Niedorajda, czyli co nam radzą poradniki - Michał Rusinek - ebook + audiobook

10 osób właśnie czyta

Opis

Michał Rusinek, autor brawurowych „Pypci na języku”, tym razem skierował swoje zainteresowania w stronę poradników. Z właściwą sobie wnikliwością i maestrią, z literackim kunsztem i intelektualną swadą przygląda się poradniczym lapsusom, kuriozom i innym zdumiewającym osobliwościom.
Jak podrywać? Jak sprzedawać? Jak się leczyć? Jak tatuować? A jak się nie dać poradnikom, które robią z nas niedorajdy? Prosta rada: słuchać Rusinka.

„Gdybym miała dzienniczek obywatela, a sąsiedzi mogliby wpisywać do niego uwagi, jedna z nich brzmiałaby: «W tych ciężkich czasach ostentacyjnie śmiała się w głos». Rewelacja!” – Katarzyna Nosowska

„Niedorajda to osoba niedoradzona. Taka jak ktoś, kto nie przeczytał tego zbioru felietonów Michała Rusinka. Bo kto je przeczytał, na pewno będzie doradzony w stu procentach i w dodatku będzie dorajdą w wyśmienitym nastroju. Profesor (tak, tak!) Michał Rusinek bezbłędnie wychwytuje i ośmiesza durnotki i głupotki wypisywane w setkach poradników, które po egzegezie Autora trzeba by chyba nazwać bezradnikami. «Egzegeza» – to zabrzmiało groźnie, ale felietony są pisane piórkiem lekkim, ot, są muśnięciem zaledwie. Lecz muśnięciem mistrzowskim. I nie zawsze jest ono dobroduszne, niekiedy to z lekka ironiczne przytyki. A czasem wcale nie z lekka. Ale jakżeż się to czyta! Stereotypowo mówiąc: jednym tchem. A może pleonastycznie «jednym haustem», bo kolejne strony połyka się jak najprzedniejszy trunek wprawiający w wyśmienity humor.
Czytajmy więc, by z niedorajdy stać się dorajdą. I by jako doradzony już dorajda dorajić Rusinkowi: obnażaj, Waszmość, dalej, bo przecież jeszcze tyle jest poragłupotników na różne tematy, od wychowania dzieci i kotów poczynając, a na budowie domowym sposobem samolotów kończąc” – profesor Andrzej Markowski, Rada Języka Polskiego

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 147

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


korekta: Teresa Kruszona

projekt graficzny: Wojtek Kwiecień-Janikowski

rysunki: Jacek Gawłowski

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Wydawnictwo książkowe:

dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

redaktor naczelny: Paweł Goźliński

koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Michał Rusinek 2019

© copyright by Jacek Gawłowski 2019

© copyright by AGORA SA 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2861-4 (epub), 978-83-268-2862-1 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Pamięci Józia Kozaka (1935–2019),

wspaniałego Redaktora i Przyjaciela.

MR

WSTĘP

Powiedzmy to sobie od razu, żeby nie było niedomówień: książka, którą trzymają Państwo w ręku, nie jest ekshibicjonistyczną deklaracją nieporadności autora. Nie jest także, co mogłyby sugerować tytuły rozdziałów, językowym poradnikiem. Jest natomiast próbą przyjrzenia się takiemu rodzajowi języka, który nie stwierdza, nie pyta i nie zaprzecza, ale usiłuje nas do czegoś nakłonić.

Tego typu język istniał od dawna. Nie jest wykluczone, że po raz pierwszy język został użyty nie po to, by opisać piękno przyrody lub pokrzepić serca, lecz właśnie po to, by na kogoś wpłynąć. Ba, nie tylko na kogoś, także na coś. Jedną z pierwotnych funkcji języka jest przecież funkcja magiczna, czyli przeświadczenie, że odpowiednim tonem wypowiedziana formuła słowna, np.: „stoliczku, nakryj się!”, spowoduje, że stoliczek się nakryje. Owszem, może być do tego potrzebna różdżka, ale i tak najważniejsze jest słowo. Mechanizm ten działa także w drugą stronę: obawiamy się przecież, żeby nie wypowiedzieć przypadkowo słów, które wywołają jakąś niepożądaną zmianę w rzeczywistości. W skeczu irlandzkiego komika Dave’a Allena mężczyzna prezentuje klientowi inteligentny dom, który reaguje na komunikaty słowne, np.: otwórz okno, podwyższ temperaturę, włącz światło. Klient jest zachwycony i daje wyraz swojemu zachwytowi, wykrzykując: „A niech mnie szlag trafi!”. Inteligentny dom spełnia i to żądanie.

Nie trzeba sięgać aż do irlandzkich komików, żeby zauważyć, że ślady tego typu obaw znajdziemy w naszym codziennym języku. Słowo „niedźwiedź”, etymologicznie rzecz biorąc, oznacza tego, kto je miód. Wymyślone zostało z obawy, że wypowiedzenie na głos nazwy tego zwierzęcia może je przywołać, na zasadzie wywoływania wilka z lasu. Wszyscy czytelnicy przygód Harry’ego Pottera wiedzą, dlaczego nie powinno się używać imienia Voldemorta; nasz rodzimy niedźwiedź to też taki Sami-Wiecie-Kto. Tego typu myślenie jest oczywiście związane z wiarą w magiczną funkcję języka, która wraz z rozwojem cywilizacji i kultury została wyparta przez myślenie racjonalne. Wyparcie nie oznacza jednak usunięcia; oznacza raczej zepchnięcie do podziemia.

