Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Niech tak będzie - Dawn French

Obcy Ląd Arcybogaczy, zwany inaczej manhattańskim Upper East Side, ma własne sztywne normy zachowania. A rodzina Wilderów-Binghamów ściśle ich przestrzega. Okazywanie uczuć ‒ nie do przyjęcia. Nieposłuszeństwo ‒ stanowczo nie do przyjęcia. Błazenada ‒ nie, dziękujemy. Oto i królestwo Glenn Wilder-Bingham. Pięknie wyeksponowana, starannie skonstruowana twierdza konwenansu. Kiedy więc Rosie Kitto, ekscentryczna trzydziestoośmioletnia nauczycielka w szkole podstawowej z Anglii, wpada z hukiem w życie rodziny, wnosząc skrywany głęboko smutek i serce wielkie jak dzwon, nikt nie zdaje sobie sprawy, że nie czytała kodeksu obyczajów. Dla Wilderów-Binghamów, których życie zaczyna się rozpadać, skutki nowej znajomości są przełomowe. Co bowiem może się przydarzyć, gdy po latach odmawiania wszyscy nagle zaczynają mówić „tak”? „Ubóstwiam Niech tak będzie. Ta urocza, mądra, świetnie napisana powieści różni się od wszystkiego, co do tej pory czytałam”. Marian Keyes „Wspaniała pisarka ‒ dowcipna, mądra, bystra”. Daily Mail „Można zrywać boki ze śmiechu”. Sunday Times „Świetna książka, którą się wręcz pochłania”. Mail on Sunday

Opinie o ebooku Niech tak będzie - Dawn French

Fragment ebooka Niech tak będzie - Dawn French

Tytuł oryginału:

ACCORDING TO YES

Copyright © 2015 by Dawn French

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Wykonanie okładki: Szara Sowa

Ilustracja na okładce: istockphoto.com/ beastfromeast

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Wirginia Wilk-Mrozińska, Aneta Iwan, Anna Just

ISBN: 978-83-8110-115-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Nom patrui mei Dr Michael O’Brien, qui delexit verba

oraz dla dr Cassie Cooper,

mojej ukochanej przyjaciółki

Wystawiłam krzesło na słońce

Usiadłam w słońcu

Jak porusza się głód, gdy wzywają do postu.

I sat in the sun, Jane Hirshfield

Akt I

Test

Pięćdziesiąt siedem.

Pięćdziesiąt osiem.

Pięćdziesiąt dziewięć… przejebane.

Brzuch Rosie Kitto znów okazał się pusty. Dziecka nie ma. Po co w ogóle czekali całe trzy minuty? Akurat co do tego nie miała wątpliwości, wiedziała, że nie ma szans, ale jego droga, zdesperowana twarz nakłoniła ją do dokładnych oględzin. Skoro nie pokazała się druga cienka kreska na teście ciążowym, nie ma też choćby cienia nadziei na przyszłość u jego boku.

Zabawne, że tak wyczekiwana chwila może stać się tak ulotna i prozaiczna w swym niespełnieniu. Nadzieja runęła, a zamiast potężnego huku rozległ się jedynie cichy jęk.

Taka nadzieja zasługiwała na huczniejsze pożegnanie.

Nadzieja była kiedyś ogromna.

Lądowanie

W samolocie linii British Airways każda obrzmiała twarz w każdym zwartym szeregu uniosła się posłusznie jak na komendę Piny Bausch w stronę umieszczonego na suficie znaczka z pasami bezpieczeństwa. To jedna z tych przeciągłych chwil, gdy przypadkowa zbieranina obcych ludzi potrafi się zjednoczyć; niektórzy tkwią w takim zawieszeniu, że aż wstrzymują oddech. Ding-dong. Na znajomy sygnał otrząsają się z pokładowego skostnienia i cały samolot nagle pulsuje od chaotycznej przepychanki ciał zbierających pospiesznie rzeczy osobiste, byle jak najszybciej ustawić się w niemrawej kolejce do wyjścia. Wszyscy są wyczerpani; może to brak świeżego powietrza zmienia ludzi w gburów. Można odnieść wrażenie, że każdy musi się dokądś bardzo pilnie dostać. Teraz, bezzwłocznie. No już, szybciej, szybciej. Ja pierwszy. No, przebieramy nogami. Przepychamy się. Napieramy.

Rosie jako jedyna zostaje na swoim miejscu, w fotelu 26A. Wygląda spokojnie przez okno, czoło oparła o szybę. Siedziała tak przez większość lotu zatopiona w myślach. Nie, nie zatopiona. Wynurzona. Rozmyślała intensywnie, próbując ustalić, jak się właściwie czuje z tym, że zostawia wszystkich i wszystko, co zna, i rozpoczyna pochopnie taką nową przygodę. Czuje się dziwnie spokojna, pogodzona. Niechybnie poddała się już losowi, cokolwiek jej przyniesie. Dlaczego więc tylko ona siedzi, skoro inni wyszli gęsiego z samolotu w niecierpliwym systematycznym rządku, mijając przy drzwiach niezmiernie uprzejme, dobrze wyszkolone stewardesy?

– Dziękujemy za wybór British Airways.

– Dziękujemy.

– Dziękujemy za wspólny lot.

– Dziękuję.

– Miłego dnia.

– Dziękuję.

– Do widzenia.

– Proszę bardzo.

– Dziękujemy za wybór British Airways.

– Zdrówka.

– Pa.

– Dziękuję.

– Tak, dziękujemy, tak, wysiadka, tak, wypad, idź pan już, do widzenia.

Dlaczego ona ani drgnie?

Znacie ten maleńki wycinek czasu tuż przed punktem, w którym nie ma już odwrotu? Tę cudowną chwilę, gdy człowiek może… mógłby… jednak MÓGŁBY zmienić zdanie i ze wszystkiego się wycofać? Wszystko odwołać, powiedzieć sobie: nie, nie skacz, uważaj na siebie, wracaj do domu? Znacie to? Właśnie to spotyka teraz Rosie. Wewnętrzny głos podpowiada jej, by została na pokładzie, aż samolot wzbije się w rejs powrotny do domu z całą nową załogą, która zaraz tu wejdzie ze świeżą cerą i świeżym makijażem, z ułożonymi włosami, zapachem czystości. Rachu-ciachu. Polecieć do domu. Do siebie. Do starej, dobrej, dżdżystej, bezpiecznej, pięknej Anglii. Tam, gdzie przynajmniej wie, jak funkcjonować, nawet jeśli nie idzie to po jej myśli. To tam Rosie Kitto, trzydziestoośmioletnia nauczycielka szkoły podstawowej, jest niezaprzeczalnie dorosła, odpowiedzialna i wyczulona na potrzeby innych. A ta nowa Rosie Kitto ucieka, zdaje się, jak wielce niedojrzała, samolubna głuptaska. Zaprzeczenie dorosłości.

A kim ona jest?

Otóż jest osobą, która kilka tygodni temu powiedziała „nie” stabilizacji i postanowiła chwycić byka za rogi, zrobić krok w przepaść, zapytać samą siebie, co do cholery dalej z nią będzie, dopuścić do siebie strach. TAK, TAK, TAK, PROSZĘ!

Nie inaczej.

No to wstawaj z tego fotela, Rosie, jesteś w Nowym Jorku… przed tobą… RUSZAJ!

– Dziękujemy za wybór British Airways, do widzenia pani.

