Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 172 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niedokończone opowieści - Charlotte Bronte

Charlotte Brontë jest bez wątpienia autorką trzech niezwykłych książek: Jane Eyre, Shirley i Villette. Do dziś nie wyjaśniono, czy pozostałe powieści sygnowane nazwiskiem Brontë (Wichrowe Wzgórza, Agnes Grey oraz Lokatorka Wildfell Hall) wyszły spod jej pióra czy też rzeczywiście całe rodzeństwo było na równi utalentowane i mamy do czynienia z twórczością trzech sióstr.

Niewątpliwe jest również to, że Charlotte zostawiła w swoich papierach cztery Niedokończone opowieści. Jest to równie niezwykła proza, jak wszystko co wyszło spod jej pióra. Dlatego też dziś proponujemy czytelnikom i miłośnikom geniuszu Brontë te cztery niedokończone utwory, wierząc, że dalsze ich wątki rozwinie Wasza wyobraźnia.

 

Sekretu osobowości autorki Charlotte Brontë nie sposób do końca wytłumaczyć, można jedynie snuć przypuszczenia. Obserwując jej życie, decyzje i drogę twórczą, trudno nie zauważyć, że Brontë kapitulowała przed samą sobą. Rozwój jej talentu wyznacza właściwie dążenie do samopoznania. Jego eskalację odzwierciedla zaledwie rozpoczęta powieść, Emma, urywająca się po dwóch rozdziałach. Tu można postawić pytanie: dlaczego Charlotte odłożyła tę pracę, skoro nie zadecydowały o tym żadne gwałtowne okoliczności? Może dlatego właśnie, że przeczuwała, iż dojdzie w niej do samookreślenia?

                                                                                        Eryk Ostrowski

Opinie o ebooku Niedokończone opowieści - Charlotte Bronte

Fragment ebooka Niedokończone opowieści - Charlotte Bronte

CHARLOTTE

BRONTË

NIEDOKOŃCZONE OPOWIEŚCI

przekład:

Tytuł oryginału: Ashwort, Emma, The Moores, Willie Ellin

Copyright © 2014, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzaniadanych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniachpublicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-219-3

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

ASHWORTH

ROZDZIAŁ I

Długie nieużywanie pióra, którym się niegdyś często posługiwałam, sprawia, że czuję, jakby moja dłoń utraciła coś ze swej biegłości. Nie umiem również myśleć z tą regularnością, która w dawnych czasach wydawała mi się zwyczajna. Mogłabym się również poskarżyć na osłabioną wyobraźnię, bo nie umiem teraz, tak jak dawniej, przywołać na życzenie żywego obrazu wszystkiego, co chcę zobaczyć. Pragnienie odzyskania tych zdolności, które wydają się niemal utracone, skłania mnie do podjęcia ponownie trudu kompozycji.

Jest również pewna historia, której szczegóły często słyszałam od różnych osób i którą pragnę streścić w coś podobnego w formie do opowiadania, tak żeby nazwiska i zdarzenia w niej wyszczególnione nie wymknęły się całkowicie z mojej pamięci. Nie usłyszałam o tych zdarzeniach ostatnio; nie doszły również moich uszu wszystkie naraz. Każda scena i postać, o których napomknę, była tematem wielu anegdot przekazywanych w wieczornej rozmowie przy różnych domowych kominkach.

Parę lat temu pan Ashworth był człowiekiem bardzo znanym na prowincji. Ale w West Riding w Yorkshire, gdzie miały miejsce jego publiczne poczynania, jego prywatna historia po dziś dzień pozostaje w dużej mierze owiana tajemnicą. W istocie pochodził z południa Anglii i w jednym z hrabstw, myślę, że w Hampshire znano go jako głowę znaczącej rodziny i posiadacza dużego majątku ziemskiego. Jego rodową siedzibą był, jak słyszałam, malowniczy budynek: duży i stary, niepozbawiony romantyzmu dzięki licznym pokojom wykładanym ciemną dębowa boazerią; uszlachetniała go również galeria obrazów i dostojna prywatna kaplica. Każdy, kto chce zwiedzić Hampshire, może go jeszcze zobaczyć, chociaż jest oddalony od miast i gościńców i głęboko ukryty wśród drzew pięknego parku.