Kiedy rodziła się ateńska demokracja, narodziła się także retoryka, będąca de facto próbą ujęcia magicznej funkcji języka w racjonalne karby. Wiemy, że zaklęcia najczęściej bywają nieskuteczne, spróbujmy jednak się przyjrzeć, co takiego w naszym języku przekonuje innych, czyli powoduje, że robią to, czego od nich oczekujemy. Nie ma na to idealnego przepisu, żaden podręcznik do retoryki nie daje stuprocentowej gwarancji skuteczności zawartych tam porad, niemniej perswazja zawsze jest skuteczniejsza od magii. Ale jej stosowanie, także dzisiaj, podszyte jest takim samym marzeniem jak stosowanie niegdyś magicznych formuł. Aktorka wypowiadająca hasło reklamujące pastę do zębów robi dokładnie to samo, co szaman wypowiadający zaklęcie mające sprowadzić deszcz. Oboje mają nadzieję, że słowo zmieni rzeczywistość: spadnie metaforyczny deszcz pieniędzy na producenta pasty do zębów i deszcz dosłowny na współplemieńców szamana.

Retoryczna formuła może mieć formę rozkazu, żądania, prośby czy sugestii. Ale może mieć też formę porady. Gdy pojawiła się retoryka, pojawili się także pierwsi nauczyciele, którzy za niewielką opłatą doradzali, jak mówić skutecznie, jak przekonywać, jak zmienić coś na lepsze w swojej rzeczywistości. Szybko wykształcił się też osobny gatunek retoryczny zwany doradczym. Wygląda na to, że gatunek ten wciąż ma się dobrze. Bo my, ludzie, jesteśmy dziwni: niby nie lubimy, jak ktoś nas poucza, ale równocześnie bardzo często sięgamy po wszelkiego rodzaju poradniki. Wciąż drzemie w nas wiara w magiczną funkcję słowa, wciąż nam się wydaje, że jeśli zastosujemy odpowiednie zaklęcie, to nasz stoliczek się nakryje. Poradniki to przecież współczesne księgi zaklęć.

Podobno najczęściej kupujemy właśnie takie księgi, a właściwie książki, których tytuły lub podtytuły zaczynają się od słowa „Jak”. I najchętniej wpisujemy do wyszukiwarek zdania rozpoczynające się od tego słowa. Dlaczego? Być może wydaje nam się, że nie umiemy żyć, że nie poradzimy sobie sami i będziemy potrzebować czyichś wskazówek. Może w dzieciństwie dostawaliśmy ich zbyt mało albo, wprost przeciwnie, zbyt dużo, więc się od nich uzależniliśmy. Uważamy się za niedorajdy, czyli osoby, które potrzebują porad w każdej dziedzinie życia. Jesteśmy niedorajdami, bo jesteśmy od porad uzależnieni.

W tej książce przyglądam się językowi poradników; trochę z ukosa, lecz poważnie, jak mówi poeta. Poważnie, bo pokazuję przy okazji, jakiego niedorajdę kształtują poradniki i porady internetowe. Książka jest kontynuacją Pypciów na języku wydanych przez Wydawnictwo Agora w 2017 roku (Pypcie można jeszcze kupić na aukcjach internetowych; ostatnio znalazłem na dwóch: na jednej opisane zostały jako „Pupcie na języku”, co mogło być zwykłą freudowską literówką, na drugiej zaś jako „Wypicie na języku”, co ma znamiona czynności pomyłkowej, zwłaszcza w społeczeństwie, które pod względem spożycia alkoholu zajmuje drugie miejsce w Europie). Felietony zebrane w tej książce ukazywały się w krakowskim dodatku „Gazety Wyborczej” w latach 2017–2019. Przy ich pisaniu wsparło mnie wiele osób, które od lat tropią językowe i poradnikowe kurioza, m.in.: Jacek Dehnel, Katarzyna Huzar-Czub, Katarzyna Kłosińska, Joanna Rusinek, Maciej Stuhr i – last but not least – Izabela Tadra. Wszystkim składam serdeczne podziękowania.

Jak podrywać
I

W zagrożonym wymarciem języku jagańskim, używanym na krańcach Ziemi Ognistej w Chile, istnieje słowo „mamihlapinatapai”. Oznacza ono spojrzenie wymienione przez dwie osoby, które rozumieją się bez słów lub pragną tego samego, ale każda z nich wolałaby, żeby to ta druga zrobiła pierwszy krok. Jeśli zjawisko, które słowo to oznacza, jest wśród Jaganów powszechne, to nie ma się co dziwić, że populacja tego indiańskiego plemienia drastycznie maleje.

Wiele wskazuje na to, że plemię to po prostu nie ma dostępu do polskojęzycznego internetu oraz wydawanych w naszym kraju stosownych poradników. „Jak poderwać dziewczynę. Pięć żelaznych zasad podrywania”, „Sposoby na podryw: 22 patenty, jak poderwać dziewczynę”, „Podrywam.pl” – oto zaledwie garść publikacji, których obecność na naszym rynku gwarantuje, że nie grozi nam los Jaganów.

W jednej z nich natrafimy na „Teksty na podryw rekomendowane przez wiodących »artystów podrywania«”. Spójrzmy przez palce na rusycyzm, jakim jest przymiotnik „wiodący”, i skupmy się przez chwilę na samych tekstach. Dodajmy, że każdy z nich został opatrzony opinią „naszej redakcyjnej psycholog”.

„Hej, przepraszam, że zaczepiam, ale potrzebuję damskiej opinii w pewnej sprawie... Ale musi być naprawdę szybka, bo wiecie, chodzi o zakład”.

Ekspertka jest zdania, że taka strategia może zadziałać, bo „kobiety lubią wyzwania” i reagują na wołanie o pomoc. Bylibyśmy sceptyczni. Po pierwsze, dlaczego mężczyzna zwraca się do kobiety w liczbie mnogiej? Kolejny rusycyzm czy założenie, że zwraca się do większej grupy kobiet? Rozumiemy, że ta, która się podejmie zadania, zostanie poderwana? Czyli nie tylko podryw, ale i selekcja? Po drugie, dlaczego ma nas interesować czyjś zakład? I dlaczego ta ciamajda nie może sobie sama z nim poradzić? Ech! Posłuchajmy kolejnego przykładu:

„Czytałem w jednym z waszych magazynów, że wy, kobiety, częściej zdradzacie i oszukujecie. A co ty o tym myślisz?”.

