Niemcy, Rosja i racja stanu. Wybór pism 1926-1939 - Adolf Bocheński - ebook
Opis

Opinia polska musi nareszcie zdać sobie sprawę, że nie możemy w przyszłości liczyć na bagnety i karabiny maszynowe francuskie czy angielskie, a jedynie na swoje własne. Jedynie własna, samodzielna polityka może sprowadzić przedłużenie błogosławionego dla nas antagonizmu niemiecko-rosyjskiego. Jedynie własna polityka może nas uchronić od wiązania się z organizmami politycznymi, które w chwili niebezpieczeństwa nie przyjdą nam z pomocą.

Adolf Bocheński
Adolf Bocheński łączył idealizm w życiu prywatnym z „okrutnie chłodną” inteligencją w analizie politycznej. Bez sentymentów odrzucał miłe polskiemu sercu koncepcje polityczne, jak sojusz z Zachodem czy Międzymorze. Za podstawowe zagadnienie polityki polskiej uważał stosunki niemiecko-rosyjskie. Z ludźmi, którzy nie rozumieją, że to one decydują o losie Rzeczypospolitej, „nie można – twierdził – na serio mówić o polityce, podobnie jak o niedawno przeczytanej książce nie sposób mówić z kimś, kto nie zna liter: »a, b, i c«”.
Jan Sadkiewicz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 464

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona przedtytułowa

Strona przedtytułowa

Strona przedtytułowa

Strona przedtytułowa

Jan Sadkiewicz

Zagadka Bocheńskiego

Jednym z większych nonsensów padających na marginesie dyskusji o dylematach polityki zagranicznej II Rzeczypospolitej jest twierdzenie, jakoby brawura Adolfa Bocheńskiego na polach bitew drugiej wojny światowej, przypłacona w końcu bohaterską śmiercią, miała być jakąś formą ekspiacji za błędy jego przedwojennych analiz politycznych. Lansowana przez niego idea zbliżenia polsko-niemieckiego miała rzekomo wynikać ze złej oceny stojących przed Polską szans i zagrożeń. Czasami sugeruje się nawet między wierszami jakiś związek tej koncepcji z niepowodzeniami polskiej polityki zagranicznej lat 1938‒1939.

Niewątpliwie u źródeł tej legendy leżą zgodne relacje towarzyszy broni Adolfa o jego poświęceniu i odwadze. „Z tej wojny i tak uczciwy człowiek nie ma prawa wracać żywy”1 – miał mówić przyjaciołom. Kto jednak jako pierwszy powiązał tę pogardę śmierci z rzekomym plonem przedwojennej publicystyki Bocheńskiego – trudno powiedzieć. W każdym razie Stefan Kisielewski rozpowszechnił tę wersję w swoimAbecadle…2 i pozostaje ona odtąd w arsenale pozamerytorycznych argumentów przeciwników orientacji niemieckiej II RP.

Aleksander Bocheński, brat, przyjaciel i strażnik pamięci Adolfa, przyjmował takie sugestie ze złością (zresztą wszystkie trzy notki Kisiela o Bocheńskich uważał za łgarstwa, oszczerstwa i bzdury3). Po pierwsze – dowodził Aleksander – Adolf był głęboko wierzącym katolikiem i wiedział, że samobójstwo jest grzechem śmiertelnym. Po drugie, znany był ze swej troski o podkomendnych, gdyby więc zamierzał się wysadzić na minie niemieckiej, nie zabierałby ze sobą sierżanta, który zginął wraz z nim4. Przede wszystkim jednak, czego już Aleksander wprost nie podnosił, człowiek, który nie tylko przewidział pakt Ribbentrop-Mołotow, ale i trafnie wskazał łańcuch prowadzących do niego przyczyn, nie miał powodów, by wstydzić się swoich analiz.

Jego autorytet w dziedzinie polityki zagranicznej już w pierwszej połowie lat 30. został bez większych zastrzeżeń uznany w grupie „Buntu Młodych” (której nie brakowało przecież wybitnych umysłów5). Zmysł strategiczny, szybkość orientacji i kojarzenia faktów, pamięć oraz erudycja pozwoliły mu, mimo młodego wieku, wziąć na swoje barki zadanie stworzenia koncepcji, którą koledzy przyjęli za swoją i wobec której zajęli (przede wszystkim brat Aleksander) lojalne stanowisko heroldów i obrońców w prasowych utarczkach i polemikach.

Nie znaczy to bynajmniej, by Adolf wszystko zawdzięczał własnemu talentowi. Filiacja ideowa wobec szkoły krakowskiej jest oczywista. Bocheński czerpał także z dorobku teoretycznego Romana Dmowskiego oraz z praktyki politycznej Józefa Piłsudskiego. Wiele zawdzięczał konserwatystom związanym z wileńskim „Słowem”: Władysławowi Studnickiemu i Stanisławowi Mackiewiczowi. Obaj zaliczali Adolfa do swojej szkoły politycznej, on sam również określał się mianem ich ucznia. Wszystkich trzech łączyło przekonanie o istnieniu „praw” rządzących polityką międzynarodową, ale też w publicystycznej praktyce każdy poszedł swoją ścieżką. Bocheński przewyższał swych mistrzów głębią rozważań dotyczących zagadnień stricte politycznych, nie przywiązywał natomiast większej wagi do analizy czynników ekonomicznych, co było domeną Studnickiego, ani do formułowania wskazań taktycznych, w czym celował Mackiewicz. Tym różnicom zawdzięczamy nota bene kompleksowość stworzonej w latach 30. koncepcji porozumienia polsko-niemieckiego, o której nie sposób mówić bez znajomości dorobku jej wszystkich trzech czołowych rzeczników6.

 

Adolf Bocheński i Stanisław Mackiewicz. Fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Znaczący wpływ na ukształtowanie Adolfa przypisywał też sobie Aleksander Bocheński. Decydującą dla dalszego sposobu myślenia o polityce rozmowę bracia mieli odbyć w czerwcu 1930 roku w Karlsbadzie, gdzie przebywającego na kuracji Ola odwiedził wracający do Polski Adzio, świeżo upieczony absolwent paryskiej École des Sciences Politiques. „Był głęboko przesiąknięty znaczeniem prawa międzynarodowego. Był nawet skłonny całą politykę zagraniczną uważać za zbiór paragrafów i na przyszłość patrzeć jedynie drogą interpretacji takich czy innych umów, bez względu na trwałe czy zmienne interesy państw i narodów”, co, ku rozpaczy Aleksandra, groziło zerwaniem ich współpracy politycznej. Ostatecznie jednak w całonocnym boju na argumenty zwyciężyć miał starszy z braci i kryzys został zażegnany. „Przyjęcie [przez Adolfa] kryteriów rozumowych i logicznych, nie zaś romantycznych w polityce, nastąpiło pod moim wpływem”7 – skwitował Aleksander.

Swoją doktrynę Adolf wyłożył w książce Między Niemcami a Rosją8, odpowiednich partiach broszury programowej swojego środowiska9 oraz oczywiście na łamach „Buntu Młodych” i „Polityki”. Opierała się ona na szeregu wspomnianych „praw” polityki, spośród których dwa: reguła stosunków rosyjsko-niemieckich10 oraz zasada relatywizmu politycznego11 – miały kluczowe znaczenie. Wśród pozostałych trzeba wymienić: zasadę zmienności, regułę silniejszego sojusznika12, ogólny schemat antagonizmów13 oraz zasadę koncentracji na jednym przeciwniku14. Analizę dopełniało uwzględnienie konsekwencji zjawiska pozostającego poza sferą oddziaływania środkami politycznymi, mianowicie siły europejskich nacjonalizmów15. Definicje wymienionych „praw” (z wyjątkiem zasady zmienności16) oraz wyprowadzaną z nich argumentację znajdzie Czytelnik w niniejszym wyborze, stąd nie będziemy ich tutaj streszczać, ograniczając się jedynie do wskazania w przypisach tekstów, w których dana reguła została najpełniej omówiona.

Wywody Adolfa prowadziły różnymi drogami do szczęśliwie niesprzecznych ze sobą wniosków, mianowicie:

1) dla podtrzymania antagonizmu niemiecko-sowieckiego Polska powinna stanąć po stronie Rzeszy;

2) Polska powinna zająć sprzyjające stanowisko wobec wszelkich możliwości rozbicia Związku Radzieckiego, w tym ewentualnej wojny sowiecko-niemieckiej.

Warto dodać, że obok „wielkiego planu” rozbicia ZSRR program Bocheńskiegoobejmował także „mały plan” – częściowego rozbioru Czechosłowacji, której ustalony w Wersalu kształt uważał za przeszkodę dla politycznej reorganizacji Europy Środkowej po myśli Rzeczypospolitej. Ten bezlitosny stosunek do integralności południowego sąsiada kłaść można na karb specyficznego „dualizmu” Adolfa, polegającego na łączeniu idealizmu w życiu prywatnym ze ścisłą i „okrutnie chłodną” inteligencją w analizie politycznej. Podobnie bez sentymentów odrzucał inne miłe polskiemu sercu koncepcje polityczne, na przykład sojusz z Zachodem (mimo że był wielbicielem kultury francuskiej). Wytykał rodakom fetyszyzowanie źle rozumianej niepodległości, gdy priorytetem powinna być siła państwa17. Nie łudził się też, że bezpieczeństwo Polski może zostać zapewnione przez „Międzymorze”; „zawsze się wyśmiewał – wspominał Aleksander – że chcą się oprzeć o morze. Mówił: »Opierając się o morze, wpadniecie do wody«”18. Za podstawowe zagadnienie polityki polskiej uważał stosunki niemiecko-rosyjskie. Z ludźmi, którzy nie rozumieją, że to one decydują o losie Polski, „nie można – twierdził – (…) na serio mówić o polityce, podobnie jak o niedawno przeczytanej książce nie sposób mówić z kimś, kto nie zna liter: »a, b, i c«”19.

To stanowisko było zresztą efektem pewnej ewolucji poglądów. W połowie lat 20. bracia Bocheńscy odrzucali porozumienie z obydwoma wielkimi sąsiadami. Gotowi byli, owszem, popierać Ukrainę i Gruzję przeciw Rosji, ale i Czechy przeciw Niemcom. Za kluczowy problem polityczny uważali wtedy panujący w polskim społeczeństwie „pacyfizm”. Wojna – przekonywali w swej debiutanckiej broszurze – jest zjawiskiem stale towarzyszącym dziejom zbiorowisk ludzkich; nie zmieniło tego wprowadzenie republik, rzekomo mniej wojowniczych od monarchii, nie zmienią tego hasła pacyfistyczne, instrumentalnie wykorzystywane przez stronę zwycięską dla zabezpieczenia zdobyczy.

