Niedoświadczony Duch. The Story of the Inexperienced Ghost - Herbert George Wells - ebook

Niedoświadczony Duch. The Story of the Inexperienced Ghost ebook

Herbert George Wells

0,0
8,40 zł

lub
Opis

Podobnie jak w przypadku „Skradzionego ciała”, „Niedoświadczony duch” (być może najbardziej znana opowieść o duchach Wellsa po „Czerwonym pokoju” - nie bez powodu, ponieważ jest to arcydzieło fikcji spekulacyjnej) ma na celu ostrzeżenie przed antropocentryczną pychą. Ludzie zanurzają się w morzach, docierają do nieba, nurzają się w ziemi, przeczesują lasy i przedzierają się przez śniegi, chętni i pewni perspektyw odkrycia. Sięgają także do niematerialnego eteru, aby skomunikować się mieszkańcami świata duchowego. Ta (początkowo) komiczna opowieść opowiada o takim człowieku, który nie obawia się świata duchów, jest upartym materialistą, ale tylko dopóki nie zaczął rozmawiać z widmem. Ale zamiast szoku, przerażenia czy strachu budzi się w nim ciekawość. Autor przedstawia życie po śmierci jako miejsce, w którym przebywają dusze. Ze względu na sposób, w jaki autor to opisuje, może się zdawać, że nic nie robią, nie śpią ani nie jedzą, a ich istnienie jest bezcelowe. Jedyne, co robią, to straszą. Ale czy tak jest naprawdę?... Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 38




 

Herbert George Wells

 

Niedoświadczony Duch

The Story of the Inexperienced Ghost

 

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

 

przekład anonimowy

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Wydanie według edycji z roku 1909.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-519-7

 

 

 

Niedoświadczony Duch

 

Doskonale pamiętam pokój, w którym Clayton ostatnią swą anegdotkę opowiedział. Zagłębiony był w wielkim fotelu koło kominka, a obok niego siedział Sanderson i palił glinianą fajkę. Był także Evans i Wish, ten rzadki człowiek wśród aktorów, bo łączył skromność z wielkim prawdziwie talentem. Cały dzień byliśmy w tem usposobieniu, w którem chętnie się słucha bajek, puszczając gęste kłęby dymu. Z początku opowieść Clayton’a uważaliśmy naturalnie za zmyśloną; czy rzeczywiście nią była, niech sobie czytelnik osądzi i roztrzygnie.

 — Słuchajcie no! — rzekł po dłuższem milczeniu — czy wy wiecie, że ja tu wczoraj sam jeden noc spędziłem?

 — Wszak była służba — zauważył Wish.

 — Tak, ale ta sypia daleko, w tamtem skrzydle. — Pociągnął kilka razy z cygara, jakby się wahając, poczem dodał: — Otóż wiedzcie, iż złapałem ducha.

 — Złapałeś ducha? A gdzież on jest? — spytał Sanderson.

 — Clayton poprosił nas, abyśmy zamknęli drzwi.

 — Nie przypuszczam, aby kto podsłuchiwał — rzekł — ale tyle tu w tym domu kurytarzy, i tyle ścian wykładanych dębowemi płytami, że mógłby wśród służby popłoch z tego wyniknąć. Chociaż nie był to zwykły duch, i wątpię czy jeszcze kiedy powróci.

 — Chcesz przez to powiedzieć, żeś go nie zatrzymał?

 — Nie miałem serca tego uczynić.

 Roześmieliśmy się wszyscy, a Sanderson wyraził ździwienie.

 — Ale mówiłeś z nim? — spytał Wish.

 — Z dobrą godzinę.

 — Rozmowny był?

 — Biedaczysko był w kłopocie, i bardzo zmartwiony.

 — Płakał?

 — Jeszcze jak!

 — A gdzieżeś go przyłapał?

 — Nie wyobrażałem sobie nigdy, aby duch mógł być tak nieporadnym. Ale widać człowiek zachowuje swój charakter, czy w ciele zamieszkuje, czy jest odeń oswobodzonym. Są podobno duchy tak uparte i energiczne, jak gdyby były mianiakami, ale ten takim nie był. Odrazu słabość jego uderzyła mnie. Spotkałem go w długim kurytarzu, a choć plecami był do mnie obrócony, poznałem zaraz, że to duch. Był białawy i przeźroczysty, tak, że widziałem lampę stojącą po za nim. Wyglądał jak człowiek, który nie wie co ma z sobą począć.

 — Jakąż miał powierzchowność?

 — Marną. Miał długą szyję, wązkie ramiona, duże uszy i rzadkie włosy, a odziany był w wytarte spodnie, krótką marynarkę i wykładany kołnierzyk. Stanąłem aby mu się przypatrzeć, ale bynajmniej strachu nie uczułem. Byłem tylko ździwiony i zainteresowany, i pomyślałem sobie: “Wielki Boże! A toż to duch! A ja w nie przez ostatnich dwadzieścia pięć lat wierzyć nie chciałem!”

 — Hm! — mruknął Wish.

 — Wtem obrócił się do mnie, i ujrzałem twarz wymokłego młodzieńca, o małym nosku, i uciekającej brodzie. Tak staliśmy chwilę, przypatrując się sobie wzajemnie, gdy zapewne przypomniawszy sobie kim jest wyciągnął głowę naprzód i podniósł ręce, jak na ducha przystało, słabym głosem wołając: “Bu!” Nie było to ani trochę przerażającem. Zresztą byłem po obiedzie przy którym wypiłem flaszkę szampana — może nawet dwie czy trzy, jak również cztery czy pięć kieliszków wódki, czułem się więc silnym jak skała, i tyle się go bałem co spotkanej w ogrodzie żaby. “Bu!” powtórzyłem, “także coś! Nie należysz pan do naszego klubu, cóż więc tu robisz?” — Drgnął, widocznie zażenowany, i odpowiedział:

 — Bu-u!

 — Idź do dyabła ze swoim bu! Pytam czy jesteś członkiem klubu? — Przeszedłem przez kawałek jego ramienia i zapaliłem świecę przygotowaną obok na stole koło schodów. Odsunął się odemnie, i jeszcze więcej się zmieszał.

 — Nie — odparł — nie jestem członkiem... jestem duchem.

 — No to ci przecie nie daje prawa spaceru po klubie “Mermaid”. Czy jest tu kto kogo życzysz sobie zobaczyć, czy co? — I starannie podnosząc świecę, tak, aby nie wziął drżenia po wódce za obawę, zbliżyłem się do niego.

 — Co pan tu robisz? — spytałem.

 Spuścił głowę i ręce, i wyjąkał: “Straszę.”

 — To nie pańska rzecz — zauważyłem.

 — Kiedy jestem duchem — odparł, jakby broniąc się.

 — Może być, ale nie masz pan prawa tu straszyć. Jest to porządny, prywatny klub — w którym nieraz członkowie stają z dziećmi i niańkami, i mógłbyś na śmierć jakie biedne maleństwo wystraszyć. Czyś pomyślał o tem?

 — Nie, panie, nie pomyślałem.

 — Powinieneś był to uczynić. Czyś tu został zamordowanym, czy co?

 — Nie panie, ale sądziłem, że ponieważ to dom stary, i dębowemi płytami wykładany, więc....

 — To nie jest żadna wymówka. Nie miałeś prawa tu przebywać, i gdybym był tobą, tobym doczekał się piania koguta, i znikłbym bezpowrotnie.

 — Kiedy, proszę pana...

 — Znikłbym odrazu — powtórzyłem tonem surowym.

 — Kiedy proszę pana... jakoś... nie mogę.

 — Nie możesz?

 — Nie