Wydawca: Muza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 312 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niekochana - Katarzyna Misiołek

Agnieszka jest z pozoru szczęśliwą mężatką. Z pozoru, bo poznajemy ją w momencie, w którym zastanawia się, czy mąż jeszcze ją kocha... On jest idealny, ale tylko dla postronnych świadków. W domu zmienia się nie do poznania - chłodny, obojętny na potrzeby żony i nieskory do kompromisów, oddala się od niej coraz bardziej, w końcu niemal zupełnie ją ignoruje. Ona kocha, więc walczy, prosząc o dobre słowo, czuły gest, czy odrobinę wspólnie spędzonego czasu. Dopiero kiedy przypadkiem dowiaduje się o zdradzie męża, unosi się honorem i odchodzi. Szybko jednak wraca przerażona niespodziewaną samotnością, zagubiona we własnych emocjach, stęskniona. On zaczyna bardziej się starać, chociaż ciężko wzniecić pożar uczuć na zgliszczach. Agnieszka jednak świetnie potrafi oszukiwać samą siebie. Tyle, że on wcale się nie zmienił... Któregoś dnia bohaterka odkrywa pewne skrzętnie do tej pory skrywane mężowskie upodobania i daje się wciągnąć w grę, która od samego początku jest dla niej upokarzająca - wtedy pojmuje, że nie ma sensu dłużej ciągnąć tego związku. Odchodzi na dobre i zaczyna wszystko od nowa. Ale czy znajdzie szczęście?

Opinie o ebooku Niekochana - Katarzyna Misiołek

Fragment ebooka Niekochana - Katarzyna Misiołek

Projekt okładki: Katarzyna Konior

Redakcja: Irma Iwaszko

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Andrzej Sobkowski

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: zespół

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Paul Barton/Corbis/Fotochannels

© by Katarzyna Misiołek

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

ISBN 978-83-7758-880-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

1

Dzielił nas stół. Długi, dębowy, po pradziadkach ze strony męża. Igor siedział naprzeciwko, w skupieniu krojąc cielęcinę. Nóż w jego ręku pracował szybko i precyzyjnie, zacięty wyraz przystojnej, szczupłej twarzy wymownie świadczył o tym, że mój mąż duchem jest w zupełnie innym świecie. Nie rozmawialiśmy – od dawna tego nie robiliśmy, jedząc. W tle, z kuchennego radia sączył się jazz; za oknem zgraja dzieciaków z sąsiedztwa z zapamiętaniem kopała piłkę, rozgrywając kolejny mecz na wąskiej uliczce tuż za naszym płotem.

– Cholerni gówniarze wydzierają się przez całe dnie – warknął mąż, przerywając milczenie.

Milczenie, które zaczynało być niezręczne, sztuczne, straszne…

– W ich wieku… – Wzruszyłam ramionami, nie bardzo wiedząc, co właściwie chciałam powiedzieć.

Nie przeszkadzały mi dzieciaki sąsiadów. Przeszkadzało mi to, co się działo przy moim własnym stole. Chciałabym zapytać męża o cokolwiek. O tę jego cholerną firmę, znajomych, głupią kosiarkę, którą niedawno planował kupić. Niechby nawet mówił o sporcie czy polityce, byle tylko coś powiedział… Nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy to się zaczęło. Kiedy zupełnie przestaliśmy ze sobą rozmawiać? Owszem, wymieniamy jeszcze jakieś banalne uwagi. „Zamknęłaś wszystkie okna?”, „Widziałaś moją prążkowaną koszulę?”, „Jest jakaś zupa?” – cóż, zazwyczaj to on ma tego typu pytania. Moje bywają przemilczane względnie zbywane poirytowaniem. „Przestań się we wszystko wtrącać!” – warknął Igor, kiedy zapytałam, czy nadal pracuje z nim jeden z naszych dawnych znajomych. Jakby to była jakaś tajemnica… A może była?

Mąż odłożył sztućce i zapatrzył się w okno. Słońce prześwitywało poprzez konary rosnącego pod domem kasztanowca, jaskrawymi rozbłyskami migotało na tle jasnobeżowych ścian salonu.

– Dzięki. – Igor wstał i niedbale rzucił na stół zużytą, lnianą serwetkę.

Przypomniałam sobie, że znowu trzeba będzie nastawić pranie, i zapytałam męża, czy zje jeszcze trochę sałatki.

– Zrobiłam wczoraj tę z porów i…

– Nie, nie. Zaraz będę lecieć – mruknął, wchodząc mi w słowo. Nie zaszczycił mnie nawet przelotnym spojrzeniem i ruszył w stronę schodów.

Zerknęłam na zegarek. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Igor bezczelnie mnie okłamuje. Twierdził, że umówił się na squasha. Z naszym wspólnym znajomym, w klubie za miastem. Czemu więc zamiast białej koszulki polo, którą zazwyczaj wkładał w soboty, i spranych dżinsów, miał na sobie elegancką lnianą marynarkę i nowe spodnie? Czemu starannie się ogolił, chociaż w weekendy zazwyczaj mu się nie chciało? Czemu nie potrafił spojrzeć mi w twarz, jakby się bał, że zdemaskuję wszystkie jego łgarstwa? Wyszedł, zostawiwszy mnie samą za stołem. Rozpłakałam się nad talerzem z niedojedzoną cielęciną we francuskim cieście, którą zrobiłam specjalnie dla niego. Kilka minut później trzasnęły drzwi od garażu. Płakałam i nie mog­łam się uspokoić – jakiś kwadrans, może nawet dłużej. Zupełnie jakbym nagle w to słoneczne sobotnie popołudnie zrozumiała coś, co podejrzewałam chyba od dawna – Igor już mnie nie kochał…

Telefon zadzwonił, kiedy ocierając głupie łzy, zbierałam ze stołu brudne talerze. Mąż zawsze zostawiał je tam, gdzie zjadł. Posprzątam, przecież od tego jestem – pomyślałam z goryczą, podchodząc do aparatu.

– Cześć, Agusiu! Twoja brzydsza połówka w domu? Dzwoniłem na jego komórkę, ale nie odbiera – usłyszałam tubalny głos Krzysztofa.

– Właśnie wyszedł, podobno gra dziś z tobą w squasha – syknęłam, nie mając ochoty na zabawę w dyplomację.

Krzysztofa zamurowało, jednak nie na długo.

– Każdy facet potrzebuje czasem dobrego alibi, słońce. Pewnie wyskoczył na jakąś wódeczkę – mruknął. – No nic, trzymaj się ciepło! Magda pozdrawia!

Nie miałam pewności, ale w jego głosie usłyszałam chyba coś na kształt politowania. A może tylko mi się wydawało?

