Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Nielegalny. Moje dzieciństwo w RPA ebook

Trevor Noah  

3.375 (8)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 341

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Nielegalny. Moje dzieciństwo w RPA - Trevor Noah

Jedna z najdowcipniejszych książek roku i wielki bestseller „New York Timesa”.

Pełne kapitalnego poczucia humoru wspomnienia znanego amerykańskiego satyryka, który dorastał w trudnych warunkach w czasach apartheidu w RPA. To też opowieść o miłości, jaka łączyła go z niezłomną matką, która nie bała się sprzeciwiać ani rasistowskiemu systemowi, ani tradycjom, spychającym afrykańskie kobiety na sam dół społecznej drabiny. Wciągająca narracja, fantastyczne pełnokrwiste postacie i pozytywne podejście autora do ludzi i życia składają się na podnoszącą na duchu, mądrą książkę.

Opinie o ebooku Nielegalny. Moje dzieciństwo w RPA - Trevor Noah

Fragment ebooka Nielegalny. Moje dzieciństwo w RPA - Trevor Noah

Trevor Noah

NIELEGALNY

Moje dzieciństwo w RPA

przełożył Łukasz Witczak

Tytuł oryginału: Born a Crime. Stories from a South African Childhood

Copyright © 2016 by Trevor Noah

By arrangement with the author. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Łukasz Witczak, MMXVIII

Wydanie I 

Warszawa MMXVIII

Mamie, mojej pierwszej fance. Dzięki Tobie wyszedłem na ludzi.

Część pierwsza

Geniusz apartheidu polegał na tym, że zwracał przeciwko sobie ludzi stanowiących ogromną większość społeczeństwa. Dzielił ludzi na grupy i podsycał wzajemną nienawiść, żeby łatwiej nimi rządzić. W tamtych czasach czarnych Południowoafrykańczyków było prawie pięć razy więcej niż białych, lecz byliśmy podzieleni na różne plemiona mówiące różnymi językami: Zulu, Khosa, Tswana, Sotho, Venda, Ndebele, Tsonga, Pedi i inne.

Plemienne odłamy ścierały się i wojowały ze sobą na długo przed nastaniem apartheidu. Później biały reżim wykorzystał te animozje, by dzielić i rządzić. Wspomniane plemiona oraz inne niebiałe społeczności systematycznie klasyfikowano do rozmaitych grup i podgrup. Następnie, aby je skłócić, przydzielano tym grupom różny stopień praw i przywilejów.

Chyba najbardziej wyraźny był podział między dwoma głównymi plemionami Południowej Afryki: Zulu i Khosa. Zulus to wojownik. Jest dumny. Opuszcza głowę i walczy. Podczas inwazji wojsk kolonialnych uzbrojeni w dzidy i tarcze Zulusi ruszyli w bój przeciwko strzelcom. Ginęli tysiącami, ale nie składali broni. Natomiast Khosa szczycą się tradycją myślicielstwa. Moja matka jest Khosa. Nelson Mandela był Khosa. Oni również toczyli długą wojnę z białym człowiekiem, ale ich wodzowie, przekonawszy się o daremności walki zbrojnej z lepiej wyposażonym wrogiem, często sięgali po subtelniejsze metody. „Ci biali zostaną tutaj, czy nam się to podoba, czy nie – mówili sobie. – Zobaczmy, jakie mają narzędzia, może i nam się one przydadzą. Zamiast stawiać opór Anglikom, nauczmy się mówić po angielsku. Zrozumiemy, co biały człowiek do nas mówi, zmusimy go, żeby z nami negocjował”.

Zulusi poszli na wojnę z białym człowiekiem. Khosa grali z nim w szachy. Jedni i drudzy długo nie odnosili większych sukcesów i obarczali się nawzajem winą za problem, którego nie stworzyli. Atmosfera była coraz bardziej zatruta. Przez dziesięciolecia w obliczu wspólnego wroga tłumiono wzajemne urazy. Potem upadł apartheid, Mandela wyszedł na wolność, a czarna Południowa Afryka wszczęła wojnę sama ze sobą.

1Bieg

W dużych hollywoodzkich produkcjach zdarzają się często szalone pościgi, podczas których ktoś wyskakuje albo zostaje wypchnięty z pędzącego pojazdu. Upada na ziemię i przez chwilę się turla, potem wstaje i otrzepuje się z kurzu, jak gdyby nic się nie stało. Zawsze sobie wtedy myślę: Co za ściema. Wypadnięcie z jadącego samochodu naprawdę boli.

Miałem dziewięć lat, kiedy matka wypchnęła mnie z jadącego auta. To była niedziela. Pamiętam, że niedziela, bo wracaliśmy do domu z kościoła, jak w każdą niedzielę mojego dzieciństwa. Nigdy nie opuszczaliśmy nabożeństwa. Moja matka była – nadal jest – kobietą głęboko wierzącą. Pobożną chrześcijanką. Jak wiele rdzennych ludów na całym świecie, czarni Południowoafrykańczycy przyjęli religię kolonizatorów. Kiedy piszę „przyjęli”, mam na myśli to, że nam ją narzucono. Biały człowiek nie patyczkował się z tubylcami. „Musicie się modlić do Jezusa – powiedział. – Jezus was wybawi”. Na co tubylec odpowiadał: „No proszę, tak się składa, że akurat potrzebujemy wybawienia – od was. Ale to tak na marginesie. Okej, spróbujmy z tym całym Jezusem”.

Cała moja rodzina była religijna, o ile jednak matka grała całym sercem w drużynie Jezusa, babka uzupełniała swoją wiarę chrześcijańską tradycyjnymi wierzeniami Khosa, wśród których wyrosła, i komunikowała się z duchami naszych przodków. Długo nie rozumiałem, dlaczego tylu czarnych porzuciło swoją rodzimą religię na rzecz chrześcijaństwa. Ale im dłużej chodziliśmy do kościoła, im więcej przesiadywałem w jego ławach, tym lepiej rozumiałem, na czym polega chrześcijaństwo: jeżeli jesteś Indianinem i modlisz się do wilków, jesteś dzikusem. Jeżeli jesteś Afrykańczykiem i modlisz się do przodków, jesteś prymitywem. Ale kiedy biali modlą się do faceta, który przemienia wodę w wino – wtedy to się nazywa zdrowy rozsądek.

