Wydawca: Goneta Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 270 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niedaleko Kilimandżaro - Marian Kowalski

Niedaleko Kilimandżaro — mikropowieść obyczajowa o odkrywaniu w sobie człowieczeństwa w najbardziej niespotykanych momentach, o pokonywaniu swoich słabości i o tym, że bycie człowiekiem objawia się w najmniej oczekiwanych momentach, kiedy łatwo sprawdza się powiedzenie, że „przyjaciół poznaje się w biedzie”.

Bohaterkę Irenę poznajemy w momencie, gdy postanawia odejść z domu rodzinnego do mężczyzny, chce z nim zamieszkać w związku partnerskim, mimo sprzeciwu i niezadowolenia rodziców. Obiektem jej zauroczenia jest jej nauczyciel historii, Longin Czyż. To pod jego wpływem jako uczennica pilnie studiuje historię, by w końcu kontynuować naukę na studiach.

Historia o Irenie przeplatana jest jej wspomnieniami, wiele z nich dotyczy szkoły. Wychowawczyni — polonistka — często powtarzała swoim podopiecznym, by podążali ku szczytom.

Irena nie miała najlepszych wzorów małżeńskiego pożycia ani wzoru mężczyzny, do którego powinna dążyć. Wydaje się jej, że z Longinem stworzy lepszy związek, niż widziała w swoim rodzinnym domu. Longin w nagrodę za tytuł nauczyciela roku otrzymuje rejs statkiem wzdłuż niebezpiecznych wybrzeży Afryki, gdzie można spotkać somalijskich porywaczy. Ponieważ związek Ireny z Longinem nie sprawdzał się, dziewczyna namawia swego partnera, żeby tę podróż odbyli wspólnie z dopłatą za udział Ireny w tej eskapadzie. Na statku Cartagena Irena spotyka pierwszą jeszcze szkolną miłość, Łukasza, z którym zerwała, gdy odkryła jego drobne oszustwo. Łukasz od tamtej chwili przeszedł wielką przemianę, w wielu przypadkach imponuje Irenie. Inaczej jest z Longinem, który okazuje się małostkowy i mściwy. Cartagena zostaje uprowadzona przez somalijskich piratów. Podczas przebywania na łodzi Dżuba Longin poznaje Tamarę, Rosjankę, córkę kapitana, uprowadzoną ze statku Lena. Longin bez skrupułów romansuje z nią na oczach Ireny. Łukasz, przy biernym zachowaniu Longina, ratuje z opałów Irenę. Przy nadarzającej się okazji Longin odchodzi z Tamarą, a Łukasz z Ireną przeżywają prawdziwie afrykańską przygodę, w trakcie której powraca uczucie z czasów szkolnych.

Pierwszoplanowe postacie stają przed wielu wezwaniami, a w finale mikropowieści widzą przed sobą na horyzoncie szczyt Kilimandżaro.

Marian Kowalski — publicysta, autor sztuk scenicznych, słuchowisk radiowych.

Opinie o ebooku Niedaleko Kilimandżaro - Marian Kowalski

Fragment ebooka Niedaleko Kilimandżaro - Marian Kowalski

Niedaleko Kilimandżaro

Marian Kowalski

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45

02-103 Warszawa

Korekta: Emilia Nowakowska

emi-n@wp.pl

Okładka: Agnieszka Korfanty

info@korfanoart.eu

Redakcja: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

ISBN: 978-83-62041-56-5

Wydanie I

Warszawa, luty 2012

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Od redakcji:

Niedaleko Kilimandżaro — mikropowieść obyczajowa o odkrywaniu w sobie człowieczeństwa w najbardziej niespotykanych momentach, o pokonywaniu swoich słabości i o tym, że bycie człowiekiem objawia się w najmniej oczekiwanych momentach, kiedy łatwo sprawdza się powiedzenie, że „przyjaciół poznaje się w biedzie”.

Bohaterkę Irenę poznajemy w momencie, gdy postanawia odejść z domu rodzinnego do mężczyzny, chce z nim zamieszkać w związku partnerskim, mimo sprzeciwu i niezadowolenia rodziców. Obiektem jej zauroczenia jest jej nauczyciel historii, Longin Czyż. To pod jego wpływem jako uczennica pilnie studiuje historię, by w końcu kontynuować naukę na studiach.

Historia o Irenie przeplatana jest jej wspomnieniami, wiele z nich dotyczy szkoły. Wychowawczyni — polonistka — często powtarzała swoim podopiecznym, by podążali ku szczytom.

Irena nie miała najlepszych wzorów małżeńskiego pożycia ani wzoru mężczyzny, do którego powinna dążyć. Wydaje się jej, że z Longinem stworzy lepszy związek, niż widziała w swoim rodzinnym domu. Longin w nagrodę za tytuł nauczyciela roku otrzymuje rejs statkiem wzdłuż niebezpiecznych wybrzeży Afryki, gdzie można spotkać somalijskich porywaczy. Ponieważ związek Ireny z Longinem nie sprawdzał się, dziewczyna namawia swego partnera, żeby tę podróż odbyli wspólnie z dopłatą za udział Ireny w tej eskapadzie. Na statku Cartagena Irena spotyka pierwszą jeszcze szkolną miłość, Łukasza, z którym zerwała, gdy odkryła jego drobne oszustwo. Łukasz od tamtej chwili przeszedł wielką przemianę, w wielu przypadkach imponuje Irenie. Inaczej jest z Longinem, który okazuje się małostkowy i mściwy. Cartagena zostaje uprowadzona przez somalijskich piratów. Podczas przebywania na łodzi Dżuba Longin poznaje Tamarę, Rosjankę, córkę kapitana, uprowadzoną ze statku Lena. Longin bez skrupułów romansuje z nią na oczach Ireny. Łukasz, przy biernym zachowaniu Longina, ratuje z opałów Irenę. Przy nadarzającej się okazji Longin odchodzi z Tamarą, a Łukasz z Ireną przeżywają prawdziwie afrykańską przygodę, w trakcie której powraca uczucie z czasów szkolnych.

Pierwszoplanowe postacie stają przed wielu wezwaniami, a w finale mikropowieści widzą przed sobą na horyzoncie szczyt Kilimandżaro.

