Wydawca: Biuro Literackie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Niedziela życia - Raymond Queneau

Niedziela życia to jedna z trzech „powieści mądrości” Raymonda Queneau – bardzo zabawna i poważna zarazem książka o dniach bez jutra, o złu zakorzenionym w człowieku. Otwiera ją motto z Hegla, a sam tytuł powieści stanowi bezpośrednie nawiązanie do dzieła niemieckiego filozofa. Proza Queneau nie ma jednak w sobie nic z suchego traktatu, wręcz przeciwnie: to raczej gotowy scenariusz na film, wartkie i błyskotliwe dialogi, zabawne pomysły i nieoczekiwane zwroty akcji. Niedziela życia trafia do polskich czytelników w znakomitym przekładzie Hanny Igalson-Tygielskiej.

Opinie o ebooku Niedziela życia - Raymond Queneau

Fragment ebooka Niedziela życia - Raymond Queneau

Raymond Queneau

Niedziela życia

Przełożyła Hanna Igalson-Tygielska

Biuro Literackie • Stronie Śląskie 2017

Proza 42

Raymond Queneau: Niedziela życia

Przekład: Hanna Igalson-Tygielska

Redakcja i korekta:Anna Krzywania

Projekt okładki: Justyna Boguś / Mile Widziane

Projekt typograficzny i skład wersji elektronicznej: Mateusz Martyn

Original title: Le Dimanche de la vie

Copyright © by Editions Gallimard, Paris, 1951

Copyright © by Hanna Igalson-Tygielska

Copyright © by Biuro Literackie, 2017

Biuro Literackie

Przejście Garncarskie 2, 50-107 Wrocław

tel. 71 346 01 42, poczta@biuroliterackie.pl

www.biuroliterackie.pl

ISBN 978-83-65358-56-1

Motto pochodzi z III tomu Wykładów o estetyce Georga Wilhelma Friedricha Hegla

(przeł. J. Grabowski i A. Landman, PWN, Warszawa 1967).

Cytat w rozdziale XVII podany jest w przekładzie Władysława Noskowskiego.

CET OUVRAGE A BÉNÉFICIÉ DU SOUTIEN DES PROGRAMMES D’AIDE À LA PUBLICATION DE L’INSTITUT FRANÇAIS

Wszelkie powielanie lub wykorzystywanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Spis treści

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

Nota o autorze (Hanna Igalson-Tygielska)

…jest to niedziela ich życia, która wszystkich zrównuje i usuwa wszystko, co złe; ludzie, którzy mogą być tak z całego serca weseli, nie mogą być naprawdę na wskroś źli i niegodziwi.

Hegel

Postacie występujące w tej powieści są prawdziwe i wszelkie podobieństwo do osób nieistniejących jest przypadkowe.

I

Nie miał pojęcia, że za każdym razem, kiedy przechodził przed jej sklepem, patrzyła na niego, właścicielka sklepu na szeregowego Brû. Szedł swobodnym krokiem w wesołym odzieniu khaki, spod kepi próbowały wystawać krótko ostrzyżone włosy, i prawie lśniły, szedł z rękami wzdłuż kantów spodni, a jedna z nich, prawa, unosiła się w nierównych odstępach czasu, żeby uszanować wyższą szarżę lub odpowiedzieć na pozdrowienie jakiegoś zdemilitaryzowanego osobnika. Nie podejrzewając, że pełen podziwu wzrok przyszpila go codziennie do trasy wiodącej z koszar do kancelarii, szeregowy Brû, który na ogół wcale nie myślał, a jak już to o bitwie pod Jeną, szeregowy Brû przemieszczał się z lekkością istoty niczego nieświadomej. Oczy miał nieświadomie szarobłękitne, owijacze nieświadomie, lecz elegancko zrolowane, naiwnie obnosił ze sobą wszystko, co trzeba, żeby się podobać pannie niezupełnie młodej i niezupełnie pannie. Nie wiedział.

Julia uszczypnęła swoją siostrę, Chantal, w ramię i powiedziała:

– To on.

Przycupnięte za stosem szpulek i guzików patrzyły w milczeniu, jak przechodzi. Ich milczenie było spowodowane intensywnością obserwacji. Nawet gdyby rozmawiały i tak by ich nie usłyszał.

Szeregowy Brû, jak to ma w zwyczaju, skręca na rogu ulicy Jules Ferry i na jakiś czas znika. Aż do pory kolacji.

– No i co? – pyta Julia.

– No i co? – odpowiada Chantal.

Siada przy kasie.

– On?

– Takich jak on są tysiące – mówi Chantal.

– A takich jak twój też są tysiące, nie?

– To żaden argument.

– W takim razie sama widzisz.

Julia nie odrywała rozmarzonego spojrzenia od rogu ulicy Jules Ferry.

– Cóż ja widzę? – zapytała Chantal.

Julia zwróciła się ku siostrze:

– Tylko on, żaden inny.

– Rób, jak chcesz.

– Nie masz mi nic innego do powiedzenia?

