Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 68 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 1 godz. 39 min Lektor: Marta Grzywacz

Opis ebooka Niedźwiadek polarny - Holly Webb

Sara spędza przedświąteczne ferie u dziadka. Kilka dni przed Bożym Narodzeniem mocno zaczyna padać śnieg. Dziadek zabawia wnuczkę niesamowitymi opowieściami o ludziach mieszkających w Arktyce. Opowiada również o tym, jak przygarnął i opiekował się niedźwiadkiem polarnym – to ulubiona opowieść Sary. Dziadek pomaga Sarze też zbudować w ogrodzie igloo, którego pilnuje mały niedźwiadek ulepiony ze śniegu. Ale kiedy Sara budzi się w środku nocy, wszystko na dworze wygląda zupełnie inaczej. Dziewczynka rusza w magiczną podróż przez zaczarowany lodowy, śnieżny świat. Ale czy uda jej się wrócić do domu?

Opinie o ebooku Niedźwiadek polarny - Holly Webb

Fragment ebooka Niedźwiadek polarny - Holly Webb

Niedźwiadek polarny

Tytuł oryginału: The Snow Bear

Przekład: Jacek Drewnowski

Redaktor prowadząca: Sylwia Burdek

Redakcja: Teresa Lachowska

Korekta: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Skład i łamanie: Bernard Ptaszyński

Copyright © for the Polish edition  by Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2013 Wszystkie prawa zastrzeżone.

Text copyright © Holly Webb, 2012 Illustrations copyright © Artful Doodlers, 2012 Cover illustration copyright © Simon Mendez, 1012

ISBN 978-83-7895-604-4

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 96 tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51 www.zielonasowa.pl wydawnictwo@zielonasowa.pl

Niedźwiadek polarny

Holly Webb 

Ilustracje: Artful Doodlers 

Przekład: Jacek Drewnowski

Dla Toma, Robina i Williama oraz dla Phoebe, 
która uwielbia niedźwiedzie polarne

~ HOLLY WEBB

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zobacz, dziadku, śnieg pada! – Sara wyjrzała przez okno, patrząc na pierwsze płatki opadające leniwą spiralą.

Dziadek podniósł wzrok znad sterty starych czarno-białych zdjęć, które przeglądał, i pokiwał głową.

– Rzeczywiście. W wiadomościach zapowiadali, że może prószyć.

Sara zmarszczyła brwi.

– Myślisz, że u mnie w domu też pada?

– Możliwe. Ale tutaj może być gorzej. Jesteśmy dalej na północ. A wiatr znad morza dodatkowo wszystko ochładza. – Wstał, podszedł do Sary i usiadł obok niej na szerokim parapecie. – Dlaczego jesteś taka niespokojna? Przecież uwielbiasz śnieg!

Sara kiwnęła potakująco głową. Rzeczywiście, część jej najlepszych wspomnień z zimowych wyjazdów do domu dziadka wiązała się z zabawą na śniegu. Ale wtedy byli tu też jej rodzice. Przecież nie mogła sama w siebie rzucać śnieżkami.

– Mam nadzieję, że u nas nie ma śniegu – mruknęła, opierając się o ramię dziadka. – A jeśli dziecko zacznie się rodzić, a mama i tata nie będą mogli dojechać do szpitala?

– Termin porodu jest dopiero po świętach – pocieszył ją. – A zresztą zadzwoniliby po karetkę. Karetka bez problemu przewiozłaby ich do szpitala. Jej załoga jest przygotowana na takie sytuacje.

– No, chyba tak – Sara się otrząsnęła. Nie było sensu się martwić. Po prostu kiedy tata później zadzwoni, przypomni mu, żeby włożył do bagażnika łopatę i już.

– Śniegu przybywa! – powiedziała do dziadka, obserwując spadające coraz szybciej płatki. Zostawały teraz na zewnętrznym parapecie, a nie topniały, gdy tylko go dotknęły. Podeszła bliżej do szyby i patrzyła na wirujące śnieżynki. Zrobiło się ciemniej, niebo nabrało dziwnej szarożółtej barwy, jakby było w nim jeszcze dużo śniegu.