Marian Kowalski — publicysta, autor sztuk scenicznych, słuchowisk radiowych, a także:

— powieści społeczno-obyczajowych W połowie drogi, W oczekiwaniu, Przed kurtyną, Karczowiska, Dom na klifie;

— utworów historycznychCecylia i Eryk, Sydonia, Segeberg;

— opowiadań marynistycznychGalapagos, Wszędzie i donikąd, Sail-ho;

— twórczości dla młodego czytelnika Blinda, Junga, Mój przyjaciel delfin, Skarb Morza Sargassowego, Mój nieprzyjaciel Mateo, Mój największy nieprzyjaciel, Mój przyjaciel Abu, Aneta z klifowego brzegu, Rozrabiaki z osiedla, Kukułcze jajeczko;

— komiks Zemsta rodu;

— czytelniczki starał się pozyskać powieściami: Czarne błyskawice, Skorpiony zabijają nocą, Strażnicy zmarłych, Morze nie stało się grobem, Wiatraki na błękicie, Skubanie kanarków, Uwodzicielka.

Część pierwsza

Pakowanie rzeczy do wyprowadzki dobiegało końca. W przedpokoju stały torby, worki foliowe, a w przedpokoju na podłodze kilka kartonów wypełnionych książkami i bibelotami.

Stojąca w progu pokoju kobieta, z pasemkami siwiejących włosów, przyglądała się czynnościom córki z wyrazem przygnębienia na twarzy. Sprawiała wrażenie, jakby chciała coś powiedzieć i w ostatniej chwili zmieniała zdanie, rezygnowała z tego zamiaru, prawdopodobnie uznając za bezcelowe wypowiadanie się w tej chwili na jakikolwiek temat. Córka przecież tak była zaabsorbowana tym, co robi, że nie miała czasu zwracać uwagi na obecną opodal matkę! I zapewne na jej słowa także.

Irena Flis, nerwowo przebiegająca przez pokój, rozejrzała się, podeszła do oszklonej biblioteczki i rozsunęła jedną z czterech szybek. Zdjęła z półki album opracowany i wydany przez oficynę Bebi pod tytułem „Pierwsze dni życia dziecka”. Miał on w przyszłości przekonywać przeglądających owe dziełko, że Irenka przybyła, by być kochaną i kochać. Na stronie zdjęcie z cenną informacją wydrukowaną dużą czcionką: pierwsze zdjęcie. Ten liczebnik porządkowy powtarzał się często, ale może to lepiej dla bohaterki albumu, że dotyczył przede wszystkim okresu raczkowania, niemowlęcego, dzieciństwa i wczesnej dziewczęcości.

Popatrzyła melancholijnie na inne zdjęcia.

„Wspomnienia zbyt mocno ranią” — pomyślała.

Wcale nie miała ochoty pamiętać wszystkiego, co wydarzyło się po raz pierwszy! Jej pierwsza lalka, pierwsze zwierzątko, pierwszy rower, pierwsza przyjaźń, pierwsze jedzenie w Kentucky Fried Chicken. I pierwsza zwariowana noc z heavymetalowcami, a później słuchanie funky, hip-hopu. I pierwsza randka, z której — prócz oczekiwania Bóg wie czego, Bóg wie jakiej ekscytacji, doznała uczucia beznadziejności — niewiele więcej pamięta. Igor powiedział jej wówczas, że przypomina mu Marilyn Monroe. W przypływie szczerości powtórzyła to ojcu. Myślała, że będzie dumny ze swej Śmieszki (prawdopodobnie była bardzo wesołą, dowcipną dziewczynką), jak ją nazywał, tymczasem usłyszała, że matka aktorki cierpiała na chorobę umysłową, a Normę — bo tak naprawdę to nie miała na imię Marilyn, ale Norma, Norma Jeane Mortenson i była córką hollywoodzkiej montażystki i obiboka norweskiego pochodzenia — wychowywały rodziny zastępcze, a ona sama emanowała seksem, przeszła kilkanaście skrobanek i prawdopodobnie popełniła samobójstwo. Ojciec jest taki mądry, tak wiele wie! Za to Igor to chyba najgłupszy chłopak, jakiego znała. Gdyby jego tępota mogła się unosić, byłoby stałe zaćmienie Słońca. Wygłaszał banały, powtarzał wyczytane frazesy, zasypywał komunałami. Przygotowywał się do studiów prawniczych, z katatonicznym podnieceniem rozprawiał o swej przyszłej karierze politycznej w rządzącej partii. Obojętnie jaka by ona była, ale ważne, że przy władzy.

Chyba każda dziewczyna musi przejść przez znajomość z jakimś Igorem. Im wcześniej, tym zdrowiej. Po takim doświadczeniu przynajmniej wiadomo, że to nie poryw serca pcha chłopaków ku dziewczynom i lepiej nie myśleć o tym, co tak naprawdę każe im uganiać się za nimi i pleść różne głupstwa.

Dobrze wiedzą o tym rodzice córek. Matka Ireny do późnej nocy czekała na jej powrót, by porozmawiać o jej chłopcu. Widziała go z córką dwa razy i to wystarczający powód do niepokoju, do opiekuńczego niepokoju! — jak usłyszała na wstępie. Starała się go rozwiać zasadniczymi pytaniami: Kto to jest? Kim są rodzice? Czy między wami doszło do czegoś? Winna matczynego lęku próbowała zastosować uniki typu: Nie ma powodów do alarmu. Nic się nie stało. Taki to tam... Bardzo chce mi się spać. Nie dali się jednak zwieść:

— Nie będziesz się włóczyć z byle kim — ogłosił ojciec pierwszy nakaz głosem Wszechmogącego na górze Synaj, objawiającego Mojżeszowi dziesięcioro przykazań.

A matka zakrzyczała głosem egzegety:

— Wiesz, ile masz lat? Myśl o nauce, o studiach, a nie o chłopakach. Na nich zawsze będzie czas.

A ten, który jest Wszechmocnym w domu:

— Nie będziesz oszukiwać rodziców!

I zaraz matka gderliwie:

— Od kłamstewka do kłamstwa. Gdzie chcesz skończyć? W agencji towarzyskiej?

Stanowcza decyzja Wszechwładnego:

— Dopóki jesteś z nami pod jednym dachem, nas słuchasz!

Do czego matka nie omieszkała dorzucić:

— Rodzice najlepiej wiedzą, czego dziecko potrzebuje. Nie będziemy świecić oczyma przed sąsiadami. To niewielkie osiedle. Wszyscy się na nim znają. Ja nie chcę niańczyć bękartów.

Prawdopodobnie rodzicielskich nakazów było więcej niż tych z dekalogu, ale Irena po pewnym czasie już niczego nie słyszała. Myślała tylko o tym, jak wyrwać się z rodzinnego gniazda. Rodzice mówili, mówili, a ona się rozmarzyła. I coraz dalej była od wspólnego dachu, małego osiedla, na którym wszyscy się znają i zawsze ktoś kogoś za coś potępia, obmawia. Ale podjęcie tej decyzji nie było łatwe, przez wiele lat nie miała na to sił.

