Nienaganny. Biografia męskiego wizerunku - Przemysław Bociąga - ebook
Opis

Błyskotliwa opowieść o tym, jak powstał współczesny męski wizerunek, zapisany w krojach, ściegach i proporcjach.
Nienaganny mężczyzna XXI wieku ma już ponad 200 lat. Kiedy się rodził, jego poprzedników wielka rewolucja francuska skracała o głowę razem z peruką. On sam zamiast peruki wybrał naturalne uczesanie i garderobę skompletowaną w duchu minimalizmu. I chociaż od tego czasu przez świat przetoczyło się jeszcze kilka rewolucji, Nienaganny przetrwał je wszystkie: jako dandys, biznesmen, dżentelmen z towarzystwa, hollywoodzki amant, wojenny bohater czy punkowy anarchista. Przemysław Bociąga w swojej książce pokazuje nie tylko, jak stosować się do zasad klasycznej męskiej elegancji, ale przede wszystkim – jak ją rozumieć.

To nie jest zwykły poradnik, tylko świetnie opowiedziana historia mody męskiej ze smaczkami, o których warto wiedzieć. Czyta się to lekko i przyjemnie, a sformułowania typu „maszyna do noszenia ubrań” czy przywołanie takich autorytetów jak Tommy Nutter – genialny krawiec, którego darzę szczególnym sentymentem, jest absolutnym mistrzostwem i świadczy o doskonałym researchu autora! Z przyjemnością umieszczę tę książkę w swojej bibliotece” – Tomasz Ossoliński, krawiec męski, projektant mody

„Czego można spodziewać się po książce, w której autor pisze o kroju i konstrukcji marynarki? Na pewno nie rozdziałów o rozkoszy, o szpetnikach i historii wyzysku. A jednak! Eugenika, mundury, Freud, Savile Row, antropometria, niewolnictwo, antystyl, feministki, darwinizm, manifestacje i obmacywanie (ubrań). To wszystko jest w książce Przemysława Bociągi o męskim wizerunku. Pozycja dla tych, których nie tylko interesuje, co wygląd mówi o nich, ale są też gotowi dowiedzieć się, czego ubranie może nauczyć ich o świecie” – Michał Kukawski, „Twój STYL MAN”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 347

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Halina Wójcicka

Projekt okładki i ilustracje: Ula Pągowska

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadzący: Karolina Mikulicz

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

Copyright © by Agora SA 2019

Copyright © by Przemysław Bociąga 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2972-7 (epub), 978-83-268-2973-4 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

He atones for being occasionallysomewhat overdressed by being alwaysabsolutely over-educated.He is a very modern type.

OSCAR WILDE

W połowie września pomyślałem smutno, jak Włóczykij w Jesieni w dolinie Muminków, że czas się żegnać. Lepszego momentu nie będzie. Porządki w garderobie zawsze są trudne, ale te pierwsze po wielu latach abnegacji są z pewnością trudniejsze od innych.

Ilość tekstyliów, które w ciągu kolejnej godziny wyleciały z szaf, zadała kłam mojemu błogiemu przekonaniu, że jestem kimś na kształt minimalisty. Okazało się, że mam znacznie więcej marynarek i swetrów, niż regularnie noszę, i nigdy nie wyrzuciłem porozciąganych T-shirtów z nadrukami, ufny, że mogą się jeszcze przydać podczas remontu czy do spania. Podobnie było ze skarpetkami, zwłaszcza że od maja do września praktycznie ich nie wkładam.

Uświadomiłem sobie boleśnie, że moja garderoba nigdy nie stanie się minimalistyczna, choćby ze względu na specjalizację pewnych ubiorów, rzeczy używanych sporadycznie lub okolicznościowo, jak na przykład kompletny strój do szermierki z dopasowanymi spodniami na szelkach, podkolanówkami i asymetrycznie zapinanym plastronem. Gdybym do stójki szermierczej bluzy przypiął żabot, mógłbym pozować do osiemnastowiecznego portretu. Ale gdybym dołożył jeszcze melonik i jedną z pary sztucznych rzęs, wyglądałbym jak Alex DeLarge z Mechanicznej pomarańczy w interpretacji Stanley’a Kubricka.

To doskonały przykład tego, jak w garderobie utrzymywać się mogą znaki i symptomy epok, które uważamy za dawne. Szafa jest pełna reliktów dawnych obyczajów i dawnej ekonomii, wywodzących się z pewnego konkretnego momentu dziejowego. Weźmy guziki: dlaczego w męskiej koszuli są one po prawej, a w damskiej bluzce typu koszulówka (kobiety nie noszą koszul, chyba że męskie, mężczyźni nie noszą bluzek – oto ważne językowe rozróżnienie) to dziurki są po prawej, a guziki po lewej stronie? Chodzi o to, że praworęczny mężczyzna może łatwo zapiąć własną koszulę, podczas gdy kobietę dawniej ubierała służąca.

Z dna szafy wyciągnąłem marynarkę od krawca, który ma pracownię po sąsiedzku. Złożyłem u niego zamówienie, bo szyje niedrogo naprawdę świetne spodnie i chciałem sprawdzić, jak sobie poradzi z czymś bardziej skomplikowanym. Niestety, kolejne oględziny potwierdziły, że chociaż szyta dla mnie, według moich wskazówek i z wybranej przeze mnie tkaniny, marynarka jest zbyt kanciasta, za mało wytaliowana i nadmiernie watowana w ramionach. „No dobra, chłopcy, to już trup”, pomyślałem gorzko za Nickiem Cave’em[1].

Stertą trupów nazwałem roboczo górę tekstyliów, która przez kilka następnych dni – bo takie porządki zawsze trwają dłużej niż dzień – rosła w jednym z kątów pokoju. Trafiło na nią kilka T-shirtów, większość z powodu starości, ale jeden zawinił tylko stylem i rozmiarem – 4XL to dla mnie o cztery X i jedno L za dużo. Dostałem go podczas konkursu kulinarnego dla dziennikarzy. Organizator wymyślił, że użyje koszulek z logo zamiast fartuszków i że będziemy mogli założyć je na ubrania. Skończyło się tak, jak skończyć się musiało: rzadziutko dziana na Dalekim Wschodzie bawełna nie ma żadnej cechy porządnego drelichowego fartucha, nie chroni przed zaplamieniem ubrań, bo przesiąka, a w razie poparzenia olejem nie da się jej tak szybko z siebie zerwać. Na koszulce nie ma też ani jednej wygodnej kieszonki na łyżkę czy termometr do pieczeni. Koniec końców większość uczestników konkursu założyła koszulki tylko do zdjęcia.

Wiele wad ciuchów, które wyrzucałem z szafy, nie było jednak oczywistych. Trzeba się wyzbyć sentymentalnych uczuć, by zrezygnować z marynarki o zbyt obszernie skrojonym otworze na rękaw. To powszechna usterka ubrań produkowanych przemysłowo: coś, co przez setki lat tworzone było ręcznie – złożona z kilku warstw tkaniny konstrukcja górnych partii marynarki – zostało zaadaptowane do potrzeb produkcji maszynowej. Ta zaś wymaga szycia płaskich odcinków w miejsce modelowania bryły.

Wojnę o moją duszę przegrały też spodnie od munduru bojowego US Army wz. 1965, tak zwane bojówki. Estetykę tak bardzo podporządkowano w nich funkcji, że chociaż wyglądają jak szwajcarski scyzoryk, ja prezentuję się w nich co najwyżej jak dzieciak z nożem sprężynowym. Trzeba jednak przyznać, że kontemplacja wszystkich ich pojedynczych zastosowań, to przyjemność dla każdego gadżeciarza. Specjalny skład tkaniny będący dziedzictwem modernizmu i industrializacji. Głębokie fałdy, dzięki którym kieszenie cargo – zlokalizowane na udach – płaskie, kiedy puste, potrafią pomieścić niesamowicie dużo ładunku. Wszyte opaski zaciskowe – dla oczekujących na amputację nogi w szpitalu polowym. Praktyczna forma ewolucyjna ściągaczy, które pozwalają wyregulować spodnie w pasie. Są wynalazkiem pewnie jeszcze osiemnastowiecznym, ale trzeba było dwudziestowiecznych środków produkcji i rządowej specyfikacji dla odzieży do zadań specjalnych, żeby odnalazły się w takiej „maszynie do noszenia”.