Spotkanie

W nowym okrągłym lustrze odbija się ta sama owalna twarz. Wszystko jest tu na swoim miejscu, szczególnie na tej więdnącej twarzy, a to za sprawą subtelnej i nietaniej operacji plastycznej. Glenn Wilder-Bingham nałożyła makijaż dokładnie tak samo jak od sześciu lat. Pewnie poradziłaby sobie bez lustra, a już na pewno bez kosmetyków, bo na pędzlach, gąbeczkach i aplikatorach pozostało ich tyle, że starczyłoby na tydzień codziennego nakładania. Prawie zrobione, jeszcze tylko ostateczny sznyt, czyli korektor. Wciska końcówkę drogiego korektora i kreśli śmiałymi pociągnięciami płynne, kremowe, rozpraszające światło linie pod oczami, wokół nasady nosa, na zmarszczkach mimicznych i wzdłuż opadłych konturów szczęki. Linie są odważne i w lustrze jej twarz wygląda teraz jak na negatywie. To, co było ciemne, jest jasne, a to, co zwiotczałe – pozornie napięte. Rozciera korektor palcami, pokrywa zręcznie pudrem i teraz tylko wprawne oko dostrzegłoby jej reperacje. Nieźle jak na siedemdziesięcioośmioletnią panią z Upper East Side.

Ktoś puka dyskretnie do drzwi sypialni i Glenn słyszy cichy głos swojej służącej Ivy.

– Przyjechała, pani Wilder-Bingham. Gdzie mam ją zaprowadzić?

– Do biblioteki.

Glenn bierze głęboki oddech i wydaje z siebie przeciągłe, pełne irytacji westchnienie, które pokrywa parą taflę lustra. Znów jakiś obowiązek pochłania jej cenny, czczy czas. Nie rusza się od razu, nigdzie jej się nie spieszy. Glenn Wilder-Bingham nie pierwszy raz każe na siebie czekać.

Ktoś jeszcze patrzy na swoje odbicie – to Rosie Kitto, która stoi przed lustrzanymi panelami w windzie, lecz widzi coś zgoła odmiennego, a mianowicie przemoczoną pudlicę. Nie tak miała wyglądać podczas ważnej rozmowy. Jeszcze pięć minut temu była sucha i prezentowała się jako tako. Na ogół się nie maluje, ale dziś zrobiła wyjątek, mocowała się też z okrągłą szczotką i suszarką, żeby choć częściowo okiełznać niesforne włosy. To przecież Upper East Side. Tutejsi zwracają uwagę na takie rzeczy, więc chce się podobać, chce wyglądać „piknie”, jak mawia jej mama Kornwalijka. Rosie na ogół nosi się z fantazją: wkłada ubrania w jaskrawych gryzących się kolorach. Ma to we krwi, a do tego teraz, jako trzydziestoośmiolatka, zaczęła stawiać na styl retro. Na głowie ma często kolorową opaskę z przekrzywioną kokardą z kolorowej apaszki, a do tego jaskrawe kwieciste bluzki i dżinsy z podwiniętymi nogawkami, spod których wyzierają nieraz pomarańczowe skarpetki i szpiczaste buty niczym u radosnej land girl. Uważa, że ten styl pasuje do jej krągłych kształtów i dodatkowo ją uszczęśliwia, bo daje pretekst do buszowania po sklepach z odzieżą używaną, o raju, uwielbia tam spędzać czas. Ach, ta przyjemność z wyszperania skarbu na samym końcu stojaka, a do tego dreszczyk negocjacji. Ale Rosie głupia nie jest. W głębi duszy wie, że nową chlebodawczynię trzeba będzie zapoznawać z tymi dziwactwami stopniowo, powoli. Dziś więc naprawdę spuściła z tonu i włożyła eleganckie granatowe spodnie w kant, żółtą bluzkę i błękitną lnianą marynarkę. Czerwone męskie półbuty szkoty niosą pewne ryzyko, lecz Rosie chce być choć odrobinę szczera, choć trochę pokazać, jaka naprawdę jest, zakotwiczyć się we własnej autentyczności.

Nie wzięła jednak pod uwagę zmiennej lutowej nowojorskiej pogody. Gdy wychodziła ze swojego taniego jak barszcz, ale czystego hotelu w pobliżu Times Square, żeby przejść około pięćdziesięciu przecznic, było słonecznie i rześko. Dwie przecznice przed imponującym budynkiem przy Park Avenue, w którym mieszkają państwo Wilderowie-Binghamowie, niebiosa się rozwarły i chlupnęły swą zawartością wprost na głowę Rosie Kitto. Rosie pierzchała co chwilę w różne progi, nie chciała jednak się spóźnić, więc brnęła przed siebie, starając się unikać niesłabnących deszczowych biczów, które chłostały jej wymodelowane włosy i pozbawione okrycia wierzchniego ramiona.

No i teraz z lustra w windzie spogląda na Rosie Kitto przemoczona, kędzierzawa pudlica. Kogoś takiego zobaczy zaraz jej potencjalna pracodawczyni. Nie najlepiej, jak na pierwsze wrażenie, ale Rosie to osoba pogodna, wyznawczyni zasad: „obróć to w żart” i „głowa do góry”. Pani Wilder-Bingham zorientuje się z pewnością, co się stało, i uśmiechnie pod nosem. A może to wręcz doskonały pretekst do przełamania lodów? Kto wie?

Winda jest wytworna, wyłożona drewnem i powolna. Srogi portier natychmiast sprawił, że poczuła się co najmniej nieswojo. Jego wyniosła postawa, choć nieuzasadniona, skutecznie informuje przybysza, że jest tu tylko gościem. Tak, masz szczęście, człowieku, że odwiedzasz kogoś w tym zacisznym, wspaniałym, strzeżonym budynku. Długo tu nie zabawisz. To nie twoja bajka. Ale na tę bardzo krótką chwilę zapraszam do naszej onieśmielającej windy. Portier skierował ją na dwunaste piętro. Rosie jedzie teraz sama windą i zdaje sobie sprawę, że nie wie, do którego mieszkania na dwunastym piętrze ma się udać. Niepotrzebnie jednak się przejmuje. Drzwi windy się otwierają i okazuje się, że Rosie znajduje się w prywatnym korytarzu, a przed nią widnieją tylko jedne drzwi.

Państwo Wilderowie-Binghamowie nie tylko zatem mieszkają na dwunastym piętrze. Oni je zajmują. Rosie właśnie sięga do dzwonka, gdy drzwi się otwierają i staje w nich niska, przysadzista kobieta o potężnej posturze. Rosie aż ma ochotę się cofnąć, żeby zrobić jej trochę miejsca, tak skutecznie ją odpycha. Jeszcze nie otworzyła ust, a już wiadomo, że jest kimś znaczącym. Rosie nie ma co do tego wątpliwości, bo pierwszy raz przytrafia jej się sytuacja, w której chce się jednocześnie cofnąć, by objąć kogoś wzrokiem, i przysunąć, żeby się do niego zbliżyć. Kto to taki? Na czubku głowy ma starannie zawiązany koczek i nosi czarną sukienkę zapinaną od szyi do kolan na guziki, najwyraźniej uniform. Do tego błyskawicznie taksuje Rosie wzrokiem od stóp do głów. Jednak inaczej niż w przypadku portiera Rosie nie czuje jej antypatii, a zaledwie uważną ocenę, co… wcale jej nie przeszkadza. Mogłaby to być równie dobrze pani Danvers1, ale nie, to Iva.

– Proszę wejść – mówi.

Czyżby Polka??

– Dziękuję. Przepraszam. Trochę mnie… zmoczyło.

Rosie ma świadomość, że z każdym jej krokiem słychać chlupot; jej cudowne czerwone szkoty przemieniły się w gąbki. Nie tylko leje się z nich woda, lecz puściły też farbę, więc idąc za Ivą ciemnym korytarzem, Rosie zostawia za sobą małe krwawe kałuże.