Tu ekspertka radzi, by do tego pytania dodać „zuchwały uśmiech”, a zaraz rozpocznie się ożywiona dyskusja, pełna emocji, o które właśnie chodzi. Nie bylibyśmy pewni, czy akurat o takie emocje chodzi w podrywaniu. Po pierwsze, facet wyraził się pogardliwie o prasie kobiecej, nawet pomijając tytuł magazynu, by wykazać męską wyższość nad kobiecymi sprawami. Owszem, to wywołuje emocje, i to o wiele większe niż sam kontrowersyjny temat. Po drugie, rodzi się pytanie, gdzie ów facet czytał ów magazyn: może po prostu podebrał żonie? Albo babci? Idźmy dalej:

„Mam taki problem: mój przyjaciel wyjechał w sprawach służbowych i dał mi 300 złotych na kupno prezentu dla jego dziewczyny. Masz może jakiś pomysł?”.

Ekspertka zachwyca się wrażliwością pomocnego kolegi i wykrzykuje: „Nie ma kobiety, której nie włączy się od razu gen opiekuńczości!”. Być może ekspertka liczy na Nagrodę Nobla z medycyny za odkrycie nowego genu, ale prawdopodobnie miała na myśli instynkt. Mniejsza o to. Zdumiewa nas tu przede wszystkim układ między przyjaciółmi. Skąd facet miałby znać preferencje, gust, a może nawet i wymiary dziewczyny swojego przyjaciela, by móc kupić jej prezent w jego zastępstwie? Brzmi to podejrzanie. Na tyle podejrzanie, by przyjrzeć się czwartemu tekstowi:

„Przepraszam. Widziałem cię, jak przechodzisz. Wiedziałem, że jeśli nie podejdę i nie powiem ci »Cześć«, później będę żałował. Mam na imię...”.

My na razie oniemieliśmy, więc posłuchajmy, co na to ekspertka: „Może to i trochę desperackie, ale zarówno twoja odwaga, jak i wizja bezpowrotnie utraconej szansy zrobi wrażenie”. Wiemy, rzecz jasna, że w miejscu wielokropka powinno znaleźć się twoje imię, czytelniku, ale wyobraźnia podpowiada nam zawieszenie głosu na widok wyrastającego za plecami desperacko podrywanej kobiety jej męża-osiłka, którego właśnie wypuszczono z więzienia po odbyciu kary za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Na szczęście słowo „cześć” służy zarazem do witania, jak i do żegnania, więc możemy szybko wyjaśnić, że właśnie o to nam chodziło.

Na tym koniec tekstów „artystów podrywania”. Jeśli nas rozczarowały, szukajmy dalej. Na innym portalu prędko znajdziemy wiele światłych porad dotyczących podrywania w różnych egzotycznych miejscach, jak: ulica, sklep, dyskoteka, szkoła czy internet. Sposobów jest mnóstwo, ale i sporo niebezpieczeństw. Na ulicy na przykład trzeba uważać, żeby „nie wyjść na idiotę lub akwizytora”. Autor radzi, by poczekać, aż dziewczyna, którą sobie upatrzyliśmy, usiądzie na ławce. Można wówczas będzie się do niej dosiąść (tu pojawia się porada prawna: „ławka jest publiczna i masz prawo na niej usiąść”). Jeśli czyta – zapytaj, co czyta. Jeśli gra – zapytaj, w co gra. Jeśli ani nie czyta, ani nie gra – powiedz jej, że ma „świetny tatuaż czy śmieszny napis na koszulce”. Autor nie przewidział innych ewentualności. Być może wie, co mówi. No ale co dalej? To proste: „opowiedz jej o swoich pasjach i zainteresowaniach”. Rozumiemy, że jeśli nie ucieknie z krzykiem, nie wezwie policji lub nie zaśnie – jest twoja.

Ze zdumieniem czytamy dalej, że „idealnym miejscem do podrywania dziewczyn jest sklep”. Kiedy rzeczona dziewczyna stoi przed półką z alkoholem, należy zażartować, że „kogoś czeka niezła impreza”, a „gdy będzie brała czekoladę truskawkową, powiedz, że o smaku toffi jest smaczniejsza”. Rozumiem, że w pierwszym przypadku dziewczyna natychmiast nas na tę imprezę zaprosi, a w drugim – spojrzy na nas i powie, że widać po naszych gabarytach, że na czym jak na czym, ale na czekoladach to się znamy.

W autobusie podobno poderwać łatwiej. Specjalista szczegółów nie podaje, ale chyba chodzi o to, że ofierze trudniej uciec, przynajmniej między przystankami. Natomiast zdecydowanie najlepiej jest podrywać na imprezie. Należy stanąć przy barze i obserwować, co dziewczyna zamawia. Jeśli jest to woda mineralna, należy po prostu zapytać: „Jak to jest bawić się na trzeźwo?”. Z tego wynika, że samemu nie należy być wówczas trzeźwym, żeby pytanie brzmiało wiarygodnie. My byśmy jednak radzili uważać, bo może się potem okazać, że nie wiedzieliśmy, do kogo tak naprawdę mówimy. Jeśli natomiast dziewczyna zamawia kufel piwa, należy spytać: „Gdzie ty planujesz to zmieścić?”. Wprawdzie mistrz podrywu dodaje, że pytać należy „z uśmiechem”, a nawet precyzuje dla mniej pojętnych czytelników, że z uśmiechem „na twarzy”, ale nie daje przecież gwarancji, że po takiej frazie zawartość wspomnianego kufla nie zostanie wylana nam na głowę. Byłoby wówczas lepiej, gdyby to była woda mineralna.

