Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 352 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 33 min Lektor: Olga Miłaszewska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 33 min Lektor: Olga Miłaszewska

Opis ebooka Nielegalne związki - Grażyna Plebanek

Miłość i zdrada z punktu widzenia mężczyzny. Opowieść o uczuciu, które nie ma prawa istnieć, a zarazem analiza struktur społecznych ograniczających wolność człowieka, wikłających go w role, których nie jest w stanie wypełnić. Bruksela. Miasto władzy, wielkiej polityki i układów, miasto gdzie krzyżują się drogi wszystkich narodów kontynentu. Ona - Megi. Polska prawniczka, robiąca karierę w Komisji Europejskiej. Piękna, inteligentna kobieta, za którą mężczyźni oglądają się na ulicy, matka dwójki wspaniałych dzieci. On - Jonathan. Mąż, pisarz. Zajmuje się domem. Męski odpowiednik Anny Kareniny, rozdarty między miłością do rodziny a gwałtowną namiętnością do innej kobiety. Ta druga - Andrea. Narzeczona szefa Megi. Ambitna dziennikarka telewizyjna. Piękna, zmysłowa, uwodzicielska. Spotyka się z Jonathanem w kościołach, do których w świeckiej Brukseli nikt nie chodzi. Plebanek opowiada o zmaganiu z wymykającym się spod kontroli uczuciem, wyrzutach sumienia, lęku przed ranieniem bliskich. Bez pruderii pisze o seksie, otwarcie stawia pytania o miłość, pożądanie i wierność.

Opinie o ebooku Nielegalne związki - Grażyna Plebanek

Fragment ebooka Nielegalne związki - Grażyna Plebanek

GRAŻYNA PLEBANEK

NIELEGALNE

ZWIĄZKI

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Wydanie I

Warszawa 2010

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

GRAŻYNA PLEBANEK– autorka bestsellerowychDziewczyn z Portofino (W.A.B. 2005), a także Pudełka ze szpilkami (2002; W.A.B. 2006) i Przystupy (W.A.B. 2007). Absolwentka polonistyki. Pracowała jako dziennikarka dla Agencji Reutera i „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Lampie”, „Newsweeku”, „Elle”, „Pograniczach”, „Bluszczu”. Z Warszawy przeniosła się do Sztokholmu, od kilku lat mieszka w Brukseli. Znalazła się w grupie międzynarodowych artystów, których portrety będzie można oglądać na wystawie w Brukseli przez kolejne dziesięć lat.

Halinie, Ance S., Jaśkowi, Wojtkom, Maćkowi

I

Miłość do jednego tylko mężczyzny

czy jednej tylko kobiety jest wyrzeczeniem […].

Idealizm jest śmiercią ciała i wyobraźni.

Anaïs Nin, Dzienniki 1931–1934, t. I

1

Bruksela, 2007

Biegłby tak, nie zatrzymując się, sztafeta pracowa, domowa, rodzinna. Dopiero ta stara budowla wciśnięta między nieważne budynki wpuszcza w jego duszę witrażowe światło. Jonathan wchodzi do kościoła, czując, jak mdławy zapach świec podkręca ptaszka przysypiającego w jego spodniach. Ona już tam jest.

Jonathan przystaje, bo kolana się pod nim uginają. Dziewczyna idzie do niego wzdłuż rzędów ławek, w półmroku widać zarys smukłej sylwetki, długie włosy falują za nią tym ruchem, którego na świecie za mało, chyba tylko biegnące konie albo bijąca o brzeg piana fal mogą się z nim równać. Jonathan nie brnie w kulawe porównania, bo zapach, ciepło, zarys piersi pod bluzką i widocznych spod spódnicy długich nóg, nie najzgrabniejszych, lecz rozczulająco źrebakowatych, zagarniają go wraz z jednym pocałunkiem, który dziewczyna – właściwie kobieta, tak, to prawdziwa kobieta – składa w kąciku jego ust.

„Szatański pomysł” – myśli Jonathan, przyciskając do siebie ciało pachnące cytryną. W tym czasie jego dłonie podnoszą się i zamykają na jędrności pośladków.

„Komunia ciał” – myśli Jonathan.

– Andrea…

A w duchu dodaje: „Oby trwała wiecznie”.

Półtorej godziny później, kiedy wraca z Ixelles, pospieszając w myślach auto, czuje, że ma więcej mocy niż czteroletnia toyota. Najchętniej wytupałby dziurę w podłodze i dojechał do domu metodą z Jaskiniowców, bąbelki szczęścia pękają z cichym „pyk”, aż Jonathan wybucha śmiechem.

Wciąż od nowa rozpamiętuje ostatnich kilkadziesiąt minut.

Początek: wychodzą z Andreą z kościoła, ocierają się ciałami jedno o drugie. Wsiadają do samochodu, Jonathan wrzuca migacz i włącza się w sznur samochodów. Przeszkadza mu skrzynia biegów, bo ręka spieszy się pod spódnicę pasażerki. Gdy trafia na pasek skóry nad pończochą, Jonathan wciąga spazmatycznie powietrze. Cudem mija motocyklistę i wsuwa dłoń między uda dziewczyny. Jest w przedpokoju cipki.

Chociaż, prawdę mówiąc, początek był inny. Gdy wychodził z domu na spotkanie z Andreą, z kuchni wychyliła się Megi.

– Jonathan? Czy możesz wziąć pieniądze z bankomatu, jak będziesz wracał z siłowni?

Skinął głową, poprawił na ramieniu torbę ze strojem do ćwiczeń i już go nie było. Obojętna mina, nielogiczne wciągnięcie powietrza, jakby mógł zrolować ciągnącą się za nim smugę zapachu wody kolońskiej i wcisnąć ją do worka ze strojem sportowym, byle dalej od nosa żony.

Pospiesznie pchnął drzwi wyjściowe i stanął na ulicy. Ostatni pytający esemes, w odpowiedzi błysk ekranika – ona, Andrea, już na niego czeka.

Z okna mieszkania dobiegły dziecięce głosy. Jonathan skulił ramiona i szybko podszedł do auta. Córka o mało go kiedyś nie wsypała, pytając, dlaczego na siłownię zakłada najlepszy tiszert, ten, który Megi przywiozła mu z Nowego Jorku. Kiedy indziej syn przytulił się do niego i pogładziwszy po wygolonym policzku, zapytał:

– Co się stało z twoimi kolcami, tatusiu?

Jonathan rzucił na tylne siedzenie torbę ze strojem na siłownię i ruszył avenue Emile Max. Drzewa kwitły pysznie, jedne biało, inne wiśniowo, opadłe płatki przykrywały ulicę wilgotnym dywanem, wyścielały załomy jezdni, maskowały brud. Kiedy szedł tędy wczoraj z dziećmi, Antosia zdjęła buty i pobiegła boso, Tomaszek rozjeżdżał pianę kwitnienia kołami rowerka.

Jonathan obiecał sobie, że sfotografuje drzewa, zanim opadną płatki. Oczywiście zapomniał i teraz został mu dzień, najwyżej dwa, by złapać kruche piękno.

Jechał, a drobne, codzienne wspomnienia dziobały pamięć. Minął rondo, zaparkował w bocznej uliczce na tyłach kościoła i wysiadł z samochodu. Był rozdrażniony. Niech wreszcie opadną z niego okruchy życia rodzinnego! Przyjechał tu, żeby spotkać się z kochanką.

Gdy wracał ze spotkania z Andreą, kamienice na placu Dailly grzały się w cieple zachodzącego słońca, czerwony blask szminkował dachówki. Jonathan skręcił w prawo i zaparkował przed domem. Chwycił za uszy torbę ze strojem sportowym, obrzucił badawczym spojrzeniem wnętrze auta: siedzenia dzieci były zasłane okruchami herbatników, pośrodku walał się pusty karton po soku, zapomniany rysunek – wszystko wyglądało tak, jak powinno.

Od progu pachniało obiadem. Zona po powrocie z pracy nie zdążyła się jeszcze przebrać. Na nogach miała kapcie, ale pod fartuchem spódnicę od kostiumu, przy której dyndała „smycz” – identyfikator dający wstęp do budynku Rady Europejskiej. Jonathanowi przyszło do głowy, że Megi jest żoną nowoczesną: kuchenne wonie nie pokonały zapachu ebonitu, który zwykle ją otaczał, gdy wracała z pracy, woni charakterystycznej dla urzędników spędzających dnie przed komputerem.