– Mhm. Na to wygląda – zgodził się dziadek. – Myślę, że wystarczy nam już pracy na dzisiejsze popołudnie. Pójdziemy poszukać czegoś na kolację? – Ze śmiechem pocałował ją w czubek głowy. – Nie martw się. W kuchni też są okna, więc będziesz mogła patrzeć na śnieg. Jeśli się utrzyma, jutro możesz wyjść i się na nim pobawić. Ale teraz już za późno, ściemnia się.

Sara zsunęła się z parapetu z cichym westchnieniem. Kochała dziadka i jego niezwykły stary dom. Zbudowano go z kamienia ponad dwieście lat temu. Znajdował się w nim ogromny kominek oraz głębokie okna, idealne, by siadać na wewnętrznym parapecie. Na piętrach trzeszczały podłogi i schody, kiedy się po nich chodziło, znajdowało się tu też wiele dziwnych kryjówek i zakamarków. Gdyby była we własnym domu, mogłaby wyjść na śnieg ze wszystkimi swoimi przyjaciółkami mieszkającymi w pobliżu. Poszłyby do parku lepić bałwany i obrzucać się śnieżkami, a potem wróciły by do domu którejś z nich, by się ogrzać. Ale nie pociągała jej perspektywa samotnego lepienia bałwana, a nawet z dziadkiem to nie będzie to samo.

Sara i jej rodzice zawsze przyjeżdżali do domu dziadka na początku ferii świątecznych. To była tradycja. Zostawali kilka dni, potem wracali do domu na Boże Narodzenie, a dziadek razem z nimi. Lecz w tym roku mama i tata postanowili, że będzie lepiej, jeśli Sara pojedzie do dziadka sama. Tata ją przywiózł, zjadł u dziadka szybki obiad, po czym wrócił do domu.

Mama nie nadawała się do dalekich podróży – parę tygodni po świętach miała urodzić małego braciszka Sary i nie chciała godzinami siedzieć w samochodzie. Poza tym nie powinna przebywać w starym kamiennym domu na nadmorskim klifie, do którego dojeżdżało się krętą, wyboistą drogą, wiele kilometrów od wsi, nie mówiąc już o szpitalu. Sara miała poczucie, że w domu dziadka znajduje się z dala od wszystkiego. Ten dom przypominał bezpieczne gniazdko na wzgórzu, niczym gniazdo morskich ptaków, które pokazał jej, gdy byli tutaj latem. Musiała jednak przyznać, że w tej chwili nie jest to odpowiednie miejsce dla mamy.

– Czy na północy Kanady też pada taki śnieg? – spytała dziadka, wychodząc za nim z jego gabinetu na słabo oświetlony korytarz prowadzący do kuchni. Dziadek zapalił światło, ale i tak panował tu półmrok. – W Arktyce, gdzie byłeś z pradziadkiem? Czy tam śnieg wygląda tak samo?

Dziadek odwrócił się od drzwi lodówki.

– Śnieg to śnieg. Ale kilka razy widzieliśmy tam naprawdę wielką śnieżycę. Raz jedna trwała trzy dni i dopadła nas, kiedy odwiedziliśmy pewną rodzinę Inuitów. Mój tata i ja mieliśmy w domu zapasy – gulasz w puszkach i tego typu rzeczy – ale ci ludzie jedli swoje tradycyjne potrawy. – Dziadek przerwał i popatrzył na Sarę z nadzieją, czekając na jej pytanie. Dziewczynka nie miała nic przeciwko temu. Bardzo lubiła jego opowieści.

– Co wtedy jedliście?

– Suszone focze mięso – odpowiedział z triumfem, wyciągając z szafki paczkę spaghetti. Pomachał przed wnuczką słoikiem sosu pomidorowego do makaronu.

– Nic z takich rzeczy. Nie było jednego dnia makaronu, a następnego jakiegoś smażonego chińskiego dania. I pieczonego kurczaka w niedzielę. Inuici jedzą zimą głównie focze mięso, i to zazwyczaj na surowo. Do tego trochę ryb. Latem mięso karibu. Wielorybie mięso i sadło też, ma się rozumieć.