W dzieciństwie miałem do czynienia z kościołem, w takiej lub innej formie, co najmniej cztery razy w tygodniu. We wtorek wieczorem chodziło się na spotkania modlitewne. W środę wieczorem – na kółko biblijne. W czwartek wieczorem – na spotkania wspólnoty młodzieżowej. W piątek i sobotę mieliśmy wolne. (Można było grzeszyć!). W niedzielę szło się do kościoła. A ściślej mówiąc, do trzech różnych kościołów. Mama tłumaczyła to tym, że każdy z nich daje jej coś innego. Pierwszy – radosne chwalenie Pana. Drugi – pogłębioną analizę Pisma, którą mama uwielbiała. Trzeci – żarliwość i katharsis. Tam naprawdę człowiek czuł w sobie obecność Ducha Świętego. Kursując między nimi, spostrzegłem przypadkiem, że każdy z tych kościołów miał inny przekrój rasowy: kościół radosny był mieszany, kościół analityczny – biały, a ten żarliwy i katartyczny – czarny.

Kościół mieszany był Kościołem Rhema – jednym z tych ogromnych supernowoczesnych kościołów na przedmieściach. Tamtejszy pastor Ray McCauley, niegdysiejszy kulturysta o promiennym uśmiechu i osobowości cheerleaderki, wychodził na scenę i bardzo się starał, żeby Jezus był cool. Zamiast ławek ustawiono trybuny jak w hali sportowej, a zespół rockowy grał nowoczesny chrześcijański pop. Śpiewali wszyscy, nie trzeba było znać słów, bo wyświetlały się na telebimie. Takie chrześcijańskie karaoke. W kościele mieszanym zawsze świetnie się bawiłem.

Biały kościół, Rosebank Union, znajdował się w Sandton, bardzo białej i zamożnej części Johannesburga. Uwielbiałem ten kościół, bo nie musiałem chodzić na nabożeństwo. Mama szła beze mnie, a ja szedłem do szkółki niedzielnej. Czytaliśmy tam różne fajne bajki. Z oczywistych względów jedną z moich ulubionych była historia mojego imiennika Noego i potopu. Ale podobały mi się też opowieści o Mojżeszu, przed którym rozstąpiło się Morze Czerwone, o zwycięstwie Dawida nad Goliatem, o tym, jak Jezus pogonił bankierów ze świątyni.

Wychowywałem się w domu, w którym kultura popularna była prawie nieobecna. To nie był dom, w którym słuchało się Boyz II Men. Piosenki o kolesiu, który przez całą noc obłapia dziewczynę na parkiecie? O nie, wykluczone. Inne dzieci w szkole śpiewały End of the Road, ale ja w ogóle nie byłem w temacie. Słyszałem o istnieniu Boyz II Men, ale nie wiedziałem, kim są. Znałem tylko muzykę z kościołów: wzniosłe, radosne pieśni chwalące Jezusa. Podobnie było z filmami. Mama nie chciała, żebym zatruwał sobie umysł seksem i przemocą. Moim superbohaterem – moim He-Manem – był Samson. Koleś zabił tysiąc przeciwników za pomocą oślej szczęki – to się nazywa twardziel. Potem zaczynały się listy Pawła do Efezjan i akcja trochę siadała, ale Stary Testament i Ewangelie? Mogę wyrecytować z pamięci dowolny fragment. W białym kościele co tydzień były gry i sprawdziany ze znajomości Biblii. Wymiatałem w nich.

No i wreszcie był kościół czarny. Zawsze gdzieś było jakieś czarne nabożeństwo, więc zaliczaliśmy wszystkie po kolei. W czarnych osiedlach odbywały się zwykle pod namiotem. Najczęściej chodziliśmy do kościoła babci, zboru metodystów w starym stylu: pięćset afrykańskich babulek w biało-niebieskich bluzkach, z Pismem Świętym w garści, piekło się cierpliwie w gorącym afrykańskim słońcu. Nie będę kłamał: czarny kościół był trudny. Nie było klimatyzacji ani telebimów ze słowami pieśni. W dodatku nabożeństwa ciągnęły się w nieskończoność, trzy albo cztery godziny, nie to co w białym kościele, gdzie wszystko trwało godzinkę – dzień dobry, do widzenia, fajnie, że przyszliście. W czarnym kościele siedziało się wieczność i zastanawiało, dlaczego czas płynie tak wolno. Czy to możliwe, że czas się zatrzymywał? A jeśli tak, to dlaczego zdarza się to tylko w czarnych kościołach, nigdy w białych? Ostatecznie doszedłem do wniosku, że my, czarni, potrzebujemy więcej czasu z Jezusem, ponieważ więcej cierpimy. „Muszę nazbierać błogosławieństw na cały tydzień” – mawiała matka. Zgodnie z jej rachubą im dłużej siedzieliśmy w kościele, tym więcej otrzymywaliśmy błogosławieństw, jakby chodziło o kartę lojalnościową w Starbucksie.

Czarny kościół miał tylko jedną zaletę: jeśli człowiek wytrzymał te trzy albo cztery godziny, zaczynało się wypędzanie demonów. Ludzie opętani przez demony biegali jak szaleni wśród ławek, mówiąc, a właściwie krzycząc, językami. Porządkowi rzucali się na nich jak bramkarze w klubie, unieruchamiali ich przed pastorem, który chwytał nieszczęśników za głowy i potrząsał nimi gwałtownie, wołając: „Wypędzam tego ducha w imię Jezusa!”. Niektórzy pastorzy byli mniej brutalni od innych, ale żaden nie spoczął, dopóki demon nie został przepędzony, a wierny nie upadł bez czucia na ziemię. Musiał upaść. Jeżeli nie upadał, znaczyło to, że demon jest potężny i trzeba z nim jeszcze ostrzej. Człowiek mógł sobie być obrońcą w drużynie z NFL, nie miało to znaczenia. Pastor musiał powalić każdego. Boże, co to było za widowisko.