– Igor niewiele pije – szepnęłam, chociaż w słuchawce brzmiał już tylko sygnał.

Dwie godziny później dom lśnił. Umyłam podłogi, przetarłam kuchenne blaty, nastawiłam pranie i wyprasowałam dwanaście mężowskich koszul – perfekcyjna pani domu na straży swojego rozpadającego się z hukiem królestwa. Przed osiemnastą zdecydowałam, że nie będę tak po prostu na niego czekać, i zadzwoniłam do przyjaciółki. Miałam ochotę na kino, może na drinka, jednak Zuza gościła właśnie na działce teściów. Obdzwoniłam jeszcze trzy inne koleżanki, ale wszystkie miały już plany.

– Sorry, Aga, ale właśnie wyjeżdżamy z Adasiem na grilla do znajomych. Podrzuciłam Karolinkę mojej mamie i jestem w czystej euforii – powiedziała Aśka, od razu dorzucając, że musi kończyć.

Renata wybierała się ze znajomymi męża na kręgle, a Hanka była za miastem.

– Robert zrobił mi niespodziankę, rezerwując domek w górach. Pogoda bajeczna, miłość kwitnie… Opowiem ci, jak wrócę – paplała mi do słuchawki.

Rozłączyłam się pod byle pretekstem – pomimo całej sympatii do Hanki w tym akurat momencie nie potrafiłam słuchać jej przesyconego radością szczebiotu. Odkładając słuchawkę, zdałam sobie sprawę, że ze wszystkich przyjaciółek tylko ja jestem nieszczęśliwa w małżeństwie, i znowu się poryczałam.

Igor wrócił dopiero przed dwudziestą trzecią. Czekałam na niego na dole – w ręku książka, w głowie plątanina niewesołych myśli.

– Jak się grało? – wycedziłam, kiedy wszedł do salonu, niedbale rzucając lnianą marynarkę na oparcie fotela.

– Idę pod prysznic – mruknął, ignorując moje pytanie, i zanim zdążyłam coś jeszcze dodać, pogwizdując, wbiegł na górę, radośnie przeskakując po dwa stopnie.

Zgasiłam światła na parterze i poszłam za nim na piętro. Mąż głośno fałszował pod prysznicem. Gdziekolwiek był, wrócił stamtąd wyjątkowo zadowolony. Ściągnęłam czerwony satynowy szlafroczek i zostałam w kusej koronkowej koszulce. Kupiłam ją rok wcześniej, na wyprzedaży w Galerii Centrum, z nadzieją na jakiś czuły wieczór, jednak najwyraźniej na Igorze takie fatałaszki nie robiły już wrażenia. Równie dobrze mogłabym na siebie włożyć zgrzebny pokutny worek, a i tak nie zauważyłby różnicy… Usiadłam na łóżku. Nie bardzo wiedziałam, co robić. Położyć się i udawać, że śpię? Próbować porozmawiać z Igorem, przebić ten mur milczenia, wydobyć z męża jakiekolwiek emocje? Kropla drąży skałę – przypomniałam sobie znane powiedzenie. Czemu więc ja nie miałabym cierpliwie do niego dotrzeć? Przymknęłam okno, które parę minut wcześniej mąż otworzył na oścież, i wsunęłam się pod kołdrę. Był koniec września i wieczory zrobiły się chłodne.

Igor wszedł do sypialni minutę później i z powrotem otworzył okno.

– Jest zimno! – zaprotestowałam.

Spojrzał na mnie krzywo i z wyraźnym poirytowaniem warknął, że w takim razie prześpi się w gościnnym pokoju.

– Igor, co się z nami dzieje?! – krzyknęłam, tracąc panowanie nad głosem.

Obojętnie wzruszył ramionami i sięgnął po leżącą na komodzie komórkę. Nie uszło mojej uwagi, że wcześniej zabrał ją ze sobą do łazienki.

– Dobranoc – powiedział chwilę później i cicho zamk­nął za sobą drzwi.

Telefon wziął ze sobą…

Pobiegłam za nim – bosa, roztrzęsiona i upokorzona. Nie zamierzał ze mną rozmawiać.

– Zostaw, jestem zmęczony – rzucił przez zaciśnięte zęby, kiedy gładząc go po plecach, usiłowałam się przytulić.

– Tylko tyle masz mi do powiedzenia? – szepnęłam.

Minął mnie bez słowa i skrył się w gościnnej sypialni. Wróciłam do pustego łóżka. Czułam, że moje małżeństwo wali się w gruzy, a ja stoję obok i nie mam pojęcia, co z tym fantem zrobić. Najgorsza wydawała mi się świadomość własnego poniżenia – żebrząc o miłość Igora, sama sobie wydawałam się wyjątkowo żałosna.

2

Obudziłam się z migreną. Ostatnio zdarzało mi się to coraz częściej. Stojący na nocnej szafce zegarek pokazywał ósmą dwanaście. Usiadłam na łóżku, szeroko ziewając – skołowana niczym ofiara jet lagu. Przeczesałam palcami zmierzwione po nocy włosy i wsunęłam stopy w kapcie. Ciekawe, czy mąż jeszcze śpi. Za oknem lało. Deszcz bębnił o parapet z zacięciem godnym prawdziwego furiata – niczym pijany pianista w taniej spelunie, przelewający na pożółkłe klawisze wszystkie swoje frustracje.

Ósma trzynaście…

Niedzielny poranek. Moglibyśmy pojechać gdzieś za miasto. Wybrać się na obiad do jednej z tych niewielkich, pachnących rozmarynem restauracji, odwiedzić jakichś starych znajomych albo przesiedzieć całe popołudnie w kinie. Mieliśmy nawet swoje ulubione – w co drugi weekend grali w nim tylko stare amerykańskie filmy. Moglibyśmy usiąść w wygodnych pluszowych fotelach i dzieląc czas, emocje i kubełek popcornu, zapatrzyć się w ekran, zapomnieć o całym świecie. Kiedyś oboje uwielbialiśmy Marlona Brando i na okrągło oglądaliśmy filmy z jego udziałem. Ale sobotnie maratony filmowe należały do przeszłości, podobnie jak cała masa innych rzeczy. Tak, moglibyśmy iść do kina. Tyle że to się nie stanie… Chyba przestaliśmy już nawet udawać, że jeszcze lubimy spędzać ze sobą czas – pomyślałam. Najgorsza była dla mnie świadomość, że tylko ja w tym układzie cierpię. Igorowi już najwyraźniej na nas nie zależało, ja wciąż go kochałam…

Przez dłuższy czas siedziałam na łóżku, wsłuchując się w ironicznie sielankową ciszę poranka. Łudziłam się nawet, że mąż zrobi dla nas jakieś wymyślne śniadanie. Że przeprosi za swoją oschłość, pocałuje i przytuli. Jednak z parteru nie dochodził żaden dźwięk i dotarło do mnie, że Igor pewnie jeszcze smacznie śpi za ścianą na piętrze – obojętny i obcy, nieczuły na mój ból. Przed dziewiątą wpadłam w panikę. Co zrobię z czasem, czym się zajmę? Niedziela. Najgorszy dzień tygodnia. Każdy, kogo znałam, spędzał go z rodziną – tylko ja snułam się po domu, nie mając pojęcia, czym zająć ręce. Byłam skłonna pastować podłogi, wycierać kurze, prać firany i prasować koszule, żeby zabić te nieubłaganie tykające w mojej głowie sekundy, minuty i godziny, problem polegał jednak na tym, że dom lśnił czystością, bo pucowałam go stale w oczekiwaniu na ciepłe słowo czy czuły gest męża, które ostatnio prawie się nie zdarzały.