Osobną kupkę – do renowacji – utworzyła między innymi skórzana kurtka, tak stara, że jej poprzedni właściciel, mój naście lat starszy kuzyn, pozbył się jej bez żadnych złudzeń. Ale skóra to skóra – trzeba ją umiejętnie odżywiać tłuszczem, wtedy potrafi utrzymać kondycję, a nawet zyskać drugie życie. Kupienie nowej kurtki skórzanej to długofalowa inwestycja, zważywszy że skórzana odzież jako tako wygląda dopiero po jakichś dziesięciu latach intensywnego używania.

Na tę samą stertę trafiła marynarka safari mojego dziadka – z pożółkłego płótna, lekko nadżarta przez mole. Nie mogłem wyjść z podziwu nad pomysłowością kroju i praktycznym rozwiązaniem czterech kieszeni, kiedy wyszperałem ją u rodziców na strychu. Nie nadaje się wprawdzie do noszenia, ma krótkie rękawy – rzecz, której wystrzegam się na równi z T-shirtami; ale któregoś dnia jakiś krawiec dostanie ją ode mnie razem z kuponem tkaniny i poleceniem skopiowania w moim rozmiarze, lecz z rękawem długim i mankietem jak koszulowy. Ubrania łączą nas bowiem nie tylko z ludźmi (przez sposób, w jaki im się pokazujemy), lecz także z przeszłością, w której mamy swoje miejsce.

Wreszcie stworzyłem listę zakupów, a na jej szczycie umieściłem porządne dżinsy. Sprane, ale niezużyte, niezbędne w niedzielę spędzaną z dziećmi na dywanie oraz wszędzie tam, gdzie nie można wyglądać zbyt elegancko. Dziś bowiem zasady dress code’u równie często zdarza się ludziom łamać w tę, co w przeciwną stronę.

Usypując te stosy, myślałem o innych trupach. O wszystkich tych, dzięki którym męskie ubrania wyglądają tak, jak wyglądają. Ich też można podzielić na dwie frakcje.

Pierwsza to „stowarzyszenie umarłych poetów” – krawców, projektantów, wynalazców i po prostu wpływowych postaci kultury lub socjety. Wszystkich tych postaci znamienitych przynajmniej z pozoru, które znamy z nazwiska, a tylko sporadycznie bez, i o których wiemy, co im zawdzięczamy. „Beau” Brummellowi – sylwetkę współczesnego mężczyzny. Frederickowi Scholtemu, Hardy’emu Amiesowi i całej państwowej brytyjskiej radzie krawców Utility Scheme z czasów drugiej wojny światowej – dzisiejszy krój marynarki. Leviemu Straussowi dżinsy, a księciu Walii Davidowi – rozporek na suwak.

Druga frakcja to ofiary systemu. Niewolnicy na plantacjach bawełny, więźniowie Auschwitz w obozowych drelichach, szwaczki w specjalnych strefach ekonomicznych w Bangladeszu czy tysiące, miliony żołnierzy wszystkich wojen, którzy dali sobie przedziurawić mundury na piersi, plecach, udach, żeby biznes dostaw nowych uniformów mógł się kręcić.

Są trupami w naszej szafie, a tak rzadko o nich myślimy. To z ich powodu ubranie ma konkretny fason, barwę i detale, niektóre funkcjonalne, jak kieszonka na kondomy, inne czysto ozdobne, jak mankiet marynarki. Niektórym trupom zawdzięczamy rozmiarówkę – rozwiązanie, dzięki któremu możemy dziś kupić ubranie bez mierzenia i mieć jako taką gwarancję, że będzie pasować – lub nadrzędne idee wyrażające się w sposobie, w jaki jesteśmy ubrani.

Parafrazując pewną obserwację na temat Polski, można powiedzieć, że odzieżą rządzą dwie trumny: „Beau” Brummela i Charlesa Frederica Wortha. Pierwszy zreformował męski strój w sposób, który do dziś jest doceniany lub kontestowany, ale jest. Ten drugi, działając nieco później, twórczo rozwinął i ugruntował system mody – z sezonowymi kolekcjami i rzeczami na topie – za którym opowiedziały się kobiety. To oczywiście duże uproszczenie, ale czeka nas jeszcze dość lektury, żeby je skomplikować i rozwinąć.

Jako że historię męskiej elegancji można rozpocząć w dowolnym momencie między początkami ludzkości („Już u Herodota znajdujemy wzmiankę, że...”) a dziś, bardzo trudno napisać ją dobrze. Jeszcze trudniej faktycznie wyjaśnić – a nie tylko oznajmić – jak mężczyzna może i powinien się ubierać. Rozmaite tuzy a to opowiadają o genezie poszczególnych elementów garderoby, a to skupiają się jedynie na kwestiach proporcji i harmonii barw albo wręcz tworzą wyłącznie katalog rzeczy, które mężczyzna powinien mieć w szafie.

Ale dlaczego właśnie te rzeczy, a nie inne? W tej książce proponuję spojrzenie na źródła naszych stylów ubierania. Nie „historię mody” skoncentrowaną na przemianach kroju i wyglądu sylwetki, ale historię tego, po co i dlaczego konkretne elementy garderoby projektowano i jak były noszone przez mężczyzn, głównie na przestrzeni ostatnich dwóch wieków. Tradycjonalistom chcę pokazać, dlaczego zmiany są nie tylko nieuniknione, ale także sensowne, a postępowcom – dlaczego marynarka jest i pozostanie najwyższym wytworem całej męskiej refleksji o ubiorze, choćby zatkali uszy, tupali nogami i krzyczeli „jesteś u pani!”.

W jednym z rozdziałów swoje miejsce ma historia kieszeni, a te – jak wiadomo – mogą służyć dwóm celom: pełnić funkcję ozdobną (noszenie chusteczki, wprowadzanie równowagi optycznej elementów marynarki) albo praktyczną (noszenie telefonu, scyzoryka i portfela). Taki też cel przyświeca całej książce: zarazem estetyczny i praktyczny, ma ona bowiem zapewnić rozrywkę oraz odrobinę zrozumienia dla zagadnień tak nam bliskich jak ubranie, które nosimy.

Od George’a „Beau” Brummella zaczyna się historia męskiej elegancji, jaką znamy dzisiaj. Jak go przedstawić? Jego biograf Ian Kelly napisze kiedyś, że Brummell był być może pierwszym celebrytą, czyli postacią znaną z tego, że jest znana. Brummell należał do socjety. Nie malował ani nie pisał wierszy, przynajmniej nie lepiej, niż robił to wówczas każdy człowiek z towarzystwa, było to bowiem w dobrym tonie. A jednak Brummell dobry ton nadawał – ubraniem i ogładą. Stał się pierwszym i – jak pisze Kelly – „ostatecznym” dandysem.

Był synem urzędnika angielskiej Korony z dość gwałtownego awansu społecznego. Urodzony w 1778 roku, wchodził w dorosłość w dobie rewolucji francuskiej i przemysłowej, ścinania królów, uchwalania konstytucji, koalicji wojennych na kontynentalną skalę, modernizacji zarówno Wielkich Spraw – wojska, nauki i polityki – jak i codziennego życia.