Rozstanie z Igorem przypominało Irenie pożegnanie ze Złocistą, linem, jakiego dostała, gdy był tyci-tyci (kilka zdjęć dokumentalnych jest w albumie).

— Złota to właściwe dla niej imię — pochwalił ojciec. — Milczenie jest złotem — spojrzał wymownie na swą żonę. — Chciałbym tak nieraz nazwać twoją mamę.

Ona tylko westchnęła ciężko:

— Kup sobie złoty odkurzacz, złotą kuchnię, złotą pralkę… Wystarczyłoby ci tego złota, czy jeszcze byłaby ci potrzebna złota kobieta-służąca?

Lin rósł i rósł, aż pewnego dnia trzeba było podjąć decyzję: zjeść go lub dać mu wolność. Irena wybrała to ostatnie. W wiaderku z wodą przeniosła go do rzeki i wypuściła.

— Żegnaj, Złocista — powiedziała, patrząc na szybko odpływającą rybę.

Igor nie nadawał się do konsumpcji. Ze Złocistą był związany codzienny rytuał. Rano: Cześć, Złocista. Po powrocie ze szkoły: Jak się masz, Złocista? I na dobranoc: Ty też spróbuj zasnąć, Złocista. Irena z rybą rozmawiała, myślała o niej. Wypełniała w ten sposób niektóre odcinki dobowego czasu. Jej nieobecność odczuwała tylko nieraz, kiedy wychodziła do szkoły, wracała z niej, gdy kładła się spać. Podobnie sprawa miała się z Igorem. Zerwanie z nim, to odczucie w pewnych godzinach pustki, bezradności wobec nadmiaru czasu. Gdyby nuda rzeczywiście mogła być kamienna! Nie, ona jest fizycznie odczuwanym brakiem wrażeń. Nieraz dobrze jej było z Igorem. Zwłaszcza, gdy milczał, a ona puszczała wodze fantazji. Po tej historii z Marilyn Monroe już więcej nie miała ochoty go słuchać. Zresztą zaczęła wówczas już interesować się Łukaszem Decem-Waligórą.

Rozstanie z nim było trudniejsze niż z rybką.

Czy kiedyś takie dupki jak Igor czy Łukasz zdobędą mądrość niektórych ojców?

Przyjaciółka Ireny, Oktawia Dereń, wręcz nie cierpiała Igora. Mówiła o nim same złe rzeczy i nie kryła zadowolenia, gdy usłyszała, że dostał kosza. Nie od razu uwierzyła, że to z inicjatywy Ireny doszło do zerwania, jednak ta wątpliwość nie przeszkodziła jej w złożeniu przyjaciółce serdecznych gratulacji za rozsądny krok w życiu. Sytuacja sprzyjała teraz pogłębieniu przyjaźni dziewcząt, mieszkających na osiedlu poza miejskim centrum miasta. Każdą wolną chwilę spędzały razem, spacerując trzymały się za ręce, jakby w obawie, że wiatr może je porwać.

Tymczasem ani jednej, ani drugiej w te wakacje nie groziło niebezpieczeństwo, nie tylko ze strony wiatru. Żaden z chłopców nie zdradzał ochoty do podrywania papużek nierozłączek.

A one nie miały czasu na rozpacz z tego powodu, bo ich główki zaprzątnięte były zakupami, przygotowaniami do nowego roku szkolnego i czytaniem historycznych książek. Obie od pewnego czasu ulegały fascynacji historią, rozkochały się w niej dzięki młodemu historykowi, który na swych lekcjach zwierzał się z zauroczenia legendami regionu. Dla uczniów było to coś nadzwyczajnego, że nauczyciel między jednym zapisem daty na tablicy a drugim, opowiadał o przeszłości odległej, jednak pociągającej.

Ojciec Ireny dość krytycznie oceniał belfra, nagle stającego się wielkim autorytetem dla córki.

— Wielu nauczycieli — twierdził — zasługuje na opinię dziwaków, cudaków, ekscentryków. Prawdopodobnie bierze się to stąd, że nie wszystkie problemy potrafią rozwiązać, więc podejmują się innych, w ich mniemaniu łatwiejszych. Tak było z autorem „Przygód Alicji w Krainie Czarów”, matematykiem z Oksfordu, który lubił dojrzewające dziewczynki, przyjaźnił się z nimi, fotografował w różnych pozach, także nago, i potrafił o nich pisać.

Ostatnie zdanie Irena puściła mimo uszu, a nawet więcej — jakby na przekór ojcu — z jeszcze większą pasją zajęła się legendami, a każde opowiadanie o szkole zaczynała od słów: Jak historyk powiedział...

Tuż przed zakończeniem wakacji Irena poszła na przystań żeglarską. Spotkała na niej swą przyjaciółkę, podobnie ubraną — w szwedy, czyli bardzo szerokie spodnie. Podeszła do niej.

— Od dawna tak siedzisz?

Tamta odłożyła książkę.

— Nie, przeczytałam zaledwie kilka stron.

A potem spytała, czy naprawdę jest sens brnięcia przez te historyczne kobyły, jak nieraz pogardliwie określała książki o odległej przeszłości? Obie miały nadzieję, że w końcu ich nadobowiązkowe zajęcia dadzą im szansę zaskoczenia nauczyciela historii, niewiele starszego od Igora. Ale on chyba naprawdę był dziwakiem. Kiedy dziewczęta jednym tchem wyrzucały ze swych gardziołków Maria Leszczyńska, przyszła królowa Francji, kiedy przebywała na szczecińskim zamku…, słuchał tylko i patrzył z taką obojętnością, jakby nie domyślał się, ile wysiłku włożyły w zapamiętanie tych faktów. Nawet nie był ciekawy, z jakiego źródła czerpią wiedzę.

— To jest nie mniejszy palant niż ten twój dawny Igor — stwierdziła z goryczą Oktawia. — Czy oprócz nas ktoś jeszcze słyszał o Marii Leszczyńskiej? Założę się o mój warkocz, że u wielu historyczek uczących w innych szkołach nazwisko to nie wywołuje najmniejszego zainteresowania.

— Może wydaje mu się — Irena próbowała bronić nie wiadomo kogo i czego — że to naturalne, że jesteśmy inteligentne i oczytane?

Oktawia zaśmiała się nerwowo.

— Nowych przygód o Alicji w Krainie Czarów to pan Longin Czyż nie napisze — powiedziała z głębokim przekonaniem.

— Kto wie, czy w ogóle interesuje się dziewczynkami? — Irena zastanawiała się chwilę. — Widziałaś go kiedyś z aparatem fotograficznym?