Chrześcijańskie karaoke, opowieści o twardzielach, brutalni uzdrawiacze – uwielbiałem kościół. Nie lubiłem natomiast samej wyprawy do kościoła. To była straszna mordęga. Mieszkaliśmy w Eden Park, niewielkim przedmieściu na dalekich obrzeżach Johannesburga. Dotarcie do białego kościoła zajmowało nam godzinę, do mieszanego – kolejne trzy kwadranse, do czarnego w Soweto – kolejne trzy. Jak gdyby tego było mało, w niektóre niedziele wracaliśmy do białego kościoła na specjalne nabożeństwo wieczorne. Po powrocie do domu od razu rzucałem się na łóżko.

Tamta niedziela, kiedy zostałem wypchnięty z jadącego samochodu, zaczęła się jak każda inna. Matka zbudziła mnie rano, zrobiła mi owsiankę na śniadanie. Poszedłem się wykąpać, a ona ubrała mojego dziewięciomiesięcznego braciszka Andrew. Potem wyszliśmy przed dom, wsiedliśmy do auta, zapięliśmy pasy i – samochód nie chciał odpalić. Mama miała bardzo starego, zdezelowanego, jasnopomarańczowego volkswagena garbusa, kupionego za półdarmo. Był bardzo tani, ponieważ bez przerwy się psuł. Do dziś nie cierpię używanych aut. Prawie wszystko, co poszło w moim życiu nie tak, miało jakiś związek z używanym samochodem. Przez używane auta spóźniałem się do szkoły i musiałem za karę zostawać po lekcjach. Przez używane auta musieliśmy nieraz łapać stopa na autostradzie. Przez używane auto moja mama wyszła za mąż. Gdyby nie tamten zepsuty volkswagen, nie szukalibyśmy mechanika, a on nie zostałby później mężem i ojczymem, który nas latami dręczył i który strzelił mamie z pistoletu w tył głowy – dziękuję bardzo, ale zdecydowanie wolę nowy samochód na gwarancji.

Mimo że uwielbiałem kościół, perspektywa włóczenia się przez dziewięć godzin z kościoła mieszanego do białego, z białego do czarnego, z czarnego z powrotem do białego, była nie do zniesienia. Wyprawa samochodem była wystarczająco przykra, a co dopiero dwa razy dłuższa i dwa razy bardziej męcząca podróż transportem publicznym. Modliłem się w duchu: Błagam, powiedz, że zostaniemy dziś w domu. Powiedz, że zostaniemy w domu. Lecz kiedy zobaczyłem, jak zaciska szczęki z wyrazem determinacji, zrozumiałem, że przede mną długi dzień.

– Chodź – powiedziała. – Złapiemy busa.

Moja matka jest równie uparta, jak religijna. Kiedy coś postanowi, to już koniec. Przeszkody, które skłoniłyby większość osób do zmiany planów, jak awaria samochodu, ją tylko mobilizowały.

– To diabeł – oznajmiła tamtej niedzieli. – Diabeł nie chce, żebyśmy pojechali do kościoła. Dlatego musimy złapać busa.

Za każdym razem, kiedy stawałem w obliczu jej religijnego uporu, próbowałem z jak największym szacunkiem zaprezentować przeciwny punkt widzenia.

– A może – odparłem – Pan Bóg wie, że dzisiaj nie powinniśmy jechać do kościoła, i dlatego sprawił, że samochód nie odpalił, żebyśmy zostali w domu, cała nasza rodzina, i odpoczęli, bo nawet Pan Bóg odpoczywał.

– Oj, to są podszepty diabła, Trevorze.

– Nie, bo Jezus czuwa nad wszystkim, a skoro Jezus czuwa, a my się do niego modlimy, to przecież sprawiłby, że samochód ruszy, a nie sprawił, a więc...

– Nie, Trevorze! Czasem Jezus stawia na naszej drodze przeszkody, żeby się przekonać, czy je przezwyciężymy. Tak było z Hiobem. To może być sprawdzian.

– No dobrze, mamo. Ale może on sprawdza, czy jesteśmy gotowi pogodzić się z tym, co się stało, zostać w domu i chwalić mądrość Jezusa.

– Nie, to diabeł przez ciebie przemawia. Idź się przebrać.

– Ale mamo!

– Trevor! Sun’qhela!

Sun’qhela znaczy „nie dyskutuj ze mną”. Rodzice z plemienia Khosa często mówią tak do swoich dzieci. Wiedziałem, że to oznacza koniec rozmowy – że jeśli powiem jeszcze słowo, to się doigram.

Co roku zwyciężałem w zawodach w dzień sportu w Maryvale College i co roku mama wygrywała rywalizację mam. Dlaczego? Bo wiecznie za mną biegała, żeby mi spuścić lanie, a ja wiecznie przed nią uciekałem, żeby tego uniknąć. Nikt nie biegał tak szybko jak mama i ja. Nie była jedną z tych matek, które wołają: „Chodź tu, muszę dać ci w tyłek”, o nie. Oferowała lanie z darmową dostawą. Lubiła też rzucać przedmiotami – wszystkim, co się akurat napatoczyło. Jeżeli to było coś delikatnego, musiałem to złapać i odstawić. Gdyby się zbiło, byłaby to moja wina i dostałbym jeszcze większe lanie. Kiedy rzucała we mnie wazonem, musiałem go złapać, odstawić i biec dalej. Miałem ułamek sekundy na zastanowienie: Czy to jest cenne? Tak. Delikatne? Tak. Złap, odłóż i biegnij.