Korytarz nie miał być takim ciemnym pomieszczeniem, które wymaga stale sztucznego doświetlania. Taka przestrzeń powinna być otoczona szeroko otwartymi drzwiami, przez które wpada światło. Ale w tym mieszkaniu, pod rządami Glenn Wilder-Bingham, nie ma na to szans. Nic z tego. Wszystkie drzwi pozostają szczelnie zamknięte i wszystkie cztery odgałęzienia głównego holu okrywa ponury mrok. Nie, Glenn Wilder-Bingham nie jest wampirzycą, za to lubi nad wszystkim panować. Gdyby tylko mogła, zapanowałaby nad wszystkimi drzwiami i całym światłem tego świata. Na razie musi się zadowolić wyłącznie drzwiami i światłem w tym obszernym apartamencie. Dopóki nie podbije świata, to jej musi wystarczyć.

Chlup, chlup, Rosie brnie za Ivą. Droga do biblioteki trwa dłużej, niż można by przypuszczać, że zajmie przejście przez jakiekolwiek mieszkanie, więc Rosie ma już pewne wyobrażenie o jego rozmiarach. Podobnie jak większość Brytyjczyków, za wielkie uważa mieszkanie rozmiarów domu, tyle że na jednym poziomie. Do przejścia z przedpokoju do salonu wystarczyłoby w zupełności dwadzieścia kroków. Ale nie tu. To miejsce jest ogromne i obce. W końcu Iva otwiera jakieś drzwi i wchodzą.

Nad tym onieśmielającym, wypełnionym książkami pokojem górują trzy wielkie okna, lecz nawet one nie wpuszczają dostatecznej ilości światła, bo zasłaniają je obfite kwieciste portiery. Grube, kosztowne story związane sznurami z gigantycznymi złocistymi chwostami, jakie Lilipuci mogliby wykraść Guliwerowi. Wzdłuż pozostałych trzech ścian, wyłożonych surowymi drewnianymi panelami, ciągną się od podłogi do sufitu regały z książkami. Pośrodku pokoju stoją naprzeciwko siebie dwie wielkie sofy w kolorze wyblakłych żonkili, między nimi marmurowy stolik kawowy i kilka strzelistych lamp. Czy takie wnętrze ma sprzyjać lekturze? Czy raczej – myśli Rosie – pozorowaniu lektury?

Kilka razy stara się bohatersko porozumieć z Ivą: co chwilę przeprasza za zalanie podłogi i chichocze z tego powodu, żeby zaskarbić sobie jej sympatię. Próbuje nawiązać z nią kontakt wzrokowy, ale Iva konsekwentnie unika jej spojrzenia.

– Proszę poczekać tu – mówi i wychodzi z pokoju.

Rosie nie ma wątpliwości, że mówiąc „tu”, ma na myśli dokładnie miejsce, które wskazuje palcem, wyznaczony punkt na podłodze przy jednym z okien. Rosie staje posłusznie, gdzie jej kazano, i czeka. Kap, kap. Nie mija chwila, a Iva wpada do biblioteki z gazetą, po którą Rosie wyciąga rękę, sądząc mylnie, że proponuje jej się coś do czytania dla zabicia czasu w oczekiwaniu, aż pani domu będzie gotowa ją przyjąć. Ręka Rosie już, już dotyka gazety, gdy Iva schyla się raptownie i starannie rozkłada gazetę na posadzce.

– Proszę tu stanąć.

Rosie staje posłusznie, a Iva znów wychodzi z pokoju i zostawia Angielkę z jej upokorzeniem skapującym na płachtę „New York Timesa”. Rosie drży. W mieszkaniu panuje przenikliwa cisza. Słychać tylko kroki Ivy, która wraca tym okropnym, ciemnym korytarzem… dokąd? Może do kuchni? Rosie wytęża słuch, żeby wyłowić jakieś inne dźwięki. Czujna jak nietoperz próbuje wychwycić odgłos kroków pani Wilder-Bingham, ale na próżno. Nie słychać nawet ruchu ulicznego. Czy to mieszkanie jest hermetycznie zamknięte? Wyłapuje tylko znikomy, ledwie słyszalny dźwięk, nikły szum… prawie jakby na sprzętach osiadał kurz. Jakie to niepokojące.

Glenn Wilder-Bingham zamyka za sobą drzwi sypialni i postukując obcasami, rusza przyjemnie zacienionym korytarzem w stronę głównego holu, gdzie skręca łagodnie w lewo w kolejną ciemną arterię, ujście prowadzące do biblioteki. Ma na sobie odprasowane beżowe spodnie, cieliste czółenka i bluzkę w kolorze majtkowego błękitu. Z jej ramion spływa kaszmirowy beżowy kardigan, idealnie dopasowana szata kategoryczności. Na szyi ma złoty łańcuszek, na którym wiszą bezpiecznie okulary w szylkretowej oprawie. Mija właśnie galerię ze staranną kompozycją czarno-białych rodzinnych fotografii. Zestaw zdjęć oznajmia: to my, atrakcyjni, zgodni ludzie sukcesu. Czy szczęśliwi – to już nie takie oczywiste. Każdą fotografię otacza kremowe passe-partout i gładka, czarna drewniana rama, co nadaje całości charakter kolekcji, niezłomnej ważności i niekwestionowanej klasy.

Pierwsza fotografia jest wiekowa, niemal pożółkła. Przedstawia dziewiętnastolatka o surowej męskiej urodzie ubranego w ubrudzony strój futbolisty amerykańskiego z lat pięćdziesiątych XX wieku i dzierżącego dumnie nad głową trofeum w otoczeniu kilku utrudzonych kolegów z drużyny. Stroje demonstrują wyniośle nazwę uczelni: YALE. To jurny, młody, zwycięski Thomas Wilder-Bingham.

Na następnym zdjęciu ten sam mężczyzna, tylko nieco starszy, oraz jego świeżo poślubiona, dwudziestodwuletnia żona Glenn stoją z rozwianym włosem na pokładzie drewnianego jachtu i roześmiani mrużą oczy w słońcu Nantucket. Oboje mają na sobie szorty i koszule w pastelowych kolorach i wyglądają jak zrelaksowana, szczęśliwa para z rodu Kennedych.

Na kolejnym widnieje dwudziestoośmioletnia Glenn w pozie Madonny na laktacyjnym froncie: stoi w zielonym ogrodzie z maleńkim niemowlęciem w ramionach. Oto jej syn, Kemble Wilder-Bingham. Glenn szczerzy się do niego, jakby był darem niebios. Bo i nim dla niej był. Wcześniej dwukrotnie była w ciąży, ale żadnej nie donosiła. Narodziny Kemble’a poprzedziło sześć lat bólu i nadziei. Choćby nie wiadomo jak się starali – a nie próżnowali, o nie – nie doczekali się już kolejnego dziecka. Ten smutek Glenn skrywa w odległym zakamarku świadomości.

A oto obowiązkowe profesjonalne ujęcie młodego Kemble’a absolwenta w birecie i todze, ściskającego imitację pergaminowego zwoju i otoczonego przez dumnych rodziców. Podniosły rytuał przejścia. Kamień milowy. Młody człowiek, który zrobił, co do niego należało, patrzcie i podziwiajcie.

Tuż obok pusta przestrzeń, gdzie wisiała wcześniej oprawiona pamiątka z radosnego dnia ślubu.