Trzasnęły drzwi i Igor zbiegł na dół. Przygryzłam wargi, nasłuchując każdego pojedynczego dźwięku, ale nie usłyszałam ani szumu czajnika, ani nawet radia, które mąż zazwyczaj włączał rano. Podeszłam do drzwi i przyłożyłam do nich ucho. Chciałam zejść na dół i jednocześnie się bałam – więźniarka własnego domu, niewolnica niewypowiedzianych emocji. Wrócił na górę; pogwizdywał. Ostatnio nienawidziłam, kiedy to robił. Chodził tak kurewsko z siebie zadowolony, podczas gdy ja miałam ochotę skulić się w jakimś kącie i wyć. Z żalu, rozpaczy, upokorzenia i tęsknoty za tym, co było kiedyś. Bo kiedyś było przecież inaczej, kiedyś Igor mnie kochał… Nagle przypomniałam sobie tamten słoneczny wrześniowy weekend – rok albo dwa po naszym ślubie. Wybraliśmy się nad morze – oboje kochaliśmy Bałtyk po sezonie. Spędzona na wąskim, skrzypiącym łóżku noc ostro dała nam się we znaki. Niewiele spaliśmy, za to trzy razy się kochaliśmy. Tuż przed ósmą rano Igor pocałował mnie w szyję, mrucząc, że ma ochotę na spacer. Ubrałam się na cebulkę – świetnie pamiętałam, jak potrafi wiać przy samej wodzie – i wyszliśmy z pensjonatu, trzymając się za ręce niczym zakochane, zapatrzone w siebie nastolatki. Plaża była niemal pusta. Pomimo bezchmurnego nieba dmuchało dość mocno, a że pora była jeszcze wczesna, byliśmy jedynymi plażowiczami kręcącymi się w okolicach drewnianego molo. Zbierałam burszty­ny, z wbitym w mokry piach wzrokiem, przeczesując wyrzucone przez wzburzone morze skarby. Nagle Igor objął mnie w pasie, podniósł w górę, zakręcił mną młynka i krzyknął, że ożenił się z najpiękniejszą dziewczyną na świecie. Śmiałam się wtedy tak, że po policzkach pociekły mi łzy, jednak on wyglądał na śmiertelnie poważnego. „Jestem największym farciarzem pod słońcem” – szepnął mi wtedy na ucho. Cóż, wyglądało na to, że wystarczyło parę lat, by ten jego fart gdzieś wyparował…

Dochodzący z łazienki szum wody z prysznica jasno dał mi do zrozumienia, że mąż nie zamierza spędzić ze mną poranka, że pewnie nie planuje nawet zamienić ze mną paru słów. Ubierze się i wyjdzie, zostawi mnie samą – od jakiegoś czasu właśnie tak wyglądały nasze „rodzinne” niedziele. Nagle pomyślałam o rozwodzie. Czy odważyłabym się tak po prostu przekreślić te cztery wspólne lata? Stracić dom, znajomych, odwrócić się plecami do całego dotychczasowego życia? Dom był Igora. Razem z niewielką działką, kupili go jego rodzice jeszcze w naszych narzeczeńskich czasach. Swojego mieszkania nie miałam, nie wiedziałabym, dokąd pójść. Mój brat mieszkał z żoną w dwupokojowej klitce na obrzeżach miasta, mama od paru lat nie żyła. Ojciec siedział w Irlandii, jednak ojcu na pewno nie zamierzałam zwalać się na głowę. Prawdę mówiąc, nie pamiętałam nawet, kiedy ostatnio rozmawialiśmy. Chyba w święta…

Myśl, dziewczyno! – nakazałam sobie w duchu, miotając się po sypialni.

Ulewa na zewnątrz wyraźnie się wzmogła, co dziwnie mnie przygnębiło. Zazwyczaj lubiłam deszcz, jednak tego dnia wydawał mi się jakiś dziwnie złośliwy, niemal ironiczny – ciemne chmury nad moim małżeństwem, ciemne chmury za oknem… Mogłabym coś wynająć, w końcu pracuję – zdecydowałam. Jako tłumaczka kokosów nie zarabiałam, ale narzekać również nie powinnam. Więc coś wynajmę, odetnę się. Odejdę, ucieknę, zaszyję się gdzieś i co dalej? Czy warto? W końcu wciąż go kocham, wciąż go chcę. Nigdy nikogo nie kochałam tak mocno jak męża. Czy potrafiłabym tak wszystko przekreślić? Pamiętam dokładnie nasz ślub. Jasne, wpatrzone we mnie oczy Igora, jego ciepłe dłonie, krzepiący uśmiech… W środku ceremonii podenerwowany świadek upuścił nasze obrączki, które z cichym brzękiem potoczyły się po marmurowej kościelnej posadzce. Czytałam gdzieś, że to zły omen, chociaż wtedy tylko się z tego śmiałam. Może jednak złe znaki niosą za sobą pecha? – myślałam teraz. Jak to możliwe, że w tak krótkim czasie nasze małżeństwo zaczęło przypominać żałosną tragifarsę? Wiedziałam, że nie powinnam snuć takich fatalistycznych wizji, rozmyślać o turlających się po posadzce upuszczonych obrączkach i ciążącym nad nami fatum, jednak mój pesymizm narastał z dnia na dzień – niczym huba systematycznie obrastająca pień drzewa.