Brummell dostał się wpierw do elitarnej szkoły Eton, potem do 10. Regimentu Lekkich Dragonów, prestiżowej – choć niekoniecznie ze względu na wartość bojową – formacji wojskowej, gdzie nawiązał przyjaźń z księciem regentem, późniejszym Jerzym IV. Następnie, jako dwudziestolatek z majątkiem stanowiącym równowartość dzisiejszych około dwóch i pół miliona funtów, w 1799 roku zamieszkał w najbardziej wówczas szacownej dzielnicy Londynu, Mayfair.

Mayfair, miejsce Targów Majowych, które odbywały się na tych podlondyńskich terenach w XVIII wieku, przeszło właśnie wielką metamorfozę. Rodzina Grosvenorów, właściciele tego terenu, wytyczyła tam nowe ulice i kwartały, zabudowane dziełami najwybitniejszych architektów epoki. Te nazwy zna każdy, kto choć raz był w Londynie: Oxford Street, Regent Steet, Picadilly. W nowej dzielnicy swoje warsztaty otworzyli rzemieślnicy służący zamieszkałym tam możnym londyńczykom, między innymi krawcy.

Przy Brunswick Square w 1806 swój zakład miał na przykład James Poole, przedsiębiorca, któremu przeciągająca się wojna z Napoleonem pozwoliła nieźle zarobić na dostawie mundurów. Jego syn Henry przeniesie zakład bliżej serca Mayfair i rozbuduje w taki sposób, że za plecami wyrośnie mu Savile Row – ulica krawców. Dziś to jedno z ostatnich takich miejsc na Zachodzie, które skupia wybitnych przedstawicieli danego rzemiosła. Zakład Henry’ego Poole’a wciąż działa, podobnie jak Gieves & Hawkes – noszący nazwiska krawców, którzy szyli mundury dla admirała Nelsona i diuka Wellingtona.

W tych dwóch – i kilkunastu innych – zakładach przy Savile Row roi się dziś od krawców, ale jeśli zapytać ich o dziedzictwo i źródło inspiracji, okaże się, że jest jeden święty, do którego codziennie modlą się niemal wszyscy. „Beau” Brummell.

Brummell był wygadany i świetnie poruszał się w towarzyskich kręgach. Odebrał też niezłe wykształcenie, przynajmniej na tyle, żeby widzieć, co się dzieje dokoła. A dokoła „dział się” klasycyzm: artyści i architekci na potęgę odkrywali antyczną estetykę, wyrabiając sobie na jej temat przekonania, które do dziś funkcjonują (nierzadko mylne). Studiowali zatem proporcje – nie tylko klasycznych porządków architektonicznych, lecz także rzeźb przedstawiających ludzi. W architekturze remiksowali antyczne wzory i motywy, budowali wszystko z jasnych marmurów, które podkreślają rysunek i proporcje; do dziś szokuje nas myśl, że greckie świątynie i rzeźby Apollina były pstrokato malowane – to właśnie pokłosie tamtych badań nad historią sztuki.

Jednocześnie nowe czasy wymagały nowych pomieszczeń – sklepów i biur. Adaptowało się więc te stare formy, poszukując praktycznych rozwiązań; w malarstwie – nakładano starożytny kostium na współczesne treści. Malarze i rzeźbiarze przedstawiali nagich herosów i świętych – znów – studiując idealne proporcje ludzkiego ciała. Ale na ulicach ludzie nie chodzili w togach. Mężczyźni wciąż nosili krótkie spodnie, zestawy z wzorzystego jedwabiu, pudrowane peruki.

Brummell był tym, który dostrzegł tę niespójność. Gdyby ktoś w tamtym czasie zaproponował szlachcie tuniki i togi, skończyłoby się pewnie ciekawą, krótkotrwałą modą. Ale Brummell miał pomysł. Zabrał klasycyzm stroju w zupełnie innym kierunku. W przeciwieństwie do popularnych wówczas macaronis, ubranych ostentacyjnie pstrokato i w sposób niemal karykaturalnie wyolbrzymiający detale, on zaproponował jedność ciała i ubrania, dopasowanie do figury, swoisty luz, nonszalancję i powrót do klasycznych ideałów. Skodyfikował je w stroju – stworzonym tak, by odzwierciedlać nagie ciało dobrze zbudowanego mężczyzny.

A że był przyjacielem księcia i jedną z centralnych postaci angielskiej elity, miał wszelkie podstawy do tego, by propozycję w zakresie ubrania promować swoim stylem życia: dandysa, czyli miejskiego bywalca. Do niego właśnie pasuje jak ulał dwudziestowieczne określenie „dyktator mody”. Leader of Fashion – napisano na upamiętniającej go tablicy, na jego dawnym domu przy Chesterfield Street; tylko tyle i aż tyle, bo choć nie jest to tytuł dzieła ani nazwa prądu w filozofii, to jednak wpływu Brummella na kulturę po dziś dzień nie można przecenić.

Jego „kariera”, oparta na nieuchwytnym „tym czymś”, trwała kilkanaście lat – wystarczająco długo, żeby przemiany męskiego wizerunku, które trafiły na dobry moment angielskiej rewolucji przemysłowej oraz francuskiej politycznej (a więc również wykreowany przez nie nowy model funkcjonowania człowieka w społeczeństwie), ugruntowały się w takim stanie, w jakim je obecnie znamy. Współcześni dandysi powinni jednak pamiętać, że Brummell połowę dość krótkiego życia spędził na wygnaniu, do którego zmusiły go długi u bukmacherów i krawców z Savile Row oraz niewyparzony język.

Choć mechanizmy finansowe były wtedy nieco inne niż dziś, jego zachowanie – życie na cudzy koszt – w dużym stopniu przypomina współczesne uzależnienie od wydawania pieniędzy, spiralę długów, chwilówek, kart kredytowych i odwróconych hipotek. Wszystko to uchodziło mu na sucho, póki Brummell miał przyjaciół gotowych żyrować jego kredyty. Ostatnim z nich był przyszły Jerzy IV. Panowie sprzeczali się niemal rytualnie i od czasu do czasu do siebie nie odzywali. Po jednej z takich kłótni Brummell wraz z trzema członkami Dandyjskiego „Gremium”[2] (ówczesny Rat Pack) postanowił wyprawić bal maskowy, na który – z jego przyczyny – książę nie otrzymał zaproszenia. Nie powstrzymało to jednak następcy tronu: przyszedł, ale zignorował zupełnie głównego gospodarza. Kiedy odszedł dwa kroki, Brummell teatralnie zwrócił się do towarzysza, z którym książę się przywitał: „Kim jest twój gruby przyjaciel?”.

To była ostatnia obraza. Utorowała ona drogę wieści, że nasz bohater – od lat bankrut – nie ma już w osobie księcia żyranta swoich długów. Dandys musiał uciekać, trafił więc do francuskiego Calais. Stamtąd nie mógł jechać dalej, bo nie miał paszportu. Nie mógł też wracać. Na wygnaniu w prowincjonalnym miasteczku spędził ćwierć wieku, stopniowo popadając w obłęd. Umierał we francuskim przytułku, jako alternatywę mając angielskie więzienie.

Styl, który Brummell zaproponował Londynowi, w miejsce przepychu wstawił wysublimowaną prostotę, a w miejsce bogactwa – minimalizm. Tak jak w wypadku antycznych proporcji, zaczęło się od nagości. Mimo że był dopiero początek XIX wieku, Brummell kąpał się codziennie, i to w gorącej wodzie. Te kąpiele i czysta lniana bielizna wraz z odrobiną wody kolońskiej zastępowały dotychczasowe ciężkie obłoki perfum, zgodnie z zasadą upraszczania męskiej elegancji.