Przejdźmy tam, gdzie nikt nas niczym nie obleje, poza samymi słowami, to znaczy do internetu. Autorzy porad „jak podrywać w internecie” jednogłośnie stwierdzają, że trzeba się odróżnić. Panuje tam bowiem o wiele większa konkurencja niż w tzw. realu: „Każda dziewczyna, która ma założony profil na takim czy innym portalu randkowym, codziennie otrzymuje od kilkunastu do kilkudziesięciu wiadomości od facetów”. To oznacza, że trzeba napisać coś, co zwróci uwagę dziewczyny właśnie na nas. Zakładając, że większość mężczyzn pisze komplementy – należy ją na przykład dowcipnie skrytykować. „Na pewno twoja kreatywność ją rozśmieszy i zaintryguje” – zapewnia doradca. Nie podzielamy tej pewności.

Kreatywność najczęściej bywa modelowana przez trenerów, doradców, coachów, instruktorów. Przyjrzyjmy się uważnie efektom tego modelowania.

„Czy jesteś prawdziwa? I czy można Cię zaczepić? Piszę, bo przypominasz mi konkretną osobę i wydaje mi się, że się znamy” – przeczytała w e-mailu nasza znajoma, całkiem prawdziwa. To nam wygląda na efekt porady typu: „napisz, że przypominasz mu konkretną osobę”. Zdradziło go słowo „konkretny”. Ponoć nic z tego nie wyszło.

„Cześć. Nie wiem w sumie, co mógłbym napisać w pierwszej wiadomości, żebyś była zainteresowana poznaniem się, więc załóżmy, że napisałem to wszystko. Co teraz?”. Zdaje się, że też nic dalej, choć ktoś napisał zdanie zgodnie z wytycznymi znalezionymi na jakiejś stronie z poradami. A nawet nie tyle napisał, ile skopiował i wkleił.

„Ty byś dobrze biegała odcinki górskie” – powiedział do naszej znajomej pewien mężczyzna, przyjrzawszy się jej bacznie. To już pewnie wykracza poza frazy proponowane przez coachów, ale zarazem powoduje, jakże pożądany w takich sytuacjach, efekt zaskoczenia. I każe zadać sobie pytanie: czy to aby na pewno komplement?

Podobną kreatywność wykazywać można także w tzw. realu:

„Czy to bawełna?” – zapytał naszą inną znajomą nieznajomy, wskazując na gruby płaszcz zimowy, który miała na sobie. Absurdalne? Niekoniecznie. Na kursach podrywania podobno uczą, by nie komplementować bezpośrednio urody dziewczyn, ale ich styl, gust, dobór kolorów lub materiałów, z których uszyte są ich ubrania. W tym przypadku – nie udało się.

„Ładnie pani pachnie. To jakiś zapach z górnej półki?” – to przykład kreatywności wykraczającej, jak sądzimy, poza ramy wyznaczone przez instruktora. Nas ujęło określenie marketingowe „górna półka”. Nie wiemy, czy ujęło adresatkę.

„Dobry wieczór. Nazywam się X. Mam dużą firmę. Zatrudniam 500 osób” – bo przecież nic tak nie przyciąga kobiet, jak status materialny oraz zaradność mężczyzny. Tego zapewne uczą na stosownych kursach, choć nam się wydaje, że przeświadczenie to oparte jest na banalnym stereotypie. Ale nie poddawajmy się. Podejrzewamy bowiem, że niektóre kobiety może rozczulić precyzja w tej frazie zawarta. Lub rozśmieszyć. A to już coś.

„Piękny to ja nie jestem, ale pieniądze mam” – oto inna wersja poprzedniej frazy, skrócona, ale zarazem wzbogacona o element zdrowej, krytycznej oceny własnej urody. Nam podoba się o wiele bardziej, wymaga bowiem interakcji. Kobieta zostaje tu postawiona przed dylematem: estetyka czy ekonomia? Dla symetrii warto być wówczas z kolegą: wprawdzie przystojnym, ale za to spłukanym.

„Nie mów zbyt dużo o sobie. Słuchaj. Niech Twoja uwaga będzie nakierowana na nią” – powtarzają autorzy poradników podrywania. Oto garść przykładów na stosowanie tych zasad.

„Nie wiem, ile pani ma lat, ale nie wygląda pani na tyle” – to jest fraza może i ryzykowna, bo dotyka kwestii drażliwej, jaką jest wiek kobiety, ale dotknąwszy – zamienia w komplement. Działa więc dwufazowo. Jeśli faza pierwsza okaże się mieć działanie silniejsze, sprawa się może źle skończyć. Jeśli druga przeważy – może się udać. Zarazem jest to cytat z Antoniego Słonimskiego. O pewnej damie mawiał on, że jest prawdziwym cudem natury: ma 90 lat, a wygląda zaledwie na 89... Ciekawe, że podobny żart usłyszeć można w jednym z filmów Woody’ego Allena. Acz dotyczy on innej damy.

„Jesteś niezła dupa z twarzy” – tu natomiast mamy do czynienia z komplementem, a jakże, aczkolwiek o dość ograniczonym zasięgu (twarz), sugerującym, że reszta (włączając np. dupę) już tak atrakcyjna nie jest. Wyobrażamy sobie, że w niektórych środowiskach fraza ta miałaby szansę powodzenia. Inne środowiska – np. studentki polonistyki – mogłyby dostrzec w niej przykład ciekawej figury stylistycznej i napięcia, jakie powstaje między użytymi w niej nazwami dwóch – poniekąd przeciwstawnych – części ciała.

„Spodobałaś mi się fizycznie” – to także komplement zawężony. No bo czemu nie psychicznie? Mentalnie? Intelektualnie? No dobrze, może miało być „wizualnie”, bo na pierwszy rzut oka, ale fizyczność pojawiła się na zasadzie czynności pomyłkowej: mówiącemu na tym aspekcie osobowości kobiety zależało najbardziej.