Sarę przeszedł dreszcz. Sadło to czysty tłuszcz i skóra jej cierpła na samą myśl, że miałaby je jeść. Wycinała tłuszcz ze swoich porcji mięsa i z tego powodu dziadek stroił sobie z niej żarty. Mówił, że nie nadawałaby się do zimnego klimatu.

– Naprawdę jedliście sadło?

– Musieliśmy. – Dziadek pokiwał głową. – Śnieżyca trwała kilka dni. Nie było nic innego, a nam doskwierał głód. Poza tym niegrzecznie byłoby odmówić. Inuici dzielili się z nami jedzeniem. Jak mogliśmy powiedzieć, że go nie chcemy, skoro było takie cenne?

W kuchni zrobiło się nagle zimniej i Sara zadrżała. Śnieg gromadził się wokół rogów okna przy zlewie. Wolała sobie nie wyobrażać, że na dworze szaleje śnieżyca, a ona jest odcięta od świata, nawet w tym przytulnym domu.

– Byliście w igloo?

– Tak, w dużym igloo, które przetrwało całą zimę. Ale i tak nie było wiele wyższe od twojego pradziadka. Prawie całe miejsce zajmowała w nim platforma do spania. A było nas tam sześcioro.

– Przez trzy dni… – mruknęła Sara. Igloo nie mogło być większe niż jej pokój w domu. – Musieliście być bardzo rozdrażnieni, że siedzicie tam wszyscy razem.

Dziadek uśmiechnął się.

– To mi pomogło w nauce języka. Przez tych parę dni Inuici opowiedzieli bardzo wiele historii.

– Takich jak te, które zapisujesz? – spytała Sara. Dziadek pisał książkę o podaniach ludowych Inuitów. Fascynowały go od czasu, gdy mieszkał w Kanadzie i był ledwie kilka lat starszy od Sary. Jego ojciec, pradziadek Sary, pojechał tam prowadzić badania nad ludem Inuitów i zabrał z sobą syna. Dom przodków Sary był pełen niesamowitych przedmiotów przywiezionych przez pradziadka, a także przez dziadka, który po latach wrócił do kanadyjskiej Arktyki.

Dziadek przytaknął.

– To właśnie te trzy dni spowodowały, że się nimi zainteresowałem. Kiedy śnieżyca wreszcie ustała i wyszliśmy z igloo, miałem wrażenie, że wszystkie myśli wirują mi w głowie. Niektórych nie rozumiałem. Inuici mają wiele języków i nawet twój pradziadek ich nie poznał. Ja do dziś się wszystkich nie nauczyłem. Wychwyciłem tylko fragmenty tych historii. Krótkie urywki. O ludziach, którzy zmieniali się w niedźwiedzie polarne. O dziwnych bogach i boginiach. Niezwykłe rzeczy…

Sara uśmiechnęła się do niego.

– Opowiesz mi historię o niedźwiedziu polarnym, kiedy będziesz gotował kolację? Tę o tobie i twoim przyjacielu. Proszę.

– Znowu tę samą? – roześmiał się dziadek. – Jesteś taka jak twój tata. On też zawsze najbardziej lubił tę historię.

Sara skinęła głową. Wyobrażała sobie, jak dziadek opowiada to tacie. Była to historia rodzinna – należała do niej, do taty i dziadka. A także do pradziadka. Była wyjątkowa.

– Szkoda, że nie mogę tam pojechać i tego wszystkiego zobaczyć… – wyszeptała. – Igloo, foki, niedźwiedzie polarne…

Dziadek pokręcił głową.

– Nie sądzę, żebyś teraz zobaczyła igloo. Większość Inuitów mieszka dzisiaj w domach. Nawet w czasach, gdy byłem tam z twoim pradziadkiem, budowle ze śniegu były już bardzo rzadkie. Dlatego tam pojechaliśmy. Chcieliśmy to wszystko zarejestrować, zanim zniknie na zawsze.

– Na zawsze? – powtórzyła Sara.

– Tak sądzę – odrzekł dziadek z westchnieniem. – Świat się zmienia. Ale czasami na lepsze.