Jonathan pachniał inną kobietą, dlatego czmychnął na górę.

– Wziąłeś pieniądze z bankomatu? – zatrzymało go pytanie, gdy był już u szczytu schodów.

Klepnął się w czoło, Megi ściągnęła usta. Jonathan odwrócił się i zatrzasnął w łazience.

Zrzucając z siebie ubranie, uśmiechnął się do lustra. Coś przecież wziął – dawkę energii z bankomatu namiętności. Zanim wszedł pod prysznic, zlizał z palców smak kochanki.

2

Brukselski start, dwa lata temu – jeden z wielu początków, które tak naprawdę niczego nie zaczynały, ale były wygodnymi oparciami dla pamięci. Wspomnienie dwóch małych kluczy, które wręczyła im właścicielka mieszkania – Jonathan spojrzał na nie zdumiony. Sądził, że wysokie na prawie cztery metry pokoje z łukowato sklepionymi, pałacowymi oknami zakończonymi u góry misterną kratką szyb powinien otwierać klucz, jaki w baśniach dyndał u pasa czarownicy.

Megi zamknęła puste mieszkanie i schowała klucze do torby. Obeszli „swoją” nową okolicę, zatrzymując się przed szybą apteki, przed wystawą punktu dorabiania kluczy i szyb. Z chińskiej restauracji wzięli jadłospis dań na wynos, w kawiarni na skwerku przysiedli na kawę.

–  Café au lait, s’il vous plaît – poprosiła Megi.

–  Lait russe – skorygował z uśmiechem kelner.

Megi zerknęła znacząco na Jonathana, ale on nie patrzył na nią. Starsi ludzie siedzący przy stolikach obok (potem okazało się, że za rogiem mieści się dom z mieszkaniami dla emerytów) czytali gazety po francusku, kelner brał zamówienie po holendersku, gardłowy arabski toczył się za dziećmi oblegającymi widoczny zza drzew plac zabaw. Wiatr bawił się fałdami długich strojów arabskich kobiet popychających wózki i lizał czekoladowe brzuchy ciemnoskórych matek, za którymi wodzili wzrokiem polscy robotnicy.

– Słyszałeś? Kawa z mlekiem to tutaj „rosyjskie mleko” – głos Megi przebił się przez wielojęzyczny gwar.

Jonathan uśmiechnął się z roztargnieniem. Zdążył zapomnieć, jakie piękne pupy mają Murzynki! Jonathan od wczesnego dzieciństwa wiedział, że podróże oznaczają rozstania. Jego matka wyjechała pierwszy raz, gdy miał siedem lat. Dostała propozycję stażu w Anglii i zniknęła z jego życia na parę miesięcy. Wtedy wydawało mu się, że odeszła na zawsze.

Pewnego dnia pojechali do niej z ojcem. Wizyta minęła tak szybko, że nic z niej nie zapamiętał. Za to sceny pożegnania nigdy nie zapomniał: stali przy bramce na lotnisku, Jonathan uczepiony z całej siły ręki matki czuł, że i ona nie chce go puścić. Ojciec stał obok i wydawał z siebie kolejną serię znaczących chrząknięć, ale Jonathan nie zwracał na niego uwagi. Matka też nie puszczała; wyglądała, jakby chciała się samospalić.

Wówczas ojciec wzrokiem wezwał na pomoc stewardesę, a sam ujął żonę za ramię z niezwykłą dla niego stanowczością. Uścisk ręki matki osłabł, więc Jonathan chwycił ją jeszcze silniej. Wtedy stewardesa uklękła przed nim i powiedziała coś w rodzaju: „Och!”

Nie zwróciłby na nią uwagi – był w rozpaczy, a wymykająca się ręka matki wilgotniała w jego dłoniach, jakby też płakała – gdyby nie oczy stewardesy. Były błękitne, krystalicznie jasne, pełne blasku północy. Stewardesa, wciąż klęcząc, ujęła jego drugą rękę – miała na tyle taktu, żeby nie wciskać swej dłoni w miejsce jeszcze nieostygłe po dotyku matki – i w milczeniu pogłaskała go po policzku.

Jej oczy tak przykuły uwagę Jonathana, że ojciec zdołał po cichu nakłonić matkę, by wymknęła się niepostrzeżenie z hali odlotów. Gdy Jonathana posadzono przy okrągłym oknie samolotu, już nie płakał. Chłonął blask nieba, który był jedynie bladym wspomnieniem spojrzenia tamtej dziewczyny. Od tego czasu matka przestała być dla niego całym światem, za to błękit oczu tropił pilnie.

Jakiś czas potem rodzice się rozwiedli, matka wyszła za Anglika. Gdy Jonathan skończył podstawówkę, ściągnęła go do siebie, by w Anglii poszedł do szkoły średniej. Ojciec zgodził się na to, nawet za cenę niewidywania syna przez czas nieokreślony. Desperacko pragnął, by Januszek (tak się wtedy nazywał, zanim angielscy kumple, którzy nie byli w stanie wymówić jego imienia, nie ochrzcili go Jonathanem) został obywatelem świata, a nie kraju najeżdżanego co i rusz przez sąsiadów.

Kilka lat później oboje rodzice zgodnie użyli tego samego argumentu, naciskając, by po maturze zdawał na studia we Francji. Tam odnalazł drugie w swoim życiu intensywnie błękitne oczy – poznał Szwedkę Petrę. Kiedy zobaczył ją pierwszy raz, zwisała z pleców kolegi, zbyt pijana, żeby ustać na nogach. Miała twarz Grace Kelly, prosty nos, klasyczne łuki brwi. Gdy spojrzała na niego, przeszedł go dreszcz – mroźne tęczówki, zamglone nadmiarem alkoholu. Pomógł położyć ją na kanapie w akademiku, a sam wyciągnął się koło niej.

Tej nocy nie spał, tylko patrzył na nią i marzył, jak obejmie ustami jej łechtaczkę. Gdy nie mógł dłużej wytrzymać kamiennego snu dziewczyny, dotknął palcami jej ust.

Do niczego między nimi tego ranka nie doszło, ale od tej pory Jonathan jej nie opuszczał. Podniecało go w niej wszystko, nawet to, że nie dawała się przeniknąć. Małomówna, powściągliwa, tylko w łóżku się rozgrzewała. Nie przepadała za eksperymentami, ale kiedy brał ją na czworaka, wypinała się jak kotka, aż uda zaczynały jej drżeć, a z ust wyrywał się cichy skowyt. Ledwo dochodziła, wysuwał się z niej, obracał na plecy i patrzył w jej źrenice, zasnuty na czarno zimny błękit tęczówek.

Co noc rozgrzewał anielsko jasne, szczupłe ciało, aż dziewczynę zaczęło to męczyć. Miał wrażenie, że z ulgą czekała na okres, żeby zabronić mu dostępu do siebie, chociaż jemu akurat krew nie przeszkadzała, lubił wzmożoną śliskość pochwy, żelazisty zapach przemieszany z wonią seksu. Pompował mocno, aż wilgotniała mu skóra, ssał w zapamiętaniu jej język, ogarnięty mrowiącym podnieceniem.

Wiosną Petra chodziła przez miesiąc podminowana, nie pozwalając mu się tknąć, w końcu powiedziała, że jest w ciąży. Przez chwilę zobaczył w wyobraźni małego ludzika z bardzo niebieskimi oczami, ale Petra nie chciała o tym słyszeć. Po skrobance pomagał jej trochę; twarz dziewczyny, jak zwykle, niewiele wyrażała, tylko oczy wyglądały, jakby wyciekł z nich kolor.

Byli razem jeszcze dwa miesiące. Uroda Petry budziła powszechny zachwyt i atawizm kazał Jonathanowi pilnować takiej samicy. Z drugiej strony – wiedział już, co ta kobieta umie w łóżku.

Po zrobieniu dyplomu we Francji Jonathan przyjechał do Polski na wakacje. Zamieszkał u ojca, poodwiedzał krewnych, nacieszył się smakiem kiełbasy i dostępnością czystej wódki. W Polsce było mu „ciepło” – ludzie otwierali się, kiedy tylko przestawali węszyć podstęp w jego akcencie – ocierali się o siebie w autobusach i tramwajach, krzyczeli i trąbili klaksonami, pocili się ze złości na rząd i sąsiadów, śmiali z pijaków kotwiczących w wiatach przystanków.

