ra­stają żółtawą breją, rośnie praw­do­po­do­bieństwo wystąpie­nia zawału ser­ca i chorób no­wo­two­ro­wych. Szko­da gadać. Wpro­wadź mnie le­piej w te­mat.

– Wiem tyle, że to zabójstwo – od­po­wie­działem. – Ofiarą jest jakiś  s t a r i k,  miesz­kał sa­mot­nie. Właści­wie to nie po­wie­dzie­li nic więcej, wy­rwa­li mnie ze snu.

– Zabójstwo… Je­stem zda­nia, że zabójstwa wca­le nie są naj­gor­szy­mi przestępstwa­mi – oznaj­mił Prze­ster.

– Jak to?

– Ano tak, że co praw­da pro­wadzą do skutków naj­da­lej idących, nie dają się odwrócić i ogólnie są nie­przy­jem­ne dla wszyst­kich za­an­gażowa­nych, ale prze­cież nie są naj­pow­szech­niej­sze. Prze­ciw­nie, są jed­ny­mi z przestępstw naj­rza­dziej występujących! Prze­ciętny oby­wa­tel nie pad­nie ofiarą mor­der­stwa, nie będzie też mu­siał opłaki­wać za­bi­te­go przy­ja­cie­la i członka ro­dzi­ny… Praw­dzi­wy­mi pro­ble­ma­mi są drob­ne kra­dzieże, roz­bo­je, zakłóce­nia porządku! Ile razy doświad­czyłeś zabójstwa? Oczy­wiście poza pracą, jako oby­wa­tel. Nig­dy, praw­da? Pew­nie nie wi­działeś na­wet tru­pa leżącego gdzieś na chod­ni­ku, wtu­lo­ne­go czu­le w po­szczer­bioną kostkę Bau­ma. A pi­jac­kiej im­pre­zy po nocy czy włama­nia do piw­ni­cy? Kra­dzieży ro­we­ru? Ja­kichś wer­bal­nych za­cze­pek, drob­nej kra­dzieży, może na­wet po­bi­cia? To są praw­dzi­we przestępstwa. Zabójstwa ja­rają tyl­ko zbo­czeńców, którzy przy­szli do po­li­cji w na­dziei na ob­co­wa­nie ze świeżą, obcą tkanką. Lu­bisz, Kro­nos, obce tkan­ki?

– Nie lubię – od­po­wie­działem. – Może w sek­sie, w rozsądnych ilościach. Ale i tu nie prze­pa­dam. Trans­i­lvia na­rze­ka, że uni­kam… wiesz… za­spo­ko­je­nia oral­ne­go. Smak nie do końca mi od­po­wia­da.

– Nie lu­bisz ob­cej tkan­ki – Prze­ster po­ki­wał głową. – To na­tu­ral­ne. Obca tkan­ka wpro­wa­dza dez­orien­tujące napięcie na po­zio­mie sub­a­to­mo­wym. Chcesz po pro­stu do­brze wy­ko­ny­wać swoją pracę. Je­steś pro­fe­sjo­na­listą, nie de­wian­tem. Tym­cza­sem taki Se­kre­tar na wi­dok krwi czy śluzu, do­sta­je nie­po­ha­mo­wa­ne­go ata­ku radości…

Prze­rwałem Prze­ste­ro­wi gwałtow­nie, szar­piąc go za rękaw mun­du­ro­wej blu­zy. Coś gorącego i gniew­ne­go wy­buchło mi w płucach i po­mknęło wzwyż, do gałek ocznych, raptow­nie zmie­niając ko­lo­ry­stykę świa­ta. Lo­gi­ka uni­wer­sum runęła jak bia­li prze­chod­nie, jak kwia­ty w ziem­skim jądrze – oko człowie­cze stało się białe, domy stały jed­no­li­tym błęki­tem, a nad rdza­wożółtym nie­bem uno­siła się łuna bijąca z jed­ne­go, kon­kret­ne­go miej­sca, może ki­lo­metr od nas, miej­sca zna­czo­ne­go występkiem. Prze­ster nie pro­te­sto­wał, przy­zwy­cza­jo­ny do mo­ich re­ak­cji; od lat ro­zu­mie­liśmy się bez słów. Zwol­nił, na­chy­lił się nad kie­row­nicą i szepnął:

– W którą stronę?

