Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1060 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nielegalni - Vincent V. Severski

Sensacyjna powieść o tajnikach polskiego wywiadu.

„Bycie podwójnym agentem to kontrolowana schizofrenia.”

Klaus Fuchs

Oficer polskiego wywiadu, pracujący przez wiele lat poza granicami kraju, pod przybraną tożsamością, pisząc pod pseudonimem Vincent V. Severski, odsłania warsztat pracy służb szpiegowskich w różnych krajach świata.

Nielegalni to powieść szpiegowska, rozgrywająca się współcześnie w Polsce, Szwecji, Rosji na Białorusi i Ukrainie, z wplecionymi epizodami historycznymi z czasów II wojny światowej oraz wieloma współczesnymi wątkami politycznymi i osobami z życia publicznego. Autor odkrywa tajemnice stosunków polsko-rosyjskich, sięgając do lat 40. ubiegłego wieku i nieznanych dotąd wątków katyńskich oraz dokumentów IPN. Nawiązuje do współczesności, odsłaniając kulisy obejmowania władzy w Polsce przez prawicę. Tropi polskiego łącznika Al-Kaidy oraz pokazuje metody działania szwedzkich służb specjalnych.

Bohaterami powieści są tzw. nielegałowie, supertajni szpiedzy posługujący się za granicą nową tożsamością i dorobioną „legendą”.

Konrad powraca do Warszawy po zakończonej fiaskiem misji na Bliskim Wschodzie: znów nie udało mu się dopaść „Karola” vel Safira as-Salama, polskiego odszczepieńca, łącznika Al-Kaidy... Niejaki Hans Jorgensen szuka w szwedzkiej prasie niewinnych na pozór ogłoszeń, z których następnie odszyfrowuje zakodowane informacje... Pułkownik Stiepanowycz z mińskiego KGB krótko cieszy się z zarobionych na przemycie dolarów, gdyż pada ofiarą napadu... W październiku 1939 roku w Moskwie Beria, naczelnik NKWD, słucha referatu majora Zarubina na temat działań wywiadowczo-operacyjnych na terenie Polski. W gabinecie prezesa IPN zjawia się profesor Barda i twierdzi, że ma dokumenty, które rzucają całkiem nowe światło na zbrodnię katyńską... We współczesnej Polsce stanowisko prezydenta piastuje Stanisław Zieliński, lecz rzeczywista władza spoczywa w rękach szefa jego kancelarii, Marcina Kamińskiego – osobnika o niezbyt reprezentacyjnej aparycji, za to cieszącego się poparciem konserwatywnego elektoratu.

Wszystkie te na pierwszy rzut oka odległe od siebie wątki, postacie, miejsca i wydarzenia łączą się w niezwykłą, precyzyjnie skonstruowaną fabułę, tworząc kilkuset stronicową wciągającą historię o wyjątkowej mocy.

Opinie o ebooku Nielegalni - Vincent V. Severski

Fragment ebooka Nielegalni - Vincent V. Severski

Re­dak­cja

Mi­ro­sław Gra­bow­ski

Ko­rek­ta

We­ro­ni­ka Gi­rys-Cza­go­wiec

Jo­lan­ta Spodar

Ma­ciej Kor­ba­siń­ski

Pro­jekt okład­ki

Mag­da Kuc

Skład

Mar­cin La­bus

Text © co­py­ri­ght by Vin­cent V. Se­ver­ski

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2011

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ni­niej­szy plik jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku. Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy wła­ści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-7554-376-6

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawae-mail: wydawnictwo@czarnaowca.plDział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:Virtualo Sp. z o.o.

Zbież­ność wy­da­rzeń opi­sa­nychw ni­niej­szej książ­ce z praw­dzi­wy­mijest na ogół przy­pad­ko­wa, ale nie za­wsze.Nie­któ­rzy w tej po­wie­ści zo­ba­czą sie­bie.Przed­sta­wi­łem te po­sta­cie tak,jak je wi­dzia­łem, i chciał­bym,żeby ta­kie po­zo­sta­ły w mo­jej pa­mię­ci.

Vin­cent V. Se­ver­ski

NIE­LE­GAŁ to ofi­cer wy­wia­du dzia­ła­ją­cy za gra­ni­cą pod przy­bra­ną toż­sa­mo­ścią. W od­róż­nie­niu od ofi­ce­rów le­gal­nych re­zy­den­tur nie obej­mu­je go im­mu­ni­tet dy­plo­ma­tycz­ny. Toż­sa­mość nie­le­ga­ła bu­do­wa­na jest naj­czę­ściej na pod­sta­wie tak zwa­nych da­nych wtór­ni­ko­wych, to zna­czy „skra­dzio­ne­go” ży­cio­ry­su au­ten­tycz­nej oso­by, lub zgod­nie z fik­cyj­nym, lecz wia­ry­god­nym wzo­rem. Na­ro­do­wość i – co za tym idzie – oby­wa­tel­stwo do­bie­ra się tak, by nie wzbu­dzał po­dej­rzeń i mógł się swo­bod­nie prze­miesz­czać. Naj­więk­sze wy­wia­dy świa­ta wy­ko­rzy­stu­ją nie­le­ga­łów do naj­trud­niej­szych za­dań, dla­te­go są oni na­ra­że­ni na szcze­gól­ne nie­bez­pie­czeń­stwo. Tę for­mę dzia­łal­no­ści wy­wia­dow­czej opa­no­wał i roz­wi­nął w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym Zwią­zek Ra­dziec­ki, a do mi­strzo­stwa do­pro­wa­dził ją po II woj­nie świa­to­wej. Nie­le­ga­ło­wie są naj­pil­niej strze­żo­ną ta­jem­ni­cą tych nie­licz­nych służb na świe­cie, któ­re są w sta­nie po­słu­gi­wać się tą jed­ną z naj­trud­niej­szych, naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych i naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych tech­nik wy­wia­dow­czych.

1

Po­mruk czte­rech wi­ru­ją­cych sil­ni­ków po­tęż­ne­go air­bu­sa 340 za­po­wia­dał bli­ski start.

Wraz z gru­pą spóź­nio­nych pa­sa­że­rów jako ostat­ni wszedł na po­kład Kon­rad Wol­ski. Ste­war­de­sa Lu­fthan­sy w nie­na­gan­nym gra­na­to­wym ko­stiu­mie wska­za­ła mu dro­gę do prze­dzia­łu kla­sy biz­nes.

Wrzu­cił ple­cak do luku ba­ga­żo­we­go i cięż­ko opadł na fo­tel przy oknie. Wszyst­kie miej­sca oprócz są­sied­nie­go były za­ję­te. Po pra­wej stro­nie, w środ­ko­wym rzę­dzie, sie­dział męż­czy­zna oko­ło trzy­dziest­ki, w bia­łej ko­szu­li, bez kra­wa­ta, i z wy­raź­nym za­an­ga­żo­wa­niem pi­sał na lap­to­pie. Kon­rad przy­glą­dał mu się przez chwi­lę i po­my­ślał, że jest prze­cież trze­cia w nocy. Bę­dzie tak stu­kał do rana?

– Nie­waż­ne… – mruk­nął do sie­bie, nie­co zre­zy­gno­wa­ny. Nie był w do­brym na­stro­ju, czuł skut­ki al­ko­ho­lu wy­pi­te­go przez ostat­nie dwa dni.

Miał na­dzie­ję, że szyb­ko się roz­luź­ni i za­śnie, że na­pię­cie i roz­cza­ro­wa­nie bez­owoc­ną ak­cją w gó­rach Je­me­nu ustą­pią cho­ciaż na ja­kiś czas. Od po­cząt­ku wie­dział, że szan­se po­wo­dze­nia są nie­wiel­kie, a nie była to prze­cież jego pierw­sza mi­sja wy­wia­dow­cza, mimo to ob­wi­niał się o jej fia­sko.

Przez całą po­przed­nią noc, w mia­rę roz­bra­ja­nia mi­ni­ba­ru w po­ko­ju 347 ho­te­lu Al Bu­stan Ro­ta­na, Wil­liam Sten­ton sta­rał się mu wy­tłu­ma­czyć, że to nie jego wina, taki po pro­stu mają za­wód. Jed­nak­że wraz z upły­wem cza­su Kon­rad co­raz bar­dziej się roz­rzew­niał, a Wil­liam po­pa­dał w co­raz więk­szą de­ter­mi­na­cję. Każ­dy z nich bro­nił swo­jej opi­nii do tego stop­nia, że na­stęp­ne­go dnia zgod­nie zre­zy­gno­wa­li ze śnia­da­nia.

Kon­rad lu­bił pra­co­wać z Wil­lia­mem. Wi­dział, że jest on zu­peł­nie inny niż po­zo­sta­li ofi­ce­ro­wie Se­cret In­tel­li­gen­ce Se­rvi­ce, a w koń­cu znał ich wie­lu – od her­bo­wych ary­sto­kra­tów, wa­lij­skich gór­ni­ków, Ir­land­czy­ków, Ży­dów do za­dzi­wia­ją­cych lon­dyń­czy­ków, ja­kich moż­na spo­tkać mię­dzy Bri­xton, Soho a East En­dem. Jed­nym z nich był wła­śnie Sten­ton, tro­chę młod­szy od Kon­ra­da, ale z du­żym szpie­gow­skim ta­len­tem, bez­błęd­ną zna­jo­mo­ścią arab­skie­go, pol­skim cwa­niac­twem, od­por­no­ścią Ro­sja­ni­na i uro­dą fiń­skie­go chło­pa.

To już na­sza ko­lej­na wspól­na ro­bo­ta, a che­mia wciąż się zga­dza – po­my­ślał. No i do­brze… bo lu­bię tego Bry­to­la!

Miał to­tal­ny za­męt w gło­wie. Osą­dził, że sta­now­czo prze­sa­dzi­li z ilo­ścią czer­wo­ne­go wina i bur­bo­na, wy­pi­tą pod­czas dwu­go­dzin­ne­go ocze­ki­wa­nia na lot­ni­sku w Du­ba­ju.

Bill wy­le­ciał go­dzi­nę wcze­śniej do Lon­dy­nu – po­my­ślał z za­zdro­ścią – a mnie cze­ka jesz­cze prze­siad­ka we Frank­fur­cie. W War­sza­wie będę do­pie­ro o je­de­na­stej.

Spoj­rzał na ze­ga­rek.

Naj­gor­sza go­dzi­na! Resz­ta dnia stra­co­na.

Przez mo­ment mu za­świ­ta­ło, że po dro­dze z lot­ni­ska mógł­by wpaść do Agen­cji na Mi­ło­będz­ką, ale na­tych­miast zro­zu­miał, że wła­ści­wie nie ma po­wo­du i że ta­kie my­śli to zwy­kły od­ruch Paw­ło­wa.

Cie­ka­we, czy w Wy­dzia­le uda­ło się uzy­skać coś no­we­go w spra­wie tego cho­ler­ne­go „Ka­ro­la”, Sa­fi­ra as-Sa­la­ma.

Za­dzi­wia­ją­cy przy­pa­dek, ten „Ka­rol”! Po raz ko­lej­ny Kon­rad ana­li­zo­wał spra­wę i cho­ciaż znał ją tak do­brze jak sie­bie sa­me­go, to wciąż nie mógł zna­leźć od­po­wie­dzi na wie­le py­tań, w tym na naj­waż­niej­sze: Dla­cze­go? Dla­cze­go Po­lak kon­wer­ty­ta, dwa fa­kul­te­ty, pięć ję­zy­ków: arab­ski, fran­cu­ski, an­giel­ski, nie­miec­ki i wło­ski, mistrz walk wschod­nich, zo­stał łącz­ni­kiem mię­dzy Al-Ka­idą w Je­me­nie i Pa­ki­sta­nie a resz­tą świa­ta? Co zro­bił, że po­wie­rzo­no mu waż­ną i de­li­kat­ną funk­cję za­ufa­ne­go współ­pra­cow­ni­ka Sa­je­da al-Sza­rie­go? Mu­siał udo­wod­nić swo­je od­da­nie dżi­ha­do­wi i Ko­ra­no­wi, prze­le­wa­jąc krew nie­wier­nych! To ja­sne! Ta myśl na­pa­wa­ła Kon­ra­da wście­kło­ścią.

Trud­no to te­raz zwe­ry­fi­ko­wać, ale praw­do­po­dob­nie to on po­mógł lo­kal­nym ter­ro­ry­stom po­rwać na­sze­go am­ba­sa­do­ra w Je­me­nie w 2000 roku. Może to wła­śnie była jego prze­pust­ka do Al-Ka­idy.

Roz­ma­wia­li­śmy ze wszyst­ki­mi, któ­rzy go zna­ją, i nikt nie po­tra­fił zna­leźć roz­sąd­nej od­po­wie­dzi. Kim on jest? Dla­cze­go na­pi­sał do swo­jej pa­ra­fii w Ur­su­sie, że wy­stę­pu­je z Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go? Już tyle mie­się­cy Kon­rad po­wta­rzał so­bie te same py­ta­nia. Gdy­by znał na nie od­po­wiedź, już daw­no do­padł­by „Ka­ro­la”.

A tu cią­gle to mę­czą­ce, idio­tycz­ne „dla­cze­go?”. Przy­pa­dek nie do wy­ja­śnie­nia, cho­ciaż wszy­scy my­ślą, że wie­dzą, w czym rzecz. Jak ten mój szef, ge­ne­rał szpie­go­stwa! On też za­wsze wszyst­ko wie… Dla­cze­go ka­na­dyj­ski ge­niusz Ge­rald Bull bu­do­wał su­per­dzia­ło dla ba­bi­loń­skie­go ge­niu­sza Sad­da­ma? Dla­cze­go zo­stał za­mor­do­wa­ny? Pro­ste py­ta­nia, trud­ne od­po­wie­dzi. „Ge­ne­rał” za­wsze od­po­wia­da na py­ta­nie „dla­cze­go?” zda­nia­mi wie­lo­krot­nie zło­żo­ny­mi i nie jest to od­po­wiedź za­czy­na­ją­ca się od „nie wiem, ale…” czy „bo to jest tak…”. Kon­rad wciąż czuł nie­smak po nie­uda­nym po­ści­gu za Sa­fi­rem bez­dro­ża­mi Sza­bwy i roz­pie­ra­ła go wście­kłość to­wa­rzy­szą­ca po­raż­ce.

Musi wie­dzieć, że go ści­ga­my, ma to prze­cież wkal­ku­lo­wa­ne w swój los, to jego ry­zy­ko! Cóż, sam so­bie wy­brał… Co też mi cho­dzi po łbie! – ob­ru­szył się. Prze­cież dla­te­go zno­wu zwiał, że wie, iż jest dla nas bez­cen­ny.

Le­żał w opusz­czo­nym fo­te­lu, przy­mknąw­szy po­wie­ki, gdy ktoś de­li­kat­nie szarp­nął go za ra­mię.

Ste­war­de­sa z przy­kle­jo­nym do twa­rzy uśmie­chem przy­po­mnia­ła o pod­nie­sie­niu fo­te­la i za­pię­ciu pa­sów. Po­czuł ulgę, gdy prze­rwa­ła mu te mę­czą­ce my­śli.

Za­piął pas i do­pie­ro te­raz za­uwa­żył, że ty­go­dnie spę­dzo­ne w gó­rach Je­me­nu i Oma­nu zdję­ły z nie­go kil­ka ki­lo­gra­mów. Jesz­cze przez chwi­lę się mo­co­wał, by roz­sz­nu­ro­wać i zdjąć buty trek­kin­go­we, po czym oparł gło­wę o szy­bę i ob­ser­wo­wał, jak sa­mo­lot to­czy się po pły­cie lot­ni­ska. Przy­ga­sło świa­tło i cięż­ki air­bus roz­po­czął swój dłu­gi roz­bieg, by wresz­cie po­de­rwać się do spo­koj­ne­go, mia­ro­we­go lotu.

