Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 332

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 8 godz. 40 min Lektor: Filip Kosior

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 8 godz. 40 min Lektor: Filip Kosior

Opis ebooka Niech będzie wola twoja - Maxime Chattam

Witamy w Carson Mills, małym miasteczku na Środkowym Zachodzie, otoczonym polami maków i lasami, a w eleganckich domach mieszkają ludzie, którzy się znają. Byłby to prawdziwy raj na ziemi, gdyby nie Jon Petersen. Najgorszy z ludzi, którego boi się sam diabeł. Pewnego dnia wasze drogi się skrzyżują. A wtedy… niewątpliwie obudzi się w nim pragnienie, by zniszczyć to, co w was dobre… Maxime Chattam manipuluje nami od początku do końca tej niepokojącej historii, której zakończenie jest równie nieoczekiwane, co spektakularne.

Opinie o ebooku Niech będzie wola twoja - Maxime Chattam

Fragment ebooka Niech będzie wola twoja - Maxime Chattam

Tytuł oryginału:

QUE TA VOLONTÉ SOIT FAITE

Copyright © Editions Albin Michel - Paris 2015

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Marta Chmarzyńska, Edyta Antoniak-Kiedos

ISBN: 978-83-7999-808-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Sztuki powinny się spotykać, przeplatać, a przez to wzajemnie wzbogacać. Do lektury tej powieści proponuję dołączyć muzykę, tę samą, która inspirowała mnie podczas pisania. Muzyka pomaga odciąć się od świata, zamknąć w czytelniczej bańce. Moim zdaniem najlepiej towarzyszą tej książce:

– House of Sand and Fog Jamesa Hornera,

– The Hours Philipa Glassa,

– Cztery pory roku Vivaldiego w nowej aranżacji Maksa Richtera.

Nonie, Susan, Guyowi i Dany’emu, którzy sprawili, że zasmakowałem w dawnych czasach, i dlatego, że są stamtąd, skąd pochodzę.

„Próbował przywołać ten sen, ale nie zdołał. Pozostało tylko uczucie z niego wyniesione. Może stwory przyszły go ostrzec. Przed czym? Że nie umie w sercu dziecka rozniecić tego, co w jego sercu obróciło się w popiół”.

Cormac McCarthy, Droga1

„Mój zamysł jest tylko moim zamysłem, a dzieło jest dziełem”.

Paul Valéry, Cahiers

Przedmowa

Zagłębiając się w powieściach drobiazgowo analizujących przemoc i zło, czytelnik jakby stoi przed judaszem w drzwiach, które go do pewnego stopnia chronią, by mógł bez obawy obserwować to, co w nas najgorsze. Drzwi te stanowią niemą obietnicę literatury, że osłania ona tego, kto się jej oddaje. W tej książce drzwi stoją szeroko otworem. Powieść, mimo iż pełna przemocy, nie rywalizuje z innymi, stara się tylko odpowiadać na pytania. Najbardziej przerażające spośród nich powinno zrodzić się w was po przewróceniu ostatniej kartki. W tym celu jednak będziecie musieli zapuścić się na niebezpieczne ścieżki. Uprzedzam was.

Aby uniknąć nieporozumień, powiem wam, że nie jestem narratorem, z którym się utożsamicie, ale kimś, kto znalazł ten tekst w starym zakurzonym pudle przechowywanym na rodzinnym strychu.

Edgecombe, 18 lipca 2014

1.

Był jeden z tych sennych poranków, kiedy szary wilgotny świt ciągnie się bez końca, z trudem wspinając się w stronę nisko zawieszonych chmur, jak gdyby opierał się przed rozjaśnieniem kolejnego dnia na ziemi. Riley Ingmar Petersen przeskakiwał między gniazdami z błota uwitymi wśród wysokich traw i zwiędłych wrzosów, by nadążyć za płynnym krokiem długich nóg ojca, Jona, który szedł, niosąc na ramieniu młot. Jon był chudy, niespokojny, o skórze tak cienkiej, że widać było ścięgna drgające przy najlżejszym ruchu, o wyraźnie zarysowanych żyłach, mięśniach przetaczających się niczym fale nieprzewidywalnego morza, które w każdej chwili gotowe są spienić się gwałtownie. Gospodarz i jego syn schodzili zboczem parowu biegnącego za ich posiadłością w stronę nędznego lasu, garstki buków, topól i jesionów o pniach prostych, wątłych i suchych, mizernego zagajnika, w istocie kilku wysokich palików tworzących przeźroczystą zaporę, przez którą sączyła się odrobina znużonego świtu. Jon nazywał ten kawałek ziemi nieużytkiem, gdyż nie wzrastało tam żadne nasienie, i nawet sama natura, mimo odwiecznego uporu, nie potrafiła wydobyć choćby odrobiny życia z owego bezpłodnego łona.

Mgła pokrywała zbocze rozproszonymi płatami, strzępkami chmur zbyt ciężkich, by mogły wznieść się ku niebu, myślał jedenastoletni Riley, kiedy jego uda zatonęły w niej nagle i rysowały teraz dwie bruzdy. Prowadzony na postronku pies Cooper podążał za nim i zniknął we mgle cały, pozostawiwszy po sobie jako jedyny ślad smycz widmo. Był to wątły, zaledwie kilkumiesięczny kundel, którego Riley znalazł poprzedniego dnia między dwoma kubłami na śmieci, drżącego ze strachu lub zimna, o gęstej szaro-czarnej sierści splątanej aż po ślepia. Riley wiedział, że jego ojciec nienawidzi psów, powtarzał, że cuchną, że nie są godne zaufania, że są tylko kolejnym żołądkiem do karmienia; a jednak tym razem chłopak nie zdołał się opanować przed pocieszeniem biednego zwierzęcia, przed pogłaskaniem go, a wreszcie przed zabraniem do domu.

Ojciec przeszył go wzrokiem. Riley wiedział, że poprawne wyrażenie brzmi „spiorunować wzrokiem”, nie był idiotą, chodził do szkoły i choć nie dostawał dobrych ocen, nie wynikało to z niedostatku inteligencji, nic z tych rzeczy, tylko z braku zaangażowania. Kiedy Jon zobaczył psa, jego źrenice przesunęły się powoli w stronę syna – chłopcu wydało się, że słyszy nieprzyjemne drapanie paznokci na czarnym stole, w miarę jak dwie atramentowe kule powiększały się z wściekłości, aż w końcu wyglądały tak, jakby nie mieściły się już w oczodołach, po czym przekręciły się, ocierając o kość czaszki, by wreszcie znieruchomieć na nim.

– Co to jest? – spytał ojciec z obrzydzeniem adresowanym nie tyle do zwierzęcia, ile do dziecka.