Mama i ja byliśmy trochę jak Tom i Jerry. Ona wierzyła w surową dyscyplinę, ja byłem niezłym ziółkiem. Kiedy wysyłała mnie do sklepu po mleko i pieczywo, zamiast wracać prosto do domu wydawałem resztę na automatach. Uwielbiałem gry. Byłem mistrzem Street Fightera. Potrafiłem grać w nieskończoność na jednym żetonie. Wrzucałem monetę, zaczynałem grę i ani się obejrzałem, a stała przy mnie kobieta ze skórzanym paskiem w ręku. Rozpoczynała się gonitwa. Wypadałem na dwór i biegłem przez pyliste ulice Eden Park, przeskakiwałem przez mury, przemykałem przez podwórka. W naszej okolicy był to normalny widok. Wszyscy wiedzieli: oho, Trevor znów pędzi na złamanie karku, tylko czekać, aż pojawi się Patricia. Umiała szybko biegać w butach na wysokim obcasie, ale gdy naprawdę jej zależało, żeby mnie dogonić, zrzucała buty w pełnym biegu. Wykonywała dziwny ruch kostką, w ogóle nie zwalniając tempa, i chwilę potem biegła już boso. Wtedy myślałem sobie: Okej, przeszła w tryb turbo.

Kiedy byłem mały, zawsze mnie doganiała, ale z czasem biegałem coraz szybciej i musiała kombinować. Widząc, że jej uciekam, krzyczała: „Łapać złodzieja!”. Robiła to własnemu dziecku. W Afryce Południowej nikt się nie wtrąca w cudze sprawy, chyba że odbywa się samosąd, wtedy wszyscy chętnie się włączają. I dlatego krzyczała: „Złodziej!”, wiedząc, że ściągnie mi w ten sposób na głowę pół dzielnicy, że obcy ludzie będą się na mnie rzucać, żeby mnie przewrócić, a ja będę musiał przed nimi uskakiwać i robić uniki, wołając: „Nie jestem złodziejem! Jestem jej synem!”.

Podróż zatłoczonym busem była ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę tamtego niedzielnego poranka, lecz gdy usłyszałem sun’qhela, wiedziałem, że klamka zapadła. Mama wzięła Andrew, wysiedliśmy z volkswagena i poszliśmy łapać busa.

Miałem pięć lat, prawie sześć, kiedy Nelson Mandela wyszedł z więzienia. Pamiętam, że oglądałem to w telewizji. Wszyscy się wtedy cieszyli, ja też się cieszyłem, choć nie do końca wiedziałem dlaczego. Byłem świadom istnienia czegoś takiego jak apartheid, że to się kończy i że to ważny moment, ale nie rozumiałem wszystkich zawiłości.

Pamiętam natomiast, i nigdy tego nie zapomnę, przemoc, jaka się później rozpętała. Triumf demokracji nad apartheidem nazywa się nieraz bezkrwawą rewolucją. Mówi się tak dlatego, że podczas samej rewolucji prawie nie przelano białej krwi. Za to tuż po rewolucji ulice spłynęły krwią czarnych.

Gdy upadał reżim rasistowski, wiedzieliśmy, że teraz będzie rządził czarny człowiek. Pytanie brzmiało: który czarny człowiek? Zaczęło dochodzić do starć między Partią Wolności Inkatha a Afrykańskim Kongresem Narodowym. Relacje polityczne między tymi ugrupowaniami były bardzo złożone, ale najprościej rzecz ujmując, Zulusi i Khosa zaczęli toczyć ze sobą wojnę za ich pośrednictwem. Inkatha była w przeważającej części zuluska, bardzo nacjonalistyczna i nastawiona bojowo. AKN stanowił szeroką koalicję wielu plemion, ale w ówczesnym kierownictwie dominowali Khosa. Apartheid spowodował zawieszenie wojny między Zulusami a Khosa. Zjednoczono się w obliczu wspólnego wroga, jakim był obcy najeźdźca, biały człowiek. Teraz wspólny wróg zniknął i nagle wszystko znów było po staremu. „To na czym skończyliśmy? Ach, tak”. I noże w ruch. Zamiast zjednoczyć się w imię pokoju, Południowoafrykańczycy zwrócili się przeciwko sobie, dopuszczając się przy tym niebywałych okrucieństw. Wybuchły potężne zamieszki. Zginęły tysiące ludzi. Powszechną praktyką było tak zwane naszyjnikowanie. Ofiarę krępowano, wciskając ją w oponę samochodową, po czym polewano benzyną i podpalano. Sympatycy AKN robili to zwolennikom Inkathy, i na odwrót. Raz widziałem takie zwęglone ciało przy drodze, którą chodziłem do szkoły. Wieczorami włączaliśmy z mamą nasz mały czarno-biały telewizor i oglądaliśmy wiadomości. Tuzin zabitych. Pięćdziesięciu zabitych. Stu zabitych.

Eden Park sąsiadował z wielkimi czarnymi osiedlami East Rand, Thokoza i Katlehong, w których dochodziło do najokrutniejszych starć między Inkathą a AKN. Co najmniej raz w miesiącu, wracając do domu, zastawaliśmy naszą dzielnicę w ogniu. Setki ludzi na ulicach. Samochód brnął wśród tłumu, mama ostrożnie omijała barykady z płonących opon. Nic nie płonie tak jak opona – z taką nieopisaną wściekłością. Przejeżdżając obok tych buchających żarem barykad, czuliśmy się jak w piecu. Mówiłem do mamy: „Szatan chyba pali w piekle oponami”.