Już miał wracać, gdy na jednej z imprez spotkał Magdę. Młodsza o rok, pisała właśnie pracę magisterską. Miała brązowe oczy i pełne usta. Chociaż miał przed nią sporo dziewczyn, był nawet czas, gdy pociągały go neurotyczki, kruche jak nadtłuczone dzbany (usiłował je pozlepiać, ale kiedy od nich odchodził, znów rozpadały się na kawałki), ona była wyjątkowa.

Dla Magdy, która jako dziewczyna Jonathana dostała od kumpli przezwisko „Megi”, został w Warszawie. Zatrudnił się jako dziennikarz, zaczął zarabiać niezłe pieniądze, za które wynajęli kawalerkę. Wzięli ślub, w dziewięćdziesiątym ósmym urodziła im się Antosia, cztery lata później Tomaszek.

Kiedy w 2005 wyjeżdżali z Polski, Jonathan miał za sobą kilka rozsądnie rozegranych etapów dorosłego życia: załapał się na przełom dziejowy i gdy kapitalizm otworzył paszczę na młodych, niezmanierowanych, z językami, zaczął zarabiać godziwe pieniądze, pracując najpierw jako tłumacz, potem jako dziennikarz. W dobrym momencie wziął kredyt i kupił mieszkanie; gdy je potem sprzedawał, ceny nieruchomości poszły w górę i Jonathan sporo zyskał.

Miał za sobą też parę faz irracjonalnych: ponieważ urodził się 24 grudnia, a jego imię zaczynało się na „J”, to chociaż był niewierzący, obawiał się, że nie dożyje trzydziestych czwartych urodzin. Stało się inaczej, a Jonathan, któremu w tym przełomowym roku urodził się syn, wpadł w euforię i podjął decyzję, o której jego przyjaciel Stefan mawiał, że wynikła z szoku poporodowego – Jonathan zrezygnował z etatu w poczytnym dzienniku, by zostać z dzieckiem w domu.

Opieka nad noworodkiem okazała się najtrudniejszą rzeczą, jakiej się w życiu podjął. Starał się skupić tylko na tym, ale gdy przyszła propozycja napisania artykułu, przyjął ją z pocałowaniem ręki. Potem następną i następną, wreszcie zabrał się za tłumaczenia. Wkrótce stało się oczywiste, że stopniowo rejteruje z „tacierzyńskiego”. A ponieważ żona, licząc na niego, po sześciu tygodniach od porodu wróciła do pracy, Tomaszkiem musiała zająć się niańka. Pensja kobiety była niemal równa temu, co przynosił do domu freelancer Jonathan.

Megi długo wytykała mężowi, że nie został z dzieckiem, tak jak ona, gdy poświęciła dwa lata kariery ich starszej córce. Łatwo jej było mówić! Chociaż twierdziła, że nie było jej lekko, zdaniem Jonathana wtopiła się bez wysiłku w krajobraz piaskownicy. On zaś, po miesiącu zmieniania pieluch, poczuł, że kumple przestają go traktować jak swojego, a matki ruszające miarowo wózkami widzą w nim wszystko, tylko nie mężczyznę.

Coś mu się jednak udało. W czasie niedoszłego „tacierzyńskiego” napisał książkę. Była to historyjka dla dzieci, zrodzona z zachwytu córką i synkiem, okraszona poczuciem winy, że nie jest w stanie dać im stu procent swojego czasu, chociaż kobiety to potrafią, niektórzy mężczyźni też, a na świecie staje się to modne.

Do pierwszej historyjki dopisał drugą i trzecią, i ani się obejrzał, a zaczęto go zapraszać na spotkania autorskie, gdzie matki szczerbatych wielbicieli podsuwały mu książki do podpisu. I jakoś tak, bez wielkiego planu, został bajkopisarzem. Dla przeciwwagi ubierał się w tym czasie jak korespondent wojenny, dopóki nie okazało się, że kamizelki w maskujących kolorach są hitem w sanatoriach.

3

Kiedy zadzwonił budzik, Jonathan przez chwilę łudził się, że może to sobota. Z dołu dochodził zapach śniadania i ledwo wyczuwalna woń perfum Megi. Trzasnęły drzwi wejściowe. Poniedziałek.

Ruszył do łazienki krokiem chabety. Wysoki, szczupły, po matce odziedziczył ciemne włosy, których nie lubił strzyc. Odsunął je do tyłu, założył okulary i chociaż nocą dół twarzy obrósł, machnął ręką – nie miał siły na golenie.

Antosia wstała bez dłuższego napominania, w nietypowym dla siedmiolatki poczuciu odpowiedzialności, Tomaszek dał się zanieść do łazienki i postawić przed muszlą klozetową. Siusiał z zamkniętymi oczami, złorzecząc na los przedszkolaka. Gdy Jonathan wrócił, by posłać łóżka dzieci, synek zakradł się z powrotem do pokoju i zakopał pod kołdrą.

– Tomaszku – Jonathan stanął nad spiętrzonym kopczykiem i oparł ręce o biodra. – Wstawaj!

– Tośka jest w łazience – dobiegło spod kołdry.

– Antosia, wyłaź!

– Szukam spinki! On mi schował.

– To weź inną – krzyknął Jonathan.

– Nie chcę innej. Chcę tą, którą on mi schował!

Jonathan wyłuskał syna spod kołdry.

– Tomasz, oddaj Antosi spinkę.

– Jaką znowu spinkę?! – Szare oczka otworzyły się szeroko.

Jonathan wybuchnął śmiechem, a Tomaszek, chichocząc diabelsko, wskoczył znów pod kołdrę.

– Wstawaj, jesteśmy spóźnieni – usiłował zachować powagę Jonathan. – Marsz do łazienki!

– Kiedy ona tam jest.

– Antośka!

– Wyjdę, jak mi odda spinkę!

Pół godziny później stali w korku. Remontowaną z dwóch stron avenue de Roodebeek sunęła pojedyncza nitka samochodów, dopiero gdy nurkowali w tunel, jazda nabierała tempa. Wjazd na rondo Montgomery było jak prowadzenie auta w wesołym miasteczku, gdzie każdy wciskał się jak mógł w pierwszą wolną dziuplę na zewnętrznym pasie.

Przed szkołą Jonathan ucałował na pożegnanie Antosię i pobiegł z Tomaszkiem do jego klasy. Po korytarzach biegali malutcy Azjaci, biali, kilku Afrykańczyków. Jonathan zerknął na jedną z matek, Włoszkę, pod której obcisłą bluzką rysował się zgrabny biust. Ktoś zagadał do niego: Kanadyjka chciała umówić swojego syna z Tomaszkiem na popołudniową zabawę. Nie była ładna, ale Polska nie kojarzyła jej się wyłącznie z hydraulikami; prawniczka, jak Megi, czytała Kosińskiego i Kapuścińskiego.

Jonathan pochylił się nad nią, widząc, że zbliża się farmer z Ohio. Drugi rodzynek w tym kurniku, już pierwszego dnia znajomości powiadomił Jonathana o swoich polskich korzeniach. Znał słowo „dupa”, nosił okulary i fryzurę z boleśnie pedantycznym przedziałkiem, a matki szeptały, że jest emerytowanym klawiszem z więzienia w Ohio.

Jonathan pożegnał się z Kanadyjką i ruszył na parking. Nie od razu przekręcił kluczyk w stacyjce. Nie chciało mu się wracać. Do Brukseli przyjechał już ich dobytek, w domu czekały stosy pudeł. Chociaż codziennie je rozpakowywał, optycznie ich przez to nie ubywało.

Ruszył, ale tylko po to, by zatrzymać się w bistro przy pobliskim skwerze. Kupił kawę i otworzył laptopa. Mejl od Stefana.

Zanim kliknął, rozejrzał się ostrożnie dokoła. Przyjaciel Jonathana, kolega Megi ze studiów, który podobnie jak ona dostał pracę w Komisji i przeniósł się do Brukseli, zwykle dołączał do mejli strony pornograficzne. I tym razem na ekranie wykwitły piersi. Jonathan przymknął klapę laptopa – tyle razy mówił Stefanowi, że on, Jonathan, jest „assman” – woli piękne tyłki i długie nogi!

Po chwili zerknął na zdjęcie. Nie ufał mężczyznom, którzy twierdzili, że nie oglądają gołych panienek, bo są prostackie, a filmów porno, bo nudzą ich dialogi.

W końcu gestem zawołał kelnera. Drgnęło w nim poczucie winy – Megi zasuwała na etacie, a on siedział w słońcu i oglądał pornola.