– To jest… Cooper. Znalazłem go, kiedy wracałem ze sklepu.

– Wiesz, co myślę o psach, dlaczego dopuściłeś się nieposłuszeństwa?

Jon był wysoki, bardzo wysoki, a kiedy zbliżał się do syna, ten musiał wykręcać szyję, żeby utrzymać z nim kontakt wzrokowy. Riley wiedział, że w takich sytuacjach za żadne skarby nie wolno mu spuszczać wzroku. Tego Jon Petersen nie znosił. Tylko tchórze robią uniki, kiedy się do nich mówi. Chłopak odchylał więc tylko głowę do tyłu, w miarę jak zbliżało się zaćmienie, aż czuł kwaśny zapach potu i kamforowy aromat tytoniu, który palił ojciec. Blada twarz mężczyzny przypominała nierówną i groźną powierzchnię Księżyca z dwoma kraterami bez dna, dwiema bezimiennymi otchłaniami, których żaden astronom nie chciałby ani zgłębić, ani nawet nazwać. Księżyc zasłonił gołą żarówkę i zalał Rileya szarym, dobrze mu znanym cieniem. Chłopiec dorastał w nim, wiedział, co w sobie kryje. Mimo to tym razem nie zamierzał się poddać. Bardzo pragnął tego psa i wyczuł, że zwierzę odwzajemnia to uczucie, trochę tak, jakby połączyła ich miłość od pierwszego wejrzenia. Riley chciał ten jeden raz uprzeć się przy tym, czego pragnął nade wszystko. Najwyższy czas, miał jedenaście lat. Nie chodziło o przeciwstawienie się ojcu, nie, tylko o wyrażenie swojego charakteru. To – jak sądził – mogło mu jeszcze ujść na sucho. A może wręcz sprawić przyjemność Jonowi, nawet jeśli ten nigdy się do tego nie przyzna. W rodzinie ceniono męskość. Chłopiec wziął zatem wdech, żeby rozpocząć obronę.

– Mógłby się nam przydać, tato. Wiesz, jest sprytny, widzę to, mógłby płoszyć lisy, które zjadają nasze kury, jest dobrym strażnikiem, łatwo to poznać po jego zachowaniu.

Kule w twarzy Jona stały się mniejsze, nie groziły już wybuchem, i mrok spłynął na policzki. Pozostała tylko owa nieprzezwyciężalna siła, która dosłownie przeniknęła Rileya. Dwie długie włócznie przeszyły go z zamiarem zadania bólu, poruszenia wnętrzności, rozdarcia narządów. W tej chwili Riley zrozumiał, że rozstrzelanie byłoby o wiele mniej bolesne, i właśnie dlatego jego ojciec zastąpił armaty ostrzami.

A potem, równie nagle jak kukurydza przemienia się na patelni w popcorn, włócznie opadły. Jon westchnął, z rezygnacją wydychając powietrze nosem, i gestem kazał synowi zmykać. Przez resztę wieczoru nie wspominali o Cooperze i Riley zrozumiał, że był to ojcowski sposób na przyjęcie psa. Wkrótce pozostanie już tylko rezygnacja i obojętność. Cooper należał odtąd do rodziny.

Jon obudził Rileya wczesnym rankiem, ukroił mu pajdę chleba i nalał soku pomarańczowego. Ten codzienny rytuał miał mu dodać sił, gdy zabierał go na polowanie, na połów, a najczęściej do pracy przy utrzymaniu gospodarstwa, polegającej na poprawianiu płotów, czyszczeniu narzędzi, łataniu kurnika po ataku lisa albo doprowadzaniu do porządku desek stodoły, które niszczyła wilgoć. Czekała na niego gruba kromka chleba z serkiem kremowym, jego ulubione śniadanie.

Przed wyjściem Jon rzucił chłopcu koński rzemień.

– Do ciągnięcia twojego kundla, nie mam ochoty tracić czasu na bieganie za nim.

Riley z trudem opanował uśmiech. Ojciec z pewnością będzie nazywał Coopera „kundlem”, nigdy inaczej, to jego sposób na pokazanie, że nie zaakceptował go w pełni, ale przynajmniej go nie ignoruje.

Kiedy tylko przecięli szal mgły oddzielający skraj lasu od nieużytku, Cooper wyłonił się na końcu swojej smyczy, a Riley dostrzegł przewrócony gruby pal ciągnący ku ziemi ogrodzenie, które miał podtrzymywać. Sobotni ranek spędzą na naprawianiu płotu, powinien był się tego spodziewać, klasyczne gospodarskie zajęcie.

Jon wskazał na długi pień leżący wśród wysokich traw.

– Przywiąż tam kundla i chodź mi pomóc.

Riley wypełnił polecenie i uniósł głowę akurat w chwili, kiedy wśród leśnych krzaków przemknęła sarna. Tej się poszczęściło, ojciec nie miał przy sobie strzelby, w przeciwnym razie zwierzę zaopatrzyłoby spiżarnię Petersenów. Riley nie lubił polowań. Prawdę mówiąc, tropienie zwierzyny, celowanie i strzelanie było samo w sobie dość ekscytujące, nienawidził jednak ćwiartowania.

– Obudzisz się wreszcie? – zirytował się ojciec.

Riley wyprostował się i zbliżył do nerwowej postaci Jona. Dłonie ojca zakończone długimi stwardniałymi palcami spoczęły na głowie syna. Wyraziste kości policzkowe tworzyły dwie wypukłości tak napięte, że Riley podejrzewał, iż to właśnie wywołuje zaróżowienie skóry twarzy. Cerę pokrywały żyłki, szczególnie czoło – wyglądała niczym przeżarte robactwem deski stodoły, ale w wersji wypukłej. Rileya zawsze bawiło porównywanie ciała ojca do gospodarstwa: suchego, pofałdowanego i wycofanego ze świata. Żyli na obrzeżach miasta, „bo kmioty z miasteczka śmierdzą”, lubił powtarzać Jon. Był odległy, fizycznie trzymał się na dystans. Jak gdyby mieszkali między dwoma warstwami świata. Cichy chód, lecz zarazem pewny krok, spojrzenie często zagubione w krajobrazie. Mówił do siebie – podtrzymywał konwersację z eterem, a jedyną odpowiedzią było echo jego szaleństwa, jak myśleli ci, którzy go widzieli.

Nieśmiały poranny powiew poderwał płowe włosy ojca, ale on zdawał się tym nie przejmować. Wpatrywał się w syna. Księżyc o anonimowych kraterach znów się pojawił w bladym świetle dnia. Riley uświadomił sobie wówczas, że świt w połączeniu z mgłą wysysa kolory. Niemal wszystko było szaro-białe, ziemia – zazwyczaj pełna kontrastów – a nawet twarz ojca przypominały tylko sine szczyty i wgłębienia.