Prze­le­cia­łem w swo­im ży­ciu już chy­ba na Księ­życ i z po­wro­tem, ale do star­tów nig­dy się nie przy­zwy­cza­ję. Z wy­jąt­kiem air­bu­sa 340! – po­my­ślał, wciąż wy­glą­da­jąc przez okno w na­dziei, że w koń­cu zo­ba­czy słyn­ną pal­mo­wą wy­spę i mapę świa­ta. Sa­mo­lot jed­nak do­pie­ro się wzno­sił i z tej wy­so­ko­ści nie­wie­le było wi­dać. Wpa­trzo­ny w wi­dok za oknem, Kon­rad na­wet nie za­uwa­żył, kie­dy zgasł sy­gnał „za­piąć pasy” i za­pa­li­ło się świa­tło.

Roz­ło­żył fo­tel, któ­ry wy­chy­lił się nie­mal ho­ry­zon­tal­nie. Lu­bił la­tać kla­są biz­nes, bo przy jego wzro­ście, pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt, za­pew­nia­ła mu od­po­wied­ni kom­fort.

Ste­war­de­sa po­da­ła kar­tę po­sił­ków. Bez za­sta­no­wie­nia za­mó­wił rybę i po­dwój­ną whi­sky, ma­jąc na­dzie­ję, że szyb­ko za­śnie. Obie­cał so­bie, że za­raz po po­wro­cie weź­mie ty­dzień wol­ne­go i po­je­dzie po­że­glo­wać na Ma­zu­ry. Myśl o je­zio­rach i so­czy­stej zie­le­ni bez czter­dzie­sto­stop­nio­we­go upa­łu spra­wi­ła mu wy­raź­ną przy­jem­ność. Po­czuł, jak po­pra­wia się jego na­strój.

Włą­czył mo­ni­tor kina po­kła­do­we­go i przej­rzał ze­staw ty­tu­łów. Wy­brał na chy­bił tra­fił film 300. Tym­cza­sem ste­war­de­sa przy­nio­sła mu szkla­necz­kę whi­sky z brzę­czą­cym lo­dem. Za­ło­żył słu­chaw­ki i włą­czył film. Po­sta­no­wił za­cze­kać na po­si­łek, a po­tem oglą­dać tak dłu­go, aż za­śnie.

Nie za­snął. Obej­rzał do koń­ca i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że film zro­bił na nim wra­że­nie. Za­czął się in­ten­syw­nie za­sta­na­wiać, co go tak po­ru­szy­ło. Czy to, że ko­mik­so­wa, barw­na i tan­det­na hi­sto­ria trzy­stu Spar­tan nie od­bie­ga­ła tak bar­dzo od świa­ta, w któ­rym żył? Świa­ta szpie­gów, wy­wia­dów, peł­ne­go kłam­stwa i hi­po­kry­zji, choć tak­że przy­jaź­ni i bo­ha­ter­stwa. Świa­ta, w któ­rym nic nie jest tym, na co wy­glą­da, świa­ta, w któ­rym nie ist­nie­ją sło­wa „wiem” i „nie wiem”, ko­lo­ry zaś są kwe­stią umo­wy. Nie ma na­zwisk, tyl­ko imio­na, a praw­dzi­we są może je­dy­nie twa­rze.

Ale w tym fil­mie wszyst­ko wy­da­je się ta­kie ja­sne, szcze­re… Chciał­bym, żeby ta­kie było moje ży­cie, chciał­bym być ta­kim Le­oni­da­sem.

Od­bie­rał film zmy­sła­mi wy­ostrzo­ny­mi przez al­ko­hol. Od­re­ago­wy­wał w ten spo­sób ostat­nie cięż­kie mie­sią­ce. Był to na­tu­ral­ny od­ruch obron­ny, któ­ry po­zwa­lał cho­ciaż przez chwi­lę wie­rzyć, że świat jest prost­szy i lu­dzie są lep­si. Że ist­nie­ją ho­nor, god­ność i za­sa­dy. Jak żona, to taka jak Gor­go, jak zdraj­ca, to taki jak Efial­tes, jak zwierzch­ni­cy, to tacy jak efo­ro­wie, a mo­ral­ność i po­li­ty­ka, któ­re w fil­mie uosa­biał Te­ron, opar­te na ja­snych, pro­stych re­gu­łach.

Ale tak nie jest i nig­dy nie bę­dzie. W tym za­wo­dzie na­praw­dę trud­no zna­leźć ja­kiś wy­raź­ny punkt od­nie­sie­nia. Trud­no więc wie­rzyć tak­że w Boga, o ile to w ogó­le moż­li­we. A w za­sa­dzie le­piej nie wie­rzyć. Wi­dać zresz­tą, jak po­boż­ność ofi­ce­rów ma­le­je wraz ze wzro­stem ich do­świad­cze­nia.

Je­śli szpieg w co­kol­wiek wie­rzy, to tyl­ko w to, że może mu się uda – my­ślał Kon­rad, le­żąc w fo­te­lu przy­kry­ty ko­cem, i na­gle zo­rien­to­wał się, że nie pa­mię­ta, czy zjadł już po­si­łek, czy nie. Na oczach miał opa­skę i czuł, że oło­wia­ne ręce od­mó­wi­ły­by mu po­słu­szeń­stwa, gdy­by ka­zał im się ru­szyć.

2

Obu­dził się, lecz po­zo­stał jesz­cze w łóż­ku. Po­kój wy­peł­nia­ło bla­de świa­tło roz­po­czy­na­ją­ce­go się dnia.

Na­zy­wam się Hans Jor­gen­sen – po­my­ślał.

– Na­zy­wam się Hans Jor­gen­sen – po­wie­dział pół­gło­sem, ak­cen­tu­jąc nie­na­tu­ral­nie moc­no „H” i „J”. – Je­stem Duń­czy­kiem i miesz­kam w Szwe­cji.

Za­pa­lił lamp­kę i spoj­rzał na ze­gar: do­cho­dzi­ła pią­ta trzy­dzie­ści. Usły­szał gło­śne trza­śnię­cie me­ta­lo­wej klap­ki w drzwiach, gdy do­rę­czy­ciel wrzu­cił do środ­ka ga­ze­tę. Lu­bił ten dźwięk, po­ran­ny sy­gnał dnia za­po­wia­da­ją­cy nowe wy­da­rze­nia.

W miesz­ka­niu uno­sił się wy­raź­ny aro­mat kawy.

Au­to­mat też już się obu­dził – po­my­ślał i po­czuł przy­pływ do­bre­go na­stro­ju.

Przez chwi­lę le­żał jesz­cze w łóż­ku i my­ślał o In­grid, któ­ra przez tyle lat pa­rzy­ła mu kawę do­kład­nie o pią­tej trzy­dzie­ści. Od­kąd ode­szła, jej rolę prze­ję­ło to bez­dusz­ne urzą­dze­nie.

Po­de­rwał się żwa­wo, za­do­wo­lo­ny, że mimo osiem­dzie­siąt­ki na kar­ku wciąż jest w do­brej for­mie. Wie­dział, że osią­gnął to nie bez wy­sił­ku.

Wy­ko­nał kil­ka ćwi­czeń, by roz­luź­nić stę­ża­łe po nocy mię­śnie. Przy­po­mniał so­bie, że nie wy­ku­pił jesz­cze kar­ne­tu na ba­sen, na któ­ry uczęsz­czał re­gu­lar­nie przez ostat­nie trzy­dzie­ści sie­dem lat.

Wło­żył szla­frok i za­czął przy­go­to­wy­wać śnia­da­nie. Z lo­dów­ki wy­jął tub­kę pa­sty ryb­nej Kal­les. Przyj­rzał się bli­żej opa­ko­wa­niu i stwier­dził, że wczo­raj upły­nął ter­min przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Spo­ro jesz­cze zo­sta­ło, więc wy­ci­snął tub­kę do koń­ca. Wy­star­czy­ło na dwie krom­ki ciem­ne­go chle­ba.

– Jak ty­po­wy sta­ry Szwed – po­wie­dział, cho­ciaż rzad­ko my­ślał o so­bie w ten spo­sób.

Pod­szedł do drzwi, pod­niósł z pod­ło­gi ga­ze­tę „Sven­ska Dag­bla­det” i jak co­dzien­nie pod­czas śnia­da­nia za­czął ją prze­glą­dać. Naj­pierw rzu­cił okiem na pierw­szą stro­nę i ty­tu­ły ar­ty­ku­łów. Szyb­ko jed­nak prze­sko­czył do stron z ogło­sze­nia­mi. W dzia­le „sprze­dam”, su­nąc pal­cem po tek­ście, przej­rzał uważ­nie anon­se na li­te­rę „Z”. Nie po­trze­bo­wał oku­la­rów.

Czyn­ność tę wy­ko­ny­wał dzień w dzień od czter­dzie­stu trzech lat i ani razu jej nie za­nie­dbał. Mimo że z nie­ma­łym tru­dem opa­no­wał ob­słu­gę In­ter­ne­tu, wo­lał po­słu­gi­wać się ga­ze­tą.

Prze­pra­co­waw­szy po­nad czter­dzie­ści lat jako na­czel­nik wy­dzia­łu Urzę­du Imi­gra­cyj­ne­go w Sztok­hol­mie, od­szedł na eme­ry­tu­rę tuż przed ko­lej­ną kom­pu­te­ry­za­cją. Wie­dział aż na­zbyt do­brze, że nie po­ra­dził­by so­bie w no­wych wa­run­kach. Był jed­nak dum­ny ze swo­je­go przy­wią­za­nia do cze­goś, co na­zy­wał tra­dy­cją i za­sa­da­mi Han­sa.

Na ostat­nim miej­scu w ko­lum­nie „sprze­dam” do­strzegł ogło­sze­nie: „Za­in­te­re­so­wa­ni szki­cem E. Dahl­ber­gha, Ryga, tel. 0859011678”.

Drgnął, po­czuł na­ra­sta­ją­ce pod­nie­ce­nie. Za­wsze tak re­ago­wał, gdy czy­tał ten anons, choć ostat­nio nie zda­rza­ło się to czę­sto. Pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć, któ­ry to już raz.

Nie je­stem pe­wien – po­my­ślał – ale chy­ba co naj­mniej pięć­dzie­sią­ty.

Pod­szedł do bi­blio­te­ki, wy­jął książ­kę, w któ­rej za­zna­czał nu­me­ry stron od­po­wia­da­ją­ce ko­lej­nym ogło­sze­niom. Ob­li­czył, że to jest pięć­dzie­sią­te pią­te, i aż się zdzi­wił, stwier­dziw­szy, że po­przed­nie uka­za­ło się za­le­d­wie dwa mie­sią­ce wcze­śniej. A był czas, że nie uka­zy­wa­ło się przez dwa lata.

Sta­nął przed lu­strem w przed­po­ko­ju i uśmiech­nął się do sie­bie. Miał po­czu­cie, jak­by sa­tys­fak­cja mie­sza­ła się z mło­dzień­czym wi­go­rem. Ten stan, któ­re­go do­świad­czał cał­kiem czę­sto, ko­ja­rzył mu się za­wsze z pe­ga­zem. Nie wie­dział wła­ści­wie dla­cze­go, ale da­rzył sym­pa­tią to niby-zwie­rzę, któ­re­go tan­det­na fi­gur­ka sta­ła na re­ga­le. In­grid ku­pi­ła ją wie­le lat temu na tar­gu sta­ro­ci na Skär­hol­men.

Prze­szedł do sa­lo­nu. Spoj­rzał na zdję­cie uśmiech­nię­tej In­grid, obej­mu­ją­cej wy­so­ką syl­wet­kę ich syna Car­la w gra­na­to­wym mun­du­rze ofi­ce­ra Szwedz­kiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej. Przez chwi­lę się za­sta­na­wiał, gdzie on te­raz może być. Od wie­lu dni nie miał z nim kon­tak­tu. Ale tak jest za­wsze, gdy Carl wy­jeż­dża na ćwi­cze­nia.

Mu­siał za­jąć się ogło­sze­niem. Wie­dział, że ma na to tyl­ko dwa­na­ście go­dzin. Nie oba­wiał się żad­nych kom­pli­ka­cji. Był pro­fe­sjo­na­li­stą i nig­dy się nie po­my­lił.

Spo­koj­nie do­koń­czył śnia­da­nie, po­wta­rza­jąc w pa­mię­ci nu­mer te­le­fo­nu. Przy­cho­dzi­ło mu to z ła­two­ścią dzię­ki wy­ćwi­czo­nej za­sa­dzie sko­ja­rzeń. Umie­jęt­ność za­pa­mię­ty­wa­nia fak­tów, ob­ra­zów, a cyfr w szcze­gól­no­ści, opa­no­wał już daw­no i mimo upły­wu pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat wciąż do­sko­na­le so­bie ra­dził. Był prze­ko­na­ny, że po­my­lić się nie może. Waż­niej­sze było jed­nak to, że znów zdał swój eg­za­min z al­zhe­ime­ra. Bał się tej cho­ro­by bar­dziej niż ja­kiej­kol­wiek in­nej. Znał ją do­brze, bo zma­ga­ła się z nią In­grid.

Mimo że od wie­lu lat był na eme­ry­tu­rze, czuł ogrom­ną po­trze­bę ak­tyw­no­ści. Nie prze­szka­dza­ło mu, że jest te­raz wy­ko­rzy­sty­wa­ny w mniej­szym stop­niu niż daw­niej. Tak czy owak wciąż cie­szył się za­ufa­niem i był po­trzeb­ny.

– Ży­cie w sa­mot­no­ści wy­ma­ga szcze­gól­ne­go har­tu. I ja go mam. Taka sa­mot­ność dłu­go­dy­stan­sow­ca – mruk­nął pod no­sem.

Ko­lej­ny raz przy­ła­pał się na tym, że co­raz czę­ściej mówi do sie­bie. Znów po­my­ślał o Car­lu. Od­kąd ode­szła In­grid, tę­sk­nił za nim jesz­cze bar­dziej i tro­chę dał się po­nieść emo­cjom.

No pro­szę, za­bra­kło mle­ka do kawy. Ona nig­dy by o tym nie za­po­mnia­ła – po­my­ślał. Więc co? Mam dzi­siaj dwie spra­wy do za­ła­twie­nia: ku­pić mle­ko i od­po­wie­dzieć na ogło­sze­nie.

– Je­stem cza­sa­mi tro­chę za bar­dzo cy­nicz­ny – po­wie­dział do sie­bie i stwier­dze­nie to spra­wi­ło mu przy­jem­ność.

Wziął prysz­nic i ubrał się.

Stał te­raz na środ­ku sa­lo­nu. Lu­bił go, choć wie­lu mógł się wy­da­wać sta­ro­mod­ny i nie­prak­tycz­ny. Nig­dy nie prze­ko­nał się do pro­duk­tów Ikei, bo za­wsze od­rzu­ca­ła go myśl, że bę­dzie mu­siał je skrę­cać. Ża­ło­wał je­dy­nie, że po odej­ściu Car­la z domu sprze­dał wszyst­kie jego me­ble, tak jak­by chciał wy­rzu­cić go z pa­mię­ci, a to prze­cież nie­praw­da.

Nie ma to jak moja przed­wo­jen­na ko­mo­da – po­my­ślał, pa­trząc na po­nu­ry me­bel, któ­ry In­grid ku­pi­ła gdzieś na pchlim tar­gu. Prze­cho­dząc obok, prze­je­chał pal­cem po bla­cie, żeby spraw­dzić po­ziom ku­rzu.

W przed­po­ko­ju wło­żył zie­lo­ną kurt­kę Bar­bo­ura, któ­rą miał od pięt­na­stu lat, i sto­jąc już z klu­cza­mi w ręku, spoj­rzał jesz­cze raz na po­kój i kuch­nię. Utrwa­lił ten wi­dok w umy­śle jak na fo­to­gra­fii. Sta­rał się za­pa­mię­tać usta­wie­nie wszyst­kich przed­mio­tów do naj­drob­niej­sze­go szcze­gó­łu. Od­kąd zo­stał sam, za­wsze tak ro­bił, kie­dy opusz­czał miesz­ka­nie na dłu­żej. Może nie­po­trzeb­nie, ale pod­świa­do­mość nie po­zwa­la­ła mu o tym za­po­mnieć.