Kiedy wiosną 2005 roku kupili bilety lotnicze Warszawa-Bruksela, Jonathanowi spadł kamień z serca. Ostatnie dziesięć lat mieszkał w jednym miejscu. Dał się „udomowić”, z miłości do Megi. Nie skarżył się, jednak tęsknota za podróżowaniem odzywała się, jak rana po postrzale. Domyślał się, że przeprowadzka czteroosobowej rodziny do innego kraju może przypominać przenosiny cyrku Knee, ale nęciła go wizja obiecującego wolność żaglowca.

W 2005 Megi, która przekroczyła barierę wieku Marilyn Monroe i księżnej Diany – skończyła trzydzieści sześć lat – jednak w odróżnieniu od nich nadal żyła, dostała prezent od losu: propozycję pracy w Brukseli. W rzeczywistości, długo się uczyła do egzaminów unijnych, po czym je zdała, chociaż krewni, chętni widzieć w niej przede wszystkim żonę i matkę, lubili przypisywać brukselską ofertę splotowi okoliczności i nazywać ją, jak to określił wuj Tadeusz, „fartem”.

Gdy Megi dowiedziała się, że zdała egzaminy i dostała pracę, dzięki której może utrzymać czteroosobową rodzinę w środku Europy, w pierwszej chwili struchlała, jakby własnym krzykiem poruszyła lawinę. Potem przez kilka wieczorów zamykała się w kuchni i pisała na kartkach argumenty „za” i „przeciw” wyjazdowi. Jonathan, który wiedział aż za dobrze, że namawianie Megi do czegokolwiek może odnieść skutek odwrotny, wybrał czekanie. Wreszcie zmięła kartki, usiadła przy kuchennym stole i zawołała Jonathana. Kilka dni później wydali podwieczorek, by w słodkich oparach szarlotki oznajmić dalszej rodzinie, że przenoszą się do Brukseli.

Pierwszy obraził się wuj Tadeusz, bo nie tak, jego zdaniem, wyglądał prawdziwy patriotyzm. Wymawiał to słowo tak, że brzmiało, jak „patriotyz” i Jonathan chętnie by go ugryzł w tłustą nogę, również dlatego, że wuj podawał w wątpliwość męskość Jonathana od czasu, gdy ten zrezygnował z etatu. „Tak nie robi prawdziwy mężczyzna” – sarkał emeryt, uparcie ignorując „ę” w ostatnim słowie. Pozostali krewniacy pytali: „Gdzie będziecie jechać do obcych?” i: „A po co do tej Belgii?”

Megi i Jonathan zostawili w Warszawie torciki wedlowskie („żebyście mieli w tej Belgii coś słodkiego”), dzieci powierzyli opiece babci i pewnego wiosennego dnia 2005 roku stanęli na nieznanym sobie placu, mrużąc oczy w blasku znanym z obrazów wielkich Flamandów. Ta chwila była wykuszem w pamięci, chwilą oddechu, zanim codzienność znów się ocknęła.

4

Po kilku tygodniach od przeprowadzki nowe życie Megi uregulował nurt pracy, jednak Jonathan wciąż podskakiwał jak korek na fali przeprowadzki. Nadmiar pudeł i liczne obowiązki domowe, od których odwykł w Warszawie, spadły mu na głowę, jakby biorąc odwet za rejteradę z „tacierzyńskiego”. Powoli docierało do niego, że podróże, do których przywykł w czasach młodości i za którymi tęsknił, wyglądały dziś inaczej. Żaglowiec okazał się pękatą barką.

Dom zawalony pudłami zaczął go wyrzucać z siłą implozji, ale ścieżki poza domem były wciąż nieprzetarte. Jonathan, który w Warszawie cieszył się z wolnego zawodu, postanowił poszukać stałej pracy. Musiał oswoić miasto nie z pozycji turysty, tylko mieszkańca. Co istotniejsze, wraz z wyjazdem z Polski, urwała mu się większość dziennikarskich dochodów, zaś jego konto zaświeciło pustkami. Jonathan odkrył, że branie pieniędzy z konta żony przypłaca nieprzyjemnym uczuciem – czego, właściwie?

Nie analizował zbytnio tego stanu, aż tak się w sobie nie babrał. Rozesłał swoje CV w kilkanaście miejsc; wkrótce zaczęły spływać mejle, aż pewnego dnia trafił na list, po którego otworzeniu poczuł narastające podniecenie. Nie był to załącznik od Stefana, tylko oferta pracy – porywająca – aż do ostatniego akapitu. Przy informacji o pensji jęknął, rozczarowany.

Pojechał do domu zbijać regały, ale myśl o dziwnym zajęciu nie opuszczała go. Co jakiś czas łapał za notes i kredką Tomaszka zapisywał przychodzące mu do głowy pomysły. W końcu nie wytrzymał i zadzwonił do Megi. Odbił się od jej automatycznej sekretarki i wcisnął drugi na liście numer – Stefana.

Poznali się kilkanaście lat temu w Warszawie. Stefan, bywalec imprez urządzanych „na kicu”, czyli w akademiku przy ul. Kickiego, wpadł tam kiedyś na waletującego Jonathana. Połączyły ich ostatnie podrygi studenckiej wolności, przy lada okazji opowiadali sobie historie, takie jak ta, gdy Stefan usiłował pozbawić cnoty pannę z głębi kraju, myląc w ciemności hymen z rajstopami.

O Stefanie Jonathan mówiłby „mój przyjaciel”, gdyby nie to, że po polsku brzmiało to jak wyznanie. Instytucja przyjaciela wydawała mu się literacko-pretensjonalna (Winnetou i Old Shatterhand), dlatego Stefana nazywał Stefanem.

Na spotkanie umówili się na rue Franklin. Spóźniony Jonathan pędził, udając, że nie słyszy, jak komórka pęcznieje esemesami od Stefana. W końcu dostrzegł w ogródku knajpki kontur dobrze utrzymanej sylwetki ujętej w ryzy garnituru i jasne włosy, o których mało kto wiedział, że zaczynają się przerzedzać.

– Przez ciebie zostanę alkoholikiem. – Stefan wskazał pustą szklankę po piwie i gestem zamówił kolejne.

– To przez niańkę, nie umiała do nas trafić. – Jonathan opadł na krzesło.

– Ładna?

– Ma złoty ząb.

– Moja ciotka miała złote siekacze – zamyślił się Stefan.

Jonathan bez słowa podniósł dwa kciuki w górę. Namiar na niańkę dostał od polskiego hydraulika, ale nie o tym chciał teraz mówić. Otworzył usta, jednak w tym momencie rozległa się seria z karabinu maszynowego.

Stefan wyjął komórkę i odczytał wiadomość.

– Strzały z kałasza? – Jonathan odchylił się na krześle. – Polska Chrystusem narodów w stolicy Europy?

Tamten machnął ręką i wsunął telefon do kieszeni.

– Strzela, kiedy przychodzi wiadomość od Moniki.

Kelnerka postawiła przed nimi piwo.

– Co u niej? – Jonathan sięgnął po paczkę papierosów. – Znalazła pracę?

Stefan wyłowił ze szklanki paproch. Monika, żona Stefana od kilkunastu lat, urodziła się o dwadzieścia lat za późno. W latach sześćdziesiątych byłaby, jak mawiał ojciec Jonathana ku lingwistycznej zgrozie syna, klasycznym „kociakiem”; dwie dekady później, przy długonogich, blondwłosych koleżankach z roku, prezentowała się jak grzyb.

Stefan chodził z nią na pierwszym roku studiów, ale nie wytrwał w monogamii. Gdy spotkali się znów, dwa lata po skończeniu uczelni, Monika pocieszyła go po ciężkostrawnym związku z dominującą romanistką. Efektem tego spotkania była ciąża. Stefan potraktował ją honorowo: oświadczył się i został przyjęty.

Po urodzeniu córki Monika ściągnęła do pomocy przy dziecku swoją matkę, która pomieszkiwała u nich na zmianę z ciotkami. Starsze kobiety identycznie maczały kawałki bułki w mleku i paliły po czterdzieści papierosów dziennie, a Stefan nie odróżniał jednej od drugiej. Dwupokojowe mieszkanie zsiniało od dymu, a prośby pana domu, by palić na balkonie ze względu na dziecko, przyjmowano wzruszeniem ramion. Stefan, który nie był pewien, do której z ciotek mówi, powiesił wkrótce w kuchni kartkę z przykazaniem, by w mieszkaniu nie palono. Kartka zniknęła, a w mieszkaniu nadal było szaro od dymu.