Mąż zakręcił wodę. Za ścianą coś gruchnęło, Igor chy­ba upuścił na podłogę suszarkę. Siedziałam w bezruchu. Co przyniesie kolejny dzień, tydzień, miesiąc…? Mąż suszył włosy. Przez chwilę suszarka buczała za ścianą, w końcu zapadła cisza. Usłyszałam jeszcze jego pogwizdywanie i Igor wyszedł na korytarz. Znów zbiegł na dół. Zeszłam na parter, zastanawiając się, co powiedzieć, żeby chociaż na moment zwrócić jego uwagę. Ostatnio czułam się prawie niewidzialna – im bardziej pragnęłam bliskości, z tym większą determinacją mąż mnie odpychał. Żył we własnym świecie, do którego nie miałam wstępu, i ignorował mnie tak skutecznie, że chwilami jakbym nie istniała. Jakbym rozpłynęła się w gęstej jesiennej mgle, znikła z powierzchni ziemi, przepadła…

Weszłam do kuchni. Igor siedział za stołem w samych bokserkach i pospiesznie wyjadał jogurt z niewielkiego różowego kubeczka.

– Cześć. – Posłałam mu blady uśmiech. – Strasznie źle spałam i boli mnie głowa – dodałam, sama nie wiem po co.

Oczekiwałam jego współczucia? Wolne żarty.

– Dzień dobry – mruknął, wpatrując się w dno kubeczka zapewne w poszukiwaniu zachwalanych przez producenta dużych kawałków owoców, które zazwyczaj wyglądały jak przepuszczone przez maszynkę do mięsa przywiędłe strzępy.

„Dzień dobry” – skrzywiłam się. Ostatnio ulubione przywitanie Igora. Dzień dobry mógł powiedzieć również ospałej pani z zusowskiego okienka, koleżance z pracy i upierdliwemu sąsiadowi z przeciwka. Dzień dobry, chuj z tobą, gnojku! – Z furią zatrzasnęłam otwarte na oścież kuchenne okno.

– Jadę do rodziców – oznajmił Igor beznamiętnym tonem.

Wstał, przeczesał palcami włosy, celnym trafieniem wrzucił do kosza pusty kubeczek po jogurcie i nie zaszczyciwszy mnie nawet przelotnym spojrzeniem, pogwizdując, wyszedł z kuchni. Dziesięć minut później ubrany w elegancką koszulę i nowe ciemne spodnie zniknął w drzwiach garażu. Szukając w lodówce masła, zauważyłam miskę ze skrojonym, obtoczonym przyprawami filetem z indyka. Igor zażyczył go sobie na niedzielny obiad, jednak najpewniej zje coś u swojej matki. W przypływie furii cisnęłam nieszczęsne mięso do kosza i obiecałam sobie, że przestanę mu w ogóle gotować. Niech się stołuje na mieście, u mamuni, albo tam, gdzie tak namiętnie chadza w tajemnicy. Bo w to, że grywa z Krzysztofem w squasha, przestałam już wierzyć.

3

W południe postanowiłam spróbować szczęścia i zadzwoniłam do Zuzy. Byłam pewna, że zaplanowała już coś na niedzielę, jednak miałam fart. Powiedziała, że chętnie się spotka, i wybrałyśmy się na miasto. Spotkanie było standardowe – kawa, obłędnie kaloryczny kawałek czekoladowego tortu, zakupy. Przyjaciółka sprawiła sobie czerwoną sukienkę, nowe buty i srebrną bransoletkę, ja nie kupiłam niczego. Po co, skoro i tak nie miałabym się komu w tym pokazać? Czasy, w których chadzaliśmy z Igorem do teatru, opery czy restauracji, minęły bezpowrotnie.

Koło piętnastej obie nagle zgłodniałyśmy.

– Więc co u was? – zapytała Zuza, kiedy usiadłyśmy w ogródku małej, przytulnej restauracji z widokiem na starówkę.

Po chłodnym poranku nie było już nawet śladu – popołudnie było ciepłe, prawie letnie. Zdjęłam swój ulubiony, nieco znoszony żakiet w kolorze malinowego sorbetu i zapatrzyłam się w spacerujących rynkiem ludzi. Miałam wrażenie, że wszyscy dookoła są szczęśliwsi ode mnie. Wiedziałam, że to dość infantylny punkt widzenia, nie mogłam jednak nic na to poradzić – było mi źle, a radość innych na tle mojego smutku wydawała mi się jeszcze bardziej ostentacyjna, wręcz wulgarnie krzykliwa.

– Co u nas? – Wzruszyłam ramionami. Czy w ogóle warto się zwierzać? Czy to ma jakikolwiek sens?

Zuza była dopiero rok po ślubie ze swoim Tomkiem – wciąż po uszy zakochana, naiwnie wierzyła w wyświechtaną formułkę „dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Cóż, w moim przypadku śmierć przyszła o wiele wcześniej, niż mogłabym się spodziewać, wkładając na palec Igora złotą obrączkę. Nasze małżeństwo definitywnie było martwe, zastanawiałam się tylko, czy zdołam wyprawić mu oficjalną stypę, czy będę się tak dusić jeszcze przez rok, trzy, dziesięć… Dusić się i kochać jednocześnie – czy to nie najsmutniejsza opcja, jaką może sobie wyobrazić kobieta? Miałam niespełna trzydzieści cztery lata, a czułam się tak wypalona, jak osiemdziesięcioletnia staruszka u kresu swoich dni. Trzydzieści cztery lata, a przede mną kompletna pustka. Szarpałam się, dusiłam i miotałam, tkwiłam po same uszy w tym koszmarnym impasie, a najgorsza wydawała mi się świadomość własnego niezdecydowania. Odejść czy zostać? Walczyć i poniżać się dalej czy uciekać? Przeczekać to wszystko w imię wspólnej przyszłości czy zadbać o teraźniejszość, myśląc głównie o sobie? – codziennie zadawałam sobie podobne pytania, jednak odpowiedź nigdy nie była jednoznaczna.

– Nic nowego się nie dzieje – odpowiedziałam w końcu Zuzie, dyplomatycznie omijając bolesny temat.

Na całe szczęście przyjaciółka nie zauważyła mojego marnego nastroju i skubiąc rąbek swojej jedwabnej apaszki, pełna entuzjazmu, podekscytowana zaczęła opowiadać o zeszłotygodniowym barbecue u swoich nowych sąsiadów, o służbowej wyprawie do Gdańska i remoncie mieszkania.

– Tomasz szaleje, mówię ci! Przez cały weekend szukał farb, tapet i paneli, tak się zaangażował, że prawie nie je i nie śpi – zachwycała się swoim ślubnym, żywo przy tym gestykulując.

Zaangażowanie – pomyślałam. Słowo, którego od dawna nie widziałam w naszym małżeńskim słowniku. Igor miał ostatnio w głębokim poważaniu dosłownie wszystko. Pewnie gdybym nawet przemalowała nasz salon na sraczkowaty odcień brązu, wzruszyłby jedynie ramionami i zapatrzyłby się gdzieś w przestrzeń ponad moją głową, nieobecny, obojętny i zimny.