Jak zwykle na widok tej otwartej rany Glenn nachodzi nawracająca, lecz ulotna myśl, że naprawdę trzeba znaleźć odpowiedni zamiennik, by wypełnić tę lukę. Może fotografię jej matki i ojca z lat ich młodości?

O NIE, na pewno nie matki.

Czy ma jakieś zdjęcie samego ojca? Ono by się nadało. Tylko że na wszystkich fotografiach, które ma, ojciec występuje w kombinezonie roboczym. Nie, lepiej nie…

Na samym końcu widnieje czarno-biała odbitka rodzinnego zdjęcia z sesji fotograficznej, którą Glenn zorganizowała w grudniu, żeby mieć co umieścić na aktualnej bożonarodzeniowej kartce. A oto i oni zgromadzeni wokół niej. Jej mężczyźni.

Glenn siedzi pośrodku na pierwszym planie, chłodna i opanowana. Za nią stoją jej syn Kemble i mąż Thomas, który trzyma dłoń na jej ramieniu. Szkoda, że Kemble nie włożył porządniejszego garnituru i trochę się zgarbił, ale cóż poradzić. Na podłodze przed nią siedzi jej dwóch ośmioletnich wnuków bliźniaków, synów Kemble’a, Thomas Wilder-Bingham Trzeci i Kemble Wilder-Bingham Junior, znany jako „Rudy”. U boku królowej Glenn przycupnął niezgrabnie najstarszy syn Kemble’a, osiemnastoletni Edward Wilder-Bingham, znany także jako Teddy, uprawiający tekstylny oraz fotograficzny sabotaż.

Oto królestwo Glenn. Ona i jej ludzie. Królowa Lear. Królowa Herod. Królowa pszczół.

Stąpa teraz obok dobrze skomponowanej i należycie wyeksponowanej galerii swojego życia, a w ślad za nią niesie się aura stanowczego stuk-stuk.

Stuk. Stuk. Rosie słyszy nadciągające kroki i usiłuje pospiesznie wyżąć mankiety przemoczonej marynarki. Na próżno starała się kapać tylko na „New York Timesa”. Krople za nic nie chcą spadać porządnie, to deszcz renegat, który nie chce się słuchać, chociaż ona właśnie debiutuje we wnętrzu biblioteki w wytwornym apartamencie na Upper East Side.

Z ogromnym majestatem charakterystycznym dla białej anglosaskiej protestantki do pokoju wkracza Glenn Wilder-Bingham. Oto nadeszła. Rosie usilnie stara się pamiętać, że to odpowiednia pora, by rozważyć zasłyszaną w młodości od babuni radę: jak się uśmiechasz, to naprawdę nie musisz pokazywać wszystkich zębów. Ale to silniejsze od niej. Robiła tak wtedy i robi tak teraz, żeby opromienić sytuację, która może okazać się ryzykowna. Rosie-konwektor jest zawsze gotowa zaryzykować i uśmiechnąć się nader serdecznie, byle wydzielić trochę ciepła, nawet jeśli to nie działa. Jej optymizm liczy się w megawatach, więc teraz naprawdę się uśmiecha, odsłaniając desperacko komplet uzębienia. Tyle że trafiła kosa na kamień – Glenn ma doświadczenie, jeśli chodzi o powstrzymywanie się od uśmiechu, i w ciągu milisekundy potrafi zgasić radosną iskrę Rosie.

– Dzień dobry! – Rosie promienieje i z nadzieją rozpływa się w uśmiechach.

Glenn przygląda się badawczo ociekającej Brytyjce, prawie niezauważalnie kiwa głową i sadowi się na jednej z wyblakłych żonkilowych sof. Rosie, choć nie usłyszała wyraźnego zakazu, od razu się domyśla, że nikt jej nie zaprasza na sofę, zostaje więc przyrośnięta niezręcznie do płachty papieru.

– Śliczne mieszkanko. Naprawdę… wyjątkowe… śliczne.

– Tak – potwierdza cicho Glenn. – Apartament – poprawia niejako na marginesie.

– Ja cię, apartament, jasna sprawa – odpowiada Rosie, podkreślając wylewnie, że najwyraźniej wyszła na głupka.

Glenn obserwuje ze spokojem te teatralne przeprosiny, rozwijając metry sznura, żeby Rosie mogła się na nim powiesić. Na szczęście to konwenansowe harakiri ucina Iva, która wnosi na tacy herbatę i stawia ją na stoliku przed Glenn.

– Tak, Ivo – mówi cicho Glenn.

Iva wychodzi dostojnie z pokoju, a Glenn zerka na Rosie.

– Herbaty? English Breakfast, pewnie taką pani lubi.

– Ooo tak, dziękuję… dla zdrowia nie ma jak herbatka… – Rosie coraz bardziej traci wiarę w swoją wesołkowatość. – Nie żebym miała jakieś kłopoty ze zdrowiem…

Przez nieskończenie długą minutę Glenn milczy, rozlewając dystyngowanie herbatę do eleganckich porcelanowych filiżanek. To prawdziwa herbata. Ani śladu papierowych torebek. Glenn rozlewa napój pewną ręką, dodaje mleka (o cukrze nie ma nawet co marzyć), po czym podnosi spodek z filiżanką i wręcza Rosie, która je przyjmuje z wdzięcznością i naprawdę, ale to naprawdę żałuje, że nie ma cukru.

Reszta rozmowy przebiega w ten sposób, że Glenn siedzi na sofie, a Rosie dalej stoi na papierze, niczym w kociej kuwecie, i z pewną trudnością manewruje spodkiem i torebką. Glenn trzyma własną filiżankę bez cienia zdenerwowania, całkowicie spokojna i opanowana. Filiżanka Rosie chybocze się i pobrzękuje na spodku.

Rosie próbuje przełamać lody.

– Pewnie trzeba płacić niebotyczne kwoty za mycie okien – mówi i wskazuje głową szyby. – Bez wysokich drabin ani rusz…

Bez odpowiedzi. To nie miejsce na żarciki. Glenn odstawia z brzękiem filiżankę na spodek.

– Agencja gorąco panią poleciła.

– A, to dobrze, świetnie. Pierwszy raz dla nich pracuję.

Glenn zerka na leżące na stole CV Rosie.

– Wykwalifikowana, doświadczona nauczycielka szkoły podstawowej… z Looe?

– Tak. To w Kornwalii. Wie pani, to takie podłużne, szpiczaste hrabstwo u dołu Anglii…

– Rozumiem. Zawsze mi się wydawało, że loo to brytyjskie określenie ubikacji?

Zapada niezręczna cisza. Glenn dalej studiuje CV. Rosie pociąga upragniony łyk herbaty, co kończy się niestety dość donośnym siorbnięciem.

Glenn, jakby chciała coś przez to powiedzieć, bezgłośnie sączy swoją herbatę. Ma przewagę pod każdym względem. Postanawia zabrać głos.

– A więc stamtąd pochodzą pani rodzice?

– Owszem, pochodzili. Niestety żadne z nich już nie żyje – przyznaje bez ogródek Rosie.

– Rozumiem.

Rosie bierze byka za rogi.

– Czy Thomas i Kemble to pani wnukowie?

– Tak.

– Aha. I mieszkają z panią?

– Nie. Mieszkają ze swoją matką, ale uważamy, że najwyższy czas, by zamieszkali ze swym ojcem, więc na razie sprowadzają się tutaj…

– Ach tak. – Rosie próbuje zapamiętać imiona: Thomas i Kemble, Thomas i Kemble.

– Thomas Wilder-Bingham Trzeci i Kemble Wilder-Bingham Junior.