– Sam już nie wiem, co z tobą zrobić, Riley – rzekł Jon bez cienia emocji.

Coś się działo. Tym razem dziecko było o tym przekonane, bardziej niż o tym, że piękne piersi i pieszczące dłonie idą w parze – jak mawiał ojciec. Jego spojrzenie ześlizgnęło się, a dwie otchłanie, które się nad nim otworzyły, wessały resztki dobrego nastroju, jakie zachował z poprzedniego dnia. Stopy zagłębiły się w błocie i chłopiec nagle cały zesztywniał. Powietrze wokoło było ciężkie i zimne. Riley z trudem przełknął ślinę. Kałuże mgły znieruchomiały, pnie drzew przestały skrzypieć, a jemu wydało się nawet, że słyszy, jak w kamienistej glebie z chrzęstem kulą się korzenie. Tylko Cooper się nie przejmował i nadal bawił się gałązką, tarzając się u stóp powalonego pnia. Z nozdrzy Jona wydobywał się świst, kiedy wciągał głęboko powietrze, nie spuszczając wzroku z syna.

– Ile razy mam ci wszystko powtarzać, żebyś zrozumiał, co?

Riley czuł lodowatą mgłę ciągnącą od parowu, która wślizgiwała mu się pod ubranie, wspinała w górę kręgosłupa i zraszała go zimnym potem niczym widmo wszystkich istot zmarłych tutaj od zarania dziejów.

– Nie jestem dla ciebie dobrym ojcem? Mimo tych wszystkich poświęceń? Tego, co ci daję? Tego, co robię dla ciebie? Ale ty nie słuchasz. Jesteś uparty, nie stosujesz się do żadnych zasad. Tak nie może dłużej być.

Riley zacisnął szczęki. Wiedział, że do tego ma prawo. Popełnił błąd, spuszczając wzrok, żeby sprawdzić, czy ojciec ma na sobie skórzany pas z wielką miedzianą klamrą, i natychmiast został ukarany: siarczyste uderzenie wywołało piekący ból ucha i skroni. Unieruchomiony w błocie chłopiec nawet nie drgnął. Bóg wie, że w takich chwilach pod żadnym pozorem nie wolno się ugiąć. Jon nienawidził słabości. Nic w świecie nie rozpalało w nim takiej wściekłości jak najlżejszy objaw niemocy. Przyjmować, za żadne skarby nie jęczeć, nie drżeć, nie chwiać się, w przeciwnym razie spadnie grad ciosów. Tak, nienawiść Jona w stosunku do słabych graniczyła z obłędem.

– Potrzebujesz dobrej lekcji, Riley.

Głos ojca nie zdradzał cienia wątpliwości, nie było w nim śladu łaski. Dzieciak zastanawiał się, co takiego zrobił, żeby sobie na to zasłużyć. Czy zadzwonili ze szkoły, żeby się poskarżyć na jego zachowanie? A może rodzice Bena opowiedzieli, że znowu zaatakował ich syna? Przecież to Ben zawsze mu dokuczał, to on…

Jon podsunął synowi młot kamieniarski pod nos.

– Musisz zrozumieć – oznajmił uroczyście. – Trzeba ci to wbić do głowy. Wiesz, jak mnie uczył twój dziadek?

Riley słyszał tę historię setki razy. Ingmar, którego nazwisko nosił, był w rzeczywistości jego pradziadkiem, gdyż ojciec Jona zmarł wkrótce po ich przybyciu na kontynent amerykański ze Szwecji.

– Dawał dobrą lekcję – podsumował Jon. – Uklęknij.

Riley poczuł się jeszcze bardziej zbity z tropu. Tego ojciec nie miał w zwyczaju. Co też on znowu wymyślił?

– Na kolana, powiedziałem!

Riley wykonał polecenie bez słowa i ojcowska dłoń chwyciła go za twarz, żeby mu przekręcić głowę. Pociągnęła tak mocno, że chłopiec musiał się obrócić o dziewięćdziesiąt stopni, żeby zapobiec złamaniu karku. Czuł, że do oczu napływają mu łzy. Nie tyle z bólu, ile ze strachu. Ojciec go przerażał. Terroryzował. Szczególnie wtedy, gdy przywdziewał tę księżycową maskę i przemawiał lodowatym tonem.

– Będziesz uważnie patrzył i niczego nie przegapisz, żeby ci to posłużyło za lekcję, dzieciaku.

Jon pochylił się i chwycił Rileya tak, żeby jego głowa spoczęła na martwym pniu, i nagle Riley zrozumiał. Wszystkie jego mięśnie napięły się jednocześnie, żeby poderwać ciało.

– Nie! – krzyknął chłopiec.

Ojciec wycelował okutym czubkiem buta w pierś Rileya. Syn przewrócił się, łapiąc powietrze, wydał z siebie jęk, podniósł dłonie do mostka, jakby szukając sposobu na uruchomienie maszyny. Jego wykrzywione usta były szeroko otwarte, głowa spoczywała wśród traw. Trochę błota dostało mu się do ucha.

Jon wykorzystał tę chwilę, żeby pociągnąć za rzemień Coopera, i owinąwszy go kilkakrotnie wokół pnia, by zwierzę miało jak najmniej swobody, docisnął psa do drzewa. Szczeniak próbował wyrwać się z uścisku, aż wreszcie się poddał. Brązowe ślepia spoglądały to na Jona, to na Rileya.

Gospodarz przyjął pozycję, zaparł się nogami i chwycił trzonek młota kamieniarskiego, który się zapadł w pulchnej glebie.

– Patrz uważnie, chłopcze, bo nie chcę, żebyś jeszcze kiedykolwiek dopuścił się wobec mnie nieposłuszeństwa, rozumiesz?

Narzędzie oderwało się od ziemi z gąbczastym cmoknięciem. Jon poczekał, aż syn dojdzie do siebie, by wziąć zamach i roztrzaskać głowę psa.

W chwili uderzenia poderwała się chmara szpaków. Zbite w gromadkę w ciasnym eskadronie przypominały zasłonę wznoszącą się nad ponurym widowiskiem, w którym najgorsze miało dopiero nadejść.

2.

Zanim przejdę dalej, muszę wam wyznać, że ta historia w rzeczywistości nie jest moja. Ona jest nasza.

Kim jestem, nie ma większego znaczenia, liczy się to, co wiem, i w jaki sposób wam to opowiem.

