Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Niech będzie nam wybaczone ebook

A.M. Homes

2.33333333333333 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 759 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niech będzie nam wybaczone - A.M. Homes

Laureatka Women's Prize for Fiction 2013

Tragikomiczny obraz życia rodzinnego w XXI wieku – pełen mrocznego humoru, szalonych zwrotów akcji i zapadających w pamięć postaci

Harold Silver przez całe życie obserwował odnoszącego sukcesy młodszego brata George’a, który ma atrakcyjną żonę, dwoje dzieci i piękny dom na przedmieściach Nowego Jorku. Gdy morderczy instynkt popycha George'a do szokującego aktu przemocy, życie całej rodziny przewraca się do góry nogami.

 „Powieść zaczyna się mocnym uderzeniem, a potem się rozpędza. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czytałem prozę z tak intensywną narracją. Zdumiewająca”.

Salman Rushdie

„Najbardziej złożona, zabawna, gorzka powieść Homes; najświetniejsza z dotychczas przez nią napisanych”.

„Chicago Tribune”

„Od lat nie czytałam powieści równie zręcznie łączącej dramatyzm z humorem... Homes analizuje to, co czyni współczesną Amerykę piękną i straszną, udowadniając, że jest jedną z najbardziej inteligentnych i najważniejszych obserwatorek kultury w naszym kraju”.

„Salon”

A.M. Homes jest od dawna jedną z naszych najważniejszych i najoryginalniejszych autorek. Niech będzie nam wybaczone to jak dotąd jej najbardziej ambitna i najbardziej przystępna powieść; seks i przemoc zaburzają ustalony rytm życia na przedmieściach w sposób, który przywodzi na myśl Świat według Garpa, ale książka jest absolutnie oryginalnym dziełem wyobraźni autorki”.

Jay McInerney

„Pokręcona historia Kaina i Abla oraz wnikliwy opis życia we współczesnej Ameryce”.

Newyorker.com

„Narracyjny majstersztyk; Homes odmalowuje mroczną stronę amerykańskiej psyche lepiej niż którykolwiek autor od czasów Johna Updike'a”.

Michael Schaub, NPR.org

„Zaczęłam czytać A.M. Homes dwadzieścia lat temu. Z taką pisarką – dziką i zabawną, kwestionującą i prawdziwą – warto wyruszyć w podróż zwaną życiem”.

Jeanette Winterson

„Czuła i przezabawna. Przedmieścia Homes są gotyckie, pełne przemocy i żądzy. Jedna z dziwniejszych, cudowniejszych podróży w literaturze ostatnich lat”.

John Freeman, The Cleveland Plain Dealer

A.M. Homes jest społeczną podpalaczką. Podkłada ogień pod serca i umysły czytelników. Jej zabawna, absurdalna proza graniczy z fantazjowaniem, zarazem dotykając strefy mroku. To satyryczna powieść o odkupieniu win i bliskości między ludźmi, którzy początkowo wydają się typową amerykańską rodziną”.

Melissa Chadburn, tinhouse.com

„A gdyby ten, co spisał historię Hioba, miał poczucie humoru? Nixon jest przedmiotem rozważań. Ktoś jest dawcą organów. Ktoś inny stara się, by wyrosło mu serce. Uwodzicielska powieść A.M. Homes przypomina pole minowe”.

John Sayles

A.M. Homes – autorka pięciu powieści, autobiograficznej książki Córka kochanki i dwóch zbiorów opowiadań. Na podstawie jednego z nich – The Safety of Objects – powstał film z Glenn Close w roli głównej. Homes jest redaktorką „Vanity Fair" i wykładowczynią na Princeton University. Opowiadania i eseje publikuje m.in. w „New Yorkerze" i „New York Timesie" . Jej książki przełożono na dwadzieścia dwa języki. Za swoją najnowszą powieść Niech będzie nam wybaczone, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Świat Książki, otrzymała w 2013 r. Women's Prize for Fiction, pokonując m.in. Hilary Mantel, Barbarę Kingsolver, Kate Atkinson i Zadie Smith.

Opinie o ebooku Niech będzie nam wybaczone - A.M. Homes

Fragment ebooka Niech będzie nam wybaczone - A.M. Homes

Tytuł oryginału MAY WE BE FORGIVEN

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyKatarzyna Krawczyk

RedakcjaMirosław Grabowski

KorektaIrena Kulczycka Marianna Filipkowska

Copyright © A.M. Homes, 2012 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Grabowska 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

ŁamaniePiotr Trzebiecki

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-312-5

*

„Niech będzie nam wybaczone” – inkantacja, modlitwa, nadzieja, że jakimś cudem wyjdę z tego cało. Czy zdarzyło wam się kiedykolwiek pomyśleć: „Robię to celowo, daję ciała i nie wiem dlaczego”?

Chcecie poznać przepis na katastrofę?