Pan Aleksander Ashworth, o którym teraz mówię, był synem niezbyt miłego jegomościa. Jego ojciec był człowiekiem bardzo nielubianym przez wszystkich swoich sąsiadów, wysokiego i niskiego urodzenia, bogatych i biednych. Arystokracja hrabstwa nienawidziła go za skrajną arogancję i pewną dozę radykalizmu, którą odznaczały się jego przekonania polityczne i za odszczepieńcze uprzedzenie, charakteryzujące jego poglądy religijne. Albowiem chociaż zawsze chodził do kościoła, był zdeklarowanym unitarianinem. Co do osób niższego stanu, nie można oczekiwać, żeby wysoko ceniły tak surowego sędziego i chciwego gospodarza. Jednak pan Ashworth senior był człowiekiem utalentowanym a także wpływowym. Zawsze, przy okazji wyborów w hrabstwie, mógł przyjść z wielką pomocą stronie, którą był skłonny wspierać.

Zrzędliwi politycy i ludzie gorąco znienawidzeni na zewnątrz nierzadko są lubiani we własnych rodzinach. Znałam ich jako dobrych mężów i czułych ojców, jak gdyby blask słońca, którego na ogół tak skąpili ludziom, rozlewał się z pełniejszym i serdeczniejszym blaskiem na ich własne szczupłe domowe ognisko i gospodarstwo. Można powiedzieć, że jest pewien rodzaj egoizmu w ich ograniczonej życzliwości. Jednakże panu Ashworthowi trudno byłoby to zarzucić. Był wyjątkowo surowym mężem i niemal nienaturalnie wymagającym ojcem. Nigdy nie słyszałam, żeby miał jakiś powód do niezadowolenia z żony. Była ona irlandzką damą wybitnie pięknej postaci i szczodrego ciepłego serca, mająca pogodną, liberalną naturę w dniach młodości i wolności, ale w trakcie życia małżeńskiego ujarzmioną stateczną powagą zachowania, graniczącą niemal z melancholią.

Jej główną zgryzotą były ciągłe nieporozumienia utrzymujące się już od wczesnego dzieciństwa między jej jedynym synem, Aleksandrem, a jego ojcem. Nie miała więcej dzieci; w konsekwencji dużo rozmyślała o swym chłopcu i pobłażała mu o wiele bardziej, niż powinna. Mógł zostać samowolnym, krnąbrnym nicponiem również bez tej pobłażliwości; jednak za jej sprawą stał się nim bez wątpienia. A pomiędzy nim a jego ponurym ojcem trwała nieustanna wojna domowa, która utrzymywała dom w waśni od rana do wieczora.

Jednakże pan Ashworth wpadł na znakomity pomysł wysłania syna do szkoły; nie po to wszakże, żeby uzyskał wykształcenie, ale żeby znikł mu z oczu. Chłopiec został zatem wysłany do Eton, gdzie przebywał aż do nadejścia czasu, by pójść na uniwersytet i dopiero po ukończeniu studiów w Oksfordzie powrócił do domu.

Przypuszczam, że w tym czasie był już wybitnie przystojnym młodym człowiekiem, bardzo wysokim i distingué[1], uważanym również za znakomitego uczonego, co zaświadczały laury uniwersyteckie, które zdobiły jego skronie, i liczne nagrody, które zgromadził. Świetnie się przedstawiał w Hampshire, kiedy wrócił do Ashworth Hall i był, szczególnie przez panie, bardzo podziwiany. Chociaż był pięknym mężczyzną, żadną miarą nie okazał się dobrym człowiekiem. Opowiada się rozmaite historie na jego temat, których nie mam zamiaru teraz powtarzać, ale które w swych ponurych szczegółach łączą się z imionami brzmiącymi delikatniej niż takie, które powinny się splatać z jego imieniem. Pamiętam dwa: Harriet i Augusta. Do pierwszej odnosi się smutna, do drugiej burzliwa historia. Z obiema łączy się romans, a także grzech, ze swym bliskim pomocnikiem, nieszczęściem. Jednak obie damy już umarły, a żyjący krewni żadnej z nich nie podziękowaliby mi za ujawnienie faktów, które lepiej pozostawić szczelnie zamknięte w urnach pod ich nagrobkami.

Młody Ashworth prowadził przez jakiś czas niezwykle próżniacze życie. Wreszcie ojciec zmęczył się oglądaniem go w domu i po rozmaitych scenach i wzajemnych obelgach, tyranii z jednej strony i bezczelności z drugiej, wysłał go do Londynu, żeby przyuczył się do jakiegoś zawodu, jako że nie miał zamiaru dłużej ponosić kosztów utrzymania takiego rozpasanego, rozrzutnego hulaki.