Nie byłem w sta­nie od­po­wie­dzieć, pod­niosłem więc trzęsącą się dłoń i wska­załem kie­ru­nek: w lewo. Przy­spie­szył, le­d­wie wy­minął sa­mo­bieżny stra­gan z wa­rzy­wa­mi i po­mknął wska­zaną ulicą, potęgując pul­sujące we mnie emo­cje. Czułem je co­raz wyraźniej, sil­niej od własnych: odro­bi­na dumy zmie­sza­nej ze wsty­dem, za­to­pio­ne w ogrom­nej ma­sie lęku, zbyt wyraźnego, by ak­tyw­ność obiek­tu była le­gal­na. Z pew­nością nie cho­dziło o poważne przestępstwo, czułbym się znacz­nie go­rzej, ale ktoś w oko­li­cy złamał właśnie pra­wo i chy­ba ma wy­rzu­ty su­mie­nia.

Od­na­le­zie­nie spraw­cy nie zajęło nam wie­le cza­su. Gdy wy­je­cha­liśmy na ron­do, z którego widać było kil­ka bloków miesz­kal­nych, spożyw­czy mar­ket i szkołę, Prze­ster od razu skie­ro­wał się w stronę li­ceum. Za­sa­da brzy­twy Ockha­ma: jeśli ktoś czy­ni zło, to naj­pew­niej młodzie­niec. Za­par­ko­wa­liśmy przy chod­ni­ku, spe­cjal­nie się nie kryjąc; ra­diowóz był nie­ozna­ko­wa­ny, a my wyglądaliśmy zwy­czaj­nie, jak para nie­do­pa­so­wa­nych gejów – je­den mod­niś, choć męski i zde­cy­do­wa­ny w ru­chach, dru­gi nieśmiały, wy­co­fa­ny, spra­wiający wrażenie pa­syw­ne­go w sek­sie ner­da.

Pa­li­li pa­pie­ro­sy za szkol­nym mu­rem, chro­niąc się za potężnym pniem wy­schniętego drze­wa i kon­te­ne­rem na od­pad­ki. Dziew­czy­na za­re­ago­wała całko­wi­tym spo­ko­jem, jak­by spo­dzie­wała się wpad­ki; wywołało to we mnie sil­ne po­dej­rze­nia, ale nie byłem w sta­nie jej  p r z e c z y t a ć.  Za bar­dzo ab­sor­bo­wały mnie emo­cje chłopa­ka, a ona nie ge­ne­ro­wała właści­wie żad­nych za­bu­rzeń. Uznałem, że to jakiś nar­ko­tyk. Tym­cza­sem Prze­ster po­wo­li ska­no­wał jej nad­gar­stek; wyświe­tlo­ny ho­lo­gram uka­zy­wał ogromną, trzy­piętrową willę z ogro­dem w sty­lu an­giel­skim. To wyjaśniało sprawę. Należała do zamożnej, sta­bil­nej kla­sy, do kru­chej war­stwy fun­dującej to społeczeństwo, za­pew­niającej reszt­ki spo­ko­ju i punkt od­nie­sie­nia dla ar­mii  l u z e r ó w,  i jesz­cze licz­niej­sze­go mo­rza  m a r z y c i e l i.  Mu­sie­liśmy ją wypuścić, zresztą było nam to na rękę; za­wsze le­piej roz­bić za­ko­chaną parę przestępców, sa­mot­ni radzą so­bie znacz­nie go­rzej. Chłopak i bez tego był prze­rażony, ale dziel­nie sta­rał się trzy­mać  s t y l.  Im­po­no­wała mi jego kla­sa. Prze­ster po­gar­dli­wie ko­men­to­wał skrom­ne miesz­kan­ko w blo­ku i mo­pe­dy pia­sko­we, wyświe­tlo­ne na ho­lo­gra­mie, gro­ził mu aresz­tem, a Gi­jom – tak miał na imię – spo­koj­nie, z po­chy­loną głową, prze­pra­szał za spra­wie­nie kłopo­tu i za­pew­niał, że to ab­so­lut­nie pierw­szy raz. Nie oka­zy­wał lęku, nie błagał o litość, nie za­cho­wy­wał się jak przy­par­te do muru, za­szczu­te zwierzę; tak postąpiłoby na jego miej­scu wie­lu rówieśników w in­nych cza­sach, w re­aliach in­nych kul­tur. Nie był też agre­syw­ny, choć drob­ne za­rod­ki stra­chu i agre­sji tliły się gdzieś w gnieździe jego oso­bo­wości. Ma­sko­wał je zna­ko­mi­cie, trzy­mał się pro­sto, pa­trzył w oczy; mógłby uczyć  s t y l u  nie­jed­ne­go przed­sta­wi­cie­la wyższej kla­sy…

– Zna­lazłem te pa­pie­ro­sy – mówił. – Na na­szym osie­dlu wie­le osób pali… Zresztą wie pan, Ur­synów nie jest bez­piecz­ny.

