Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Niech ci się coś pięknego przyśni ebook

Massimo Gramellini

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niech ci się coś pięknego przyśni - Massimo Gramellini

Najlepiej sprzedająca się książka w 2012 roku we Włoszech!

Historia chłopca, który by zapomnieć o żalu, postanowił oszukać siebie i świat.

Niech ci się coś pięknego przyśni sprzedała się w ponadmilionowym nakładzie.

Matka Massima zmarła, gdy chłopiec miał dziewięć lat. Mieszkając z ojcem, który go nie rozumiał i z nianią, która nie potrafiła okazać mu żadnych uczuć, chłopiec musiał uciekać w dziecięcą wyobraźnię. Świat pełen złudzeń wydawał mu się najlepszym schronieniem przed nieprzyjazną rzeczywistością.

Poruszająca, zaskakująca i bajecznie napisana autobiograficzna powieść jednego z najpopularniejszych włoskich dziennikarzy, Massima Gramelliniego.

Opinie o ebooku Niech ci się coś pięknego przyśni - Massimo Gramellini

Fragment ebooka Niech ci się coś pięknego przyśni - Massimo Gramellini

Mas­si­mo Gra­mel­li­ni

NIECH CI SIĘ COŚ PIĘKNE­GO PRZYŚNI

Przełożyła Jo­an­na Ugniew­ska

Tytuł ory­gi­nału: Fai bei so­gni

Co­py­ri­ght © Mi­la­no Grup­po édi­to­ria­le Mau­ri Spa­gnol, MMXII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Wy­da­nie I 

War­sza­wa

O wie­le ważniej­sze od tego, co wie­my lub cze­go nie wie­my, jest to, cze­go nie chce­my wie­dzieć.

Eric Hof­fer

Tak jak co roku w syl­we­stra wstąpiłem po Matkę Chrzestną, żeby za­wieźć ją do mamy.

Mat­ka Chrzest­na jest ni­czym do­brze za­kon­ser­wo­wa­ne drew­no. Miesz­ka sama w domu pełnym światła, gdzie czy­ta kry­mi­nały i roz­ma­wia z opra­wio­ny­mi w ram­ki fo­to­gra­fia­mi męża. Cza­sa­mi pod­cho­dzi do in­nej półki i roz­ma­wia z fo­to­gra­fią mo­jej mamy, głównie o mnie.

Po­dej­rze­wam, że prze­mil­cza naj­bar­dziej skan­da­licz­ne wia­do­mości. Że miałem dwie żony, wpraw­dzie tyl­ko jedną na­raz. I że w końcu nie zo­stałem ad­wo­ka­tem.

Pod­czas gdy po­ma­gałem jej założyć płaszcz, zaczęła mówić o po­wieści, którą do­stała ode mnie na Boże Na­ro­dze­nie.

– Skończyłam czy­tać dziś w nocy…

– Spodo­bała ci się, cho­ciaż to nie kry­mi­nał?

– Oczy­wiście, prze­cież ty ją na­pi­sałeś.

– A frag­men­ty, w których mowa jest o ma­mie?

– O tym właśnie chciałam z tobą pomówić.

– To są je­dy­ne frag­men­ty au­to­bio­gra­ficz­ne. Wy­ko­rzy­stałem kawałek własnej hi­sto­rii.

– Je­steś pew­ny, że to two­ja hi­sto­ria?

– A… nie jest?

– Nie­zu­pełnie tak było. Mój dro­gi chłopcze, mam coś dla cie­bie.

Zo­ba­czyłem, że maj­stru­je za po­mocą ma­lut­kich klu­czyków przy szu­fla­dach w ko­mo­dzie. W jej pięknych sęka­tych dłoniach po­ja­wiła się brązowa ko­per­ta.

Wręczyła mi ją i po­wie­działa drżącym głosem:

Po czter­dzie­stu la­tach nad­szedł czas, żeby ktoś po­wie­dział ci prawdę.

CZTER­DZIEŚCI LAT TEMU

I

Czter­dzieści lat temu w syl­we­stra obu­dziłem się tak wcześnie, że wy­da­wało mi się, iż jesz­cze śnię. Pamiętam za­pach mamy w moim po­ko­ju, jej szla­frok w no­gach łóżka. Co tu robiła?

I jesz­cze: śnieg na pa­ra­pe­cie, światła za­pa­lo­ne w całym domu, odgłos kroków i tam­ten sko­wyt zra­nio­ne­go zwierzęcia.

– Nie­eeee!!!