– Najwięcej problemów mieliśmy z wyborem kolorów. Chcemy, żeby było fantazyjnie i z polotem, ale z drugiej strony, sama rozumiesz… Zbyt krzykliwe ściany są zdecydowanie w odwrocie – paplała Zuza, przeglądając menu.

Przy wolnym stoliku obok nas usiadła para koło pięćdziesiątki – on szpakowaty, opalony, bezdyskusyjnie przystojny i sprawiający wrażenie pewnego siebie, ona po kobiecemu zaokrąglona i chyba smutna. Pomyślałam, że matka natura jest tak cholernie dla kobiet niesprawiedliwa. Zresztą żadna tam matka – prawdziwa suka, bezduszna macocha! Faceci grubo po pięćdziesiątce wciąż bywają atrakcyjni; my z reguły przegrywamy walkę z czasem, dodatkowymi kilogramami i całą resztą… Przyjrzałam się kobiecie – miała siwy odrost na farbowanych kasztanowych włosach, cienie pod oczyma niezbyt skutecznie zamaskowane tanim korektorem i wąską złotą obrączkę na palcu prawej ręki. Taką samą jak on, chociaż ona wyglądała o jakieś dziesięć lat starzej od męża. Zabrali się za przeglądanie karty dań, nawet na siebie nie patrząc.

My z Igorem wyglądamy chyba podobnie – bliscy, chociaż obcy; obcy, chociaż siłą rzeczy w pewien sposób bliscy… Przez jakiś kwadrans zerkałam na nich ukradkiem, nie doszłam jednak do żadnych optymistycznych wniosków – zdecydowanie to jedno z tych małżeństw, które są ze sobą chyba tylko dzięki sile rozpędu. Od jakiegoś czasu bardzo lubiłam obserwować pary. Zastanawiać się nad ich historią, dopowiadać sobie mniej lub bardziej wiarygodną „prawdę” o nich, podsłuchiwać rozmowy, przyglądać się mowie ich ciał. Czasem mówiłam sobie, że to z powodu mojego małżeństwa – im gorzej układało mi się z Igorem, tym bardziej ciekawiło mnie życie innych.

– Aga, słuchasz mnie w ogóle? Jak myślisz, co z kuchnią? Trawertynowe blaty czy coś skromniejszego? Czerń z elementami srebra czy może jakieś ciepłe beże? Myślałam też o metalicznych szarościach połączonych z ostrą żółcią, ale po dłuższym wahaniu wydają mi się zbyt ostentacyjne. Zresztą, jak mówi moja teściowa, wszystko, co krzykliwe, szybko się nudzi i niech mnie cholera, jeśli w tym jednym wypadku mamunia nie ma racji. Jak sądzisz? Zawsze miałaś dobry gust, może coś mi doradzisz? No i jeszcze kwestia naszej sypialni… Tomaszowi podobają się bordowe tapety, ale na miłość boską, nie zrobię przecież z własnego domu czegoś na kształt dzielnicy czerwonych latarni! Jak myślisz, może być błękit czy lepiej podkręcić atmosferę jakimś ostrzejszym kolorem? – Zuza zawiesiła głos i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że przyjaciółka chyba o coś mnie pyta.

– Przepraszam, zamyśliłam się – powiedziałam i odłożyłam na bok trzymane w ręku menu.

Spojrzała na mnie uważniej, chyba w końcu do niej dotarło, że jestem nie w sosie.

– Nie jesteś głodna? Nawet nie wybrałaś…

– Znam ten lokal – weszłam jej w słowo. – Wezmę spaghetti z łososiem i kieliszek białego wina.

– Jasne, jak uważasz. Pytałam o sypialnię. Błękit, dziwkarskie bordo czy może coś w odcieniu gorzkiej czekolady? W połączeniu z beżowymi akcentami mogłoby to wyglądać całkiem dobrze. Myślałam też o połączonych ze srebrzystymi szarościami różach, ale…

Zuza przerwała, bo zadzwoniła jej komórka. W pośpiechu wyjęła telefon z dużej fioletowej torebki.

– Cześć, kocie – zaszczebiotała w słuchawkę. – No z Agą jestem, w restauracji. Mówiłam ci, że robimy sobie babskie popołudnie. Gdzie, gdzie jesteś? Ikea, serio? No to fajnie. Tylko nie wybieraj sam tej lampy do przedpokoju, bo chcę ją zobaczyć. Nie, nie kupiłam chleba… Jasne, że tęsknię… Wieczorem, wieczorem ci pokażę, jak bardzo…

Wstałam. Nie mogłam tego słuchać, nie byłam w stanie. Nie chodziło nawet o to, że zazdrościłam przyjaciółce szczęścia w miłości. Po prostu zachciało mi się płakać i bałam się, że całkiem się rozsypię pośrodku gwarnej, modnej restauracji.

– Zamów za mnie, okay? Skoczę do toalety – szepnęłam, sięgając po zawieszoną na oparciu metalowego krzesła małą czarną torebkę.

Zuza pokiwała głową, paplając do słuchawki coś o butelce wina schowanej w spiżarce. Przecisnęłam się pomiędzy zbyt blisko poustawianymi w ogródku stolikami i ruszyłam w stronę wejścia do lokalu i ulokowanej zaraz po lewej damskiej toalety. Przeglądając się w olbrzymim, oprawionym w imitację wiekowej ramy lustrze, zastanawiałam się, kiedy do mnie zadzwonił ostatnio mąż tylko po to, żeby pogadać. W końcu poprawiłam włosy, nałożyłam kolejną warstwę szminki i zdecydowałam, że chociaż przez to jedno popołudnie przestanę myśleć o Igorze. Gdziekolwiek był i cokolwiek robił, i tak tego nie zmienię. Gdziekolwiek był i cokolwiek robił, niech go wszyscy diabli! – pomyślałam mściwie, ocierając głupie łzy.

4

Ósmy października. Pochmurny, chłodny wieczór, za kwadrans dwudziesta trzecia. Mąż zapomniał o moich trzydziestych czwartych urodzinach, nie przysłał mi nawet esemesa. Prawdę mówiąc, sama nie wiem, czemu siedziałam samotnie w naszym pustym domu. Mogłam przecież wyskoczyć gdzieś z koleżanką. Potańczyć, iść do kina, na spacer czy lody, jednak tkwiłam w salonie – z kieliszkiem wina w ręku, ubrana w nową czarną kieckę, samonośne pończochy i stary, zmechacony szary sweter, który narzuciłam sobie na ramiona, kiedy zmarzłam. Wieczór był chłodny, w powietrzu czuło się wilgoć i charakterystyczny, ostry zapach zbliżającej się jesieni. Zamknęłam wychodzące na niewielki taras drzwi i popijając wino, usiłowałam odgadnąć, gdzie podziewa się Igor, kiedy zadzwoniła moja komórka.