– Zna­lazłeś? Tak so­bie leżały? Masz mnie za idiotę? Czy masz mnie za de­bi­la, py­tam?

Prze­ster pod­no­sił głos, a chłopak, mimo że wyraźnie prze­stra­szo­ny, wciąż za­cho­wy­wał twarz. Przełknął ślinę i od­po­wia­dał naj­uprzej­miej, jak tyl­ko umiał. Na­prawdę zna­lazł pa­pie­ro­sy na traw­ni­ku, w po­bliżu baru mo­to­cy­klo­we­go. Chciał spróbować, bo nig­dy wcześniej nie palił. Dziew­czy­na już daw­no wpadła mu w oko, dotąd nie miał szans z po­wo­du dy­stan­su kla­so­we­go, pomyślał, że to jego szan­sa. Że jej za­im­po­nu­je. Ro­zu­miałem go.

– No i wi­dzisz, na­wet nie po­ru­chałeś – mówił Prze­ster. – Wiesz, ile ci gro­zi? Do pięciu lat. Do pięciu lat dur­ne­go życia, za te dwie nie­do­pa­lo­ne faj­ki. Albo i więcej, bo prze­cież widzę, że białoru­skie. Więc z prze­my­tu. A prze­myt nie­le­gal­nej sub­stan­cji to będzie do piętna­stu.

– Proszę… – wy­szep­tał chłopak. – Wiem, że popełniłem poważny błąd. Mogę go na­pra­wić, proszę tyl­ko wska­zać sposób. Proszę mnie po­uczyć cho­ciaż, może ja­kieś pra­ce społecz­ne…

Wi­działem, że tra­ci już opa­no­wa­nie, że mięśnie twa­rzy za­czy­nają fa­lo­wać, pchnięte wyłado­wa­niem emo­cji, że rogówka oka sta­je się bar­dziej wil­got­na, ude­rzył mnie wresz­cie jego strasz­li­wy smu­tek, jego szcze­ry, nie­po­wstrzy­ma­ny strach. Za­chwiałem się i wciągnąłem głęboko po­wie­trze –  z e t k n ę l i ś m y  się moc­no, tak jak od daw­na nie ze­tknąłem się z żad­nym po­dej­rza­nym. Mu­siałem pomóc.

– Ko­le­go ko­mi­sa­rzu, może odpuśćmy chłopa­ko­wi. Nie­no­to­wa­ny, widać, że ogar­nięty… Po co ma się zmar­no­wać. Może trochę  p o w a b u ?

Prze­ster odtrącił moją wyciągniętą dłoń.

– Ko­mi­sa­rzu Kro­nos, proszę nie często­wać po­dej­rza­ne­go. Zresztą dla­cze­go pro­po­nu­je pan roz­wiąza­nia nie­zgod­ne z pra­wem? Pro­ce­du­ra jest ja­sna: złoczyńcę przyłapa­ne­go na gorącym uczyn­ku należy od­wieźć na ko­mi­sa­riat…

– Ale prze­cież cza­sem odstępu­je­my od tej za­sa­dy.

– Myśli pan o sy­tu­acji, w której złoczyńca sta­je się dla nas… przy­dat­ny?

– Tak. Kie­dy ma oczy po obu stro­nach głowy, kie­dy nad­sta­wia uszu, kie­dy co ty­dzień mel­du­je nam, co dzie­je się na osie­dlu, zwłasz­cza w kręgach po­sia­da­czy białoru­skich pa­pie­rosów… Jeśli robi to re­gu­lar­nie, jeśli mówi całą prawdę, za­po­mi­na­my o jego prze­wi­nie­niu… nig­dy nie tra­fia za krat­ki!