W czasie zamieszek wszyscy nasi sąsiedzi roztropnie zamykali się w swoich domach. Ale nie moja mama. Wychodziła, kiedy miała ochotę, a gdy w żółwim tempie mijaliśmy barykady, jej spojrzenie mówiło: „Dajcie mi przejechać. Nie chcę mieć nic wspólnego z tym pierdolnikiem”. Była niewzruszona w obliczu niebezpieczeństwa. Zawsze mnie to zdumiewało. Nieważne, że za naszym progiem toczyła się wojna. Mama miała swoje sprawy, które nie mogły czekać. Był to ten sam rodzaj uporu, z jakim jeździła do kościoła mimo awarii samochodu. Choćby na głównej drodze wyjazdowej z Eden Park stało pół tysiąca osób i płonąca barykada z opon, i tak słyszałem: „Ubieraj się. Muszę jechać do pracy, a ty masz szkołę”.

– W ogóle się nie boisz? – pytałem. – Ich jest tylu, a ty jesteś jedna.

– Skarbie, nie jestem sama – odpowiadała. – Mam za sobą wszystkie anioły niebios.

Na co ja:

– Szkoda tylko, że ich nie widać. Ci ludzie, którzy blokują drogę, mogą nie wiedzieć, że one tam są.

Kazała mi się nie martwić. Prędzej lub później zawsze sięgała po swoją życiową maksymę: „Skoro Bóg jest ze mną, kogo mam się bać?”. Nigdy nie czuła strachu. Również wtedy, kiedy powinna.

Tamtej niedzieli bez samochodu objechaliśmy wszystkie kościoły, kończąc, jak zwykle, w białym. Kiedy wyszliśmy z Rosebank Union, zrobiło się już ciemno i byliśmy sami. Po całym dniu jazdy busami z kościoła mieszanego do czarnego, z czarnego do białego, czułem się wyczerpany. Była godzina dziewiąta, jeśli nie później. W tamtych niespokojnych czasach o tej porze lepiej było siedzieć w domu. Staliśmy na rogu Jellicoe Avenue i Oxford Road, w samym sercu bogatych białych przedmieść Johannesburga. Znikąd busa. Ulice świeciły pustką.

Miałem ochotę powiedzieć mamie: „Widzisz? Właśnie dlatego Bóg chciał, żebyśmy zostali w domu”. Ale widząc wyraz jej twarzy, ugryzłem się w język. Czasem można było przy niej trochę popyszczyć – ale to nie był jeden z tych razów.

Czekaliśmy i czekaliśmy, aż pojawi się jakiś bus. Za apartheidu państwo nie zapewniało czarnej ludności żadnych publicznych środków transportu, lecz biali ludzie mimo wszystko oczekiwali, że dotrzemy jakoś do ich domów, żeby umyć im podłogę i wyszorować łazienkę. A ponieważ potrzeba jest matką wynalazku, czarni stworzyli własny system komunikacji mikrobusowej, nieformalną siatkę połączeń obsługiwanych przez prywatnych przewoźników, a właściwie przez gangi. W żaden sposób nikt nie regulował tego biznesu; była to w istocie jedna wielka zorganizowana przestępczość. Różne grupy obsługiwały różne trasy i walczyły między sobą o wpływy. Przekupstwa były na porządku dziennym, podobnie jak przemoc i sowite haracze, które miały jej zapobiec. Jednego nie wolno było robić: jeździć na cudzych trasach. Kierowcy, którzy nie przestrzegali tej zasady, ryzykowali życie. Brak regulacji skutkował też brakiem regularności w kursowaniu: bus przyjeżdżał wtedy, kiedy przyjeżdżał. Chyba że nie przyjeżdżał.

Tamtego wieczora przed kościołem Rosebank Union dosłownie zasypiałem na stojąco. Daremnie wypatrywaliśmy busa. W końcu matka powiedziała: „Złapmy stopa”. Szliśmy i szliśmy, aż wreszcie, jakieś pół wieczności później, ktoś się zatrzymał i zaoferował, że nas podwiezie. Wsiedliśmy, ale nie ujechaliśmy nawet kilku metrów, kiedy drogę gwałtownie zajechał nam mikrobus.

Wysiadł z niego kierowca z iwisą, tradycyjną zuluską maczugą. Zulusi używali jej do wgniatania czaszek. Od strony pasażera wysiadł jego koleżka. Obaj podeszli do naszego samochodu, wyciągnęli mężczyznę, który chciał nas podwieźć, i zaczęli mu wygrażać pałkami.

– Czemu kradniesz nam klientów? Czemu bierzesz pasażerów?

Wyglądało to tak, jakby mieli go zabić. Wiedziałem, że takie rzeczy się zdarzają. Mama się wtrąciła:

– Słuchajcie, on chciał tylko pomóc. Dajcie mu spokój. Pojedziemy z wami. Od początku mieliśmy zamiar jechać busem.

I tak oto wysiedliśmy z samochodu i wsiedliśmy do mikrobusu.

Byliśmy jedynymi pasażerami. Kierowcy busów w RPA nie dość, że są często członkami brutalnych gangów, to jeszcze lubią w czasie jazdy złorzeczyć i prawić kazania. Nasz kierowca był wyjątkowo naburmuszony. Gorzej: był Zulusem. Szybko zaczął robić matce wyrzuty, że wsiadła do samochodu z mężczyzną niebędącym jej mężem. Mama nie lubiła być pouczana przez obcych. Powiedziała mu, żeby nie wtykał nosa w nie swoje sprawy. Kiedy usłyszał, że mówi w języku Khosa, wkurzył się na serio. Stereotypy na temat kobiet Zulu i Khosa były równie mocno zakorzenione jak te dotyczące mężczyzn. Zuluski dobrze się prowadzą i dochowują wierności. Khosa są rozwiązłe i nielojalne. I oto miał przed sobą moją matkę, kobietę z wrogiego plemienia, podróżującą samotnie z dwójką małych dzieci, z których jedno było mieszańcem. Gorzej niż dziwka: dziwka sypiająca z białymi.

– Aha, jesteś Khosa – powiedział. – To wyjaśnia, dlaczego pakujesz się obcym facetom do samochodu. Obrzydliwa babo.