„Pani mi się podoba. Niech pani tego nie spierdoli” – tu znów mamy do czynienia z wypowiedzią dwuczłonową: eleganckim, acz konwencjonalnym komplementem oraz groźbą. Może to jednak nie groźba, ale pokorna prośba podszyta obawą o stabilność związku, kto wie, może nawet rodziny? Mająca źródła w wielu bolesnych rozczarowaniach? Krótko mówiąc, może on ją chce wziąć na litość?

„Wzbudza pani we mnie instynkt przedłużania gatunku” – to zarazem eleganckie i dosłowne. Naukowe i zwierzęce. Może zadziałać. Ale nie musi.

Wśród porad coachów podrywania pojawia się także kategoria oryginalności. To oczywiste. Przecież jakoś trzeba się dać zauważyć, prawda?

„Czy mógłbym zachować sobie pani ósemkę na pamiątkę?” – miał spytać kobietę pewien młody stomatolog po udanej ekstrakcji. To wzruszająca i niekonwencjonalna fraza i zupełnie nie rozumiemy, czemu nie okazała się skuteczna. W przeciwieństwie do bardzo skutecznej frazy następującej:

„A ja mam w domu zdjęcie Clinta Eastwooda z autografem” – trudność polega na tym, że rzeczywiście trzeba mieć wtedy zdjęcie Clinta Eastwooda z autografem.

„Chciałbym, żebyś mnie pochowała” – to przykład frazy, która także okazała się skuteczna, choć łączy w sobie element funeralny. O związkach Erosa i Tanatosa napisano wiele. W razie potrzeby służymy stosowną bibliografią.

„Uważam, że świat idei Platona, podmiot transcendentalny u Kanta i trzeci świat Poppera mają ze sobą coś wspólnego” – też tak uważamy.

„Hej, ty też jedziesz tym pociągiem?” – to także zdanie, które każe odbiorczyni zadać sobie pytania natury filozoficznej i od razu sytuuje dalszą konwersację na planie filozofii języka oraz logiki. Chyba że rzeczona odbiorczyni uzna nadawcę za kretyna.

„Na dole ruże ugury bez, cukier jest słodki ale ty tez” – nie wiemy, jak fachowo nazywa się perwersja polegająca na tym, że podniecają kogoś słowa napisane z błędami ortograficznymi (być może dysortografiofilia), ale domyślamy się, że autor tej frazy na nią liczył.

„Jak na taką grubaskę, to naprawdę mało się pocisz” – oto oryginalny komplement, bardzo intymny. Ale i ryzykowny. Powinien być opatrzony adnotacją: „Stosujesz na własną odpowiedzialność”.

Życie jest krótkie. Może więc w ogóle zrezygnować z nauk coachów, z mądrości zawartych w poradnikach, z kwiecistej retoryki, z bawełny, w którą się owija dość jednak oczywiste sprawy?

„Całujesz się, czy trzeba z tobą chodzić?” – to zasadnicze pytanie, oparte, jak mniemamy, na fundamentalnym podziale wśród osobników płci żeńskiej (męskiej zapewne również): na takie, które od razu przechodzą do rzeczy, oraz na wymagające uprzednich ceregieli. Takich jak np. rytualne „chodzenie ze sobą”.

„Kocham, tęsknię, czekam w sraczu” – takie bezpośrednie zdanie przeczytała pewna kobieta na papierowej serwetce podrzuconej jej w restauracji. W takich przypadkach strach korzystać z toalety.

„Oboje jesteśmy dorośli. Pokój 302” – to natomiast fraza z hotelu. Oparta jest na specyficznej definicji dorosłości, podszytej obawą, że nie zostało nam już zbyt wiele czasu, memento mori. Czy to oznacza, że flirt, umizgi, podrywanie, gra związane są z niedorosłością? Że, krótko mówiąc, z tego się wyrasta?

„Pali jaka?” – zdanie wymagające interakcji, więc nawet zgodnie z wytycznymi instruktorów odwołujące się do wspólnoty rytuału palenia i oparte na poetyckim toposie żywiołu ognia, metaforycznie łączącego płomienną namiętność z domowym ogniskiem.

„E!” – prymitywny, nieomal zwierzęcy odgłos godowy, a zarazem pojemnik, który może zawrzeć wszystko. Jeśli jego odbiorczyni będzie chciała, to usłyszy w nim pieśń pełną tajemnych obietnic. A jak nie, to nie.

Reszta – chciałoby się rzec – jest milczeniem, a nawet brakiem jakichkolwiek działań pozawerbalnych. I też może zadziałać – wbrew zapewnieniom coachów. „Poderwałem ją na obojętność” – powiedział w wywiadzie rzece Marek Raczkowski.

I my mu wierzymy.

Jak sprzedawać
II

Według mitu, oczywiście założycielskiego, retoryka powstała w V w. p.n.e. na Sycylii, po upadku rządów tyranów. Pojawił się wówczas problem, jak podzielić ziemię wśród uprawiających ją ludzi; problem tym trudniejszy, że chętnych było wielu, a Sycylii, jako skądinąd wyspy, terytorialnie poszerzyć się nie dało. Powołano zatem sądy, które miały zadecydować o tym, czy ziemia należy się mnie, czy mojemu sąsiadowi (podobno Pan Bóg stworzył człowieka, a szatan – sąsiada). Trzeba było stanąć przed takim sądem i przekonać go, że powinien przyznać ziemię właśnie mnie. Przekonać za pomocą samych słów. Od tych słów – ich układu, stylu, formy wypowiedzenia – zależała nasza dalsza egzystencja: bogactwo lub bieda. To właśnie bodziec ekonomiczny spowodował, że zaczęto się zastanawiać nad perswazyjną funkcją języka. I tak powstała retoryka.