Siedziały na przystani nad Odrą, wpatrywały się w gładziznę wody, słuchały krzyku mew i długo milczały. Jesteśmy i chcemy, by inni nas dostrzegali — leciały ich pragnienia daleko w świat. — Kochamy i chcemy być kochane.

Longin Czyż nie fotografował dziewczynek jak matematyk z Oksfordu, lecz i on nie potrafił oprzeć się dziewczęcemu czarowi. Kiedy Irena zdała maturę, nie zapomniał o niezwykłej miłośniczce dawnych dziejów, przypomniał sobie jej spojrzenia, nie kryjące zachwytu belfrem, wypisującym na szkolnej tablicy daty wydarzeń historycznych. Odnalazł ją na uczelni na wydziale humanistycznym i zaczął się z nią spotykać.

Teraz ona czeka na niego. Ma podjechać swą kilkuletnią astrą i wbrew woli rodziców zabrać do siebie, do pokoiku na Starym Mieście, z widokiem na gotycki ratusz, dekorowany blendami i glazurowaną cegłą. No bo gdzie może mieszkać historyk?

Irenie nie przyszło łatwo oznajmić rodzicom zamiar wyprowadzenia się z domu. Są dni, gdy wszystko wokół wydaje się sprzysięgać przeciwko człowiekowi. Na uczelni — bo każdy przedmiot jest najważniejszy, gdzie nie wolno niczego lekceważyć, nawet wychowania fizycznego i powinno się na tych zajęciach osiągać to, co wszyscy, w domu zaś trzeba pogodzić się z piękną legendą o szkolnych sukcesach rodziców, o micie niezwykle zdolnej i pracowitej jakiejś tam ich znajomej, cierpliwie należy wysłuchiwać o niezwykłych osiągnięciach dzieci kolegów taty i mamy. Nawet przyjaciółka potrafi wtrącić w zapadlisko nie mniejsze od jakiejś dziury pokroju Gwatemala po przejściu tropikalnej burzy Agatha. Dołowanie jej tak boleśnie wyciska piętno na twarzy Ireny, że dostrzegali je nawet inni. Szczególnie dziadek, emeryt, który nie ma już nic innego do roboty, jak tylko słuchanie pogadanek o wychowywaniu młodego pokolenia i przyglądanie się wnuczce — najłatwiej dostępnej przedstawicielce zagrożonych nastolatków. Zarzucał tysiącem pytań z katalogu mądrych pedagogów, psychologów, seksuologów, katechetów, a wszystko po to, by na jego umęczonym obliczu pojawił się uśmiech szczęścia, zadowolenia, że wszystkie kłopoty ma już, dzięki Bogu, za sobą i na razie sytuacją w ZUS-ie nie musi się martwić, bo dyskusje o przyszłości emerytur jego już nie dotyczą.

A ona wciąż czuła się jak pyłek, jak najnędzniejsza istota, niegodna, by chodzić z podniesioną głową.

Trudno było dziadkowi zrozumieć wnuczkę z jeszcze innego powodu. Pracował, oczywiście, bo w jego czasach każdy, kto chciał, miał pracę. O niej nie mówił. Wolał o czymś innym. Miał wielką pasję — przez lata gromadził albumy. Zaprzestał, gdy zaczęły się pod ich ciężarem uginać półki. Wpadł na pomysł, by ich część przekazać wnuczce. Nie czuła potrzeby okazywania mu wdzięczności. Przeciwnie. Była zakłopotana ogromem zbioru, pomniejszającym jej pokoik. Niechętnie do nich zaglądała, bo i po co. Jej wystarczyły obrazki w Internecie lub filmy. Pewnego dnia zwalił się z półki album z drezdeńskiej galerii, z którego obwoluty spojrzały na nią piwne oczy chłopaka. Wpatrzyła się w nie. Ileż w nich dumy, pewności siebie i spokoju! Stał na tle górskiego krajobrazu z oczkami wody. Może jakaś część tej ziemi należała do jego rodziców, a on będzie spadkobiercą? Nieważne. Spoglądał tak, jakby już miał powody do zadowolenia z tego, co osiągnął, kim był, co zdobył. Ale co? To pozostanie tajemnicą jego i autora portretu — Bernardino di Betto.

Irena podeszła potem do lustra w łazience. Spojrzały na nią oczy bez wyrazu, facetki bezmyślnej, Bóg wie czym zdołowanej i na pewno bez wiary w siebie, bez nadziei na lepszą przyszłość. Gdyby ją ktoś sportretował, to co przekazałby o niej? Ot, mizerna istota zaplątana w jakieś problemiki, z którymi nie potrafiła sobie radzić.

Czy taka ma być prawda o jej życiu?

Popatrzyła ponownie na odbicie w lustrze, wydęła usta jak chłopak z oglądanego niedawno portretu, spojrzała przed siebie pewnie, dumnie, jakby już dokonała czegoś wielkiego. Ba, przecież życie kryje tyle niespodzianek! Ona może być jedną z nich.

Wyszła z łazienki jak z najgłębszego dołka, powiodła wzrokiem chłopaka z portretu po rodzinie. Ale tylko dziadek dostrzegł zachodzącą w jej twarzy przemianę.

— Wyglądasz na kogoś, kto rozwiązał zadanie co najmniej z dwiema niewiadomymi — rzekł, nie ukrywając radości z jej metamorfozy.

I właśnie w tym dniu oświadczyła, że wyprowadza się z domu.

— Dlaczego nam to robisz? — postanowiła w końcu spytać Danuta Flis, matka Ireny.

— Wam? Mamo, spójrz na to inaczej — poradziła córka. — Dotąd wszystkie moje decyzje podejmowane były z myślą o was, by was zadowolić, spełnić wasze oczekiwania. Teraz czas, bym pomyślała o sobie.

— Brakowało ci czegoś u nas? — spytała kobieta córkę. — Źle ci było?

Irena podeszła do matki i objęła ją.

— Nie możesz pogodzić się z tym, że dojrzałam już do nowej roli?

Świadomość zachodzących w niej zmian miała już od dawna. W dużym stopniu zawdzięcza to ulubionemu belfrowi. Kilka lat temu zamiast biologiczki, zwanej Amebą, do klasy wszedł on, Longin Czyż.

— Chcecie mieć lekcję biologii czy z historii? — zapytał wielkodusznie nauczyciel, zastępujący koleżankę.

Oczywiście większość przekornie opowiedziała się za tym, by poprowadził lekcję z biologii — może być zabawnie, bo co on może wymyśleć?!