Mama go beształa, kierowca ją wyzywał, krzyczał na nią z przedniego siedzenia, wymachiwał palcem do lusterka, był coraz bardziej nieprzyjemny, w końcu oznajmił:

– Na tym polega problem z wami, kobietami Khosa. Wszystkie jesteście zdzirami. Ale dzisiaj dostaniesz nauczkę.

Dodał gazu. Jechał bardzo szybko, nie zatrzymując się na skrzyżowaniach, zwalniał tylko, żeby sprawdzić, czy nic nie jedzie. W tamtych czasach śmierć czyhała na każdym kroku. Dziś wiem, że mogli ją wtedy zgwałcić. Mogliśmy zginąć. Było to całkiem prawdopodobne. Nie zdawałem sobie w pełni sprawy z tego niebezpieczeństwa; byłem okropnie zmęczony i myślałem tylko o spaniu. Poza tym matka zachowywała spokój. Nie wpadła w panikę, więc i ja nie miałem powodu, żeby panikować. Starała się dojść z kierowcą do porozumienia.

– Przepraszam, jeśli cię uraziliśmy, bhuti. Możesz nas tu wysadzić...

– Nie.

– To żaden kłopot, naprawdę. Przejdziemy się kawałek.

– Nie.

Pędził zupełnie opustoszałą Oxford Road. Siedziałem najbliżej rozsuwanych drzwi. Matka siedziała obok, z Andrew na kolanach. Spojrzała na przesuwającą się jezdnię za oknem, nachyliła się ku mnie i szepnęła:

– Trevor, jak zwolni przed kolejnym skrzyżowaniem, otworzę drzwi i wyskoczymy.

Nie dotarło do mnie ani jedno słowo, ponieważ praktycznie już spałem. Na światłach kierowca zdjął nogę z gazu, żeby się rozejrzeć. Matka wyciągnęła rękę, otworzyła drzwi, chwyciła mnie i wypchnęła jak najdalej. Potem przytuliła do siebie Andrew i skulona rzuciła się za mną.

To było jak sen – dopóki nie poczułem bólu. Bam! Przydzwoniłem w asfalt. Matka wylądowała tuż obok i przez chwilę oboje się turlaliśmy. Już nie spałem. Podniosłem się całkiem zdezorientowany, rozejrzałem i zobaczyłem, że mama już wstała. Popatrzyła na mnie i krzyknęła:

– Uciekaj!

Więc uciekłem, razem z nią, a tak szybko jak my nie biegał nikt.

Trudno to wytłumaczyć, ale po prostu wiedziałem, co mam robić. To był zwierzęcy instynkt nabyty w świecie, w którym przemoc czaiła się wszędzie. Kiedy do czarnych osiedli wkraczały lotne brygady z ciężkim sprzętem, z helikopterami i opancerzonymi wozami, wiedziałem, co robić: Uciekaj. Kryj się. Wiedziałem to jako pięciolatek. Gdyby moje dzieciństwo wyglądało inaczej, być może wypadnięcie z jadącego busa byłoby dla mnie większym szokiem. Stanąłbym jak kołek i mamrotał: „Mamo, co się dzieje? Czemu mnie bolą nogi?”. Ale tak nie było. Mama krzyknęła: „Uciekaj!” i zacząłem uciekać. Jak gazela przed lwem.

Tamci zatrzymali busa, wysiedli i próbowali nas gonić, ale nie mieli szans. Zostawiliśmy ich w tyle. Chyba nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Pamiętam, że obejrzałem się przez ramię i zobaczyłem, że się poddali, a na twarzach mają wyraz osłupienia. Co to było? Kto to widział, żeby kobieta z dwójką dzieci tak zasuwała? Nie wiedzieli, że mają do czynienia z aktualnymi mistrzami dnia sportu w Maryvale College. Biegliśmy, aż dobiegliśmy na całodobową stację benzynową i stamtąd zadzwoniliśmy na policję. Ale gangsterzy dawno już zniknęli.

Jechałem na samej adrenalinie. Dalej nie wiedziałem, co się właściwie wydarzyło. Dopiero gdy przestałem biec, poczułem ból. Spojrzałem po sobie: miałem poobdzierane ramiona, byłem pokaleczony i krwawiłem. Mama też. Braciszkowi jakimś cudem nic się nie stało, tak go sobą otuliła, że nie miał ani jednego zadrapania. Popatrzyłem na nią oszołomionym wzrokiem.

– Co to było? Dlaczego uciekamy?

– Jak to „dlaczego uciekamy”? Ci ludzie chcieli nas zabić.

– Nic mi nie powiedziałaś. Po prostu wypchnęłaś mnie z auta!

– Mówiłam ci. Dlaczego nie wyskoczyłeś?

– Bo spałem!

– Miałam cię tam zostawić, żeby cię zabili?

– Oni przynajmniej najpierw by mnie obudzili.

I dalej w ten deseń. Byłem zbyt oburzony, żeby zrozumieć, co się stało. Matka uratowała mi życie.

Kiedy odpoczywaliśmy, czekając, aż przyjedzie policja i odwiezie nas do domu, powiedziała:

– Najważniejsze, że jesteśmy już bezpieczni, dzięki Bogu.

Ale miałem już wtedy dziewięć lat i wiedziałem swoje. I tym razem nie zamierzałem pokornie milczeć.

– Nie, mamo! To nie było dzięki Bogu! Trzeba było posłuchać Boga, jak rano kazał nam zostać w domu, jak samochód nie odpalił! To diabeł zwabił nas tu podstępem.

– Nie, Trevorze! Diabeł tak nie działa. To część Bożego planu. Skoro chciał, żebyśmy się tu znaleźli, widocznie miał powód...