Za­mknął za sobą drzwi, dwu­krot­nie się upew­nia­jąc, czy za­mek za­sko­czył. To bar­dziej in­tu­icja niż prze­zor­ność, ale od cza­su wła­ma­nia do są­sia­dów stał się jesz­cze bar­dziej ostroż­ny.

Zszedł z pierw­sze­go pię­tra i wy­szedł na pu­stą uli­cę. Po­czuł sil­ne szarp­nię­cie wia­tru. Było już oczy­wi­ste, że tego dnia nie bę­dzie ład­nej po­go­dy. Za­czerp­nął głę­bo­ko po­wie­trza i po­czuł się wy­raź­nie oży­wio­ny.

Pod­szedł do swo­je­go wy­słu­żo­ne­go vo­lvo 245, któ­re sta­ło na par­kin­gu za do­mem, cho­ciaż nie­co da­lej miał ga­raż. Wie­lo­krot­nie my­ślał o zmia­nie sa­mo­cho­du, ale z tym po­jaz­dem wią­za­ły się jego naj­waż­niej­sze wspo­mnie­nia.

In­grid była znacz­nie lep­szym kie­row­cą niż ja – skon­sta­to­wał i zła­pał się na tym, że co­raz czę­ściej ją ide­ali­zu­je. To ta­kie ty­po­we dla sa­mot­ne­go czło­wie­ka…

Wsiadł do zim­ne­go sa­mo­cho­du, włą­czył sil­nik, ogrze­wa­nie i na koń­cu ra­dio. Roz­le­gły się dźwię­ki Sta­bat Ma­ter Vi­val­die­go. Lu­bił tę kom­po­zy­cję. Wcze­śniej słu­cha­li jej za­wsze z du­żej pły­ty wi­ny­lo­wej pod­czas wiel­ka­noc­ne­go śnia­da­nia. Przy­po­mniał so­bie ma­łe­go Car­la z opa­da­ją­cą na oczy ja­sną czu­pry­ną i po­god­ną In­grid krzą­ta­ją­cą się wo­kół świą­tecz­ne­go sto­łu.

Nie sły­szał tego utwo­ru od jej śmier­ci.

Te­raz mu­siał je­chać do swo­je­go let­nie­go domu nad brze­giem mo­rza, kil­ka ki­lo­me­trów od miej­sco­wo­ści Åkers­ber­ga, na pół­noc od Sztok­hol­mu.

Gdy uci­chła mu­zy­ka, zdał so­bie spra­wę, że sie­dział w sa­mo­cho­dzie kil­ka­na­ście mi­nut. Miał jesz­cze czas na spraw­dze­nie nu­me­ru te­le­fo­nu za­miesz­czo­ne­go w ogło­sze­niu, ale był zły na sie­bie, że przy­po­mniał so­bie o tym tak póź­no. Wła­ści­wie nic się nie sta­ło, nie­mniej po­trak­to­wał to jako ostrze­że­nie: po­wi­nien być bar­dziej skon­cen­tro­wa­ny.

Jest wcze­śnie rano, mu­szę się roz­ru­szać – po­my­ślał, od­rzu­ca­jąc w ten spo­sób po­dej­rze­nie, że się sta­rze­je.

Zje­chał na sta­cję ben­zy­no­wą Shel­la na Vär­me­vägen, ku­pił kar­tę te­le­fo­nicz­ną za dwa­dzie­ścia pięć ko­ron i za­dzwo­nił z au­to­ma­tu. Ode­bra­ła za­spa­na ko­bie­ta, za­sko­czo­na py­ta­niem o sztych Dahl­ber­gha. Po chwi­li, żeby się upew­nić, wy­ko­nał jesz­cze je­den, tym ra­zem głu­chy te­le­fon na ten sam nu­mer. Od po­cząt­ku wie­dział, że nie ma się czym nie­po­ko­ić, ale te­raz po­czuł się jesz­cze le­piej.

Do­jazd do Åkers­ber­gi za­jął mu o tej po­rze trzy­dzie­ści mi­nut.

Wszedł do domu. Ro­zej­rzał się i od razu na­brał pew­no­ści, że wszyst­ko jest w ta­kim sa­mym po­rząd­ku jak trzy ty­go­dnie temu, kie­dy stąd wy­cho­dził.

Otwo­rzył okna, by wpu­ścić tro­chę świe­że­go po­wie­trza. Wy­szedł na ta­ras i ode­tchnął głę­bo­ko. Wsta­wał dzień. Ci­sza, prze­pla­ta­na wia­trem i nie­wy­raź­nym od­gło­sem mor­skich fal, dzia­ła­ła ko­ją­co.

Po chwi­li zro­bi­ło mu się zim­no. Wszedł do domu, zdjął kurt­kę i wło­żył grub­szą, któ­rej uży­wał do pra­cy w ogro­dzie. Bar­dziej jed­nak nie chciał po­bru­dzić swo­je­go sta­re­go bar­bo­ura, któ­ry nie nada­wał się do pra­nia. Był z nim zwią­za­ny jak z naj­bliż­szym to­wa­rzy­szem i wca­le nie uwa­żał, że to może być śmiesz­ne.

Pod­szedł do wła­zu w pod­ło­dze, obok wej­ścia do kuch­ni, i z pew­nym tru­dem go otwo­rzył. Po­czuł zna­jo­mą lek­ką woń stę­chli­zny.

Czy to może być za­pach sta­ro­ści?

– Co za idio­tyzm! – po­wie­dział do sie­bie po ci­chu.

Nie lu­bił sło­wa „sta­rość” i szyb­ko od­pę­dził tę co­raz bar­dziej na­tręt­ną myśl. Te­raz ma się czym za­jąć, czymś waż­nym, waż­niej­szym niż tak pro­za­icz­na spra­wa jak sta­rość.

Stał przez chwi­lę przed ciem­nym i wil­got­nym wej­ściem do piw­ni­cy. Zszedł je­de­na­ście stop­ni w dół po pra­wie stu­let­nich schod­kach. Po­tknął się na uszko­dzo­nym dzie­wią­tym stop­niu, ale szyb­ko od­zy­skał rów­no­wa­gę. Za­pa­lił świa­tło, cho­ciaż i bez nie­go tra­fił­by bez­błęd­nie. Przy świe­tle czuł się jed­nak pew­niej. Zno­wu za­po­mniał rę­ka­wi­czek. Owi­nął dłoń rę­ka­wem kurt­ki i za­czął roz­gar­niać na­rzę­dzia ogro­do­we.

Na­gle od­sko­czył. Czar­ny ko­sma­ty pa­jąk tkwił w bez­ru­chu na ogrom­nej sza­rej pa­ję­czy­nie.

Za­wa­hał się tyl­ko se­kun­dę i wy­mie­rzył sta­ran­ny cios bu­tem.

– Chy­ba nig­dy się z tego nie wy­le­czę – wy­szep­tał.

Wy­da­wa­ło mu się, że już daw­no po­ko­nał tę sła­bość, ale lek­ka go­rycz w ustach wska­zy­wa­ła, że jed­nak nie do koń­ca. Jak przez mgłę zo­ba­czył nie­bie­ski, nie­do­świe­tlo­ny po­kój z dzie­ciń­stwa i pra­wie usły­szał prze­raź­li­wy krzyk chłop­ca sto­ją­ce­go na­prze­ciw bru­nat­nej za­sło­ny, po któ­rej po­wo­li su­nął tłu­sty pa­jąk… i śmiech dziew­czyn­ki z war­ko­cza­mi. Olga… Ale nie­wy­raź­ny ob­raz szyb­ko się roz­pły­nął.

Po­wró­cił do pra­cy. Od­sta­wił na­rzę­dzia i otwo­rzył do­brze za­ma­sko­wa­ne przej­ście do dru­gie­go, nie­du­że­go, wą­skie­go po­miesz­cze­nia. Zga­sił świa­tło w piw­ni­cy i za­mknął za sobą drzwi. Te­raz mógł włą­czyć świa­tło w bun­krze.

Po­wiódł ręką po mu­rze, wy­czuł nie­zau­wa­żal­ne dla in­nych zgru­bie­nie i de­li­kat­nie prze­su­nął w pra­wo ka­mien­ną na­rośl. Kie­dy usły­szał zgrzyt, pew­nym ru­chem przy­cią­gnął do sie­bie wy­sta­ją­cy ka­wa­łek ścia­ny.

Cie­ka­we – po­my­ślał – tyle lat, a me­cha­nizm dzia­ła bez za­rzu­tu. Mu­szę go jed­nak na­oli­wić.

Był dum­ny ze swo­je­go po­my­słu, a jesz­cze bar­dziej z jego re­ali­za­cji. Po­przed­nia, kla­sycz­na skryt­ka, mimo że wy­ko­na­na przez fa­chow­ców, była, jak się póź­niej oka­za­ło, bar­dziej za­wod­na. Słu­ży­ła mu tyl­ko dzie­sięć lat.

Te­raz jest do­brze. Bar­dzo do­brze – po­my­ślał.

Scho­wek miał co naj­mniej sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów głę­bo­ko­ści i tyle samo sze­ro­ko­ści. Był za to dość ni­ski.

Z wnę­trza wy­jął gru­by no­tat­nik w skó­rza­nej opra­wie i z mo­sięż­nym zam­kiem szy­fro­wym. Usiadł na krze­śle przy sto­le, nad któ­rym wi­sia­ła me­ta­lo­wa lam­pa ze stu­wa­to­wą ża­rów­ką. Otwo­rzył no­tat­nik na pierw­szej stro­nie. Od góry, w pię­ciu pierw­szych wier­szach, bie­gły gru­py pię­cio­cy­fro­wych od­ręcz­nych za­pi­sów, po­zo­sta­ła część kart­ki była jesz­cze nie­za­peł­nio­na. Z po­jem­ni­ka na sto­le wy­brał zwy­kły, do­brze za­ostrzo­ny ołó­wek. Wpi­sał nu­mer te­le­fo­nu z ogło­sze­nia w „Sven­ska Dag­bla­det” i do­dał do nie­go pierw­sze dzie­sięć cyfr za­pi­sa­nych po­wy­żej.

Przy­su­nął się do sto­łu, opu­ścił lam­pę i przez chwi­lę na­słu­chi­wał od­gło­sów z ze­wnątrz.

Po zsu­mo­wa­niu po­wstał dwu­krot­nie dłuż­szy nowy ze­staw cyfr. Na wy­klej­ce okład­ki no­tat­ni­ka znaj­do­wał się te­zau­rus, któ­ry po­zwo­lił od­czy­tać tekst po­przez przy­pi­sa­nie ko­lej­nym dwóm cy­from od­po­wied­niej li­te­ry. Po­wo­li wy­ło­nił się tekst: „5 dni, miej­sce 12”.

Szyb­ko prze­rzu­cił kart­ki do czer­wo­nej za­kład­ki i spraw­dził, czy pa­mięć go nie za­wo­dzi, choć do­brze pa­mię­tał miej­sce nu­mer 12 w Vis­by na Go­tlan­dii, któ­re sam przy­go­to­wał.

– Na­resz­cie! – wes­tchnął w po­czu­ciu za­do­wo­le­nia.

Od dłuż­sze­go już cza­su nie otrzy­my­wał ofen­syw­nych za­dań ope­ra­cyj­nych, je­dy­nie usta­le­nio­we czy za­bez­pie­cza­ją­ce, choć cza­sa­mi dość skom­pli­ko­wa­ne. Dla­te­go już dwu­krot­nie pro­sił Cen­tra­lę o przy­sła­nie no­wych do­ku­men­tów le­ga­li­za­cyj­nych. Swo­je duń­skie pa­pie­ry wy­ko­rzy­sty­wał już wie­lo­krot­nie, to­też za każ­dym ko­lej­nym ra­zem zwięk­sza­ło się nie­bez­pie­czeń­stwo wpad­ki.

Się­gnął głę­biej do ciem­ne­go schow­ka i wy­jął za­wi­nię­ty w na­oli­wio­ną szmat­kę pi­sto­let Wal­ther PP. Roz­wi­nął go, po­ło­żył na sto­le i po­my­ślał, że może trze­ba go wy­czy­ścić. Nie pa­mię­tał, kie­dy ro­bił to ostat­ni raz. Nig­dy z nie­go nie strze­lał. Nie miał emo­cjo­nal­ne­go sto­sun­ku do bro­ni. Na­wet nie był pe­wien, czy amu­ni­cja po tylu la­tach może się jesz­cze do cze­goś przy­dać.

A wła­ści­wie do cze­go? Cie­ka­we, że też się tym nie in­te­re­su­ją – po­my­ślał z prze­ką­sem.

Za­wi­nął pi­sto­let i wło­żył z po­wro­tem do skryt­ki. Jed­no­cze­śnie wy­jął her­me­tycz­ną ko­per­tę ze swo­imi do­ku­men­ta­mi. Spraw­dził je i stwier­dził po raz ko­lej­ny, że pasz­port stra­cił już waż­ność. Za­klął. Był pra­wie pe­wien, że na­resz­cie wy­słu­cha­no jego bła­gań i że na Go­tlan­dii od­bie­rze nowe do­ku­men­ty. Od ja­kie­goś cza­su ta spra­wa dziw­nie go de­ner­wo­wa­ła, cho­ciaż zda­rza­ły się i gor­sze sy­tu­acje w re­la­cjach z Cen­tra­lą.

No tak! Zro­bił się już ze mnie ty­po­wy zgryź­li­wy Svens­son! – po­my­ślał z au­to­iro­nią.

Tak jak zwy­kle kart­kę z roz­szy­fro­wa­ną wia­do­mo­ścią wy­rwał z no­tat­ni­ka i spa­lił w du­żej ka­mien­nej mi­sce. Te­raz naj­waż­niej­sza była re­ali­za­cja za­da­nia. Lu­bił to uczu­cie, wra­że­nie prze­pro­gra­mo­wa­nia. Sta­wał się jak­by au­to­ma­tem, nie­za­wod­nie pra­cu­ją­cą ma­szy­ną, me­cha­nicz­nym cu­dem daw­nych rze­mieśl­ni­ków, a nie ja­kimś za­pi­sem w pro­gra­mie kom­pu­te­ro­wym.

3

Sa­mo­lot wy­lą­do­wał w War­sza­wie pięt­na­ście mi­nut przed cza­sem. Pi­lot po­że­gnał się z pa­sa­że­ra­mi, in­for­mu­jąc, że na ze­wnątrz jest trzy­dzie­ści stop­ni cie­pła. Roz­wia­ło się ma­rze­nie Kon­ra­da o desz­czu i chło­dzie.

Za­nim zga­sły sil­ni­ki, w sa­mo­lo­cie za­brzmia­ły róż­no­barw­ne sy­gna­ły te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych.

Kon­rad miał dwa SMS-y. Pierw­szy od Mar­ci­na – „Cze­ka­my” – i dru­gi od Wil­lia­ma – „W po­rząd­ku? Nig­dy wię­cej mie­szan­ki! Będę za ty­dzień. OK?”. Zdał so­bie spra­wę, że za­po­mniał o usta­le­niach, ja­kie zro­bi­li z Wil­lia­mem w Du­ba­ju. O ko­niecz­no­ści pil­ne­go pod­su­mo­wa­nia spra­wy Sa­fi­ra i wy­pra­co­wa­nia ja­kiejś no­wej kon­cep­cji dal­sze­go dzia­ła­nia.

Myśl o wy­jeź­dzie na Ma­zu­ry, jesz­cze przed chwi­lą tak miła, sta­ła się na­gle nie­re­al­na.

Prze­cież mu­szę na­pi­sać ra­port z wy­jaz­du, co w opty­mi­stycz­nym wa­rian­cie zaj­mie mi przy­najm­niej ty­dzień. Nie zdą­żę się przy­go­to­wać do dys­ku­sji z Wil­lia­mem, a jesz­cze cze­ka­ją na mnie spra­wy bie­żą­ce. Z pew­no­ścią w Wy­dzia­le na­gro­ma­dzi­ło się ich mnó­stwo… ale dzię­ki Bogu Sara czu­wa nad tym wszyst­kim.