Jeśli wyjdzie za mąż, państwo Bolucra będą się mogli pożegnać z jej spadkiem, nie chodzi o nich, tylko o ich córkę Marinette, która mogłaby ot tak sobie przejąć interes, gdyby ciocia ot tak sobie zaczęła słabować. Znajdzie się co innego dla Marinette. Państwo Bulocra nie potrzebowali żadnego straganu po ciotuni. Nie polowali na żadne spadki. Niech się Julia hajtnie.

– Nie sądzisz, że trochę dla ciebie za młody?

– A ile mu dajesz?

– Dwadzieścia dwa, trzy lata.

– Robisz z niego chłopaczka w krótkich spodenkach.

– Najwyżej dwadzieścia pięć.

Nie mówiła tego, żeby ją zniechęcić. Ale wydawał jej się zbyt zielony, ten żołnierzyk, dla jej siostry, która za bardzo zielona nie była.

– Jest przystojnym mężczyzną – mówi Julia. – Nie żadnym chłoptysiem. 

– Zmyłka, moja droga. Jest to młodziak i żółtodziób, ten twój wojak. Ma jeszcze śmietankę pod nosem, mówię śmietankę, bo rzeczywiście jest śliczny.

Julia wybuchnęła śmiechem.

– Jak ty co powiesz…

– A co dopiero ty – mówi Chantal. – To dopiero ubaw po pachy te twoje plany matrymonialne.

– Niby dlaczego?

– Bo wyjdziesz za chłopaka, który jest od ciebie o dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat młodszy. Do czego to doprowadzi? Powiedz mi, do czego to doprowadzi?

Potrząsnęła figlarnie włosami i sama sobie udzieliła odpowiedzi:

– Twoje małżeństwo się nie utrzyma.

Julia przyjrzała się siostrze od stóp do głów, z postojem na piersi. Pyta ją:

– Uważasz, że jestem szpetna?

– Nie, nie, całkiem dobrze się trzymasz. Ale dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat różnicy to już coś. Ty mogłaś widzieć, jak francuska piechota w czerwonych portkach drobiła przed prezydentem Fallières. A on nawet nie musi wiedzieć, co to za jeden ten Fallières.

– Po pierwsze, dzięki za aluzję.

– Taka jest prawda.

– Co więcej, on nie ma dwudziestu lat. A co najwięcej mam to gdzieś. Powiedz: uważasz, że jestem przechodzona?

– Wcale nie.

– Gębusia jak?

– W porzo.

– Piersiątka?

– Mogą być.

– Nóżęta?

– Jak trzeba.

– To o co chodzi?

– Liczy się nie tylko strona fizyczna – mówi Chantal. – Chodzi też o morale.

– Jejku – mówi Julia. – Skądżeś ty wyciągnęła podobny tekst?

– Nie wysilaj się, sama na to wpadłam.

– No, to dajmy na przykład.

Chantal uczyniła aluzję do zwyczajów mężczyzn, mężczyzn żonatych, ze specjalnym uwzględnieniem męża własnego, Paula Boulingry: uporczywy alkoholizm, chroniczna tytonica, ociężałość seksualna, niewydolność finansowa, uczuciowy stupor. Problem w tym, że Julia uważała, że jej siostra wyjątkowo parszywie trafiła z tym swoim Popolem. Powołała się na facetów, którzy piją tylko wodę, jak mąż pani Trendelino, wcale nie palą, jak mąż pani Foucolle, którzy są napaleni jak kocury, jak mąż pani Panigère, którzy ho, ho jak zarabiają, jak mąż pani Parpillon, i którzy są dla swoich małżonek najczulsi na świecie, jak cytowany już mąż pani Foucolle. Nie licząc tych, co potrafią wymienić uszczelkę, ponieść walizkę, prowadzić samochód, spuścić oczy na widok dziwki. Julia uważała, że jej żołnierz właśnie do takich należy i uśmiechnęła się na samą myśl. Co rozgniewało Chantal.

– Dobrze – ustąpiła. – Ale jak będziesz miała sześćdziesiąt lat, on będzie miał trzydzieści pięć. Nie utrzymasz go.

– Zobaczymy.

– Spryciula z ciebie.

– Ja myślę.

– Myślisz, że wszystkich facetów trzyma się tym samym, głupia dziewczyno?

– Jego będę umiała.

– Nawet nie wiesz, jak się nazywa.

– To bez znaczenia.

– Nie wiesz, ile ma lat, jaki ma zawód, jaką przeszłość, nie wiesz nawet, czy ma świadectwo ukończenia szkoły podstawowej.

– Co z tego?

– Dobrze, w takim razie dobrze.

Chantal bardzo po kobiecemu potrząsnęła czupryną. Dorzuciła raz jeszcze:

– W takim razie dobrze.

Potem podsumowała:

– Niech ci będzie.

Julia wreszcie usiadła za kasą. Mogła, bo nie było klientów, w przeciwnym razie z zasady tego nie robiła: klient od razu myśli o monetarnych konsekwencjach swojego czynu i nic nie kupuje. Lepiej nie. Zasiadła za gigantyczną skarboną na resorach, piękną i nowoczesną maszyną, jakie mają w aptekach i lokalach z muzyką, a która to machina nadawała skromnemu sklepowi Julii Julie Antoinette Ségovie wygląd powagi i srogości, gotowych przezwyciężyć wahania i obawy amatorek pastelowozielonych wstążek lub brązowozłocistego sutaszu. 