I tak dalej, i tak dalej, znów spieraliśmy się o wolę Boga. W końcu powiedziałem:

– Słuchaj, mamo, wiem, że kochasz Jezusa, ale może za tydzień poprosisz go, żeby wpadł do nas. Bo to naprawdę nie był fajny wieczór.

Uśmiechnęła się szeroko i roześmiała. Ja też zacząłem się śmiać i staliśmy tak przez chwilę, chłopiec i jego mama, cali w kurzu i we krwi, śmiejąc się razem przez ból w blasku stacji benzynowej pośrodku ciemnej nocy.

Apartheid był rasizmem doskonałym. rozwijał się przez wieki, poczynając od 1652 roku, kiedy to okręty Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej przybiły do brzegów Przylądka Dobrej Nadziei i powstała kolonia handlowa o nazwie Kaapstaad, przystanek dla statków pływających z Europy do Indii. Aby zaprowadzić rządy białego człowieka, holenderscy koloniści stoczyli wojnę z tubylcami, po czym opracowali zbiór praw, których celem było podporządkowanie, a często wręcz zniewolenie rdzennej ludności. Kiedy kolonię przejęli Brytyjczycy, potomkowie holenderskich osadników powędrowali w głąb lądu i tam rozwijali własny język, kulturę i zwyczaje, z czasem stając się osobnym narodem, Afrykanerami – białym ludem Afryki.

Brytyjczycy formalnie znieśli niewolnictwo, w praktyce jednak nie zrezygnowali z niewolniczej siły roboczej. Stało się tak, ponieważ w połowie dziewiętnastego wieku w tym bezwartościowym, jak się zdawało, zakątku świata paru kapitalistów odkryło najbogatsze w skali globu zasoby złota i diamentów, a co za tym idzie, potrzebowano nieskończonego zapasu rąk do morderczej pracy, aby móc to wszystko wydobyć.

Po upadku imperium brytyjskiego Afrykanerzy uznali Afrykę Południową za swoją prawowitą własność. Aby utrzymać się przy władzy w obliczu rosnącej w siłę czarnej większości, rząd postanowił poszukać nowszych i skuteczniejszych narzędzi. Powołano specjalną komisję, która miała się przyjrzeć funkcjonowaniu instytucjonalnego rasizmu w różnych krajach świata. Wysłano delegacje do Australii, do Holandii, do Ameryki. Ustalano, jakie rozwiązania się sprawdzają, a jakie nie. Z tych podróży powstał raport, a zawarta w nim wiedza posłużyła władzom do budowy najbardziej zaawansowanego systemu ucisku rasowego w historii ludzkości.

Apartheid był państwem policyjnym, systemem nadzoru i praw pomyślanym w taki sposób, aby czarna ludność znajdowała się pod całkowitą kontrolą. Kompletny wykaz tych praw zająłby trzy tysiące stron i ważyłby pięć kilogramów, ale zasadnicza idea powinna być zrozumiała dla każdego. W Ameryce siłą osadzano rdzennych mieszkańców w rezerwatach, praktykowano niewolnictwo, a później segregację. Wyobraźcie sobie, że wszystkie te trzy metody stosuje się naraz wobec jednej grupy. Oto czym był apartheid.

2Nielegalny

Dorastałem w Południowej Afryce w czasie apartheidu, co było trudne, ponieważ moja rodzina była rodziną mieszaną. Ściślej mówiąc, było w niej jedno mieszane dziecko – ja. Mam czarną matkę i białego ojca. Pół Szwajcara, pół Niemca, gwoli ścisłości, z której słyną Szwajcarzy i Niemcy. Za apartheidu kontakty seksualne z osobą innej rasy należały do najpoważniejszych przestępstw. Nie muszę chyba dodawać, że moi rodzice dopuścili się tego przestępstwa.

W każdym społeczeństwie opartym na instytucjonalnym rasizmie mieszanie się ras nie tylko stawia pod znakiem zapytania sprawiedliwość systemu, ale także ujawnia jego nieżyciowość i niespójność. Mieszanie się ras dowodzi, że rasy mogą się mieszać – i że często chcą się mieszać. Ponieważ mieszaniec jest chodzącym oskarżeniem systemu i jego logiki, mieszanie się ras urasta do rozmiarów zbrodni gorszej niż zdrada.

Ponieważ ludzie są ludźmi, a seks jest seksem, tamten zakaz od początku był martwy. W Południowej Afryce mieszane dzieci zaczęły się rodzić równo w dziewięć miesięcy po tym, jak pierwsze holenderskie łodzie wylądowały na plaży w Zatoce Stołowej. Podobnie jak w Ameryce, koloniści, jak to koloniści, śmiało sobie poczynali z miejscowymi kobietami. Inaczej niż w Ameryce, gdzie każdy, kto miał choć kroplę czarnej krwi, automatycznie uchodził za czarnego, w Południowej Afryce mieszańcy tworzyli odrębną grupę – nie byli ani czarni, ani biali, lecz „kolorowi”. Kolorowi, czarni, biali i Hindusi musieli się jako tacy rejestrować w urzędach. Na podstawie tej klasyfikacji przesiedlono miliony ludzi. Tereny hinduskie oddzielono od kolorowych, a kolorowe od czarnych; wszystkie oddzielono od terenów zamieszkałych przez białą ludność i odseparowano od siebie pustymi strefami buforowymi. Ustanowiono prawo zabraniające kontaktów seksualnych pomiędzy Europejczykami a tubylcami, prawo, które następnie poprawiono, tak by zakaz obejmował wszelkie kontakty seksualne białych z niebiałymi.