Nie trzeba być specjalistą od marketingu, by zauważyć, jak ważne jest słowo, gdy chcemy coś sprzedać. Po upadku komuny, kiedy odradzała się w Polsce demokracja i powstawał wolny rynek, pojawiły się także pierwsze agencje reklamowe. Jedna z nich na samym początku działalności otrzymała arcytrudne zlecenie: firma produkująca jogurty chciała sprzedawać je pod wspólną nazwą we wszystkich krajach byłego bloku wschodniego. Agencja reklamowa miała za zadanie wymyślić taką nazwę tych jogurtów, która wzbudzałaby podobne odczucia w Polsce, Czechach, na Słowacji, w Bułgarii, Rumunii, Albanii, na Węgrzech i w krajach byłej Jugosławii. Copyrighterzy przez kilka tygodni wylewali siódme poty, aż wreszcie – zrezygnowani – doszli do wniosku, że takim słowem jest tylko „Gestapo”.

Wolny rynek oraz rozwój internetu spowodowały, że handel przeniósł się do wirtualnej rzeczywistości. Ten profesjonalny i ten amatorski. Fraza „jak sprzedawać w internecie?” cieszy się sporą popularnością w wyszukiwarkach. Przyjrzyjmy się temu, co radzą internetowi specjaliści. „Tytuł sprzedaje wszystko” – brzmi wprawdzie jak kalka z języka angielskiego, ale taki zabieg ma przecież podnieść wagę porady, dodając jej aury zagraniczności. Dawno temu, kiedy sprzedawało się przedmioty, dając ogłoszenia w prasie, były one układane w porządku alfabetycznym. Co sprytniejsi zaczęli więc zaczynać je od litery „a”, np. „Aby kupić samochód – zadzwoń”. Sprytniejszych było coraz więcej i wkrótce wszystkie ogłoszenia tak się zaczynały. Pojawili się więc jeszcze sprytniejsi, rozpoczynający ogłoszenia od „aaby”, potem „aaaby” i tak dalej. Nie wiemy, jaka była największa liczba „a” w pierwszych słowach ogłoszeń, ale możemy sobie wyobrazić ogłoszenie idealne, składające się z samych pierwszych liter alfabetu. I ewentualnie numeru telefonu.

Teraz jest inaczej. O kolejności decyduje filtr, jaki zastosuje szukający. Trzeba więc umieścić w tytułach aukcji pewne magiczne słowa. Kiedy usiłowaliśmy kilka lat temu sprzedać samochód i jakoś nam nie szło, doświadczony znajomy poradził, byśmy do ogłoszenia dopisali dwa słowa: „pilnie” i „bezwypadkowy”. Następnego dnia samochód został sprzedany.

Internetowi doradcy sugerują następujące słowa klucze: „gratisy” (koniecznie w liczbie mnogiej, bo klient woli dostawać prezenty niż prezent), „okazja” (bo ten, kto kupi, będzie mógł potem snuć narrację, jak to nie dał się oskubać, miał szczęście itp.), „ideał” lub „igła” (najczęściej w przypadku rzeczy nie tyle nowych, ile wyglądających jak nowe), „unikat” lub „jedyne takie na” – tu pada nazwa serwisu aukcyjnego (bo każdy lubi pochwalić się czymś jedynym w swoim rodzaju; to także buduje pożądane narracje), „sexy” lub częściej „sexi” (sic!) (bo przecież „sex sells”), „szok” (bo lubimy wstrząsać i być wstrząsani) i wreszcie „hit”. Słowo to sugeruje sukces sprzedażowy danego przedmiotu, stoi więc w sprzeczności z elitarnością „unikatu”. Sprzedający, którzy piszą w ten sposób, przypominają nam nieco kelnerów, którzy – zapytani o to, co z karty dań polecają – odpowiadają: „Najlepiej schodzi mielony”.

Zamówmy zatem mielony i czytajmy dalej. „Stosujmy skróty” – radzą specjaliści. To słuszna uwaga, przecież tytuł aukcji ma ograniczoną liczbę znaków, a i Polak przecież za czytaniem nie przepada, zwłaszcza tekstów dłuższych. Zastanawia tylko skrót dawany za przykład przez rzeczonych specjalistów: „SS”. Należymy do pokolenia wychowanego na filmach wojennych i ten akurat skrót kojarzy nam się nie najszczęśliwiej; szybko jednak orientujemy się, że chodzi o Super Sprzedawcę. No i super.

Trzecia i ostatnia porada brzmi: „Wyróżnij się. Stosuj wykrzykniki!!! I WIELKIE LITERY”. W tej poradzie tkwi jednakowoż wewnętrzna sprzeczność: jeśli bowiem wszyscy sprzedający się do niej zastosują, przestaną się wyróżniać. Co więcej, wykrzykniki i wielkie litery sprawiają wrażenie, że ktoś na nas krzyczy. My tego nie lubimy. Z ulgą przeczytaliśmy więc gdzieś poradę całkiem przeciwną: „Jeśli chcesz coś sprzedać, unikaj wykrzykników i pisania wielkimi literami”. Jak widać, są w tej materii dwie szkoły.

Tyle teorii. Teraz – praktyka.

„Konik na biegunach rży rusza głową śpiewa hit” – oto tytuł aukcji internetowej bliski ideałowi. Zwięzły, zawiera magiczne słowo, opisuje podstawowe zalety sprzedawanego produktu, a zamiast banalnymi wykrzyknikami przyciąga uwagę subtelną polisemią: z kontekstu nie jesteśmy władni rozstrzygnąć, czy rzeczony konik jest hitem sprzedażowym, czy też śpiewa jakiś hit. Pojawia się też pytanie, jaki to hit i czy ma charakter hippiczny.