– Thomas i Kemble. Thomas i Kemble. Tak to już jest z imionami, jak się jest nauczycielką, człowiek co rok patrzy na morze nowych twarzy, więc zawsze je powtarzam, żeby zapamiętać. Mam pamięć jak… jak… ten sprzęt kuchenny do odsączania… ten taki z dziurkami…

Glenn ignoruje kolejne żarciki i wraca do przeglądania CV. Rosie ma przemożną chęć wypełnić ciszę radosnym świergotem, lecz gryzie się w język i pozwala Glenn wyznaczyć tempo i głośność tego szczególnie koturnowego duetu. Stara się możliwie najciszej popijać herbatę i daje Glenn tyle czasu, ile jej potrzeba. Czyli sporo. W końcu Glenn podnosi wzrok. Czyżby na jej twarz wypłynął pogardliwy uśmieszek?

U Rosie dochodzi do głosu wrodzone poczucie własnej wartości. Na dwoje babka wróżyła. Cisza się wydłuża. Nikt się nie poddaje. Przynajmniej otwarcie. Ale w błotnistej glebie tej chwili zasiane zostaje nasionko wzajemnego szacunku. Owszem, jedna z tych kobiet będzie pracować dla drugiej, lecz to nie powód, by Rosie zgięła się w pas. Glenn ustępuje pierwsza… tylko nieznacznie.

– Przyjeżdżają wieczorem. Przez weekend możecie się zapoznać, a potem ma pani zajmować się nimi przed szkołą i po lekcjach, towarzyszyć im w drodze do i ze szkoły oraz jeździć z nimi na zajęcia w weekendy i w innych dniach wolnych, na co przewidziano symboliczny budżet. Jadać będzie pani razem z rodziną, a ojciec chłopców będzie do nas dołączał, kiedy mu na to pozwoli praca.

Rosie celowo milczy, patrzy tylko na Glenn, która wygląda teraz na nieco wytrąconą z równowagi.

– Czy to by pani odpowiadało? – pyta w końcu.

Gdyby dało się zliczyć drobne, niewidzialne molekuły władzy, to minimalne drgnięcie mierzyłoby jedną tysięczną w skali Richtera. Tyle co nic i zarazem dużo, bo Glenn nie ustępuje zwykle ani na jotę.

Rosie ląduje w samym środku tej rzadkiej okazji.

– A pani gdzie będzie?

Glenn ledwie zauważalnie rzednie mina. Godny strzał. Kimże jest ta gruba, impertynencka angielska parweniuszka? Kobiety zaangażowały się w nieruchomą rozgrywkę: która najdłużej pomilczy. Kocice okrążają się nawzajem.

Lukę porastają storczyki na parapecie.

I wtedy wielka, spęczniała, niecierpliwa kropla u brzegu rękawa marynarki Rosie postanawia wyzionąć ducha i gna ku podłodze w nieoczekiwanym pędzie ku wolności. Lądując z imponującym pluskiem, przecina ciszę. Teraz Glenn ma przewagę, choćby nawet nieskończenie nikłą.

– Nie wiem, jak się do pani zwracać – mówi Rosie.

Glenn uśmiecha się z wyższością, składa CV i wstaje.

– Pani Wilder-Bingham.

– Aha. Po nazwisku. Jasne.

– Iva wskaże pani pokój i o siódmej trzydzieści oczekujemy pani przy śniadaniu.

I Glenn Wilder-Bingham wychodzi niezmiennie pewnym krokiem.

Rosie zostaje i kapie sobie w przydzielonym jej miejscu.

Przeprowadzka

Tego samego wieczora Rosie siedzi na swoim łóżku w swoim dziwnym nowym domu, a obok niej leży walizka i wypchana ubraniami torba. Rosie nie może uwierzyć, jak szybko odmieniło się całe jej życie. Znajduje się w jednym z dwóch pokojów umiejscowionych dokładnie pośrodku apartamentu, więc okna wychodzą, a raczej wchodzą na otwartą klatkę schodową budynku. Wszystkie widoczne okna innych pięter są małe, brudne i przysłonięte częściowo klimatyzatorami, podobnie jak okna na jej poziomie. Ta klatka funkcjonuje tylko jako droga ewakuacyjna oraz pretekst do wbudowania licznych parapetów, na które mogą srać gołębie. Jako że nad mieszkaniem Wilderów-Binghamów są jeszcze cztery piętra oraz liczne konstrukcje na dachu, widać stąd tylko skrawek nieba i odrobinę cennego światła słonecznego. Rosie ma do dyspozycji mały, ale przytulny pokój dzienny, w którym upchnięto wielką sofę, stolik kawowy i biurko pod ścianą. W sypialni stoi łóżko, trochę większe niż jednoosobowe, stolik nocny, szafa, komoda i lustro. Do mieszkanka należy jeszcze mała łazienka z prysznicem nad małą wanną, o połowę mniejszą od zwykłej. Pierwszy raz taką widzi. Stworzona została najwyraźniej z myślą o małych przestrzeniach. Te pomieszczenia, choć wygodne i idealnie czyste, wydają się wyraźnie zaniedbane, a przypadkowo dobrane meble są widocznie najmniej pożądanymi sprzętami z całego apartamentu. Jednak w przypadku Wilderów-Binghamów nawet odrzuty są wciąż dość luksusowe, więc Rosie wydaje się, że to wszystko jakoś współgra. Poza tym na podłodze leżą dwa dywany perskie, po jednym w każdym pokoju. A ona ZAWSZE chciała pochodzić boso po dywanie perskim, jest niemal pewna, że to szczyt luksusu.

Nachyla się więc i zdejmuje wilgotne, ale i tak wspaniałe czerwone szkoty, zdziera przemoczone rude skarpety i stawia powoli nogę, delektując się każdym krokiem, który przybliża ten przepyszny suchy dywan do jej rozmokłych rodzynkowatych stóp. Dywan jest zaskakująco sztywny, mimo to niebiański w dotyku. Rosie zgina palce, by zebrać włosie, i konstatuje z rozkoszą, że właśnie drapie się w od dawna swędzące miejsce. Chce jeszcze, więc szura stopami po podłodze jak pies zagrzebujący z dumą pokaźnych rozmiarów kupę. Uczucie jest absolutnie cudowne i wspaniale sprowadza ją na ziemię, bo sytuacja jest zabawna, a kiedy człowiek potrafi śmiać się sam do siebie z jakiegoś powodu – z byle powodu – to mu zawsze pozwala odpędzić samotność, czyż nie? Rosie wie, że gdzieś głęboko w niej czai się niepokojąco przemożna, dudniąca nostalgia, lecz stanowczo nie pozwala jej dojść do głosu. Bierze głęboki oddech, rozgląda się po pokoju i postanawia, że będzie solidnie wykonywać tę pracę. Pokrzepiona przypływem odwagi zaczyna się rozpakowywać i mościć sobie gniazdko.

Najpierw wyjmuje z walizki swój ulubiony przedmiot: własnoręcznie wykonaną, oprawioną fotografię wrończyka wzbijającego się ponad klify Bedruthan. W Kornwalii. Oto kraniec Anglii i jej rodzinnego hrabstwa. Gdzie światło pada jak nigdzie indziej. Gdzie znajdują się wrzosowiska i zatoczki, i klify, i lasy, i wściekłe fale, i spokojne sadzawki, i bezkresne niebiosa. Gdzie ktoś ją zna. Gdzie jest u siebie.

Dwanaście pięter niżej niespokojny pięćdziesięciolatek w kosztownym, ale wygniecionym garniturze pali papierosa przed drzwiami lobby, wyczekując kogoś nerwowo. To Kemble, dobrze sytuowany, lecz niedobrze kochany mężczyzna. Rzuca spojrzenia w jedną i drugą stronę Dziewięćdziesiątej Ulicy spowitej mroźnym lutowym mrokiem. Gasi papierosa, przestępuje z nogi na nogę, przechadza się, wkłada koszulę za pasek, żeby jakoś doprowadzić się do ładu.