W holu przy­lo­tów no­we­go ter­mi­na­lu na Okę­ciu, w sta­łym, dys­kret­nym miej­scu, cze­kał Mar­cin.

Wy­so­ki, w ciem­nych oku­la­rach za mi­ni­mum pół­to­ra ty­sią­ca zło­tych, z wło­sa­mi za­cze­sa­ny­mi do tyłu za po­mo­cą po­tęż­nej daw­ki żelu i kil­ku­dnio­wym za­ro­stem, w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze i bia­łym pod­ko­szul­ku, wy­glą­dał jak gro­te­sko­wy szpieg ma­cho z kosz­mar­ne­go snu re­ży­se­ra pol­skich se­ria­li sen­sa­cyj­nych. Tak się ubrać po­tra­fił tyl­ko on.

Swo­im wi­do­kiem roz­ba­wił Kon­ra­da, tym bar­dziej że on sam przy­po­mi­nał te­raz Jef­fa Cor­wi­na, po­szu­ki­wa­cza przy­gód z ka­na­łu Ani­mal Pla­net. Nig­dy się głę­biej nie za­sta­na­wiał, czy to ar­ty­stycz­na du­sza zmu­sza Mar­ci­na do tych me­ta­mor­foz, czy też pró­bu­je on w ten spo­sób wa­bić ko­bie­ty, co prze­cież i tak przy­cho­dzi­ło mu ła­two.

– Wi­tam w oj­czyź­nie, sze­fie – rzu­cił Mar­cin na po­wi­ta­nie i za­ło­żył oku­la­ry na czo­ło jak wło­ski żi­go­lak. Wziął od Kon­ra­da ple­cak i skie­ro­wał się pro­sto do wyj­ścia. – Sara cze­ka przed ter­mi­na­lem… wia­do­mo, tu jest za­kaz pa­le­nia – do­dał, co było oczy­wi­ste, bo Sara pa­li­ła nie­ustan­nie, jed­nak w mia­rę moż­no­ści sta­ra­ła się prze­strze­gać za­ka­zów.

Na ze­wnątrz było wy­jąt­ko­wo dusz­no.

Sara sta­ła przy po­piel­nicz­ce. Na wi­dok Kon­ra­da uśmiech­nę­ła się po­god­nie.

– Na­resz­cie je­steś! Stę­sk­ni­li­śmy się za tobą… Jak lot? – za­py­ta­ła z te­atral­nym gry­ma­sem, gdy Kon­rad ob­jął ją po przy­ja­ciel­sku. – Czu­ję i wi­dzę, że tro­chę mę­czą­cy… Szko­da, że nie do­pa­dli­ście tego Sa­fi­ra, ale nie martw się, mamy nowe in­for­ma­cje na jego te­mat. Nie prze­sła­łam ich, bo wy­ma­ga­ją we­ry­fi­ka­cji. Sam zresz­tą oce­nisz. Poza tym to nie ta­kie pil­ne… ale cie­ka­we! – Mó­wi­ła z szyb­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. – Schu­dłeś! Ład­na opa­le­ni­zna! – do­rzu­ci­ła, tak­su­jąc go wzro­kiem.

Wsie­dli do gra­na­to­we­go volks­wa­ge­na to­uare­ga za­par­ko­wa­ne­go w ga­ra­żu.

– Je­dzie­my do domu… Ka­ba­ty? – za­py­tał Mar­cin z wa­ha­niem.

– A ty my­śla­łeś, że do­kąd, do ro­bo­ty? Je­dzie­my do domu! – od­po­wie­dział Kon­rad.

– Sor­ry, sze­fie, ale Sara mó­wi­ła, że nu­mer dwa od rana do­py­tu­je się o sze­fa. Czy już szef przy­le­ciał… i ta­kie tam. Dla­te­go po­my­śla­łem, że… – urwał w pół zda­nia.

– O co cho­dzi, Saro? – za­py­tał spo­koj­nie Kon­rad. – Prze­cież zna­li­ście ter­min mo­je­go po­wro­tu. Nie po­in­for­mo­wa­łaś go?

Był ab­so­lut­nie pew­ny, że Sara po­wia­do­mi­ła nu­mer dwa, czy­li za­stęp­cę sze­fa Agen­cji do spraw ope­ra­cyj­nych, pod­puł­kow­ni­ka Le­cha Za­błoc­kie­go, z po­wo­du zwa­li­stej syl­wet­ki po­wszech­nie zwa­ne­go „Cięż­kim”. Od razu zro­zu­miał, że ten chce go wi­dzieć – choć ra­czej nie w spra­wie „Ka­ro­la” – bo jak zwy­kle ma kło­po­ty z pod­ję­ciem ja­kiejś de­cy­zji. Przy­zwy­cza­ił się już do tego, ale ukry­wał cha­rak­ter i nie­kom­pe­ten­cję „Cięż­kie­go” przed młod­szy­mi ofi­ce­ra­mi, by nie szko­dzić do­dat­ko­wo i tak już zszar­ga­ne­mu au­to­ry­te­to­wi służb spe­cjal­nych.

– Oczy­wi­ście, że go po­in­for­mo­wa­łam! – od­po­wie­dzia­ła su­cho Sara, pa­trząc przez okno. – Jak wró­cę do Cen­tra­li, to za­dzwo­nię i po­wiem, że je­steś zmę­czo­ny po po­dró­ży i bę­dziesz ju­tro o dzie­sią­tej. No, chy­ba że „Cięż­ki” wy­zna­czy inny ter­min… A może sam te­raz do nie­go za­dzwoń i za­mel­duj, że już je­steś – do­da­ła tro­chę ofi­cjal­nie, choć do­brze wie­dzia­ła, że tego nie zro­bi.

Przez sie­dem lat prze­ko­pa­ła z nim świat od Kam­czat­ki do Bo­śni, od Ar­chan­giel­ska do Mom­ba­sy i zna­ła go na tyle do­brze, by mieć pew­ność, że jego sza­cu­nek dla cią­gle zmie­nia­ją­cych się i cza­sem przy­pad­ko­wych prze­ło­żo­nych był w isto­cie sza­cun­kiem dla kra­ju, przy­ja­ciół i sie­bie sa­me­go.

Kon­rad nie za­re­ago­wał i było to dla niej oczy­wi­ste.

Mar­cin ostro pro­wa­dził po­tęż­ne­go to­uare­ga z wi­docz­ną ra­do­ścią du­że­go dziec­ka. Kon­rad nie lu­bił ta­kiej za­ba­wy, ale mu na nią po­zwa­lał, przy­najm­niej do pierw­sze­go upo­mnie­nia. Te­raz jed­nak sta­nę­li w nie­koń­czą­cym się kor­ku na skrzy­żo­wa­niu Po­lecz­ki i Pu­ław­skiej i Mar­cin cier­piał.

– By­łam dwa ty­go­dnie temu w two­im miesz­ka­niu. Umy­łam lo­dów­kę, bo jak zwy­kle za­po­mnia­łeś ją opróż­nić przed wy­jaz­dem. Trze­ba było wie­trzyć całe miesz­ka­nie po ma­kre­li, któ­ra wy­glą­da­ła, jak­by ją ktoś ubrał we wło­cha­ty zie­lo­ny ko­żuch. Smród nie­mi­ło­sier­ny! – Sara zmie­ni­ła te­mat. – Mar­cin wy­sa­dzi mnie przy skle­pie, a cie­bie za­wie­zie do domu. Ja tym­cza­sem zro­bię za­ku­py. Co chcesz do je­dze­nia? – za­py­ta­ła.

– Co­kol­wiek! – od­po­wie­dział.

Czuł się tro­chę nie­swo­jo za każ­dym ra­zem, gdy inni, a w szcze­gól­no­ści pod­wład­ni, wy­świad­cza­li mu ja­ką­kol­wiek przy­słu­gę. Ale go­dził się na to. Tłu­ma­czył so­bie, że żyją w związ­ku, któ­ry nie jest tyl­ko zwy­kłą przy­jaź­nią, i ta­kie ge­sty są czymś na­tu­ral­nym, co wią­że ich emo­cjo­nal­nie, bo prze­cież w tym za­wo­dzie nie moż­na rzą­dzić za po­mo­cą roz­ka­zów i po­le­ceń. Może to tro­chę cy­nicz­ne – jak uwa­żał – ale wszy­scy świa­do­mie się na to go­dzą. Wię­cej! Chcą i po­trze­bu­ją tego, bo to od­ruch sa­mo­obron­ny przed ciem­ną stro­ną ich co­dzien­ne­go ży­cia w Wy­dzia­le Spe­cjal­nym „Q” Agen­cji Wy­wia­du.

To lek­kie, po­dob­ne do wsty­du skrę­po­wa­nie czuł za­wsze wte­dy, gdy Sara ro­bi­ła dla nie­go o je­den krok wię­cej, niż było to nor­mal­nie po­trzeb­ne.

Uczu­cie to to­wa­rzy­szy­ło mu od cza­su, gdy wy­szedł ze szpi­ta­la w Sa­ra­je­wie i zro­zu­miał, że żyje dzię­ki niej. Do dzi­siaj nie po­tra­fi po­jąć, jak ta dziew­czy­na zdo­ła­ła wy­cią­gnąć go nie­przy­tom­ne­go z pło­ną­ce­go domu, z kulą w no­dze, i do­wieźć do od­le­głe­go o pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów Sa­ra­je­wa. Ile­kroć pro­sił ją o szcze­gó­ły tam­tych wy­da­rzeń, od­po­wia­da­ła z uśmie­chem: „Za­nio­słam cię na rę­kach, sze­fie”.

Za tę i za wie­le in­nych ak­cji Sara cie­szy­ła się uzna­niem wszyst­kich ofi­ce­rów, któ­rzy z nią pra­co­wa­li i zna­li jej do­ro­bek. Dla­te­go tak na­praw­dę to ona li­czy­ła się naj­bar­dziej w Wy­dzia­le „Q”, a nie ka­pi­tan Ma­rek Be­lik, któ­re­go przy­niósł ko­lej­ny za­kręt hi­sto­rii.

Sara pa­li­ła ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa, wy­dmu­chi­wa­ła dym przez lek­ko uchy­lo­ne okno sa­mo­cho­du i nie wi­dzia­ła, że Kon­rad na nią pa­trzy. Nie wi­dzia­ła, ale za­wsze po­tra­fi­ła wy­czuć na so­bie czyjś wzrok.

Wró­ci­ła z za­ku­pa­mi i wło­ży­ła je do lo­dów­ki. Mar­cin sie­dział w kuch­ni i prze­glą­dał sta­ry nu­mer „Po­li­ty­ki”.

– Za­raz je­dzie­my! Mu­sisz od­po­cząć – za­rzą­dzi­ła zde­cy­do­wa­nie, wcho­dząc do po­ko­ju, gdzie roz­pa­ko­wy­wał się Kon­rad. – Za­pa­lę jesz­cze pa­pie­ro­sa… na bal­ko­nie… chodź ze mną! Chcę ci coś po­wie­dzieć. – Mó­wiąc to, spoj­rza­ła na Mar­ci­na.

Usie­dli w słoń­cu na bal­ko­nie, a Kon­rad opu­ścił mar­ki­zę.

– Po­słu­chaj… – za­czę­ła – dzie­je się coś dziw­ne­go. Wy­dział Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go pro­wa­dzi do­cho­dze­nie, praw­do­po­dob­nie w spra­wie Mar­ci­na. Nie mam naj­mniej­sze­go po­ję­cia, o co cho­dzi, wiem tyl­ko, że wzy­wa­li go już kil­ka razy. Pró­bo­wa­łam z nim roz­ma­wiać, ale uni­ka od­po­wie­dzi i ba­ga­te­li­zu­je spra­wę. Je­stem pew­na, że do­stał po­le­ce­nie, by nic nam nie mó­wić. To go mę­czy! Wi­dać jak na dło­ni… znasz Mar­ci­na… Mam też wra­że­nie, że od pew­ne­go cza­su tro­chę się zmie­nił, jak­by się cze­goś wsty­dził. Za­czy­na mnie to wszyst­ko iry­to­wać, wiesz prze­cież, w ja­kich ope­ra­cjach w tej chwi­li uczest­ni­czy. Koń­czy przy­go­to­wa­nia przed wy­jaz­dem do Afga­ni­sta­nu, a to trud­na i nie­bez­piecz­na ak­cja, wy­ma­ga kon­cen­tra­cji i opa­no­wa­nia. To ja ją nad­zo­ru­ję, to mój po­mysł, moja kon­cep­cja i moje de­cy­zje. – Sara mó­wi­ła szyb­ko, ci­cho i z głę­bo­ką de­ter­mi­na­cją. – Mar­cin jest w wy­raź­nym stre­sie… i boję się, że może po­peł­nić błąd. Nie po­win­no być żad­nych nie­do­po­wie­dzeń! Ale nie chcia­łam na nie­go na­ci­skać i po­my­śla­łam, że za­cze­kam na cie­bie.

Na­gle zmie­ni­ła ton i za­czę­ła mó­wić spo­koj­nie, Kon­rad jed­nak zda­wał so­bie spra­wę, że ta­kie dwu­znacz­ne sy­tu­acje dzia­ła­ją na nią wy­jąt­ko­wo iry­tu­ją­co.

– I jesz­cze coś – kon­ty­nu­owa­ła. – Roz­ma­wia­łam z Be­li­kiem, py­ta­łam go wprost, o co cho­dzi z Mar­ci­nem. Zu­peł­nie zlek­ce­wa­żył spra­wę, a prze­cież wiesz, że szef WBW jest jego kum­plem. I wła­śnie to mnie za­sta­no­wi­ło! On musi wie­dzieć, o co cho­dzi, ale ukry­wa to przede mną, mimo że je­stem prze­ło­żo­ną Mar­ci­na. – Zga­si­ła nie­do­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa, co ja­sno ozna­cza­ło, że jest wście­kła.

– Nie de­ner­wuj się. Ju­tro zaj­mę się tą spra­wą – po­wie­dział uspo­ka­ja­ją­co Kon­rad.

Sara za­wsze prze­ja­wia­ła nad­wraż­li­wość na punk­cie lo­jal­no­ści i za­ufa­nia – i nic dziw­ne­go, bo sama była uczci­wa wo­bec fir­my i przy­ja­ciół. Ale nie do koń­ca ro­zu­mia­ła – lub nie chcia­ła tego za­ak­cep­to­wać – że ist­nie­je też sza­ra stre­fa ży­cia wy­wia­du. Kon­rad ta­kie spra­wy za­wsze brał na sie­bie, bo chciał chro­nić Wy­dział przed de­mo­ra­li­za­cją, te­raz jed­nak zro­zu­miał, że na dłuż­szą metę to nie ma sen­su. Sara jest zbyt in­te­li­gent­na, by tego nie wi­dzieć, i już na tyle do­świad­czo­na, że po­win­na sama się zmie­rzyć z tymi pro­ble­ma­mi – po­my­ślał Kon­rad.

– Je­że­li jest tak, jak mó­wisz, to naj­praw­do­po­dob­niej spra­wa nie do­ty­czy Mar­ci­na, tyl­ko Wy­dzia­łu… może ja­kiejś na­szej spra­wy lub ko­goś z kie­row­nic­twa. – Za­sta­no­wił się przez mo­ment. – Pew­nie mnie, bo, jak wi­dzisz, za­ję­li się Mar­ci­nem pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści, a szef prze­cież po­wi­nien o wszyst­kim wie­dzieć… Mo­gli na mnie za­cze­kać. – Zro­bił krót­ką prze­rwę i po chwi­li za­sta­no­wie­nia rzu­cił już bar­dziej zde­cy­do­wa­nie: – Czu­ję, o co tu cho­dzi! Lu­dzie z WBW są wię­cej niż lo­jal­ni wo­bec kie­row­nic­twa, to wia­do­mo, ale mają zero do­świad­cze­nia i kom­pe­ten­cji. Naj­lep­szy do­wód, że od razu wy­czu­łaś, że coś się dzie­je. Może to wła­śnie w tej spra­wie nu­mer dwa chce mnie pil­nie wi­dzieć… Jed­ne­go je­stem pe­wien: to nie do­ty­czy cie­bie… nie do­ty­czy też Be­li­ka, z oczy­wi­stych po­wo­dów. W spra­wach za­wo­do­wych Be­lik jest na przy­zwo­itym po­zio­mie, ale nig­dy nie bę­dzie jed­nym z nas i do­brze o tym wie. Jest już u nas rok, nic sam nie zro­bił, nic nie wy­my­ślił i cały czas cho­dzi za na­szy­mi ple­ca­mi do „Cięż­kie­go”… Wiem o tym! Prze­cież mu­szą o czymś roz­ma­wiać! O czym?! – Kon­rad zdał so­bie spra­wę, że chy­ba się za­ga­lo­po­wał. – Nie de­ner­wuj się, Saro. My wie­my do­brze, że nie mamy nic do ukry­cia i że nie po­peł­ni­li­śmy żad­nych błę­dów, a błąd w sztu­ce jest za­wsze do obro­ny.