„Porcelana. Lata 60. Komplet niekompletny” – tu natomiast uwagę przykuwa subtelny oksymoron, figura charakteryzująca częściej poezję barokową niż ogłoszenia. Figurę bliźniaczą – pleonazm – znaleźć można było w opisie aukcji, na której sprzedawano „kompletny komplet” tomów encyklopedii.

Literackość zakrada się do ogłoszeń także w innych formach. Spójrzmy na ten opis: „Prezentujemy niezwykły głośniczek Musky. Mimo swoich niewielkich rozmiarów jest potworem wśród przenośnych głośniczków. W zestawie smyczka do mocowania głośniczka”. Rzuca się w oczy przede wszystkim rym w ostatnim zdaniu, a zdolny interpretator znaleźć może paralele między frazą „potwór wśród głośniczków” a biblijną opowieścią o Dawidzie i Goliacie.

„Bidetmajer. Stan gabinetowy” – uruchamia rzadziej eksploatowane obszary wyobraźni. Może to zwykła literówka, ale może właśnie bidet zdobiony w stylu biedermeierowskim. Tę wersję nadwątla drugi człon oferty, bidety rzadko bowiem instalowane były w gabinetach, ale być może mamy po prostu utrwalony przez literaturę zbyt pruderyjny obraz mieszczaństwa lat 1815–1848.

„Chłopi Tomi” – w pierwszej chwili zaskakują, ale rzut oka na zdjęcie umieszczone obok rozwiewa niepokój poznawczy: chodzi o powieść Władysława Reymonta „Chłopi”. Wydawca tak niefortunnie zaprojektował okładkę, że ogłoszeniodawca sądził, iż „tom I” jest częścią tytułu. Widocznie nie znał książki. Albo w błąd wprowadziła go powieść Harriet Beecher Stowe „Chata wuja Toma”. Wspomniany wyżej interpretator z łatwością znajdzie paralele między tymi powieściami.

Niedawno znaleźliśmy w internecie ogłoszenie o treści „Karp królewski panierowany z wigilii 2012”. Godna podziwu wydaje się tu chęć podzielenia się daniem wigilijnym: warto zwrócić uwagę na religijny wymiar takiego gestu. Wprawdzie panierka ma także delikatne działanie konserwujące, ale spojrzawszy na kalendarz, nie odważyliśmy się sprawdzić, czy ogłoszenie jest nadal aktualne.

W tytułach ogłoszeń znaleźć także można nietypowe frazy o potencjale marketingowym. Zdanie „Weźcie to ode mnie!” wskazuje na niejaką desperację sprzedającego, ale z pewnością skłania nas do kliknięcia i zaspokojenia ciekawości. Kiedy ją już zaspokoimy, przyznajemy ogłoszeniodawcy rację: też wolelibyśmy nie mieć niczego takiego. Natomiast fraza „Chcij go!” brzmi może i niegramatycznie, ale zarazem zawiera kwintesencję marketingu: należy przecież wyzwolić w kupującym pożądanie, przekonać go, że powinien czegoś chcieć. Albo ewentualnie chcić.

„Sprzedam liścia” – także nie jest frazą ortodoksyjną pod względem gramatycznym. W niektórych środowiskach oznaczać ona może chęć spoliczkowania kogoś. W tym jednak przypadku opis aukcji rozwiewa wątpliwości. Przytoczmy tutaj fragment: „Kasztan, rzadki okaz, nadgryziony w kilku miejscach prawdopodobnie przez ślimaczki lub gąsieniczki. Liść nadaje się do sałaty lub do przyłożenia na siniaka lub na otwartą ranę, szybko uśmierza ból. Można go również zmielić i rozsypać w kącie za telewizorem w celu zwiększenia przepływu jonów dodatnich feng-szuj”. Jesteśmy pod wrażeniem zarówno szerokiego wachlarza zastosowań liścia, jak i nowatorskiej, spolszczonej pisowni starożytnej chińskiej sztuki planowania przestrzeni. Zawiera ona – pisownia, nie sztuka – subtelną aluzję do piosenki z repertuaru Starszych Panów śpiewanej przez Irenę Kwiatkowską: „Szuja,/cóż takiego uczyniłam mu ja,/żem jak tuja/poderżnięta przezeń dzisiaj jest?”.

„Sprzedam rewelacyjne stringi męskie pluszowe, idealne na zimę. Nietrafiony prezent” – przyznajemy ze wstydem, że nie wiedzieliśmy o istnieniu takiego elementu garderoby, ale zarazem cieszymy się, że bywa on aż rewelacyjny. Revelatio to po łacinie „objawienie”, nie będziemy jednak sobie wyobrażać, co owe stringi mogłyby objawić. Pozostaje tylko pytanie, jakim cudem taki prezent mógł być nietrafiony.

„SM42 mojego męża” – oto ogłoszenie o charakterze intertekstualnym. W powieści Nicka Hornby’ego „High Fidelity” (której tytuł przełożono brawurowo jako „Wierność w stereo”, a tytuł jej adaptacji filmowej jeszcze śmielej jako „Przeboje i podboje”) żona w ramach zemsty wyprzedaje bezcenną kolekcję winylowych singli męża. W naszym rodzimym ogłoszeniu żona sprzedaje lokomotywę od kolejki, zapowiada, że na tym nie poprzestanie, a nawet informuje, na co przeznaczy zarobione w ten sposób pieniądze („sukienki, pierścionki i buciki”). Gdyby jednak czytała powieść Hornby’ego, wiedziałaby, że żaden prawdziwy kolekcjoner drugiemu kolekcjonerowi takiego świństwa nie zrobi.