Bielizna (do której tradycyjnie zalicza się także koszula)[3] musiała być obowiązkowo prana na wsi, co Brummell szczególnie podkreślał. W Londynie, o powietrzu pełnym węglowego pyłu, szybko bowiem traciła prawo do swojej nazwy. Tymczasem promienie słoneczne sięgają zakresem ultrafioletu, który ma działanie wybielające i bakteriobójcze. Ma to podwójnie zbawienny wpływ na tkaninę, jako że pot zostawia nie tylko plamy, ale i bakterie będące przyczyną zapachu. Suszenie białych koszul na słońcu jest bardzo dobrym pomysłem, zwłaszcza że ultrafioletu podobno ostatnio więcej niż w czasach pierwszych dandysów.

Brummell kąpał się więc cały, w wannie. Samo praktykowanie kąpieli nie było niczym nowym – kąpano się wtedy w morzu, myto w domu, ale codzienna gorąca kąpiel okazała się pewną innowacją. Zbiegła się ona w czasie z podatkiem na puder do peruk, którą to daninę ówczesny premier Wielkiej Brytanii William Pitt młodszy nałożył w 1795 roku, ale też z klasycystycznymi trendami i jeszcze jednym rodzącym się właśnie ideałem – powrotu do natury jako pierwotnego stanu człowieka. Duszne perfumy były w odwrocie, a jeśli nową pożądaną ekstrawagancją stała się śnieżna biel koszuli, to ciało pod nią musiało być czyste.

Po kąpieli Brummell szorował się sztywną szczotką z końskiego włosia, golił się z mydłem i brzytwą, czyścił zęby i paznokcie, czesał grzebieniem, używał pęsety i lusterka do usuwania niepożądanych włosów na twarzy. W gruncie rzeczy – jak zwracali uwagę współcześni – jego zabiegi higieniczne, wyraz niezwykłej próżności, były równocześnie drakońskie, spartańskie czy też ascetyczne. Co tak naprawdę robił dandys, kiedy się szorował, golił brzytwą, wyrywał niesforne włoski z brody, a wrażliwą szyję po dokładnym goleniu opakowywał w wykrochmalony kołnierzyk, tak wysoki, że dopóki go nie zagiął, cała jego głowa niknęła ludziom z oczu? Otulał rozgrzany kąpielą tors świeżym lnem koszuli, by po chwili zacisnąć pod szyją węzeł krawata. Czy kochał się i jednocześnie nienawidził? Czy, chełpiąc się zawistnymi spojrzeniami innych, jednocześnie dostrzegał powierzchowność swojego gwałtownego sukcesu? A może za rygorystyczną higieną stoją nawyki wyniesione z wojska i uniwersytetu lub ojcowska dyscyplina? Lub perwersyjna pieszczota bólem? Można się tylko domyślać. Dość, że poranna toaleta Brummella prezentuje kombinację samodyscypliny i samoakceptacji, która – jak mi się wydaje – jest zdrową mieszanką.

Niewątpliwie, jego zabiegi miały szansę doprowadzić do pewnego przełomu w higienie. Zwłaszcza że wszystko, co robił, znamy dokładnie z opisów, bo kąpał się i szykował do wyjścia przy udziale publiczności – oczywiście wyłącznie męskiej i precyzyjnie dobranej. Wśród podziwiających spektakl pielęgnacji i odziewania jego skądinąd pięknego w sensie klasycznym ciała byli nawet książęta i lordowie. Przed drzwiami domu Brummella co rano ustawiał się tłumek gości, chcących podpatrzeć zabiegi higieniczne (często dosłownie nauczyć się ich), tak jak je prowadził najbardziej wpływowy arbiter elegancji swoich czasów.

Codzienna kąpiel jest naszym rytuałem do tego stopnia, że przestaliśmy to zauważać, ale jako taka nie przyjęła się od razu. Mimo odważnej postawy Brummella wobec wody, jeszcze przez długi czas po nim utrzymywać się będzie przekonanie, że częste mycie skraca życie. Nic w tym dziwnego: przesłanek racjonalnych (na przykład powszechnej świadomości tego, czym są bakterie, grzyby albo wirusy) wciąż nie posiadano. A człowiek, który myje się często, szybciej też zaczyna czuć się brudny.

Powszechne zalecenie brzmi na przykład, żeby myć włosy codziennie (co to znaczy „szampon do częstego stosowania”?), a odżywiać je raz na jakiś czas. Skąd jednak założenie, że codziennie nasze włosy brudzą się do tego stopnia, że trzeba ten brud usuwać? Może to właśnie codzienne płukanie i odżywka są ważniejsze, a mycie potrzebne jest raz na kilka dni?

Nie, nie chodzi o to, by zupełnie negować sens higieny. Jednak ciało i włosy pokrywają się warstewką tłuszczu nie przez przypadek. To bariera ochronna. Aby ją wspomóc, rosną nam włosy – na przykład w kroczu, pod pachami i gdzie tam jeszcze. Chronią one przed powiewami zimnego powietrza, pyłem i obcymi ciałami. Jednak dziś, w epoce szklanych domów, kiedy naprawdę rzadziej niż kiedykolwiek wcześniej stykamy się z zarazą, taki kordon sanitarny jest nam mniej potrzebny niż dawniej. Coraz częściej usuwamy więc włosy – z nosa, spod pach, z krocza – i, być może w efekcie, częściej myjemy ciało. Wystarczy jednak wyjść z tej spirali – na przykład wyjechać na dłuższą wyprawę w dzicz, gdzie nie bardzo jest okazja do nadmiernej higieny, by zauważyć, że po kilku dniach robi się nam już właściwie wszystko jedno. Organizm przyzwyczaja się do nowego standardu i przestawia produkcję w gruczołach na potrzeby zmienionych warunków. W uproszczeniu: im więcej się myjemy, tym bardziej „się brudzimy”.

To, co nazywamy brudem, ma źródło po części w samym ciele, miazmatach jego gruczołów, a po części w otoczeniu. Ale czy to tak naprawdę brud? Ani jedno, ani drugie w większości nie jest „brudem”, dopóki nie znajdzie się w niepożądanym miejscu (jak woda z kałuży – na rękach) lub niepożądanej ilości (jak pot). Ludzie, którzy nie cierpią psów, mogą czuć się brudni po dotknięciu sierści zwierzęcia, choćby było tuż po kąpieli. Takie przekonanie miewa też charakter kulturowy: wyznawcy hinduizmu wierzą, że wody Gangesu przynoszą duchowe oczyszczenie. Ewidentny dla nas, Europejczyków, paradoks polega na tym, że ten sam Ganges służy Hindusom za kloakę oraz... miejsce pochówku. W milionach gospodarstw domowych Zachodu w jednej pralce lub misce prana jest odzież codzienna razem z bielizną używaną przez kobiety podczas menstruacji – dla przedstawicieli wielu innych kultur to źródło nieczystości trudnych do usunięcia z samej pralki czy miski. Arabowie biorą do ręki jedzenie wyłącznie prawą ręką, bo lewą się podmywają – to przecież rozsądne, ale tylko w obrębie jakiejś innej, kulturowo obcej Europejczykom, logiki.

W czasach Brummella brud rozumiano inaczej, bardziej naturalnie. Ciało się poci? Poci się, i co z tego; nie ma szczególnego powodu, żeby z tym walczyć. Rozumienie ciała (a więc pomysły, że za dobrostan człowieka odpowiada na przykład ciśnienie cieczy lub relacja kilku psychologiczno-chemicznych składników takich jak humory) zmieniało się stopniowo. Dopiero udoskonalanie metody naukowej i narzędzi badań doprowadziło do odkrycia w drugiej połowie XIX wieku właściwości drobnoustrojów, które można zwalczyć za pomocą mydła i które w pewnych typach „brudu” mają swoją pożywkę.