W rze­czy­wi­sto­ści Kon­rad wie­dział, że nowe kie­row­nic­two Agen­cji Wy­wia­du, zgod­nie zresz­tą z pa­nu­ją­cą w kra­ju at­mos­fe­rą i no­wy­mi wzo­ra­mi, uży­wa WBW jako orę­ża do za­ła­twia­nia swo­ich spraw.

Za­wsze tak było, ale tak źle jak te­raz to jesz­cze nig­dy. Wśród kie­row­nic­twa po­ja­wia­ją się pierw­sze symp­to­my kom­plek­su An­gle­to­na1, a to za­czy­na już być groź­ne – po­my­ślał Kon­rad.

Wie­dział, że mimo ofi­cjal­nych za­pew­nień „Ge­ne­ra­ła”, ja­ko­by li­czy­ły się tyl­ko kom­pe­ten­cje za­wo­do­we, trzy lata jego służ­by w wy­wia­dzie PRL dys­kwa­li­fi­ku­ją wszyst­kie na­stęp­ne i to, co w tym cza­sie zro­bił. Nie czuł żalu, wie­dział, że bę­dzie mu­siał wkrót­ce odejść. To jed­na z na­szych pol­skich pa­ra­noi i do­ty­czy nie tyl­ko wy­wia­du. Miał po­czu­cie za­wo­do­we­go speł­nie­nia i sa­tys­fak­cję, że przy­go­to­wał ta­kich ofi­ce­rów jak Sara, Lu­tek czy Mar­cin, któ­rzy są na­dzie­ją pol­skich służb spe­cjal­nych, a co naj­waż­niej­sze – jego to­wa­rzy­sza­mi bro­ni i je­dy­ny­mi przy­ja­ciół­mi.

Geh­len2 miał wię­cej szczę­ścia – po­my­ślał z sar­ka­zmem.

– Bę­dziesz roz­ma­wiał z Mar­ci­nem? – za­py­ta­ła Sara, wsta­jąc.

– Nie! Po co? – ock­nął się Kon­rad. – Nie te­raz… nie chcę go sta­wiać w nie­zręcz­nej sy­tu­acji. Zo­ba­czy­my, co sam zro­bi – od­po­wie­dział bez emo­cji, bo nie pierw­szy raz spo­ty­kał się z po­dob­ną sy­tu­acją.

– Zbie­raj się, Mar­cin. Je­dzie­my! Trze­ba dać sze­fo­wi od­po­cząć! – po­wie­dzia­ła Sara gło­śno, sto­jąc już w przed­po­ko­ju.

Mar­cin po­de­rwał się tak gwał­tow­nie, że aż prze­wró­cił krze­sło.

– Za­cze­kaj, Saro. O czymś za­po­mnia­łem. – Kon­rad wró­cił do po­ko­ju i wy­jął z ple­ca­ka nie­du­żą pacz­kę. – To pre­zent! Dla cie­bie… ku­pi­łem go na suku w Sa­nie. Ręcz­na ro­bo­ta. Mam na­dzie­ję, że ci się spodo­ba.

Wy­ję­ła z opa­ko­wa­nia in­kru­sto­wa­ny mie­dzia­ny dzba­nu­szek.

– Pięk­ny! Dzię­ku­ję! Pa­mię­ta­łeś o mnie… to miłe! – po­wie­dzia­ła to tak ser­decz­nie, jak tyl­ko po­tra­fi­ła, i po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek.

Gdy wy­cho­dzi­li, Kon­rad wy­szep­tał Mar­ci­no­wi do ucha:

– Zrób coś ze sobą, to nie jest twój styl!

Zmru­żył oko, po­krę­cił gło­wą i wło­żył mu do kie­sze­ni wo­re­czek z her­ba­tą im­bi­ro­wą.

4

Dro­gę do Vis­by prze­ćwi­czył wcze­śniej wie­lo­krot­nie, więc nie mu­siał się spe­cjal­nie przy­go­to­wy­wać. Praw­dę mó­wiąc, znał ją na pa­mięć.

Do Ny­näshamn, skąd od­cho­dził prom na Go­tlan­dię, udał się ko­lej­ką pod­miej­ską z prze­siad­ką w Väster­ha­nin­ge. Za­ję­ło mu to pół­to­rej go­dzi­ny. Mógł oczy­wi­ście je­chać sa­mo­cho­dem, ale trwa­ło­by to znacz­nie dłu­żej.

Może gdy­by… In­grid! Przy oka­zji po­je­cha­li­by­śmy na Fårö, na spa­cer wzdłuż rau­ków3 – prze­mknę­ło mu przez myśl.

Cza­sa­mi za­bie­rał ją na ta­kie wy­jaz­dy. Dla niej to były tyl­ko jego de­le­ga­cje albo mniej lub bar­dziej spon­ta­nicz­ne wy­ciecz­ki. Nig­dy ni­cze­mu się nie dzi­wi­ła i przyj­mo­wa­ła wszyst­kie jego po­my­sły jak coś na­tu­ral­ne­go.

Do Vis­by do­pły­nął szyb­kim pro­mem SF 1500 li­nii De­sti­na­tion Go­tland w cią­gu trzech go­dzin i dwu­dzie­stu mi­nut. Pod­czas po­dró­ży obej­rzał film, lecz nie pró­bo­wał na­wet wczuć się w jego ak­cję i te­raz nie po­tra­fił­by na­wet po­wie­dzieć, o co w nim cho­dzi­ło. Mo­rze było sil­nie wzbu­rzo­ne, więc po pół­go­dzi­nie po­mruk sil­ni­ków za­czął dzia­łać usy­pia­ją­co.

Nie lu­bił szyb­kich pro­mów.

W bu­fe­cie, gdzie za je­dy­ne to­wa­rzy­stwo miał po­nu­re­go har­ley­ow­ca, zjadł klop­si­ki z sa­łat­ką ziem­nia­cza­ną i wcze­snym po­po­łu­dniem zszedł z pro­mu. Przed­tem jesz­cze przez chwi­lę po­dzi­wiał z gór­ne­go po­kła­du pięk­ny wi­dok śre­dnio­wiecz­ne­go Vis­by, któ­re­go mury miej­skie za­wsze ko­ja­rzy­ły mu się z Car­cas­son­ne, gdzie był z In­grid w 1963 albo 1964 roku.

Z pro­mu zszedł wprost na uli­cę Fär­je­le­den. Mi­nął po le­wej stro­nie port jach­to­wy, nad któ­rym ko­ły­sa­ło się na sil­nym wie­trze kil­ka­dzie­siąt me­ta­lo­wych masz­tów. Wo­kół niósł się ostry dźwięk ude­rza­ją­cych o nie sta­lo­wych li­nek.

Skrę­cił lek­ko w pra­wo i jesz­cze przez chwi­lę szedł wą­ski­mi ulicz­ka­mi. Po­ry­wy sie­ką­ce­go desz­czem zim­ne­go wia­tru, zu­peł­nie nie­ty­po­we­go dla Go­tlan­dii o tej po­rze roku, pró­bo­wa­ły wy­rwać mu z ręki duży czar­ny pa­ra­sol.

Szedł pro­sto do do­brze zna­ne­go mu ho­te­lu Cla­rion Wis­by na Strand­ga­tan 6, któ­ry stał tuż obok por­tu, lecz już w ob­rę­bie mu­rów miej­skich, i utrzy­ma­ny był w sty­lu śre­dnio­wiecz­ne­go za­jaz­du.

Do­stał jed­no­oso­bo­wy po­kój z oknem wy­cho­dzą­cym na port wi­docz­ny nad pej­za­żem stro­mych czer­wo­nych da­chów oko­licz­nych ka­mie­ni­czek.

Wziął szyb­ki prysz­nic. Wło­żył ko­szu­lę i spodnie, po czym wy­cią­gnął się na łóż­ku przy­kry­tym sza­rą na­rzu­tą. Po­trze­bo­wał te­raz kil­ku mi­nut re­lak­su, za­nim pój­dzie na spa­cer. Do miej­sca, któ­re za­wsze od­wie­dzał, kie­dy był na Go­tlan­dii.

Nie­da­le­ko od mu­rów obron­nych, na wschód, stoi nie­du­ży ka­mien­ny krzyż. Z tru­dem już moż­na od­czy­tać wy­ku­ty na nim na­pis: „Roku Pań­skie­go 1361 Goci wpa­dli w ręce Du­nów. Świeć, Pa­nie, nad ich du­szą”. Ten na­pis i to miej­sce ma­so­we­go mor­du do­ko­na­ne­go na miesz­kań­cach Go­tlan­dii mia­ły dla nie­go szcze­gól­ne zna­cze­nie.

Zło­żył pod krzy­żem ku­pio­ną po dro­dze czer­wo­ną go­tlandz­ką różę i wy­szep­tał: „Pa­mię­tam o to­bie, Olgo”. Spę­dził tam dwie, może trzy mi­nu­ty i tą samą dro­gą wró­cił do ho­te­lu.

W re­stau­ra­cji zjadł lek­ką ko­la­cję i resz­tę dnia spę­dził w po­ko­ju, czy­ta­jąc ko­lej­ną książ­kę Pe­te­ra En­glun­da – tym ra­zem był to Nie­zwy­cię­żo­ny. Na­wet nie za­uwa­żył, kie­dy za­snął.

Rano wstał w wy­jąt­ko­wo do­brym na­stro­ju, jak zwy­kle o pią­tej trzy­dzie­ści, i przed szó­stą był już go­to­wy. Wło­żył sto­no­wa­ne pi­sta­cjo­we spodnie chi­no, pod­ko­szu­lek, gru­bą bia­łą ko­szu­lę z koł­nie­rzy­kiem na gu­zi­ki i że­glar­skie buty fir­my Gre­en-Red. Wia­trów­kę na za­mek bły­ska­wicz­ny wziął w rękę.

Miał jesz­cze czas do ho­te­lo­we­go śnia­da­nia, wy­sta­wia­ne­go o szó­stej. Po­sta­no­wił za­tem obej­rzeć miej­sce, któ­re było ce­lem jego przy­jaz­du. Wcze­śniej pla­no­wał, że zro­bi to po śnia­da­niu, ale pro­gno­za po­go­dy na ten dzień, za­miesz­czo­na w „Sven­ska Dag­bla­det”, nie za­po­wia­da­ła ni­cze­go do­bre­go.

Za­nim ru­szył, po­sie­dział jesz­cze chwi­lę, wy­god­nie roz­par­ty, w sty­lo­wo urzą­dzo­nym ogro­dzie zi­mo­wym, pró­bu­jąc do­strzec nie­bo przez szkla­ny dach.

Miej­sce, któ­re miał od­wie­dzić, od­da­lo­ne było od ho­te­lu o za­le­d­wie trzy­sta me­trów. Szło się tam sze­ro­ką jak na Vis­by Strand­ga­tan lub la­bi­ryn­tem wą­skich za­uł­ków i przejść, by do­trzeć w koń­cu do roz­le­głe­go par­ku, gdzie tu­tej­si miesz­kań­cy i tu­ry­ści ob­cho­dzą czerw­co­wy Mid­som­mar. O tej po­rze dnia było to jesz­cze od­lud­ne miej­sce.

Nie­zwy­kłe… jak do­brze pa­mię­ta­li o wy­bo­rze od­po­wied­niej pory roku – po­my­ślał z za­do­wo­le­niem Hans Jor­gen­sen.

Więk­szą część par­ku zaj­mo­wał ogród bo­ta­nicz­ny, a w nim, obok ruin ma­łe­go ro­mań­skie­go ko­ścio­ła Świę­te­go Ola­fa, sta­ła nie­du­ża al­ta­na spo­wi­ta gę­stym li­sto­wiem dzi­kie­go wina. Było sza­ro i mimo że słoń­ce już daw­no wze­szło, trud­no było po­wie­dzieć, któ­ra może być go­dzi­na.

Na po­bli­skiej Stu­den­tal­len, bie­gną­cej wzdłuż we­wnętrz­nej stro­ny mu­rów, po­ja­wi­li się nie­licz­ni prze­chod­nie. Po­my­ślał, że na pro­me­na­dzie nad mo­rzem musi wiać jesz­cze moc­niej. Uważ­nie ob­ser­wo­wał oko­li­cę i sta­rał się za­cho­wy­wać jak ty­po­wy star­szy pan na po­ran­nym spa­ce­rze.

In­tu­icja, a może ra­czej suma ze­spo­lo­nych zmy­słów, pod­po­wia­da­ła mu, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Nie za­uwa­żył ni­cze­go nie­po­ko­ją­ce­go.

Spo­koj­nym, wy­raź­nie zre­lak­so­wa­nym kro­kiem wró­cił do ho­te­lu tą samą dro­gą, nie­znacz­nie tyl­ko ją mo­dy­fi­ku­jąc.

Co­raz licz­niej­si prze­chod­nie przy­po­mi­na­li, że dzień wstał już na do­bre. I cho­ciaż słoń­ca nie było, to deszcz rów­nież prze­stał pa­dać.

Wy­szedł z ho­te­lu koło po­łu­dnia. Na po­cząt­ku krą­żył wą­ski­mi, krę­ty­mi ulicz­ka­mi sta­re­go mia­sta. Im­pro­wi­zo­wał, po­tra­fił to ro­bić, czuł, jak­by miał to we krwi. Do­świad­cze­nie i pew­ność sie­bie bu­do­wa­ły w nim spo­kój i we­wnętrz­ną rów­no­wa­gę. Był skon­cen­tro­wa­ny jak sza­chi­sta, któ­ry ma przed sobą słab­sze­go prze­ciw­ni­ka i wie, że wy­gra.

Przy­sta­wał przed wy­sta­wa­mi, za­trzy­mał się, by za­wią­zać but lub wy­rzu­cić chu­s­tecz­kę. Wy­ko­rzy­sty­wał każ­de na­tu­ral­ne miej­sce, któ­re po­zwa­la­ło mu na ob­ser­wa­cję oto­cze­nia. Nie­licz­ni prze­chod­nie nie wzbu­dza­li jego po­dej­rzeń. Me­cha­nizm we­wnętrz­nej sa­mo­kon­tro­li pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach, ryt­micz­nie i pew­nie.

Od wyj­ścia z ho­te­lu mi­nę­ło oko­ło czter­dzie­stu pię­ciu mi­nut. Nie mu­siał się spie­szyć ani tym bar­dziej spraw­dzać cza­su, by wła­ści­wie zre­ali­zo­wać to, co za­pla­no­wał. Mu­siał jed­nak być pew­ny, że zro­bi to bez­piecz­nie.

Wy­szedł z wą­skiej ulicz­ki na Sto­re Torg i wszedł do ka­wiar­ni, jed­nej z nie­licz­nych czyn­nych o tej po­rze w mie­ście.

Był je­dy­nym go­ściem, wy­brał miej­sce przy oknie, z któ­re­go miał wi­dok na cały duży plac, ka­mien­ny szkie­let ko­ścio­ła po le­wej, schod­ko­wą fa­sa­dę śre­dnio­wiecz­ne­go bu­dyn­ku z na­pi­sem „Gu­te­käl­la­ren” i rząd za­par­ko­wa­nych sa­mo­cho­dów. Za­wsze go de­ner­wo­wa­ło, że wła­dze mia­sta go­dzą się na par­ko­wa­nie wo­zów na naj­ład­niej­szym pla­cu.