Rozpasany, rozrzutny hulaka, przyjechawszy do miasta, zaczął się prowadzić w sposób wskazujący na mocny zamiar zasłużenia na epitety, którymi obdarzała go ojcowska miłość. W wirze i zmianach londyńskiego życia on sam i jego czyny zostały już zapomniane. A jednak, myślę, że może jeszcze żyje kilka osób, którym nazwisko młodego pana Ashwortha przywróci przedziwne i wyraziste wspomnienia. Oczywiście każda z nich będzie go pamiętała w różnym świetle w zależności od tego, jak mu się podobało pokazywać swą wszechstronną postać w czasie, kiedy go znały. Ich poglądy będą również zmodyfikowane w zależności od rodzaju ich własnego umysłu i stopnia umiejętności oceniania jak i określania osobowości. Niektórym wydawał się nad wyraz zepsutym młodym człowiekiem, zbyt niewolniczo oddanym jaskrawemu występkowi, żeby być zdolnym docenić coś dobrego albo dążyć do czegoś wzniosłego; inni widzieli w nim ekscentryczną i dziką istotę, której dziwność stanowiła nieustanną zagadkę, czasem wydawało się, że towarzyszy ona wybitnemu i imponującemu talentowi, kiedy indziej, że jest wynikiem nieodwracalnie uszkodzonego mózgu. Jeszcze inni nie rozpoznawali go w żadnym z tych opisów, ale zachowali w pamięci jego obraz całkiem odmienny od wspomnianych wyżej. Jednak ta grupa obserwatorów zamyka się w niewielkiej liczbie. Słyszałam tylko o dwóch, a oni, jak się wydaje, uznali go kiedyś za swego idola i podobnie jak inni czciciele fałszywych bogów przydali swojemu bóstwu blasku, który raczej był odbitym lśnieniem ich własnej wyobraźni niż naturalną emanacją tej osoby.

Niewiele wiem o londyńskiej socjecie i mogę jedynie opowiedzieć z drugiej ręki o wspaniałych kręgach, do których Aleksander Ashworth został dopuszczony. Czy były to kręgi najwyższej arystokracji, nie wiem, ale z opisów, jakie słyszałam, przynajmniej posiadały wspaniałość i bogactwo arystokracji, jeżeli nie jej rangę i tytuły.

Tutaj, wydaje się, pan Ashworth był gwiazdą poruszającą się po szerokiej orbicie i niemało było satelitów podążających jego lśniącym szlakiem. Osiągnięcia młodego człowieka były różnorakie, a niektóre z nich, jak sądzę, olśniewające albo lepiej niż olśniewające, robiące głębokie wrażenie. Z takimi zaletami często łączy się przestępstwo. Gdybym pisała powieść, nie pozwoliłabym na to. Wybrałabym sobie sir Hargrave’a Pollexfena i sir Charlesa Grandisona i przyznała pośledni talent i pecha pierwszemu, podczas gdy drugi byłby obdarzony całkowicie nieodpartymi zdolnościami i wdziękami. Jednak mówię teraz o rzeczywistych wydarzeniach, a jako wierna kronikarka muszę opowiedzieć historię tak, jak ją opowiedziano mnie.

Według moich źródeł pan Ashworth wyróżniał się w muzyce. Wydaje się, że studiował i wielbił tę sztukę z żarliwością jakiegoś szalonego Włocha czy rozmarzonego Niemca. A w towarzystwie korzystał ze swego wielkiego talentu w sposób najzupełniej szczególny. Opisano mi, jak zrywał się nagle spośród grupy dam zgromadzonych pod żyrandolem i od razu, bez słowa, szedł do fortepianu. Ludzie byli zaskoczeni i zdumieni, widząc niezwykłą zmianę, która w takich chwilach zachodziła w jego wyglądzie, kiedy siadał przy instrumencie i uniósłszy oczy, które były błękitne i czyste, wydawał się wzywać natchnienie z czterech wiatrów niebieskich. Oczywiście wobec tak dziwnego ruchu zapadała ogólna cisza. Przerwały ją dopiero głębokie tony przywołane przez pełne akordy wydobywające się spod klawiszy, na które spadały palce Ashwortha. Nic nie wiem o muzyce, dosłownie nic i nie mogę sobie ufać w kwestii jakichkolwiek terminów technicznych, żeby nie popełnić jakiejś okropnej gafy. Jestem niedoskonale obznajmiona nawet z nazwiskami muzyków i kompozytorów. Myślę jednak, że mam rację, kiedy mówię, że to Weber, spotkawszy Ashwortha, więcej niż raz na przyjęciach i słysząc, jak gra, wyraził wielki zachwyt dla jego występu. Podaję to jako swego rodzaju gwarancję doskonałości tego, czego nie umiem opisać.