— Zgoda — rzekł pojednawczo i zajrzał do dziennika. — Biologia to nauka o życiu, o jego ogólnych przejawach i właściwościach. — Wyglądało na to, że przypomina sobie, czym jest dziedzina wiedzy odległej od historii. — To nauka o przeszłości... i przyszłości. — Mruczał nad dziennikiem. — Uwielbiałem ją. Tyle zagadek do rozwiązania! — Błyskawicznie zapoznał się z programem przedmiotu. — Gruczoły... Pfff! Hormony... hormony! Ufff! Laktoza... laktoza! O, laktoza! — Z hukiem zamknął dziennik i zwrócił się do klasy: — Czytałem gdzieś, że szczury chętnie zjadają pisklęta. To wydaje się normalne. Bezbronne są łatwym łupem. Ale czy wiecie, że jeżeli wstrzykniemy samicy szczura wysoką dawkę laktozy, to da ona im spokój? Nie ruszy pisklęcia. Dlaczego?

Nikt nie miał pojęcia.

— Może ty? — zwrócił się do Ireny.

Bardzo chciałaby znać odpowiedź, zaimponować historykowi, ale niestety, w głowie była pustka. „Co to jest ta laktoza podawana szczurzycy?”.

— A ty? — spytał Oktawię.

Ta też tylko pokręciła głową:

— Nie, nie, nie, panie profesorze.

— Laktoza to hormon czułości. Naprawdę kobieta wówczas dopiero pragnie dziecka, gdy rozpoczyna się laktacja, czyli czynność wydzielnicza gruczołów sutkowych.

„Czy mama — zastanawiała się wówczas Irena — posiada jeszcze hormon czułości?”. Wciąż taka chłodna, obojętna na sprawy córki.

Trudno było zgadnąć, jaki temat zamierza podjąć historyk. Ameba nigdy w ten sposób nie zaczynała lekcji, zawsze wyraźnie określała temat. A on? Gruczoły, hormony, laktoza, laktacja, czułość...

— To pragnienie dziecka — kontynuował belfer — rodzi macierzyńskie uczucia, stające się źródłem kultury, życzliwości, poświęcenia, troski.

W klasie zaległa cisza, a Longin Czyż kontynuował:

— Z mlekiem matki sączy się miłość, dobroć.

W klasie jak makiem zasiał.

— Może więc to laktoza tworzy dobro, piękno i trzeba nią szczepić noworodki większą dawką niż otrzymują od matki, szczepić przeciwko złu, jak uodparnianie się szczepionką MMR II przeciwko odrze, śwince i różyczce?

Cierpliwie czekano na dalszy ciąg niezwykłego wywodu.

— Prawdopodobnie właśnie wówczas udałoby się wreszcie odciąć nam, ludzkości, od bestialstwa swej natury? — Przysiadł na pierwszym stoliku w środkowym rzędzie. — Ale czy takie problemy w ogóle was interesują? — zapytał z nutką żalu, pretensji.

Nikt mu nie odpowiedział.

— Tyle ważnych problemów ma do rozwiązania wasze pokolenie — stwierdził oschle.

Irena cały czas słuchała go z wielkim zainteresowaniem. Każde słowo nauczyciela wprowadzało ją na ścieżkę biegnącą ku dalekim horyzontom. Dzięki niemu czuła się dojrzalsza, traktowana poważnie. Była gotowa do większego wysiłku w myśleniu, w dociekaniu prawdy o sobie i świecie, tej prawdy czekającej na nią za horyzontem... Ale najpierw musi wrócić do domu, w którym rodzicom najprawdopodobniej brakuje laktozy.

— Nie możesz trochę odwlec tej decyzji, wziąć ślub i zacząć życie po bożemu? — kobieta próbowała odwieść córkę od decyzji, boleśnie się w nią wpatrując. — Tylu krewnych czeka na wiadomość, kiedy wyjdziesz za mąż. Przyjechaliby na wesele z życzeniami, prezentami.

Irena — choć nigdy nie powiedziała tego matce — gardziła podobnymi poglądami. Nie potrafiła pogodzić się z tym, że niektórzy pragną tak żyć, jakby wokół nich nic się nie zmieniło, zastygło w tradycyjnych zachowaniach, w postępowaniu jak owad w bursztynie, choć obok tętni życie. „Na co ma czekać? Na uznanie jej związku z Longinem przez państwowego urzędnika z łańcuchem na piersi, na uświęcenie ich zbliżenia do siebie przez kościelnego przedstawiciela?”. Oni nie potrzebują tego, obędą się bez ceremonii weselnej i spróbują żyć po swojemu pod jednym dachem. Sprawdzą się. A jeżeli nadejdą dni rozczarowań sobą, rozejdą się bez sądowego procesu, tak cicho, jak się zeszli.

— Mamo, jesteśmy świadkami tylu zmian na świecie — przekonywała. — Dlaczego nie chcesz się pogodzić także z tymi, jakie zachodzą w obyczajach? Szkoda pieniędzy na zbyteczne ceremonie urzędnicze czy kościelne. Jesteśmy przekonani, że można żyć bez nich.

Wreszcie pojawił się oczekiwany Longin Czyż. Najwidoczniej dla niego zabieranie Ireny z domu rodziców nie stanowiło problemu. W szerokim uśmiechu odsłonił zdrowe zęby, spojrzał najpierw na Irenę, potem na jej matkę dużymi czarnymi oczyma i wręczył jej wiązankę kwiatów. Był mężczyzną wysokim, przystojnym, atrakcyjnym fizycznie. Symetryczną twarz zdobiły gęste brwi, mięsiste wydatne usta. Czarne włosy lekko modelował. Prezentował wielką pewność siebie, ale daleką od postawy butnej czy zarozumiałej. Sprawiał wrażenie mężczyzny, któremu można zaufać, matka z czystym sumieniem powinna powierzyć jego opiece jedynaczkę.

Rozejrzał się po pokoju.

— Irena spakowana — zauważył.

Mówił spokojnym, ciepłym głosem, tonem nieco żartobliwym.

— Z powodu ulicznych korków spóźniliśmy się z kolegą, który swym samochodem umożliwi przewiezienie rzeczy Ireny. Dzięki temu zapewne udało mi się uniknąć udziału w zasadniczej rozmowie na temat naszej decyzji, która — jak mniemam — zaskakuje rodziców.

— Dobrze, że pan myśli nie tylko o sobie i pamięta o nas — stwierdziła z uznaniem, ale i ze smutkiem Danuta Flis.

Niepokoiła ją ostro zarysowana szczęka mężczyzny. „O czym świadczy? O uporze czy zawziętości?” — zastanawiała się. — „A może o skłonności do okrucieństwa? Nie jest typowa dla egoistów?”. Musi gdzieś w jakimś poradniku dla kobiet znaleźć na te pytania odpowiedź.