– Słuchaj, przedłużyło mi się spotkanie z klientem. Jestem za miastem, trochę wypiliśmy… Nie chcę prowadzić w tym stanie, prześpię się tutaj. Będę jutro, pewnie wpadnę jeszcze przed pracą, żeby się przebrać – powiedział mąż dziwnie oficjalnym tonem.

Łudziłam się, że dorzuci coś w stylu – „Sto lat, kochanie! Na śmierć zapomniałem o twoich urodzinach, ale wszystko ci wynagrodzę!”. Niestety, dodał tylko, żebym sprawdziła, czy furtka jest zamknięta na klucz, i rozłączył się bez słowa pożegnania.

Popłakałam się.

Trochę z wściekłości, trochę ze smutku. Ot, taki koktajl emocji, który ostatnimi czasy fundowałam sobie na co dzień. Na wpół opróżniona butelka wina stała na stole i kusiła. Wypiłam jeszcze dwa kieliszki i szlochając w słuchawkę, opowiedziałam wszystko Aśce. Czemu akurat jej? Cóż, z racji imienia była pierwszą z przyjaciółek w pamięci mojego telefonu…

– Nie brzmi to dobrze – przyznała cicho. – Mąż mojej siostry zachowywał się tak samo, w końcu powiedział, że kogoś ma, i zostawił Jolkę dla jakieś flądry ze swojej firmy…

– Pocieszać to mnie nie pocieszasz – chlipnęłam i głośno wysiąkałam nos w nieprzyjemnie podmokłą chusteczkę.

– A co chciałabyś usłyszeć? Mówię ci, jak mi to wygląda, chociaż przecież jeszcze wszystko może się wam ułożyć. Musicie szczerze pogadać, Agnieszko! Igor nie jest złym facetem, kiedyś tak się kochaliście… Pamiętasz, jak gnał do ciebie aż z Budapesztu? Ponad setką przez noc, tym starym, rozlatującym się rzęchem twojego teścia, kupionym chyba jeszcze za Gierka. Cud, że się wtedy nie zabił!

Uśmiechnęłam się na myśl o naszym poprzednim, zdezelowanym samochodzie, którym jeździliśmy jeszcze rok po ślubie, dopóki Igor nie awansował i nie kupił sobie nowego, żenująco szpanerskiego wozu. „Żebrząc wciąż o benzynę, gnałem przez noc, silnik rzęził ostatkiem sił. Żeby być znowu w Tobie, śmiać się i kląć, wszystko było tak proste w te dni” – przyjechał wtedy z tego Budapesztu, zanucił mi znany kawałek Budki Suflera i obcałowując mnie po szyi, już w progu zdarł ze mnie nocną koszulę. Wierzyć się nie chciało, że kiedyś potrafił być taki spontaniczny.

– Aga, jesteś? Pogadaj z nim, słyszysz? – namawiała mnie Asia. – Nie ma takiego problemu, którego nie dałoby się rozwiązać.

Owszem. Pod warunkiem, że rozwiązania pragną obie strony – pomyślałam ze smutkiem.

– Pogadaj z nim, oczyśćcie atmosferę, wyjedźcie gdzieś razem. Zawsze tak lubiliście polskie morze…

– Pogadać! – prychnęłam. – On mnie nie słucha, nie rozumiesz?! Traktuje mnie jak powietrze, kompletnie ignoruje! Równie dobrze mogłabym sobie uciąć pogawędkę z nogą od stołu! – krzyknęłam.

Przez chwilę w słuchawce panowała niezręczna cisza, w końcu Aśka powiedziała, że musi kończyć, bo mała się obudziła i ją woła.

– Bądź dobrej myśli, w końcu nie zapadły jeszcze żadne nieodwracalne decyzje – dodała szeptem, rozłączając się bez pożegnania.

Zadzwonię jutro! Idź spać, nie zadręczaj się! Jeszcze raz sto lat i do szybkiego zobaczenia! – chwilę później Aśka napisała mi esemes, ale i tak miałam nieprzyjemne wrażenie, że zakończyła rozmowę, bo poczuła się po prostu niezręcznie. Łatwo mieć przyjaciółki w szczęściu i beztrosce, kiedy razem poluje się w galeriach handlowych na rozmaite okazje i przeceny i plotkuje o rodzimych gwiazdach przyłapanych przez nachalnych paparazzi. Gorzej, kiedy szczęście kwitnie dookoła, a tylko jednej powinie się łapa – pomyślałam z goryczą, do razu czując wyrzuty. Asia zawsze była oddaną przyjaciółką, nie powinnam myśleć o niej w ten sposób – powiedziałam sobie, wylewając do zlewu resztkę niedopitego wina. Kręciło mi się w głowie i bolał mnie brzuch, w dodatku byłam na siebie wściekła. Ile jeszcze będę się nad sobą użalać, skoro tutaj trzeba działać? Nie wiedziałam co prawda, jakie działanie powinnam podjąć, ale z całą pewnością wszystko było lepsze od zalewania robala tanim winem od teściowej.

5

Dzień później podjechałam pod firmę męża pożyczonym od Hanki fiatem punto. Prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałam, czego tam szukam. Nie sądziłam, że kiedykolwiek wpadnę na idiotyczny pomysł śledzenia Igora, ale oto tkwiłam skulona na siedzeniu kierowcy, w olbrzymich ciemnych okularach na nosie, wściek­ła i przybita jednocześnie. Bmw męża stało na parkingu od frontu biurowca, on sam najwidoczniej był w pracy. Zerknęłam na zegarek. Czy mąż w ogóle pojawi się na ulicy? Po co miałby wychodzić z budynku, skoro w środku miał wszystko od kawiarni po restaurację i maleńki sklepik spożywczy. Piętnaście pięter zbrojonego szkła, stali i komercji – prawie niezależne państewko pośrodku dzielnicy biurowców i urzędów. Ziewnęłam i rozmasowałam skronie. Czego się właściwie spodziewałam? Że Igor wyjdzie z biura, obejmując jakąś ponętną sekretarkę? Że w środku roboczego dnia uda się w mroczne miejsce, a mnie otworzą się oczy? Że okaże się gejem, pedofilem, hazardzistą? Chryste, jakie idiotyczne myśli chodzą po głowie odrzuconej kobiecie – skrzywiłam się, wyjmując z torebki paczkę truskawkowej gumy do żucia.