Wyjęła imć Julia segregator na faktury i wzięła się do studiowania płatności. Zrobiła to już od pierwszego siedemdziesiąt siedem razy, ale jeden raz więcej nigdy nie zawadzi. Tym bardziej że nie myślała o tym, czego nie robiła. Podczas gdy jej palce sunęły ze starannością analfabety po znakach, które Zachód zawdzięcza wynalazcom gumy, Julia przygotowywała krótką mowę do siostry w celach arcypraktycznych. Niestety weszła Ganière.

Wysłana po sprawunki, żeby sistersy mogły sobie spokojnie popaplać, niewolnica przedwcześnie wróciła do bazy.

– Wszystkie takie same – mówi Julia do Chantal. – Kiedy są potrzebne tutaj, wracają jak żółwie, a kiedy ich tu nie trzeba, lecą na złamanie karku.

Gorliwość Ganière doprowadziła Julię do rozpaczy tak wielkiej, że nie mieszkając wymierzyła w odległość, jaka dzieli panów i sługi, a zwłaszcza inteligencję jednych i ociężałość umysłową drugich. Co za gówniara, warknęła, a potem suchym głosem wycedziła:

– Zeszło ci trochę czasu!

– Ale, proszę pani – zaczęła dziewczyna.

– Wystarczy – mówi Julia. – Znowu gdzieś się włóczyłaś.

– Ależ, proszę pani – jęknęło to coś.

– Tak, tak, włóczyłaś. Włóczyłaś z jakimiś łobuzami. A może nawet z żołnierzami.

A przecież załatwiła wszystko bardzo szybko. Ganière nic nie kapowała.

– Ale, proszę pani.

– Dość. Znowu komuś dałaś, co? Mała łajdaczko. Wszystko powiem twojej mamie i twojej biednej babci. Taka młoda i już taka dziwka!

Julia westchnęła:

– Prawdziwa hetera!

To coś otworzyło usta, ale nie zdążyło się odezwać, Julia pochyliła się nad tym czymś, a kasa była wysoka, a mała błaźnica jak kurczę. Więc zadrżało.

Julia zeszła z krzesła, zanurkowała pod kontuar i wyjęła mały pakiecik, rzuciła go słudze.

– Weź i zanieś mi to, ale migiem.

– Ale, proszę pani…

– Ale co?

– To dla pani Foucolle, ona mówiła, że sama weźnie.

– Co cię to obchodzi?

– Abojawim.

– Więc masz to zanieść i nie mądrzyć mi się tutaj.

Pochyliło głowę, zanim znowu ruszyło na ulice Bouscat, a pochyliwszy głowę, znowu ruszyło na ulice miasta.

Kiedy Ganière zniknęła, Julia ponownie wdrapała się na krzesło i powiedziała:

– Ze służbą zawsze same kłopoty.

– Coś o tym wiem – powiedziała Chantal, chociaż miała tylko gosposię.

– Rząd się powinien tym zająć.

– Chyba powinien.

– A może za bardzo się do tego miesza.

– Też możliwe.

– Tak jak z tymi urzędnikami.

– Zostaw urzędników w spokoju.

Julia zostawiła zatem w spokoju urzędników, nie tyle ze względu na swojego szwagra, Paula Brelugata, kontrolera miar i wag, co na swoją siostrę, Chantal Marie-Berthe Eléonore, małżonkę niejakiego Brolugata (Paula), który pracą i sumiennością doszedł do stanowiska kontrolera w urzędzie miar i wag w Bordeaux (Gironde). Ostatnio został przeniesiony do Paryża, do piętnastki, świetny awans, który stał się pretekstem do kilku miejscowych kolacyjek, zwilżonych czosnkowym sosem, podlanych fondue i zakropionych burgundem. Z miłości do siostry Julia zostawiła w spokoju urzędników, chociaż za każdym razem, kiedy o tej sprawie myślała, strasznie ją to wpieniało. Wystarczy.

– Och, wiesz, ci urzędnicy – powiedziała.

– Chcesz mi jeszcze coś powiedzieć? – spytała Chantal.

– Naprawdę uważasz, że robię głupstwo?

Zapytała, jakby nie pytała.

– Nikt nie mówi, że się uda – odparła Chantal.

Niedbały ton sprawił, że Julia podniosła oczy.

– Co masz na myśli?

– Przecież to jasne.

– Co takie jasne?

Chantal wstała.

– Muszę już iść.

Skierowała się w stronę drzwi, ale Julia nie poruszyła się.

– Co masz na myśli – mówi.

– Przecież może mieć żonę.

– Nie nosi obrączki – odparowała Julia.

– Nie chcę cię urazić, ale przecież możesz mu się nie spodobać.

– Poradzę sobie.

– Dwadzieścia lat różnicy, to niemało.

– Nie dwadzieścia.

– Założę się, że tak.

– Tylko tyle masz mi do powiedzenia?