Kiedy pan Ashworth grał, panie stopniowo zbierały się wokół niego i mówią, że w miarę jak liczba jego słuchaczek rosła i gęstniał za nim jedwabny szereg, energia czy szaleństwo pianisty zwiększało się proporcjonalnie. Czasami, jak mówił mój informator, odwracał się i widząc nad sobą i wokół siebie piękne twarze, powiewające pióra i loki i wszystkie oczy żarliwie zwrócone na siebie, wydawał się uskrzydlony potęgą tej chwili i w ekstazie pochylał się nad instrumentem, a ten odpowiadał wtedy na jego dotyk dźwiękami, jakich nawet najbardziej przytępione ucho, do którego się wlewały, nieprędko mogło zapomnieć. Oczywiście ludzie różnili się w opiniach na temat takich popisów. Niektórzy mówili, że są dowodem obłędu, inni, że geniuszu. Niewiele go obchodziło, która opinia zyskiwała przewagę. Ulegał każdemu impulsowi, jaki odczuwał, widocznie nieświadomy, że jego rosnąca i najbardziej ekscentryczna ekstrawagancja może z czasem bardziej przerażać, niż fascynować. Takie napięcie w oczach i rysach mogło się w innych twarzach wydawać straszne albo absurdalne, ale on był bardzo przystojny, z jasnym, otwartym czołem i greckim profilem, którego żadne wykrzywianie nie mogło całkowicie zdeformować. Obecność pań nie zawsze hamowała jego poczynania orangutana i słyszałam, że zaprezentował się w najbardziej piekielnym stylu przed tą właśnie dziewczyną, z którą się potem ożenił.

Nazywała się Wharton. Z rodziny wywodzącej się z Yorkshire. Była łagodną, miłą młodą kobietą – można by oczekiwać, że jej natura cofnie się ze zgrozą przed wszystkim, co jest dzikie i fantastyczne. Jednak pewnego dnia, właśnie w jej obecności, pan Ashworth postanowił dać pokaz tego co dzikie i fantastyczne, przy okazji jakiejś kłótni, w którą wdał się z panem Arturem Macshane’em (głupawym, ale dobrodusznym młodym Irlandczykiem, który przez dobrą sławę i dużo później zniesławienie podążył za nim do królestwa jego chwały). Pokaz polegał na gwałtownych i druzgoczących obelgach, które poprzedziła, którym towarzyszyła i po których nastąpiła seria gimnastycznych podskoków, najzupełniej nadzwyczajnych i niewytłumaczalnych, kiedy to para najdłuższych nóg w Anglii była zmuszona wykonywać ewolucje, jakie przyniosłyby wielki zaszczyt sztukmistrzowi, ale które całkowicie zhańbiły syna dżentelmena. Panna Wharton i inna jeszcze pani stały obok, zdumione i przerażone. Kiedy Ashworth zakończył swoje ćwiczenie, zwrócił się ku nim z uśmiechem spokojnej godności na twarzy, całkiem równym temu, jaki rozjaśniał rysy sir Charlesa panny Byron. Wydaje mi się, że istnieje pewien rodzaj analogii pomiędzy scenami takimi jak te a dziką farsą religii, którą odegrał na scenie Yorkshire wiele lat potem.

W szczytowym punkcie londyńskiego życia wieść o śmierci ojca wezwała Aleksandra do Hampshire. Naturalna więź została zatem zerwana, ale obawiam się, że to rozstanie nie poruszyło naturalnych uczuć. W rzeczy samej, można zapytać, czy choć jedna łza spadła na grób tego człowieka o surowej duszy i zimnym sercu, oprócz tej, którą uroniło oko wdowy po nim. Kiedy pogrzeb dobiegł końca, wszyscy z ulgą zapomnieli o zmarłym. Dzierżawcy i sąsiedzi, strząsnąwszy z siebie wspomnienie dawnego dziedzica, zwrócili się z zainteresowaniem do jego młodzieńczego syna i następcy. W pierwszą niedzielę po pogrzebie przyszedł on do kościoła z matką i kiedy ją prowadził nawą, jego wygląd zdawał się uzasadniać nadzieje i oczekiwania, które, choćby nawet sformułowane, nigdy nie miały się spełnić. Ubrany był w głęboką czerń, odcień, który doskonale pasował do jego wysokiej i szczupłej sylwetki i jasnej cery. Jego rysy były wówczas spokojne; można było oglądać ich piękny zarys niezakłócony grymasem czy drwiną. Królował w nich wyraz uroczystego, niemal żałobnego zamyślenia, podczas gdy oko było obojętne i uniesione ku górze. Wiele osób zarówno sądziło, jak i stwierdziło, że musi być bardzo religijnym młodym człowiekiem, bo nigdy nie widziały niczego bardziej niebiańskiego niż wyraz jego twarzy podczas całej mszy, szczególnie kiedy grały organy.