Za­czął pa­dać deszcz. Prze­je­chał zmok­nię­ty ro­we­rzy­sta i prze­szła para sta­rusz­ków sku­lo­na pod wiel­kim sza­rym pa­ra­so­lem. Przez na­stęp­ne dwa­dzie­ścia mi­nut na pla­cu po­ja­wi­ło się kil­ka naj­wy­raź­niej zu­peł­nie przy­pad­ko­wych osób.

Po­czuł się pew­nie. Wie­dział już, że nikt go nie śle­dzi. Po­sta­no­wił, że prze­cze­ka deszcz i do­pie­ro po­tem ru­szy da­lej. Wy­pił dwie fi­li­żan­ki kawy i po­roz­ma­wiał ze śnia­dym wła­ści­cie­lem lo­ka­lu.

Po pół­go­dzi­nie prze­sta­ło pa­dać i nie­mal od razu po­ja­wi­ły się sła­be pro­mie­nie słoń­ca. Wy­szedł z ka­wiar­ni i skrę­cił w lewo, stro­mo pod górę, w Sant Drot­tens­ga­tan. Za­trzy­mał się na chwi­lę przed wy­sta­wą ju­bi­le­ra, skąd miał do­bry wi­dok w dół na dro­gę, któ­rą prze­szedł.

– Czy­sto, czy­sto, czy­ściu­teń­ko – po­wie­dział pół­gło­sem z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem.

Ro­bi­ło się co­raz sło­necz­niej i zza chmur prze­świe­ca­ły już in­ten­syw­nie nie­bie­skie frag­men­ty mor­skie­go nie­ba. Klu­czył jesz­cze chwi­lę ulicz­ka­mi w po­bli­żu mu­rów i oglą­dał wy­sta­wy skle­pów, co­raz bar­dziej skra­ca­jąc od­le­głość od miej­sca prze­zna­cze­nia. Ścia­ny do­mów gi­nę­ły wśród cięż­kich ki­ści czer­wo­nych go­tlandz­kich róż.

Po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa spo­wo­do­wa­ło, że przez chwi­lę po­zwo­lił so­bie na mi­mo­wol­ne roz­luź­nie­nie i utra­tę czuj­no­ści. Skar­cił się na­tych­miast za ten prze­jaw bez­tro­ski. Wo­lał nie my­śleć, jak jego brak pro­fe­sjo­na­li­zmu mógł się od­bić na ka­rie­rze Car­la.

Do­tarł do Bra­my Wschod­niej. Na pla­cu, przed wej­ściem na sta­re mia­sto, krę­ci­ło się już wie­lu tu­ry­stów. Wszedł do po­bli­skie­go lo­ka­lu Ali’s Kiosk & Grill.

O tej po­rze roku w Vis­by mało kto tu za­gla­da. Świet­nie! – po­my­ślał.

Był sam. Usiadł w rogu sali, by mieć na oku wej­ście do lo­ka­lu. Zjadł sa­łat­kę z ru­ko­li i wy­pił lek­kie piwo. Za­ję­ło mu to trzy­dzie­ści mi­nut i w tym cza­sie nikt nie wszedł do środ­ka. Uznał, że sy­tu­acja doj­rza­ła już na tyle, że po­wi­nien przy­stą­pić do re­ali­za­cji za­da­nia.

Ścież­ką wzdłuż mu­rów obron­nych udał się do Bra­my Pół­noc­nej, przez któ­rą mógł wejść do par­ku, a po­tem do ogro­du bo­ta­nicz­ne­go. Nie po­my­ślał jed­nak, że po desz­czu ścież­ka bę­dzie grzą­ska, i moc­no za­bło­cił buty. Był za to tro­chę zły na sie­bie, ale szedł da­lej. Za­czął na­wet przy­spie­szać kro­ku, chciał mieć to już za sobą, jak naj­szyb­ciej, a może bar­dziej chciał wie­dzieć, co tam jest!

Na­pię­cie i stres ostat­nich kil­ku­na­stu go­dzin da­wa­ły już o so­bie znać i przez mo­ment po­my­ślał, że nie może nad sobą za­pa­no­wać.

– To prze­cież nor­mal­ne – uspo­ko­ił się.

Po­czuł dreszcz prze­bie­ga­ją­cy po ple­cach. Miał wra­że­nie, że my­śli mu ucie­ka­ją. Frag­men­ty wspo­mnień i wra­żeń za­czę­ły się mie­szać. Prze­stra­szył się, że za chwi­lę za­cznie biec, a prze­cież nie mógł tego zro­bić.

Przy­po­mniał so­bie, jak mały Carl, w krót­kich spoden­kach i ze łza­mi w oczach, nie chciał się usta­wić do zdję­cia.

Prze­szedł przez Bra­mę Pół­noc­ną i znów zna­lazł się w ob­rę­bie mu­rów. Po kil­ku­dzie­się­ciu me­trach przez ni­ską że­la­zną furt­kę wszedł do par­ku. Spo­koj­nym, wy­ćwi­czo­nym kro­kiem prze­mie­rzał as­fal­to­we alej­ki. Mi­nął mło­dą ko­bie­tę z wóz­kiem, po­chło­nię­tą roz­mo­wą przez te­le­fon ko­mór­ko­wy. Ni­ko­go wię­cej nie za­uwa­żył.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach zbli­żył się do al­ta­ny. Jesz­cze raz się za­trzy­mał, pod­cią­gnął skar­pet­kę i zlu­stro­wał oto­cze­nie. Czuł lek­kie stę­że­nie mię­śni. Wszedł do środ­ka i po pra­wej stro­nie, na wy­so­ko­ści gło­wy, zo­ba­czył za­wie­szo­ną żół­to-zie­lo­ną kulę, któ­ra wy­glą­da­ła jak po­karm dla pta­ków.

Do­oobrze! Wszyst­ko w po­rząd­ku! Te­raz szyb­ko i do­kład­nie… – po­my­ślał, nie­co uspo­ko­jo­ny tym wi­do­kiem.

Wy­cią­gnął z kie­sze­ni kurt­ki czar­ne skó­rza­ne rę­ka­wicz­ki i szyb­ko je wło­żył. Zde­cy­do­wa­nym ru­chem, może tro­chę zbyt ner­wo­wo, ze­rwał kulę. Roz­darł ją i wy­jął ze środ­ka małą czar­ną tu­lej­kę, któ­rą za­ci­snął moc­no w dło­ni.

Na­gle po dru­giej stro­nie al­ta­ny usły­szał zbli­ża­ją­ce się szyb­ko kro­ki. Po­czuł ucisk w żo­łąd­ku i na chwi­lę znie­ru­cho­miał. Nic nie wi­dział. De­li­kat­nie roz­su­nął gę­ste li­ście po­kry­wa­ją­ce al­ta­nę i za­uwa­żył syl­wet­kę śmie­cia­rza w nie­bie­skim kom­bi­ne­zo­nie. To był zły znak i nie mógł opa­no­wać wście­kło­ści.

Wró­cił do ho­te­lu, na­ru­sza­jąc za­sa­dy bez­pie­czeń­stwa, ale to nie­spo­dzie­wa­ne spo­tka­nie wy­trą­ci­ło go z rów­no­wa­gi, czym sam był za­sko­czo­ny.

Za­mknął drzwi od we­wnątrz i za­bez­pie­czył łań­cusz­kiem. Usiadł za biur­kiem. Ostroż­nie zła­mał u na­sa­dy szkla­ną tu­lej­kę. Wy­jął z niej cen­ty­me­tro­wy pa­pie­ro­wy ru­lo­nik i roz­wi­nął de­li­kat­nie.

Kart­kę w ca­ło­ści wy­peł­nia­ły pię­cio­cy­fro­we licz­by wy­so­ko­ści dwóch mi­li­me­trów. Kan­tem dło­ni roz­pro­sto­wał pa­pier i po­ło­żył na nim szyb­kę, któ­rą przy­wiózł ze sobą. Te­zau­rus znał na pa­mięć i mógł roz­szy­fro­wać tekst pręd­ko i bez­błęd­nie. W mia­rę jak ze­sta­wiał li­te­ry, na jego twa­rzy co­raz wy­raź­niej po­ja­wia­ło się zdu­mie­nie. Cze­goś po­dob­ne­go już daw­no nie ro­bił!

Zdzi­wił się na­wet tro­chę, dla­cze­go on, ale po­czu­cie sa­tys­fak­cji i roz­luź­nie­nie z ła­two­ścią stłu­mi­ły te my­śli. Cze­ka­ła go prze­cież cie­ka­wa po­dróż.

Na­uczył się pro­ste­go tek­stu na pa­mięć, ale dla pew­no­ści zro­bił kil­ka ko­do­wa­nych no­ta­tek. Do­pie­ro po­tem zdał so­bie spra­wę, że w in­struk­cji nie ma ani sło­wa o jego no­wych do­ku­men­tach.

Za­klął.

5

Po­sta­no­wi­ła, że dzi­siaj po­ło­ży się wcze­śniej. Była zmę­czo­na kie­ro­wa­niem Wy­dzia­łem pod nie­obec­ność Kon­ra­da. Dla­te­go tro­chę ją do­tknę­ło, że wy­ra­ził się po­zy­tyw­nie o umie­jęt­no­ściach Be­li­ka. Ona naj­le­piej wie­dzia­ła, że ten fa­cet nie ma zie­lo­ne­go po­ję­cia o ofen­syw­nym wy­wia­dzie ope­ra­cyj­nym, o ope­ra­cjach spe­cjal­nych. Przy­cho­dził do niej ze wszyst­kim, z każ­dym py­ta­niem, z każ­dą spra­wą, a do­ku­men­ty trze­ba było po nim cią­gle po­pra­wiać. Ale był kum­plem „Cięż­kie­go”, za­stęp­cy sze­fa Agen­cji!

Sara ukry­wa­ła tro­chę nie­kom­pe­ten­cję Be­li­ka, żeby chro­nić Kon­ra­da. Miał tyle spraw na gło­wie. Cza­sa­mi był tak wy­bu­cho­wy i nie­obli­czal­ny, że mógł na­wet nie za­uwa­żyć, iż szko­dzi so­bie sa­me­mu.

Kon­rad Wol­ski – mniej­sza o to, jak brzmia­ło jego praw­dzi­we na­zwi­sko – był naj­waż­niej­szą oso­bą w jej ży­ciu, któ­re, je­śli nie li­czyć krót­kie­go dzien­ni­kar­skie­go epi­zo­du, zwią­za­ła z wy­wia­dem. Rok wcze­śniej za­koń­czy­ła luź­ny zwią­zek z po­chop­nie od­świe­żo­ną sym­pa­tią ze szko­ły śred­niej. Od tego cza­su nie mia­ła ży­cia pry­wat­ne­go, a jej cały świat kon­cen­tro­wał się wo­kół pra­cy i dzie­lił na swo­ich i ob­cych.

W wy­wia­dzie ope­ra­cyj­nym słu­ży­ła już trzy­na­ście lat i też nie na­zy­wa­ła się Kor­ska. Nie mia­ło to zresz­tą żad­ne­go zna­cze­nia. Na­zwi­sko to ostat­nia rzecz, jaka iden­ty­fi­ku­je ofi­ce­ra wy­wia­du.

Kie­dy roz­po­czy­na­ła współ­pra­cę z Kon­ra­dem, mia­ła już swo­je osią­gnię­cia, po­waż­ne wer­bun­ki agen­tu­ry na Wscho­dzie. Do­pie­ro jed­nak przy nim po­czu­ła smak od­po­wie­dzial­no­ści za trud­ne i nie­bez­piecz­ne ope­ra­cje. W gro­nie naj­bliż­szych opo­wia­da­ła cza­sa­mi, jak to wszyst­ko się za­czę­ło.

Sie­dem lat temu, gdy wró­cił do Pol­ski po kil­ku la­tach pra­cy gdzieś za wschod­nią gra­ni­cą, Wy­dział „Q” jesz­cze nie ist­niał. Ni stąd, ni zo­wąd Kon­rad po­ja­wił się w ów­cze­snym Wy­dzia­le XX, któ­ry uzna­wa­ła za ob­szar swo­jej wy­łącz­nej do­mi­na­cji.

Czę­sto wi­dy­wa­li się na ko­ry­ta­rzu. Ale Kon­rad nig­dy nie mó­wił jej „dzień do­bry” ani nie zwra­cał na nią spe­cjal­nej uwa­gi. Uzna­ła go więc za za­ro­zu­mia­łe­go gbu­ra i pa­lan­ta. I nie po­mo­gło mu na­wet to, że był naj­przy­stoj­niej­szy, nie tyl­ko na tym ko­ry­ta­rzu. Któ­re­goś dnia we­zwał ją ów­cze­sny szef Wy­dzia­łu, któ­ry znał Kon­ra­da jesz­cze z nie­słusz­nych cza­sów PRL, i za­py­tał, czy chcia­ła­by z nim pra­co­wać. Od­po­wie­dzia­ła, nie­mal krzy­cząc: „Nig­dy! Z ta­kim cha­mem?!”.

Szef za­pro­po­no­wał jej wte­dy układ: „Po­pra­cuj mie­siąc z Kon­ra­dem. Je­śli po tym cza­sie nadal bę­dziesz uwa­ża­ła, że to pa­lant i gbur, wy­co­fam cię na­tych­miast”.

– Nig­dy już do nie­go nie przy­szłam – koń­czy­ła zwy­kle swo­ją hi­sto­ryj­kę, któ­rej nie znał tyl­ko Kon­rad.

Po­do­bał jej się tak­że jako męż­czy­zna, cho­ciaż po­tra­fi­ła to zręcz­nie ma­sko­wać. Mu­siał się po­do­bać rów­nież in­nym ko­bie­tom. Miał swój ory­gi­nal­ny styl, i w stro­ju, i w za­cho­wa­niu, nie­moż­li­wy do sko­pio­wa­nia. Wy­so­ki, może na­wet za bar­dzo, o wy­ćwi­czo­nej szczu­płej syl­wet­ce, z czar­ny­mi wło­sa­mi z nie­znacz­ną do­miesz­ką sre­bra i si­nym za­ro­ście, na­wet rano.

Sara wi­dzia­ła jego zdję­cia z cza­sów, gdy miał dwa­dzie­ścia pięć, trzy­dzie­ści lat, i nig­dy nie za­mie­ni­ła­by go na tę wcze­śniej­szą wer­sję. Po­do­ba­ło jej się też samo imię. Nie wie­dzieć cze­mu do­sko­na­le pa­so­wa­ło do jego śród­ziem­no­mor­skiej uro­dy, cho­ciaż mia­ła uza­sad­nio­ne po­wo­dy, by uwa­żać, że to ra­czej se­mic­ki typ. To był je­dy­ny Kon­rad, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek spo­tka­ła, i cza­sem bała się, że może na­tra­fić na in­ne­go.

Ufa­ła mu bez­gra­nicz­nie, bo po la­tach zna­ła go le­piej, niż on sam sie­bie, i wie­dzia­ła, jaki jest na­praw­dę. Spra­wia­ło jej sa­tys­fak­cję, że pra­cu­je z czło­wie­kiem, któ­re­go ofi­ce­ro­wie da­rzą praw­dzi­wym sza­cun­kiem.