Przejdźmy do wyższej kategorii ogłoszeń, odwołujących się do najbardziej pierwotnej formy handlu – handlu wymiennego. W tej materii internet także nas nie zawiedzie. Istnieją specjalne tablice ogłoszeń tego typu. A na nich – literatura w stanie czystym. Zacznijmy od ogłoszeń, które nazwiemy realistycznymi, za nimi kryje się fabuła dość typowa i niewymagająca objaśnień:

„Zamienię szpilki na paczkę pampersów”

„Sexy koszula nocna. Rozmiar uniwersalny. Mogę dorzucić pończochy samonośne. Zamienię na pampersy lub mleko bebiko”

Bywają też propozycje mniej oczywiste:

„Nowe rajstopy zamienię na cokolwiek”

Warto zwrócić uwagę na względność przymiotnika „nowe”. W wielu ofertach „nowe” lub „praktycznie nowe” oznacza używane, ale nie noszące śladów używania. Użycie czegoś raz oznacza, że to coś w zasadzie nie zostało użyte.

„Zamienię rajstopy z brokatem sylwester. Raz użyte. Więc praktycznie nowe”

„Oddam majtki wyszczuplające, noszone sporadycznie”

Nie wiemy, jakie są zalecenia dotyczące noszenia takiego typu garderoby, ale domyślamy się, że ze względów zdrowotnych oraz higienicznych należy ją nosić właśnie sporadycznie.

„Oddam za darmo skarpety, ściągnięte prosto ze stopy”

To piękny, ludzki gest. Niepokoi wprawdzie liczba pojedyncza (czyżby obie były na jednej stopie?, dlaczego?), ale precyzyjna informacja o stopie jednak uspokaja: gdyby zostały ściągnięte np. prosto z głowy, należałoby mieć się na baczności.

Nieuchronnie zbliżamy się do granicy surrealizmu. Oto garść ogłoszeń, które nie stawiają żadnych ograniczeń wyobraźni, pozwalają snuć najśmielsze domysły co do powodów, które skłoniły ich autorów do takich właśnie kroków, i mnożą pytania, nie dając prostych odpowiedzi.

„Zamienię buty w bardzo dobrym stanie na coś ciekawego”

„Zamienię korzeń na rośliny. Najchętniej bym przyjął mech”

„Zamienię piżamę na jedzenie ludzkie lub kocie”

„Czarna kamizelka ze stójką. Zamienię na pierogi”

„Zamienię płótno z żubrem w tle las”

„Oddam za Milkę najchętniej wszystko”

Ten ostatni przykład brzmi szalenie dramatycznie. Nie wiemy, czy istnieje uzależnienie od czekolady, ale sugerowalibyśmy ogłoszeniodawcy wizytę u psychologa.

Bywa też bardziej niewinnie:

„Zamienię baleriny na 2 butelki mleka z Biedronki”

„Zamienię tenisówki rozmiar 39 na żelki”

„Cześć. Mam do oddania mięso dla psa za butelkę smacznego wina”

W tym ostatnim ogłoszeniu ujął nas przymiotnik „smaczne”, dość rzadko stosowany wobec wina. I uświadomił, że zbyt często zadajemy się ze snobami, którzy używają tak dziwacznych określeń, jak: „dobrze zbudowane”, „garbnikowe”, „harmonijne”, „jedwabiste”, „maderyzowane” czy „zbotrytyzowane”. Wino ma być przecież smaczne.

„Mam kwietnik wiklinowy. Oddam za dobrą kawę w Sieradzu” – być może niesłusznie doszukujemy się tutaj surrealizmu. Być może jest to jakiś nieznany nam rodzaj podrywu „na kwietnik”. Ewentualnie „na Sieradz”. Życzymy powodzenia!

Podtekst erotyczny pojawia się wśród tych ogłoszeń dość często. Nawet w zestawieniu z książkami, co odnotowujemy z przyjemnością:

„Lubisz książki? Mogę Tobie poczytać. Czy jesteś zainteresowany? Donata”

„Poszukuję kolegi na siłownię, samemu nie chce mi się chodzić. Najlepiej, żebyś znał się na tym, co lubisz”

Istotnie, dobrze jest znać się na tym, co się lubi. Zwłaszcza w kontekście siłowni, pełnej urządzeń i przedmiotów potencjalnie niebezpiecznych w rękach kogoś, kto się na nich nie zna.

Ale bywają też ogłoszenia, w których wszelkie miłosne propozycje są z góry odrzucane:

„Koszulka nocna rozmiar UK 12. Mam sporo bielizny do sprzedania, ale proszę mi nie składać żadnych innych propozycji. Piotr”

Miłość można rozumieć także nieco szerzej, jak w następującym ogłoszeniu:

„Cap za free. Piękny i skuteczny. Trzyletni cap, bardzo grzeczny. Kozy nie uciekają przed nim, szybko go akceptują. Pierwszy raz mam tak ułożonego i skutecznego capa. Polecam. Stefan” – zwróćmy uwagę, ile tu przymiotników: piękny, skuteczny, grzeczny, ułożony. Pewnie też towarzyski, skoro akceptowany przez kozy. Na usta ciśnie nam się pytanie, czemu się go pozbywasz, Stefanie? Jakie uczucia tobą miotały, kiedy pisałeś to ogłoszenie? Czy aby nie zazdrość?

I wreszcie na sam koniec przytoczmy nasze ulubione pod względem literackim ogłoszenie:

„Kolczuga metalowa masarska na rozbiór mięsa. Była używana przez mojego byłego męża. Stan bardzo dobry. Jednak przed użyciem trzeba ją jakoś zdezynfekować” – w tym tekście przeplatają się dwa rodzaje informacji: jeden czysto opisowy („kolczuga masarska w bardzo dobrym stanie”), drugi – fabularny, a w nim: były mąż (czemu nie używa dalej kolczugi?, czy zmienił zawód?, a może coś mu się stało?, rozwód czy zgon?; jeśli zgon, to czy na pewno z przyczyn naturalnych?) oraz dająca do myślenia konieczność zdezynfekowania kolczugi. Wszystko to układa się w na tyle spójną całość, że pozostaje nam tylko decyzja: pisać filmowy scenariusz czy zawiadomić organy ścigania.

[...]