Wystarczył tydzień, żeby rozwiać to złudzenie. Ledwie prochy ojca ostygły w rodzinnej krypcie i Aleksander zajął miejsce pana na Ashworth Hall, kiedy zaprosił z Londynu trzech czy czterech dżentelmenów, elitę swoich znajomych z tego miasta, których nazwiska winnam wymienić jedynie po to, żeby z nikim innym ich nie pomylono – zwłaszcza że w Yorkshire żyje teraz wielu ludzi, którzy dzięki tej delikatnej aluzji nie omieszkają natychmiast przypomnieć sobie sławę czy niesławę tych dostojnych osobników. Mówię tu o panu Thaddeusie Danielsie z Castle Daniels w Irlandii; panu George’u Charlesie Gordonie z Cheviot Lodge w Northumberland, panu Fredericku Cavershamie z Longchamps w Berkshire i o nieszczęsnym panu Arthurze Macshanie, z żadnego szczególnego miejsca na tym wielkim świecie. Przybył też Robert King, znany dżokej i oszust, i niejaki Jeremiah Simpson, bławatnik, który miał duże znajomości w świecie mody, a wśród tych, którzy go znali, cieszył się reputacją kompletnego acz subtelnego łajdaka.

Przed przyjazdem owych ziemian pan Ashworth zadbał o usunięcie z domu matki; wyjechała do Irlandii, żeby spędzić tam miesiąc czy dwa u swych krewnych. Skoro teren został w ten sposób oczyszczony, nie było już żadnych przeszkód, żeby ustanowić system kawalerskiego gospodarstwa, który doskonale odpowiadał gustom gości i ich gospodarza. Moi czytelnicy nie muszą się obawiać, że wdam się tu w opis owych wesołych tygodni. Nie mogę opisywać tego, czego w ogóle nie widziałam. Ale wydaje się, że po upływie niemal czterdziestu lat ciągle jeszcze żyje tradycja tamtej dzikiej, szaleńczej i fantastycznej zabawy, którą wówczas, noc za nocą, rozbrzmiewały korytarze i galerie Ashworth Hall. Zdumieni dzierżawcy dowiedzieli się niebawem, czego mogą się spodziewać po swoim rozrzutnym młodym dziedzicu; nic go nie obchodziło ich dobro i nie interesowało, czy mają o nim dobrą opinię. Wyglądało na to, że wszystkie jego wysiłki zmierzają do zmarnowania własnego majątku poprzez hulaszcze życie. Kiedy upłynęły dwa miesiące, jego goście opuścili dwór, a on opuścił go wraz z nimi. Wkrótce nadeszła wiadomość, że wszyscy wyjechali na północ, żeby uczestniczyć w wyścigach w Doncaster, podczas których dżokej King miał się przedstawić jako wybitna postać. Z Doncaster pomknęli do Londynu. Tam wydało się, kim naprawdę jest King i srodze mu się dostało za kwalifikowane oszustwo. Protektorzy opuścili go w kłopotach bez większych wyrzutów sumienia, bo nigdy nie było w ich zwyczaju pozwalać, żeby niepowodzenie jednego spośród nich spowodowało zatrzymanie się reszty w biegu. Cała zima przeszła w mieście i wreszcie wiosną Ashworth wrócił do Hampshire.

Miał już za sobą pierwsze szaleństwo. Mówię „pierwsze”, bo po nim przyszedł czas wielu innych, w których odznaczył się lekką ręką. Teraz jednak odpoczął trochę od tego zajęcia i ożenił się.