Do córki Stefana nie dopuszczano. Małe, biuściaste kobieciny przechadzały się po osiedlowym podwórku z jego dzieckiem, prezentując drobnoloczkowe trwałe, aż poczuł się zbędnym elementem we własnym mieszkaniu. W tym czasie Monika zatrudniła się w firmie leasingowej na stanowisku, którego nazwy nikt nie był w stanie zapamiętać.

Kiedy kilka lat później Stefan przeżywał fascynację koleżanką z pracy, Monika z nieomylnym instynktem zaszła w drugą ciążę. Efektem był syn, Franek. Stefan kupił większe mieszkanie, bo liczba opiekunek w domu się podwoiła.

Gdy dostał ofertę pracy w Brukseli, łudził się, że wyjedzie sam, ale Monika spakowała siebie, nastoletnią córkę i młodszego Franka, pożegnała się z leasingiem i stanęła gotowa do przeprowadzki. Stefan wynegocjował jedynie, by nikt z jej wsi z nimi nie jechał.

– U Moniki? – Spojrzał teraz na komórkę. – Jeszcze nie znalazła pracy. Nic dziwnego, przecież nie zna żadnych języków.

– Co u ciebie w robocie? – szybko zmienił temat Jonathan.

Stefan się ożywił. O pracy mógł opowiadać godzinami, układy personalne obserwował i rozgrywał z pasją. Gestem wskazał kelnerce pustą szklankę i zaczął streszczać Jonathanowi ostatnie roszady w dyrekcji generalnej do spraw rozszerzenia Unii, gdzie był starszym administratorem. Jonathanowi zapadł tylko w pamięć skrót miejsca pracy przyjaciela – „enlarg” – od angielskiego „enlargement”.

Kiedy Stefan zrobił przerwę na łyka, Jonathan wyrzucił z siebie:

– Zaproponowali mi pracę.

– W Komisji?

– Nie.

– Media?

Jonathan milczał, robiąc suspens.

– Chcą, żebym został wykładowcą kursu twórczego pisania.

Stefan zmrużył powieki. W jasnych oczach, gdzie zazwyczaj czaił się pociągający kobiety rodzaj łajdactwa, wykwitł sumienny namysł.

– Za ile?

– Nie pytaj. – Jonathan spuścił głowę.

– Tak kiepsko? – Stefan sięgnął po papierosa. – Co Megi na to?

Jonathanowi stanął przed oczami wczorajszy dzień. Częste kontakty z automatyczną sekretarką żony doprowadziły go do sformułowania nikomu niepotrzebnej opinii, że modulowany głos automatu zawiera nuty seksualnej obietnicy, ale zamiast pobudzać wyobraźnię, wpycha myśli w rynnę wąską niczym saneczkarski tor: od wirtualnej wojowniczki Lary Croft do rozchylonych ust Angeliny Jolie. Późnym wieczorem Megi wreszcie odebrała, ale głos miała zmięty i odległy. Wciąż tkwiła na zebraniu, które miało się skończyć po północy. Nie mogła długo rozmawiać. Zapytała tylko o dzieci, a Jonathan poczuł, jak część buzującej w nim od rana energii zamienia się w złość. Mocno wcisnął klawisz komórki, żegnając wzrokiem napis „żona”.

– Nie mieliśmy nawet kiedy pogadać – mruknął. – Megi do późna pracuje.

– Ktoś musi – roześmiał się Stefan, a Jonathan przyjrzał mu się z namysłem. Każdy miał jakieś braki, Stefanowi brakowało taktu. – Tak czy siak, jak źle płacą, to nie zawracaj sobie tym głowy. Poszukaj czegoś innego.

– Ale to jest ciekawe! Mogę sam ułożyć program. Bierze mnie to.

Stefan skinieniem głowy podziękował kelnerce, która postawiła przed nim piwo.

– Ile ty masz lat? Brać to cię może to. – Wskazał oddalającą się dziewczynę. – Praca ma cię ustawiać. Masz studia, doświadczenie dziennikarskie, znasz języki. Mam ci mówić, co robić? Przecież…

Urwał, bo w jego kieszeni rozdzwoniła się komórka.

– Jestem w pracy – rzucił do słuchawki. – Na kolacji. Służbowej. Jak to, nie rozumiesz, co napisali w mejlu ze szkoły? Dobra, zaraz kończę.

Rozłączył się, pospiesznie wypił piwo i zwrócił się do Jonathana:

– Pomyśl o sensownej robocie. Aha, w piątek jest impreza u wiceszefa grupy zadaniowej, Megi pewnie dostała zaproszenie, przypilnuj, żebyście przyszli!

5

Jonathan rzadko wracał myślami do momentu poznania Andrei. Więcej miejsca w jego wspomnieniach zajmowały chwile, w które zanurzali się potem, a wskoczyli w taką intensywność, jakiej – o czym się nawzajem zapewniali – nigdy wcześniej nie doświadczyli.

Pamięć Jonathana okazała się być sprytnym urządzeniem, które nie podsuwało obrazów „porównawczych”, a przynajmniej nie działo się tak, gdy był z Andreą. Ona była jego celem, powietrzem i smakołykiem, na nią się wspinał, żył jej oddechem, z zapałem lizał sutki dekorujące śniade kulki piersi. Obrazy ciał kobiet, z którymi kiedyś był, leżały zapomniane na dnie pamięci, z bladym wspomnieniem ciała żony włącznie.

Na szczytowanie z Andreą Jonathan wybierał się bez obciążeń, jedynie z niezbędnym ekwipunkiem swego „ja”, którego część fizyczna nigdy go nie zawodziła, co napawało go dumą. Gdy potem leżeli obok siebie – a były to limitowane minuty czystego szczęścia, które znikały, kiedy tylko opuszczali się nawzajem – Andrea kobiecym zwyczajem rzucała coś w rodzaju: „Pamiętam, gdy cię pierwszy raz zobaczyłam”. W postkoitalnym otumanieniu nie potrafiła myśleć o niczym innym. Ona – taka inteligentna, błyskotliwa, mądra – chciała szeptać tylko o nich. Więc Jonathan, który też miał miłosną pustkę w głowie, zasłaniał się dymem z papierosa i mruczał: „Tak, tak, ja też to pamiętam”.

Szydło wyszło z worka, kiedy okazało się, że „gdy cię pierwszy raz…” znaczy co innego dla niego, a co innego dla niej. Andrea liczyła wspólne dni od ich pierwszego spotkania, on – od pierwszego stosunku. „Dwa różne kalendarze!”, krzyknęła Andrea, ściągając ciemne brwi. Czy w ogóle mieli ze sobą coś wspólnego? Pogniewała się, ale za chwilę mu przebaczyła, a Jonathan domyślił się, że świadcząca o jego męskim braku wrażliwości „przepaść” w jakiś sposób ją podnieca.

Tak naprawdę Jonathan pamiętał, kiedy pierwszy raz zobaczył Andreę, ale nie mówił jej tego, bo nie chciał, by miała nad nim władzę. Zdążył się już przekonać, że bywała okrutna, gdy zwęszyła ślepe przywiązanie. Nie chciał, żeby machała mu potem przed nosem prześcieradłem z plamą krwi, jego krwi, dlatego pozwalał, by mu to „zapomniane” wspomnienie odświeżała.

Opowiadając o pierwszym razie, Andrea za każdym razem dodawała coś nowego, jakiś przeoczony wcześniej element. W ten sposób budowała ich mityczny Początek. Jonathan tymczasem bezgłośnie walczył o zachowanie własnego. Szczerze mówiąc, bał się jej mitu. Czuł, że powtarzając swoją historię, kochanka go omotuje. Bał się tego, tak jak się boi każdy mężczyzna, kiedy podejrzewa, że coś go oplątuje. Choćby była to tylko nić opowiadania.

Myśląc o pierwszym spotkaniu z Andreą, Jonathan starał się przywoływać konkrety: wypielęgnowaną kamienicę mieszczącą klatkę schodową z witrażowym oknem, a w niej ogromny przedpokój, który kończył się ogrodem. Brukselski metraż, jak zwykle, oszałamiał. Niestety, duży pokój przypominał muszlę zaatakowaną przez uschnięte gówienka i Jonathan pomyślał, że najchętniej zdrapałby bibeloty i narośla pamiątek druciakiem.