Nagle znikąd pojawiają się dwaj chłopcy, którzy zderzają się z szybą tak głośno, aż Kemble podskakuje. Macha do nich anemicznie, za nimi dostrzega niewysoką, jasnowłosą, zadbaną kobietę o chłopięcej fryzurze i mocno zielonych oczach, ciągnącą z trudem dwie wielkie walizki. Wyniosły z punktu widzenia Rosie portier ma skrajnie odmienny stosunek do tych ludzi, którzy najwyraźniej mają prawo tu przebywać, więc spieszy pomóc kobiecie. Zna ją. To Natalie, matka bliźniaków i niebawem była już żona Kemble’a.

Od razu staje się jasne, że przekazanie dzieci wywołuje – jak to zwykle bywa – zakłopotanie rodziców. Chłopcy wpadają za obrotowe drzwi i robią dwie rundki wokół, a w tym czasie kobieta i mężczyzna spoglądają na siebie przez szybę. W końcu ona się odwraca i odchodzi do samochodu. Kemble patrzy za nią, aż wreszcie wyrywa się z letargu za sprawą swoich synów, którzy w końcu wypadają zza obrotowych drzwi prosto do lobby. Cała trójka wchodzi z walizkami do windy. Chłopcy są rozbrykani, lecz wiedzą, że w tym miejscu trzeba się trochę powściągać. Tata nie jest taki niefrasobliwy jak mama. A babcia Glenn w ogóle nie jest fajna, ale dziadek Thomas jest skory do zabawy, zresztą w tej chwili to nie ma większego znaczenia, bo są z tatą. Tak, są bardzo spragnieni taty. Trzeci, ostrożniejszy niż Rudy, który przypomina pralkę z niekończącymi się cyklami energii, jest nieco niższy. To mądry, niespokojny wrażliwiec, który mimo niższego wzrostu pozostaje obiektem podziwu postawniejszego Rudego. Trzeci jest starannie uczesanym, rudawym blondynem. A Rudy jest ognisty. Pod każdym względem. Jest wybuchowy, nieustraszony i dowcipny, a obwieszcza to za pośrednictwem płomienia dumnie sterczącej rudej czupryny.

Bliźniacy przyciągają się jak magnesy. Są bardzo zżyci, ale gdy zdarza im się poróżnić, co należy do rzadkości, konflikt jest pełen przemocy i katastrofalny w skutkach. A potem tak szybko, jak się pokłócili, z niewiadomych powodów dochodzą nagle do porozumienia i wydaje się, że wszystkie przewiny poszły natychmiast w niepamięć. Te rozbiórki i odbudowy przytrafiają im się na osobności, pod nieobecność innych. Naprawdę stanowią nierozłączną całość, inaczej niż zwykłe rodzeństwo, i właśnie ta fenomenalna więź dała im siłę w ostatnim roku, gdy rozstanie rodziców mogło poczynić wielkie spustoszenia. Obaj są zagubieni, a szczególnie przejmuje się Trzeci, ale ponieważ każde z rodziców – jak zwykle przy wielu przyzwoitych rozwodach – zachowuje się w ich obecności poprawnie, chłopcy czują się chronieni przed najboleśniejszymi ranami. One zastrzeżone są dla rodziców, na poufne spotkania z adwokatami i szokująco rzeczowe pisma, które wystrzeliwują kilka razy w tygodniu między obu stronami. To tam toczą się gwałtowne, pełne zachłanności boje.

Niedawno negocjacje zupełnie się urwały, a to zachęciło Królową Glenn do przymuszenia Kemble’a, by mściwie ściągnął bliźniaków na kilka miesięcy, przez co płomień bólu Natalie rozgorzał jeszcze mocniej i przemienił się we wściekłą pożogę. Glenn do reszty przestała lubić Natalie, o ile kiedykolwiek ją lubiła. Małżeństwo Kemble’a z Francuzką nie było zgodne z jej planami. Wolałaby kogoś mniej europejskiego. Niepalącego. Może z podobnej klasy społecznej? Glenn uważa teraz Natalie za zagrożenie i zwiera przeciw niej szeregi. Natalie od dawna wie, że Glenn nie jest osobą, z którą warto wchodzić na ścieżkę wojenną, lecz tym razem gra idzie o jej synków, więc „drobna”, „eteryczna” Natalie walczy jak lwica. To ustępstwo – przyzwolenie, by chłopcy spędzili więcej czasu wśród Wilderów-Binghamów – wynika wyłącznie z tego, że Natalie wie, jak desperacko jej ukochani synkowie tęsknią za towarzystwem ojca. Natalie pęka serce, ale ma świadomość, że ze względu na nich musi zrobić, co do niej należy, i właśnie dlatego przywiozła ich na Upper East Side. Nie na zawsze, na jakiś czas.

W windzie Rudy trajkocze o upragnionym gadżecie − wykrywaczu metali dla dzieci:

– Tata, on jest super, ty też możesz sobie kupić, taki, który będziesz mógł sobie zawiesić na ramieniu, bo ja chcę taki, który ja będę mógł sobie zawiesić. Bo wiesz, można znaleźć złoto i tak dalej… monety piratów…

Trzeci stoi w milczeniu przy ojcu. Patrzy na dłonie Kemble’a ukryte w kieszeniach, po czym podnosi własną rączkę i chwyta ojca za nadgarstek. Kemble wyjmuje dłoń z kieszeni i ujmuje Trzeciego za rękę. Rudy to dostrzega, chwyta Kemble’a za drugą rękę i tak jadą w górę, mali ludzie uczepieni ze wszystkich sił wielkiego człowieka, za którym tak bardzo tęsknią, którego tak bardzo chcą mieć koło siebie, którego tak bardzo chcą mieć w ogóle.

Na górze

W sypialni Glenn i Thomasa nie słychać nic prócz pojękiwań i westchnień dwóch osób, które właśnie podnoszą swoje ponadosiemdziesięcioletnie ciała i z trudem wkładają ubrania. Poranki są ostatnio takie trzeszczące. Sen to środek znieczulający, który sprawia, że ciało staje się obce i sztywne. Glenn z pewnymi oporami zaakceptowała te zmiany; przeciąga się, ziewa i rozpoczyna powoli poranny rytuał. Wygląda przez sypialniane okno, z którego widać Central Park, i zauważa, że gdzieniegdzie, w zacienionych miejscach, zalegają jeszcze płaty śniegu sprzed trzech tygodni. Na dworze jest zimno, marznie także ona. Mieszkanie jest ogrzewane i wszystkie grzejniki są ciepłe. Skóra Glenn nie jest zimna, ale kościec już tak. Wie, że z biegiem godzin rozgrzeje się i zacznie poruszać, na razie jednak czuje się przemarznięta do szpiku niewidocznych kości.