Między narodami – konkludowali – jak w naturze, istnieje walka o byt o podłożu nieświadomym. (...) ten między nimi, który czy to z powodu religii, czy charakteru, czy fałszywego rozumowania, czy nareszcie przypadku przestanie szukać zdobyczy i pozwoli sąsiadom się wzmocnić i wybrać im dogodną dla nich chwilę rozprawy, (…) musi zniknąć z listy wolnych narodów20.

Tej prawdy nie uznawano nad Wisłą, co stanęło na przeszkodzie wykorzystaniu, nadarzających się jeszcze w XVII wieku, okazji do pognębienia osłabionych sąsiadów. Ci z kolei, niedotknięci „trądem pacyfizmu”, z żadnej okazji nie rezygnowali. W efekcie to Polsce stale wypowiadano wojnę – Polska zaś nigdy.

Stan ów jednak nie staje się być dziwnym; naród bowiem, który polityki zagranicznej nie prowadzi, sojuszów nie zawiera, nie jest gotów nie tylko na rozpoczęcie akcji zaczepnej w interesie sprzymierzeńców, ale i w swej własnej obronie, naród taki nie zasługuje na co innego, jak wrogą koalicję21.

Nie dość – ubolewali Bocheńscy – że postawa ta doprowadziła w końcu do upadku państwa, to jeszcze znalazła apologetów. Najbardziej obiecująca w nowożytnej historii inicjatywa polityczna – próba osadzenia na tronie moskiewskim Dymitra Samozwańca – została potępiona jako awantura paru magnatów. Wśród Polaków – podsumowywali – zapanowała wiara, że wojny można uniknąć, jeśli się jej samemu nie wypowie, a wraz z nią niechęć do przymierzy zaczepnych, do „mieszania się” w sprawy sąsiadów, do wyprzedzającego uderzenia22.

Pochwała wojny agresywnej przetrwała ewolucję poglądów Bocheńskich przełomu lat 20. i 30. i uzupełniła koncepcję geopolityczną „Buntu…” i „Polityki”. Co prawda Adolf uchylił się od jej otwartego poparcia w Między Niemcami a Rosją, ale już nie na łamach gazet. Jeszcze silniej zagrzewał do niej Aleksander; te wezwania zbiegły się w czasie z premierą książki Adolfa, co zważywszy na ich ścisłą współpracę oraz wagę, jaką przykładali do taktyki publicystycznej23, uprawdopodabnia hipotezę, że nie był to wyraz różnicy poglądów, ale kalkulacji obliczonej na maksymalny efekt propagandowy.

Jednym z nieszczęść naszych dziejów – pisał Aleksander – było to, że zawsze czekaliśmy, aż Rosja załatwi się albo pogodzi z różnymi sąsiadami i zabierze się do nas, miast narzucić jej walkę w chwili, gdy była najsilniej związana gdzie indziej24.

Czy pozycja [„buforu kolczastego” między Niemcami a Rosją] – pytał już dwa lata wcześniej zwolenników polityki „równowagi” – nie spowoduje prędzej lub później nowego Rapalla i nieuchronnej koalicji przeciw nam? Czy nie lepiej skorzystać z tak rzadkich w historii chwil walki niemiecko-rosyjskiej, by definitywnie, raz na zawsze pozbyć się jednego z groźnych sąsiadów, tak jak Włochy pozbyły się Austrii?!25.

Czy lepiej bić się z jednym sąsiadem w sojuszu z drugim, czy z obydwoma jednocześnie? Rozstrzygnięcie tego dylematu, dla Bocheńskich oczywiste, stanowi twardy orzech do zgryzienia dla krytyków niemieckiej orientacji II RP, podobnie zresztą jak i inne mechanizmy polityki, na które wskazywał Adolf w swoich wywodach. Najłatwiej jego koncepcje odrzucić in toto pod pretekstem bądź to „poczucia winy”, którą rzekomo chciał zmazać na froncie, bądź niedocenienia zbrodniczych ideologii sąsiadów, które miały unieważniać „normalne” kalkulacje polityczne, bądź archaiczności metody opartej na analogiach historycznych, dobrej może dla wyrafinowanego świata XIX-wiecznej dyplomacji, ale nie dla dynamicznego XX stulecia.

Tymczasem te pozorne zarzuty wskazują, że w przypadku Bocheńskiego mamy do czynienia z realizmem politycznym par excellence. Analogia historyczna, która bynajmniej nie każe wynajdywać przypadków absolutnie do siebie podobnych, jest jego podstawowym narzędziem użytkowania doświadczeń dziejowych dla teraźniejszości i dochodzenia do twierdzeń natury ogólnej. Realizm właśnie każe tłumaczyć zachowania państw stosunkiem sił między nimi, a nie ich wewnętrznym ustrojem czy strukturą społeczną. Realiści nie dzielą państw według kryteriów etycznych czy estetycznych, ale wyłącznie wedle kryterium potęgi, której zwiększanie pozostaje też podstawowym motorem ich działań na arenie międzynarodowej, silniejszym niż wszelkie ideologie. Ani rok 1914, ani 1918, 1939, 1945 czy 1989 nie jest w nurcie realistycznym cezurą domagającą się nowego paradygmatu analiz politycznych. Wręcz przeciwnie, jego wartość leży w tym, że dobrze (na tyle dobrze, na ile to możliwe w naukach politycznych) wyjaśnia zachowania tak napoleońskiej Francji, jak i wilhelmińskich Niemiec czy stalinowskiej Rosji. Gdy w wykładach współczesnego amerykańskiego klasyka realizmu prof. Johna Mearsheimera, z którymi objeżdża on świat od Kanady po Chiny, słyszy się tezy jakby żywcem wyjęte z przykrytej warstwą kurzu publicystyki Bocheńskiego, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z karygodnym marnotrawstwem rodzimego dorobku26.

Nie znaczy to bynajmniej, by koncepcjom Adolfa nie należała się krytyka. Zarzuty formułowali nawet jego ideowi przyjaciele, podzielający przekonanie o konieczności zbliżenia polsko-niemieckiego. Zdaniem Studnickiego Bocheński za mało uwagi poświęcił czynnikom gospodarczym i demograficznym27. Mackiewicz z kolei wytykał przecenianie siły nacjonalizmów białoruskiego i ukraińskiego oraz przesadne skupienie na stosunkach bilateralnych z poszczególnymi sąsiadami przy zaniedbaniu refleksji ogólnej28. Zarówno Catowi, jak i Studnickiemu brakowało u młodszego kolegi strukturalnego rozwiązania problemu stosunków polsko-niemieckich, którym dla pierwszego była koncepcja sojuszu kontynentalnego (polsko-francusko-niemieckiego), a dla drugiego idea bloku środkowoeuropejskiego29. Bocheński nota bene nie pozostawał im dłużny, a jego zarzuty pod adresem publicystów „Słowa” znajdzie Czytelnik w niniejszej publikacji.

Przedwczesna śmierć Adolfa pozbawiła nas jego własnego, dojrzałego rozliczenia z koncepcjami przedwojennymi. Spekulacje na temat tego, co by zrobił czy pisał po 1945 roku, mogli snuć jego przyjaciele, ale tu już w grę wchodziła swego rodzaju rywalizacja o rolę depozytariusza dorobku ideowopolitycznego bohatera spod Ankony między tymi, którzy zdecydowali się zostać na zachodzie, a tymi, którzy wybrali działalność w Polsce ludowej.

W związku z tym niemożliwą już do jednoznacznego rozwikłania zagadką pozostaną ewidentne sprzeczności w spuściźnie Bocheńskiego. Zaliczanie integralności terytorialnej do imponderabiliów trudno pogodzić z tezą o konieczności ofiary dla osiągnięcia strategicznego celu. Stawiając w pewnych miejscach formalną niepodległość ponad realną siłę państwa Adolf sprzeniewierzał się przez siebie samego postulowanym kryteriom analiz politycznych. Nie sposób wreszcie zrozumieć jego optymizmu wiosną 1939 roku w kontekście spisanych wcześniej przewidywań dotyczących konsekwencji sojuszu z Zachodem i przystąpienia Polski – ze Związkiem Radzieckim na tyłach – do bloku antyniemieckiego. Bocheński bowiem, w przeciwieństwie do Studnickiego i Mackiewicza, do końca pozostał zwolennikiem polityki Becka, a sojusz z Anglią uznał za tej polityki triumf, choć połączony z bankructwem jego własnej linii proniemieckiej. Jednocześnie przerażał go „antyniemiecki szał” prasy polskiej, a wojnę z Rzeszą oceniał jako straszliwe niebezpieczeństwo30.

Kluczy do wyjaśnienia tych sprzeczności może być kilka i żaden nie jest doskonały. Jednego dostarcza nam relacja Aleksandra Bocheńskiego o okolicznościach powstawania Między Niemcami a Rosją:

Zakończenie dzieła, zawierające program współpracy z Niemcami, zostało odesłane przez Giedroycia, gdyż jego zdaniem nie mogło być publikowane bez obawy wyzyskania go przez antypolską propagandę. Wtedy Adolf napisał Polską doktrynę Monroego, która zawiera nagłówki paragrafów (…) pokrywające się najzupełniej z tezą „równowagi” MSZ, a pod tym (…) wprost odwrotne zasady31.

Adolf nie zawsze więc mógł wprost wyrazić to, co myślał32.

Z pewnością nie od rzeczy jest twierdzenie, że Bocheński przeceniał siłę państwa polskiego, choć mamy też dowody, że zdawał sobie sprawę z jego ograniczeń:

Przy stosunku sił do „zachłannych sąsiadów” takim jak 1 do 8 – pisał w 1936 roku – musimy sobie zdawać sprawę z wagi konstelacji międzynarodowej dla przyszłości państwa33.

Innego wytłumaczenia można szukać w spokojnym charakterze naszego bohatera. Cholerycy Mackiewicz i Studnicki z irytacją reagowali na każde odstępstwo MSZ od linii „Słowa”, a w pierwszych miesiącach 1939 roku wręcz szaleli z niepokoju. Bocheński wzloty i upadki polskiej polityki zagranicznej przyjmował z podobną pogodą ducha, z jaką później wyruszał na „wycieczki” z oblężonego Tobruku.

Ten spokój wypływać mógł z niewzruszonego przekonania o sile racji stanu jako czynnika decydującego o polityce państw.