Wsu­wam kap­cie, lewy na prawą stopę, pra­wy na lewą, ale nie ma cza­su, żeby zwra­cać na to uwagę. Drzwi już skrzy­pią, pchnięte przez moje dłonie, i widzę go, jak stoi na środ­ku ko­ry­ta­rza, obok cho­in­ki.

Oj­ciec.

Opo­ka mo­je­go dzie­ciństwa, dąb zgięty ni­czym wierz­ba przez nie­wi­dzialną siłę, pod­trzy­my­wa­ny z obu stron przez dwóch nie­zna­jo­mych.

Miał na so­bie pur­pu­rową bonżurkę, którą po­da­ro­wała mu mama. Tę, która za­miast pa­ska miała sznur od zasłony. Szar­pał się, kopał i wił.

Kie­dy tyl­ko za­uważył moją obec­ność, wy­szep­tał:

– To mój syn, proszę, za­bierz­cie go do sąsiadów. Od­chy­lił głowę do tyłu i potrącił cho­inkę. Anioł o szkla­nych skrzydłach stra­cił równo­wagę i spadł na dy­wan.

Nie­zna­jo­mi byli milczący i uprzej­mi, za­pro­wa­dzi­li mnie do sąsiadów z na­prze­ciw­ka, pary eme­rytów. Ti­glia i Pal­mi­ry.

Ti­glio sta­wiał czoło życiu w nie­zmien­nej zbroi swo­jej pa­sia­stej piżamy i wy­god­nej dla sie­bie głucho­ty. Po­ro­zu­mie­wał się je­dy­nie za po­mocą kart­ki, lecz tam­te­go ran­ka odmówił od­po­wie­dzi na py­ta­nia, które na­ba­zgrałem mu dru­ko­wa­ny­mi li­te­ra­mi na białym skraw­ku ga­ze­ty.

GDZIE JEST

MAMA?

CZY NA­PAD­NIĘTO

NA OJCA?

Jacyś ban­dy­ci mu­sie­li wejść nocą do miesz­ka­nia. A może to byli ci dwaj, co pod­trzy­my­wa­li go z obu stron?

Zja­wiła się Pal­mi­ra z tor­ba­mi na za­ku­py.

– Dro­gie dziec­ko, ojca trochę roz­bo­lała głowa. Ale już jest do­brze. Ci pa­no­wie to byli le­ka­rze, którzy mu­sie­li go zba­dać.

– Cze­mu nie mie­li far­tuchów?

– Wkładają je tyl­ko w szpi­ta­lu.

– A dla­cze­go było ich dwóch?

– Le­ka­rze z po­go­to­wia przy­jeżdżają za­wsze we dwóch.

– Aha, słusznie. Jeśli je­den się roz­cho­ru­je, dru­gi może go wy­le­czyć. Gdzie jest mama?

– Tata ją odwiózł, bo chciała coś załatwić.

– A kie­dy wróci?

– Szyb­ko, sam zo­ba­czysz. Chcesz gorącej cze­ko­la­dy?

Z bra­ku mamy za­do­wo­liłem się cze­ko­ladą.

Kil­ka go­dzin później opiekę nade mną przejęli naj­lep­si przy­ja­cie­le ro­dziców.

Gior­gio i Gi­net­ta.

Nie wy­da­je mi się, żebym kie­dy­kol­wiek mógł wy­obra­zić ich so­bie od­dziel­nie. Mama i oj­ciec po­zna­li się na ich ślu­bie, była to oko­licz­ność, która nie prze­sta­wała po­bu­dzać do myśle­nia mo­je­go dzie­cięcego mózgu.

– Mamo, posłuchaj: gdy­by Gior­gio i Gi­net­ta za­po­mnie­li za­pro­sić was na we­se­le, byłabyś i tak moją mamą, czy byłaby nią jakaś inna za­pro­szo­na ko­bie­ta?

Mój język nig­dy się nie męczył, cho­ciaż był pełen cięć i łat ni­czym far­tuch rze­mieślni­ka.

– To cud, że z ta­kim języ­kiem pani syn w ogóle może mówić – oznaj­mił ma­mie pe­dia­tra.

– Pa­nie dok­to­rze, te­raz po­trzeb­ny byłby inny cud: żeby od cza­su do cza­su po­tra­fił mil­czeć – od­po­wie­działa. – Jest tak wy­ga­da­ny, że chy­ba zo­sta­nie ad­wo­ka­tem.