Z podsuniętej przez kelnera tacy wziął kieliszek szampana i wmieszał się w tłum. Ludzie, którzy stali w grupkach na środku pomieszczenia, byli ubrani w garnitury i kostiumy, niektórzy mieli dżinsy, jednak Jonathan czuł, że coś jest nie tak z tym ich luzem. Już miał się podzielić tą uwagą z Megi, która podeszła do niego z kieliszkiem w dłoni, ale nie zdążył, bo wzięła go pod ramię i pociągnęła w stronę najbliższej grupki.

– To mój mąż, Jonathan – przedstawiła go.

– Bardzo mi miło… – Jonathan uścisnął dłoń szczupłego mężczyzny.

– To Ian, zajmuje się kontaktami z Parlamentem Europejskim w organizacji zrzeszającej pracodawców.

– Jak miło…

– To mój mąż, Jonathan. Jonathan, poznaj Petera. Peter jest rzecznikiem do spraw.

– Aha…

– Nazywam się Megi, to mój mąż Jonathan. Jesteśmy w Brukseli ponad miesiąc. Nie, jeszcze nie widzieliśmy Atomium. Jonathan? Czy poznałeś już Margit? Jest zastępczynią rzecznika do spraw.

– Do spraw?

– Przy Komisji Europejskiej.

– W Komisji Europejskiej…

– Z Komisji…

– Przepraszam na sekundę, mam pilny telefon. – Cofając się, Jonathan sięgnął do kieszeni marynarki.

Oparł się o stół z przekąskami. Oto trafił go towarzyski zastrzał. Prywatne mieszkanie i kelner, ludzie w dżinsach, ale na sztywnych łapach, gospodarz o rybim uścisku dłoni i gospodyni o twarzy siostry Kopciuszka. Bawili się tu, czy pracowali?

Złapał marchew i szybko ją pogryzł.

– Nie jesteś z Komisji? – pytanie zabrzmiało twierdząco.

Obok stała dziewczyna, której nie znał.

– Czyli to się rzuca w oczy – westchnął.

Roześmiała się i wyciągnęła do niego rękę.

– Andrea.

Dużo później zauważył, że miała dłonie różne od reszty ciała, szerokie, jakby starsze, co tuszowała starannym manikiurem. Wtedy nie zwrócił na to uwagi, bo Andrea dopiero wyłaniała się z piany obcości. Wysoka i szczupła, odwróciła się, by wziąć tartinkę. Miała nieduże, krągłe pośladki, aż złapała go chęć, by je wymacać.

– A tymi ludźmi się nie przejmuj. – Uśmiechnęła się, wskazując na falujący ludzki krąg. – Zobacz, zewnętrzna warstwa to stażyści i stażystki…

Jonathan popatrzył na dwudziestoparolatków z twarzami zwróconymi do środka kręgu.

– … ci bliżej środka, to wyżsi rangą urzędnicy. Widzisz łysego po prawej?

– Z czaszką w kształcie pocisku?

– Ostrzy sobie zęby na posadę doradcy ministra. Z kolei gruby z mufką włosów czai się na jeszcze nieostygłe miejsce po koledze, który awansował do innego departamentu.

– A ten, na którego wszyscy patrzą? – zapytał Jonathan, wskazując środek koła, gdzie stał wysoki, szczupły mężczyzna o siwych włosach. Bijącą od niego charyzmę czuło się na odległość.

– To szef gabinetu komisarza do spraw sprawiedliwości, wolności i bezpieczeństwa. – Uśmiechnęła się Andrea.

– To jest szef ich wszystkich? – zgubił się Jonathan.

– To jest ich bóg.

Kółko właśnie zaczęło się przetasowywać, szef gabinetu komisarza cofał się, ściskając ręce, które wyciągały się w jego stronę w pożegnalnym geście.

Andrea zerknęła na zegarek.

– Miło było cię poznać – powiedziała.

Jonathan poczuł w środku nieoczekiwane szarpnięcie, dziecinny głos, wołający: „chcę!” Może to przez ślad szwedzkiego akcentu pobrzmiewający w jej niemal doskonałym angielskim?

– Czym się zajmujesz? – rzucił desperacko.

– Pracuję dla szwedzkiej telewizji. A ty?

– Piszę.

– Artykuły?

– Książki.

– Ooo!

Jonathan wsunął ręce do kieszeni. Uwielbiał takie reakcje. Wiedział z doświadczenia, że należy nacieszyć się nimi porządnie, bo poprzedzały zwykle inne, mniej pożądane, które zaczynało pytanie:

– A o czym piszesz?

– Bajki.

Fazę „rzednięcia miny” znosił zwykle mężnie, tym razem jednak dodał asekurancko: – Niedawno dostałem propozycję, żeby poprowadzić w Brukseli kurs twórczego pisania.

– Ooo!

– Jednak ze względów finansowych powinienem się pewnie postarać o stołek w Komisji…

– Ten kurs brzmi ciekawiej.

– Nie chciałabyś wiedzieć, ile płacą.

– Nie chciałbyś robić tego, czego nie lubisz.

Zerknął na nią i zobaczył więcej Andrei: brązowe włosy i pięknie wykrojone usta.

– Popatrz na ten pasztet – powiedziała, a on z niechęcią przeniósł spojrzenie na stół. – Niektórym bardzo smakuje.

– To fois gras.

– Podejrzewam, że w Komisji czułbyś się, jak te przekarmiane gęsi.

Oderwał wzrok od pasztetu i znów spojrzał na nią. Od strony grupy urzędników dochodziły finalne obietnice zdzwonienia się, a jemu nagle zabrakło słów. Milczenie między nimi zgęstniało.

– Czy ty… – zaczął Jonathan, ale w tym momencie ktoś koło nich stanął.

Odwrócili się oboje. Obok stał szef gabinetu komisarza.

– Simon, poznaj Jonathana. – Na twarzy Andrei pojawił się profesjonalny uśmiech. – Jonathan jest pisarzem i wykładowcą twórczego pisania. Jonathan, to jest Simon…

Uścisk dłoni mężczyzny był energiczny. Choć Jonathan nie znał się na męskiej urodzie, od razu się zorientował, że ten tu, chociaż przekroczył pięćdziesiątkę, usuwa w cień większość mężczyzn. I niewiele miało tu do rzeczy jego wysokie stanowisko.

– Andrea, na nas już czas – odezwał się mężczyzna pięknym angielskim.

„Brytyjczyk, z Eton” – odruchowo ocenił Jonathan.

– …Simon – dokończyła Andrea – czyli mój mężczyzna.

Tej nocy Jonathan sięgnął po Megi, ale jej usta mu nie smakowały. Skończyli szybko, Jonathan wstał i wyszedł na werandę zapalić papierosa.

Spojrzał w górę, gdzie pod ciemnym masywem nieba przewalały się chmury. Od razu polubił brukselską pogodę, ciepło podbite wilgocią. Nie znosił południowych klimatów, równego słońca, oślej upartości upału.

„Simon, czyli mój mężczyzna”. Nie było na tym dziwnym party kobiety, która by się na tamtego nie gapiła, włączając w to Megi. Jonathan zgniótł papierosa. Znowu odezwał się w nim dziecinny niepokój, marudne „chcę”, jak wtedy, gdy Andrea odchodziła z Simonem, a Jonathan skorzystał z okazji, by przypatrzeć się jeszcze raz jej ślicznej pupie. Teraz ruch jej bioder uwierał go niczym haczyk, na który dał się złapać głupi szczupak – Jonathan.

Codzienność wskoczyła w zwykły tor. Jonathan rozpakowywał kolejne kartony, aż wydawało mu się, że dni przybrały kształt prostopadłościanów. Sięgnąć po pudło, otworzyć, wyłożyć zawartość… W końcu wizja wyprawy do Ikei po szafę nabrała posmaku ucieczki, a szwedzkie pulpety – przepustki do wielkiego świata. Siedząc przy plastikowym stoliku, napawał się myślą, że głodna sprzętów i przedmiotów paszcza brukselskiego domu kłapie w bezpiecznej od niego odległości.

W drodze powrotnej zatrzymał się po bułki. Megi nie umiała się przestawić na croissanty, wolała zwykłe pieczywo, dzieci zaś uwielbiały małe bułki z przedziałkiem pośrodku, które natychmiast nazwały „pupami”. Jonathan poprosił o sześć pup i kawę na wynos.