Sygnał ostrzegawczy: rok temu, Święto Dziękczynienia w ich domu. Ponad dwadzieścia osób siedziało przy stołach ustawionych od jadalni do salonu w ciągu kończącym się przed ławeczką przy pianinie. Brat zajmował miejsce u szczytu dużego stołu, wydłubywał z zębów kawałki indyka i perorował o sobie. Obserwowałem go, odnosząc naczynia do kuchni, z palcami unurzanymi w nieopisanej mazi – sosie żurawinowym, batatach, zimnych cebulkach, chrząstkach. Z każdym nawrotem z jadalni do kuchni nienawidziłem go coraz bardziej. Powracały do mnie wszystkie grzechy naszego dzieciństwa, poczynając od jego narodzin. Przyszedł na świat jedenaście miesięcy po mnie, chorowity, bo przez pewien czas był niedotleniony, i poświęcono mu zbyt wiele uwagi. A potem, mimo że robiłem, co mogłem, by sobie uzmysłowił, że jest okropny, zachowywał się, jakby się uważał za dar niebios. Dano mu na imię George. Lubił, kiedy zwracano się do niego Geo, bo brzmiało to fajnie, jakby naukowo, matematycznie, analitycznie. Ja nazywałem go Geodą – pustką w skale wypełnioną minerałem. Przyciągając uwagę innych nadnaturalną pewnością siebie i arogancko uniesioną głową ze sterczącymi jasnymi kosmykami, sprawiał wrażenie, że coś wie. Ludzie zasięgali jego opinii, zabiegali o jego udział, ale na mnie wdzięk brata nie działał. Kiedy mieliśmy dziesięć i jedenaście lat, był ode mnie wyższy, masywniejszy, silniejszy. „Na pewno nie jest synem rzeźnika?” – pytał żartem ojciec. Nikt się nie śmiał.

Znosiłem ze stołu ciężkie talerze, półmiski, naczynia do pieczenia oblepione jedzeniem i nikt nie zauważył, że przydałaby mi się pomoc – ani George, ani dwójka jego dzieci, ani idiotyczni przyjaciele, a raczej podwładni (wśród nich pogodynka i siedzący sztywno rezerwowi prezenterzy i prezenterki, z wylakierowanymi fryzurami, podobni do Kena i Barbie), ani moja niecierpiąca indyka chińsko-amerykańska żona Claire, która zawsze nam przypominała, że jej rodzina świętuje przy pieczonej kaczce i kleistym ryżu. Żona George’a, Jane, która krzątała się cały dzień, gotując, sprzątając i podając, w tej chwili zgarniała kości i resztki do dużego pojemnika na śmieci.

Oczyszczała talerze, układając brudne naczynia w stos i wrzucając śliskie sztućce do parującej, spienionej wody w zlewie. Spojrzała na mnie, odgarniając włosy wierzchem dłoni, i się uśmiechnęła. Zawróciłem do stołów.

Patrząc na dzieci George’a i Jane, wyobraziłem je sobie w strojach Pielgrzymów, w czarnych bucikach ze sprzączkami, pracujące ciężko jak woły i – jak dzieci Pielgrzymów – noszące wiadra z mlekiem. Dwunastoletni Nathaniel i jedenastoletnia Ashley siedzieli przy stole jak zgarbione, a raczej zwinięte, wlane w krzesła, pozbawione kręgosłupa niedojdy, poruszając jedynie kciukami – jedno pisało do znajomych, których nikt nie widział na oczy, drugie zabijało cyfrowych terrorystów. To były dzieci bez osobowości, bez prezencji, dzieci nieobecne, pojawiające się w domu jedynie w czasie ferii. Wysłano je w zbyt młodym – zdaniem niejednego – wieku do szkół z internatem, robiąc to – jak wyznała Jane – z konieczności. Podobno miały bliżej nie sprecyzowane kłopoty z nauką, nie rozwijały się prawidłowo, a nieprzewidywalne wahania nastroju George’a uprzykrzały życie pod jednym dachem.

W tle, rywalizując o uwagę nieobecnych widzów, grały głośno dwa telewizory – w jednym leciała transmisja z meczu futbolu, a w drugim film Wielki Joe.

– Jestem prezesem działu rozrywki, oddanym telewizji sercem i duszą – powtarza George. – Czuwam na okrągło, dzień i noc, siedem dni w tygodniu.

W każdym pomieszczeniu jest telewizor; George nie znosi być sam, nawet w łazience.

Najwyraźniej nie potrafi też żyć bez ciągłego potwierdzania własnego sukcesu. Kilkanaście nagród Emmy, które wywędrowały z siedziby stacji, ozdabia teraz – wraz z różnymi innymi nagrodami i pochwałami utrwalonymi w rżniętym krysztale – jego dom. Wszystkie wyrażają uznanie dla George’a za umiejętną analizę kultury popularnej, za dostarczanie nam obrazu nas samych – w lekko krzywym zwierciadle, w formacie półgodzinnego sitcomu lub serwisu wiadomości.

Na środku stołu stał półmisek z pozostałością indyka. Sięgnąłem ponad ramieniem żony – ciężka taca się zachybotała. Zmobilizowałem siły i balansując w zgięciu drugiego łokcia naczyniem po zapiekance z brukselki z bekonem, pomyślnie wypełniłem misję.

Indyka, „pamiątkowego ptaka”, cokolwiek to znaczy, tak przyjemnie wymasowano, zrelaksowano i natarto ziołami, aż uległ przekonaniu, iż nie jest tak źle stracić w dorocznym rytuale głowę i być nadzianym przez kuper żurawinami i okruchami chleba. Hodowano go właśnie po to, z dokładnie ustaloną datą egzekucji.

Stałem w kuchni bratostwa, podskubując indycze mięso, a Jane w jasnoniebieskich rękawicach zmywała, po łokcie w pianie. Zagłębiłem palce w jeszcze ciepłym brzuchu ptaka, gdzie ostały się najlepsze kąski nadzienia. Wygarnąłem trochę i uniosłem do ust. Popatrzyła na mnie – usta miałem wilgotne i tłuste, a palce zwinięte w indyczym punkcie G, gdyby ptaki miały coś takiego – wysunęła ręce z wody, podeszła do mnie i pocałowała. Nie po przyjacielsku. Całus był poważny, wilgotny, pełen pożądania. Przerażający i nieoczekiwany. Zrobiła to, potem ściągnęła rękawice i wyszła z kuchni. Trzymałem się blatu, ściskając go tłustymi palcami. Mocno.