Wojna z Niemcami byłaby dziś strasznym nieszczęściem dla Polski ze względu na sąsiedztwo Rosji – pisał Adolf do brata wiosną 1939. – Na szczęście jednak byłaby również nieszczęściem dla Niemiec, więc zdaje się, że możemy być dość spokojni, że nie wybuchnie34.

Diagnoza była słuszna – rozpętanie wojny z Polską było z punktu widzenia niemieckiej racji stanu błędem, za który Rzesza odebrała z czasem surową, acz zasłużoną karę. Marne to jednak pocieszenie dla ofiary agresji.

Opanowaniu Bocheńskiego mógł sprzyjać fakt, że nie był skazany na bierne przyglądanie się kryzysowi, ale działał (na miarę swoich możliwości) na rzecz jego rozwiązania. W czerwcu 1939 roku wyjechał na Węgry.

Wysyła mnie M.S.Z. – donosił siostrze – głównie abym pilnował rozmaitych innych polaczyszków, którzy też jadą (…), aby nie gadali za dużo bzdur antyniemieckich. Mam wygłosić dwa odczyty: jeden w Debreczynie i jeden w Budapeszcie na temat stosunków polsko-niemieckich35.

Z podobna misją, „ale to już zdaje się bez endeckich jołłopów”, chciano go wysłać do Włoch, co brał za dowód, jak „niełatwo dziś znaleźć w Polsce ludzi, którzy by odważali się jako tako przyzwoicie mówić o stosunkach polsko-niemieckich”36. Konsultacjom z Pałacem Brühlowskim przypisywał także opublikowany pod koniec maja artykuł Niemcy – Polska – Rosja. Być może liczył na to, co sugerował także jego brat Aleksander, że ofertę brytyjską dla Polski uda się instrumentalnie wykorzystać dla odnowienia linii porozumienia z Niemcami na korzystnych dla Polski warunkach37. To okazało się już jednak wówczas niemożliwe.

Cat-Mackiewicz wołał po wojnie, że to Adolf Bocheński powinien był być naszym ministrem spraw zagranicznych. Nie podzielam tego zdania. Był przenikliwy w diagnozie, ale zbyt niesforny w zachowaniu („swawolny Dyzio” – jak skwitował Giedroyc niesławny koniec jego kariery dyplomatycznej38). Ale to nie na jego barkach spoczywał ciężar odpowiedzialności za państwo.

On swoje zadanie jako publicysta spełnił. Dostarczył rządzącym analiz prawidłowo wskazujących przyczyny i skutki możliwych działań. Wartość jego teoretycznego dorobku leży w tym, że pozwala on na ocenę także jego własnych konkretnych twierdzeń czy ocen. Jego błędy nie falsyfikują sformułowanych wcześniej teoretycznych założeń, podobnie  jak fałszywości twierdzenia Pitagorasa nie dowodziłoby odkrycie, że jego autor kiedyś pomylił się w dodawaniu.

Wspomniany Mearsheimer teorię polityczną porównuje do latarki w ciemnym pokoju, która, nawet jeżeli nie oświetli wszystkich zakamarków, może nam pomóc w bezpiecznym poruszaniu się w ciemności. Publicystyka polityczna Bocheńskiego do dziś pozostaje takim narzędziem, które dobrze zabrać ze sobą, wyruszając w gąszcz polityki międzynarodowej.

1Archiwum Rodziny Bocheńskich (dalej ARB), List J.M. Bocheńskiego do A. Bocheńskiego z 14 listopada 1945.

2S. Kisielewski, Abecadło Kisiela, Warszawa 1990, s. 10.

3ARB, List A. Bocheńskiego do J.M. Bocheńskiego z 16 marca 1990.

4ARB, List A. Bocheńskiego do redakcji „Polityki” z maja 1993.

5Por.R. Habielski, Dokąd nam iść wypada? Jerzy Giedroyc od „Buntu Młodych” do „Kultury”, Warszawa 2006, s. 36.

6Więcej na ten temat zob. J. Sadkiewicz, „Ci, którzy przekonać nie umieją”. Idea porozumienia polsko-niemieckiego w publicystyce Władysława Studnickiego i wileńskiego „Słowa” (do 1939), Kraków 2012.

7ARB, Luźne wspomnienia Aleksandra Bocheńskiego o swoim bracie Adolfie, bez daty, mps, s. 6, 7.

8A.M. Bocheński, Między Niemcami a Rosją, Warszawa 1937.

9Polska idea imperialna, oprac. zespół „Polityki”, „Polityka”, Warszawa 1938.

10Zob. Odwieczny wróg Rzeczypospolitej Polskiej.

11Zob. Granice relatywizmu politycznego.

12Zob. Tradycyjny aliant.

13Zob. Odwieczny wróg Rzeczypospolitej Polskiej.

14Zob. Granice relatywizmu politycznego.

15Zob. Polska doktryna Monroego.

16Zasada zmienności to, innymi słowy, twierdzenie, „że polityka zagraniczna wszystkich państw ulega ciągłym zmianom i stanowiska dzisiejszego nie można apriorystycznie przyjmować za niezmienne”; stopień skomplikowania materii politycznej sprawia, że najbardziej sprzeczne ze sobą polityki można uargumentować, wobec czego o takiej czy innej polityce nie decydują stałe wytyczne racji stanu, których istnienie w ogóle Bocheński odrzucał, ale przede wszystkim skuteczność grupy, która daną politykę popiera; zob. A.M. Bocheński, Między Niemcami a Rosją, Kraków−Warszawa 2009, s. 22, 27.

17„Z punktu widzenia ściśle teoretycznego nie ma wyrażenia bardziej fałszywego, jak »odzyskanie niepodległości«. Właściwie rozsądnie mówić można jedynie o mniejszej lub większej niepodległości, niepodleganiu woli innych narodów, o mniejszej lub większej możliwości narzucania im swej woli. Ujmowanie niepodległości jako rzeczy, którą się nagle zyskuje i traci, jest szkodliwym wpływem fikcyjnej normy prawnej suwerenności na ujmowanie życia realnego”; A.M. Bocheński, Niepodległość czy samoistność, „Bunt Młodych” z 20 października–5 listopada 1935.

18ARB, Wywiad z A. Bocheńskim, mps, czerwiec–lipiec 1997, s. 6.

19A.M. Bocheński, Samoistna Ukraina pana Gluzińskiego, „Bunt Młodych” z 10 lutego 1937.

20A. Bocheński, A.M. Bocheński, Tendencje samobójcze narodu polskiego, Lwów 1925, s. 5, 7.

21Tamże, s. 12.

22Tamże, s. 31.

23Zob. S. Cat-Mackiewicz, Wunderkind. Rzecz o Adolfie Bocheńskim, Kraków 2017, s. 261.

24A. Bocheński, Do wileńskiej młodzieży narodowej list otwarty, „Słowo” z 20 sierpnia 1937; zob. także: tenże, Notatki polemiczne. „Dziennik Wileński”, „Słowo” z 2 września 1937.

25Tenże, Zygzakiem przez prasę, „Bunt Młodych” z 25 maja 1935.

26Nie przypadkiem wskazuję na tego właśnie myśliciela, tropów łączących Bocheńskiego z Mearsheimerem jest wiele; zob. J. Sadkiewicz, Polska racja Bocheńskiego. Polemika z Rafałem Matyją, https://nowakonfederacja.pl/polska-racja-bochenskiego/ [odczyt: 22 czerwca 2019].

27W. Studnicki, O przymierze z Niemcami. Wybór pism 1923–1939, Kraków 2019, s. 203–212.

28Cat, Oby tą książkę przeczytał każdy inteligentny patrjota polski, „Słowo” z 21 listopada 1937.

29Zob. J. Sadkiewicz, „Ci, którzy przekonać nie umieją”…, dz. cyt., s. 163–187.

30ARB, List A.M. Bocheńskiego do J.M. Bocheńskiego z 9 maja 1939; List A.M. Bocheńskiego do J.M. Bocheńskiego z 21 maja 1939.

31Cyt. za: S. Cat-Mackiewicz, Wunderkind…, dz. cyt., s. 246–247.

32Czytelnikowi pozostawiamy ocenę odpowiednich partii Polskiej doktryny Monroego w kontekście relacji Aleksandra. Warto o niej pamiętać także przy lekturze takich artykułów jak Polska dotrzyma traktatów czyCo to jest „polityka 1934 roku”?

33A.M. Bocheński, Tezy polityczne O. Górki, „Bunt Młodych” z 10 października 1936.

34ARB, List A.M. Bocheńskiego do J.M. Bocheńskiego z 21 maja 1939.

35ARB, List A.M. Bocheńskiego do O. Zawadzkiej z 20 maja 1939.

36ARB, List A.M. Bocheńskiego do J.M. Bocheńskiego z 21 maja 1939.

37Al. B., Hitler mówi. Beck wyjeżdża, „Słowo” z 3 kwietnia 1939.

38W 1936 roku Adolf został odwołany z posady w poselstwie polskim w Pradze w następstwie lekkomyślnie wygłoszonej uwagi, że wolałby brać udział w „wyprawie myślenickiej”, niż siedzieć na tej synekurze; ARB, List A.M. Bocheńskiego do O. Zawadzkiej z 19 lipca 1936.

„Głos Zachowawczy”, 15 grudnia 1926

Konserwatyzm ideologiczny czy realny?

I

Nie ma wątpliwości, że większość społeczeństwa słabo orientuje się w znaczeniu pojęcia „konserwatyzm”. Nawet pośród ludzi myślących natrafić można na diametralnie sprzeczne rozumienia konserwatyzmu, jak na przykład niedawno w czasie polemiki między panem Stanisławem Mackiewiczem ze „Słowa” a panem Konstantym Srokowskim z „Nowej Reformy”. W dzisiejszym numerze „Głosu Zachowawczego” Piotr hrabia Dunin Borkowski daje, w odpowiedzi na ankietę, również ogromnie ciekawą interpretację pojęcia zachowawczości1.

Że konserwatyzm w ogóle, to znaczy bez względu na poszczególne narody i epoki, bardzo trudno ująć w ścisłą definicję, jest oczywiste. Konserwatyzm nie stanowił nigdy jednolitej doktryny, dedukowanej z jednej naczelnej idei, lecz, kierując się realizmem, dostosowywał się do poszczególnych sytuacji.