Chodnikiem szła para – on znacznie od niej młodszy, z wyglądu prawie szczyl – tyczkowaty, z ciemnymi kręconymi włosami związanymi w kucyk. Ona ele­ganc­ka, w jasnym płaszczu i szpilkach, najpewniej w wieku jego matki. Trzymając się za ręce, przystanęli przy pobliskim kiosku. Chłopak kupił jej jakąś gazetę; ona głośno się roześmiała. Po chwili razem skreślili liczby na kuponie lotto i przystanęli przed wystawą salonu jubilerskiego. Przyglądałam im się, dopóki nie zniknęli mi z oczu za pobliskim zakrętem – na pierwszy rzut oka kompletnie niedobrani, a jednak tacy w siebie wpatrzeni. Zawsze myślałam, że sposób na szczęśliwe małżeństwo może być tak prosty jak matematyczny wzór. Stały, niezmienny, wbijany ludziom do głów już od podstawówki. Miłość plus podobny wiek, wykształcenie i zainteresowania równa się udany związek. Świat byłby wtedy o wiele mniej skomplikowany. I nudny…

Zerknęłam na zegarek. Igor wciąż był w firmie – jego auto bezczynnie czekało na parkingu. Przy wejściu do biurowca stał, paląc papierosa, facet ubrany w ciemny, zbyt opięty garnitur. Pół godziny później prawie się poddałam. Wpatrywałam się właśnie w tkwiący w stacyjce kluczyk i mówiłam sobie, że jeszcze pięć minut i jadę, kiedy Igor pojawił się na schodach budynku swojej firmy razem z wysoką, szczupłą brunetką w szarym kostiumie. Dziewczyna była atrakcyjna – to widziałam nawet z daleka. Zgrabne nogi w bordowych szpilkach, długie, proste włosy spięte w elegancki kucyk, twarz o wyrazistych rysach i przeciągnięte wiśniową szminką pełne wargi. Poszli w dół ulicy i pomyślałam, że nie ma sensu jechać za nimi samochodem. Wysiadłam, pospiesznie zamknęłam punto Hanki i ruszyłam w ślad za nimi, modląc się, żeby przypadkiem Igor się nie obejrzał. Chyba spłonęłabym ze wstydu, gdyby odkrył, że go śledzę. To byłoby jeszcze bardziej upokarzające niż moje codzienne żałosne próby zwrócenia na siebie jego uwagi…

Minęli mały, zadbany skwerek i wolnym krokiem ruszyli w stronę skrzyżowania. Przyspieszyłam, bojąc się, że zgubię ich w gęstniejącym tłumie przechodniów. Minutę później on pchnął ciężkie szklane drzwi Cafe Kaprys i obejmując brunetkę w talii, szarmancko przepuścił ją przodem. Mnie nie przepuszczał w drzwiach od dawna… Przystanęłam, nie wiedząc, co dalej. Wrócić? Czekać, kręcąc się w okolicy kawiarni? Wejść do środka i spojrzeć mu w twarz, zapytać, kim jest kobieta w szarym kostiumie? Nie, tak nisko chyba jeszcze nie upadłam – zdecydowałam. Rozpięłam żakiet. Zrobiło się gorąco i kręciło mi się w głowie. Może z emocji, a może z powodu kaca, który z zacięciem prawdziwego sadysty gnębił mnie od rana. Nagle zauważyłam księgarnię – położona naprzeciwko kawiarni wydawała się idealnym punktem obserwacyjnym. Weszłam do środka i znad niskiego regału, wpatrzona w olbrzymie, panoramiczne okno, śledziłam wzrokiem szklane drzwi Cafe Kaprys. Jedenasta osiem przed południem… Ile jeszcze będę tak sterczeć, miętosząc w dłoniach nowy kryminał Krajewskiego? Kwadrans? Godzinę? Półtorej? Obok mnie stanął wysoki pryszczaty chłopak w jasnej koszulce i spranych dżinsach. Sięgnął po najnowszy bestseller poczytnego francuskiego pisarza. Łypnął na mnie spode łba, chwilę później zajął się wertowaniem lektury, więc zerknęłam na drzwi kawiarni, zastanawiając się, co też mój mąż robi w środku z ponętną brunetką. Omawiają interesy? W końcu Igor pracował w ubezpieczeniach, często spotykał się z ludźmi. Skoro ona wyszła razem z nim z budynku jego firmy, mogła być koleżanką z pracy… A może tylko tam się umówili, żeby później wypić kawę w centrum i poflirtować z dala od ciekawskich firmowych spojrzeń? Czy byłby tak bezczelny, żeby wdać się w romans cztery lata po ślubie, praktycznie na oczach swoich współpracowników? A może to ja byłam naiwna, a on zdradzał mnie od początku? – zadręczałam się, przygryzając wargi.

– Przepraszam, jest pani zainteresowana? – zapytał pryszczaty chłopak, pożądliwie zerkając na trzymaną przeze mnie książkę Krajewskiego. – Na półce już ich nie ma i…

– Jasne, proszę. – Podałam mu kryminał, nie spuszczając oczu ze szklanych drzwi kawiarni.

Ku mojemu zaskoczeniu brunetka wyszła z niej chwilę później, sama. Przyglądałam się, jak wyjmuje z torebki komórkę i dzwoni do kogoś, w tę i z powrotem przechadzając się po chodniku. Zaśmiała się głośno i energicznie pokiwała głową. Było w niej tyle radości życia, tyle żaru. Zdawała się spalać, jakby ledwo nadążała za własnymi emocjami, i pomyślałam, że jej zazdroszczę. Jakieś pięć minut później podjechała czerwona taryfa, do której wsiadła, nie patrząc już w stronę kawiarni. Igor wciąż był w środku. Wiedziałam, że lubi kawę, mógłby ją pijać litrami. Więc co tam robił? Po prostu pił? Miał drugie spotkanie? Obijał się?