Podano deser. Jane spytała, czy ktoś chce kawy, i wróciła do kuchni. Chodziłem za nią jak pies. Chciałem jeszcze.

Ignorowała mnie.

– Ignorujesz mnie? – spytałem.

Nie odpowiedziała, a potem podała mi kawę.

– Pozwolisz mi na małą przyjemność, takie małe coś tylko dla mnie? – Umilkła. – Ze śmietanką i z cukrem?

Od Święta Dziękczynienia przez Boże Narodzenie aż do nowego roku wyobrażałem sobie wciąż, jak mój brat pieprzy Jane. George był na niej albo, przy specjalnej okazji, pod nią, a raz, gdy poniosła mnie fantazja, brał ją od tyłu – z oczami utkwionymi w naścienny telewizor, gdzie u dołu ekranu sunął pasek ze skrótem najnowszych wiadomości. Nie mogłem przestać o tym myśleć. Byłem pewien, że pomimo wdzięku i bezliku zawodowych osiągnięć George nie jest dobry w łóżku, a o seksie wie tyle, ile dowiedział się z magazynu czytanego ukradkiem na sedesie. Wyobrażałem sobie brata pieprzącego żonę – bezustannie. Ilekroć zobaczyłem Jane, stawał mi. Nosiłem workowate spodnie z zaszewkami z przodu i dwie pary bokserek, żeby ukryć zdradliwy entuzjazm. Zabiegi te zaokrąglały mi figurę, więc się martwiłem, że wyglądam, jakbym przytył.

Pod koniec lutego, tuż przed ósmą wieczór, dzwoni Jane. Claire jest nadal w biurze; zawsze jest w biurze. Ktoś inny podejrzewałby żonę o romans; ja zwyczajnie myślę, że Claire jest inteligentna.

– Potrzebuję twojej pomocy – mówi Jane.

– Nie martw się – odpowiadam, zanim się dowiem, z czym ma kłopot. Wyobrażam sobie, że dzwoni z kuchni, a długi spiralny kabel owija się wokół jej ciała.

– Jest na posterunku policji.

Patrzę na panoramę Nowego Jorku. Mieszkamy w nudnym, brzydkim powojennym budynku z białej cegły, ale wysoko, mamy duże okna i mały taras, na którym kiedyś siadaliśmy i jedliśmy grzanki na śniadanie.

– Nabroił?

– Na to wygląda – mówi. – Chcą, żebym po niego przyjechała. Możesz mnie wyręczyć? Możesz pojechać po brata?

– Nie martw się – powtarzam własne słowa.

Po kilku minutach jestem w drodze z Manhattanu do osady Westchester, którą George i Jane nazywają domem. Dzwonię do Claire z samochodu; odzywa się poczta głosowa.

Nagrywam się: „George ma kłopoty, muszę po niego jechać i odwieźć do domu, do Jane. Jadłem kolację, zostawiłem ci trochę w lodówce. Zadzwonię później”.

Bójka. Takie snuję przypuszczenia w drodze na posterunek. George ma to w sobie: impuls do reagowania z siłą wybuchu atomowego, ukryty pod powierzchnią do momentu, gdy coś go podrażni, a wtedy eksploduje, przewraca stół, wali pięścią w ścianę albo… Nieraz byłem ofiarą jego frustracji: powalał mnie na kolana uderzeniem piłką bejsbolową na wysokości nerek, w kuchni babci zagrodził mi dostęp do ostatniego kawałka murzynka i pchnął tak, że wybiłem plecami szybę. Wyobrażam sobie, że po pracy poszedł na drinka i zalazł komuś za skórę.

Trzydzieści trzy minuty później parkuję przed małym podmiejskim posterunkiem policji, białym pudełkiem z lat siedemdziesiątych. Wisi tam niestosowny w takim miejscu kalendarz z biuściastymi panienkami, jest słoik pełen cukierków i dwa metalowe biurka, które, gdy się je przypadkiem kopnie – tak jak ja to zrobiłem w tej chwili, przewracając pustą butelkę po dietetycznym dr. pepperze – zgrzytają jak rozbijające się samochody.

– Jestem bratem człowieka, w sprawie którego dzwoniono do jego żony – oznajmiam. – Przyjechałem w związku z George’em Silverem.

– Jest pan bratem?

– Tak.

– Dzwoniliśmy do żony, przyjedzie po niego.

– Zadzwoniła do mnie, przyjechałem, żeby go zabrać.

– Zamierzaliśmy go zawieźć do szpitala, ale nie chce. Powtarza, że jest niebezpieczny i powinniśmy go zabrać „do miasta”, zamknąć i skończyć z tym. Moim zdaniem temu człowiekowi potrzebny jest lekarz, z czegoś takiego nie wychodzi się bez szwanku.

– Wdał się w bójkę?

– Wypadek samochodowy, poważny. Raczej nie był pod wpływem, dmuchał w balonik i zgodził się oddać mocz, ale tak naprawdę powinien pójść do lekarza.

– Do wypadku doszło z jego winy?

– Przejechał na czerwonym świetle, wbił się w minivana. Mąż zginął na miejscu, żona jeszcze żyła – na tylnym siedzeniu, obok chłopca, który przeżył wypadek. Ekipa ratunkowa użyła nożyc do cięcia metalu, żeby ją uwolnić. Zaraz potem zmarła.