Miałem inne zda­nie. Chciałem prze­stać mówić i zacząć pisać. Kie­dy byłem prze­ko­na­ny, że jakiś do­rosły oka­zał się wo­bec mnie nie­spra­wie­dli­wy, ma­chałem mu na wy­so­kości jego bro­dy długo­pi­sem: „Kie­dy do­rosnę, opiszę wszyst­ko w książce, która będzie miała tytuł Ja, dziec­ko”.

Tytuł mógł ulec zmia­nie, ale książka miała być praw­dziwą bombą.

Prawdą jest, że wolałem zo­stać ma­la­rzem. W wie­ku sześciu lat na­ry­so­wałem moje ostat­nie ar­cy­dzieło: Mama je kiść wi­no­gron. Kiść była dwu­krot­nie większa od mamy, gro­na wyglądały jak bomb­ki na cho­inkę, a twarz mamy była iden­tycz­na jak te gro­na.

Po­wie­siła mój ry­su­nek w kuch­ni i po­ka­zy­wała go z dumą od­wie­dzającym nas krew­nym. Z ich za­sko­czo­nych min od­czy­tałem pierw­szy wer­dykt do­tyczący cze­kającej mnie przyszłości: mój ta­lent do ma­lar­stwa nig­dy się nie ob­ja­wi. Mu­siałem próbować oddać świat, który nosiłem w so­bie, za po­mocą słów.

W domu Gior­gia i Gi­net­ty odbyła się naj­smut­niej­sza na świe­cie ko­la­cja syl­we­stro­wa. Mimo mo­ich prób ożywie­nia roz­mo­wy zo­stałem wraz z ich trzy­na­sto­let­nim sy­nem wysłany już o dzie­wiątej wieczór do piętro­we­go łóżka, kie­dy zje­dliśmy ma­ka­ron i bef­sztyk, je­den i dru­gi przyrządzo­ne na maśle.

Nie było spo­so­bu, żeby do­stać kawałek pa­net­to­ne i uzy­skać ja­kieś porządne wyjaśnie­nie. Mama i oj­ciec po­szli coś załatwić, to samo co rano, a może coś in­ne­go, w każdym ra­zie cho­dziło o równie ta­jem­niczą sprawę. A my, bez ociąga­nia się, mu­sie­liśmy po­ma­sze­ro­wać pro­sto do łóżek.

Pamiętam re­gu­lar­ny od­dech mo­je­go to­wa­rzy­sza klau­zu­ry leżącego wyżej. I sztucz­ne ognie roz­jaśniające mrok po­ko­ju po­przez nie do końca opusz­czo­ne żalu­zje.

Sku­lo­ny pod kołdrą, z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi i z zamętem w głowie, spra­wiającym, że myśli wi­ro­wały mi ni­czym za­cza­ro­wa­na ka­ru­ze­la, za­sta­na­wiałem się bez ustan­ku, co ta­kie­go strasz­ne­go zro­biłem w cza­sie bożona­ro­dze­nio­wych fe­rii, żeby zasłużyć na po­dobną karę.

Skłamałem dwa razy, od­burknąłem ma­mie i kopnąłem w za­dek Ric­car­da, miesz­kającego na dru­gim piętrze chłopca, który był ki­bi­cem Ju­ven­tu­su.

Nie wy­da­wało mi się, żeby można to było uznać za ciężkie grze­chy, szczególnie ten ostat­ni.

II

Pierw­sze­go dnia no­we­go roku Gior­gio i Gi­net­ta po­wie­dzie­li mi, że po załatwie­niu różnych spraw mama mu­siała pójść do szpi­ta­la na ba­da­nia. Już od mie­sięcy nie prze­sta­wała załatwiać spraw, a także się badać. I w do­dat­ku za­wsze w szpi­ta­lu. Gdy­by cho­ciaż przyszła do szkoły, na­uczyłbym ją ściągać. Wy­obrażałem ją so­bie, jak męczy się nad jed­nym z zadań, które Na­uczy­ciel­ka wy­zna­czyła nam na wa­ka­cje. Dziec­ko prze­mie­rza trzy ki­lo­me­try i co dwa hek­to­me­try gubi dwie piłecz­ki. Ile piłeczek zgu­bi po tysiącu dzie­więciu­set me­trach?

Nie­na­wi­dziłem hek­to­metrów. I tego głupie­go dzie­cia­ka, który gubił piłecz­ki, gdzie po­padło, a mimo to kon­ty­nu­ował spa­cer jak gdy­by nig­dy nic.

Po południu po­ja­wił się oj­ciec, żeby za­pro­wa­dzić mnie do mamy, do szpi­ta­la. Znów był dębem.

– Naj­pierw ku­pi­my jej kwia­ty – za­pro­po­no­wałem.