Badania Ludwika Pasteura doprowadziły do specyficznego zwrotu w naszym podejściu do higieny: my po prostu uwierzyliśmy w bakterie, a kiedy uwierzyliśmy, zaczęliśmy się ich bać. To oczywiście uzasadniony strach, powiązany z nadzieją, że kiedy wyeliminujemy z naszego życia szkodliwe mikroorganizmy, przestaniemy masowo umierać na zarazy. Okazało się to zresztą prawdą. Szkod­liwy wpływ bakterii trzeba oczywiście neutralizować, ale niemal równolegle z upowszechnieniem się teorii Pasteura, odkryto też, że szkodliwe bakterie chorobotwórcze znajdują się w organizmach zupełnie zdrowych ludzi, a zatem ich szkodliwość jest ograniczona. Na bakterie warto uważać, ale nie można się ich bać.

Ale co to znaczy, że „uwierzyliśmy” w drobnoustroje? Przecież one istnieją! Oczywiście, istnieją. Natomiast dzisiejszy poziom higieny, wbrew naszym codziennym narzekaniom obiektywnie bardzo wysoki, jest wynikiem nadmiernej troski o czystość. Bierze się ona już nie z wiedzy o bakteriach, ale z powszechnej, wywodzącej się z dawnych czasów wiary w rozróżnienie na czyste i brudne.

W latach sześćdziesiątych amerykańska antropolożka Mary Douglas włączyła tę myśl do swojej książki Czystość i zmaza. Śmieć czy brud – argumentowała – są, jak mówi przysłowie, „w oku patrzącego”, pojawiają się wtedy, kiedy jakieś przedmioty czy substancje stają się niechciane, kiedy ich kategoria zmienia się na „to, co odrzucamy przy wprowadzaniu porządku”. Kiedy kochasz się z dziewczyną, wszystko jest na swoim miejscu, kropelki potu na czole też. Co innego, kiedy wrzucasz do pralki jej przepoconą koszulkę z siłowni. Spychamy śmieci na, nomen omen, kupę, stosujemy praktyki czyszczące albo wyrzucamy do śmietnika. Dopóki nie trzeba w takim koszu grzebać, czyli „ożywiać tożsamości śmieci”, są bezpieczne, zamknięte i z dala od nas.

W myśli Mary Douglas zaciera się więc różnica między sprzątaniem czy myciem jako takim, a oczyszczeniem jako rytuałem. Obojętnie, czy zmazą jest brudne ciało po tarzaniu się w błocie albo wizycie w toalecie, czy źródłem brudu jest złamanie tabu – potrzebujemy się oczyścić. Jest taka scena w Casino Royale, w której Eva Green jako Vesper Lynd stoi pod prysznicem, wstrząśnięta i bez życia po tym, jak doświadczyła pełnego moralnych wyborów życia prawdziwej agentki Jej Królewskiej Mości. Tak też może wyglądać rytualne oczyszczenie.

Codzienny prysznic, mycie głowy, golenie, mają więc w sobie dużo mniej z właściwej po-Pasteurowskiej higieny, a więcej z rytuału, niż gotowi bylibyśmy przyznać. Cotygodniowa kąpiel z goleniem, jeden z ulubionych zabiegów higienicznych wielu mężczyzn na świecie, jest na to najlepszym dowodem. Najpierw kilkuminutowy kompres z gorącego ręcznika na twarz – zmiękczający zarost, uelastyczniający skórę i otwierający pory; po nim staranne pokrywanie twarzy mydłem lub kremem do golenia – te tradycyjne, gęste specyfiki, przynajmniej według powszechnego odczucia, najlepiej przygotowują końcówki włosów; wreszcie samo golenie: „zdzieram maszynką starość i śmierć z twarzy”, jak pisał Marcin Świetlicki. Dopiero potem głębokie czyszczenie cery i krem po goleniu albo woda kolońska – odkażanie i konserwowanie skóry, jakby miała zostać w spadku dla potomnych.

Ustalmy więc raz na zawsze: robimy to nie tylko dla zdrowia, ale także dla zdrowej pieszczoty. Wiedziano zresztą od dawna, kiedy moraliści zalecali, by myć się i wycierać z zamkniętymi oczami, że „wszystko, co przekracza granice zdrowej i niezbędnej higieny, prowadzi niepostrzeżenie do zgubnych skutków”[4]. Dziś stosunek do przyjemności zmienił się diametralnie – wstrzemięźliwe i czyste są tylko wampiry w powieściach dla młodzieży. Siłą rzeczy autoerotyczne pieszczoty kojarzą się bardziej z akceptacją siebie. Ciało pożądane to zawsze ciało Innego[5] – piszą psychologowie, a uwaga poświęcona własnemu ciału i jego wyglądowi oznacza automatycznie, że patrzymy na nasze doczesne szczątki jako na przedmiot cudzej afirmacji, być może nawet uwielbienia. Zazwyczaj stroimy się dla kogoś, a jeśli stroimy kogoś, na przykład kupujemy dziewczynie bieliznę – robimy to dla siebie.

Za sprawą takiego podejścia do higieny i ubioru zmienił się wymiar luksusu: o jakości ubioru świadczy już nie przepych i ostentacyjne bogactwo użytych materiałów (futra, hafty, złocenia), ale prostota (która jest mniej tolerancyjna na ułomności detalu), czas poświęcony na przygotowanie czy pewna podatność stroju na trudne warunki (idź kiedyś na piknik w białych flanelowych spodniach, a zrozumiesz, że nie ma nic droższego – są niemal jednorazowe!).

Elementem spektaklu, który co rano wydawał Geor­ge Brummell, była nauka wiązania krawata – wówczas zbliżonego raczej do apaszki – oraz pokaz specjalnych ruchów ciała, które tworzyły i utrwalały odpowiedni kształt zmarszczek i załamań na krochmalonej tkaninie. Formowało się lub reformowało zjawisko, do którego przylgnie później starsze – choć stosowane w nieco innym kontekście – pojęcie sprezzatury: celowej nonszalancji w noszeniu ubrań tak, by wyglądały, jakby zostały w pośpiechu narzucone przed wyjściem. W praktyce za takim zjawiskiem, od idealnie asymetrycznego krawata po harcerską rogatywkę noszoną na bakier, niemal zawsze stoi zespół zabiegów, które proces przygotowywania się do wyjścia potrafią wydłużyć w nieskończoność.

Słowo sprezzatura robi od kilku lat wielką karierę w eleganckich środowiskach. Oznacza ono mniej więcej to, co wcześniej opisywaliśmy francuskim słowem nonszalancja (choć najstarsze polskie tłumaczenie tego pojęcia, zaczerpniętego z traktatu Baltazara Castiglionego Il Corteggiano, „nizaczmienie”, jest w polszczyźnie od pięciu wieków). Sprezzatura ma w gruncie rzeczy dwa odcienie. Pierwszy polega na tym, by to, co wydaje się trudne i skomplikowane, robić z łatwością. W wypadku ubioru mówi się tak zazwyczaj o swobodzie noszenia „wymagających” ubrań – spodni, które zawsze mają tendencję do złego układania się; marynarek, które przez sztywną konstrukcję lubią odstawać od różnych partii ciała; krawatów, które piją, a do tego nie układają się po myśli użytkownika. To właśnie ten odcień zawiera się w powiedzeniu krawca i projektanta Hardy’ego Amiesa, że „mężczyzna powinien wyglądać, jakby precyzyjnie dobierał swoje ubranie, a potem zapomniał o nim tuż po założeniu”[6]. Oczywiście w tym celu ubranie musi współpracować: jakość ciuchów naprawdę ma znaczenie; niedopasowane buty deformują stopy, ale przyprawiają też o mało elegancki wyraz twarzy.