– Jej nogi wypadły z auta! – woła ktoś z biura w głębi.

– Chłopiec jest w dobrym stanie. Przeżyje – mówi młodszy policjant. – Pański brat jest na zapleczu. Pójdę po niego.

– Czy brat jest oskarżony o popełnienie przestępstwa?

– W tej chwili nie. Będzie dochodzenie. Funkcjonariusze ocenili, że na miejscu zdarzenia wyglądał na zdezorientowanego. Proszę go zabrać do domu, sprowadzić lekarza i adwokata, takie sprawy bywają paskudne.

– Nie chce wyjść – oznajmia młodszy policjant.

– Powiedz mu, że nie ma dla niego miejsca – mówi starszy. – Powiedz, że zaraz przyjadą prawdziwi kryminaliści i jeśli teraz nie wyjdzie, to mu w nocy zaszpuntują dekiel.

George zjawia się, rozmemłany.

– Dlaczego przyjechałeś? – pyta.

– Jane zadzwoniła, a poza tym to ty miałeś auto.

– Mogła wziąć taksówkę.

– Jest późno.

Idąc z George’em przez mały parking i dalej w ciemność, zmuszony wziąć go pod rękę i wieść za łokieć, nie jestem pewien, czy go podtrzymuję, czy powstrzymuję od ucieczki. W każdym razie nie odsuwa się, pozwala się prowadzić.

– Gdzie Jane?

– W domu.

– Wie?

Potrząsam głową.

– To było straszne. Widziałem światło.

– Widziałeś światło?

– Chyba widziałem, ale nie wiedziałem, po co jest.

– Nie dotyczyło ciebie?

– Nie wiedziałem. – George wsiada do auta. – Gdzie Jane? – pyta znowu.

– W domu – powtarzam. – Zapnij pas.

Wjeżdżam na podjazd, światła reflektorów przecinają dom i łapią Jane w kuchni, z dzbankiem kawy w ręku.

– Dobrze się czujesz? – pyta, gdy wchodzimy do środka.

– Jak mogę się dobrze czuć – mówi George.

Opróżnia kieszenie, wykładając ich zawartość na kuchenny blat. Zdejmuje buty, skarpetki, spodnie, bokserki, marynarkę, koszulę, podkoszulek i upycha wszystko do pojemnika na śmieci.

– Chcesz kawy? – pyta Jane.

Nagi George stoi, przechylając głowę, jakby nasłuchiwał.

– Kawy? – pyta ponownie Jane, wykonując gest dzbankiem.

George nie odpowiada. Przechodzi z kuchni przez jadalnię do salonu i siada w ciemnościach na krześle.

– Wdał się w bójkę? – pyta Jane.

– Miał wypadek. Zadzwoń do towarzystwa ubezpieczeniowego i do adwokata. Macie swojego adwokata?

– George, mamy adwokata?

– Potrzebuję adwokata? – pyta George. – Jeśli tak, dzwoń do Rutkowskiego.

– Coś z nim jest nie tak – stwierdza Jane.

– Zabił ludzi.

Zapada milczenie.

Jane nalewa George’owi kawy i zanosi do salonu razem ze ścierką, którą osłania mu genitalia, jakby rozkładała na kolanach serwetkę.

Dzwoni telefon.

– Nie odbieraj – ostrzega George.

– Halo – mówi Jane. – Przykro mi, nie ma go w domu, mam coś przekazać? – Słucha. – Tak, słyszę wyraźnie. – Rozłącza się. – Komuś drinka? – pyta nie wiadomo kogo, a potem nalewa sobie.

– Kto to był? – pytam.

– Przyjaciel tej rodziny – odpowiada, mając na myśli zabitych.

George, zgrabnie trzymając na podołku filiżankę, długo siedzi na krześle, ze ścierką osłaniającą męskość. Pod nim tworzy się kałuża.

– George – mówi błagalnie Jane, słysząc kapanie. – Przydarzył ci się mały wypadek.

Wiekowa suka Tessie wstaje z posłania, podchodzi i węszy.

Jane biegnie do kuchni i wraca z papierowymi ręcznikami.

– Zaraz zrobi się plama na podłodze – mówi.

Zachowujący cały czas obojętną minę George przypomina zrzuconą gadzią wylinkę. Jane zabiera mu filiżankę i podaje ją mnie. Podnosi wilgotną ścierkę z jego kolan, pomaga mu wstać i wyciera papierowymi ręcznikami nogi z tyłu i pośladki.

– Pomogę ci wejść na górę.

Przyglądam się, jak wchodzą po schodach. Widzę zwiotczałe ciało brata, lekko obwisły brzuch, kości bioder, miednicę, płaski tyłek – blada skóra jaśnieje w ciemnościach. Idą na górę, a ja widzę poniżej tyłka, pomiędzy nogami George’a, różowosiny saczek kołyszący się jak u starego lwa.

Siadam na ich kanapie. Gdzie moja żona? Czy Claire nie jest ciekawa, co się stało? Nie dziwi się, dlaczego nie ma mnie w domu?

W pokoju śmierdzi moczem. Mokre papierowe ręczniki leżą na podłodze. Jane nie wraca, żeby zetrzeć siuśki. Robię to za nią, a potem znów siadam na kanapie.

Wpatruję się przez mrok w starą drewnianą maskę z włosami z konopi, ozdobioną piórem i paciorkami, w to nieznajome oblicze, które Nate przywiózł ze szkolnej wycieczki do Afryki Południowej. Maska zdaje się odwzajemniać spojrzenie, jakby ktoś w niej mieszkał i chciał coś powiedzieć – milcząc szyderczo.