– Nie, naj­pierw pójdzie­my do Ba­loo. Musi z nami pomówić o czymś ważnym.

Uparłem się. Ba­loo był kapłanem zuchów, dzie­cięcej sek­cji skautów, do której za­pi­sałem się kil­ka mie­sięcy temu. Chętnie bym się z nim zo­ba­czył, gdy­by tyl­ko chciał za­cze­kać na swoją ko­lej. Nie mógł prze­cież uważać się za ważniej­sze­go od mamy.

Pośred­nic­two Gior­gia i Gi­net­ty do­pro­wa­dziło do ho­no­ro­we­go kom­pro­mi­su. Mie­liśmy pójść do szpi­ta­la po spo­tka­niu z Ba­loo, ale kwia­ty kupić wcześniej.

Sta­wiłem się w ora­to­rium skautów z bu­kie­tem czer­wo­nych róż w ręku.

Od niedźwie­dzia z Księgi dżungli, swo­je­go imien­ni­ka, Ba­loo wziął niezręczne ru­chy i do­broć. Przyjął nas w sali prze­zna­czo­nej na ze­bra­nia zuchów i zaczął od razu żar­to­wać na te­mat mi­strzostw w piłce nożnej. Cho­ciaż uro­dził się w Bu­enos Aires i, po­dob­nie jak my, miesz­kał w Tu­ry­nie, był ki­bi­cem Ca­glia­ri Gi­gie­go Rivy.

Chciał po­ka­zać mi fi­gur­ki piłka­rzy, ale oj­ciec mu prze­rwał.

– Ba­loo, pokaże mu je ksiądz in­nym ra­zem.

Ba­loo wes­tchnął i kazał mi spoj­rzeć w su­fit: na nie­bo pełne gip­so­wych aniołków, które kie­dyś ra­zem z in­ny­mi dziećmi po­ko­lo­ro­wałem na ob­raz­ku. Położył mi swoją ogromną dłoń na ra­mie­niu, a drugą wska­zał na nie­bo całe w aniołkach.

– Wiesz prze­cież, że mama jest two­im aniołem stróżem. Od daw­na pro­siła o po­zwo­le­nie, żeby pójść do nie­ba, by stamtąd le­piej się tobą opie­ko­wać, i wczo­raj Pan Bóg we­zwał ją do sie­bie.

Po­czułem, że lo­do­wa­to zim­na łyżka wbi­ja mi się w brzuch i wy­bie­ra z nie­go wszyst­kie wnętrzności. Obróciłem się błyska­wicz­nie w stronę ojca, spo­dzie­wając się ja­kie­go­kol­wiek zna­ku, który można by było uznać za za­prze­cze­nie, ale zo­ba­czyłem tyl­ko, że ma za­czer­wie­nio­ne oczy i po­bladłe war­gi.

– Chodźmy się po­mo­dlić – za­pro­po­no­wał Ba­loo.

– Wiecz­ny od­po­czy­nek racz jej dać, Pa­nie, a światłość wie­ku­ista nie­chaj jej świe­ci. Niech od­po­czy­wa w po­ko­ju wiecz­nym. Amen.

Ciepły głos Ba­loo roz­brzmie­wał w na­wach pu­ste­go kościoła.

Klęcząc w pierw­szej ławce i przy­ci­skając bu­kiet czer­wo­nych kwiatów do pier­si, po­ru­szałem war­ga­mi w ryt­mie tego głosu, ale z ser­ca płynęły mi inne słowa:

Krótki od­po­czy­nek racz jej dać, Pa­nie. Obudź ją, zrób jej kawy i odeślij za­raz z po­wro­tem. To moja mama, ro­zu­miesz? Albo przyślij ją tu­taj, albo za­bierz tam mnie. Sam zde­cy­duj. Byle szyb­ko. Możemy się umówić, że za­mknę te­raz oczy, a kie­dy je otworzę, ty już coś po­sta­no­wisz? Amen.

III

Mamę umiesz­czo­no w sa­lo­nie, wy­sta­wiając ją na pełne bólu i cie­ka­wości spoj­rze­nia sąsiadów.

Nie chciałem jej zo­ba­czyć. Byłem wciąż prze­ko­na­ny, że wróci. Zgod­nie z moją na­turą nie wierzę w nie­od­wra­cal­ność klęsk. Moje ulu­bio­ne fil­my to te, w których bo­ha­ter tra­ci wszyst­ko, ale kie­dy znaj­du­je się już na skra­ju prze­paści, robi krok do tyłu i wszyst­ko przy­bie­ra inny obrót.