Kie­dy wsia­da­liśmy do ra­dio­wo­zu byłem szczęśliwy. Szczęściem chłopa­ka, rzecz ja­sna. Moje emo­cje, skom­pre­so­wa­ne pod ciśnie­niem uczuć po­dej­rza­ne­go, rozpłynęły się w sen­nym stru­mie­niu  p o w a b u.  Je­cha­liśmy szyb­ko, spraw­nie wy­mi­jając nie­licz­ne auta. Bu­dyn­ki sta­wały się co­raz star­sze, co­raz bar­dziej sza­re. Mniej było płotów, aż w końcu całkiem znikły, po­zo­sta­wiając nie­na­ru­szoną struk­turę uli­cy, odsłoniętą bez­wstyd­nie, po­rzu­coną. Śródmieście – dziel­ni­ca  s t a r i k ó w  i nie­licz­nych młodych bez­ro­bot­nych – naj­większy z rop­ni na owrzo­dzo­nym cie­le sto­li­cy.

Miej­sce zbrod­ni mieściło się w jed­nym z bloków miesz­kal­nych sprzed stu lat, częścio­wo już znisz­czo­nych (po­dzi­wiałem kre­atyw­ność miesz­kańców, za­kle­jających ko­lo­ro­wym tyn­kiem szczer­by w ele­wa­cji), wciąż jed­nak ema­nujących pew­nym uro­kiem. Przed wejściem zgro­ma­dził się tłum cie­kaw­skich, na ogół eks­cen­trycz­nie ubra­nych sta­ruszków. Na ławce pośrod­ku podwórka sie­działo trzech młodych Du­baj­czyków żujących liście po­rzecz­ki. Pa­trzy­li na nas obojętnie, ru­szały się tyl­ko ich żuchwy. Wokół nich wy­czu­wałem pustkę.

– Skąd tu­taj czar­ni? – spy­tałem.

– Na­mnożyło się tego po osie­dlach. Tu miesz­kają głównie ci z Emi­ratów, pra­cują w se­gre­ga­cji śmie­ci i w por­cie rzecz­nym. Po­dob­no na Gocławiu naj­więcej te­raz Sau­dyj­czyków, ale sam nie wiem, nie byłem tam od lat – Prze­ster splunął i lek­ko po­pchnął mnie do środ­ka, obok umun­du­ro­wa­nych krawężników, usiłujących za­pro­wa­dzić porządek wśród gapiów.

Smu­ga krwi za­czy­nała się przed wejściem do miesz­ka­nia i pew­nie z jej po­wo­du w ogóle nas we­zwa­no. Gdy­by nie wyraźny ślad przestępstwa, po­trzeb­ny byłby smród rozkładu, by zmu­sić do in­ter­wen­cji oko­licz­nych, za­fik­so­wa­nych na so­bie starców. W ni­czym nie byli po­dob­ni do swo­ich al­tru­istycz­nych przodków sprzed dwóch–trzech po­ko­leń, za­lud­niających dy­na­micz­nie roz­wi­jające się pol­skie mia­sta przełomu XX i XXI wie­ku. Tych od dziec­ka uczo­no miłości własnej, bez końca ko­cha­li się w so­bie sa­mych i tyl­ko w so­bie. Snu­li się po osie­dlu, zwy­kle po­je­dyn­czo, pod­pa­trując z za­zdrością je­dy­ne pary, którym udało się ze sobą wy­trwać. Sy­ci­li się na­wet kłótnia­mi, na­wet kar­czem­ne, małżeńskie awan­tu­ry na­pa­wały ich za­chwy­tem. Chłonęli ten obcy świat, a po­tem ru­sza­li da­lej, przed sie­bie, obi­jając się o drze­wa, przy­stając przy klom­bach kwiatów obłama­nych przez śnia­de dzie­ci imi­grantów, przy­sia­dając na ławecz­kach, po­pi­jając her­batę z ter­mosów. Idąc do pra­cy, jeśli jesz­cze mie­li jakąkol­wiek. W dzie­ciństwie uczo­no ich prze­bo­jo­wości, pry­ma­tu własnych in­te­resów nad po­trze­ba­mi świa­ta, sa­mo­roz­wo­ju, sa­mo­wy­star­czal­ności. Dziś ich skóra zwiędła, a uczu­cia roz­sz­czel­niły się, od­dając całe ciepło; po­ko­lenia starców za­ma­rzały od środ­ka.