Thomas niechętnie przyznaje, że czas dogania go chyłkiem. Jest dla niego tym, czym morze dla Kanuta. Starość sięga mu do kostek, a on nadal się upiera, że ma suche stopy. Choć łupie go w kościach, nie zwleka, lecz podrywa się żwawo. Żona powtarza mu nieraz, że powinien się opanować i zwolnić, ale to zwyczajnie nie w jego stylu. W efekcie często naciąga sobie mięsień albo skręca w stawie kończynę tylko dlatego, że podchodzi do życia jak byk do płachty. Prostuje teraz swoją wciąż jeszcze postawną sylwetkę, wciąga spodnie i starannie wkłada koszulę za pasek. Obie części garderoby wybrała mu jak zwykle Glenn. Od czasu do czasu sprzeciwia się jej panowaniu, choć najczęściej stara się podporządkowywać – dla świętego spokoju. Nie podoba mu się, że ze względu na rosnący obwód w pasie nosi teraz koszule w większym rozmiarze, że zapina pasek dwa otwory dalej, że połowa garniturów w jego garderobie nie nadaje się już do noszenia. Przygotowywanie ubrań przez Glenn to spora dogodność; dzięki temu Thomas może uniknąć rozmyślania o wszelkich sprawach związanych z odzieżą. Jeśli nie musi, nawet nie przegląda się w lustrze, ale bez tego nie zawiąże krawata, więc jak co dzień przychodzi właśnie pora konfrontacji z rzeczywistością. Proszę bardzo. Wysoki, lekko przygarbiony, siwowłosy (niegdyś rudy), przymglone niebieskie oczy, wyraziste rysy, na mocnej, dużej czaszce osuwisko skóry spalonej słońcem i poznaczonej plamami wątrobowymi. Oblicze szacowne, lecz w cudownie żywych oczach tli się niezmiennie obietnica błazenady. Glenn lubiła kiedyś tę jego zawadiacką naturę, ale ostatnio brak jej cierpliwości do psot, więc ich zaniechał. Nie chce sobie nawet przypominać, kiedy ostatnio śmiali się razem do rozpuku, bo twarda rzeczywistość tylko by go przygnębiła. Od czasu do czasu zastanawia się ze smutkiem, czy jeszcze się z nią kiedyś pośmieje. Może to już nie wróci. Żadnych wygłupów z żoną aż po sam grób. Wielka szkoda. Jak to się stało, że niepostrzeżenie zdążyli wyzbyć się radości? To musiało się odbywać powoli, nie może sobie przypomnieć konkretnego momentu, chwili rozpaczy czy przygnębienia, która wyraźnie wyznaczyłaby granicę. Właściwie nic się nie stało. Po prostu tak się porobiło. I nie jest tak okropnie, żeby czuł potrzebę ucieczki. Ona jest, jaka jest, i on jest, jaki jest, tylko… już nie są tacy sami. Są papierowymi kalkami swoich dawnych żywych wcieleń. Mniej barwnymi, mniej świetlistymi, mniej w ogóle. Pozornie pogodził się z tym, że ta ich okrojona wersja to konsekwencja starzenia, ale w głębi duszy wie, że to brednie.

Ma wewnętrzny rezerwuar, którego jeszcze nie odblokował, i jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, na razie ma tylko przerwę.

No, oto i on. Krawat zawiązany. Rdzawy jedwab na prążkowanej niebieskiej koszuli. Dobrze. Wygląda jak szanowany biznesmen i słusznie, bo nim właśnie jest. Od co najmniej dwunastu lat mówi się, że powinien przejść na emeryturę, lecz jeszcze nie jest na to gotowy. Założył kancelarię prawniczą, która ma w nazwie jego nazwisko, stoi na jej czele, dlaczego miałby się wymigiwać od odpowiedzialności? Nadal sprawdza się nieźle jako doradca. Zatrudnił wystarczająco wielu agresywnych młodych byczków, by przekonać towarzystwo, że firma ma wyraźnie współczesny, dynamiczny profil. Jeszcze nie jest gotów na odejście. Jest produktywny. Poza tym lubi uporządkowane życie, terminy, biuro, cel. Tego pragnie. Tego mu trzeba.

– Ale z niej grubaska – odzywa się słabym głosem Glenn.

Właśnie składa piżamę Thomasa i swoją koszulę nocną, wsuwa je pod poduszkę. Odciąga kołdrę, żeby przewietrzyć łóżko. Iva później pościeli. Thomas zauważa, że żona z powrotem wyjmuje bieliznę spod poduszek i ponownie ją składa. Jest najwyraźniej spięta i nieobecna.

– Kto taki? – pyta, bo naprawdę nie wie.

– Ta Brytyjka, niania. Spytała mnie, jak ma się do mnie zwracać… no naprawdę. A niby jak? „Glennie”? Doprawdy…

Thomas wie, że najlepiej skierować rozmowę na inne tory.

– W środę odbędzie się nabożeństwo żałobne Sharpe’a. Poprosili mnie, żebym coś powiedział.

Ale Glenn nie słucha.

– Pochodzi z jakiegoś miejsca w Wielkiej Brytanii, które się nazywa jak ubikacja…

– Mam wybrać czytanie i powiedzieć coś od siebie.

– Daleko jej do ideału. Mam na nią oko – mówi Glenn i zaczyna energicznie szczotkować włosy. – Tillman znów do ciebie dzwonił. Czyżby Kemble się nie wyrabiał?

Thomas prycha.

– Przecież się rozwodzi, na litość boską.

– A Tillman go odciąża? Nie chcę, żebyśmy mieli jakiekolwiek zobowiązania wobec Tillmana.

Thomas kręci głową i odchodzi. Wszystkie kwestie związane z Kemble’em są teraz dość śliskie, toteż woli, by sprawy ucichły same, by nie musiał się z nimi mierzyć.

Glenn odprowadza go wzrokiem, wyraźnie rozczarowana jego słabością.

– A więc mam rozumieć, że temat zamknięty – mamrocze pod nosem.

Thomas kiwa głową do jej odbicia w lustrze.

– Myślę, że powinniśmy jej dać szansę… tej wyspiarce. – I rusza na śniadanie ciekawy przybyszki.

Czyżby Thomas właśnie zaznaczył swój autorytet?

Jedzenie

Do imponującej jadalni z wielkim mahoniowym stołem nakrytym do śniadania Rosie wchodzi pierwsza. Stół nakryto dla sześciu osób i Rosie nie ma bladego pojęcia, gdzie powinna usiąść. Na szczęście do pokoju wpada Iva z półmiskiem jajecznicy, który ustawia z boku, na podgrzewaczu, obok półmisków ze smażonym boczkiem, goframi, jogurtem i pokrojonymi owocami.

Rosie czuje się niezręcznie, gdy tak stoi, obserwując ją.

– Dźnobry, Ivo, mogę pomóc?

Wychodząc, Iva rzuca przez ramię:

– Nie, to moja działka. Ty sobie usiądź.

– Aha.

Tylko gdzie? Miejsca są z całą pewnością przydzielone. Na pewno nie usiądzie u szczytu stołu, może na ostatnim krześle? Stojące najbliżej wydaje się najbezpieczniejsze. Właśnie zmaga się z tym dylematem, gdy otwierają się drzwi i wbiegają z tupotem bliźniacy w mundurkach szkolnych, spierając się hałaśliwie, kto ma wejść pierwszy. Po drugiej stronie stołu tkwi Rosie. Na jej widok chłopcy stają jak wryci. Rosie mierzy ich wzrokiem, oni robią to samo i nagle Rosie jednym nieoczekiwanie wstrząsającym ruchem pada na podłogę jak ścięte drzewo. Z ich perspektywy po prostu znika za stołem. Chłopcy są na tyle niscy, że mogą kucnąć i zajrzeć pod stół. O, tam jest, sfatygowana kłoda. Na dziś Rosie wybrała czerwoną sukienkę w grochy, czarny kardigan i czarne rajstopy do czerwonych szkotów, a na głowie zawiązała sobie wielką czerwoną kokardę. Można by pomyśleć, że w rogu jadalni zemdlała gigantyczna Myszka Minnie.