Do­pie­ro jako do­rosły na­uczyłem się nie ucie­kać przed otwar­ty­mi jesz­cze trum­na­mi. I od­kryłem, że zmar­li robią się mali. Zupełnie jak­by kon­struk­cja kost­na kur­czyła się o kil­ka roz­miarów, kie­dy duch prze­sta­je ją ożywiać.

Zmar­li ma­leją, a ich bli­skim, którzy zo­stają, psu­je się cha­rak­ter ni­czym za­ko­cha­nym bez wza­jem­ności. Obrażają się na świat, który nie cier­pi na równi z nimi.

Ból czy­nił mnie nie­znośnym. Zda­rzyło się to już dwa lata wcześniej, kie­dy obu­dziłem się po ope­ra­cji mig­dałków i z piekącym gardłem zacząłem wrzesz­czeć do le­ka­rzy i krew­nych zgro­ma­dzo­nych przy moim łóżku: „Wynoście się wszy­scy, ma zo­stać tyl­ko mama!”.

Te­raz również war­czałem na gości. Ale wca­le się nie złościli, moje nie­grzecz­ne za­cho­wa­nie zdwa­jało je­dy­nie ich miłosier­ne wysiłki.

Nie mogłem znieść tych za­smu­co­nych twa­rzy, uścisków współczujących mi osób, głupich for­mułek do­bie­gających ze wszyst­kich stron.

Co za nieszczęście.

Taka młoda.

Bied­ne dziec­ko.

Pa­skud­na cho­ro­ba.

Jak gdy­by ist­niała piękna cho­ro­ba, która łaska­wie po­zwa­la ci żyć.

Ope­ra­cja mig­dałków mu­siała być wy­ni­kiem prze­pięknej cho­ro­by. Re­kon­wa­le­scen­cja po­zwo­liła mi po­zo­stać przez kil­ka ty­go­dni w domu i cie­szyć się lo­da­mi przy­no­szo­ny­mi przez mamę oraz moją se­kretną kryjówką – Łodzią Pod­wodną.

O pew­nej popołudnio­wej go­dzi­nie opusz­czałem żalu­zje i kładłem się do łóżka w od­wrot­nym kie­run­ku, z no­ga­mi pod po­duszką.

Za­nu­rzałem się sam, ale w wyjątko­wych przy­pad­kach to­wa­rzy­szył mi Ne­me­czek, chłopiec z Pla­cu Bro­ni, który na jed­nej ze stron książki czy­ta­nej mi przez mamę, stro­ny łatwo roz­po­zna­wal­nej, bo po­pla­mio­nej gorzką śliną mo­ich szlochów, do­cie­ra na ulicę Pal, cho­ciaż jest już umie­rający, żeby pomóc swo­im ko­le­gom w de­cy­dującej bi­twie.

Wro­go­wie ota­cza­li Łódź Pod­wodną ze wszyst­kich stron. Ale ja, pod cza­ro­dziejską osłoną przeście­radła, sta­wiałem opór ich ata­kom aż do przyjścia mamy, która przy­no­siła mi pod­wie­czo­rek. Ta­kie fan­ta­zjo­wa­nie dawało mi po­czu­cie bez­pie­czeństwa, które później miałem od­na­leźć je­dy­nie dzięki pi­sa­niu.

Rano, w dzień po­grze­bu, za­mknąłem się w swo­im po­ko­ju i od­cze­kałem, aż trum­na zo­sta­nie wy­nie­sio­na z domu. Opuściłem żalu­zje i położyłem się w od­wrot­nym kie­run­ku na łóżku, wszedłem na pokład Łodzi Pod­wod­nej, od­czu­wając roz­pacz­li­we pra­gnie­nie wy­po­wie­dze­nia woj­ny całemu świa­tu. Ale nie wie­działem już, gdzie są moi wro­go­wie, miałem ich wszyst­kich w swo­im wnętrzu.

IV

Zacząłem jej nie­na­wi­dzić, po­nie­waż nie wra­cała. Usiłowałem o niej nie myśleć, ale umysł był sil­niej­szy od mo­je­go po­sta­no­wie­nia i gdy ogar­niało mnie zmęcze­nie, zwy­ciężał. Wówczas dry­fo­wałem, wlokąc za sobą reszt­ki wspo­mnień. Smak jej bef­sztyków smażonych na maśle. Przy­jem­ny za­pach jej włosów, gdy ją obej­mo­wałem. Ostat­ni raz, kie­dy byliśmy szczęśliwi.