W miesz­ka­niu bu­szo­wały już dziew­czy­ny z wy­działu tech­ni­ki ma­te­rial­nej – obie około sześćdzie­siątki, doświad­czo­ne, nieźle za­kon­ser­wo­wa­ne, prze­rzu­cające się wesołymi aneg­dot­ka­mi. Ani na chwilę nie za­my­kały ust. Na początku ka­rie­ry nie­co mnie to iry­to­wało, później zro­zu­miałem, że pra­ca ze zwłoka­mi sprzy­ja żar­to­bli­wej dys­trak­cji. Se­kre­tar po­wo­li spa­ce­ro­wał po miesz­ka­niu, przyglądając się ścia­nom i su­fi­tom, jak­by pro­ces po­szu­ki­wa­nia zbrod­nia­rza był ga­tun­kiem li­te­rac­kim, two­rzo­nym z wnętrzar­skiej in­spi­ra­cji. Miesz­ka­nie było nie­wiel­kie, zbu­do­wa­ne we­dle stan­dardów płyn­ne­go, ubo­gie­go post­mo­der­ni­zmu: duży sa­lon z wnęką ku­chenną, nie­gdyś śnieżno­biały, obec­nie przy­bru­dzo­ny wie­lo­let­ni­mi złożami ku­rzu i roz­bry­zga­mi świeżej krwi, oraz maleńka sy­pial­nia z szafą. Ciało leżało na środ­ku sa­lonu ubra­ne w ele­ganc­ki wyjścio­wy strój z imi­ta­cji je­le­nie­go pon­czo, nie­mal kom­plet­ne; nie było tyl­ko spo­re­go kawałka czasz­ki odłupa­ne­go przez zabójcę kil­ko­ma ude­rze­nia­mi tępego narzędzia.

– Ile on mógł mieć lat? Osiem­dzie­siąt, dzie­więćdzie­siąt? – spy­tał Prze­ster, zakładając służbowe gla­sy. Pod regałem na książki za­uważyłem bra­kujący odłamek czasz­ki.

– Dokład­nie osiem­dzie­siąt czte­ry – od­po­wie­działa Ka­te­go­ria, sta­ran­nie ko­piując z bi­blio­tecz­ki ko­lejną warstwę od­cisków. – Skończył czte­ry dni temu. Ale łusek naskórko­wych zo­sta­wia jak stu­la­tek. Życie dało mu w kość…

– Zna­czy, ktoś zro­bił do­bry uczy­nek. Osiem­dzie­siąt czte­ry… Dożyjesz tyle, Kro­nos? Chciałbyś jesz­cze żyć? Te s t a r i k i  kręcą się tu jak ro­ba­ki w słoju wędka­rza… a pożytku z nich mniej!

Wy­po­wie­dziaw­szy te słowa, za­marł i wypuścił z sie­bie gęstą smugę wsty­du. Po­czułem ją w głębi noz­drzy, na po­do­bieństwo so­czy­ste­go pierd­nięcia. Cofnąłem się mi­mo­wol­nie, by za­uważyć powód ta­kie­go za­cho­wa­nia ko­le­gi. Do miesz­ka­nia ener­gicz­nie wkro­czył Su­per­or­dy­nat.

– Prze­pra­szam, dowódco… Mój ko­men­tarz nie jest świa­dec­twem nie­to­le­ran­cji wo­bec osób star­szych. Moja otwar­tość na różnice ge­ne­ra­cyj­ne jest…

Ko­men­dant – ele­ganc­ki mężczy­zna po osiem­dzie­siątce, o nie­na­gan­nej fry­zu­rze w ko­lo­rze or­lej bie­li i wy­ra­zie głębo­kiej dumy w sta­lo­wych oczach, prze­rwał mu nie­dbałym ski­nie­niem dłoni.

– Nie myśli­cie chy­ba, Prze­ster, że do­ty­kają mnie wa­sze uprze­dze­nia. Jeśli coś mnie obraża, to su­ge­stia, że mogę mieć coś wspólne­go ze śródmiej­ski­mi  s t a r i k a m i…  Na­sze świa­ty roz­dzie­la żela­zna ba­rie­ra społecz­nej przy­dat­ności. W moim świe­cie jest an­gor­ska wełna i wody to­a­le­to­we o ciężkich, piżmo­wych za­pa­chach. W ich kra­inie są sa­lo­ny z wnęką ku­chenną o po­sza­rzałych ścia­nach, na których znie­nac­ka, jak tu­taj, wy­kwi­ta krew… Zga­dzam się, że częściej po­win­ni od­cho­dzić w objęcia Pięknej Litości. A wy, za­miast się wymądrzać, zmy­kaj­cie po­roz­ma­wiać ze świad­ka­mi. Kro­nos, je­steście go­to­wi do  o d c z y t u ? Jeśli tak, proszę niezwłocznie przystąpić do za­da­nia. Sam wejdę piętro wyżej, po­sta­no­wiłem oso­biście przesłuchać niektórych sąsiadów.