Odchodził od lady, kiedy coś w nim drgnęło. Od czasu pierwszego spotkania „widywał” czasem Andreę – przebiegała przez ulicę, zerkała na zegarek, wysiadała z tramwaju. Nigdy to nie była ona. Nie demonizował wrażenia, jakie na nim zrobiła, przecież często pozwalał sobie na fantazjowanie o prawie nieznanych kobietach, przerabiał scenariusze, na które w prawdziwym życiu nie miał czasu ani odwagi – co innego zanurkować członkiem w dziurce apetycznej trzydziestki, a co innego zmagać się z pytaniem o przyszłość rżnięć.

Również pryncypia Jonathana działały niczym kubeł wody. Był za młody na skok w bok, to było dobre dla odświeżających się dziadów lub nudziarzy z emerycką mentalnością. Podobał się kobietom, miał ich sporo przed Megi, wiedział, że w każdej chwili może je znów mieć. I chociaż monogamia nie była łatwa, to kiedy fantazje o innych kobietach – albo one same – stawały się zbyt natarczywe, powtarzał maksymę Stefana: „Nie możesz wypukać, nie zawracaj sobie głowy”. W jego przypadku niemożność oznaczała wybór.

Co do honorowego podejścia do kwestii cudzych kobiet, to musiał przyznać, że abstrakt męskiego honoru stał na równi z lękiem, by nie złapać HIV-a.

Na widok Andrei, konkretnej w świetle dnia, zapewnił się w duchu, że cieszy się z zobaczenia przyjaznej twarzy. Jako podróżnik wiedział, że nowe miejsce staje się swojskie, gdy wpada się na ulicy na znajomych. A tu proszę – kilka tygodni – i już kogoś spotyka!

Zauważyła go, zatrzymała się niepewnie.

– Jonathan – przypomniał jej się. – Spotkaliśmy się…

– Pamiętam. Bajki. I kurs pisania.

Miała na sobie jasną bluzkę i spódnicę z poruszającym wyobraźnię rozcięciem.

– Poproszę croissanta. – Pochyliła się do sprzedawczyni.

– Croissant o dwunastej? – zapytał. – Nie czas na coś solidniejszego?

– Zaraz idę na lunch. Przedtem muszę coś zjeść.

– Skoro musisz zjeść „przed”, to pewnie idziesz na lunch do krasnoludków.

– A ty już piszesz bajkę! – Drobne zmarszczki pokazały się wokół jej oczu i zniknęły. Jonathan pomyślał, że chciałby dłużej patrzeć na ten uśmiech. Było coś podniecającego w tej twarzy, jednocześnie seksownej i inteligentnej.

– Napiszę, jeśli obiecasz, że po drodze nie tkniesz zatrutego jabłka – mruknął.

Andrea zerknęła podejrzliwie na croissanta. Gdy go ugryzła, okruszki obsypały bluzkę, kilka wpadło za dekolt.

– W razie czego mam bułki na czarną godzinę. – Podniósł do góry torbę „pup”. – Może weźmiesz jedną ze sobą, gdyby się okazało, że krasnoludki serwują samolotowe porcje?

Potrząsnęła głową.

– Mój krasnal jest z Komisji, chcę go ściągnąć do programu. Kiedy omawiam interesy, mało jem.

– Ja, jak nie zjem, robię się zły.

– Niesamowite, mam to samo! Inni znoszą głód w sposób cywilizowany, ja robię się wściekła. Dorobiłam się kompleksów na tym tle.

– Niepotrzebnie – uspokoił ją Jonathan. – W końcu jesteśmy drapieżnikami, barania skóra, pod spodem wilcza osobowość.

– Brzmi jak opis choroby – skrzywiła się.

– Po łacinie: homo homini lupus.

Znów się uśmiechnęła, a on przypomniał sobie o trzymanej w ręku kawie. Upił trochę, nie spuszczając wzroku z Andrei. Odsunęła włosy z czoła gestem, po którym poznał, że nie ma nic przeciwko temu spojrzeniu.

– Mieszkasz niedaleko? – zapytała.

– Parę przecznic stąd.

– Jak twój kurs pisania?

– Na razie przerabiam kurs przetrwania, czyli stan po przeprowadzce – Wskazał dżinsy, w których klęczał, gdy skręcał szafy, łóżka i regały.

– Nie szukasz już pracy w Komisji?

– Nawet nie zacząłem. Skoro powiedziałaś, że będę się tam czuł jak gęś…

Tym razem się nie uśmiechnęła, jakby żart wyskoczył z torów i podskakiwał kulawo na wybojach ulicy.

– Muszę lecieć – rzuciła, zerkając na zegarek.

„Przesadziłem” – pomyślał.

A potem stało się coś, od czego włoski podniosły mu się na rękach. Andrea wyprostowała się, strząsnęła okruszki rogalika z bluzki i podeszła, by się pożegnać, cmokając go frankofońskim zwyczajem, w oba policzki. Ale Jonathan zapomniał, ile razy się tu całuje i po dwóch cmoknięciach, schylił się po trzecie, a wtedy ona, zdezorientowana, zatrzymała obrót głowy wpół drogi i zamiast nadstawić policzek, dotknęła wargami jego ust. Jonathan w odruchu przesunął swoje o centymetr (coś w nim bezgłośnie krzyknęło: „chcę!”) – i złączone usta drgnęły pod wpływem ciepła i wilgoci, zaczęły się szukać…

Następnego ranka po odwiezieniu dzieci do szkoły, Jonathan przysiadł w kawiarni i sprawdził mejle – organizatorzy kursu z „L’Atelier d’ecriture” wyznaczyli mu rozmowę kwalifikacyjną za tydzień. Megi powiedziała, że powinien spróbować, byleby pogodził pracę z domem. Na nią nie miał co liczyć, miała masę roboty. Pogratulował sobie, że przynajmniej znalazł już niańkę.

Otworzył dokument z notatkami, które zrobił z myślą o kursie, gdy w jego myślach pojawiła się Andrea. Film z ich spotkania znów zaczął się rozwijać, wspomnienie ciepła jej ust przeszyło go falą gorąca. Nietypowe było to, że ten „film” nie miał ciągu dalszego, jak bywało w przypadku przejściowych fascynacji innymi kobietami w czasie ostatniej, monogamicznej dekady. To, co byłoby początkiem scenariusza, prowadzącym do eksplicytnej konsumpcji, zatrzymywało się na niewinnym pocałunku. Zostawiało go w zachwycie, jakiego nie pamiętał, a może w ogóle nie znał.

Pstryknął palcami w obudowę laptopa. Było w tej kobiecie coś narkotycznego, już sam fakt, że zamiast o jej pośladkach, marzył o zapachu, było złym znakiem.

Zadzwoniła komórka. Jonathan drgnął, naraz zdenerwowany.

– To ja – usłyszał.

– Megi? – z trudem uspokajał głos. – Nie wyświetlił mi się twój numer.

– Dzwonię z pracy. Posłuchaj, nie dam rady dziś odwieźć Antosi na konie, bo muszę do jutra oddać raport.

– Zawiozę ją, nie ma sprawy.

– Dzięki, kochany!

Sssyk…! Powietrze zaczęło uchodzić z pachnącego wyobrażenia o Andrei.

– Jesteś tam? – zapytała Megi.

– Kocham cię – usłyszał własny głos.

– Ja ciebie też – zapewniła go pospiesznie. – Muszę kończyć, mam zebranie.

Jonathan przyszedł pod szkołę za wcześnie. Dziedziniec był jeszcze pusty, chociaż w budynku zaczął się ruch, odgłosy wzmagały się, jak w wielkim ulu. Przysiadł na murku, w sąsiedztwie kilku matek.

– …wycieczka na farmę, proszą rodziców, żeby pomogli przypilnować dzieci – piękna Włoszka mówiła z silnym akcentem, z daleka miało się wrażenie, że rozmawia w swoim języku. – A ja nie mogę, boję się drobiu i zwierząt gospodarskich.

– Puchniesz? – Japonka po angielsku brzmiała jak sylabizujący pięciolatek.

Włoszka zamilkła na chwilę, zdezorientowana.

– Nie jestem alergiczką – wyjaśniła. – Po prostu panicznie się ich boję.

Japonka znieruchomiała, a Jonathan przyjrzał się Włoszce; wariatka czy nie, była naprawdę niezła.

– A ja brzydzę się żywych ryb – włączyła się trzecia kobieta o płaskim, fińskim akcencie. – I wypchanych zwierząt.