– Jeszcze ci mało?

Julia przez kilka sekund pochylała się nad fakturami, potem włożywszy je do segregatora, ześlizgnęła się z krzesła i podchodząc do siostry, przemówiła w te słowa:

– Bardzo mi smutno, że tak sobie jedziesz do stolicy, będzie mi ciebie brakowało, siostruniu.

– Przecież znalazłaś już sobie kogoś do towarzystwa.

– Siostry to nie zastąpi.

– Co to, to nie. Siostry nic nie zstąpi.

Jej włosy opadły miękko na wytarty nieco kołnierz żakietu. Chantal sięgnęła do torebki po róż, szminkę, puder, cienie, krem, ołówek, puszek i pędzelek.

– To prawda. Siostry nic nie zstąpi. Pięknie to powiedziałaś, tak poetycznie.

– Paryż to tylko Paryż.

– Ale jednak.

Julia westchnęła.

Chantal rozgniotła sobie kawałek karminu na ustach, oblizała wargi, na koniec uśmiechnęła się.

– Przyjedziesz do nas z wizytą – mówi.

Julia też się uśmiechnęła.

– Pójdziemy sobie do Folies Bergère.

– I do Casino de Paris.

– Na wieżę Eiffla.

– Zakręci mi się w głowie.

– I na Père-Lachaise.

– Gdzie leżą wielcy umarli.

Zaczęły się rozczulać.

– A pamiętasz – mówi do Chantal Julia – pamiętasz zaułek Trainée?

– Nazwa w sam raz.

– Pamiętasz przy wychodzeniu z podstawówki?

– Pewnie. Razem z Mireille Bacroix i Sophie Bergier trenowałyście tam chłopaków, żeby im ściągnąć spodnie. Podglądałam was, ja byłam za mała.

– Terroryzowałyśmy malców. Sama dyrektorka szkoły chwaliła nas, że uczymy ich szacunku dla kobiet.

Zachichotały. Julia ciągnęła:

– A jak się zaręczyłaś i mama uwierzyła, że cię tak wzdęło od melona.

– Mąsztesz – dorzuciła Chantal, płacząc ze śmiechu.

– Nie do wiary, jak ludzie potrafią być głupi! – podsumowała Julia.

Już się uspokajały, kiedy Julia znowu zaczęła:

– I ten uzdrowiciel, co go wymyśliłyśmy!

Znowu śmiechy.

– I tak – mówi Julia – miałaś ślub bez brzuszka.

– Ojej, ojej, już nie mogę.

Chantal musiała znowu seprzysiąść.

Zadyszana wycierała łzy.

– Zawsze mnie rozśmieszysz – wyksztusiła.

Trzęsienie się nad spadkiem po niezamężnej siostrze to naprawdę sprawa zbyt długiego trwania. Marinette później sama będzie musiała dać sobie radę, trudno. Zresztą, w chwili obecnej Marinette strasznie ją wkurzała. Nigdy nie widziała takiej dziewczyny: łapy ciągle w majtkach, perwersyjna, fałszywa, kłamie jak najęta, kręci, kradnie, i w ogóle.

– A pamiętasz – ciągnęła Julia, z góry się śmiejąc z jakiegoś wspólnego wspomnienia, które zamierzała przywołać.

Chantal przerwała jej:

– Słuchaj, na mnie już czas. Mów szybko, o co chciałaś mnie prosić.

Julia ucałowała ją.

– Do widzenia, malutka. Opowiedz mi dokładnie wszystko, czego się o nim dowiesz.

II

– Nie mam pojęcia, szanowna pani – mówi pułkownik.

Pani Botugat zrobiła zagniewaną minę.

– Kapitan Bordeille na pewno pana poinformuje. Już do niego dzwonię.

Potrafię się wysłowić, pomyślał, podczas gdy pani Botegat podnosiła się, myśląc, że we francuskiej armii oficerowie nie mają pojęcia o swoich podwładnych i że to pożałowania godne, doprawdy.

– Uszanowanie pani.

Nie dość, że są całkiem z tego zadowoleni, mają gdzieś, że nie znają swoich podwładnych, to na dodatek nawet nie próbują znać się na kobietach. Ten tu, cały ten pułkownik po prostu jest uprzejmy. Zero galanterii. Nic.

Kapitan Bordeille nie był wiele więcej wart. Bardzo był podejrzliwy. Zsuwając się po drabinie hierarchii, od rekomendacji dyrektora miar i wag z Guyenne i Gascogne do generała Pierre-et-Paul, komendant z Bordeaux tracił nieco na prestiżu.

– Czym mogę pani służyć w zakresie informacji? – zapytał kapitan Bordeille i pomyślał: jak ja jednak potrafię się wysłowić.

Chcąc wykorzystać tę sprzyjającą okoliczność, zabrał z powrotem szybko głos, który zawisł w pół drogi do damy. A zatem:

– Muszę wszakże niezwłocznie wyznać szanownej pani, iż jestem niezwykle zdziwiony, że generał Pierre-et-Paul zezwolił na przekazanie drobnej nawet informacji, dotyczącej wojska, osobie należącej do tak zwanej płci słabej, ale jakże uroczej.      