W spra­wach za­wo­do­wych był zdol­ny do nie­zwy­kłych czy­nów, po­my­sło­wy i nie za­wsze wy­star­cza­ją­co cier­pli­wy. W spra­wach oso­bi­stych, ma­łych spra­wach dnia co­dzien­ne­go, nie­za­rad­ny jak dziec­ko. Zu­peł­nie tego nie za­uwa­żał. Za­wsze wy­glą­dał na skon­fun­do­wa­ne­go, gdy zo­rien­to­wał się, że mu po­ma­ga­ła. A ona prze­cież za­rzą­dza­ła ca­łym sys­te­mem „opie­ki spe­cjal­nej nad sze­fem”, któ­ry obej­mo­wał pra­wie wszyst­kich ofi­ce­rów Wy­dzia­łu Spe­cjal­ne­go „Q”, o czym Kon­rad rów­nież nie miał po­ję­cia. Ro­bi­li to z przy­jem­no­ścią i peł­nym od­da­niem, bo każ­dy z nich za­li­czył już z sze­fem ostrą ro­bo­tę za gra­ni­cą i wie­dział, że może na nie­go li­czyć, na jego do­świad­cze­nie i przy­jaźń. Dla nich nie mia­ło zna­cze­nia, że był w wy­wia­dzie PRL, cho­ciaż wszy­scy przy­szli do służ­by już po 1990 roku.

Sara Kor­ska mia­ła za sobą po­cząt­ki do­brze za­po­wia­da­ją­cej się ka­rie­ry dzien­ni­kar­skiej. Po­cząt­ko­wo w pra­sie ni­szo­wej, któ­ra szyb­ko oka­za­ła się tubą pol­skich na­cjo­na­li­stów. Współ­pra­cę za­koń­czy­ła, nie po­bie­ra­jąc na­wet wy­na­gro­dze­nia. Po­tem pra­co­wa­ła przez rok w „Rzecz­po­spo­li­tej” i ja­kiś czas w „Ga­ze­cie Wy­bor­czej”. Szyb­ko jed­nak zo­rien­to­wa­ła się, że ten za­wód nie daje ocze­ki­wa­nej sa­tys­fak­cji, nie sta­wia przed nią wy­zwań, a była wte­dy znacz­nie bar­dziej na­iw­ną ide­alist­ką, niż jest te­raz. Zgło­si­ła się wów­czas jako wo­lon­ta­riusz­ka do pra­cy w obo­zach dla uchodź­ców w Su­da­nie. Otrzy­ma­ła już przy­dział, gdy prze­czy­ta­ła w ga­ze­cie ogło­sze­nie o na­bo­rze do Agen­cji Wy­wia­du.

Pra­ca w wy­wia­dzie była jak przej­ście do świa­ta no­wych war­to­ści, praw­dzi­wej przy­jaź­ni. Mimo że na co dzień ob­cu­jesz tam z bru­da­mi, sam mu­sisz po­zo­stać czy­sty.

Za­ufa­ła po raz pierw­szy męż­czyź­nie, star­sze­mu o dzie­więć lat. Po­wie­dzia­ła mu o so­bie wszyst­ko już na sa­mym po­cząt­ku zna­jo­mo­ści, kie­dy czu­ła, że po­trze­bu­je opie­ki, i nig­dy po­tem się na nim nie za­wio­dła.

Tyle lat! Cza­sa­mi ogar­niał ją strach, gdy po­my­śla­ła, że może go za­brak­nąć. Wte­dy, jak na fil­mie w HD, prze­wi­ja­ły się w jej pa­mię­ci ob­ra­zy z Bo­śni, kie­dy przez pięć ki­lo­me­trów cią­gnę­ła go w nocy, nie­przy­tom­ne­go, na dzie­cin­nym wóz­ku do pierw­sze­go po­ste­run­ku wojsk ONZ w Ze­ni­cy i nikt nie chciał jej po­móc. Pa­mię­ta­ła strach, omdle­wa­ją­ce od wy­sił­ku ręce i wła­sny krzyk od­bi­ja­ją­cy się od pu­stych do­mów.

Te­raz była zła na sie­bie, że znów przy­wo­ła­ła te wspo­mnie­nia przed snem, i zła­pa­ła się na tym, że zda­rza jej się to co­raz czę­ściej. Jak ja­kiś zły znak, zła wróż­ba.

6

Mo­skwa, paź­dzier­nik 1939

– To­wa­rzy­szu Za­ru­bin, przy­stąp­cie do re­fe­ro­wa­nia. Ocze­ku­je­my od was ja­sne­go przed­sta­wie­nia spra­wy. Je­ste­ście do­świad­czo­nym, in­te­li­gent­nym ofi­ce­rem wy­wia­du, więc li­czy­my, że wa­sza in­for­ma­cja po­zwo­li nam wy­cią­gnąć wła­ści­we wnio­ski. Nie mu­szę wam chy­ba mó­wić, że spra­wa pol­ska ma te­raz dla kie­row­nic­twa par­tii i oso­bi­ście to­wa­rzy­sza Sta­li­na nad­zwy­czaj­ne zna­cze­nie. Za­wsze mia­ła, ale te­raz ma szcze­gól­nie! – za­koń­czył swo­je lek­ko pa­te­tycz­ne przy­wi­ta­nie Ław­rien­tij Be­ria.

Nie ocze­ki­wał na re­ak­cję Za­ru­bi­na. Znał go sła­bo i trud­no mu było po­le­gać na opi­nii Je­żo­wa, ale krą­żą­ce na Łu­bian­ce opo­wie­ści o wy­jąt­ko­wym pro­fe­sjo­na­li­zmie i stos do­no­sów, któ­re na­zy­wa­ły go bez­względ­nym, gru­biań­skim i nie­obli­czal­nym ka­rie­ro­wi­czem, w zu­peł­no­ści wy­star­cza­ły. Lu­bił wła­śnie ta­kich, nie zno­sił ide­owych cze­ki­stów.

Be­ria sie­dział za dłu­gim sto­łem, na­kry­tym zie­lo­nym suk­nem, po­środ­ku trzy­oso­bo­wej ko­mi­sji kie­row­nic­twa NKWD. Pa­trzył Za­ru­bi­no­wi pro­sto w oczy i ob­ra­cał w pal­cach ostro za­tem­pe­ro­wa­ny ołó­wek.

W sali wi­sia­ła chmu­ra pa­pie­ro­so­we­go dymu i cho­ciaż nie było to małe po­miesz­cze­nie, Za­ru­bin, kie­dy tyl­ko wszedł, zdał so­bie spra­wę, że pierw­sze trzy mó­zgi NKWD mu­sia­ły tu­taj spę­dzić już dłuż­szy czas.

Są­dzą, że wie­dzą, co trze­ba ro­bić! – po­my­ślał pew­ny sie­bie. Zo­ba­czy­my, jak po­zna­ją szcze­gó­ły. Prze­cież ani Be­ria, ani kie­row­nic­two INO4 nie mie­li na­wet cza­su za­po­znać się szcze­gó­ło­wo z te­ma­tem. I to jesz­cze po­trwa. Za­ję­cie za­chod­niej Ukra­iny i Bia­ło­ru­si pla­no­wa­ne było prze­cież od daw­na. Plan awa­ryj­ny, nad któ­rym tak się na­pra­co­wa­łem, po odej­ściu Je­żo­wa i jego lu­dzi za­gi­nął. Sta­ło się za­tem bar­dzo… bar­dzo… do­brze, nie ma do­ku­men­tów! – roz­wa­żał z po­czu­ciem sa­tys­fak­cji. Je­żow jesz­cze żyje, ale to już pew­nie tyl­ko kwe­stia dni. Czy­li… to­wa­rzy­sze… te­raz ja będę po­cią­gał za sznur­ki, a to w tych cza­sach i przy tym sze­fie prze­pust­ka do prze­trwa­nia. Obu­dzi­li się na­gle! I to oso­bi­ście to­wa­rzysz Sta­lin! A więc? Do­sko­na­le! – skon­sta­to­wał ze szcze­rym sza­cun­kiem dla sie­bie ma­jor bez­pie­czeń­stwa pań­stwo­we­go Wa­si­lij Mi­chaj­ło­wicz Za­ru­bin, cze­ki­sta z dzie­więt­na­sto­let­nim sta­żem i ręką wręcz stwo­rzo­ną do na­ga­na.

Sie­dział te­raz na krze­śle wy­pro­sto­wa­ny, tak by po­ka­zać wzo­ro­wo skro­jo­ny i do­pa­so­wa­ny mun­dur. Dbał o wy­gląd i wy­ma­gał tego sa­me­go od pod­wład­nych.

Ostre je­sien­ne słoń­ce wpa­da­ło przez duże brud­ne okno i świe­ci­ło Za­ru­bi­no­wi pro­sto w oczy. Z tru­dem po­wstrzy­my­wał gry­mas i nie mógł do­strzec twa­rzy człon­ków ko­mi­sji, sie­dzą­cych sze­re­giem, ple­ca­mi do okna – trzech po­sta­ci, któ­re spra­wia­ły wra­że­nie po­nu­re­go sądu gra­ni­to­wych, bez­dusz­nych cie­ni.

Jak sąd trój­ko­wy – po­my­ślał Za­ru­bin i za­sta­no­wił się, czy to może być śmiesz­ne. Nie wąt­pił, że jest ob­ser­wo­wa­ny, ale nie wi­dział tego. Wi­dział na­to­miast Be­rię, a przede wszyst­kim jego pin­ce-nez, jak­by po­kry­te mgłą, po­ru­sza­ją­ce się nie­zau­wa­żal­nie w takt od­de­chu, i krą­żą­cy w pal­cach ołó­wek.

Czuł się jak ak­tor na sce­nie i ta rola bar­dzo mu od­po­wia­da­ła. Jako ofi­cer wy­wia­du miał to we krwi. Umie­jęt­ność od­gry­wa­nia spon­ta­nicz­nych i za­pla­no­wa­nych ma­estrii, jak to okre­ślał, była jego moc­ną stro­ną i sły­nął z tego wśród ofi­ce­rów i prze­ło­żo­nych. Z po­wo­dze­niem wy­ko­rzy­sty­wał tę swo­ją taj­ną broń, re­ali­zu­jąc za­da­nia dla do­bra Kra­ju Rad, ale rów­nież na wła­sne po­trze­by. Trud­no na­wet po­wie­dzieć, co było waż­niej­sze, bo w obu przy­pad­kach staw­ką było prze­trwa­nie.

Wstęp Be­rii Za­ru­bin przy­jął z sa­tys­fak­cją i po­trak­to­wał jako do­bry znak. Sam jed­nak nig­dy się nie za­sta­na­wiał, czy jest in­te­li­gent­ny. To sztu­ka ma­ni­pu­la­cji i in­spi­ra­cji były jego naj­moc­niej­szy­mi atu­ta­mi. Spraw­dzi­ły się szcze­gól­nie w 1937 roku. Naj­in­te­li­gent­niej­si pierw­si do­sta­li kulę w łeb. Jemu się uda­ło, lecz od tego cza­su mu­siał się mieć na bacz­no­ści, choć nie­okre­ślo­ny, wi­szą­cy w po­wie­trzu za­pach nad­cho­dzą­cej woj­ny od­su­wał to ry­zy­ko co­raz bar­dziej. Tacy jak on są te­raz na wagę zło­ta, a nie­wie­lu ich zo­sta­ło!

Jako Wiel­ki Ma­ni­pu­la­tor za­wsze po­tra­fię zna­leźć wła­ści­wą dro­gę i wyjść z kło­po­tów – po­wta­rzał w głę­bi du­szy Za­ru­bin i miał pod­sta­wy, by tak o so­bie my­śleć.

Po chwi­li mil­cze­nia, jak ak­tor przed de­kla­ma­cją, otwo­rzył le­żą­cą przed nim czer­wo­ną tecz­kę i wy­jął z niej plik za­pi­sa­nych od­ręcz­nie kar­tek.

– To­wa­rzy­szu prze­wod­ni­czą­cy, to­wa­rzy­sze – roz­po­czął spo­koj­nym, wy­raź­nym, do­brze ak­cen­to­wa­nym gło­sem, sie­dząc sztyw­no w po­zy­cji służ­bo­wej. – Sy­tu­acja ope­ra­cyj­na na kie­run­ku pol­skim po pierw­szym wrze­śnia jest trud­na, jak to moż­na okre­ślić, albo in­a­czej, trud­na do okre­śle­nia… Wy­ma­ga szcze­gó­ło­wych ob­ja­śnień i, jak są­dzę, naj­le­piej bę­dzie… to­wa­rzy­szu prze­wod­ni­czą­cy… je­śli za­cznę re­fe­ro­wać spra­wę od po­wsta­nia Wy­dzia­łu Pol­skie­go De­par­ta­men­tu „S” i przed­sta­wię pro­ces bu­do­wa­nia jego mo­dus ope­ran­di aż do chwi­li obec­nej. Po­zwo­li to na lep­sze zro­zu­mie­nie, z ja­ki­mi pro­ble­ma­mi i wy­zwa­nia­mi, nie po­mi­ja­jąc na­tu­ral­nie nie­wąt­pli­wych suk­ce­sów, spo­tkał się ra­dziec­ki wy­wiad nie­le­gal­ny w by­łej bia­łej Pol­sce. Po­ru­szać będę, z oczy­wi­stych po­wo­dów, przede wszyst­kim te aspek­ty na­szej ak­tyw­no­ści, któ­re do­ty­czą te­re­nów za­ję­tych obec­nie przez Rze­szę Nie­miec­ką.

Za­czerp­nął po­wie­trza.

– Wkro­cze­nie Ar­mii Czer­wo­nej na za­chod­nią Ukra­inę i Bia­ło­ruś prak­tycz­nie za­koń­czy­ło dzia­łal­ność wy­wia­dow­czą na tym te­ry­to­rium, i to, mu­szę wy­raź­nie pod­kre­ślić, z po­wo­dze­niem. W związ­ku z wzię­ciem do nie­wo­li masy pol­skich ofi­ce­rów, urzęd­ni­ków, in­te­li­gen­tów i opa­no­wa­niem waż­nych ośrod­ków ad­mi­ni­stra­cyj­nych otwie­ra­ją się przed nami ogrom­ne, choć trud­ne jesz­cze do jed­no­znacz­nej oce­ny, moż­li­wo­ści na przy­szłość – kon­ty­nu­ował Za­ru­bin tro­chę sztyw­nym i urzę­do­wym ję­zy­kiem. – Po­wró­cę do tej kwe­stii w dal­szej czę­ści swo­je­go re­fe­ra­tu.

Nie po­słu­gi­wał się no­tat­ka­mi, mó­wił płyn­nie z pa­mię­ci.

– Na po­sie­dze­niu Po­lit­biu­ra trzy­dzie­ste­go stycz­nia ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­ste­go roku przed­sta­wio­ny zo­stał zna­ny to­wa­rzy­szom ra­port kie­row­nic­twa INO, re­la­cjo­nu­ją­cy i jed­no­cze­śnie oce­nia­ją­cy stan pro­wa­dzo­nych wów­czas dzia­łań wy­wia­dow­czo-ope­ra­cyj­nych. Wy­raź­ne wy­tycz­ne Po­lit­biu­ra i oso­bi­ście to­wa­rzy­sza Sta­li­na zo­bo­wią­zy­wa­ły nas, ów­cze­sne OGPU5, do zde­cy­do­wa­ne­go zin­ten­sy­fi­ko­wa­nia pra­cy wy­wia­dow­czej. Do­ty­czy­ły mię­dzy in­ny­mi państw są­sia­du­ją­cych, w tym oczy­wi­ście bia­łej Pol­ski. By­łem wów­czas mło­dym ofi­ce­rem i prze­by­wa­łem we Fran­cji, gdzie or­ga­ni­zo­wa­łem na­szą nie­le­gal­ną re­zy­den­tu­rę, ale dzię­ki za­ufa­niu par­tii i kie­row­nic­twa od po­cząt­ku uczest­ni­czy­łem w opra­co­wa­niu pro­gra­mu pio­nu „S”, ma­ją­ce­go re­ali­zo­wać dy­rek­ty­wę – po­wie­dział Za­ru­bin bez cie­nia skrom­no­ści. – Kie­row­nic­two INO pod­ję­ło de­cy­zję, by w celu mak­sy­mal­nie efek­tyw­nej re­ali­za­cji wy­tycz­nych to­wa­rzy­sza Sta­li­na zde­cy­do­wa­nie roz­bu­do­wać pra­cę z po­zy­cji re­zy­den­tur nie­le­gal­nych, o czym to­wa­rzy­sze wie­dzą.