Paradoks polega na tym, że jednocześnie w sprez­zaturze zawarte jest coś wprost przeciwnego. Ot, takie brummellowskie wiązanie krawata: wybrańcy doświadczali tego widoku na własne oczy, na pierwszym piętrze, patrząc na „Beau” w pokoju kąpielowym przed lustrem. Ale i ci, którzy dostali się zaledwie na parter i tam antyszambrowali cierpliwie, mieli swój spektakl: czasem Robinson, służący Brummella, schodził po schodach niosąc naręcze pogniecionych apaszek. „To? To są nieudane próby” – rzucał od niechcenia. Zwykły węzeł pod brodą urastał do rangi wyzwania. Jest jednak jasne, że wyzwanie trafiło na mocarza, który był w stanie mu sprostać. „Beau” Brummell sprostał w sposób wręcz przełomowy, konstruując nową sylwetkę mężczyzny. Przyjrzyjmy się jej bliżej.

Na pewno słyszałeś to od swojej babci tysiąc razy: „O, twój dziadek to był bardzo elegancki mężczyzna! Zawsze w kapeluszu, zawsze po przyjściu z ulicy szczotkował spodnie z pyłu” i tym podobne. Każdy to słyszał wielokrotnie i można odnieść wrażenie, że wszyscy dziadkowie byli eleganccy. Albo że babcia za dużo wiary pokłada w zjawisku tak zwanych starych dobrych czasów.

Jedno i drugie jest prawdą. Wiara w stare dobre czasy („Kiedyś to nawet zbiry na ulicy były lepsze, miały honor”) wynika z prostego mechanizmu, który psycholog Steven Pinker podsumował uroczo: „z wiekiem ludzie zaczynają mylić zmiany następujące w nich samych ze zmianami w otaczającym świecie, a zmiany w świecie z upadkiem moralnym – właśnie stąd bierze się złudzenie dobrych starych czasów. To dlatego każde pokolenie uważa, że dzisiejsza młodzież powoduje degradację języka, a wraz z nią – upadek cywilizacji”[7].

Z drugiej strony, jeśli spojrzeć na zdjęcia przedwojennej ulicy, rzeczywiście wszyscy byli na pierwszy rzut oka eleganccy. Nosili ubrania, które dziś uważamy za klasyczne; niewielu wówczas próbowało ubiorem „wyrażać siebie”, nie wpinano agrafek w klapy skórzanych kurtek ani na koszulkach nie wypisywano życiowego motto. Ponad wyrażaniem siebie stał kanon, ogólnie przyjęta konwencja. Mężczyźni mechanicznym ruchem nakładali kapelusz, opuszczając pomieszczenie, a ich płaszcze i spodnie niemal zawsze krojone były blisko figury. Ta „elegancja” stanowiła wtedy paradygmat, model stylu życia. A teraz nie stanowi, bo każde zjawisko okazuje się przejściowe.

Oczywiście kryją się w tym dwa niesłuszne wnioski. Pierwszy: dziś elegancja jakoby nie istnieje; ludzie kiedyś byli eleganccy, a teraz przestali. Prawdą jest, że nastąpiła zmiana. Co więcej, można pokusić się o tezę, że nastąpiła rewolucja, choć dla mnie – jako zwolennika klasycznej elegancji – niedopowiedzenie jest jednak cenne. Nie można mówić o ubierających się „postępowo”, że nie dbają o siebie ani że dobry wygląd nie wychodzi im równie często jak „klasykom”, choć tak samo często jak „klasycy” popełniają błędy. Równie wielki jak dawniej jest też zapewne zbiór ludzi, którzy nad ubiorem przesadnie nie deliberują – ku rozpaczy modowych blogerów. Statystyczni ludzie może i nie dbają przesadnie o strój, ale też na przykład nie fotografują się w windzie – co może być łagodną i sympatyczną formą zaburzeń osobowości[8].

Drugi błędny wniosek jest taki, że skoro wszyscy byli wtedy eleganccy, to znaczy, że wszyscy dobrze wyglądali. A to przecież nie może być prawdą: słowa „dobrze” i „źle” znaczyły wprawdzie co innego, ale ktoś musiał wyglądać źle, by inny mógł na jego tle wyglądać dobrze. Decyduje o tym stosowność ubioru do okazji, dopasowanie, jakość materiałów, z których go uszyto, ich cena, pracochłonność wykonania ubioru, którą widać w detalach. Nawet niepowtarzalność. Dziś, poza pewnymi oczywistymi okolicznościami, widok marynarki na mężczyźnie jest na tyle rzadki, że każdego, kto ją akurat nosi, nazywamy eleganckim. Co jest zupełną bzdurą, bo ubrania, które kupujemy w sklepie (a nawet te zamówione u krawca), dalej mogą być obarczone błędami w każdym z wyżej wymienionych obszarów.

O tym właśnie jest pierwsza część tej książki: o początku i – jak się wydaje, obwieszczonym na wyrost – końcu klasycznej męskiej elegancji. O tym, co spowodowało, że na dłuższy czas w zasadzie wszyscy mężczyźni zaakceptowali koszulę, marynarkę i długie spodnie jako codzienny strój. Dlaczego pewnych zasad nie warto łamać, kiedy dziś zakładamy garnitur na ślub kumpla, marynarkę i dżinsy w sobotę do klubu albo beżową wiatrówkę i zielone chinosy na niedzielny piknik. Dlaczego w porządnej marynarce można się poczuć jak aryjski nadczłowiek, a różowa koszula może, ale nie powinna prowokować wątpliwości co do orientacji seksualnej, i jak to zrobić, żeby kiedy wreszcie ubierzesz się w strój wieczorowy, ludzie nie oddawali ci na przyjęciu pustych kieliszków po szampanie.

TU CHODZI O TWOJE EGO
Klasyczny męski strój: rozkosz i wyrzeczenie

Nigdy nie zrozumiemy klasycznej męskiej elegancji, jeśli nie pogodzimy się z zawartymi w niej sprzecznościami. Pewne paradoksy ujawniły się już wcześniej: zabiegi higieniczne mogą być autoerotyczne, a jednocześnie ascetyczne. Teraz jednak stoimy przed paradoksem wszystkich paradoksów, na zawsze wpisanym w klasyczną męską elegancję: przyjemność i wyrzeczenie sprowadzają się w niej do tego samego.

Wróćmy do George’a Brummella. Nowatorskie podejście do higieny było ważne, ale przydomek „Beau” (czyli z francuska „Piękniś”) zyskał sobie tym, jak się ubierał – bo właśnie ten aspekt jego wizerunku, a nie kąpiele, był widoczny dla każdego londyńczyka z socjety. To właśnie Brummellowi zawdzięczamy angielską elegancję taką, jaką znamy dziś: redukcję palety barw do zaledwie kilku – czerni, bieli, granatu czy płowożółtego – dopasowanie stroju do sylwetki, ekonomiczną prostotę. Choć przedstawiany jest w obcisłych bryczesach wpuszczonych w buty z cholewami, nie gardził również długimi spodniami[9]. To właśnie wtedy marynarki z długimi połami zaczęły podkreślać pożądaną trójkątność męskiej figury (czyli jej najbardziej zdrowy, atletyczny wariant: ramiona powinny być szersze niż brzuch), a kamizelki pomagały trzymać ciało w ryzach, jeśli ktoś miał mniej szczęścia do postury niż przywódca grupy modnisiów znanych jako Dandyjskie Gremium. Oczywiście, jeśli porównać wizerunek Brummella około 1800 roku z dzisiejszym mężczyzną nawet w trzyczęściowym garniturze, wskazanie dziesięciu różnic nie będzie szczególnie trudne. Ale lepszy eksperyment polegałby na zestawieniu trzech wizerunków mężczyzny: przed Brummellem, jego propozycji i dzisiejszej klasyki. Wtedy nie ma wątpliwości: „Beau” był chodzącą rewolucją, a my wciąż żyjemy jej pokłosiem.