Nienawidzę tego salonu. Nienawidzę tego domu. Chcę wrócić do siebie.

Wysyłam esemesa do Claire, wyjaśniając, co się stało. Odpisuje: „Korzystam, że cię nie ma, i jeszcze siedzę w biurze; powinieneś chyba tam przenocować na wszelki wypadek”.

Posłusznie układam się do snu na kanapie, okrywając ramiona małym, śmierdzącym pledem. Suka Tessie układa się obok i grzeje mi stopy.

Rano nastaje czas pośpiesznych telefonów i ściszonych rozmów; z faksu wysuwa się kopia raportu z wypadku. Mamy zabrać George’a do szpitala, gdzie będą szukać przyczyny, ukrytego wyjaśnienia, które zdejmie z niego odpowiedzialność.

– Czy ja ogłuchłem, czy co się tu, kurwa, dzieje? – dopytuje się George.

– George – mówi wyraźnie Jane. – Musimy jechać do szpitala. Zapakuj torbę.

George pakuje torbę.

Podwożę ich. Brat siedzi obok, w wytartych sztruksach i flanelowej koszuli, którą ma od piętnastu lat. Jest nierówno ogolony.

Prowadzę trochę spięty, niepokojąc się, że jego zadowolenie pryśnie, coś sobie raptem przypomni, wybuchnie i spróbuje złapać kierownicę. Pasy są dobre, nie pozwalają na gwałtowne ruchy.

– „Głupek Simon na targ poszedł, spotkał pasztetnika. «Ty upiekłeś, ja spróbuję, prosta to logika» – podśpiewuje George. – Głupek Simon poszedł z wędką złapać wieloryba, wiadro wody wziął ze sobą, bo woda się przyda”. Uważaj – mówi do mnie – bo dostaniesz to, o coś się prosił.

W izbie przyjęć pogotowia szpitalnego Jane podchodzi do lady, podaje informację o ubezpieczeniu, raport policyjny i wyjaśnia, że wczoraj mąż uczestniczył w wypadku samochodowym, w którym zginęli ludzie, i na miejscu zdarzenia nie całkiem kojarzył, co zaszło.

– To nie tak! – ryczy George. – Ten kurewski SUV wyrósł przede mną jak biała chmura, nic poza nim nie widziałem, mogłem tylko wbić się w niego jak w tanie aluminium, w kurewską poduchę. Poduszka powietrzna rzuciła mnie w tył, przygwoździła, pozbawiła tchu, a gdy w końcu się wygramoliłem, zobaczyłem w tamtym aucie ludzi ściśniętych jak lazania. Chłopiec na tylnym siedzeniu zanosił się od płaczu. Miałem ochotę dać mu w nos, ale jego matka wytrzeszczała na mnie oczy.

Gdy to mówi, od tyłu podchodzą do niego dwaj potężni mężczyźni. Nie widzi, co się święci. Chwytają go. Jest silny. Wyrywa się.

Następnym razem widzimy go w klitce na tyłach izby przyjęć, z rękoma i nogami przywiązanymi do noszy.

– Wie pan, dlaczego pan tu jest? – pyta lekarz.

– Źle trafiłem – odpowiada George.

– Pamięta pan, co się stało?

– Raczej nigdy nie zapomnę. Z pracy wyszedłem około wpół do siódmej. W drodze do domu postanowiłem się zatrzymać i coś przegryźć. Normalnie tego nie robię, ale, przyznaję, byłem zmęczony. Nie widziałem jej. Kiedy się zorientowałem, że w coś uderzyłem, zatrzymałem się. Zostałem przy niej. Podtrzymywałem ją. Wyślizgiwała się spod siebie, ciekło z niej jak z zepsutego silnika. Zrobiło mi się niedobrze. Nienawidziłem jej. Za to, że jest taka zdumiona, szara, że tworzy się pod nią kałuża – nie wiedziałem nawet, skąd właściwie wypływa. Zaczęło padać. Zjawili się ludzie z kocami – skąd te koce? Słyszałem wycie syren. Objeżdżały nas auta, siedzący w nich ludzie się gapili.

– O czym on mówi? – pytam, zastanawiając się, czy to mnie się coś miesza, czy to jemu wszystko się pokręciło. – To nie było tak, to nie ten wypadek, może inny, ale nie ten.

– George – mówi Jane. – Czytałam raport policyjny, to nie było tak. Myślisz o czymś innym? O czymś, co ci się przyśniło albo co widziałeś w telewizji?

George tego nie wyjaśnia.

– Jakieś objawy psychiczne albo neurologiczne w przeszłości? – pyta doktor.

Kręcimy głowami.

– Jaka jest pana specjalność zawodowa?

– Prawo – mówi George. – Studiowałem prawo.

– Niech państwo zostawią go u nas – proponuje lekarz. – Zrobimy badania, a potem porozmawiamy.

Znowu nocuję w domu George’a i Jane.

Na drugi dzień, gdy jedziemy go odwiedzić, zastanawiam się na głos:

– Czy oddział psychiatryczny to dla niego odpowiednie miejsce?

– To są przedmieścia – odpowiada Jane. – Czy oddział psychiatryczny na przedmieściach może być niebezpieczny?

George jest sam w pokoju.

– Dzień dobry – wita go Jane.

– Naprawdę? Nic o tym nie wiem.

– Jadłeś śniadanie? – pyta, widząc stojącą przed nim tacę.

– To żarcie dla psów. Weź dla Tessie.

– Masz nieświeży oddech. Myłeś zęby? – pytam.