Jako czytelnik, zawsze byłem głęboko przekonany, że opis sam steruje łącznością między nim a odbiorcą, a wewnętrzny obserwator i narracja w pierwszej osobie wynikają z wyboru artystycznego i potrzeb semantycznych, niczego jednak nie narzucają. Nieważny jest sposób ekspresji, liczy się ujęcie. Zainteresowanie czytelnika. Jego osobiste doznanie. W gruncie rzeczy w pamięci pozostaje ostatecznie tylko emocjonalna aura otaczająca daną książkę, każdy czytelnik buduje ją na podstawie intensywności własnych uczuć. W tym sensie lektura wymyka się spod kontroli autora, niezależnie od narzędzi użytych w celu zapanowania nad jej oddziaływaniem.

Mówię to wszystko, aby wyjaśnić, że jeśli zabieram bezpośrednio głos w tej historii, to nie w jakimś celu, z wyrachowania, ale dlatego, że w dniu, w którym postanowiłem przelać tę opowieść na papier, uświadomiłem sobie, iż największą trudnością będzie zapisanie nieprawdopodobnej konkluzji bez wywołania frustracji i niedowierzania oraz sprawienie, by czytelnik pojął rewolucyjny przekaz. Moje pojawianie się miejscami wydało mi się konieczne, gdzieniegdzie jedynie uzupełniające, ale ożywcze dla tego, co nastąpi. Łagodzę, a jednocześnie pełnię rolę przewodnika i tłumacza. Stoję między prywatnością bohaterów tej opowieści, Wielką Historią, jaką tworzą krok po kroku – jeśli się wie, jak połączyć zdarzenia – i jej kulminacją wkraczającą w rzeczywistość każdego z nas.

To historia władzy, która nieświadomie nas dotyka, pewnej transgresji, rozchwiania. A także aktu obywatelskiego w imieniu większości, w imię tego, co właściwe. Ale przede wszystkim to portret małego miasteczka. Mojego.

Carson Mills.

Moglibyście wziąć jakąkolwiek nieco wygniecioną mapę amerykańskiego Środkowego Zachodu, odszukać na niej położony nieco na uboczu obszar wiejski – byleby znalazły się tam niezbyt wysokie wzgórza, kilka strumyków, parę szerokich pasów leśnych – i tam przyłożyć palec, aby umiejscowić Carson Mills. Nasze miasto nie ma w sobie nic wyjątkowego, pojawiło się w epoce, kiedy człowiek budował swoje raje szybciej, niż Bóg stworzył świat – w ślad za torami kolei żelaznej, bo wśród tych nieskończonych pofałdowanych równin potrzebny był punkt zborny, magazyn dla torów, podkładów, gwoździ i śrub, które w tamtych czasach tworzyły sieć krajowych naczyń krwionośnych. Powstawały rozchwierutane baraki dla robotników, namioty zastąpiły deski i gonty, poletka porosły rzędami warzyw, niektórzy zajęli się bydłem, by wszystkich wyżywić, w mgnieniu oka pojawiły się dziewczyny, żeby uatrakcyjnić wieczory, alkohol, żeby rozgrzać serca, i zaimprowizowany kościół, aby czuwać nad całością i przypominać każdemu o ułomności duszy. Miasto w owych czasach powstawało właśnie w tak prosty sposób. W ciągu kilku miesięcy. Byliśmy krajem możliwości, spotkań, wystarczyło być uważnym, by sięgnąć po swoją szansę. Dlatego też i dzisiaj jesteśmy ludem wędrownym. Przenosimy się z Cincinnati do Clevelandu albo z Jacksonville do Portlandu w zależności od ofert, mamy to w genach, przeciętny Amerykanin przeprowadza się kilkakrotnie w ciągu życia i zazwyczaj nie chodzi o zmianę dzielnicy. To sprawia, że jesteśmy największym na świecie narodem nomadów. Jak na ludzi, którzy traktują Cyganów jak miejską plagę, wydało mi się to dość zabawne.

Dzisiejsze Carson Mills to zaledwie kilka tysięcy mieszkańców, co zgodnie ze współczesnymi kryteriami czyni z niego małe miasto, dla niektórych to miasteczko. Nie chodzi o to, że ilość ludności zmniejszała się z upływem dziesięcioleci od czasów złotej epoki kolei żelaznej, nie, nawet jeśli wtedy nasze miasto było stosunkowo duże jak na obowiązujące standardy. Raczej o to, że świat poza Carson Mills rozrósł się, inne mieściny nabrały objętości, i to znacznie, a cały naród się rozwinął, podczas gdy Carson Mills pozostało takie jak zawsze. Można je porównać do dzieciaka, który patrzy na dorastających kolegów z klasy, a sam pozostaje mały. W końcu taki dzieciak zaszywa się w swoim kącie, nie rozpoznaje się już na tle innych, woli żyć własnym rytmem, skoro nikt nie jest do niego podobny. To dokładnie zrobiło nasze Carson Mills, zamknęło się na świat – czujne, czy nikt nie zgłasza pretensji do otaczających go lasów, kilometrów opustoszałych dróg, jakie do niego prowadzą – i dodawało sobie otuchy, tworząc własne rytuały.

Mimo wszystko to miejsce, w którym żyje się przyjemnie. Bo ludzie się znają, bo zwyczaje odmierzają dni z wygodną regularnością metronomu. Centrum z niskimi drewnianymi budowlami, jakby rodem ze starego czarno-białego filmu, Main Street, główna ulica, gdzie wszyscy się spotykają, letargicznie spokojne rezydencjalne przedmieścia, a wszystko to otoczone polami i zagrodami dla świń i bydła, przechodzącymi w zalesione wzgórza, które wyznaczają granice miasta. Oto portret naszej poczciwej mieściny. Debaty na tematy polityczne w Carson Mills szybko się kończą – jest się republikaninem albo opuszcza się okolicę. I tak z pokolenia na pokolenie. Mer rządzi jedną kadencję za drugą, podobnie jak szeryf, a obaj zwracają się do każdego mieszkańca po imieniu. Jedynym tematem sprzeczek, jaki może podzielić miasto, jest kościół. Luterański albo metodystyczny. Każdy z nich ma swoje owieczki i granica między jednym a drugim jest wyraźnie zaznaczona, bardziej widoczna niż różnice w kolorze skóry; w Carson Mills definiuje was teologia waszej dzwonnicy. Osobiście starałbym się nie wynosić jednego ponad drugi, to nie byłoby sprawiedliwe. Przyznam jedynie, że to właśnie różnica poglądów religijnych dała początek tej opowieści, w każdym razie z mojego punktu widzenia. Każdy bowiem, kto był świadkiem sprawy tak złożonej, że aż niemal powieściowej, wie, że zawsze ciężko jest określić dokładne źródło, wskazać punkt wyjścia. Tylko fikcja pozwala ukonkretnić dane zdarzenie, zachowanie czy też wypowiedź i wznieść je w charakterze symbolicznego totemu, uczynić z niego swój incipit.