W te­le­wi­zji po­ka­zy­wa­no se­rial nakręcony na pod­sta­wie Ody­sei i wstrząsające wrażenie zro­bił na mnie Po­li­fem, który rzu­cał to­wa­rzy­szy Ody­sa o ścia­ny ja­ski­ni i wkładał ich so­bie do ust, jak­by to były cze­ko­lad­ki.

W mo­jej wy­obraźni głos Po­li­fe­ma nakładał się na prze­rażający i ochrypły głos po­ety, Giu­sep­pe Unga­ret­tie­go. To on roz­po­czy­nał każdy od­ci­nek, re­cy­tując Ho­me­ra. Kie­dy tyl­ko prze­sta­wał skrze­czeć, po­ja­wiały się sce­ny z po­przed­nich części i w ten sposób ty­dzień później zno­wu obej­rzałem scenę z cze­ko­lad­ka­mi.

Dzie­ci przy­zwy­cza­jo­ne do te­le­wi­zyj­nych ja­tek uznałyby epi­zod z cy­klo­pem zja­dającym to­wa­rzy­szy Ody­sa za die­te­tyczną przekąskę. Ale ja bu­dziłem się w środ­ku nocy z nie­przy­jem­nym wrażeniem, że je­stem cze­ko­ladką, na którą spogląda łap­czy­wie je­dy­ne oko Po­li­fe­ma. Po krótkiej wal­ce z ciem­nością go­dziłem się z prze­graną i szedłem się schro­nić do wiel­kie­go łóżka ro­dziców.

Żeby po­wstrzy­mać te noc­ne wędrówki, nie­god­ne ośmio­let­nie­go małego mężczy­zny, mama usta­wiła na mo­jej szaf­ce noc­nej lampkę, która zużywała mało prądu i świe­ciła całą noc. Wszy­scy bo­wiem wie­dzie­liśmy, że ko­lej­ny wi­dok cy­klo­pa mógłby się oka­zać dla mnie zgub­ny.

Nad­szedł wieczór ostat­nie­go od­cin­ka i za­nim na ekra­nie po­ja­wiły się epi­zo­dy z po­przed­nich ty­go­dni, uciekłem do kuch­ni wraz z mamą. Obej­mo­wałem ją ze wszyst­kich sił, wdy­chałem za­pach jej ja­snych włosów, aż wresz­cie z sa­lo­nu oj­ciec dał znak, że alarm skończo­ny i można wra­cać.

Inne wspo­mnie­nia były nie­ja­sne, od­mie­nio­ne z po­wo­du tego, co wy­da­rzyło się później. Kie­dy prze­stała mnie ko­chać? Po le­cie jej słynne nie­bie­skie oczy stra­ciły blask. Na­gle stała się płacz­li­wa i posępna. Ona, która uśmie­chała się do wszyst­kich. Naj­wy­raźniej wy­czer­pała już cały za­pas uśmiechów.

Pew­ne­go ran­ka zniknęła, „żeby coś załatwić”. Za­uważyłem, że po kil­ku dniach wróciła jesz­cze smut­niej­sza. W domu po­dzie­li­liśmy się obo­wiązka­mi: oj­ciec przy­tu­lał ją za pośred­nic­twem słów, a ja prze­ma­wiałem do niej za pośred­nic­twem uścisków. Ale mama nie od­wza­jem­niała ani jed­nych, ani dru­gich.

Mat­ka Chrzest­na była jej ser­deczną przyj aciółką i każdego nie­dziel­ne­go popołudnia przy­cho­dziła w od­wie­dzi­ny ra­zem z mężem, wuj­kiem Ne­vio.

Usiłowałem zwrócić na sie­bie uwagę mężczyzn, sięgając do mo­je­go zwykłego re­per­tu­aru: od­czy­ty­wa­nia wymyślo­ne­go menu („Czy życzy­cie so­bie la­sa­gne z ro­pu­chy?”) i za­im­pro­wi­zo­wa­nych spra­woz­dań z meczów piłki nożnej. Kie­dy jed­nak tyl­ko oj­ciec i wuj Ne­vio za­czy­na­li dys­ku­to­wać o po­li­ty­ce, biegłem do kuch­ni, żeby się po­skarżyć:

– Wca­le mnie nie słuchają!

Mat­ka Chrzest­na się śmiała. Mama na­to­miast pa­trzyła na mnie pu­stym wzro­kiem, który prze­rażał mnie nie­mal tak samo jak oko Po­li­fe­ma.

Zależała już te­raz całko­wi­cie od pew­nej po­czci­wej ko­bie­ty, która po­ma­gała jej w zaj­mo­wa­niu się do­mem.

Ma­da­min.