– Nie robią tego za ciebie? – odpowiada George. – Pierwszy raz jestem w psychiatryku.

– To nie jest szpital psychiatryczny – prostuje Jane. – Trafiłeś na oddział psychiatryczny.

– Nie mogę iść do łazienki – narzeka George. – Nie mogę się przejrzeć w lustrze… nie mogę.

W jego głosie pobrzmiewa nuta histerii.

– Mam ci pomóc? Mogę ci pomóc przy toalecie – proponuje Jane, otwierając zostawiony dla niego przybornik toaletowy.

– Nie zmuszaj jej do tego – wtrącam. – Nie jesteś małym dzieckiem, otrząśnij się, nie zachowuj się jak zombi.

George zaczyna płakać. Sam się sobie dziwię, jakim tonem do niego mówię. Wychodzę z pokoju. Jane moczy pod kranem myjkę.

Wieczorem, po pracy, do szpitala przyjeżdża Claire, przywożąc dla nas czworga chińszczyznę. Jak na kogoś o chińskich korzeniach Claire jest zadziwiająco mało wybredna, jeśli idzie o chińskie dania – dla niej nie różnią się od siebie, będąc jedynie wariacjami na temat. Podgrzewamy je w mikrofalówce z napisem: „Do użytku pacjentów, nie wkładać produktów lekarskich”. Myjemy ręce, korzystając z butelek z pieniącym się środkiem, umieszczonych na każdej ścianie w każdej sali. Uważam, żeby niczego nie odkładać, niczego nie dotykać – nagle ogarnia mnie lęk przed zjedzeniem śmiercionośnych bakterii. Zaglądam do swojej porcji i widzę robaczka, którego dyskretnie pokazuję Claire.

– To nie robak, to ziarno ryżu.

– To larwa – szepczę.

– Zwariowałeś.

Widelcem wydobywa ziarno ryżu.

– Czy ryż ma oczy? – pytam.

– To pieprz.

Claire ociera powieki.

– Gdzie to kupiłaś?

– W barze przy Trzeciej Alei, kiedyś go lubiłeś – przypomina.

– Tym zamkniętym przez wydział zdrowia? – pytam zaniepokojony.

– Czeka cię niezła wyprawa – przerywa nam Jane.

– Jadę na kilka dni do Chin – wyjaśnia Claire.

– Nikt nie jedzie do Chin na kilka dni – burczy George.

Claire jeździ.

George nie chce jeść, natomiast – w ramach samoudręczenia – wysysa prosto z plastikowych torebek ostrą musztardę. Nikt go nie powstrzymuje. Mam ochotę powiedzieć: „Dla mnie też”, ale nie robię tego.

– Kiedy wyjeżdżasz? – pyta Jane.

– Jutro.

Podaję George’owi kolejną paczuszkę musztardy.

Później, na osobności, Claire pyta mnie, czy George i Jane mają broń.

– Jeśli nie mają, powinni kupić – mówi.

– Co ty opowiadasz? Powinni mieć broń? Tak się traci życie, kupujesz broń, a potem ktoś do ciebie strzela.

– Chcę tylko powiedzieć, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby któregoś dnia Jane po powrocie do domu zastała tam rodzinę ludzi, których potrącił George. Zniszczył im życie, więc będą chcieli się zemścić. Zostań z nią, nie zostawiaj jej samej, Jane jest wrażliwa – radzi Claire. – Wyobraź sobie, że coś takiego przydarzyłoby się tobie. Gdybyś sfiksował, to nie chciałbyś, żeby ktoś był przy mnie i miał oko na dom?

– Mieszkamy w apartamencie z portierem. Gdybym zwariował, dałabyś sobie radę.

– To prawda. Gdyby coś ci się stało, dałabym sobie radę, ale Jane jest inna. Potrzebuje kogoś. Powinieneś też odwiedzić tego chłopca, który przeżył. Adwokat doradzi, żebyś tego nie robił, ale ty to zrób. George i Jane powinni wiedzieć, czego się spodziewać. Dlatego właśnie prowadzę sprawy chińskie – wyjaśnia Claire. – Cały czas myślę.

Puka się w skroń. Myśleć. Myśleć. Myśleć.

Tak więc nazajutrz odwiedzam chłopca, nie tyle z potrzeby dokonania niemożliwego szacunku, jak dużo będzie kosztować „naprawa” jego psychiki, ile z powodu familijnego poczucia winy. Zatrzymuję się w sklepiku z podarunkami, gdzie do wyboru są tylko różnokolorowe goździki, różańce i cukierki. Chłopiec leży w tym samym szpitalu co George, na oddziale pediatrii – dwa piętra wyżej. Siedzi w łóżku, wysoko podparty na poduszkach, je lody i nie odrywa oczu od telewizora – ogląda właśnie SpongeBoba Kanciastoportego. Ma około dziewięciu lat, jest pulchny, zrośnięte brwi gną się mu w kształt dużego M. Prawe oko jest podbite, na ogolonym placku z boku głowy wietrzy się mięsista fioletowa pręga szwów. Przekazuję prezenty siedzącej przy chłopcu kobiecie. Mówi, że mały ma się w miarę dobrze, zawsze ktoś przy nim jest, krewny albo pielęgniarka.

– Ile pamięta? – pytam.

– Wszystko. Pan jest z firmy ubezpieczeniowej?

Kiwam głową – czy kiwnięcie jest tożsame z kłamstwem?

– Masz wszystko, czego ci potrzeba? – pytam chłopca.

Nie odpowiada.