„Garnitur” – koordynowany zestaw spodni, kamizelki i okrycia wierzchniego – był znany już w XVII wieku. Ale Brummel (jego styl pośrodku) tak przesunął akcenty, że dzisiejsza klasyka nawiązuje głównie do tego zwrotu.

Przywykliśmy nazywać to zjawisko dandyzmem, a samego George’a Brummella – wzorcowym dandysem. Jego pieczołowita toaleta, ubiór, który – zwłaszcza z ówczesnego punktu widzenia – był minimalistyczny (wyrzekał się ostentacyjnych elementów, futer, klejnotów, farbowanych drogimi barwnikami tkanin), wszystko to miało podkreślać specyficznie rozumianą pewność siebie. Oczywiście w parze z nią szła postawa salonowca; „Beau” był trochę jak Bruce Wayne, tylko bez tego całego nocnego skakania po dachach Gotham w przebraniu Batmana. W każdym razie w meandrach towarzyskiego życia kluczył jak kot: swoimi drogami. I do pewnego momentu spadał na cztery łapy. Kiedyś tak zdenerwował księcia regenta, że ten wylał mu na głowę wino. Niewzruszony, niezwłocznie opróżnił swoją szklankę na głowę kolejnego sąsiada. „Przekaż toast księcia dalej”, zakomenderował. Z pewnością trudno byłoby go oskarżyć o wycofanie, depresję, oznaki żałoby; póki żył w Londynie, a fundusz powierniczy ojca i kredyt żyrowany książęcą przyjaźnią działały na wyobraźnię krawców i bukmacherów, brał z życia pełnymi garściami.

A jednak, kiedy w roku 1930 psycholog John Carl Flügel opisywał przemianę, jaka dokonała się w męskim wizerunku w XIX wieku, nazwał ją The Great Masculine Renunciation[10], czyli Wielkim Męskim Wyrzeczeniem. Mężczyźni wyparli się siebie? Podczas kiedy kobiety pozostały przez cały XIX wiek przy bogactwie barw, deseni, zdobień, przy krynolinach, trenach i turniurach, druga płeć postawiła na barwy tła: czernie, biele i szarości.

Oczywiście zmiana miała podłoże społeczne. Flügel łączy je z hasłami rewolucji francuskiej (co jest, nawiasem mówiąc, ciekawe, zwłaszcza że stylistycznie ruch wyraźnie ciążył ku Anglii), zwłaszcza dwoma z trzech: równością i braterstwem. Mężczyznom zaczęło bowiem zależeć na zacieraniu różnic klasowych, a to musiało wiązać się z odejściem od dekoracyjności i ostentacji, bo równać w miarę łatwo można tylko w dół.

Panie „dogoniły” ten trend bodaj dopiero w XX wieku, dzięki Coco Chanel, której model chłopczycy zresztą tylko zaadaptował męską modę do damskiej sylwetki, a do tego sam proces łatwo powiązać ze zmianami demograficznymi epoki wielkich wojen.

W ogromnym stopniu to Brummellowi zawdzięczamy, że podstawowym strojem męskim jest zestaw złożony z marynarki, koszuli i długich spodni udekorowany prostotą w miejsce broszy i sygnetów. Samo to wystarczy, żeby stawiać mu pomniki. Taki podstawowy dress code jest jak przepis na sos pomidorowy: kiedy już go masz, możesz z nim zrobić makaron, lasagne, pizzę, klopsiki albo dip na imprezę.

Powstały więc na przestrzeni dekad szczegółowe dress code’y: strój formalny dzienny, czyli żakiet z szarą jaskółką (marynarką z „jaskółczym ogonem” – rozdwojoną połą z tyłu), sztuczkowymi (specyficznie prążkowanymi) spodniami, białą koszulą, cylindrem i srebrnym krawatem; strój formalny wieczorowy, czyli frak – zawsze z białą muchą; strój półformalny, czyli smoking – jego charakterystyczne, atłasowe klapy mają podobno najlepiej grać połyskiem w sztucznym świetle[11], dzięki czemu mężczyzna nie potrzebuje biżuterii. To właśnie charakterystyczna cecha Wielkiego Męskiego Wyrzeczenia: dżentelmen nie potrzebuje biżuterii, ale jednak chce błyszczeć. Chce być tłem dla partnerki, ale głupi, kto myśli, że w pięknym obrazie liczy się tylko pierwszy plan.

Dziś już nas nie obowiązuje reżim dress code’ów w sensie formalnym, ale przecież bank oczekujący od pracowników noszenia krawata, „przyzwoity” strój na randkę, który wymaga, mam nadzieję, przynajmniej marynarki do dżinsów, nawet fakt, że ubrania zdecydowanie za duże są wyrazem buntu (jak kontrkulturowe zestawy wzorowane na ubiorze mieszkańców afroamerykańskich gett) – wszystko to za punkt odniesienia bierze tamten dziewiętnastowieczny wynalazek nowego męskiego wizerunku.

Wśród czytelników tej książki znajdą się z pewnością i tacy, którzy każdą decyzję zakupową w sklepie odzieżowym poprzedzają pytaniem: czy to jeden z klasycznych elementów garderoby? Czy mężczyzna praktykujący klasyczną elegancję założyłby ten konkretny element stroju? W obszarze niepewności znaleźć się mogą zabawne spinki do mankietów (na przykład z grą w piłkarzyki czy klockiem lego) albo jakiekolwiek spinki do krawata, krótka kurtka skórzana typu bomber jacket (w latach dziewięćdziesiątych nazywało się takie „flekami” i poznawało po nich osoby o sympatiach nacjonalistycznych) albo wojskowa wzorowana na „wietnamskiej” M65, buty typu sneakers, czasem robione z cielęcej skóry na pantofle, co wygląda jak pastisz albo parodia, klasycznie uszyte bermudy albo marynarka z dzianiny.

Klasyczne czy nie? Jak je zakwalifikować? Mało kto dostrzega jednak naczelną zasadę tradycyjnej męskiej elegancji czy, jak kto woli, mody: nie konkretną listę części garderoby o określonej specyfikacji, jakie uchodzi nosić mężczyźnie, ale zasadę przyjemności/wyrzeczenia związanych z narodzinami tego paradygmatu.

Dziś dandysem nazywamy zazwyczaj człowieka ubranego na pokaz, pstrokato, upstrzonego dodatkami, które rzucają się w oczy, zamiast harmonizować z resztą. Tymczasem to dokładne zaprzeczenie tego, jak dandyzm rozumiał Brummell, gdy podkreślał harmonię ciała oraz ubioru i nakazywał, by krawiec w niewidoczny na pierwszy rzut oka sposób korygował niedoskonałości sylwetki. O „Beau” funkcjonuje jeszcze jedna anegdota: zmienił krawca tylko dlatego, że ktoś na ulicy rozpoznał autora ubrania, które dandys miał na sobie. Jej autentyczność nie jest potwierdzona, ale historyjka wydaje się ukazywać istotę rzeczy: Brummell nie nazwałby dandysem kogoś, kto eksponuje metkę projektanta (czy, co gorsza, fabryki w Bangladeszu) ani też kogoś, kto stara się coś pokazać ostentacyjnym dodatkiem czy detalem. Piękne, harmonijne ubranie ma znikać na pięknym, harmonijnym człowieku.