— Jesteście pełnoletni, zrobicie, co uznacie za stosowne według was, nie licząc się z naszą, rodziców, opinią.

— Nie ignorujemy jej — odparł niskim, zmysłowym głosem. — Byłoby nam łatwiej realizować nasze plany, gdybyśmy mieli państwa aprobatę.

— Domyśla się pan, że trudno nam was zrozumieć?

— Niech zatem przemówią argumenty — zaproponował. — Córka zamieszka od państwa o zaledwie kilka kilometrów, w tym samym mieście, tylko w innej dzielnicy. Nawet na uczelnię będzie miała bliżej.

— Ze zmianą adresu wiąże się coś znacznie więcej.

— Zapewne. Ale przecież Irena już wiele razy po kilka dni spędzała poza domem rodziców — zauważył mężczyzna.

Danuta Flis była tym przypomnieniem nieco zakłopotana. Tak, to prawda, ale co mogła powiedzieć dorosłej dziewczynie, gdy ta informowała ją, że nie wróci na noc?

Szybko zmieniła niewygodny temat.

— Nauczycielska pensja do wysokich nie należy — westchnęła. — Wystarczy wam na życie?

— Nie będzie źle — zapewnił mężczyzna. — W tym roku bronię pracę doktorską i przechodzę na etat uniwersytecki. Moje pobory będą nieco wyższe. Poza tym wierzę w zapewnienia rządowe, że nakłady na naukę i oświatę wzrosną. Związki zawodowe będą pilnować realizacji obietnic. Mam nadzieję, że Irena nie będzie miała powodów do narzekania na niedostatek.

— Kariera naukowa… — zastanawiała się kobieta z głową nieco przechyloną na prawe ramię. — Nieraz dla mężczyzny bywa ważniejsza od rodziny.

— Mamo… — odezwała się z prośbą w głosie jej córka. — Na wszystko, co nas dotyczy, patrzysz przez okulary z ciemnymi szkłami.

— Mamy tylko ciebie jedną — matka nie ulegała sugestii córki, by odejść od tego tematu. — Nie chcę, byś musiała godzić się z tym, że jesteś w życiu mężczyzny na dalekim miejscu. Chcemy dla ciebie jak najlepiej.

Longin Czyż uśmiechnął się wyrozumiale.

— Pani troska o córkę jest godna podziwu. A to, jakie Irena zajmie miejsce w moim życiu, będzie przede wszystkim zależeć tylko od niej.

Danuta Flis spojrzała nań podejrzliwie.

— Co pan chce przez to powiedzieć?

— Małżeństwo to nie tylko zawarta umowa. Według mnie... — i zaraz się poprawił: — Według nas to coś znacznie więcej. Irena i ja mamy nadzieję, że przekonamy o tym panią i męża.

Matka Ireny nic już nie powiedziała. Stała między córką a jej mężczyzną i tylko kiwała głową. Co mogło znaczyć to zachowanie? Pogodzenie się z nieoczekiwaną przez nią sytuacją, czy wyrażanie dezaprobaty? Młodzi nie mieli czasu się nad tym zastanawiać, chcieli już mieć za sobą pożegnanie i wyprowadzkę Ireny z rodzinnego domu.

*

Znów ją zaskoczył. Longin nie zatrzymał się na parterze, gdzie miał kawalerkę, w której zamierzali ułożyć sobie życie we dwoje. Zaprowadził ją na pierwsze piętro pod drzwi oznaczone numerem 12. Przyglądał się Irenie, obserwując jej reakcję. Wyjął z bocznej kieszeni marynarki klucz i podał go jej.

— Otwórz — poprosił, usuwając wątpliwości, jakie miała, niepewnie obracając w palcach klucz.

Tyle razy mówili o zamianie jego skromnego pokoiku na większe mieszkanie, ale nie przypuszczała, by dokonał tego poza jej wiedzą. Wkładając klucz w dziurkę zamka, miała cichą nadzieję, że spełnia się ich marzenie, że to nie żart. Nie zawiodła się. Klucz pasował, przekręciła nim dwa razy i zamek ustąpił. Longin wziął ją na ręce, otworzył szeroko drzwi i przeniósł przez próg. Coś jednak z tradycji pozostało.

„Szkoda, że mama tego nie widzi” — pomyślała rozbawiona Irena.

Korytarz był maleńki, ledwo mieścił dwie osoby stojące obok siebie. Musiał więc postawić Irenę, by trzymając ją na rekach, nogi nie pozostawiać na klatce schodowej. Na wprost była widna kuchnia, po lewej stronie łazienka z ubikacją. Otworzyła drzwi po prawej stronie do pokoi w amfiladzie. Na skromne umeblowanie składało się to, co przeniósł z kawalerki z piętra niżej.

— Czy to naprawdę twoje mieszkanie?

Wciąż trudno było jej w to uwierzyć. Dwa pokoiki, łazienka, kuchnia! Czy można chcieć więcej?

— Nasze, kochanie, nasze — poprawił ją.

— I nic mi o tym nie powiedziałeś?

— Niespodzianki, które mile zaskakują, należą do najpiękniejszych.

— Oczywiście, ale gdyby o tym mama usłyszała!

— Wątpię, by bardziej ochoczo przyjęła naszą decyzję wspólnego zamieszkania bez ślubu.

Irena pobiegła do drugiego pokoju, nieco większego, z oknem wychodzącym na południe, z widokiem na ratusz, trzynastowieczny kościół z dziewięcioma fialami i na późnogotycki Dom Łoziców, dawną siedzibę bankierów szczecińskich. Widok dla historyków pasjonujących się dziejami regionu!

Podeszła do mężczyzny i pocałowała go.

— Piękne, słoneczne mieszkanie.

— I takie będzie nasze życie — zapewnił.

Wreszcie mogli być w każdej chwili dla siebie, sycić się sobą do woli, bez końca, bez umiaru, bez wcześniejszych telefonów umawiających ich na spotkanie, bez spoglądania na zegarek, odmierzający czas przeznaczony dla nich, czas odrywający też od tego, co wydawało się jedynym sensem życia. Nie musieli cieszyć się tylko ukradzionymi minutami, teraz dla nich były godziny, dnie, noce. Wypełniali je niezaspokojeniem w poznawaniu siebie, ustawicznym poszukiwaniem wzrokiem malarzy, rzeźbiarzy, dotykiem ślepców, słuchem kompozytorów. Każdą minutę wypełniał czas odkryć i zachwytów sobą. Poezja, erotyki nie wystarczały im do wyrażenia tego, co czuli przy sobie. Byli w swoim przekonaniu inni od wszystkich zakochanych, bo ich uczucia, ich miłość czyniły z nich niezwykłych odmieńców wśród szczęśliwców. Longin brał jej dłonie w swoje i, patrząc w oczy, zwierzał się szeptem z zauroczenia. Ona zaś wtulała się w jego ramiona i wyznawała radość z poznania go, bycia z nim, wyrażając żal, że tak późno do tego doszło, bo przecież całe lata mogło nastąpić to wcześniej. Byli samowystarczającym dla siebie światem, niewiele rzeczy musiało istnieć poza nimi. Irena usidliła jego, a Longin ją.