Ponieważ ludzie są ludźmi, a seks jest seksem, władze musiały stawać na głowie, żeby wyegzekwować przestrzeganie nowych przepisów. Za ich naruszenie groziła kara pięciu lat więzienia. Specjalne oddziały policji zaglądały ludziom przez okna – do tej wymagającej służby kierowano z pewnością tylko najlepszych stróżów prawa. Nie chcielibyście być w skórze mieszanych par przyłapanych na gorącym uczynku. Funkcjonariusze wyważali drzwi, wywlekali nieboraków z domu, bili ich i aresztowali. W każdym razie tak się obchodzono z czarnymi. Biali słyszeli od policjantów: „Okej, napiszemy, że był pan pijany, ale proszę tego więcej nie robić, dobrze? Do widzenia”. Tak było w przypadku białego mężczyzny i czarnej kobiety. Jeżeli przyłapano czarnego mężczyznę na seksie z białą kobietą, najczęściej stawiano mu zarzut gwałtu.

Moja matka, zapytana, czy zastanawiała się nad konsekwencjami posiadania mieszanego dziecka w kraju apartheidu, odpowie, że nie. Chciała coś zrobić, więc znalazła sposób i to zrobiła. Miała w sobie nieustraszoność, bez której byłoby to niemożliwe. Człowiek, który zastanawia się nad konsekwencjami, niewiele zdziała. Co nie zmienia faktu, że postępowanie mojej matki zakrawało na szaleństwo. Trzeba było dużego szczęścia, żeby tak długo jak my unikać zainteresowania ze strony systemu.

Za apartheidu, jeśli było się czarnym mężczyzną, pracowało się na farmie, w fabryce albo w kopalni. Jeśli było się kobietą, pracowało się w fabryce albo jako służąca. Inne możliwości w zasadzie nie istniały. Matka nie chciała pracować w fabryce, nie umiała gotować i nie zniosłaby tego, że jakaś biała dama mówi jej, co ma robić. Dlatego z właściwym sobie uporem wybrała drogę, której w ogóle dla niej nie przewidziano: zapisała się na kurs maszynopisania dla sekretarek. W tamtych czasach czarna kobieta ucząca się pisać na maszynie była jak niewidomy szkolący się na kierowcę: można ją było podziwiać za wytrwałość, lecz trudno było oczekiwać, że ktoś zechce ją zatrudnić. Zgodnie z obowiązującym prawem praca biurowa i stanowiska dla wykwalifikowanych robotników były zarezerwowane dla białej ludności. Ale moja mama była buntowniczką i, szczęśliwie, zbuntowała się we właściwym momencie. Na początku lat osiemdziesiątych rząd południowoafrykański, chcąc uciszyć międzynarodową krytykę okrucieństw i łamania praw człowieka w kraju apartheidu, przystąpił do nieśmiałych reform. Zaczęto między innymi symbolicznie obsadzać czarnymi pracownikami nisko płatne stanowiska biurowe. Na przykład posady maszynistek. Z pomocą agencji pośrednictwa matka dostała pracę jako sekretarka w ICI, międzynarodowym koncernie farmaceutycznym w Braamfontein, przedmieściu Johannesburga.

Kiedy zaczynała tam pracować, mieszkała jeszcze z moją babką w Soweto, czarnym osiedlu, do którego kilkadziesiąt lat wcześniej władze przesiedliły moją rodzinę. Czuła się tam jednak nieszczęśliwa i mając dwadzieścia jeden lat, uciekła do centrum Johannesburga. Był tylko jeden problem: czarni nie mogli tam mieszkać. Dalekosiężnym celem apartheidu było uczynienie RPA krajem białych, pozbawienie czarnoskórej ludności praw obywatelskich i umieszczenie jej w bantustanach, półsuwerennych terytoriach będących w istocie marionetkowymi państwami zależnymi od rządu w Pretorii. Ale ponieważ tak zwany biały kraj nie mógł funkcjonować bez czarnej siły roboczej, która budowała jego bogactwo, pozwalano czarnej ludności mieszkać w pobliżu białych skupisk w takich osiedlach jak Soweto, swoistych gettach wytyczonych z myślą o czarnych pracownikach. Prawo do zamieszkiwania w osiedlach było ściśle powiązane ze statusem robotnika. Tym, którym z jakiegoś powodu cofnięto papiery, groziła deportacja do bantustanów.

Aby wydostać się z osiedla w drodze do pracy w mieście albo w dowolnym innym celu, należało mieć przy sobie przepustkę z osobistym numerem, inaczej można było trafić do aresztu. Poza tym obowiązywała godzina policyjna: czarni, którzy nie wrócili w porę do swoich osiedli, także narażali się na aresztowanie. Moja matka miała to wszystko gdzieś. Postanowiła w ogóle nie wracać do domu. Została w Johannesburgu, ukrywała się i sypiała w publicznych szaletach, aż nauczyła się poruszać po mieście, korzystając z rad innych czarnych kobiet, które tam zamieszkały, czyli prostytutek.

Wiele spośród nich pochodziło z plemienia Khosa. Mówiły w tym samym języku co matka i pokazały jej, jak przetrwać. Nauczyły ją przebierać się w strój służącej, dzięki czemu mogła chodzić po mieście, nie budząc podejrzeń. Skontaktowały ją z białymi mężczyznami, którzy mieli mieszkania na wynajem. Byli to nierzadko obcokrajowcy, Niemcy i Portugalczycy, którzy niezbyt przejmowali się prawem i chętnie dobijali targu z prostytutkami: one zyskiwały dach nad głową i miejsce do przyjmowania klientów, oni – kobietę na boku. Mojej mamy nie interesował taki układ, ale dzięki pracy stać ją było na opłacenie czynszu. Przez znajomą prostytutkę poznała pewnego Niemca, który zgodził się wynająć jej lokum na własne nazwisko. Wprowadziła się tam i kupiła kilka fartuchów, jakie nosiły służące. Mimo to wiele razy ją zatrzymywano i aresztowano za brak papierów albo za przebywanie w białej strefie poza wyznaczonymi godzinami. Takie wykroczenia karano trzydziestodniowym aresztem lub grzywną w wysokości pięćdziesięciu randów, czyli połowy jej miesięcznej pensji. Za każdym razem wysupływała pieniądze, płaciła karę i dalej robiła swoje.