Kapitan Bordeille odetchnął głęboko, żeby pomyśleć, a nie mógł jednocześnie mówić i myśleć, że to na pewno ta śliczna osóbka sprawiła, że barwny motyl zdania wydostał się oto z kokonu, który kapitan właśnie z takim trudem rozwinął.

Tymczasem pani Botrula, doszedłszy w końcu do wniosku, że francuska armia miewa nieraz przebłyski galanterii, postanowiła przejść do ataku. Żywiąc wielką atencję do Joanny d’Arc, chętnie używała metafor związanych z polem walki. Za siostrę, szepnęła do siebie, co ją rozśmieszyło, ale ten delikatny stan duszy przebił się na zewnątrz jedynie pod postacią uroczego uśmiechu, który niczym granat wysadził w powietrze barykadę, jaką próbował wznieść kapitan Bordeille. 

– Panie kapitanie – mówi Chantal – proszę mi wierzyć, że generał Pierre-et-Paul zapewnił, że uczyni wszystko, abyśmy moja siostra i ja poznały tożsamość owego żołnierza, podobnie jak jego rodowód, stan służby i książeczkę zdrowia oraz inne szczegóły, mogące zainteresować rodzinę ewentualnej narzeczonej.

Kapitan Bordeille uznał, że zuch-baba, też się potrafi wysłowić. Cały pod wrażeniem, podrapał się w głowę.

– Chyba że generał – zaczął.

– Tak, tak, generał – pociągnęła pani Bodruga. – Generał.

–  Skoro pan generał.

– W rzeczy samej generał.

– Skoro pan generał – powtórzył kapitan Bordeille.

Chantal rozciągnęła uśmiech, skręcając się w środku.

Kapitan spuścił oczy i wziął się do udawania pożytecznego zajęcia, przewracając papiery leżące przed nim zapewne właśnie w tym celu.

– Dobrze – powiedział, nie podnosząc oczu.

Głupio, ale tak siedziała, że nie mógł zobaczyć jej nóg.

– Dobrze – powtórzył. – To jak się nazywa ten człowiek?

– Chce pan powiedzieć, mój przyszły szwagier, kapitanie.

Bordeille nie mógł się powstrzymać i zerknął na nią, spod oka, nieśmiało, z podziwem. Kobitka miała w sobie coś, była seksowna i do rzeczy, a na dodatek miała klasę. Całość całkiem, całkiem. Może tylko w pęcinach nieco przyciężka.

– Przepraszam – zmitygował się niezręcznie.

– Nie ma za co – miauknęła pani Botucla, zniesmaczona jego gotowością do odwrotu.

– W takim razie, jak on się nazywa?

– Tego nie wiemy.

Kapitan Bordeille spojrzał na nią podejrzliwie.

– Może byłoby lepiej wiedzieć? – zasugerował ostrożnie.

– Przecież – orzekła Chantal – po to właśnie pan tu jest.

– Żeby to wiedzieć?

– Tak. Żeby to wiedzieć.

Pani Broduga zrobiła surową minę.

– Oczywiście – szepnął. – Oczywiście, zajmuję się stanem liczebnym kompanii, ale…

– Ile wynosi?  

– Co? Przepraszam?

– Pytam, ile wynosi stan liczebny kompanii.

– Cztery tysiące sześćset pięćdziesiąt siedem – odparował kapitan z szybkością błyskawicy.

– Chyba to nie takie trudne znaleźć kogoś wśród czterech tysięcy i coś tam.

– Sześćset pięćdziesiąt siedem.

– I coś tam.

Zapanowała chwila przerwy. Kapitan Bordeille skorzystał i wytarł sobie czoło. Chantal upuściła torebkę i podnosząc ją, tak cofnęła krzesło, żeby facet mógł zobaczyć jej łydki, łydki jej, Chantal. Kapitan nawet nie udawał, że zamierza wstać i przyjść jej z pomocą. Patrzył i patrzył.

– Co w takim razie? – zapytała pani Bretoga.

– Jak on, na przykład, wygląda? Ma jakieś znaki szczególne?

Odzyskiwał wiarę w siebie, właśnie coś mu przyszło do głowy, a ponieważ przyszło samo, bez jego udziału, tym bardziej czuł się dowartościowany. Pani Brotego udała, że się zastanawia.

– Wysoki – powiedziała jakby z oddali, głosem wróżki czytającej z kart. – Szatyn, regularne rysy, ubranie koloru khaki…

– Ciekawe – mruknął kapitan Bordeille. – Ciekawe.

Szukał, o co by jeszcze zapytać, ale nie znalazł.

– Może chce pan znać jego stopień? – zapytała Chantal.

– Oczywiście. Otóż to. Jaki ma stopień?

– Zwykły szeregowiec.

– Nie będzie łatwo. Nie będzie łatwo.

– A to dlaczego, panie kapitanie?

– Bo to bardzo rozpowszechnione.

Westchnął:

– Będziemy musieli długo szukać. Bardzo długo.

Znowu mimo woli coś mu wpadło do głowy:

– Naprawdę nic więcej pani o nim nie wie?