– Tak jest, ko­men­dan­cie Su­per­or­dy­nat! – wrzasnął Prze­ster, strze­lając po­de­szwa­mi nie­mod­nych mar­tensów, szy­tych od po­nad stu­le­cia we­dle nie­zmie­nio­nej, strasz­li­wie nud­nej for­muły. Chwilę później, gdy tyl­ko szef zniknął na klat­ce scho­do­wej, ciągnął mnie już na bal­kon.

– Znów mi się upiekło – za­chi­cho­tał, częstując mnie pa­pie­ro­sem. – Za­pal­my. Niech się gówniarz na coś przy­da. Pew­nie zresztą pierw­szy i ostat­ni raz. Nie kłamał, praw­da? To grzecz­ny uczniak?

– Nie kłamał – po­twier­dziłem.

Prze­ster przy­pa­lił mi pa­pie­ro­sa an­tyczną, srebrną za­pal­niczką. Dym miło ukąsił w gardło, odchrząknąłem, puściłem kółko. Dziew­czy­ny jed­na po dru­giej po­deszły na bal­kon, wzięły po ma­chu, wypuściły dym, pośmiały się z nami. Gru­pa arab­skich na­sto­latków na bal­konie obok wpa­try­wała się w nas z po­dzi­wem. Rzu­ciłem im pa­pie­ro­sa, spa­lo­ne­go le­d­wie w połowie. Nie wal­czy­li o nie­go, po­da­wa­li so­bie z nabożeństwem, zaciągali się głęboko, ze znaw­stwem.

– Kop­snie­cie szlu­ga? - Se­kre­tar wy­kwitł na bal­ko­nie jak eks­plo­zja fa­bry­ki smal­cu, po­prze­dzo­ny wy­dat­nym brzu­chem i in­ten­syw­nym za­pa­chem sa­la­mi. – No da­waj, da­waj, Prze­ster, bo do­niosę, że po­sia­dasz nie­le­gal­ne sub­stan­cje! – Zaciągnął się, re­chocząc, wypuścił potężną chmurę dymu i wska­zał na arab­skich na­sto­latków. – Po­win­ni coś zro­bić z tą imi­gracją. Prze­cież i tak tu­taj pro­ble­my z ro­botą. Młodzi, sta­rzy… Wszy­scy cien­ko przędą, a dur­ny rząd przyj­mu­je bru­dasów z Ara­bii, Emi­ratów i in­nych Ku­wejtów. Po­tem się dzi­wią, że tyle wkoło  l u z e r ó w,  jak­byśmy tu nie mie­li własnych…

– Cie­ka­we, czy te dzie­cia­ki wiedzą, jak bar­dzo byli kie­dyś bo­ga­ci – po­wie­działem. – Myśli­cie, że ro­dzi­ce im o tym opo­wia­dają?

Prze­ster wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Na­wet jeśli opo­wia­dają, żaden gówniarz im nie wie­rzy. Wra­caj­my do pra­cy.

Zo­stałem na bal­ko­nie jako ostat­ni, mnąc w pal­cach dru­gie­go pa­pie­ro­sa. Chłopcy wy­rzu­ci­li nie­do­pałek i wpa­try­wa­li się we mnie bez słowa. Wydało mi się to nie­zwy­kle dziw­ne. Dla­cze­go nie po­krzy­kują po arab­sku, wtrącając pol­skie prze­kleństwa? Dla­cze­go nie prze­py­chają się, nie rzu­cają we mnie prze­gniłymi owo­ca­mi, nie grają w piłkę? Naj­wyższy z nich, którego od­ru­cho­wo uznałem za przywódcę, na oko piętna­sto­la­tek o buj­nych, kręco­nych włosach, prze­chy­lił się przez ba­rierkę i nie prze­stając wpa­try­wać mi się w oczy, po­wo­li splunął. Gęsta ślina spłynęła mu z ust jak budyń, na dłuższą chwilę za­wisła nad podwórzem, wresz­cie runęła w dół, gdzieś między sta­ruszków gro­madzących się pod blo­kiem. Je­den z ko­legów oparł się o nie­go i moc­no objął ra­mie­niem. Przywódca uśmiechnął się, wpa­trując mi się łobu­zer­sko w oczy. Po­czułem dys­kom­fort, dla­te­go niezwłocznie wyjąłem z kie­sze­ni do­zow­nik i zażyłem dwie pa­styl­ki  C z y s t e g o   R o z u m u.  Na moim sta­no­wi­sku współcze­sny mężczy­zna nie może so­bie po­zwo­lić na brak rozsądku. Zwłasz­cza w pra­cy.