— To mieszkanie jest jakby dla nas zbudowane — ciągle zachwycała się Irena.

Niechętnie przywracał ją do rzeczywistości.

— Na pewno niejeden z więźniów, pracujących przy wykończeniu domu, mógł mieć podobne marzenia do naszych.

— Więźniów? — dziwiła się.

— Tak, zatrudniano ich na miejskich budowach, gdy w latach sześćdziesiątych minionego wieku brakowało rąk do pracy. Co dzisiaj, w latach kryzysu, bezrobocia wydaje się nieprawdopodobne. Stąd może nie najwyższy standard wykończenia pomieszczeń, ale gdy to i owo poprawimy, będzie tu naprawdę ślicznie i przytulnie.

Lekceważyła tę uwagę.

— Musimy pomyśleć o meblach. Pod twój komputer masz stolik, ale mój też powinien mieć swój.

Mężczyzna zaśmiał się głośno.

— Nie wszystko naraz, kochanie. Domyślasz się, że ta przeprowadzka trochę kosztowała, błyskawiczny remont również. Ale nasz budżet osłabiła przede wszystkim zamiana. Staruszka orientowała się w cenach na rynku mieszkań wtórnych — zaśmiał się. — Oprócz pieniędzy musiałem użyć wielu argumentów, by ją przekonać, że za przeniesienie się o piętro niżej nie dozna uszczerbku na zdrowiu, a wręcz przeciwnie, będzie jej łatwiej opuszczać mieszkanie, wychodzić na spacery. — Cały czas się uśmiechał. — A w przypadku zawału serca sanitariusze z pogotowania ratunkowego szybciej ją przetransportują do karetki.

Ten ostatni argument — jeżeli naprawdę go użył — nie przypadł Irenie do gustu, niemniej przytuliła się do mężczyzny z uczuciem wdzięczności i podziwu za życiową zaradność. On objął jej wąską kibić.

— Wybacz, jestem taką egoistką! — przepraszała.

— Nie, nie jesteś egoistką, tylko po prostu jak każda kobieta chcesz szybko zamieszkać w dobrze urządzonym domu. — Przesunął dłonie po zaokrąglonych biodrach. — Nie powinnaś się za to winić.

Nadąsała się, a właściwie chciała wyglądać na dziewczynę wyrażającą niezadowolenie.

— Nie chcę być podobna do innych — stwierdziła z wrodzonym wdziękiem.

Pocałował ją.

— Mam nadzieję, że nie jesteś — rzekł.

Nagle, jakby sobie coś przypomniała, odsunęła się nieco i zdecydowanym głosem stwierdziła:

— Kupimy akwarium i wpuścimy do niego złotą rybkę.

Tak bardzo pragnęła mieć mniej lat, niż w rzeczywistości miała, tak bardzo chciała przywrócić coś ze świata dziecka.

Gwałtownie sprzeciwił się:

— Żadnego akwarium, żadnych rybek!

— W dzieciństwie miałam rybkę. Nazwałam ją Złotą.

— Głupia nazwa — wzruszył ramionami. — Różne bywają dziewczęce dziwactwa. Trzeba z nich wyrosnąć. Nie wracasz, kochanie, do dzieciństwa, ale przejmujesz w tym domu wiele obowiązków dojrzałej, odpowiedzialnej kobiety, pamiętaj o tym.

Dość szybko uświadomiła sobie, że nie zawsze się jej udawało być taką, jakiej oczekiwał. Wcześniej wiele godzin spędziła z Longinem. Miała okazję poznać go w różnych sytuacjach, prowadzić rozmowy na tematy sprawdzające wiedzę i kulturę dyskutanta. Nieraz sprzeczali się zażarcie. On z głęboką wiedzą historyczną, ciągle poszerzaną na doktoranckich seminariach, ona z kobiecą pasją, ze świeżością spojrzeń na frapujące ich zagadnienia. Wtedy w każdej chwili, gdyby tylko chciała, mogła się rozstać, wrócić do domu rodziców i przez jakiś czas żyć tylko swoimi sprawami. I dąsać się, nie odpowiadać na jego telefony. Teraz było inaczej. Bez względu na wszystko, a zatem niezależnie od tego, co kto powiedział, czy jakie zajął stanowisko, skłóceni czy nadąsani, pozostawali z sobą. W pierwszych dniach wspólnego zamieszkania pod jednym dachem Irena taktycznie ustępowała Longinowi. Wydawało się jej, że tak jest dla nich lepiej. Nieraz różnica zdań dotyczyła tak błahych spraw, że nie warto było o nie kruszyć kopii. A jednak do potyczek dochodziło. Jakby mieli dla siebie za wiele czasu i chcieli go koniecznie czymś wypełnić. Choćby małą sprzeczką. Choćby maleńką demonstracją swej niezależności w tym współczesnym świecie z hasłami równouprawnienia. Irena, przegrywając z przyszłym naukowcem, ustępując Longinowi jako studentka, dopiero poznająca to, co on już wcześniej zgłębił, uciekała. Nie do domu rodziców, bo nie chciała słyszeć pytań w rodzaju: Coś zaszło między wami? Wracasz do nas?. Wychodziła na podzamcze, szła starą fosą, która dawno straciła swój pierwotny charakter, zmierzała nad rzekę. Tym samotnym spacerom towarzyszyło młodej badaczce przekonanie, że więcej ma do powiedzenia o Stanisławie Leszczyńskim i jego córce Marii niż Longin. On pobyt wypędzonego polskiego króla na szczecińskim zamku traktował jako epizod bez znaczenia, gdy ona nadawała mu wartość o wymiarze historycznym, ważnym dla dalszych jego losów i poglądów. Czy nie w Szczecinie kształtowały się najważniejsze poglądy przyszłego autora traktatu „Głos wolny wolność ubezpieczający” na temat tworzenia europejskiej unii narodów?