– Przyjdę za kilka dni – obiecuję. Pilno mi stamtąd wyjść. – Jeśli coś ci się przypomni, to mi powiesz.

Zabawne, jak szybko coś zmienia się w przyzwyczajenie, w codzienność. Mieszkam z Jane i jest tak, jakbyśmy bawili się w dom. Tego wieczoru wynoszę śmieci i rygluję drzwi; Jane przygotowuje coś do zjedzenia i pyta, czy wejdę na górę. Oglądamy telewizję i czytamy. Czytam to, co czytał George, jego gazety i magazyny, „Media Age”, „Variety”, „The Economist” i grubą biografię Thomasa Jeffersona leżącą przy łóżku.

Zdarza się wypadek, a potem zdarza się to. Nie tego samego wieczoru co kraksa ani tego, w którym wszyscy odwiedzamy szpital. Zdarza się to następnego wieczoru, dzień po tym, kiedy moja żona prosi, żebym nie zostawiał Jane samej, dzień po jej wyjeździe do Chin. Claire wyrusza w podróż, George’owi się pogarsza, a potem zdarza się to. Coś, co nie miało się nigdy zdarzyć.

Wieczorne odwiedziny w szpitalu nie udają się. George, nie wiadomo dlaczego, jest pod kluczem, w pokoju o wyściełanych ścianach, z rękoma przywiązanymi do ciała. Jane i ja na zmianę zaglądamy przez małe okienko. Wygląda żałośnie. Jane prosi, żeby ją wpuszczono, i nie ustępuje pomimo ostrzeżeń pielęgniarki. Wchodzi do niego, woła jego imię. Kiedy George podnosi głowę, odgarnia mu włosy, ociera zmarszczone czoło. On rzuca się na nią, przygniata swoim ciężarem i zaczyna gryźć – w twarz, w szyję, w ręce, w kilku miejscach do krwi. Wpadają pielęgniarze, ściągają go z niej. Jane zostaje odprowadzona na dół i opatrzona na izbie przyjęć. Oczyszczają jej rany, nakładają opatrunki i dostaje zastrzyk, jak przeciw wściekliźnie.

Wracamy do domu. Jane podgrzewa w mikrofali murzynki po sto kalorii porcja, nakładam na nie beztłuszczowe lody, ona psiuka bitą śmietaną bez kalorii, a ja zwieńczam czekoladową posypką. Jemy w milczeniu. Wynoszę śmieci, zdejmuję ubranie, które noszę od kilku dni, i wkładam piżamę brata.

Biorę bratową w objęcia. Chcę pocieszyć. Jestem w jego piżamie, Jane nadal jest ubrana. Niczego się nie spodziewam.

– Przepraszam – szepcę bezwiednie.

W chwilę potem tuli się do mnie, kładzie dłonie na biodrach i zsuwa spódnicę.

Kiedyś niewiele zabrakło, a powiedziałbym Claire o Święcie Dziękczynienia. Prawdę mówiąc, próbowałem jej o tym powiedzieć któregoś wieczoru po seksie, gdy czułem naszą bliskość. Kiedy zacząłem mówić, Claire usiadła, otuliła się kołdrą, a ja zrezygnowałem ze zwierzeń. Zmieniłem opowieść. Nie wspomniałem o pocałunku, jedynie o tym, że Jane się o mnie otarła.

„Stałeś jej na drodze, próbowała cię minąć, a nie się do ciebie dobrać” – uznała Claire.

Nie wspomniałem, że czułem, jak moja szwagierka zaciska uda, a czubek mojego penisa napiera na jej biodra.

„Tylko tobie przyszłoby do głowy, że z tobą flirtuje” – orzekła z odrazą Claire.

„Tylko mnie – przyznałem. – Tylko mnie”.

Jane przyciąga mnie do siebie; ma wąskie biodra. Moje dłonie wsuwają się do jej majtek. Nowa dżungla. Jane wzdycha. To, co czuję pod palcami, miękkość intymnych stref, jest niewiarygodne. I myślę – to nie dzieje się naprawdę – no bo jak?

Jej usta przywierają do mnie; sięga po coś, jakiś krem, w pierwszej chwili chłodny, potem ciepły. Głaszcze mnie, zagląda w oczy. I znów przywiera ustami. Nie sposób jej odmówić. Ściąga ze mnie piżamę, szybko mnie dosiada. Eksploduję.

Przesiąknięty jej zapachem, zbyt wstrząśnięty, by wziąć prysznic bądź zasnąć w ich łóżku, czekam, aż ona zaśnie, a wtedy schodzę na dół, do kuchni, i myję się płynem do zmywania. Jestem w kuchni brata o trzeciej nad ranem, moczę fujarę w jego zlewie, wycieram się ręcznikiem z napisem „Home Sweet Home”. Rano powtarza się to samo, gdy Jane znajduje mnie na kanapie, a potem znowu po południu, po odwiedzinach u George’a.

– Co ci się stało w rękę? – pyta nazajutrz mój brat, widząc zabandażowaną dłoń Jane. Jest z powrotem w swoim szpitalnym pokoju i nie pamięta nic z wczorajszego dnia.

Jane zaczyna płakać.

– Wyglądasz okropnie – mówi George. – Odpocznij.

– To trudny okres – wtrącam.

Tego wieczoru otwieramy butelkę wina i znów to robimy, tylko wolniej, z większym rozmysłem, świadomie.

Szpital go wypuszcza, a raczej George sam postanawia wyjść. Trudno w to uwierzyć, ale udaje mu się niepostrzeżenie opuścić szpital w środku nocy. Wraca do domu taksówką, za którą płaci pieniędzmi wygrzebanymi z dna kieszeni. Nie może znaleźć kluczy, więc dzwoni. Pies szczeka.