– Ja­kie to pro­stac­kie – oznaj­mił Prze­ster, zaglądając de­na­to­wi do wnętrza czasz­ki. Mózg wyglądał nie­przy­jem­nie, jak wy­mio­ci­ny po ob­fi­tym obie­dzie. – Zupełny brak wy­ra­fi­no­wa­nia. Jak kraść, to mi­lio­ny, jak gwałcić, to księżnicz­ki, jak za­bi­jać, to efek­tow­nie! – Spoj­rzał na mnie z za­wa­diac­kim uśmie­chem, a ja  o d c z y t a ł e m  chęć za­im­po­no­wa­nia dziew­czy­nom. Prze­ster należał do nie­licz­nych szczęścia­rzy, których kręciły ma­tu­re la­dies. Nie mógł uro­dzić się w lep­szych cza­sach.

Rozłożyłem ne­se­ser i wyjąłem z nie­go wszyst­ko, co po­trze­ba: pla­sti­ko­we gla­sy wzmac­niające, roz­py­lacz, parę ręka­wic i fiolkę utrwa­la­cza, którą wypiłem tak szyb­ko, jak się dało. Popiłem ohydz­two łykiem whi­sky z dru­giej probówki. Co praw­da utrwa­la­cza nie należy łączyć z al­ko­ho­lem, ale po­twor­ność tego sma­ku, dającego się porównać tyl­ko do zgniłego mięsa zmie­sza­ne­go z garścią in­sektów roz­tar­tych w moździe­rzu, nie po­zo­sta­wiała wy­bo­ru. Poza tym, odro­bi­na whi­sky czy­niła mój  o d c z y t  kla­row­niej­szym. Odpędziłem dziew­czy­ny, Prze­ster sam wy­szedł na bal­kon, by za­pa­lić ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa, Se­kre­tar ulot­nił się już wcześniej. Zo­stałem sam.