Nawet doktrynę tak zwartą jak socjalizm, właśnie z powodu różnic narodowych, do tego stopnia trudno zdefiniować, że jeden z jego najlepszych obiektywnych badaczy, profesor Laskine*, postawił tezę, że jest on w ogóle nie do zdefiniowania. Badając konserwatyzm, natrafia się naturalnie na jeszcze większe trudności w braku okreś­lonego źródła, na którem można by się oprzeć jak na przykład na Marksie.

Dwie drogi wydają się nam możliwe dla osiągnięcia znośnej definicji konserwatyzmu:

1) ustalenie definicji poszczególnych ruchów zachowawczych,

2) ustalenie definicji konserwatyzmu jako takiego, na podstawie ściśle historycznej.

Do tego drugiego zadania chcielibyśmy dodać niniejszy przyczynek, zastanawiając się nad kwestią, czy konserwatyzm zaliczyć można do rzędu ideologii, które obecnie przeżywają bankructwo, czy też jest on czymś zupełnie innym od różnych komun-socjal-liberal-nacjonal-izmów.

II

Nazwa „konserwatyści” narodziła się w Anglii na przełomie drugiego i trzeciego dziesięciolecia XIX wieku, kiedy to poczęto tak nazywać dawnych torysów. Od tego czasu, aż po dzień dzisiejszy, konserwatyści angielscy stanowią najpoważniejszą grupę zachowawczą w Europie. Jeżeli więc roztrząsamy istotę konserwatyzmu, zwrócić się musimy przede wszystkim do Anglii i tam szukać natchnienia.

Na szczęście dla teoretyków zachowawcy angielscy dali, przez usta swego najwybitniejszego męża stanu, zupełnie wyraźną odpowiedź na pytanie: czy konserwatyzm stanowi jakąś ideologię, czy też jest na wskroś realnym systemem państwowotwórczym.

Profesorzy i retorzy – powiedział Benjamin Disraeli, lord Beaconsfield – wyszukują dla każdego zdarzenia jakiś sens ideologiczny, a dla każdego wypadku jakiś system. Nie można powierzać losu imperium tym pedantom2. The statesmen who construct and the warriors who achieve are only influenced by the instinct of power and animated by the love of country. Those are the feelings and those the methods which form empires3.

„Lord Beaconsfield – dodaje jego znakomity biograf Brandes – powołuje się nie na idee, lecz na precedensy, nie na zasady, lecz na Wellingtona i Pitta, nie cytuje Szekspira, lecz statystykę” – w ten sposób Brandes uwypukla realistyczny umysł Disraelego, w przeciwstawieniu do mężów stanu liberalnych. Konserwatyści angielscy, choć zachowali ten charakter, potrafili być jednocześnie realistami i entuzjastami swoich przekonań i potrafili pociągnąć za sobą masy.

III

Wszelka ideologia polega na sztywnym systemie ideowym, wydedukowanym z jednej naczelnej zasady i zdążającym do jednego celu. Tak liberalizm polityczny wydedukowany jest z idei wolności, socjalizm – z materializmu dziejowego, nacjonalizm – z ubóstwienia narodu. Ideologie te, oparte nie na doświadczeniu, lecz na abstrakcyjnym rozumowaniu, w zetknięciu z życiem pozostają martwą literą lub prowadzą do strasznych nadużyć. Konserwatyzm jest czymś zgoła innym:

1) nie zna on dedukcji,

2) opiera się wyłącznie na doświadczeniu historycznym,

3) nie zdąża ku jednemu celowi, lecz ku wielu, których kompleks stanowi dopiero pewną całość.

Z tych trzech powodów sądzimy, że konserwatyzmu nie można zaliczać do rzędu zwykłych ideologii, lecz że pod względem życiowym należy go cenić znacznie wyżej.

Nie było dotąd ideologów konserwatyzmu. Był jednak cały szereg konserwatystów uczonych i, co ważniejsze, mężów stanu, którzy dla dobra państwa i obywateli konserwatywną metodą rządy sprawowali. Konserwatyzm nie ma swojego J.J. Russa [Rousseau], Marksa, Benjamina Constanta, Corradiniego. Ma za to swego Castlereagha, Disraelego, Salisbury’ego, Bismarcka, Andrássyego, Wielopolskiego.

Pozostawiamy czytelnikowi ocenę wartości realnych konserwatystów z jednej strony, a ideologów z drugiej strony.

IV

Pan Stanisław Mackiewicz w „Słowie”wileńskim na dowód, że pojęcia „konserwatywny” i „realny” nie są identyczne, przytoczył Denikina, który jakoby był konserwatystą, a nie był realistą, i Cavoura, który był realistą, a nie był konserwatystą. System konserwatywny naszym zdaniem składa się z wielu członów: z tradycjonalizmu, ze zmysłu państwowego, i z poczucia praworządności, które są scementowane i po części zmodyfikowane ogólnym realizmem, bez którego konserwatyzm stałby się nie konserwatyzmem, który widzieliśmy w Anglii lub chociażby w Polsce, lecz po prostu doktryną reakcyjną. Denikin, nie będąc więc realistą, nie był i konserwatystą, a to, że był zwolennikiem przywrócenia Rosji do stanu przedwojennego, świadczy tylko o jego reakcyjności, a nie o zachowawczości. Co się tyczy Cavoura, to zdaje się, że pan Mackiewicz skrzywdził go, nazywając „liberałem i nacjonalistą”, to znaczy kimś w rodzaju ideologa do potęgi. Naszym zdaniem Cavour z ortodoksyjnym nacjonalizmem nie miał nic wspólnego.

Najlepszym dowodem, że był on politykiem na wskroś przejętym ideą racji stanu, jest odstąpienie Nizzy [Nicei] i Sabaudii Napoleonowi III, przeciwko czemu protestował typowy ideolog nacjonalista Garibaldi w myśl argumentów tej doktryny.

Reasumując, stwierdzamy, że konserwatyzm nie jest żadną ideo­logią. Jest on naukowym systemem polityczno-społecznym, opartym na indukcji, to znaczy na historii, i stąd na wskroś realnym. W tym leży ogromna wartość życiowa konserwatyzmu i powód tego, że większość mężów stanu, ideologów, po dojściu do rządów w obliczu postulatów życia przechodzi na konserwatyzm. Jest to fenomen, nie od dziś zauważony, który świadczy o potężnym realizmie konserwatyzmu.

1Ankieta dotyczyła zasad, na jakich miałoby zostać utworzone ogólnopolskie stronnictwo zachowawcze.

*[E. Laskine], Le socialisme suivant les peuples, Paris 1923.

2Oryg. Professors and rhetoricians find a system for every contingency and a principle for every chance; but you are not going, I hope, to leave the destinies of the British empire to prigs and pedants (przemówienie w Izbie Gmin z 5 lutego 1863).

3Pol. Na mężów stanu, którzy są budowniczymi, i wojowników, w których naturze jest zdobywanie, wpływa wyłącznie instynkt władzy, a do działania popycha ich miłość ojczyzny. To właśnie są uczucia i metody, dzięki którym powstają imperia (przeł. A. Kowalcze-Pawlik).

Ustrój a racja stanu, 1928

Zagadnienie niezależności rządu od opinii publicznej

I

Polityka zagraniczna Polski współczesnej powinna być, tutaj nie będzie dyskusji, wyjątkowo dobrze prowadzona. Nie tylko wzniesienie się naszego państwa na wyższy szczebel w hierarchii międzynarodowej, ale także po prostu utrzymanie dzisiejszego stanowiska międzynarodo­wego wymaga polityki czujnej, przewidującej i zdecydowanej.

Jeżeli zastanowimy się nad głównymi warunkami umożliwiającymi prowadzenie spraw zagranicznych zgodnie z wymogami państwowej racji stanu, przychodzimy do przekonania, że pierwszym i naczelnym warunkiem jest tutaj niezależność od ślepej siły zwanej opinią publiczną i niezależność od woli niekompetentnych, partyjnych i niestałych większości parlamentarnych.

Kto zna teorię wojny, historię wojny światowej lub przynajmniej uprzystępnione polskiej publiczności przez Wojskowy Instytut Naukowo-Wydawniczy dzieła marszałka Focha, ten wie, z jak niesłychanym naciskiem podkreśla się w sferach kompetentnych potrzebę niezależności głównodowodzącego w sprawach wojskowych i decyzjach z tego zakresu. Marszałek Foch posuwa się do tego stopnia, że zasadę „wolności akcji” podnosi do wyżyn pierwszej i najważniejszej reguły sztuki wojennej. Idzie tu nie tylko o niezależność od nieprzyjaciela, ale także o niezależność od cywilnych analfabetów zasiadających w parlamencie. Wojna światowa wykazała zresztą jak najbardziej przejrzyście skutki mieszania się opinii publicznej i partyjnej w państwach parlamentarnych do operacji wojskowych. Szczególnie Francja, od dymisji Milleranda ze stanowiska ministra wojny aż do kryptodyktatury Clemenceau, cierpiała na tę chorobę. Widziano tam takie skandale jak zatrzymanie ofensywy 1917 roku przez Painlevégo lub jak kryzysy na stanowiskach głównodowodzących powodowane przez kryzysy większości parlamentarnych. Dopiero silna ręka Clemenceau i uniezależnienie armii od parlamentu umożliwiło Francji przeprowadzenie zwycięstwa. Nie ma rzeczy bardziej stwierdzonej jak to, że akcja wojenna, aby była dobrze przeprowadzona, musi być kierowana jednolicie, niezależnie od „władzy ustawodawczej” i jej organów cywilnych.

Otóż należy się zastanowić, czy nie trzeba by tej samej zasady przenieść w dziedzinę polityki zagranicznej. Główne warunki powodzenia w manewrze wojskowym zbliżają się poniekąd do warunków powodzenia w manewrze dyplomatycznym. Chodzi tu więc przede wszystkim o sekret, o zdolność do powzięcia śmiałej decyzji, o stałość w jej wykonaniu i wreszcie o jednolitość kierownictwa. Te warunki, których istnienie zmusza do uniezależnienia władzy wojskowej od opinii większości obywateli, odnoszą się tak samo dobrze do manewru wojskowego, jak i do działania politycznego.

Dlaczego więc rezygnować odnośnie do polityki zagranicznej z przeprowadzenia tego, co zostało dla dobra państwa już dokonane w wojskowości, to znaczy z uniezależnienia od krzykaczy sejmowych? Wiadomo, że marszałek Piłsudski wbrew wyraźnej woli opinii publicznej i większości sejmu narzucił narodowi dla jego dobra ustrój władz wojskowych, który w razie wojny ochroni naszą armię od zgubnej ingerencji politykomanów. Zamach majowy uniezależnił władze wojskowe od woli sejmu i jego tendencji; teraz pozostaje do zrobienia drugi zamach stanu, tym razem legalny, przez zmianę konstytucji, który uniezależni w tej samej mierze naszą politykę zagraniczną.