Jeśli o mnie chodzi, analizowałem tę opowieść pod każdym kątem, i gdybym miał wyodrębnić jej genezę, optowałbym za owym lipcowym wieczorem, niecałe cztery dziesięciolecia temu, kiedy to Willema Hodgson, nieco rozgorączkowana, rozmarzona, oczarowana głębokim niebieskim spojrzeniem Larsa Petersena (który dopiero co przybył ze Szwecji na amerykańską ziemię, obietnicę nadziei), uwiedziona jego akcentem, ześlizgnęła się po zboczu pożądliwości, rozchyliła uda i dała się zepsuć. W tamtych czasach w takiej okolicy zajście w ciążę w wieku dziewiętnastu lat można było naprawić tylko w jeden sposób, aby zachować godność i honor: przez ekspresowy ślub dwojga grzeszników, tak by poród mógł mniej więcej pasować do terminu nocy poślubnej. Klasyka, powiecie. Z tym że Hodgsonowie byli wiernymi członkami kościoła metodystycznego, Petersenowie zaś zagorzałymi luteranami, a w tej kwestii obaj szefowie klanów, Saul i Ingmar, pałali żarliwością. Żywili też przywiązanie do swoich wartości religijnych przekraczające granice schizmy i wpadające w czysty fanatyzm. Kiedy Saul Hodgson dowiedział się, kto jest ojcem, żona musiała pozbawić go przytomności, uderzając żeliwnym garnkiem w głowę, by uniemożliwić mu uduszenie nieszczęsnej córki. Ingmar z kolei ograniczył się do sprawdzonego kręcenia głową i bicia syna, dopóki obaj nie stracili przytomności, jeden z powodu powtarzających się ciosów, drugi z wycieńczenia. Zarówno Saul, jak i Ingmar błagali Boga, powołując się na jego życzliwość, by przebaczył szaleństwo ich dzieciom, usiłując jednocześnie je zabić.

Ślub między metodystką i luteraninem był dla tych rodzin jeszcze bardziej hańbiący niż ciąża pozamałżeńska, niezależnie od tego, co mówiły kobiety z każdego z klanów, które wykazały się w tej sprawie największym umiarem. Saul zamknął Willemę na niemal dziewięć miesięcy i oznajmił Petersenom, że nie będą mieć żadnych praw do dziecka, ani moralnych, ani tym bardziej religijnych. Lars poczuł się tym głęboko dotknięty, gdyż szczerze kochał Willemę. Trzeba dodać, że o ile on miał rysy szorstkie, uwydatnione wysokimi kośćmi policzkowymi, i wąskie oczy świadczące o jakimś słowiańskim atawizmie morfologicznym, o tyle ona przejęła złocistą germańską urodę po matce, ze szczyptą irlandzkiej filuterności ze strony ojca, co czyniło ją wyjątkowo piękną.

Ta okiełznywana namiętność i powtarzające się ciosy stanowiły zapewne wyzwalacz, za sprawą którego wieczorem w dniu porodu Lars pojawił się u Hodgsonów. Chciał zobaczyć swoje dziecko i tę, wokół której od blisko roku obsesyjnie krążyły jego myśli. Saul nie widział tego w ten sposób i wypędził go, rzucając za nim nożami, polanami i garnkami, podpierając się dużą ilością obelg. Godzinę później drzwi Hodgsonów otworzyły się gwałtownie, przemoczona lodowatym deszczem postać stanęła przed kominkiem, na którym gotowała się woda z brudnymi ręcznikami, i Lars Petersen oddał serię strzałów ze swojego karabinu w stronę metodystycznego patriarchy. Saul miał grubą skórę, z gatunku tych, co pozwalają konać przez kilka godzin, dowlókł się więc do kuchni, chwycił za własny karabin, znalazł w sobie siłę, by naładować go rozsypanymi po brudnej podłodze nabojami, jednym po drugim, starannie, podczas gdy kobiety wrzeszczały. Był dość uparty, by odpędzać śmierć, dopóki nie skończy tego, co zaczął. Być może jednak nie był wystarczająco odporny, żeby zachować pełną trzeźwość, tego nikt nigdy się nie dowie. Tak czy owak, gospodarstwo wypełniło się błyskami strzałów, rozeszła się woń prochu i krwi, a kiedy umilkło ogłuszające echo huków, pozostały tylko jęki Willemy i rytmiczne łkanie jej nowo narodzonego dziecka. Saul, jego żona Helga i Lars leżeli w kałuży posępnej czerwieni, przy czym – niektórzy mogliby przysiąc – krew metodystów nie lśniła tym samym kolorem co krew luterańska.

Zanim pojawiła się pomoc w osobie Ingmara Petersena, Willema, wycieńczona porodem, już nie żyła. Noworodek zawdzięczał życie resztkom ciepła zachowanym w ciele matki, której ramiona okrywały go niczym mlecznobiały całun pożyłkowany czerwienią. Ingmar wziął dziecko i kiedy szeryf zażądał od niego wyjaśnień, gospodarz był tak przekonujący i zdeterminowany, że nikt mu się nie sprzeciwił. Atak furii nie pozwolił jednak odesłać sieroty do anonimowego ośrodka na drugim końcu stanu, daleko od garstki bliskich, jaka mu pozostała.

Ingmar mieszkał w Carson Mills od roku. Żonę stracił podczas podróży przez Atlantyk – zabrała ją gwałtowna gorączka – a teraz syna. Miał dwie córki, które pomagały mu w prowadzeniu domu i – obecnie – w wykarmieniu nowego domownika. Nadał niemowlęciu imię Jon, bo z tego, co pamiętał, na ziemiach jego przodków oznaczało ono „Bóg jest miłosierny”.

Ale mimo że Bóg okazał się taki, zachowawszy Jona Petersena przy życiu, ten drugi nigdy taki nie był. Trzeba jednak przyznać, że podczas gdy większość z nas pojawia się na tym świecie wśród żywych, jego przyjęli wyłącznie martwi.

Są znaki, które nie kłamią.

3.