Utrwa­lacz ude­rzył znie­nac­ka, za­nim zdołałem sięgnąć po spray; uczu­cia za­ki­piały w całym miesz­ka­niu, za­pach­niały in­ten­syw­nie po­tem, sek­sem, pie­czo­ny­mi bułecz­ka­mi, osiadły na języku w sza­lo­nej eks­plo­zji smaków. Gdy roz­py­liłem prze­pi­sową dawkę, bałagan zaczął tężeć, po­szczególne war­stwy od­dzie­liły się od sie­bie i obrzmiały fe­erią barw – naj­piękniej­sze emo­cje (nie­zwy­kle tu nie­licz­ne) zapłonęły słoneczną żółcią, naj­smut­niej­sze po­czer­niały. Cia­sny sa­lo­nik wypełniła zwar­ta masa tęczo­wych chmur o różnym stop­niu natężenia ko­lo­ru; te naj­so­czyst­sze po­cho­dziły sprzed kil­ku dni bądź ty­go­dni, naj­jaśniej­sze, nie­mal za­ni­kające w nieświeżym po­wie­trzu, na­ro­dziły się ostat­nie­go roku. Do­cho­dziłem do sie­bie przez dłuższą chwilę, opa­no­wując burzę zmysłów i porządkując ko­lo­ro­we obłoki. Po­li­cyj­ni te­le­pa­ci mają różne tech­ni­ki pra­cy z chmu­ra­mi, mnie naj­bar­dziej od­po­wia­da chro­no­lo­gicz­na. Chwy­tałem więc naj­pierw naj­rzad­sze, usta­wiając je w ko­lej­ności po le­wej stro­nie, zapełniając większą część prze­strze­ni sa­lo­nu, by następnie wziąć się do najświeższych. Po usta­wie­niu wszyst­kich całe miesz­ka­nie było zajęte; kil­ka ciem­no­nie­bie­skich, wyraźnie de­pre­syj­nych obłoków wrzu­ciłem na­wet na bal­kon. Mogłem to uczy­nić, bo większość emo­cjo­nal­ne­go życia ofia­ry upłynęła w ostat­nim roku pod zna­kiem de­pre­sji. Do­mi­no­wały chmu­ry zgniłozie­lo­ne, ciem­no­nie­bie­skie albo wręcz czar­ne; przygnębie­nie mu­siało być na­czelną emocją de­na­ta od przy­najm­niej kil­ku lat. Z rzad­ka po­ja­wiała się mgiełka czer­wie­ni, żółci czy po­ma­rańczu. Ich nie­zwykła in­ten­syw­ność połączo­na z krótkim cza­sem występo­wa­nia ozna­czała naj­pew­niej ma­stur­bację. Dłuższe smu­gi po­ma­rańczo­wych barw wska­zy­wały na ob­co­wa­nie z kul­turą.  S t a r i k  lubił trze­pać ka­pu­cy­na i czy­tać książki – tyl­ko tyle zo­stało mu w życiu radości… Wszyst­ko to było oczy­wi­ste, wpi­sy­wało się w ste­reo­typ smut­ne­go życia star­ca, bra­ko­wało jed­nak naj­ważniej­sze­go – śladów emo­cji zabójcy. De­nat się prze­cież sam nie zabił, ktoś mu­siał roz­wa­lić mu tę czaszkę, odłupać jej kawałek łomem, klu­czem fran­cu­skim, może sie­kierą. W ta­kich sy­tu­acjach miej­sce zbrod­ni aż  ś m i e r d z i  nie­na­wiścią, rdza­wa mgła za­le­ga na ścia­nach, wier­nie to­wa­rzysząc krwi. Z rzad­ka bywa od­wrot­nie – mor­der­ca cie­szy się z do­ko­ny­wa­nej zbrod­ni, jego ślady są więc ja­sne, ciepłe, pa­ste­lo­we. Ale nie tu­taj. Przeglądałem obłok za obłokiem, otwie­rałem umysł przed naj­drob­niejszą na­wet emocją – bez­sku­tecz­nie.

Miałem już wy­cho­dzić, już chciałem wołać Prze­ste­ra i resztę to­wa­rzy­stwa, kie­dy na­gle po­czułem ukłucie. Coś dźgnęło mnie w boku, po­tem rozpłynęło się po cie­le i ude­rzyło w górę, by – wyciągnięte utrwa­la­czem – skon­cen­tro­wać się w mózgu. Coś in­te­re­sującego jest w kuch­ni, pomyślałem. W szu­fla­dzie. Obok prze­pisów ku­li­nar­nych spi­sa­nych w sta­ro­mod­nym ka­je­cie. Z każdym kro­kiem ogar­niały mnie co­raz sil­niej­sze emo­cje – naj­pierw de­li­kat­ny lęk, po­tem głęboka niechęć, nie­ubłaga­nie prze­chodząca w nie­na­wiść, wresz­cie ude­rze­nie sza­leńczej miłości, tak sil­ne, że po wejściu do kuch­ni mu­siałem na chwilę usiąść i za­czerpnąć po­wie­trza.

W szu­fla­dzie była tecz­ka. Zwykła sza­ra tecz­ka, związana naj­zwy­klej­szym sznur­kiem. Wypełnio­na stertą pożółkłych kar­tek, co wska­zy­wało na za­awan­so­wa­ny wiek za­war­tości, wypełnio­nych sta­ran­nym, odręcznym pi­smem. Wie­działem, że muszę ją za­brać.

Su­per­or­dy­nat nie robił mi pro­blemów ze zwol­nie­niem; po­wi­nie­nem co praw­da zo­stać przy przesłucha­niach, ale na­ocz­nych świadków nie było, a pośred­nich można bez szko­dy przesłuchać na­wet po ty­go­dniu. Po nie­spełna go­dzi­nie ucałowałem Trans­i­lvię, pogładziłem po głowie małą Bo­va­ry i pogrążyłem się w lek­tu­rze. Czy­tając, spoglądałem cza­sem na Trans­i­lvię, przy­go­to­wującą coś do je­dze­nia. Jej ciało pięknie kom­po­no­wało się z ele­men­ta­mi wy­po­sażenia kuch­ni.