Była wdową z dwójką dzie­ci i mu­siała pra­co­wać, żeby utrzy­mać ro­dzinę, a jed­nak można było pomyśleć, że robi to z po­trze­by ser­ca. Jej po­czu­cie god­ności uszla­chet­niało naj­prost­sze ge­sty i przy­da­wało jej au­to­ry­te­tu. Przy niej mama za­cho­wy­wała się jak mała dziew­czyn­ka.

W przed­dzień syl­we­stra wpadłem do kuch­ni, żeby ogłosić nad­zwy­czajną no­winę.

– Mamo, szy­kuj się, prze­ko­nałem ojca, żeby za­brał nas na nowy film o Bon­dzie.

Zaczęła ka­pry­sić.

– Nie pójdę bez Ma­da­min.

Prze­cież po­pro­siłem ją, żeby poszła do kina ze mną! Czyżby to jej nie wy­star­czało? Czyżbym ja jej nie wy­star­czał?

– Idź do diabła – po­wie­działem jej.

Idź do diabła.

Za­mknąłem się w po­ko­ju, ob­ra­cając dwa razy klucz w zam­ku i po­trze­ba było całego au­to­ry­te­tu ojca, żebym przekręcił klucz w od­wrot­nym kie­run­ku.

Mama trzy­mała się kur­czo­wo Ma­da­min przez cały se­ans. Agent 007. W taj­nej służbie Jej Królew­skiej Mości. Pierw­szy film bez Se­ana Con­ne­ry’ego, którego zastąpił jego zmien­nik.

Czyżby zastąpili kimś in­nym również mamę? To był ktoś inny i tam­te­go wie­czo­ru uzy­skałem po­twier­dze­nie, że za­mia­na rze­czy­wiście się do­ko­nała. Ostat­nie­go wie­czo­ru spędzo­ne­go ra­zem z nią.

Zawołała mnie, żebym przy­szedł do sy­pial­ni, i prze­pro­siła za tę hi­sto­rię z Bon­dem. Uści­ska­liśmy się jak za daw­nych czasów, za­nu­rzyłem twarz w jej włosach i wdy­chałem ich za­pach.

Wy­da­wało się, że wróciła. Ale wy­star­czyło, żeby za­kasz­lała, by znów zaczęła od­gry­wać swoją rolę. Zbo­lałym to­nem, którego nie cier­pię odtąd na­wet u żebraków, za­le­ciła mi po raz ko­lej­ny, bym się do­brze spra­wo­wał. A ja na to:

– Tak, mamo, te­raz mogę już iść?

– Śnij piękne sny, mój mały.

– Nie je­stem mały. Za­raz będę wyższy od cie­bie.

– Tak, oczy­wiście. Wyższy i sil­niej­szy. Obie­cu­jesz mi?

Nie mogłem jej znieść. Za­szyłem się w swo­im po­ko­ju i na znak pro­te­stu po­szedłem spać, nie umyw­szy zębów; wkrótce też za­padłem w ciężki sen.

Ta­jem­nicę szla­fro­ka po­zo­sta­wio­ne­go w no­gach mo­je­go łóżka wy­ja­wiła mi Ma­da­min.

Pa­skud­na Cho­ro­ba obu­dziła mamę w nocy, ale ona po­pro­siła ją, żeby jesz­cze trochę za­cze­kała, bo chce po­pra­wić mi kołdrę. Kie­dy wyszła z mo­je­go po­ko­ju, za­po­mniała za­brać szla­frok, i w tym mo­men­cie opo­wieść Ma­da­min za­wsze się ury­wała, prze­ry­wa­na łka­niem.

Nie miałem pojęcia, jak mogła się czuć mama, walcząc z Pa­skudną Cho­robą. Naj­pew­niej pa­skud­nie, cho­ciaż mamy dys­po­nują nie­wy­czer­pa­ny­mi za­so­ba­mi sił. Nie było jed­nak możliwe, żeby tyl­ko moja mama zdołała ją prze­ko­nać, by po­zwo­liła jej przyjść po­pra­wić mi kołdrę.

Cho­dziło o kłam­stwo roz­po­wszech­nia­ne przez kogoś, komu bra­ku­je fan­ta­zji. Czy­li przez ojca. Chciał mi wmówić, że aż do końca mama nas ko­chała. Ale sko­ro uległa Pa­skud­nej Cho­ro­bie, to zna­czy, że już jej nie ob­cho­dzi­liśmy.

Że znu­dził jej się oj­ciec, to mogłem so­bie wy­obra­zić. Ale jak mogła prze­stać ko­chać mnie?