Za­ru­bin pró­bo­wał skra­cać dy­stans, jaki dzie­lił go od ko­mi­sji, a szcze­gól­nie od Be­rii.

– Do­tych­cza­so­we wy­ni­ki pra­cy wy­wia­dow­czej, pro­wa­dzo­nej z po­zy­cji na­szych przed­sta­wi­cielstw czy bez­po­śred­nio z po­zy­cji ZSRR, pod­da­ne zo­sta­ły przez to­wa­rzy­sza Sta­li­na uza­sad­nio­nej kry­ty­ce. Za­tem cię­żar od­po­wie­dzial­no­ści spadł na nas, czy­li pion „S”, któ­ry po­ka­zał już wcze­śniej, że ta nowa me­to­da pra­cy wy­wia­dow­czej ma przy­szłość. Daje nad­zwy­czaj do­bre re­zul­ta­ty, ale wy­ma­ga sto­sun­ko­wo du­żej pra­cy, któ­rą trze­ba wło­żyć w przy­go­to­wa­nie nie­le­ga­ła… Co naj­waż­niej­sze, bur­żu­azyj­ne służ­by spe­cjal­ne, w szcze­gól­no­ści kontr­wy­wiad, wciąż pra­cu­ją na po­zio­mie z okre­su Wiel­kiej Woj­ny… może z wy­jąt­kiem Nie­miec i w ja­kimś sen­sie by­łej Pol­ski. Brak im ela­stycz­no­ści i otwar­to­ści na nowe idee, dla­te­go tę wal­kę wy­gry­wa­my – cią­gnął Za­ru­bin.

– To­wa­rzy­szu ma­jo­rze, do rze­czy! – zde­cy­do­wa­nie ode­zwał się szef INO NKWD Pa­weł Mi­chaj­ło­wicz Fi­tin, ale Za­ru­bin się tym nie prze­jął, bo wie­dział, że Be­ria lubi po­li­tycz­ne wstę­py.

– Idea świa­to­wej re­wo­lu­cji, uzna­nie świa­ta pra­cy i po­stę­pu dla Kra­ju Rad – kon­ty­nu­ował – spo­wo­do­wa­ły ma­so­wy na­pływ re­wo­lu­cjo­ni­stów go­to­wych od­dać ży­cie w wal­ce z bur­żu­ja­mi i ka­pi­ta­li­zmem. Taj­ne od­dzia­ły w par­tiach ko­mu­ni­stycz­nych, kie­ro­wa­ne przez zna­ną nam jed­nost­kę w Ko­min­ter­nie, spraw­dzi­ły się do­sko­na­le, do­star­cza­jąc kan­dy­da­tów na nie­le­ga­łów. Spo­śród nich wy­bra­li­śmy bry­lan­ty, któ­re, jak to się mówi, pod­le­ga­ły dal­szej ob­rób­ce. Z dzie­się­ciu kan­dy­da­tów wa­run­ki speł­niał je­den, a wy­ma­ga­nia wciąż pod­no­si­li­śmy. Wy­ni­ki pra­cy De­par­ta­men­tu „S” od ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­ste­go roku do dzi­siaj są wię­cej niż za­chę­ca­ją­ce. Do­ty­czy to pla­so­wa­nia ofi­ce­rów tego pio­nu i roz­bu­do­wy re­zy­den­tur na te­re­nie An­glii, Fran­cji, Nie­miec, Włoch i wie­lu in­nych kra­jów. Na­sze dzia­ła­nia w tym za­kre­sie re­fe­ro­wa­łem szcze­gó­ło­wo po­przed­nio, ale w wie­lu wąt­kach, któ­rych wów­czas nie po­ru­szy­łem, wią­żą się one ze spra­wą pol­ską.

Za­ru­bin zaj­rzał do swo­ich no­ta­tek. Za­uwa­żył, że Fi­tin otwie­ra le­żą­cy przed nim ze­szyt i za­czy­na coś no­to­wać. Nie znał go jesz­cze do­brze, cho­ciaż znał pra­wie wszyst­kich cze­ki­stów, ży­wych i mar­twych, jak mó­wił. Fi­tin był czło­wie­kiem z ze­wnątrz, no­wym. Miał do­pie­ro trzy­dzie­ści dwa lata, o je­de­na­ście mniej niż Za­ru­bin, i jesz­cze się uczył. Re­zul­tat swo­ich do­tych­cza­so­wych spo­tkań z Fi­ti­nem Za­ru­bin oce­nił jako do­dat­ni. Ostroż­nie do­dat­ni, bo nie wie­dział jesz­cze, jak uło­żą się re­la­cje no­we­go sze­fa INO z Be­rią, któ­ry znał się do­brze na służ­bach, ale sła­bo na wy­wia­dzie, a Fi­tin był in­te­li­gent­ny i szyb­ko ro­bił po­stę­py.

Wy­glą­da na to, że Pa­weł Mi­chaj­ło­wicz ma przed sobą przy­szłość – za­sta­na­wiał się Za­ru­bin, nie prze­ry­wa­jąc wy­stą­pie­nia. Po czy­st­ce sprzed dwóch lat i w ob­li­czu nie­ja­snych per­spek­tyw jego no­mi­na­cja mu­sia­ła być głę­bo­ko prze­my­śla­na. Z pew­no­ścią była to de­cy­zja Sta­li­na, nie ma wąt­pli­wo­ści, ale jaka na­praw­dę jest po­zy­cja Be­rii, nikt nie wie. Ozna­cza to mimo wszyst­ko, że Be­ria nie po­wi­nien już czuć się tak pew­nie. Fi­tin to zu­peł­nie nowa po­stać, nie­mal zni­kąd, ja­kiś re­dak­tor pi­sma dla koł­choź­ni­ków… a ma za­ufa­nie Po­lit­biu­ra. Bę­dzie więc po­trze­bo­wał do­świad­czo­ne­go i lo­jal­ne­go współ­pra­cow­ni­ka, to­wa­rzy­sza Za­ru­bi­na! Myśl ta spra­wi­ła mu nie­spo­dzie­wa­ną przy­jem­ność.

Uznał, że skoń­czył ostroż­ny wy­stęp dla Be­rii. Te­raz musi się skon­cen­tro­wać. Bę­dzie mó­wił do Fi­ti­na.

– Plan bu­do­wy nie­le­gal­nej re­zy­den­tu­ry pio­nu „S” w Pol­sce uzna­li­śmy za jed­no z prio­ry­te­to­wych zdań. Kraj ten miał i za­wsze bę­dzie mieć szcze­gól­ne zna­cze­nie dla na­szych in­te­re­sów stra­te­gicz­nych. Sy­tu­acja we­wnętrz­na w Pol­sce po woj­nie dwu­dzie­ste­go roku i bu­do­wa pań­stwa bur­żu­azyj­ne­go to czas bu­dze­nia się sil­ne­go an­ty­bol­sze­wi­zmu. Kle­ry­kal­ny na­cjo­na­lizm Po­la­ków sta­no­wił po­waż­ną prze­szko­dę w roz­wo­ju par­tii ko­mu­ni­stycz­nej. Mu­sie­li­śmy się za­tem oprzeć na mniej­szo­ściach na­ro­do­wych, co de fac­to było pół­środ­kiem i w pew­nym stop­niu ob­ró­ci­ło się prze­ciw­ko nam. Nie do­ce­ni­li­śmy an­ty­se­mi­ty­zmu Po­la­ków. Woj­sko­wo-bur­żu­azyj­ne rzą­dy w Pol­sce skie­ro­wa­ły ostrze swo­ich służb spe­cjal­nych przede wszyst­kim prze­ciw­ko ZSRR. I trze­ba obiek­tyw­nie przy­znać, że stwo­rzy­ły, w po­rów­na­niu z in­ny­mi pań­stwa­mi, nad­zwy­czaj spraw­ne służ­by, tak zwa­ny Od­dział Dru­gi Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go.

Za­ru­bin tyl­ko dla po­zo­ru za­glą­dał do no­ta­tek.

– Je­że­li do­dać do tego jesz­cze fakt, że Pol­ska sta­ła się sie­dzi­bą wszel­kiej ma­ści re­ne­ga­tów bia­łej Ro­sji, to sy­tu­acja w tym kra­ju jest szcze­gól­na i wciąż stwa­rza za­gro­że­nie dla na­sze­go bez­pie­czeń­stwa. Pol­skie służ­by bli­sko współ­pra­co­wa­ły z Fran­cu­za­mi i Bry­tyj­czy­ka­mi, mia­ły kon­tak­ty na­wet z Ja­poń­czy­ka­mi, wie­my o tym. Kie­run­ki na­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia Pol­ską od ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­ste­go dru­gie­go roku ule­ga­ły zmia­nie. Do ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­ste­go czwar­te­go uda­ło nam się w wy­star­cza­ją­cym stop­niu spe­ne­tro­wać śro­do­wi­ska bia­łych emi­gran­tów i tym sa­mym zneu­tra­li­zo­wać ich wy­ko­rzy­sta­nie przez pol­ski wy­wiad, zwłasz­cza że Po­la­cy mu­sie­li skon­cen­tro­wać się w więk­szym stop­niu na sy­tu­acji w Niem­czech, co trwa­ło aż do wy­bu­chu woj­ny.

Fi­tin za­czął się krę­cić na krze­śle, więc Za­ru­bin po­my­ślał, że le­piej przejść do kon­kre­tów.

– Na­sze re­zy­den­tu­ry nie­le­gal­ne w Eu­ro­pie Za­chod­niej osią­gnę­ły nad­zwy­czaj do­bre re­zul­ta­ty w uzy­ski­wa­niu do­stę­pu do ko­dów i szy­frów dy­plo­ma­tycz­nych, co po­zwo­li­ło na­sze­mu ra­dio­wy­wia­do­wi na kon­tro­lę ko­re­spon­den­cji więk­szo­ści państw za­chod­nich. Nie­ste­ty, tak do­brych wy­ni­ków nie uda­ło się osią­gnąć wzglę­dem Nie­miec i Pol­ski.

– To­wa­rzy­szu Za­ru­bin – ode­zwał się na­gle dziw­nym, nie­na­tu­ral­nym gło­sem Be­ria i nie pod­no­sząc wzro­ku, mó­wił da­lej: – Ro­zu­miem, że je­ste­ście za­przy­jaź­nie­ni z „An­drie­jem”. Czy to, co po­wie­dzie­li­ście przed chwi­lą, ma na celu jego obro­nę?

Za­ru­bin zdrę­twiał. Nie spo­dzie­wał się ta­kiej re­ak­cji, ale ton gło­su Be­rii nie pa­so­wał do py­ta­nia. Stra­cił na chwi­lę orien­ta­cję. Nie mógł zro­zu­mieć, o co cho­dzi.

– As na­sze­go wy­wia­du nie­le­gal­ne­go, „An­driej”, czy­li Dmi­trij Alek­san­dro­wicz By­stro­le­tow, prze­cho­dzi od pew­ne­go cza­su pro­ce­du­rę spraw­dze­nio­wą – cią­gnął Be­ria. – My­ślę, że ko­mi­sja we­ry­fi­ka­cyj­na, któ­ra ma oce­nić jego dzia­łal­ność na Za­cho­dzie, za­in­te­re­su­je się rów­nież wa­szą opi­nią. Do­brze, że już przy­najm­niej zna­my jej za­rys. Nie­zwy­kłe suk­ce­sy „An­drie­ja” w spra­wie ofe­ren­tów Gio­van­nie­go de Rya, Er­ne­sta Ol­dha­ma i in­nych wy­ma­ga­ją szcze­gó­ło­we­go zba­da­nia. To praw­da, że uzy­ska­ne od nich szy­fry oraz kody wło­skie i bry­tyj­skie oka­za­ły się nie­zwy­kle po­moc­ne w pra­cy na­sze­go de­kryp­ta­żu. „An­driej” nie jest jed­nak ofi­ce­rem i ma do­syć po­kręt­ną oso­bo­wość, za­tem trud­no oce­nić, gdzie za­czy­na­ją się u nie­go fan­ta­zjo­wa­nie i im­pro­wi­za­cja i czy przy­pad­ko­wo nie gra­ni­czą jesz­cze z na­iw­no­ścią – pro­wa­dził spo­koj­nie swój wy­wód Be­ria.

Za­ru­bin od razu zro­zu­miał, że szef NKWD zna do­brze spra­wę By­stro­le­to­wa, a jego ci­chy, uspo­ka­ja­ją­cy ton nie wró­ży ni­cze­go złe­go, tym bar­dziej że „An­driej” sie­dzi już od po­nad roku. In­a­czej daw­no by­ło­by po nim – po­my­ślał.

– Na­iw­ny fan­ta­sta, agent na­tursz­czyk – cią­gnął Be­ria. – Na­wet gdy­by był naj­in­te­li­gent­niej­szy i na śmierć od­da­ny spra­wie Związ­ku Ra­dziec­kie­go, w star­ciu z Bry­tyj­czy­ka­mi ma małe szan­se. An­gli­cy, obok Niem­ców, są na­szym głów­nym prze­ciw­ni­kiem, wie­cie o tym do­brze. Sztu­kę in­spi­ra­cji i dez­in­for­ma­cji opa­no­wa­li per­fek­cyj­nie i „An­driej” może być ich ofia­rą. Są też bez­względ­ni, a to nie wszyst­kim tak do­brze wy­cho­dzi… – po­wie­dział z prze­ką­sem, a Fi­tin lek­ko ob­ró­cił gło­wę i spoj­rzał na nie­go z nie­do­wie­rza­niem – jak nam! – do­koń­czył Be­ria z peł­ną po­wa­gą i do­dał: – Ale naj­le­piej wy­cho­dzi nam in­spi­ra­cja i dez­in­for­ma­cja. Za­da­niem ko­mi­sji jest wy­ja­śnić, czy By­stro­le­tow kie­ro­wał Ol­dha­mem, czy też Bry­tyj­czy­cy kie­ro­wa­li By­stro­le­to­wem, czy błąd po­peł­nił „An­driej”, czy może Cen­tra­la, a może było jesz­cze in­a­czej. Nie za­kła­da­my winy umyśl­nej, na­to­miast wina nie­umyśl­na ma w za­wo­dzie wy­wia­dow­cy tak wie­le od­mian, że mało kto z ze­wnątrz zda­je so­bie z tego spra­wę, i jest nie mniej, a cza­sa­mi bar­dziej nie­bez­piecz­na niż umyśl­na. Nie­praw­daż? – Spoj­rzał z za­cie­ka­wie­niem na Fi­ti­na. – Spra­wą By­stro­le­to­wa in­te­re­su­je się oso­bi­ście to­wa­rzysz Sta­lin – za­koń­czył krót­ko.

Za­ru­bin był za­sko­czo­ny, że Be­ria wy­po­wia­da się o „An­drie­ju” w tak ła­god­ny spo­sób. Miał dziw­ne uczu­cie, że Dmi­trij prze­ży­je. Był na­wet za­do­wo­lo­ny, że Be­ria sam roz­wi­nął wą­tek By­stro­le­to­wa, bo w swo­im wy­stą­pie­niu chciał się po­wo­łać na uzy­ska­ne od nie­go in­for­ma­cje. Za­tem ma roz­wią­za­ne ręce, bo, jak wi­dać, śledz­two naj­praw­do­po­dob­niej zmie­rza do wy­ka­za­nia in­spi­ra­cji An­gli­ków, a jego spra­wa się z tym nie łą­czy.

Lu­bił i sza­no­wał Dmi­tri­ja za jego nie­by­wa­ły na­tu­ral­ny szpie­gow­ski ta­lent, dzię­ki któ­re­mu nie mu­siał koń­czyć spe­cjal­nych szkół, by zre­ali­zo­wać za­da­nie. Nie był prze­cież ofi­ce­rem, lecz agen­tem, in­te­li­gent­nym i eks­cen­trycz­nym, a to bar­dzo czę­sto nie po­do­ba się sze­fom z par­tyj­nej no­mi­na­cji, bez ele­men­tar­nej zna­jo­mo­ści ję­zy­ków i kul­tu­ry Za­cho­du.