Trzeba pamiętać, że dobra armia nie zawsze wystarczy sama przez się do obrony państwa, jeżeli nie idzie z nią w parze dobra polityka zagraniczna. Nawet geniusz wojskowy Napoleona I nie potrafił zrówno­ważyć błędów jego polityki zagranicznej i sił olbrzymiej koalicji, która była ich następstwem. Nie tylko Moltke, ale i Bismarck, i nie tylko La Marmora, ale i Cavour tworzyli wielkie mocarstwa w XIX wieku. W sytuacji, w której Polska się znajduje, nie można lekceważyć żadnego z czynników obrony narodowej. Tezą naszą jest, że polityka polska dopiero wtedy à la longue1 będzie mogła stanąć na wysokości zadań, które leżą przed nią w XX wieku, kiedy zostanie przez konstytucję absolutnie uniezależniona od ingerencji woli ludu i jego 444 reprezentantów, i kiedy zależeć będzie tylko od jednego człowieka, od Naczelnika Państwa. Teza ta nie jest wyrozumowana na podstawie jakiejś doktryny antydemokratycznej czy innej; jest ona przede wszystkim spostrzeżeniem historycznym. Historia, i to nie tylko polska historia, która zresztą w tym wypadku wydaje się być specjalnie wymowna, ale historia w ogóle stwierdza, że pierwszym i naczelnym warunkiem dobrej polityki zagranicznej jest uniezależnienie jej od ślepych sił demagogicznych i stworzenie potężnej i świadomej siły wyłącznie państwowej, która by mogła nie tylko politykę zagraniczną poprowadzić, ale także w razie potrzeby dać jej oparcie wobec woli tłumów i ich reprezentantów.

Nie jest to oczywiście jedyny warunek, który musi prowadzić do dobrej polityki zagranicznej, ale jest to na pewno warunek konieczny dla jej umożliwienia. Z silną władzą można oczywiście prowadzić złą politykę zagraniczną, ale bez silnej władzy nie można prowadzić à la longue dobrej polityki zagranicznej. Na razie to jest teza a priori. Podstawę jej czytelnik znajdzie w rozdziałach, które następują. Nie będziemy mogli też oczywiście przejść całej historii czy też całej psychologii tłumów. Postaramy się wskazać jedynie na fakty najbardziej charakterystyczne, które mówią za tysiące. Przeciw naszym argumentom będzie można cytować inne bardzo jaskrawe przykłady. Nie umniejszy to jednak ich wartości. Wyjątek potwierdza regułę. (…)

Przyczyny błędów opinii większości narodu w polityce zagranicznej

Powyżej podaliśmy sześć przykładów roli, jaką opinia publiczna i jej reprezentanci wykonywali w polityce zagranicznej głównych państw europejskich2. Widzieliśmy z jednej strony w ciągłej walce z fluktuacja­mi większości narodu największych twórców z tej dziedziny: takiego Richelieu, takiego Bismarcka, nawet Cavoura, którzy umieli doprowadzić do wspaniałych rezultatów właśnie dlatego, że mogli się oprzeć na ustroju pozwalającym na stawienie czoła ślepym siłom „ludowym”. Z drugiej strony widzieliśmy zgubne skutki zwycięstwa woli większości narodu, której ingerencja jest uświęcona przez ustrój parlamentarny. We Francji XIX wieku prąd opinii miał poprowadzić Napoleona III do najgorszych błędów, których zakończeniem był rok 1870. W Anglii przed wojną światową opinia większości narodu przez swoją nieudolność orientowania się w sytuacji doprowadziła do tego, czego właśnie chciała za wszelką cenę uniknąć. Upadek Juliusza Ferry’ego podaliśmy wreszcie jako przykład niezdolności szerokich mas do powierzchownego nawet orientowania się w polityce. Kogo te przykłady nie przekonują, odsyłamy do dalszych studiów historycznych. Znajdzie tam tysiączne potwierdzenie naszej tezy, że oddawanie w ręce ślepej masy losów państwa, jego polityki zagranicznej, finansów i armii jest taką samą, eufemistycznie się wyrażając, nierozwagą, jak dawanie dzieciom zapałek. Na razie musimy jeszcze chwilę się zastanowić nad przyczynami niezdolności mas ludowych i ich reprezentantów do kierowania sprawami państwa. Chodzi tutaj o wytłumaczenie w krótkich słowach tego, cośmy już powiedzieli wyżej.

Otóż niezdolność szerokich mas do nadawania kierunku rządowi bardzo łatwo sobie wytłumaczyć na podstawie psychologii tłumów. Opinia publiczna jest typowym produktem tej psychologii, gdyż urabia się nie tyle pod wpływem rozumowania jednostki, ile pod wpływem prądów zbiorowych. Geneza jej nosi też zazwyczaj piętno psychologii tłumów, którą charakteryzują, według Gustawa Le Bona, przede wszystkim:

1) niezdolność do rozumowania logicznego,

2) niezwykle silna wrażliwość na słowa i oderwane obrazy,

3) skrajność i dziecinna wręcz prostota w ujmowaniu zagadnień.

Zastanówmy się pokrótce nad tymi punktami. Niezdolność do rozumowania logicznego zdaje się być rzeczą, która nie ulega najmniejszej wątpliwości. Ileż to razy widzieliśmy tłumy wyborców, czy innych wyrazicieli „woli ludu”, oklaskujące frenetycznie mowy pozbawione logicznego sensu, ale za to dobrze wypowiedziane? Odwrotnie, bardzo często widuje się mówców pozostających najzupełniej bez sukcesu pomimo uderzającej słuszności ich wywodów. Ze zdziwieniem można też zauważyć, do jakiego stopnia słuszne jest twierdzenie psychologii, że poziom tłumu i jego wytwory nie zależą od poziomu członków, z których się składa. Nie tylko tłumy włościan potrafią oklaskiwać posła Putka, gdy będzie im obiecywał złote góry; tłum ludzi z wykształceniem uniwersyteckim, ziemian, inteligencji potrafi wytworzyć gorsze jeszcze opinie zbiorowe. Czy potrzeba tutaj przytaczać tak niesłychany skandal jak aprobata udzielona przez opinię inteligencką zamordowaniu pierwszego prezydenta Republiki Polskiej? Ludzie, którzy wówczas to czynili, dzisiaj sami nie mogą się zrozumieć. Wytłumaczenie łatwo znaleźć w bezsensowności ruchów zbiorowych.

Nie można powiedzieć – pisze jak zwykle z mistrzowską przenikliwością Le Bon – aby tłumy były absolutnie niewrażliwe na rozumowanie. Ale rozumowania, których one używają, i argumenty, które na nich robią wrażenie, są z punktu widzenia logicznego tak słabe, że tylko przez analogię można je nazywać rozumowaniami.

Rozumowania tłumów są, podobnie jak rozumowania prawdziwe, oparte na asocjacji, ale asocjacje tworzone przez tłumy są złączone tylko pozornym węzłem. Wiążą się one w ten sam sposób jak rozumowania Eskimosa, który wiedząc, że lód – ciało przezroczyste – topnieje w ustach, jest pewien, że szkło, ciało również przezroczyste, powinno także topnieć w ustach, albo jak rozumowanie robotnika, który wyzyskiwany przez fabrykanta sądzi, że wszyscy fabrykanci są wyzyskiwaczami.

Asocjacja rzeczy niemających ze sobą nic wspólnego, albo raczej związanych węzłem czysto pozornym, i natychmiastowe uogólnienie faktów poszczególnych, oto charakterystyczne cechy logiki zbiorowej. Łańcuch rozumowań ściśle logiczny jest niezrozumiały dla mas i dlatego można powiedzieć, że nie rozumują one w ogóle albo też rozumują zawsze fałszywie*.

Widzimy teraz, dlaczego tłumy, które „w ogóle nie rozumują albo też rozumują zawsze fałszywie”, mogą mieć tylko przypadkiem i to niesłychanie rzadko słuszne opinie w sprawach państwowych. Ustrój państwa będzie też tym lepszy, im bardziej jego kierownictwo będzie uniezależnione od opinii opartej nie na rozumowaniu, ale na jakichś podświadomych instynktach.

Sentymenty i słowa grają zasadniczą rolę w formacji „opinii publicznej”. Wiadomo, jakie znaczenie mają hasła wyborcze. Sami widzieliśmy skutki zręcznie użytego hasła „Bóg i Ojczyzna”. Otóż polityka zagraniczna, armia, a szczególnie prowadzenie finansów nie są to dziedziny, które się nadają do realizacji abstrakcyjnych formułek i haseł. Posłowie wybrani przez masy muszą jednakowoż dbać choćby o częściowe spełnienie formułek, które zapewniły im wybór i powodzenie. Szczególnie w polityce zagranicznej takie hasła jak „odwieczny wróg” albo „nie damy ziemi, skąd nasz ród” etc. w pewnych wypadkach mogą zniszczyć najlepszy system. Tak na przykład każdy rozsądny człowiek przyznaje, że dzisiaj zarówno w interesie Polaków, jak i Ukraińców leży zgodne ich współżycie na terenie Galicji Wschodniej. Na przeszkodzie temu współżyciu stają jednak zadawnione wspomnienia i słowa, które robią tak wielkie wrażenie na tłumach. Ciągle, aż do sytości, słyszymy o „kontynuacji atmosfery z czasów obrony Lwowa”, co w dzisiejszych warunkach jest czystym nonsensem i przyczynia się bardzo do zaognienia antagonizmów.

Jeden z najwybitniejszych pisarzy politycznych Francji współczesnej nadzwyczaj trafnie określa stosunek sentymentów do polityki.

Mówi się, i to bardzo słusznie, że polityka zagraniczna nie jest żadnym sentymentem, nawet narodowym, lecz rzeczą realną. Jest to jednak możliwe tylko pod tym warunkiem, że sentymenty mas nie obejmą władzy w państwie. Jest to możliwe tylko pod tym warunkiem, że władza reprezentująca interes państwa będzie niezależna od opinii publicznej. Jeżeli jednak chciałoby się podejmować wykonania jakiejś myśli albo jakiegoś programu politycznego bez poparcia opinii w ustroju demokratycznym, to trzeba być z góry przygotowanym, iż będzie to wysiłek bezpłodny, który do niczego nie doprowadzi**.

Widzimy, że znakomity myśliciel w paru zdaniach zebrał myśl przewodnią całej niniejszej broszury.