Nie być ko­cha­nym to wiel­ki ból, cho­ciaż nie naj­większy. Naj­większy jest wte­dy, gdy prze­sta­no nas ko­chać. W sy­tu­acji, w której mamy do czy­nie­nia z nie­odwza­jem­nio­nym uczu­ciem, obiekt na­szej miłości nie chce nas poko­chać. Za­bie­ra nam coś, czym ob­da­ro­wał nas je­dy­nie w na­szej wy­obraźni. Ale kie­dy od­wza­jem­nio­na miłość wy­ga­sa, usta­je na­gle przepływ wspólnej ener­gii. Ten, którego po­rzu­co­no, czu­je, że zo­stał wy­plu­ty ni­czym nie­smacz­ny cu­kie­rek. Że jest win­ny cze­goś nie­określo­ne­go.

Tak właśnie się czułem. Nie umiałem jej za­trzy­mać. Może odeszła, żeby po­szu­kać so­bie in­ne­go syna, który po­tra­fiłby ją le­piej na­ry­so­wać.

A prze­cież byłem prze­ko­na­ny, że wróci. Może z in­nym sy­nem. Trud­no. Zgo­dziłbym się na każde upo­ko­rze­nie, żeby tyl­ko do mnie wróciła.

V

Tym­cza­sem przy­dałaby mi się jakaś za­pa­so­wa mama. Nie­ste­ty, zły los wy­eli­mi­no­wał główne kan­dy­dat­ki.

Bab­ka Emma, mama ojca po­chodząca z Ro­ma­nii, była jedną z tych ko­biet, o których krążą le­gen­dy. Naj­bar­dziej nie­zwykła głosiła, że za młodu dała w twarz przyszłemu duce, swo­je­mu kra­ja­no­wi, kie­dy ten próbował ją posiąść na sto­gu sia­na. Tak przy­najm­niej prze­chwa­lał się wuj so­cja­li­sta, lecz każdy, kto znał babkę Emmę, mu­siał uznać tę hi­sto­rię za całkiem wia­ry­godną.

In­nym ra­zem, i w tym przy­pad­ku były na to do­wo­dy, wpadła na plac bu­do­wy koło domu, by zmu­sić nad­zorcę bez ser­ca do wypłace­nia za­ległych dniówek mu­ra­rzom, i ma­chała mu przed no­sem wałkiem do cia­sta ubru­dzo­nym mąką. Tym sa­mym wałkiem do cia­sta po­gro­ziła zresztą za­raz po­tem mu­ra­rzom, ostrze­gając ich, by nie roz­trwo­ni­li pie­niędzy w oberży, za­miast za­nieść je swo­im żonom.

W wie­ku trzy­dzie­stu lat wy­je­chała z dziad­kiem do Tu­ry­nu. Za dnia pra­co­wała jako do­zor­czy­ni, a wie­czo­ra­mi do­ra­biała w piz­ze­rii, piekąc pia­dinę z szynką i po­lentę.

Jej naj­większym skar­bem było bla­sza­ne pudełko. Kie­dy tyl­ko dzia­dek do­sta­wał swoją pensję tram­wa­ja­rza, bab­ka Emma od razu mu ją za­bie­rała – bo in­a­czej prze­piłby wszyst­ko z ko­le­ga­mi – i wkładała do pudełka, gdzie włożyła już wcześniej swoją.

Skarb dzie­lo­ny był na trzy sto­si­ki. Je­den na zapłace­nie ra­chunków, dru­gi na za­ku­py i ostat­ni, naj­ważniej­szy, na spełnie­nie ma­rzeń. Bab­ka wy­po­wia­dała ja­kieś ma­rzenie – pral­ka, lodówka, ma­szy­na do szy­cia – i dbała, by sto­sik rósł z mie­siąca na mie­siąc. Po­zo­sta­li człon­ko­wie ro­dzi­ny nie śmie­li na­wet się zbliżyć do pudełka. Mu­sie­li­by przejść po jej tru­pie, a wyróżniała się nie tyl­ko siłą cha­rak­te­ru.

Kie­dy sto­sik na spełnie­nie ma­rzeń osiągnął już właściwe roz­mia­ry, bab­ka Emma wkładała odświętne ubra­nie i szła do skle­pu. Na­wet księżnicz­ka na ziarn­ku gro­chu nie mogła spoglądać bar­dziej wy­niośle.

W dniu, w którym eks­pe­dient za­su­ge­ro­wał jej kup­no na raty, spoj­rzała na nie­go tak, jak­by był mąką na jej wałku do cia­sta.