Wbrew pozorom nie oznacza to, że rzeczy tanieją. Wybitny architekt i ojciec modernizmu Le Corbusier pisał, że proporcje to najlepsza ozdoba budynku. Proporcje nic nie kosztują inwestora, tylko architekta – argumentował. To prawda, ale architekt z wyczuciem proporcji to jednak skarb wart swojej ceny. Podobnie jest z krawcem. Prostota kosztuje, bo podkreśla wagę detalu i wykonania: szew na ubraniu ukryty za plisą może się wydawać kosztowny, bo plisa to dodatkowy kawałek tkaniny, za który trzeba zapłacić. Ale zrobienie prostego i ładnego szwu tak, by można go było wystawić na widok publiczny, jest znacznie trudniejsze, bardziej czasochłonne i droższe. A „zrobienie” brzucha i klatki tak, by dobrze wyglądały w samej koszuli – albo i bez niej? To dopiero koszt! Niedopowiedziana elegancja Brummella naprawdę mogła kosztować więcej niż królewskie sobole i gronostaje.

Można chyba powiedzieć, że „Beau” nie zdołał na dobre doświadczyć nowej sytuacji społecznej, która stworzyła grunt dla proponowanej przez niego rewolucji. W jego czasach wciąż jeszcze treść życia ludzi w sferze Brummella stanowiły salon, pałacyk myśliwski czy park do konnych przejażdżek i, okazjonalnie, pole bitwy – ale takiej, w której role oficerów i mięsa armatniego były rozdzielone od początku, a ludzie z klasy wyższej byli wyłącznie oficerami. Jednak pierwsze pęknięcie, które doprowadziło do erozji tej tamy, już się dokonało: to właśnie w okolicach rewolucji francuskiej znaczenie zyskał nowy typ mężczyzny i sceny jego działania: kantor kupiecki, kancelaria prawnicza, zgromadzenie narodowe, prefektura. Zmieniło się funkcjonowanie człowieka w polityce i w gospodarce.

W Anglii coraz większą rolę zyskiwała gentry – średniego szczebla szlachta ziemiańska, siła napędowa kapitalizmu; dziś gentryfikacją nazywamy, widoczne szczególnie w zyskujących na popularności „złych dzielnicach” miast, dążenie do stylu życia klasy średniej. Wykształciła się też powoli klasa zwana inteligencją: już nie uczepiona kurczowo mieszczańskiego życia, ale jeszcze niedysponująca nieograniczonymi środkami, jakie miała dawna szlachta. Do niektórych może pasować jak ulał ukute niedawno przez socjologów określenie henry – high earners, not rich yet (wysokopłatni, wciąż nie bogaci).

Praktyczność stroju okazała się wtedy niebywałą zaletą – argumentuje Flügel. Męska dominacja w sferze wizualnej przeniosła się z pokazywania na patrzenie: to kobiety miały być piękne. Psycholog posuwa się wręcz do stwierdzenia, że jest to rodzaj projekcji: mężczyzna dba o piękno kobiety z powodu własnej potrzeby pokazania się.

Sami mężczyźni przyjęli za punkt wyjścia praktyczność stroju. Która umożliwia swobodę ruchu. Która wyklucza podążanie za modą – bo to wymagałoby zajmowania się rzeczami próżnymi, czyli nieprzynoszącymi zysku (nie będzie wielkim nadużyciem stwierdzenie, że moda męska zmienia się co pokolenie, podczas gdy damska – co sezon). Która nie deprecjonuje ubrań znoszonych, bo to, że wciąż się trzymają, dobrze świadczy o ich wykonaniu. Wreszcie: praktyczność, wedle której krawiec jest usługodawcą, a klient – jego patronem. Kobiety podziwiamy za to, od kogo mają sukienkę na czerwonym dywanie. W wypadku mężczyzn to raczej krawcy chwaliliby się tym, kogo ubierają.

[...]

PRZYPISY
[1] Nick Cave, Crow Jane, tłum. Roman Kołakowski.
[2] Dandyjskie Gremium – ang. Dandiacal Body, to termin, którym biograf Brummella Ian Kelly objął gromadzących się w domu dandysa pilnych uczniów jego stylu. W 1834 roku w satyrycznej powieści Sartor Resartus użył go filozof Thomas Carlyle. Mianem „dandysa” Carlyle określił „Człowieka, którego zawód i urząd i byt zasadza się na noszeniu Ubrania. Każda zdolność jego duszy, umysłu, sakiewki i osoby poświęca się bohatersko przedmiotowi jednemu: noszenia Odzieży mądrze i dobrze”. W dziewiętnastowiecznym polskim przekładzie pióra Sygurda Wiśniowskiego Dandiacal Body to „Ciało Paniczów”. Por. Thomas Carlyle, Sartor resartus: życie i zdania pana Teufelsdröckha w trzech księgach, tłum. S. Wiśniowski, Warszawa 1882.
[3] Koszula jest niemal niewidoczna spod kamizelki, krawata i marynarki, dlatego uchodzi za bieliznę. Do dziś niektóre zasady stylu wyprowadzane są z tej kategoryzacji – na przykład guziki koszuli przyszywane są przeważnie równoległym ściegiem, charakterystycznym dla guzików bieliźnianych, podczas gdy guziki w marynarce czy spodniach przyszywa się na krzyż. Oczywiście dzisiaj spora część koszuli – nie tylko kołnierzyk i mankiety, niegdyś wykonane z innego materiału lub wręcz odpinane – widoczna bywa spod marynarki; jest też powszechne noszenie koszuli jako jedynego okrycia górnej partii ciała. Po prostu widok człowieka w bieliźnie nikogo już nie szokuje.
[4] Francuski podręcznik higieny Francoisa Foya, za: A. Corbin, J.-J. Courtine, G. Vigarello, Historia ciała. Tom 2: Od Rewolucji do I wojny światowej, przeł. K. Belaid i T. Stróżyński, Gdańsk 2013, s. 280.
[5] C. Joubert, S. Stern, Rozbierz mnie. Psychoanaliza garderoby, przeł. B. Biały, Warszawa 2006, s. 102.
[6] H. Amies, ABC of Men’s Fashion, London 2007 [oryg. 1964].
[7] S. Pinker, Piękny styl. Przewodnik człowieka myślącego po sztuce pisania XXI wieku, przeł. A. Nowak-Młynikowska, Sopot 2015, s. 20-21.
[8] Kiedyś dla żartu dziennikarze wymyślili news o tym, że u osób często robiących sobie selfie stwierdzono chorobę psychiczną. Kiedy informacja ta dotarła do psychologów, niektórzy z nich postanowili skonfrontować kaczkę dziennikarską z rzeczywistością. Okazało się, że intuicja dziennikarzy się potwierdziła. Nowy zespół zaburzeń nazwano selfitis (selfizm) i opracowano dla niego skalę od 1 do 100. Badania prowadzone były w Indiach, gdzie rocznie najwięcej ludzi ginie, próbując zrobić sobie fotkę w dziwnej pozycji lub niebezpiecznym miejscu.
[9] W tym samym czasie na kontynencie długie spodnie stały się sprawą wagi państwowej. W politycznym życiu Francji doby rewolucji istniało stronnictwo sankiulotów – znanych z tego, że nie nosili cullotes, czyli krótkich spodni z pończochami, stroju arystokracji, której miejsce widziano na szafocie.
[10]Renunciation to wyrzeczenie, wyparcie lub zaprzeczenie. Żadne z tych słów nie brzmi szczególnie dobrze, ale wyrzeczenie najlepiej oddaje możliwie pełen zakres znaczeń. Dlatego takim właśnie pojęciem: Wielkie Męskie Wyrzeczenie będę się posługiwał dalej. I pisał je wielkimi literami, żeby przypomnieć o pewnym koniecznym dystansie.
[11] Wykorzystywanie połyskliwej i matowej faktury tkaniny do wywoływania odpowiedniego wrażenia to obszerny temat. Na przykład: autor pierwszego, dziewiętnastowiecznego traktatu o krawatach Necklothiana zalecał, by krochmalone chusty nosić za dnia stroną niewyprasowaną do zewnątrz, a na wieczór wiązać je tak, by wyprasowana (a więc połyskliwa) strona była widoczna.