Jak powiedziałam wcześniej, nazwisko jego narzeczonej brzmiało Wharton, a pochodziła z Yorkshire. Można przypuszczać, że lepsze uczucia Ashwortha przeważały, kiedy ją wybrał. Była kobietą obdarzoną trzema czy czterema dobrymi cechami: wdziękiem, rozsądkiem, miłym usposobieniem i przyjemnym wyglądem. Nie chcę opisywać jej wyglądu olśniewającymi epitetami; nie lubię nazywać jej piękną czy przystojną czy fascynującą. Spokojny opis dałby dokładniejsze pojęcie o jej wyglądzie i sposobie bycia. Była dość blada, o miękkich i harmonijnych rysach. Miała oczy koloru orzecha laskowego i ciemnoblond włosy. Jej sposób bycia i oblicze były takie, jakie przystoją damie, a w jej głosie dźwięczał pasujący doń ton słodyczy.

Pan Ashworth bardzo się przywiązał do tej damy. Nie chcę powiedzieć, że jako amant, ale jako mąż. Nie można go tu oskarżyć o grzech niestałości, bo im dłużej z nią żył, tym bardziej wydawał się uzależniać od jej towarzystwa i obecności. Wyglądało na to, że znalazł w niej ziszczenie jednego z tych marzeń, jakie snują młodzi ludzie, o istocie cudownej dla oczu i pokrewnej dla duszy, której poszukiwaniu niektórzy poświęcają całe życie i nigdy jej nie znajdują.

Pani Ashworth miała niewątpliwie wady, ale były one takiego rodzaju, że nigdy nie drażniły wybrednego gustu jej męża. Była wytworna, delikatna i inteligentna. Miała również łagodne usposobienie i stwarzała dla niego dom pełen spokoju. Ashworth nie miał teraz serca zakłócać miru swego domostwa świętokradczym zgiełkiem, jaki niegdyś rozbrzmiewał pod jego krokwiami. Ci, którzy znali go w późniejszym życiu, z trudem przyznają, że przez pięć lat trzymał swą wędrowną łódź zakotwiczoną w tak spokojnej zatoce, ale tak właśnie było.

Niektórzy spośród moich czytelników mogli wcześniej nie słyszeć o panu Ashworth i mogą nie znać okoliczności jego życia małżeńskiego. Niewątpliwie dojdą do wniosku, że jego żona musiała być szczęśliwą kobietą, mieszkając zawsze z mężem, którego bardzo kochała i który był wobec niej bezsprzecznie czuły i wierny. Często się zdarza, że kiedy okoliczności jakiejś sprawy wydają się doskonale jasne i kiedy wygląda na to, że niemożliwe jest wyciągnąć jakiś sprawiedliwszy wniosek niż ten, jaki uderza nas na pierwszy rzut oka, to jednak kiedy się bliżej przyjrzeć, okazuje się, iż wszyscy się myliliśmy i że, jak zwykle, zewnętrzne pozory są zdradliwe.

Pani Ashworth była młodą i ładną kobietą, żoną młodego, przystojnego i utalentowanego mężczyzny. Mieszkała w pięknym starym domostwie otoczonym angielskim parkiem, zielonym i rozległym, ze szlachetnymi dębami, które stanowią dumę Anglii, wieńczącymi zbocza, po których biegały jelenie, z lasami i szerokimi uprawnymi polami rozciągającymi się daleko dokoła. Wyobraźcie sobie tę damę idącą samotnie jakąś zieloną ścieżką pomiędzy pastwiskami albo polami zboża w majątku swojego męża. Nie ma przy niej służącego, tylko ten wielki pies, nowofundlandczyk Roland, którego ze względu na nią otaczano później w Hall troskliwą opieką. Z pewnością, gdybyście mogli zobaczyć twarz, którą ocienia ten słomkowy kapelusz, wyrażałaby ona szczęście. Dama odwraca się, zaskoczona nagłym ćwierknięciem ptaka na gałęzi leszczyny nad sobą. Jej oczy i policzki są mokre od łez. To taka prawda, że najszczęśliwsi pośród nas, mają smutny wewnętrzny pokój z zasłoniętą niszą ukrywającą jakąś tajemną niedolę, której samo wspomnienie przesłania chmurą całe słońce ich życia.