Kiedy Jon miał sześć lat, jego jedyną pasją było siadanie za rodzinnym domem, u stóp ochrowego pagórka i przyglądanie się godzinami, z pochyloną głową, kolumnom mrówek drążących wąskie bruzdy. Od czasu do czasu sięgał po gałązkę i kładł im ją na drodze, żeby zobaczyć, jak zareagują. Jon nie znał lepszej zabawy niż obserwacja mrówek, które ukazywały prawdziwą interakcję, odpowiedź na sytuację, czego żadna drewniana kolejka albo plastikowa figurka nie były w stanie mu zaoferować. Jeden lub dwaj rówieśnicy zapewne byliby bardziej na miejscu, ale Petersenowie mieszkali nieco na uboczu, potrzebna więc była duża motywacja, żeby przyjść do nich pieszo albo dojechać rowerem, a w szkole Jon nie był zbyt entuzjastyczny, rozmowny ani skory do zabawy. Z natury był chłopcem zamkniętym w sobie, który taksował kolegów chłodnym spojrzeniem. Inni dorośli mówili o nim, że ma „bogate życie wewnętrzne”, co było eleganckim sposobem na stwierdzenie, że jest aspołeczny. Z nikim się nie zaprzyjaźnił, wolał analizować zachowanie innych na szkolnym podwórku albo w drodze ze szkoły zamiast dołączać do dziecięcej maskarady, która kompletnie go nie interesowała. Podsumowując, Jona znacznie bardziej pociągał organiczny kopiec za zabudowaniami gospodarczymi niż zabawy w strzelaniny organizowane przez chłopców w jego wieku. Z mrówkami mógł postępować, jak tylko chciał, one nie potrafiły narzekać, nie groził z ich strony żaden bunt, którego nie dałoby się stłumić odrobiną obojętności, a organizowanie widowisk z ich udziałem było zawsze równie zaskakujące, zarówno gdy chodziło o naprawianie szkód spowodowanych deszczem, ćwiartowanie i transportowanie zwłok skarabeusza, jak i stawianie czoła kohortom przybyłym z innych okolic.

Pewnego dnia Ingmar natarł mu uszu z powodu jego braku zainteresowania szkołą i Jon gmerał nieuważnie patykiem w mrówczym tłumie, kiedy nagle wybuchła w nim złość. Frustracja spowodowana biciem, które uważał za niezasłużone, przepełniła czarę. Szkoła nie potrafiła zaskarbić sobie jego uwagi, a była wymysłem dorosłych, dlaczego więc on miał za to płacić, skoro to z ich winy system nie działał należycie na wszystkie dzieci? Rozgniótł więc kawałkiem drewna grupę insektów pochłoniętych odbudowywaniem mrowiska. Wiele małych ciałek wiło się, pozbawionych kończyn, połamanych, zmiażdżonych, nóżki i czułki drgały w bezładnych konwulsjach. Jon przyglądał im się, z nosem kilka centymetrów od ich gehenny, i nie zdołał oderwać wzroku, zafascynowany, dopóki nie minęło ostatnie drgnienie. Nowy dreszcz przeniknął go od krzyża aż po mózg, pozostawiając po sobie gęsią skórkę. Jon po raz pierwszy poczuł swego rodzaju musowanie w dole brzucha, chmarę motyli tańczących poniżej żołądka, wewnętrzne łaskotanie. I było to przyjemne. Nie miał żadnych wyrzutów sumienia, samo pojęcie żalu musnęło go zaledwie, zmiecione owym zaskakującym przypływem mocy.

Jon sięgnął po gałązkę i począł siać zamęt na zboczach mrowiska, robił to z metodyczną starannością, przez długie minuty wywołując chaos i zadając śmierć, wciąż z coraz większym podnieceniem, z coraz większą wściekłością, a kiedy wreszcie się podniósł, u jego stóp znajdował się zrujnowany teren i setki, jeśli nie tysiące zwłok. Chłopiec dyszał, zanurzony po kostki w pyle swojego holokaustu, ze spojrzeniem zwróconym w stronę białych chmur unoszących się na lazurowym niebie. W kącikach ust utworzyła mu się delikatna piana, która pulsowała przy każdym ciepłym oddechu, niczym żagle statku złapane między podmuchy wciąż zmieniającego się wiatru. Armada motyli pod żołądkiem upijała go pieszczotami podnieconych skrzydeł.

Tym sposobem Jon po raz pierwszy odkrył boską władzę nad cudzym życiem i śmiercią. Oczywiście chodziło tylko o mrówki i w pełni mu to wystarczało, nie miał absolutnie ochoty na nic innego, tylko na maleńkie stworzonka niezdolne do stawienia mu oporu, do krzyczenia, bronienia się. Spodobało mu się kontrolowanie. Panowanie. Ujarzmianie. Niszczenie.

Hanna, młodsza z jego dwóch ciotek, obserwowała całą scenę z progu tylnych drzwi, trzymając cebrzyk wypranej pościeli do rozwieszenia. Z początku zaciekawiona, później pełna niedowierzania, poczuła ukłucie niepokoju, które doradziło jej nic nie mówić i odwrócić wzrok. Są w życiu młodego chłopca chwile, w których lepiej jest nie uczestniczyć, i to właśnie była jedna z nich, pomyślała. Jon nie miał trudnego dzieciństwa w powszechnie rozumianym znaczeniu tego słowa, ale w końcu zrodził się wśród krwi i musiało to ciążyć na jego biednej duszy. Hanna szarpnęła cebrzyk, żeby oprzeć go na biodrze i wzruszyła ramionami, po czym skierowała się w stronę sznurów rozpiętych między ścianą kuchni i słupem pełnym powbijanych gwoździ. Jon odkrywał wściekłość, zabawę, frustrację i musiał je w taki czy inny sposób wyrazić – miał do tego pełne prawo.

Zachowała się więc tak, jak gdyby niczego nie zauważyła, i poszła swoją drogą.

Kawałek dalej Jon, z rozłożonymi ramionami, wciąż wpatrywał się w chmury.

Kojarzył się sobie z Chrystusem.

Jak to dobrze mieć boską moc.

4.

Pewnego sierpniowego poranka, kiedy Jon miał dwanaście lat, siedział na wykręconym pniaku na opadającej zboczem polanie wielkiego lasu, który otaczał Carson Mills od południa, i studiował ruchy zwierzęcego świata. Były oczywiście ptaki, kilka sójek, wróble, a nawet myszołów, ale najbardziej interesowały go ssaki, a w szczególności para wiewiórek przeskakujących z gałęzi na gałąź. Jon spędził część lata, nie licząc codziennych obowiązków gospodarskich, na spacerowaniu po pobliskim lesie, obserwowaniu natury i w ciągu półtora miesiąca wypowiedział najwyżej sto słów. Dorośli być może wcale się nie pomylili, chłopiec istotnie miał bogaty świat wewnętrzny. Łowił ryby nad jedną z odnóg rzeki Slate Creek, godzinami włóczył się po wrzosowiskach, z dłońmi zanurzonymi w fiołkowo-różowej gęstwinie, wyłuskiwał pożyłkowane liście każdego napotkanego drzewa, grzebał patykiem w otworach między korzeniami z nadzieją, że wypłoszy stamtąd żmiję albo kunę, a od czasu do czasu chował się za gospodarstwem Mackiech albo Stewartów, skąd – ukryty wśród paproci – szpiegował całą rodzinę, zaintrygowany przesadną autorytatywnością matki, głupotą jednej z córek i pijaństwem ojca. I każdego dnia tylko różowiejący horyzont przypominał mu, że powinien już wracać na kolację. Chromatyczne niebieskie koło kręciło się, jego osobisty kosmiczny zegar ze wskazówkami ze słońca, jego własna wytyczna, myślał z dumą Jon.