– Codziennie przechodzi ulicą Gambetta i skręca obok ślusarza w ulicę Jules Ferry.

Kapitan Bordeille wyprostował się w fotelu, a tryumf sprawił, że jego oblicze pobladło i jakby się rozprasowało.

– Pracuje po prostu w biurze wojsk kolonialnych.

– Dokładnie to miałam panu powiedzieć.

I takim samym tonem:

– Kto to jest w takim razie?

– Ależ, nie wiem, szanowna pani, nie wiem!

Dobrze by było, gdyby miał minę naprawdę przejętą, bo nie udało mu się przekonać Chantal, która nie wiedzieć czemu, nie wierzyła w szczerą rozpacz wojskowych, a ponieważ nie chciała, żeby ów stan niby przygnębienia przeciągał się ponad miarę, zasugerowała szybko rozwiązanie problemu, na co natychmiast się zgodził.

Przebyli podwórzec koszar, przy akompaniamencie pełnych podziwu gwizdów zatrudnionych tam służbowo nieszczęśników u szczytu podniecenia erotycznego. Chantal, miło połechtana, dreptała wdzięcznie u boku kapitana Bordeille, który zaczynał debiutować w roli galanta. W samochodzie wiozącym ich do biura wojsk kolonialnych przyjmuje postawę pełnej szacunku rezerwy. W samochodzie, który ich przywiózł z powrotem, a był to ten sam co przedtem, jego zachowanie nabiera cech niejakiej frywolności i pozwala pani Bretoga zaznać muśnięcia materii swoich spodni,  swoich własnych kapitańskich spodni. Powtórnie przebyli dziedziniec koszar, przy akompaniamencie pełnych podziwu gwizdów zatrudnionych tam służbowo nieszczęśników o niespożytym, jak się zdaje, natężeniu rubaszności.

Po powrocie do biura kapitan Bordeille powrócił do tematu pod tytułem Valentin Brû. Chantal natychmiast go rozpoznała wśród wojskowych gryzipiórków. Pitan rozprawiał wesoło, miętosząc przy tym spisy, a czynność ta była powodem, że rozsadzała go zdrowa radość.

– Brû… Brû… Ciekawe nazwisko, prawda?

– A to dlaczego?

– Sam nie wiem… Wszystkie nazwiska są śmieszne… w pewnym sensie.

– Moje nie.

– Oczywiście, nie miałem pani na myśli. Ale na przykład moje…

– Pańskie też nie.

– Naprawdę tak pani myśli?

Przełknął ślinę.

Stronice mijały.

– Brû… Brû… nie widzę.

Potem przerzucił kartki.

Kartki mijały.

– Brû… Brû… nie widzę.

Porucznik wezwany na pomoc zabrał się do przerzucania stron i mijania kartek.

– Brû… Brû… nie widzę, panie kapitanie…

Potem za przerzucanie i mijanie zabrał się sierżant z takim samym skutkiem.

– Brû… Brû… nie widzę, panie poruczniku.

Wezwano zatem najniższego stopniem w całym biurze. Zwykły szeregowy bardzo starannie przerzucał i mijał pod okiem przełożonych. On również nie zdołał odnaleźć nazwiska Brû.

Kapitan Bordeille odesłał podwładnych, mówiąc, że z nich dupy wołowe i łachudry, a potem bardzo zadowolony, skłonił się przed panią Bodega:

– Droga pani, sprawa jest bardzo prosta, jako że ów osobnik nie figuruje w naszych rejestrach, nie mogę pani udzielić żądanych informacji, lecz aby choć trochę wybawić panią z kłopotu, proponuję, by w najbliższych dniach zechciała pani wypić ze mną szklaneczkę porto w moim nowiutkim studio Unikat.

– Uczciwa kobieta unika takich sytuacji – odparła pani Butaga z roztargnieniem.

– Urocze! Urocze! Jakże błyskotliwe!

W rzeczywistości powiedzoństwo było takie sobie, ale czego się nie robi. Chantal bardzo zależy na wypełnieniu misji powierzonej jej przez siostrę.

– Jak by to można zorganizować? – pyta machinalnie, zatopiona we właśnie szkicowanym planie akcji.

– Czy zechciałaby pani, na przykład, w sobotę wieczorem, w porze, o której cywile zwykli mówić godzina napitku?

Kapitan Bordeille był zachwycony, że wyraził się z taką gracją. Pani Bretaga wyjęła automatycznie swój karnecik i zaniepokoiła się:

– Godzina napitku? Znaczy się o której?

– Ależ o siedemnastej piętnaście, droga pani.

Teraz on z kolei się zaniepokoił:

– Chyba nie znała pani zbyt wielu wojskowych?

– Kilku, i to po służbie.

Stale zaprzątnięta czekającymi ją poszukiwaniami, zapisała w karneciku dzień i godzinę schadzki. Nagle sobie przypomniała:

– Kapitanie! Nie odpowiedział pan na moje pytanie.

– Jakie pytanie, droga pani?

– Przed chwilą zadałam panu pytanie i pan na nie nie odpowiedział.