– Ja nie lubię otwartych przestrzeni – wyznała Japonka – i zamkniętych pomieszczeń.

Jonathan zastanowił się przez chwilę nad technicznym aspektem tego paradoksu, gdy naraz usłyszał znajomy głos farmera z Ohio.

– Dupa! – powitał go Amerykanin.

– Dzień dobry – odparł Jonathan, robiąc mu miejsce na murku.

– Co u ciebie?

– Świetnie, a u ciebie?

– Co za dzień, co za dzień…

– Szukamy chętnych rodziców, którzy mogliby pojechać z dziećmi na farmę – zagaiła Włoszka, która podeszła do nich razem z Japonką. – Szkoła organizuje wyjazd, ale potrzebują kogoś do pilnowania dzieci. Przed tymi wszystkimi zwierzętami. Może pan mógłby pomóc?

– Ja? – upewnił się farmer.

– Ty – kiwnęła głową Japonka. Mówiąc po angielsku, była skupiona, co nadawało jej twarzy wyraz mimowolnego okrucieństwa.

W samochodzie Jonathan zapytał dzieci, jak było w szkole. Zaczęły opowiadać, podczas gdy on zastanawiał się, ile Andrea może mieć lat. Pewnie po trzydziestce, czas rozkwitu rasowych kobiet, gdy na dziewczęcy wygląd nakłada się sposób bycia kobiety – to, co podniecało go najbardziej.

Minął manewrującego niezdarnie peugeota i zarejestrował dochodzące z tyłu hałasy.

– Nie kłóćcie się – mruknął odruchowo.

– To powiedz mu, żeby mnie nie kopiował!

– Naśladował – poprawił automatycznie Jonathan.

– Nie kopiuję jej – zdenerwował się Tomaszek.

– A co dziś robiliście, synku? – zmienił taktykę Jonathan.

– Kopiowaliśmy wiewiórki – odparł chłopiec.

– Ha, ha – powiedziała Antosia. – W chowaniu orzechów?

Jonathan ruszył spod świateł. Andrea była zgrabna i szczupła, a jednocześnie tak apetycznie pełna, że miał ją ochotę wymiętosić.

– …nie, nie! – denerwował się z tyłu Tomaszek. – Chodziliśmy za nimi, no wiesz, za nimi…

– Śledziliście je? – podsunął Jonathan, rozgryzając anglicyzm.

– No właśnie!

Nawet nie wiedział, czy ona ma dzieci. Wiedział, że to nie miało wpływu na figurę, teraz czterdziestolatki wyglądały lepiej niż dwudziestolatki, Megi po dwóch porodach miała lepszą sylwetkę niż przedtem. W takim razie dlaczego od jakiegoś czasu, myśląc o żonie, w wyrazie „seksowna” zmieniał jedną literę – i nieubłaganie wychodziło: „sensowna”?

Andrea miała drobne piersi, a pod nimi wąską talię i krągłe biodra.

– Tatusiu, światła.

– Tak, tak, światła.

– Jest zielone – wyjaśniła cierpliwie Antosia. – Możesz jechać.

– A, rzeczywiście!

Obiektywnie rzecz biorąc, łatwo się było zachwycać Andreą. Była piękna, inteligentna, błyskotliwa i delikatna. Miała niezbyt zgrabne nogi, ale za to bardzo długie, kilka zmarszczek tylko dodawało jej uroku. „Trophy wife” faceta, na którego leciała większość pracownic Komisji.

Mogła mieć każdego. Był idiotą, poświęcając tyle myśli cudzej kobiecie.

– To co te wiewiórki robiły? – zapytał grubym głosem.

I wtedy przyszedł od niej esemes.

Gdy drzwi wejściowe stuknęły i dzieci pobiegły przywitać się z Megi, Jonathan zszedł na dół i cmoknął żonę w policzek. „Nie skręciłeś regałów, nie dopilnowałeś lekcji Antosi, zapomniałeś kupić mięso na jutro…” – usłyszał.

Dyskretnie wsunął komórkę do kieszeni. I tak znał na pamięć treść tego esemesa: „Miło się z Tobą rozmawiało. Andrea”.

Tej nocy zasypiał z rękami pod głową i niespokojnym podbrzuszem. Po co flirtował z Andreą? Dlaczego bez namysłu odpisał: „Chętnie zrobiłbym to jeszcze raz”?

6

„L’Atelier d’ecriture” mieściło się w dziewiętnastowiecznej kamienicy. Wchodziło się po schodkach, mijając stojące w ogródku kamienne rzeźby: z gruba ciosane sylwetki dziewczyn o spiczastych piersiach i mężczyzn w kapelutkach, niczym z wczesnych „Bondów”.

Kobieta, która przywitała Jonathana, miała srebrnosiwe włosy i nienaganny francuski. W rozmowie zastawiła kilka misternie utkanych pułapek, na szczęście znał francuskie idiomy i książki, o których mówiła. Dorzucił garść tytułów teoretycznoliterackich, przytoczył treść artykułów, które ostatnio czytał w prasie fachowej, aż się rozjaśniła. Miała po pięćdziesiątce, a była tak zgrabna i pociągająca, jakby siwizną tylko kokietowała.

– Twoja grupa liczy siedem osób. Tylu się zapisało, ale to się może zmienić. Zazwyczaj ludzi ubywa w trakcie kursu. – Wstała i wyciągnęła do niego rękę z uśmiechem.

– Dziękuję, pani Lefebure.

– Cecile – poprawiła go.

Po wyjściu z „L’Atelier d’ecriture” Jonathan ruszył główną osią miasta, prosto na kamienny łuk, zwieńczony rzeźbą biegnących koni, przytwierdzony do ziemi skrzydłami pawilonów. Znajdowały się tam muzea i klub nocny. Mimo monumentalnego charakteru budowli, wokół było przytulnie. Na placu parkowały przenośne budki z goframi, rowerzyści objeżdżali łuk, spacerowicze siadali na trawie i schodkach, jedli kanapki, czytali.

Mimo jesieni, trawa w parku Cinquantenaire była zielona, jak skrzeczące na gałęziach drzew papugi. Tajemnicą było, jak egzotyczne ptaki mogą przetrwać europejską zimę. A jednak wciąż tu były, gubiąc szmaragdowe pióra, które w dni takie jak ten zlewały się z podłożem.

W kieszeni Jonathana piknęła komórka. Przystanął, u jego stóp zaszurały gołębie, napuszone w miłosnym amoku. Megi esemesowała, żeby zadzwonił. Skasował wiadomość od niej i wpatrzył się w tę, która przyszła wczoraj – od Andrei.

Od czasu pierwszego esemesa coraz częściej pokrywali ekraniki komórek szlaczkami zdań. Dramaturgią przypominało to zabawę w berka – raz on był blisko niej, raz ona go prawie dotykała. Nie tracił przy tym zimnej krwi, kombinował na kilka ruchów naprzód, błyskotliwość mieszał z czułością, komplementy urozmaicał niedopowiedzeniami. Aż sam się sobie w tym podobał! Nie uwodził nikogo od lat, a teraz pomysły wyskakiwały z takim impetem, jak ziarna popcornu smażone na oleju. Ależ go to wciągnęło!

Rozejrzał się półprzytomnie po parku. Z prawej mignęła modra plama; to grupa kadetów z pobliskiej akademii wojskowej robiła rozgrzewkę. Biegli prężnie, trochę chłopcy, trochę mężczyźni. Biali i czarni, mijali starszych panów w jasnych ubraniach a la tropik.

Jonathan ściskał w rękach komórkę, słodycz rozlewała się po ciele. Nie widział tokujących na ścieżce ptaków. Pisać do Andrei, czy nie pisać? Powinien zadzwonić do Megi, pytała, jak mu poszło. „Pozdrowienia od świeżo upieczonego wykładowcy pisania dla najpiękniejszej kobiety w Brukseli” – wystukał w komórce. Spocił się i skasował esemesa. Chwilę później napisał to samo, dodając: „PS Chyba, że jeszcze nie jadłaś”.

Schował telefon i szybkim krokiem ruszył przed siebie. „To tylko zabawa, nic takiego nie robimy,” uspokajał oddech. Gdy przeszedł na drugą stronę łuku, wiatr szarpnął wiszącymi nad jego głową flagami. Piknięcie esemesa. Andrea pisała: „Gryzę, ale niezbyt mocno… ”

Stefan