Polityka zagraniczna jest sztuką nadzwyczaj skomplikowaną. Radykalne rozwiązania nie zawsze znajdują tutaj powodzenie. Bismarck określił nawet swego czasu politykę zagraniczną jako sztukę żonglowania pięcioma kulami w jednym ręku3. Otóż postulat umiarkowania i spokoju jest znowu sprzeczny z psychologią tłumów. Opinia tłumu jest bowiem zawsze uproszczona, jednostronna i skrajna. To, co u poszczególnego człowieka jest sądem mogącym ulec ewolucji pod wpływem nowych argumentów, to samo w zbiorowości staje się pewnikiem, przybierającym formy wręcz religijne. Powyżej widzieliśmy ciekawy przykład tego fenomenu, kiedy to antagonizm austriacko-francuski, który wypływał tylko z pewnej określonej konstelacji politycznej, w oczach tłumów stał się czymś wiecznym i niezniszczalnym.

Konieczności polityczne wymagają często stosunków warunkowych z różnymi państwami, niepalenia mostów za sobą. Opinia publiczna – przeciwnie – zazwyczaj rozumie tylko stosunki skrajne, zdecydowanie wrogie albo zdecydowanie przyjazne. Jedynym ratunkiem jest tutaj fakt, że bardzo często opinia publiczna w ogóle nie interesuje się sprawami państwowymi.

Jako jedną z głównych przyczyn niezdolności mas do nadawania kierunku rządom można wymienić ich niekompetencję. Ze zdziwieniem można zauważyć, jak ciągły wzrost komplikacji zagadnień, które ma rozwiązywać rząd, idzie w parze z coraz to mniejszym poziomem specjalizacji i wykształcenia u rządzących. Renan przewidywał, że postęp wiedzy w krótkim czasie doprowadzi do niesłychanej przepaści pomiędzy rządzonymi a rządzącymi. Sztuka rządzenia – według niego – miała stać się tak trudną, że rządy będzie mogła sprawować tylko nieliczna grupa ludzi wtajemniczonych. Coś w rodzaju kapłanów Egiptu. Otóż rzeczywistość zadała kłam tym przypuszczeniom i możemy dzisiaj obserwować, że im bardziej zawiłe i trudne do zrozumienia stają się sprawy państwowe, tym większy wpływ wywiera na nie wola mas, niezdolnych do wstępnego nawet oceniania ich wartości. Szczególnie finansowa historia ostatnich lat po wojnie światowej daje nam uderzający przykład tego antylogicznego procesu. Z radością jednak można stwierdzić, że został on już właściwie zatrzymany. Dyktatury Mussoliniego, Kemala, Primo de Rivery, Piłsudskiego, Churchilla, Poincarégo ograniczają wydatnie wpływ ciemnych tłumów na rządzenie państwem. Można też mieć nadzieję, że cały wiek XX będzie wiekiem odpływu demokracji politycznej.

Widzimy więc, że opinia publiczna, czyli wola większości narodu, jest produktem tłumów, które:

1) nie są w stanie rozumować logicznie,

2) dają na siebie wpływać za pomocą słów i formułek magicznych w ustach mówcy, ale pozbawionych sensu w życiu realnym,

3) rozumują nie tylko fałszywie, ale i skrajnie, przez co popychają swoje fałszywe konkluzje do ostatecznych konsekwencji,

4) zmieniają swoją opinię niesłychanie szybko i bez wystarczających powodów, podczas gdy kiedy indziej znów nie są w stanie zorientować się w zagadnieniach zagranicznych, ekonomicznych czy wojskowych.

Te cechy, związane nierozdzielnie z opinią większości narodu, determinują ją raz na zawsze jako szkodliwą dla interesów tegoż narodu. Również te konkluzje niesłychanie łatwo wynikają z przykładów historycznych. Trzeba się zdecydować na wybór. Albo damy większości narodu przewagę w sprawach państwowych i zaprzepaścimy w ten sposób interesy państwa, albo dbać będziemy nie o zadowolenie doktryny, ale o interesy realne, o utrzymanie i podniesienie stanowiska naszego narodu w hierarchii światowej.

„Faites un roi…, sinon faites la paix”4 – pisał francuski socjalista Marcel Sembat, przy czym przez pokój rozumiał zupełną kapitulację z mocarstwowego stanowiska Francji. Powiedzenie to można powtórzyć w odniesieniu do Polski. Dajcie nam silny rząd, albo przyznajcie, że kapitulujecie z utrzymania niepodległej, niebolszewickiej i nieniemieckiej Polski i że kapitulujecie z jej mocarstwowego rozwoju!

1Pol. na dłuższą metę.

2Autor przedstawił te przykłady w rozdziałach: Richelieu i opinia publiczna, Bismarck i opinia publiczna, Dzieło Cavoura i silna władza, Dekadencja Francji w XVIII i XIX wieku i jej związek z poglądami opinii publicznej, Upadek Juliusza Ferry, Opinia publiczna i wybuch wojny światowej.

* G. Le Bon, Psychologie des foules, Alcan 1926, s. 50, 51 [por. G. Le Bon, Psychologia tłumu, tłum. B. Kaprocki, Kęty 2004, s. 34–35].

** Ch. Maurras, Kiel et Tanger [1895–1905. La Republique Française devant l’Europe, Paris 1910], s. 30.

3 Politykę Bismarcka określił tak nie on sam, ale jego następca na stanowisku kanclerza Caprivi, uzasadniając w ten sposób zerwanie z linią poprzednika.

4 Pol. Zróbcie króla, albo zróbcie pokój.

„Słowo”, 3 stycznia 1933

Z literatury politycznej. Recenzenci Romana Dmowskiego

I

Ostatnia książka Romana Dmowskiego, Świat powojenny…, wyszła w roku 19291. Trzy lata na napisanie recenzji wydawało się mnie – niezawodowemu dziennikarzowi – okresem zbyt długim, a temat tej książki tematem może zbyt nieaktualnym dla redaktora pisma. Dwa powody zdają się jednak dementować takie zapatrywanie. Z jednej strony – od czasu książki Niemcy, Rosja i sprawa polska2 – wszystkie prace Dmowskiego należą do rzędu tych, o których pisze się nie tylko w rok ich ukazania się, ale i w 10 lat później. Z drugiej – coraz to nowe, często wybitne prace ogłaszane z okazji Dmowskiego zdają się bez przerwy odnawiać podstarzały temat.

Jeżeli jednak na skutek nowej książki Dmowskiego pojawiło się wiele artykułów, studiów, książek nawet, to na próżno pośród nich szukalibyśmy wyczerpującej odpowiedzi na zasadnicze i najważniejsze tezy autora. Przede wszystkim ukazały się więc prace dotyczące jedynie ekonomicznej części książki. Do tych zaliczyć należy ogłoszony w „Słowie” artykuł Władysława Studnickiego3 i broszurę Antoniego Plutyńskiego odbitą z „Przeglądu Politycznego”4. Cała część ekonomiczna Świata powojennego… należała jednak, niestety, do tych działów twórczości autora, które Wacław Borowy w swojej Antologii liryki określił ogólną nazwą „mielizny twórczości”. Przyznam się, iż przykre dla mnie było odczytywanie tak słabych rozdziałów, które wyszły spod pióra jednego z najwybitniejszych naszych pisarzy politycznych. Jan Emil Skiwski w swym wielkim [artykule] wstępnym „Wiadomości Literackich” poświęconym Dmowskiemu napisał, iż przy czytaniu odczuwał „wielką rozkosz estetyczną”5. Nie wiem, czy rozkosz ta nie miała pewnego podłoża chorobliwego, lecz o ile chodzi o mnie, to przyznam się szczerze, iż odczuwałem boleść, iż ideowego lidera jednego z naszych największych stronnictw nie stać na nic lepszego w tej dziedzinie. Tu należy zauważyć, iż drugi z Dmowskim najwybitniejszy pisarz polityczny Narodowej Demokracji, Stanisław Grabski, w tej dziedzinie i w wielu innych coraz to przewyższa swego rywala. Ze względu na słabość rozważań ekonomicznych Dmowskiego recenzje tej strony jego twórczości nie bardzo zasługują na uwagę.

Podobną mielizną, nie tylko w tej, ale także i we wszystkich innych – może z wyjątkiem Myśli…6 – książkach Dmowskiego, jest sprawa ukraińska. Brakuje po prostu słów, aby określić charakterystyczną zresztą dla ogromnej większości publicystów polskich nieznajomość historii ukraińskiej w latach 1917–1921. Dla przykładu ograniczę się do wymienienia twierdzenia, iż plan traktatu brzeskiego7 był gotowy już w roku 1905. Ten sposób traktowania sprawy ukraińskiej odejmuje też ochotę do pisania o ukraińskich recenzjach z książki Dmowskiego. Jest to zresztą pewna szkoda, gdyż dwie spośród tych recenzji z literatury, a mianowicie Dmytra Doncowa i Aleksandra Babija, obie z pisma „Literaturno-Naukowyj Wistnyk”, zaliczają się do najlepszych i najgłębszych artykułów politycznych, jakie zdarzyło mi się czytać w roku 1930.

Ostatnim recenzentem Dmowskiego był Jan Skiwski w „Wiadomościach…”. Autor ten jest bezsprzecznie jednym z najlepszych dziś specjalistów od długich, jednotonowych, wielkiego formatu artykułów. I w tym znajduje się dużo ciekawych uwag o Poznańskiem etc., aczkolwiek ujęciu stosunku nacjonalizmu do katolicyzmu zarzuciłbym pewny symplicyzm. O doktorze Grzybowskim i jego artykule poświęconym książce Dmowskiego, a ogłoszonym w „Przeglądzie Współczesnym”8, niestety nie mogę nic napisać. Ile razy mam bowiem zamiar napisać coś o tym, zajmującym zresztą, artykule i rzucam się w pogoń za odnośnym numerem „Przeglądu…”, moje poszukiwania nie kończą się pomyślnym rezultatem. Znajduję wówczas najróżniejsze książki. Mackiewicza Kropki nad i9, Chrząszczewskiego10, jakieś kartki Słowackiego, Von Villagos zur Gegenwart z 1868 roku11 etc., a artykułu doktora Grzybowskiego ani śladu. Więc mnie czytelnik zapewne daruje, iż wytłumaczywszy się w ten sposób, przejdę do jedynej znanej mi recenzji ujmującej pod tytułem: Roman Dmowski, diabeł wcielony12.