Czy nie powiedziałam wcześniej, że pan Ashworth we wczesnej młodości był dziwny i nieobliczalny? Czy nie wspomniałam, że ukrywał ekscentryczne fantazje swojej natury, które niekiedy wydawały się graniczyć z szaleństwami obłąkanego? Ożeniwszy się, pan Ashworth zmienił swe obyczaje. Ale czy było możliwe, żeby zmienił własny temperament albo konsystencję własnego mózgu? Teraz nigdy nie wykręcał swych członków w zniekształcone i niemożliwe postawy arlekina. Nigdy nie przewracał oczyma ani nie wykrzywiał rysów jak ktoś, kogo trafiła epilepsja. Nigdy nie wstawał nagle ze swego miejsca wśród gości w salonie żony, żeby upadając niemal na jej fortepian, wylać nadmierne wzburzenie swej duszy w tony szalonego muzycznego natchnienia. Nie pił i nie klął, i nie bił się tak, że nawet zatwardziały drań jak Daniels uznał go za obłąkanego; nie strzelał także na chybił trafił przy własnym stole ani nie rozrzucał szufli gorących węgli pomiędzy swych zdumionych towarzyszy, oświadczając z ohydnym bluźnierstwem, że daje im w ten sposób przedsmak tego piekła, do którego wszyscy razem pędzą. Jednak, spodziewam się, nie był to jeden z wybryków młodości; był to wyczyn jego wieku średniego, jedno z jego szaleństw w Yorkshire. Tych rzeczy, jak mówię, nie robił. Przeciwnie, jego zrównoważone i szlachetne zachowanie było obecnie tak wytworne i spokojne jak zachowanie każdego dżentelmena w kraju. Jednak ekscentryczność, która została stłumiona w jednej formie, ujawniła się w innej i to o wiele dziwaczniejszej i mającej gorsze skutki.

W ciągu trzech pierwszych lat małżeństwa pani Ashworth urodziła dwoje dzieci, chłopców. Obu oddano niańce na folwarku będącego częścią majątku, gdzie pozostali do czasu, kiedy stali się silnymi, zdrowymi urwisami, umiejącymi chodzić za drobiem, krowami i końmi razem z nieokrzesanymi małymi wieśniakami, z którymi się wychowali. Wszyscy się wówczas spodziewali, że zostaną sprowadzeni z powrotem do Hall i oddani pod opiekę niań, żeby ich ubierano, kształcono i usługiwano im tak jak innym pańskim dzieciom. Ale nikt nie zwracał na nich żadnej uwagi. Zaznaczyłam wcześniej, że nigdy nie słyszano, żeby pan Ashworth zapytał o synów czy wyraził najmniejsze zainteresowanie opieką nad nimi. Pani Ashworth, w rzeczy samej, niekiedy ich odwiedzała, ale zawsze przychodziła późnym wieczorem, zostawała tylko na krótką chwilę i często opuszczała ich ze łzami w oczach i tak smutna, jak gdyby nie miała nadziei zobaczyć ich nigdy więcej.

Stopniowo zaczęły się szepty pomiędzy służbą i dzierżawcami, że pan Ashworth żywi do swoich dzieci antypatię i mówiono, że postanowił nigdy ich nie uznawać ani nie widywać. Choć ta pogłoska z początku wydawała się niewiarygodna, czas pokazał, na jak dziwnej prawdzie była oparta. A Edward i William Ashworthowie dobrze jej do tej pory dowiedli, poprzez zaniedbanie i trudy młodości oraz zmagania i wysiłek wieku męskiego. Sądzę, że uczucia pana Ashwortha musiały być wynikiem tej samej zasady, która spowodowała nienawiść carycy Katarzyny do swego syna Pawła. Jakikolwiek był motyw pana Ashwortha, wpłynął na całe jego życie: nigdy nie uznał swoich synów, nigdy z nimi nie rozmawiał, nigdy nie wspomógł ich nawet pensem. Jak zwykł mawiać pan Edward, kiedy siedział w swoim kantorze w Yorkshire, wertując księgi i obliczając zyski na miniony rok: niech nikt mu nie mówi o ojcu. Jest synem własnych działań. Kto mi pomógł założyć interes? Kto mi dał kapitał, kiedy zacząłem produkcję? Czuł wdzięczność, mówiąc, że nie jest winien temu staremu, zmarnowanemu łajdakowi w Hampshire nawet tyle, ile płaci za godzinę pracy jednemu pracownikowi w swoim zakładzie.

Chyba już dość powiedziałam, by pokazać, że pani Ashworth, będąca, jak ją opisałam, kobietą pełną uczucia i czułości, nie mogła być całkowicie szczęśliwa. Choć bardzo kochała męża, natura zmuszała ją także, żeby kochała swoje dzieci i może z tym boleśniejszą intensywnością przywiązania, że pomiędzy nią a nimi leżała przeszkoda i tak silny zakaz jej usunięcia.