– Chyba dokładnie pamiętam, że to ja zadałem ostatnie pytanie. Brzmiało: chyba nie znała pani zbyt wielu wojskowych?

– A przedtem, o czym mówiliśmy?

– O porze napitku, moja piękna.

– A przedtem?

– O moim małym studio. Opisałem je pani. Nie przypomina pani sobie? Pozwoliłem sobie wspomnieć o jego aromatycznej woni i opisałem kilka przedmiotów składających się na wyposażenie: wieszak, stojak na parasole, stół z cytrynowca, wiklinowy fotel, bidet, skrzynia na chleb i łoże jak grób głębokie.

– Nic a nic nie pamiętam.

Schowała z powrotem karnecik do torebki i wstała. Podała mu rękę.

– Do widzenia, kapitanie. I bardzo dziękuję za… Mam, właśnie sobie przypomniałam swoje pytanie. Bardzo zabawne, prawda? Że tak sobie nie mogłam przypomnieć. Otóż chciałam zapytać o rzecz następującą: z jakiego powodu Valentin Brû nie figuruje w spisie liczebnym kompanii?

– A skąd, moja piękna, ja to mogę wiedzieć? Gdyby figurował, mógłbym podać powody, dla których mógłby w nim nie figurować, ale skoro nie figuruje, doprawdy nie widzę, jak mógłbym pani podać powody, dla których mógłby figurować.

– To prawda – przyznała Chantal.   

III

Sierżant Bourrelier pchnął drzwi kafejki U Przyjaciół i wszedł, a za nim szeregowy Brû. Zasiedli na swoim zwykłym miejscu i zanim o coś poprosili, Didine przyniosła im zielone sukno, szare karty, pernod dla Artura i białe wino na syropie dla szeregowego Brû. Przez godzinkę grali sobie w belotkę i tak jak zawsze sierżant wygrał.  Wysączyli potem drobnymi łykami swoje aperitify, Brû tym ostrożniej, że po służbie w koloniach, gdzie, jak wiadomo, panują choroby wątroby i udary słoneczne, stale się obawiał, że gdy trochę nadużyje, zakręci mu się w głowie.

Kiedy skończyli, spojrzeli na siebie z sympatią i sierżant, jak to zwykle czynił, zapytał:

– Jeszcze raz?

– Masz ochotę?

– Zagramy partyjkę.

Zagrali i Brû znowu przegrał. Drugą szklaneczkę pił jeszcze wolniej niż pierwszą. Wchłonąwszy trzydzieści kropli, odstawił ją i, nie patrząc na kolegę, zapowiedział, że ponownie się nie zaciągnie.

– Naprawdę się zastanowiłeś? – zapytał Bourrelier.

– Że już się nie zaciągnę, tak.

– A powiedz, co będziesz robił w cywilu?

– Właśnie.

– Zawodu nie masz, co?

– No, nie.

– Więc co?

– Myślałem, żeby zamiatać.

– Zamiatanie nie ma przyszłości. Zwłaszcza przy tym postępie mechanizacji.

– Zawsze przecież zostaną roboty wykończeniowe: małe uliczki, małe zaułki, małe rogi, miejsca trudno dostępne. Na przykład, jak auto gdzieś stanie, maszyna nic nie poradzi, a ja, ja zawsze mogę sięgnąć pod nie i zaraz będzie czyściej. Sądzę, że jeszcze nadejdą piękne dni dla ręcznego zamiatania.

– Może. Ale tak czy inaczej, przyszłość należy do mechaniki.

– Nie znam się na tym.

– Jakbyś był w inżynieryjnych albo przy taborze, zdobyłbyś w wojsku dobry zawód, jak piszą na afiszach.

– Powiedziałem ci, że nie chcę znowu wstępować do wojska.

Sierżant Bourrelier westchnął:

– Nigdy nie wyżywisz żony i dzieci z tego twojego zamiatania.

– Nigdy nie mówiłem, że chcę żywić żonę i dzieci.

– Może byś wolał, żeby to żona żywiła ciebie?

Brû zdumiony, podniósł oczy.

– Są takie?

Artur wybuchnął śmiechem. Potem spoważniał.

– Nawet ci jedną znalazłem.

– Ty? Jaką jedną?

– Czekaj, powtórzymy kolejkę. Jest powód.

– Nie, dziękuję. Mam dość.

– Mnie przecież nie odmówisz.

– Niech będzie.

Czekali w milczeniu, aż Didine przyniesie im kieliszki, za trzecim razem zawsze jakby pełniejsze. Sierżant stuknął się z szeregowym, mówiąc:

– Za twoje romanse!

– Co to znowu za historia?

Szeregowy Brû pytał, żeby zrobić przyjemność Bourrelierowi, ale tak naprawdę nie interesowało go to.

– Po prostu, masz branie.

– Niemożliwe – mówi Brû. – Kim ona jest?

Miał to gdzieś, oczywiście, ale tamten by się obraził, gdyby go nie zapytać.

– Widzisz tę pasmanterię na ulicy Gambetta, trochę przed skrętem w Jules Ferry, po drodze między koszarami a robotą?