Jedenasta siedemnaście…

Sięgnęłam po thriller Robina Cooka, chcąc sprawiać pozory zainteresowanej lekturą czytelniczki, i czekałam. Igor pojawił się po czternastu minutach – dłonie w kieszeniach, zadowolona mina, pewny krok. Skurwiel! – pomyślałam, czując nagły przypływ czystej nienawiści. Wyszłam z księgarni, odłożywszy Cooka na regał z literaturą polską. Trudno, wszyscy robili bałagan. Klient nasz pan – tak to jakoś leciało… Igor szedł wzdłuż ulicy, stawiał długie, pewne kroki. Przyspieszyłam bezpiecznie schowana za szerokimi barami idącego przede mną rosłego gościa w czerni. Mąż obejrzał się za blondynką z jamnikiem na smyczy, nawet nie spojrzał w moją stronę. Dzięki Bogu! Skręcił w Piłsudskiego. Teraz prawie biegłam, zastanawiając się, dokąd nas zaprowadzi to upalne przedpołudnie. Za rogiem przystanęłam, łapiąc oddech. A jeśli mnie zauważy? Jaki kit mu wcisnę? Że wracam od dentysty? Z zakupów? Z zakupów bez toreb, brawo za logikę – uśmiechnęłam się pod nosem, zerkając w głąb ulicy. Igor wchodził właśnie do jednego z modnych butików, więc schowałam się za pakę małej dostawczej ciężarówki. Co dalej? Rozum podpowiadał mi, że najlepiej byłoby zawrócić, ale ciekawość była silniejsza. Mąż sprawił sobie garnitur, tak to przynajmniej wyglądało, kiedy dziesięć minut później z olbrzymią markową reklamówką pojawił się na chodniku. Myślałam, że zawróci w stronę firmy, ale poszedł dalej wzdłuż ulicy. Kupił gazetę i wsunął ją do reklamówki z logo odwiedzonego wcześniej butiku. Skusił się na obwarzanka i skubiąc go niespiesznie, przebiegł przez światła na czerwonym. Cholera! – skrzywiłam się. Zorientował się, że za nim chodzę? A może po prostu się spieszył? Nigdy nie lubił czekać, nawet jeśli w grę wchodziła głupia zmiana świateł. Jeździł jak wariat i jak wariat przechodził przez jezdnię. Tyle już chyba powinnam o nim wiedzieć po tych kilku wspólnych latach. Zawróciłam i schowałam się w bramie. Odczekałam jakieś trzy minuty i ruszyłam z powrotem w stronę zaparkowanego w pobliżu biurowca samochodu Hanki. Miałam dość wrażeń jak na jeden dzień i dość oleju w głowie, żeby dać sobie spokój z tą dziecinadą.

6

Wieczór nie przyniósł niczego nowego – snułam się po domu, coraz bardziej niecierpliwie czekając na powrót męża, jednak pojawił się dopiero przed dwudziestą trzecią. Siedziałam w kuchni nad parującym kubkiem gorącej herbaty i starą, znalezioną na stoliku przy telefonie gazetą. Kiedy Igor wszedł do kuchni, przez chwilę miałam nadzieję, że powie coś na temat spotkania z atrakcyjną brunetką. Zwierzy mi się, że pracuje z fajną babką, albo napomknie coś o przedpołudniowej przerwie na kawę. Naiwna jestem, prawda? Podwinął rękawy prążkowanej, typowo maklerskiej koszuli i poluzował krawat. Odłożyłam gazetę. Mąż nawet na mnie nie spojrzał, był za to bardzo zainteresowany zawartością lodówki.

– Nie ma nic do jedzenia, nie zauważyłaś? – burknął, zatrzaskując drzwiczki.

Sekundę później zajrzał do zamrażarki, najpewniej w poszukiwaniu rybnych filecików lub bukietu warzyw, które czasem odsmażał sobie wieczorem, polewając je przerażającą ilością keczupu.

– Nawet lodów nie ma! – obruszył się, zamykając zamrażarkę.

Wiedziałam, że lubi sobie przed spaniem zjeść małą porcję bakaliowych lodów, jednak miałam to gdzieś. Nawet jeśli wciąż go kochałam, skończyły się czasy, w których spełniałam każdy jego kaprys, biegając od sklepu do sklepu w poszukiwaniu frykasów dla męża.

– Kiedy wybierasz się na zakupy? – zapytał, wyjmując z lodówki ostatnią, zapomnianą laskę kabanosa.

– Kiedy ze mną pojedziesz? – odpowiedziałam pytaniem.

Mruknął, że nie ma ochoty, i wyszedł z kuchni, nie życząc mi nawet dobrej nocy.

Przebrałam się w nocną koszulę i poszłam prosto do łóżka. Prysznic brałam późnym popołudniem i nie miałam ochoty na kolejny.

Igor położył się w gościnnej sypialni – ostatnio stale tak robił, nawet nie szukał już wymówek. Poczekałam, aż zniknie w łazience, i weszłam do jego pokoju. Usiadłam na łóżku. Pojawił się chwilę później – najwyraźniej on też darował sobie wieczorną kąpiel.

– Posłuchaj, jeśli znowu chcesz pogadać, to wybrałaś kiepski moment. Jestem wykończony! – warknął na mój widok.

Wytarł twarz ręcznikiem i rzucił go na podłogę, mierząc mnie pełnym złości spojrzeniem.

– Jutro muszę wstać o świcie! Chcesz czegoś konkretnego czy…

– Wiesz, kiedy ostatnio się kochaliśmy? – weszłam mu w słowo. – W Wielkanoc…

– A co, prowadzisz pamiętnik, jak gimnazjalistka?! – zakpił.

Podeszłam bliżej i wzięłam go za rękę.

– Co się z nami dzieje, Igor? – szepnęłam.

Wciągnął powietrze przez zęby, wymownie dając mi do zrozumienia, że jestem natrętna, w końcu powtórzył coś o swoim zmęczeniu i szczelnie zasłonił sypialniane story.

– Posłuchaj, nie wyjdę stąd, dopóki nie powiesz mi, co jest grane! – podniosłam głos.

Stałam na środku pokoju – zupełnie jakbym nie mogła sobie znaleźć miejsca w gościnnej sypialni, w której ostatnio tak chętnie sypiał mój przystojny mąż. Igor zdjął podkoszulek, niedbale rzucił go na fotel i wyciągnął do mnie rękę.

– Chodź – powiedział zmęczonym głosem, ciągnąc mnie w stronę łóżka.

Pomyślałam, że wolałabym porozmawiać. Wszystko sobie wyjaśnić, przytulić się, oczyścić atmosferę. Jednak chciałam też jego bliskości, tak bardzo jej potrzebowałam… Niecierpliwie zdarł ze mnie satynową koszulkę, wsunął mi dłonie między uda. Raz, dwa i był na mnie. Mężowskie ręce ugniatały moje piersi, a jego nieogolone policzki drapały mnie po twarzy. Kochał się ze mną w kompletnej ciszy – coraz bardziej obcy, chłodny. W końcu odwrócił się do mnie plecami i wciąż w kompletnym milczeniu umościł się po swojej stronie łóżka. Przez chwilę leżałam, bojąc się nawet głośniej oddychać. Panujące w sypialni napięcie było tak namacalne, jak przesycone elektrycznością powietrze tuż przed burzą. Tym razem to ja wyszłam, nie potrafiłam znieść tej ciszy.

– Pójdę napić się mleka – szepnęłam, świetnie zdając sobie sprawę, że odpowiedzi z jego strony raczej się nie doczekam.