Chłopcy patrzą po sobie bardzo zaniepokojeni. Rudy bierze wdech i szepcze:

– Nic jej nie jest?

– Czy ja wiem… może zawołać dziadka? – proponuje rozsądnie brat.

– Tylko… no… może…?

– Czekaj, czekaj, oddycha… – Trzeci obserwuje bacznie.

Obchodzą z wahaniem koniec stołu i zbliżają się do kłębka, który wedle ich najlepszej wiedzy składa się na ich nową nianię. Odważnie, krok za krokiem, zakradają się w jej stronę, Trzeci z przodu, a Rudy tuż za nim. Oczy mają wielkie jak spodki i prawie nie oddychają, nasłuchując uważnie jakiegoś ruchu albo dźwięku. Bliżej, bliżej… przywierają do siebie… bliżej…

Są już blisko, gdy Rosie podrywa się jak wańka-wstańka i patrzy na nich ze zdumieniem, odbijając jak w zwierciadle ich oniemiałe twarzyczki. Chłopcy pierzchają pospiesznie do najbliższego kąta i łapią się kurczowo jeden drugiego.

– Łał! – wrzeszczy Rosie. – Niebywaaaaałe! Chłopaki, ale wy macie supermoce! Powaliliście mnie na łopatki.

– E?

– Co?

– Jak to?

Chłopcy nie rozumieją, co się dzieje.

– Ale chyba wiecie, że macie supermoce, co? Na pewno wiecie. Ja wyczułam je od razu, jak tylko was zobaczyłam. Zniewalające. No, gadajcie, co to za moce?

Rudy jest oczarowany.

– Ja chyba żadnych nie mam. Nigdy nie czułem żadnych mocy…

– O, na pewno masz. Nie jestem do końca pewna jakie, ale wydaje mi się, że to połączone zdolności, coś jak nieskończona empatia, zdolność do kształtowania rzeczywistości i może nawet trochę talent parodystyczny? Coś w tym stylu?

– Naprawdę? Mam coś takiego? Skąd pani wie?!

Rudy to wyrywny chłopaczyna. Tak bardzo by chciał, żeby to była prawda.

– Gościu, to od ciebie emanuje.

– Powaga?

– Powaga. Spróbuj jeszcze raz. Skup się mocno i spróbuj sprawić, żeby coś się wydarzyło…

Trzeci stoi cicho, ale obserwuje wszystko bardzo uważnie. Kto to taki? Kim jest ta dziwna kobieta z obcym akcentem? Co robi w mieszkaniu babci i dziadka?

– Śmiało… – namawia Rosie.

– Hm, no dobra…

Rudy krzywi się i stara naprawdę mocno. Rozpaczliwie chce ukształtować rzeczywistość. Cokolwiek to znaczy…

Rosie odczekuje kilka sekund, po czym znów pada na podłogę.

Rudy nie może w to uwierzyć.

– Ty! – wrzeszczy do brata. – To działa!

Trzeci jest zdumiony i zaintrygowany.

W tej samej chwili drzwi otwierają się z impetem i wchodzą Thomas i Glenn. W pierwszej chwili nie zauważają Rosie, która leży na podłodze, poza zasięgiem ich wzroku.

Pierwszy odzywa się Thomas:

– No cześć, skrzaty.

Bliźniacy pędzą do niego i następuje seria uścisków i okrzyków, nawet z babcią Glenn, która klepie chłopców po głowach i markuje uśmiech.

– A ja ukształtowałem rzeczywistość, dziadku! – wykrzykuje Rudy.

– Naprawdę? Teraz?

– No, bo ona znowu się przewróciła!

Wskazuje miejsce na podłodze, gdzie leży Rosie, a ona powoli, lecz szalenie pewnie wyłania się zza przeciwległej krawędzi stołu jak zaspana kloszardka z przekrzywioną kokardą na głowie.

– Dzieńdoberek – mówi i stara się unormować sytuację. – Tak tylko… zaglądałam na podłogę… i owszem, potwierdzam… to… działa… czyli… dobrze.

Glenn pozwala Rosie nieco zatonąć, po czym rzuca linę ratowniczą:

– Thomasie, to… kobieta, o której ci opowiadałam, panna Kitto. Panno Kitto, to mój mąż, Thomas Wilder-Bingham.

– Proszę po prostu Thomas – mówi Thomas, po czym obchodzi stół i ściska jej dłoń.

Wreszcie ktoś jej dotknął.

– Rosie – mówi Rosie.

Thomas jest wysoki, wyjątkowo wesołkowaty i przyjemny, lecz w tle majaczy cierpkousta Glenn niezadowolona z tego swobodnego przywitania i przyzwolenia, by zwracać się do niego po imieniu zamiast oficjalnie „panie Wilder-Bingham”, więc Rosie postanawia nie roztapiać się zbyt długo w cieple jego uśmiechu. Poza tym nie zapoznała się jeszcze jak należy z chłopcami, a to najbardziej paląca sprawa.

Thomas bierze byka za rogi:

– Rozumiem, że poznałaś już tych dwóch wspaniałych kawalerów?

– Niezupełnie, nie, oficjalnie jeszcze nas sobie nie przedstawiono.

– No dobrze, ten podżegacz to Rudy, a ten wspaniały okaz to Trzeci. Panowie, to jest Rosie, wasza niania, kiedy będziecie u nas. Przywitajcie się ładnie.

Chłopcy już wyciągają dłonie do uścisku, gdy dociera do nich słowo „niania”. Trzeci natychmiast się wycofuje.

– Dlaczego mamy nianię? Myślałem, że tata będzie się nami zajmował?

Wtrąca się Glenn:

– Tak, ale panna Kitto będzie pomagać. Thomasie, proszę, tak nie wypada.

Trzeci ponownie wyciąga rękę i w ślad za bratem ściska dłoń Rosie, aczkolwiek niechętnie.

– Dobrze – mówi Glenn. – A teraz proszę, zjedzmy śniadanie, zaraz trzeba wychodzić do szkoły. Proszę brać talerze i nakładać sobie z półmisków – dodaje i rozdziela miejsca przy stole.

Gdy rodzina drepcze systematycznie wokół smakowitych śniadaniowych delikatesów, Iva wpada i wypada, dbając czujnie o to, by wszyscy mieli kawę, sok i wszystko, czego im trzeba. Chłopcy dobrze ją znają i szczególnie wyczekują jej smakowitych dań, chyba że podaje kapustę słodką lub kiszoną albo dziwne białe kiełbaski, których nikt nigdy nie je. Iva nazywa te potrawy „dodatkami”. W porach posiłków wjeżdżają niezauważone na stół i wyjeżdżają nietknięte. Glenn prosiła Ivę, żeby już się przy nich nie upierała, ale Iva, co nietypowe, całkowicie ją zignorowała, tak że z czasem rodzina do nich przywykła i szczerze mówiąc, przestała na nie zwracać uwagę. Rosie zauważa jednak wielką miskę czegoś zielonego i włóknistego i po chwili wahania nakłada sobie z uprzejmości pełną łyżkę. Naraża się tym samym na zdziwione spojrzenia członków rodziny, którzy z przyzwyczajenia lekceważą wszystkie te potrawy. Rosie o tym nie wie, więc niechcący się częstuje. Właśnie w tej chwili wbiega Iva z karafką wody i z trudem ukrywa zdumienie. Nowa niańka zamierza chyba zjeść potrawę, którą sama Iva zamierzała się uraczyć później na śniadanie. Tak być nie powinno.

Wszyscy zajmują właśnie wyznaczone miejsca przy stole, gdy wpada rozczochrany Kemble, zakładając w biegu krawat.