– Nie.

– Leżą takie szpulki, wstążki, guziki, takie tam bzdety, na wystawie, jak zawsze na wystawie w pasmanterii, można powiedzieć.  

– Nie widziałem.

– A ja zwróciłem uwagę.

– Ja nie.

– Trudno. Teraz zwrócisz.

– Dlaczego miałbym zwrócić uwagę?

– Zobaczysz.

Szeregowy Brû przyjął na siedząco pozycję uważnego słuchacza.

– A więc – zaczął Bourrelier – właścicielka tego sklepu ma do ciebie słabość.

– Nie znam jej.

– To ją poznasz.

– Niby dlaczego ją poznam.

Sierżant uderzył w stół:

– Dasz mi w końcu powiedzieć?

– No, słucham, słucham.

Brû czuł, jak białe wino na syropie uderza mu do głowy.

– Więc ci mówię – mówi Bourrelier – że ta z pasmanterii czuje do ciebie miętę i chce się za ciebie wydać.

– Skąd wiesz?

– Jej siostra mi powiedziała.

– Znasz jej siostrę?

– Dasz mi w końcu powiedzieć, do cholery?

Brû się zamknął, Bourrelier otworzył:

– Jak szliśmy w południe z roboty, to ty skręciłeś w prawo, a ja poszedłem do kantyny. Właśnie się zastanawiałem, co sobie wrzucić na ruszt, marzyły mi się flaki ze szparagami, mówiłem sobie, że może by wreszcie coś innego niż stale te karczochy w cebulowym sosie, dziwne, ale właśnie w tej chwili, kiedy sobie mówiłem, że zaczynam mieć dość tych karczochów w cebulowym, bo pięć razy na tydzień, sam rozumiesz, dokładnie w tej samej chwili, zaczepiła mnie jakaś kobietka, ale taka super, pierwsza klasa. Cholera, mówię sobie, za wcześnie na szukanie klientów, ale jej wcale nie o to chodziło. Od razu zaczęła mówić o tobie, słuchasz?

Brû lekko skinął głową na znak, że tak, słucha.

– Poszliśmy razem coś wypić i kazała mi opowiedzieć wszystko, co o tobie wiem, no i jej opowiedziałem wszystko, co o tobie wiem.

– A co o mnie wiesz?

– To porządny chłopak, zapytała. Jak najbardziej, odpowiedziałem. Ile ma lat, zapytała. Dwadzieścia pięć, odpowiedziałem. Na to mnie zapytała: Jest zawodowym żołnierzem? Odpowiedziałem jej: Za miesiąc idzie do cywila. I dodałem: Ale niewykluczone, że się znowu zaciągnie. Och! Krzyknęła, niech pan mu koniecznie powie, panie sierżancie, żeby nie robił głupstw, bo moja siostra go sobie upatrzyła, na poważnie, będzie z nią prowadził sklep, będą robić świetne interesy, a z czasem będą sobie nawet mogli kupić domek na wsi. A potem zaczęła mnie szarpać i błagać, żebym ci nie pozwolił znowu się zaciągnąć do wojska.

– Tylko tyle jej o mnie powiedziałeś?

– Jej starczyło. Jesteś poważny, nie pijesz, zwłaszcza to, nie pijesz, bardzo jej się spodobało. Jesteś sierotą, pochodzisz z Le Vésinet, odsłużyłeś pięć lat, właśnie wracasz z Madagaskaru. Tyle. Bardzo była zadowolona. Zwłaszcza że nie chlasz. To zrobiło bardzo dobre wrażenie.

– Nie zapytała, czy nie mam jakiejś panienki?

Sierżant Bourrelier zastanowił się.

– Nie – mówi – o tym nie pisnęła słówka.

Co sprawiło, że się zamyślili.

– Wiesz – powiedział Brû – zwykle to nie kobiety robią takie rzeczy.

– Jakie rzeczy?

– Tak się wypytują o mężczyzn.

– Wcale nie. Rodzina zawsze czegoś się chce wywiedzieć. To normalne. A jej rodzina to siostra, kobietka bardzo do rzeczy, tak ci mówię, jak ci mówiłem. Mają też matkę, ale mieszka w stolicy. Dlatego właśnie siostra podjęła się śledztwa.

– Tak czy inaczej, na ogół, zawsze mężczyzna robi pierwszy krok.

– Może na Madagaskarze, ale we Francji dużo się zmieniło. Dlaczego dziewczęta nie miałyby latać za chłopakami?

– Nie wiem.

– We Francji bardzo często panny same się oświadczają.

– Znaczy, że to już zaręczyny?

– Poczekaj trochę. Siostra doniesie siostrze wszystko, czego się o tobie wywiedziała ode mnie, a jak pani z pasmanterii się spodoba, sama do ciebie przyjdzie. Ty nie masz rodziny, co?

– Nie. Ale mimo wszystko – mówi szeregowy Brû, spuszczając oczy – czy ja nie mogę się o niej czegoś dowiedzieć?

– Taki sklepik, szkoda odmówić, i ma wystawę od ulicy ta twoja przyszła, możesz brać z zamkniętymi oczami.