Tego ranka postanowił wrócić na polanę, gdyż widział tam kilka mrowisk, trzy piękne kopce, które przez całe lato trzymał w odwodzie na euforyczny seans destrukcji. Nie chciał ich zniszczyć, nie chodziło mu o zadeptanie pierwszego lepszego stosu, zdecydowanie nie! Jon zauważył, że im bardziej interesował się swoim celem, im dłużej przyglądał mu się ze wszystkich stron, im bliżej „poznawał” jego mieszkańców, tym większa była przyjemność ze spustoszenia. Istniał osobliwy związek między bliskością, żeby nie powiedzieć intymnością, i radością z destrukcji tego, co poznał w najdrobniejszych szczegółach. Niszczyć dla samego niszczenia było ostatecznie dziecięcą reakcją. Jon natomiast przy każdym kopniaku, przy każdym wzburzeniu ziemi naprawdę wiedział wszystko, co się działo pod jego pięściami, miał świadomość każdego maleńkiego ciałka wylatującego w powietrze, wszystkich tych mikroegzystencji, które rozkawałkowywał, a wreszcie tej cywilizacji, którą pustoszył, ponieważ ją znał.

Aby przejść do czynu – Jon zrozumiał to z biegiem lat – należało wprowadzić się w odpowiedni nastrój. Bezmyślne zniszczenie najbliższego kopca, bez głębszej potrzeby, nie wywołało w nim żadnego uczucia, było wręcz nudne. Nie, on pragnął poczuć ciśnienie. A to latem nie rosło zbyt szybko. Wzbierało powoli, z każdą nieprzyjemną uwagą dziadka i ciotek, z każdym obowiązkiem domowym, który mu przydzielano, i który kazano wypełniać w wyznaczonym terminie, żeby się nie obijał. A potem również w miarę upływających tygodni, gdyż Jon zrozumiał, że ciśnienie zawsze rośnie samo, jak gdyby urodził się z wewnętrznym cieknącym kurkiem i dzień po dniu jego zbiornik nieprzerwanie się napełniał. Ale nic na świecie nie podnosi ciśnienia tak szybko jak szkoła. Mówiąc dokładniej, koledzy i nauczyciele. Czasami wystarczyło tylko ich spojrzenie, ale znacznie częściej chodziło o reakcję na jego osobę: ów rodzaj niezadowolenia, jakie okazywali na jego widok, szepty, kiedy ich mijał, jak gdyby był nienormalny. Jon coraz bardziej ich nienawidził i fakt, że przez całe lato nie uczęszczał do szkoły, znacznie obniżył ciśnienie. Naturalnie z Ingmarem i ciotkami wielokrotnie bywał w mieście, i tutaj również, sam nie wiedział dlaczego, jego zbiornik się napełniał. Wolniej niż w szkole, ale mimo wszystko bardziej, niż kiedy zostawał w gospodarstwie. Z powodu chichotów i szyderstw za jego plecami. Świat go nie kochał, był tego w pełni świadomy. Wszyscy cały czas się z niego naśmiewali.

W rezultacie przez całe lato powstrzymywał w sobie ciśnienie, ale teraz, kiedy zbliżał się już koniec sierpnia, wiedział, że zaraz wybuchnie. Nadszedł czas. Nie ogarniało go uczucie nagłego i kompletnie nieprzewidywalnego skoku napięcia, jak to się czasami zdarza w wyniku głębokiego upokorzenia, kojarzyło się ono raczej z jedną z owych bobrzych tam, jakie widywało się w odnogach rzek: powstrzymując wodę, tworzyły duży zbiornik, który należało opróżnić, nim woda porwie wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Trzeba było zadziałać z wyprzedzeniem, zanim tama pęknie i Jon straci kontrolę.

Jon spędził wiele lipcowych dni na polanie i wrócił tam ostatnio, by ponownie zająć się obserwacją mrowisk poprzedzającą ich zniszczenie. Czekał na właściwy moment, aż ogarnie go podniecenie, aż nie będzie mógł usiedzieć w miejscu, aż nie będzie mógł myśleć o niczym innym, aż motyle znów zaczną mu tańczyć w brzuchu. To była już kwestia dni, o ile nie godzin.

Całkowicie pogrążony w kontemplowaniu tańca wiewiórek, nie zwrócił uwagi na zbliżające się za jego plecami sylwetki, a kiedy pod stopami trzech nastolatków trzasnęły gałązki, było już za późno, żeby zniknąć. Otoczyli go.

– Patrz, debil na wzgórzu! – zawołał najstarszy.

Jon natychmiast go rozpoznał. Ten, który przemówił, był od Jona co najmniej trzy lata starszy, miał na imię Tyler, jasne, sterczące włosy i spojrzenie tak ostre jak brzytwa Ingmara. Dwaj pozostali byli jego gorylami: wysoki chudzielec, którego Jon ledwo znał, oraz Roger Tronkhstein, głupi brat jednej z dziewcząt z klasy Jona, którą ten lubił ze względu na jej łagodność.

Jon wstał z pnia, instynktownie wyczuł kłopoty i wszystko mówiło mu, że powinien jak najszybciej uciekać. Tyler zatrzymał go, kładąc mu dłoń na piersiach.

– Niczego cię nie nauczyli w domu? Uprzejmości? Żadnego „dzień dobry”, żadnego „do widzenia”?

– Zostaw mnie, Tyler – powiedział Jon, patrząc wysokiemu blondynowi prosto w oczy.

– Co ty tu robisz? Trzepiesz konia?

Jon zalał się rumieńcem. Policzki i uszy mu płonęły, zawstydził się na myśl, że ktoś mógł go zobaczyć, jak się dotyka. To była dla niego nowość, odkrywał się zaledwie i nie do końca panował nad szczegółami oraz efektem końcowym, czuł tylko, że chodzi o coś bardzo osobistego, co należy praktykować z dala od cudzych spojrzeń, podobnie jak wydalanie, chociaż podobało mu się to coraz bardziej, znacznie bardziej niż chodzenie do toalety.

Tyler zarechotał.

– Ja nie mogę, patrzcie na tę czerwoną gębę! On naprawdę trzepał konia!

– Nie! Wcale nie!