Po czterech latach małżeństwa urodziła kolejne dziecko. Pan Ashworth, poinformowany o jego narodzinach, zapytał czy to syn, czy córka. Niania odpowiedziała, że córka. Wydawało się, że coś w rodzaju chmury znikło z jego twarzy, i powiedział: „Musi tu zostać i trzeba się nią zajmować w domu.” Kiedy zaniesiono tę wiadomość matce, podniosła oczy mile zaskoczona. Jej wygląd się zmienił. Wydawało się, że odżywa, jak gdyby pomyślała, że jest jakaś dodatkowa potrzeba, żeby wyzdrowiała i żyła. Ta chwila radości więcej zdradziła na temat jej minionych cierpień, niż ona sama kiedykolwiek wyznała skargą czy łzą. Pani Ashworth była jedną z tych osób, które do końca uśmiechają się do smutku, jeżeli czara, która go zawiera, została podana kochaną ręką.

Zbliżał się dzień zapłaty.

Nie ma sensu odwlekać tego, co mam do powiedzenia, ani zbliżać się do celu krętą drogą. Ashworth kochał swoją Mary tak bardzo, jak mężczyzna może kochać kobietę. Przebił jej serce, ale nie wiedział, jak głęboko sięga rana. Któż mógł myśleć, że tak spokojna fasada ukrywa śmiertelny ból? Żył obok niej we śnie, jak często żyją mężczyźni obok kobiet, które uwielbiają. Jednak „czas snu już dlań przeminął”. W swym śnie szedł z aniołem przez krainę Beulah. Teraz, tak jak Bunyan, miał się obudzić i stwierdzić, że jest sam na pustkowiu.

Umarła cicho pewnego letniego wieczora, kiedy na jej prośbę pan Ashworth uniósł ją w ramionach z kanapy, żeby mogła popatrzeć z okna na zachód słońca. Odwróciła się od lśniącej czerwieni nieba, opuściła głowę na jego ramię i po krótkim zmaganiu wyzionęła ducha.

Bardzo opłakiwano panią Ashworth. Była kimś, kto podczas swego życia przysporzył sobie niewielu wrogów i wielu przyjaciół. Służba i znajomi jej żałowali. Dzieci były za małe, żeby je ta strata obeszła, ale mąż doznał z tego powodu wstrząsu, o czym świadczyła zmiana, jaka dokonała się w trakcie jego całego późniejszego życia. Nie złamała mu serca; jego energia nie wygasła. Kochał później więcej niż kilka razy z niemal szaleńczą namiętnością, ale

Nic serc im pustych nie ocala -

Zostały blizny -

Owo przywiązanie do domu, które stało się znaczącą cechą jego charakteru za życia żony, umarło wraz z nią. Zdawało się, że poetyczna czułość jego natury, której pozwalał otaczać żonę, podążyła za nią do grobu i została zamknięta pod tym samym ciężkim marmurem, jaki spoczął na jej szczątkach. Kto po jej śmierci kiedykolwiek widział u niego czułość? Nikt, chyba że było to osierocone malutkie dziecko, któremu pani Ashworth pozostawiła imię i błogosławieństwo.

Nieszczęścia nigdy nie chodzą pojedynczo. Ashworth wiedział od dawna, że jest zrujnowany i w ciągu miesiąca po śmierci jego żony wiedział o tym cały świat. Wspomniałam rozpasaną rozrzutność jego młodości: owa rozrzutność, jeszcze zanim objął majątek, całkowicie podkopała posiadłość, którą miał odziedziczyć. Dotychczas udawało mu się opóźniać katastrofę, o której wiedział, że w końcu musi nadejść, i od dawna żył w skrytym cierpieniu wobec perspektywy zniszczenia, które musi objąć tę, która jest mu droższa nad życie. Teraz jej nie było. Od razu rozluźnił nerwy, które były napięte, żeby zapobiec tej ruinie. Lawina zeszła; wszystko pod nią zatonęło. Ashwortha uznano za niewypłacalnego; jego majątek przejęli wierzyciele, a egzekucja sądowa ogołociła ściany Ashworth Hall. Matka, która jeszcze żyła, zajęła się dziećmi. Dobrze, że tak się stało, bo zdawało się, że ojciec zapomniał o ich istnieniu. Co do niego samego, nie odczuwając żadnej potrzeby pozostania pod dachem, gdzie „skruszone łkały u nóg bogi”, opuścił okolicę i znikł, nikt nie wiedział gdzie.

Tak więc zamykam jeden rozdział w życiu Aleksandra Ashwortha. Zawiera tylko trzy wydarzenia, ale wszystkie trzy są ważne: jego narodziny, małżeństwo i bankructwo.

[1] Wytworny.