Kiedyś za murami zamku rozciągał się nadodrzański ogród, po którego szerokich ścieżkach przechadzali się polski król Stanisław Leszczyński, jego żona Katarzyna z domu Opalińska, dworzanie Pomski i Donicki, sekretarz Telenbi. Stojące jabłonie mogły wówczas usłyszeć o kłopotach króla-wygnańca z ojczyzny. Był to czas dla Rzeczpospolitej Polskiej ponury, kraj był nękany wojną, pola bitewne zalegały trupy, plądrowano i palono dwory, reszty zniszczenia dokonywała zaraza. Król, uciekając przed wojskami rosyjskimi, wspierającymi Augusta Mocnego, pretendenta do polskiego tronu, schronił się w nadodrzańskim zamku.

—Niosłeś wolność — mogła wówczas przypominać mężowi królowa. — Dla całej Europy głosiłeś pokój, zjednoczenie narodów pod powszechnym rządem, jednym dla wszystkich, dla Polaków, Niemców, Francuzów. I to właśnie twym wrogom się nie podobało, unii wspólnych interesów, pokoju i dobra narodów, unii wielkiej się bali, większej od dawnej polsko-litewskiej, więc ścigają cię teraz.

Irena była przekonana, że słowom tym przysłuchiwała się Maria. Starała się także, by i Longin z tym się zgodził. Śmiał się, że fabularyzuje, naciąga rzeczywistość do potrzeb literackich. Nawet dodała dziecku kilka lat, by dziewczynka była zdolną prowadzić rozsądną rozmowę.

— Jesteś jeszcze królem czy nie? — powinna Maria pytać ojca i równocześnie zastanawiać się nad tym, czy są jakieś czarodziejskie moce, które pomogłyby mu odzyskać utracony tron. — Nikt nie odebrał mi prawa do noszenia polskiej korony — oburzyłby się wówczas na to Stanisław Leszczyński.

Longin pomysł na taką scenę kwitował śmiechem. Średniowieczni kronikarze byli bardziej wierni prawdzie niż ona! Co chce osiągnąć przez odrzucenie faktów, jakimi są daty? Irena nie słuchała go. Pozwalała dziewczynce, przyszłej nieszczęśliwej żonie Ludwika XV, odetchnąć z ulgą i pójść w głąb ogrodu. Zmierzałaby do swej altanki, specjalnie dla niej zbudowanej, gdzie rozciągało się małe królestwo bronione przez żółwika przywiezionego z Grecji. Wzięłaby go do rąk i usiadłaby na ławeczce.

— Masz rycerską zbroję, żółwiku. Może więc jesteś zaklętym greckim hoplitą albo rzymskim legionistą z czarodziejską potęgą, którą możesz wesprzeć mojego ojca?

Chciałaby mu zanucić ulubioną piosenkę, lecz przeszkodziłyby temu podniesione głosy zbliżających się dworzan.

Irena była przekonana, że tak właśnie powinno się dziać!

Maria Karolina nie lubiła słuchać dorosłych, którzy otaczali jej ojca, oni pogrążali króla w smutku. Z ogrodowej altany widać było wody Odry, a nad nimi białe mewy na tle nieba i wysokie maszty statków, cumujących przy nadbrzeżach. Dochodziły stamtąd śpiewy żeglarzy, sprzeczki kupców, przekrzykiwania dzieci. W altanie było zacisznie. Poczuła na swej główce czyjąś dłoń.

— Królowa się niepokoi o księżniczkę Marię Karolinę — usłyszała pazia.

Dziewczynka wyciągnęła rękę w stronę rzeki.

— Chcę tam pójść.

Paź milczał.

— Chcę — powtórzyła stanowczo. A gdy on wciąż milczał, dziewczynka się nadąsała. — Rozkazuję ci, byś mnie tam zaprowadził.

Chłopiec nie miał wyboru, poprowadził ją na nadbrzeże i wmieszali się w tłum. Po drewnianych trapach znoszono ze statków pękate worki, olbrzymie skrzynie, a z innych beczki. Na zwiniętych żaglach siedziały krzykliwe mewy, a po pokładach kręcili się mężczyźni o śniadych twarzach. Między ustawionymi towarami przebiegali obdarci chłopcy. Jeden z nich nawet chciał zaczepić księżniczkę Marię, lecz przeszkodził mu w tym paź.

— Jak tu wesoło! — cieszyła się dziewczynka. — Nikt się nie zamartwia Augustem Mocnym, wojskami rosyjskimi czy zarazą w Poznaniu.

Kilka metrów dalej dostrzegła żaków z pobliskiego Collegium Carolinum, jeden z nich prowadził ślepego starca. Żak, który mógł widywać Marię na mszy, chyba poznał ją, bo skłonił głowę i się uśmiechnął. Kazała paziowi wrzucić do jego przewieszonej torby kilka monet. Ich dźwięk zbudził czujność ślepca, który poderwał głowę, jakby chciał uchwycić obcą woń w powietrzu, po czym chwycił drobną rączkę księżniczki w swoją.

— Dałaś jałmużnę, więc pozwól sobie przepowiedzieć przyszłość przez starca — prosił żak.

— Dałam, ale wróżb nie chcę słuchać — odparła księżniczka, wychowana w pogardzie do takich praktyk gminu.

— Zechcesz w nie uwierzyć, to uwierzysz, a jak nie to nie — nie ustępował żak. Ociągając się, w końcu mu uległa. Ślepiec długo trzymał dłoń dziewczynki w swojej, gładził ją, palcami odkrywał astrologiczne wzgórza i linie, odczytywał symbolikę. Jakiś czas milczał, jakby się wahał, czy może dziewczynce zdradzić to, co poznał z jej dłoni. Nalegała, więc powiedział:

— Królewskie małżeństwo da ci dzieci tyle, ile masz palców u dłoni. Śmierć ich kilku opłakiwać będziesz w samotności wielkiej, tak wielkiej jak kraj, który da ci koronę. I ojca pochowasz na ziemi nie tej, o którą przez lata zabiegał.

Paź szarpnął ślepca za rękaw.

— Milcz, starcze. Księżniczka ma się twymi bredniami przejmować?! — Po czym zwrócił się do dziewczynki: — Wracajmy na zamek. — Odciągnął ją od ślepca i od żaka. Ona jednak nie przejmowała się wróżbami. Przechadzała się jeszcze jakiś czas po nabrzeżu, przyglądała się portowemu tłumowi, słuchała jego gwaru, śpiewów i wdychała zapach wody. Czuła się szczęśliwa, bo żyła tylko tym dniem i tym, co ją otaczało. Kiedy spotkała się z ojcem w zamkowej komnacie, spytała:

— Ojcze, co zapamiętałeś miłego ze swych dziecięcych lat? — Król zmarszczył brwi, zamyślił się.

Po