Mina Tylera gwałtownie się zmieniła. Ze złośliwej kpiny przeszedł w coś znacznie bardziej chłodnego, okrutniejszego, nie rezygnując ze złego uśmieszku, przy którym mięsiste wargi zasłaniały mu dolną część twarzy.

– Są w mieście tacy, którzy mówią, że jesteś zwyrodnialcem, że twoją matką jest jedna z ciotek, czy to prawda?

Tym razem Jon wolał się nie odzywać.

– A widziałeś swojego ojca? – dodał wysoki chudzielec. – Jest tak stary, że z jaj sypie mu się cuchnący proch!

– Więc nie ma się co dziwić, że jesteś zidiociały – szydził Tyler.

Jon zrobił krok w bok, usiłując się wymknąć. Słowa odbijały się od niego, wiele ich już usłyszał, czasami znacznie gorszych, potrafił się więc ugiąć i nie zwracać na nie uwagi.

– Hej, dokąd idziesz? – nalegał Tyler, robiąc również krok naprzód, żeby zablokować Jonowi drogę.

– Wracam do domu, zostaw mnie w spokoju.

– Tyler! – zawołał Roger. – Chyba wiem, co ten debil tutaj robił, popatrzcie na te mrowiska! Siostra mi mówiła, że kiedyś widziała, jak zniszczył jedno z nich!

Tyler wyszczerzył pożółkłe już od tytoniu zęby w parodii uśmiechu.

– Więc, zboczeńcu, zachowujesz sobie największe na sam koniec? Ja, gdybym miał taką ciotkę jak twoja, miałbym gdzieś mrówki! Jak ona właściwie ma na imię?

Jon odwrócił wzrok, szukając sposobu ucieczki.

– Są dwie ciotki – wtrącił wysoki chudzielec.

– Ta ładna, młodsza – wyjaśnił Tyler. – No, jak ona się nazywa?

Twardziel klepnął Jona w ramię, żeby zaakcentować swoje pytanie.

– Hanna – rzucił Jon wbrew sobie, odgadując, że nie zostawią go w spokoju, dopóki nie da się wciągnąć przeciwnikowi w jego grę.

– Ach tak, Hanna!

Tyler przeciągnął pierwsze „a” imienia w lubieżny jęk. Dwaj pozostali członkowie bandy rechotali bezmyślnie. Jon czuł się coraz bardziej zakłopotany. Nie rozumiał, dlaczego Tyler tak bardzo naciska, przecież niczego mu nie zrobił, cała sytuacja zaczynała napawać go lękiem.

– Gdyby to była moja ciotka, wciskałbym jej palce do cipki co wieczór, przed pójściem spać. A może nawet nie tylko palce!

Cała trójka parsknęła obleśnym śmiechem.

– Widziałem, jak się kąpała w stawie za torami kolejowymi – dorzucił Roger – była kompletnie naga! Jakie piersi! Różowe i ciężkie!

– Słyszysz, debilu? – ciągnął Tyler. – Jestem pewien, że w cipce twojej ciotki jest cieplej niż w piekle, a to warte jest więcej niż wszystkie mrowiska!

Uwaga ta ujęła Jona równie mocno, jak go zbulwersowała. W tym, co powiedział Tyler, było coś niedorzecznego, a jednocześnie dziwnie fascynującego.

– Z takimi cyckami musi mieć ogień w tyłku! – rzucił Roger.

Jon usłyszał już za wiele. Tym razem zebrał się na odwagę i odepchnął ramię Tylera, żeby utorować sobie drogę.

– Chwileczkę! – warknął wysoki blondyn, łapiąc go za kark. – Nie chcesz się podzielić ciotką, więc będziesz musiał przeprosić! Rob, trzymaj mi tego zdechlaka.

Wysoki chudzielec chwycił Jona za ramię i kopnął go w wewnętrzną stronę kolana, zmuszając do osunięcia się na ziemię. Tyler rozpiął sprzączkę paska i spodnie.

– Myślisz, że możesz mi go possać?

Jon odwrócił głowę. Rob i Roger, również zaskoczeni, zesztywnieli.

– Tyler, co ty robisz? – spytał pierwszy.

– Zamknij się i przytrzymaj go. No więc, debilu? Odpowiesz mi? Myślisz, że mógłbyś go wziąć do gęby równie dobrze jak twoja ciotka?

Tym razem wtrącił się Roger.

– Nie wygłupiaj się, Tyler, mógłby ci go odgryźć.

Ale brutal wyciągnął blady członek ze slipów i podsunął Jonowi pod nos. Ten ostatni wygiął się, usiłując się oddalić jak najbardziej, co wywołało wesołość Tylera.

Ciepły i cuchnący strumień zaczął spływać na Jona. Rob puścił go gwałtownie i chłopak zrozumiał, że Tyler właśnie na niego sika, śmiejąc się głośno. Jon przetoczył się na bok, żeby uniknąć żółtego moczu i wpadł na ciernistą gęstwinę – ta rozdarła mu koszulę na ramionach. Tyler stłumił śmiech, schował z powrotem przyrodzenie, po czym ruszył w stronę polany.

– Dupek, niczym się nie chce dzielić! Ani ciotką, ani gębą, ani zabawami! Masz za karę!

Kiedy wymierzył gwałtownego kopniaka w mrowisko, rozpadło się na pół, później w następne i jeszcze jedno, zadeptał pierwsze i poszedł zrobić to samo z dwoma pozostałymi. Pył unoszący się z ruin wirował wokół niego, tymczasem koledzy przyglądali się wszystkiemu sceptycznie.

W żołądku Jona powstała kula. Czuł się zbrukany, upokorzony, poniżony do głębi ludzkiej natury. Ale co ciekawe, najbardziej bolał go widok niszczenia jego mrowisk przez kogoś innego, czegoś, co stanowiło dla niego całą przyjemność tego lata.

Tyler radośnie wyżywał się na kopcach, sypiąc ziemią w twarz Jona. Brukając jego miłość własną. Ale przede wszystkim niszcząc zbiornik ciśnienia.

Wewnętrzna tama Jona właśnie zaczynała puszczać.

5.

Koło chromatyczne przesunęło się, wypełniając horyzont ciemnym skrzydłem z motywem gwiazd. Tego wieczoru Jon nie zdąży do domu na kolację, ale nie dbał o to. Ingmar zbeszta go za to porządnie, być może nawet zdzieli go kilkakrotnie pasem, bo zmuszanie rodziny do czekania na niego z posiłkiem było wyrazem braku szacunku, ale Jon był na to przygotowany. Miał wyczucie priorytetów, od zawsze, od dziecka, i kiedy coś wydawało mu się ważne, wszystko inne przestawało istnieć, skupiał umysł na tym, co się liczyło, i potrafił odciąć się od całej reszty, nawet jeśli ta reszta wiązała się z porządną karą.