Pan Wincenty Rzymowski, znany publicysta lewicowy, jest bezsprzecznie doskonałym znawcą języka polskiego i świetnym stylistą. O ile chodzi o formę, to książeczka jego w zupełności dorównuje podobnym pracom francuskim. Ale o ile chodzi o zmysł polityczny, to autor niestety nie wydaje się mieć zbyt dużo do zbycia. Cóż więc zarzucam twierdzeniom politycznym pana Rzymowskiego? Zarzucam mu, iż z jednej strony entuzjastycznie pochwala stosunek Romana Dmowskiego do Niemiec, a więc stosunek zdecydowanie wrogi, z drugiej zdecydowanie potępia stosunek do Rosji, a więc stosunek wyraźnie przyjazny. Sądzę, iż każdy, kto akceptuje stosunek Dmowskiego do Niemiec, nie może bez zarzutu absolutnego braku logiki nie akceptować jego stosunku do Rosji. Dmowski jest bezsprzecznie logiczny i konsekwentny. Przyszłość mocarstwową państwa polskiego widzi w polityce antyniemieckiej, stąd już logicznie, nieubłaganie logicznie, wypływa konieczność porozumienia z Rosją i polityki filorosyjskiej. To jednak, co chciałby widzieć pan Rzymowski, to znaczy wrogie stanowisko jednocześnie do Niemiec i Rosji, to już nie jest żadna polska polityka, to już nie jest żadna logika. To są po prostu elukubracje.

Pisząc w organie Stanisława Mackiewicza, będąc członkiem szkoły Stanisława Mackiewicza, można pisać krytycznie o entuzjazmie Dmowskiego do zbliżenia polsko-rosyjskiego. Zbliżeniu temu można bowiem na serio przeciwstawiać się, jeżeli się wierzy w możliwość porozumienia polsko-niemieckiego. Jeżeli się jednak w porozumienie to nie wierzy, polityka antyrosyjska staje się zupełnym nonsensem. Dlatego przestaję się zajmować wywodami politycznymi pana Wincentego Rzymowskiego.

Poniższy artykuł nie ma bynajmniej na celu wypełnienia luki w publicystyce nieendeckiej i dania ogólnej odpowiedzi na twierdzenia Romana Dmowskiego. Twierdzenia te – w dziedzinie politycznej – są często głębokie, zawsze solidnie argumentowane. Rozważenie wszystkich problemów, którymi zajmuje się omawiana książka, wymagałoby chyba grubego tomu. Toteż w tym wypadku pragniemy ograniczyć się do jednego twierdzenia autora, do jednej jego tezy, nieznacznej na pozór, a przecież niepozbawionej dużego znaczenia, prawie niesformułowanej, a przecież dominującej nad wywodami. Tezą tą jest założenie, iż „wielkie siły bezimienne i często nieuchwytne” działają dziś na korzyść Polski. Siły te pracują dla Polski tak wydatnie, iż „najgorsza nawet polityka nie jest w stanie zahamować ich działania w przygotowaniu dla Polski lepszego jutra”. Krótko mówiąc: Roman Dmowski jest zdania, iż czas pracuje dla nas, iż wszelkie rozstrzygnięcie im później nastąpi, tym dla państwa polskiego lepiej. Nie trudno spostrzec, iż jest to twierdzenie niezmiernie ważne, wprost rozstrzygające dla przyszłości naszej racji stanu. Otóż poniższe rozważania poświęcone będą dwóm sprawom. Przede wszystkim zastanowimy się, czy czas pracuje dla nas, następnie rozważymy, czy czas nie pracuje przeciwko nam.

II

Jakież są więc te siły, o których teoretyk Narodowej Demokracji pisze, iż działają na korzyść Polski. Tu na szczęście nie może być wątpliwości. Z właściwą sobie jasnością Roman Dmowski wskazuje na ową siłę. Jest nią przyrost ludności, o wiele wyższy w Polsce niż w Niemczech. Według obliczeń Romana Dmowskiego przyrost ludności w Niemczech wynosił w roku 1929 około 5 na 1000, w Polsce około 15 na 1000. Cyfry te wyglądają imponująco i powodują u każdego Polaka silny dreszcz nadziei. Niestety, bliższa ich analiza znacznie osłabia pierwsze wrażenie. Przyjmując bowiem, iż Rzesza Niemiecka liczy dziś około 70 milionów ludności, a Rzeczpospolita Polska około 30 milionów, otrzymujemy roczny przyrost ludności w Polsce około 450 tysięcy, w Niemczech około 350 tysięcy. Tak więc corocznie stosunek liczby Polaków do liczby Niemców polepsza się na naszą korzyść o 100 tysięcy ludzi. Gdybyśmy teraz wzięli pod uwagę najlepszą ewentualność, to znaczy, iż stopa ta pozostanie niezmieniona, to w ciągu dwudziestu lat liczba Polaków w stosunku do Niemców powiększy się o dwa miliony. Polepszenie to będzie wręcz rozpaczliwie znikome w porównaniu z ogólnym stosunkiem ludności: 30 do 70 milionów. Jeżeli ten czynnik ma zapewnić Polsce à la longue powodzenie, jest to czynnik niezwykle słaby i niepewny. To jednak jeszcze nie wszystko. Nie można bowiem zapominać, iż Niemcy są dziś państwem prawie że pozbawionym mniejszości, podczas gdy Polska ma ich około 30%. Ten więc przyrost, który miały Niemcy w roku 1929, był przyrostem prawdziwych autentycznych Niemców. W Polsce natomiast na 450 tysięcy rocznego przyrostu ludności około 100 tysięcy, to znaczy cała nasza przewaga nad Niemcami, przypada na mniejszości narodowe. Jak wiadomo zaś, mniejszości te są bardzo często usposobione do Polski wrogo, a byłyby w całości usposobione wrogo, gdyby realizowany był bez reszty mniejszościowy program Romana Dmowskiego. Cała więc przewaga, którą daje Polsce silny wzrost ludności, wydaje się więc z punktu widzenia politycznego naiwnym, zbyt niestety rozpowszechnionym złudzeniem.

Równocześnie nie należy zapominać, iż ogromny przyrost ludności polskiej jest uważany przez większość naszych ekonomistów za klęskę uniemożliwiającą kapitalizację. Nie podzielając czysto ekonomicznych kryteriów profesora Krzyżanowskiego i jego szkoły, niemniej stwierdzić musimy, iż idące w parze z szybkim wzrostem ludności osłabienie ekonomiczne także nie wzmocni Polski wobec Niemiec. Jak wiadomo, postęp kultury materialnej z konieczności prowadzi do zmniejszenia liczby urodzeń. Z dwu jedno. Albo Polska rozwinie się kulturalnie i ekonomicznie i wtedy stopa przyrostu ludności się zmniejszy, albo Polska pozostanie równie nędzną jak dziś jest i wtedy sam ten fakt wzmacniać będzie siłę naszych sąsiadów w stosunku do nas. Teraz już pozostawiam czytelnikowi rozstrzygnięcie, czy „na korzyść Polski działają takie siły żywotne, iż nawet najgorsza polityka nie jest w stanie zahamować ich działania”.

III

Powyżej wykazaliśmy, iż czas nie tak bardzo znowu pracuje dla polskiej racji stanu. Zanim przejdziemy do dalszych wywodów nie możemy nie wskazać, iż w dziejach Polski XIX wieku takie iluzje co do „czasu” kończyły się zazwyczaj bardzo ujemnie. Tak na przykład Zwierkowski, Nabielak i inni wyobrażali sobie, iż z powodu rewolucyjnego wrzenia w Europie czas pracuje dla nich i z tego powodu powstanie listopadowe nie wybuchło w czasie wojny rosyjsko-tureckiej. To samo rozumowanie powtórzyło się w ciągu wojny krymskiej13. Z odległości 70 lat po prostu nie można uwierzyć, jak ci sami patrioci, którzy uważali za słuszne robić powstanie w roku 1863, nie zdecydowali się na urządzenie go w 1855 roku. Zdaje się nie ulegać wątpliwości, iż psychika polska posiada silną tendencję w kierunku optymizmu. Nie sądzę jednak, żeby było nas stać na lekkomyślny optymizm.

Ewentualności pogorszenia międzynarodowego [położenia] Polski można brać pod uwagę albo w perspektywie lat najbliższych, albo w perspektywie lat kilkunastu, lub może nawet kilkudziesięciu. Są to możliwości na dłuższą metę i możliwości na krótszą metę, którymi postaram się kolejno zająć. Stanisław Mackiewicz zwraca często i świetnie uwagę na pogorszenie, jakie nastąpiło od lat 1922–1923, kiedy ostry konflikt niemiecko-francuski dawał Polsce szanse porozumienia z Niemcami. Są to jednak rzeczy, które zdają się bezpowrotnie należeć do przeszłości i rozpamiętywanie ich może tylko obciążyć pamięć śp. Aleksandra Skrzyńskiego, który wówczas okazji tych nie wyzyskał. Najważniejsze zdają się jednak być perspektywy przyszłości.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, iż główny kierunek ekspansji rosyjskiej nie kieruje się dziś przeciw Polsce. Jest to fakt tak często powtarzany, iż nawet powtarzanie go staje się nieco banalne. Jeśli ten stan rzeczy utrzyma się raz na zawsze, będzie można śmiało twierdzić, iż w tej dziedzinie przyszłość nie pracuje ani dla polskiej racji stanu, ani przeciw niej. Ale nie należy zapominać, że już dwukrotnie myślano w Polsce, iż odwrócona od niej ekspansja Rosji skieruje się zawsze na inne koryto. Myślano tak w kołach senatorskich w chwili zawierania pokoju Grzymułtowskiego14, gdy zdawało się, iż uda się Rosję bez reszty skierować przeciw Turcji. Myślano tak na początku wielkiej wojny północnej15 w kołach najświatlejszych doradców zmarłego króla i ślady tej wiary pozostały w korespondencji Szczuki, Załuskiego i innych. Sytuacja uległa o tyle tylko zmianie, iż nie chodziło już o Turcję, tylko Szwecję. Dziś chodzi o Daleki Wschód.

Cała polityka zagraniczna Narodowej Demokracji, cały program antyniemiecki, antyukraiński, filoczeski, opiera się na iluzji. Iluzją tą jest wiara, że linia ekspansji rosyjskiej nigdy nie wróci do Europy, iż na wschodzie nie będzie już nic nowego. Trudno zaprzeczyć, iż kierunek polityki Rosji przed samą wojną światową był w ówczesnej sytuacji wielkim błędem. Prawda ta na tych łamach została stwierdzona z takim autorytetem i talentem, iż trudno było z nią polemizować16. Panslawizm był ideą bezsprzecznie wielką i bądź co bądź europejską. Ale nie można zaprzeczyć, iż europejski kierunek ekspansji politycznej Rosji w tych latach był ciężkim błędem. Tu jednak nie można zapominać, iż od czasu tych pamiętnych lat państwo rosyjskie utraciło wszystkie ważne nabytki [z czasów] od początku panowania Piotra Wielkiego aż po wiek XX. Sprawę tę trzeba stawiać jasno. Rosji nie znam, w Barnabootha17 rosyjskiego nie mam zamiaru się bawić, a literatura tego narodu działa mi na nerwy. Niemniej nie widzę, nie wyobrażam sobie państwa, w którym czy prędzej, czy później nie powstałby kierunek stawiający jako cel powrót do tak długo posiadanych i utraconych prowincji bałtyckich, Besarabii etc. Ekspansja na Dalekim Wschodzie również nie okazuje się rzeczą łatwą i nadzieja, iż Rosja nawet po napotkaniu na opór szeregu wielkich mocarstw na Dalekim Wschodzie nie zwróci się znów do Europy, nie może być nazywana inaczej jak wysoce niebezpieczną iluzją.

Chwila, w której nadzieja na zrewolucjonizowanie Azji ulegnie bankructwu i w której polityka rosyjska powróci do nadziei zrewolucjonizowania Europy, którą pieściła się w latach 1919 i 1920, będzie chwilą kryzysu narodowodemokratycznej polityki w Polsce. Wówczas dowodnie pokaże się, czy te „wielkie i nieuchwytne siły” rzeczywiście działają na korzyść Polski. Wówczas – jeżeli nie prędzej – okaże się siła iluzji, na której opiera się polityka zagraniczna rzeczonego stronnictwa.

W ten sposób czas pracuje dla nas na daleką metę. O ile jednak chodzi o bliską metę, to sprawy te przedstawiają się o wiele jaskrawiej. Gdybym był narodowym demokratą, uważałbym ostatnie wypadki, zaszłe w sprawie rozbrojenia Niemiec za największą klęskę, jaką Polska poniosła od czasu bitwy pod Samhorodkiem18. Klęska, którą będzie z punktu widzenia polityki narodowodemokratycznej równouprawnienie Niemiec w dziedzinie zbrojeń wydaje się tak oczywistą, iż nie potrzeba tracić czasu na jej dowodzenie. Tu już czas bardzo jaskrawo pracuje przeciw nam. Trudno powstrzymać się od zacytowania „Manchester Guardian”. Organ angielski – zakładając, iż cała polityka polska utożsamia się z polityką Romana Dmowskiego – nie może wręcz pojąć, jak tego rodzaju Polacy mogliby dopuścić do uzbrojenia Niemiec bez próby wojny prewencyjnej. „Manchester…” więc pisze w swym wielkim artykule o stosunkach polsko-niemieckich z ostatnich dni listopada roku bieżącego:

Czyż można z zupełną pewnością twierdzić, iż Polska będzie jeszcze istnieć za lat dziesięć? Czy można uczciwie zarzucać polityce polskiej, w razie uzbrojenia Niemiec, pójście naprzeciw oczywistemu nieszczęściu i wytoczenie wojny prewencyjnej?

Jest to zresztą nonsens, podobnie jak zupełnym nonsensem było twierdzenie Dmowskiego o wojnie zaczepnej Polski przeciw Rosji. Wojna zaczepna przeciw Rosji nie mogłaby, wobec dzisiejszych stosunków z Rzeszą Niemiecką, pomieścić się w głowie żadnego polityka, nawet z XVIII wieku. A przecież są dziś w Europie zachodniej publicyści, którzy twierdzą, iż czas tak oczywiście pracuje przeciw Polsce, iż program prekonizowany19 przez Narodową Demokrację powinien doprowadzić logicznie do koncepcji wojny prewencyjnej z Niemcami. Tak więc zarzut bellicyzmu, rzucony przez Romana Dmowskiego, mógłby łatwo obrócić się przeciw niemu. Sądzę jednak, iż zdrowy rozum nakazuje od zarzutu tego się powstrzymać i ograniczyć się do innego zasadniczego twierdzenia. Podstawa wywodów Dmowskiego – zasada, iż czas pracuje dla Polski – musi być uznana za fałszywą. Rzeczpospolita Polska nie może nic stracić na przyśpieszeniu porozumienia z Rzeszą Niemiecką, na przyśpieszeniu porozumienia z mniejszością ukraińską.

Myśleć, Panowie Narodowi Demokraci, myśleć, myśleć i jeszcze raz myśleć. Pod tym względem Roman Dmowski, który nigdy nie bał się myśleć, dał swoim uczniom dobry przykład. Rozwój, wzmocnienie doktryny narodowodemokratycznej, osiągniecie przez nią wyższego poziomu może tylko cieszyć przyjaciela polskiej myśli politycznej. Naszym zaś obowiązkiem jest nielitościwie i stanowczo wskazywać tej myśli załamania, niekonsekwencje i mielizny.

 

 

1R. Dmowski, Świat powojenny i Polska, Warszawa 1931 (ost. wyd. Wrocław 1999).

2Właśc. R. Dmowski, Niemcy, Rosja i kwestia polska, Lwów 1908 (ost. wyd. Wrocław 2013).

3W. Studnicki, Powojenna Polska a Rosja, „Słowo” z 3 października 1931.

4A. Plutyński, Romana Dmowskiego „Świat powojenny i Polska”, Warszawa 1932.

5J.E. Skiwski, Paradoksy trzeźwości, „Wiadomości Literackie” z 11 grudnia 1932.

6R. Dmowski, Myśli nowoczesnego Polaka, Lwów [1903] (ost. wyd. Wrocław 2015).

7Chodzi o traktat pokojowy między Niemcami, Austro-Węgrami (i ich sojusznikami) a Ukraińską Republiką Ludową, zawarty w Brześciu 9 lutego 1918. Traktat, przyznający Ukrainie Chełmszczyznę, wywołał oburzenie polskiej opinii publicznej.

8Być może chodzi o teksty K. Grzybowskiego z rubryki Z książek i czasopism, „Przegląd Współczesny”, styczeń–marzec 1931, s. 300–306, 468–469, choć autor odwołuje się w nich do artykułów, a nie książki Dmowskiego.

9S. Mackiewicz, Kropki nad i, Wilno 1927 (ost. wyd. Kraków 2012).

10Prawdopodobnie chodzi o: A. Chrząszczewski, Od sejmowładztwa do dyktatury. Studium polityczno-porównawcze, Warszawa 1930.

11Właśc.W. Rogge, Oesterreich von Világos bis zur Gegenwart [Austria od Világos do współczesności], Leipzig–Wien 1872. Világos – miejsce kapitulacji powstańców węgierskich przed wojskami rosyjskimi w 1849.

12Właśc. W. Rzymowski, Roman Dmowski: czciciel diabła,Warszawa 1932.

13Wojna toczona w latach 1853–1856 między Rosją a Turcją i jej sprzymierzeńcami: Wielką Brytanią, Francją i Sardynią.

14Traktat kończący rozpoczętą w 1654 wojnę polsko-rosyjską, zawarty w 1686 w Moskwie, utrwalający warunki rozejmu andruszowskiego z 1667, czyli utratę przez Rzecz­pospolitą Smoleńska, Kijowa i Ukrainy Zadnieprzańskiej.

15Wielka wojna północna – toczona w latach 1700–1721 przeciw Szwecji przez Danię, Saksonię i Rosję (od 1715 także przez Hanower i Prusy). Przyniosła utratę mocarstwowego stanowiska Szwecji, osłabienie Rzeczypospolitej i wzrost pozycji Rosji.

16O błędnym kierunku ekspansji Rosji carskiej w przededniu pierwszej wojny światowej pisał Mackiewicz: Cat, Trzy przyczyny katastrofy, „Słowo” z 7 lipca 1931 (tekst stanowi fragment książki S. Cat-Mackiewicz, Myśl w obcęgach. Studia nad psychologią społeczeństwa Sowietów, Kraków 2012).

17Aluzja do bohatera literackiego (i jednocześnie pseudonimu) Valerego Larbauda, A.O. Barnabootha – globtrotera obserwującego świat z okien luksusowego pociągu.

18Bitwa pod Samhorodkiem (5 czerwca 1920) była punktem zwrotnym wyprawy kijowskiej – przełamanie frontu pozwoliło wojskom bolszewickim przejąć inicjatywę, a polskie zmusiło do odwrotu, zakończonego dopiero bitwą warszawską.

19Rekomendowany, zachwalany (od fr. preconiser).

„Słowo”, 3 lutego 1933

Z literatury politycznej. Smoleńsk, nacjonalizm i zakłamanie

Przed paroma miesiącami ukazała się we Lwowie nowa książka doktora Kazimierza Tyszkowskiego pod tytułem Wojna o Smoleńsk 1613‒1615. Jest to już trzecia praca autora z tego zakresu. Dwie poprzednie zajmowały się mianowicie planami unii polsko-rosyjskiej na przełomie XVI i XVII wieku i poselstwem Lwa Sapiehy do Moskwy w roku 16001. Aczkolwiek temat doktora Tyszkowskiego wydaje się być już bardzo odległym od dzisiejszej aktualności politycznej, to jednak w istocie dzieje początku XVII wieku dostarczają podstawy do rozważań politycznych, które trudno uznać za niepotrzebne. W poniższym studium zajmiemy się więc dwoma zagadnieniami politycznymi, do których ówczesne wypadki zdają się nasuwać interesujące refleksje. Przede wszystkim więc rozważymy konflikt między katolicyzmem a nacjonalizmem, przejawiający się w polityce Zygmunta III wobec Rosji, po drugie zaś zajmiemy się planami połączenia Polski z Rosją, tak licznymi w tym okresie, a to w związku z ideologią niektórych współczesnych naszych stronnictw.

I

Ścisłe określenie pewnej doktryny, oddzielenie jej od nienależących do niej naleciałości, daje się z największą łatwością uskutecznić przez branie pod uwagę sytuacji, w których dana doktryna znajduje się w konflikcie niezaprzeczalnym ze swoimi rywalkami. O ile chodzi o konflikt między nacjonalizmem i katolicyzmem, to z dużą jasnością wystąpił on w roku 1610 po bitwie pod Kłuszynem. Zanim przejdziemy do omówienia tego wypadku, musimy słów parę poświęcić zagadnieniu istoty nacjonalizmu.