Może to właśnie usłyszałem – szczekanie psa.

A może brat nie zadzwonił do drzwi, może pies nie zaszczekał. Może George wyciągnął zapasowy klucz z zagłębienia w sztucznym kamieniu ogrodowym przy drzwiach i zakradł się do własnego domu cichcem niczym intruz.

Może wszedł na górę, zamierzając wsunąć się do łóżka, ale jego miejsce było zajęte. Nie wiem, jak długo tam stał. Nie wiem, jak długo trwało, zanim chwycił lampę po jej stronie łóżka i walnął ją w głowę.

Właśnie wtedy się obudziłem.

Ona krzyczy. Jeden cios nie wystarcza. Próbuje wstać; lampa nawet nie pękła. George patrzy na mnie, znów podnosi lampę i robi zamach. Porcelanowy wazon będący jej podstawą rozbija się na głowie Jane. Zdążyłem już wyskoczyć z łóżka. George ciska na bok resztki lampy – krew spływa mu po palcach – chwyta telefon i rzuca go w moim kierunku.

– Wezwij! – rozkazuje.

Stoję naprzeciw brata, w jego piżamie. Jesteśmy tacy sami, jak dwóch mimów, tak samo gestykulujemy, mamy takie same twarze, rodzinną szczękę, czoło po ojcu, te same wewnętrzne sprzeczności. Gapię się na niego, nie wiedząc, co z tego wyniknie. Niepokojący chrapliwy odgłos mobilizuje mnie, wybieram numer.

Niechcący upuszczam telefon. Kiedy się pochylam, żeby go podnieść, brat kopie mnie mocno w podbródek. Głowa odskakuje mi do tyłu. Przewracam się, a on opuszcza pokój. Widzę pod wierzchnim okryciem szpitalną koszulę, wystającą jak jakiś ogon. Słyszę ciężkie kroki, gdy George schodzi na dół. Jane wydaje alarmujący jęk. Macam po podłodze, przyciągam telefon i wybieram 0. Wybieram 0, jakbym był w hotelu i spodziewał się, że ktoś odbierze. Rozpoczyna się długie nagranie, rozbudowane objaśnienie tego, co może zdziałać przycisk 0. Zdaję sobie sprawę, że będzie się tak wlokło do usranej śmierci, nim odezwie się ktoś żywy. Rozłączam się i po kilku próbach udaje mi się roztrzęsioną ręką wybrać 911.

– Pobito kobietę. Pośpieszcie się – mówię i podaję adres.

Dźwigam się na nogi, idę do łazienki, biorę myjkę, jakby to mogło coś pomóc, jakbym mógł nią zetrzeć krew. Nie wiem nawet, od czego zacząć; jej głowa to miazga z krwi, włosów, kości, kawałków lampy, więc trzymam myjkę i czekam.

Trwa to w nieskończoność. Pierwszy podjeżdża wóz strażacki. Cały dom się trzęsie. Zostawiam Jane i podchodzę do okna. Idą przez trawnik w pełnym rynsztunku, w hełmach i kurtkach, zabezpieczeni przed wodą ze zraszacza, który wyłączy się o świcie.

Nie wiem, czy drzwi otwiera im George, czy sami wchodzą.

– Na piętrze! – krzyczę.

Po chwili są przy niej. Jeden stoi z boku i mówi do radionadajnika, jakby składał sprawozdanie.

– Mamy kobietę w średnim wieku, otwarta rana głowy z tkanką na wierzchu. Przynieście długie nosze, tlen, torbę lekarską, potrzebna karetka i policja. Kim jest ta kobieta? – pyta mnie.

– To Jane. Żona mojego brata.

– Ma pan jej prawo jazdy albo inny dokument tożsamości?

– Torebka jest na dole.

– Ważne informacje o zdrowiu, alergie, inne choroby?

– Czy Jane ma jakieś kłopoty ze zdrowiem?! – wołam nad schodami.

– Od uderzenia lampy w głowę – odpowiada mój brat.

– Coś jeszcze?

– Wpierdziela witaminy – mówi George.

– Jest w ciąży? – pyta strażak.

Od tego pytania robi mi się słabo.

– Nie powinna – mówi George, a ja mimo woli domyślam się napięcia w jego słowach.

– Ustabilizujcie szyję – mówi jeden ze strażaków.

– To nie szyja, to głowa – mówię.

– Niech pan się odsunie – poleca ten z radionadajnikiem.

Przyjeżdża pogotowie, podsuwają pod Jane pomarańczowe nosze, przytwierdzają ją do nich czymś, co wygląda na zwykłą taśmę, i owijają głowę gazą. Przypomina mumię, ofiarę wojny, a może uczestniczkę zjazdu Szpitalników.

Pomrukuje gardłowo, kiedy pięciu strażaków wynosi ją, zostawiając resztki sterylnych opatrunków i ślady butów. Kiedy biorą zakręt, uderzają w poręcz, która pęka z trzaskiem.

– Przepraszamy.

Szybciej, niż można się spodziewać, wychodzą kuchennymi drzwiami i ładują się od tyłu do karetki.

George pije w kuchni kawę. Ma krew na rękach, jakieś drobiny przyklejone do twarzy, okruchy lampy – odłamki.

– Nie parkować na trawie – mówi do pierwszego policjanta, który się zjawia. – Proszę przekazać podkomendnym.

– Który z panów to pan Silver? – pyta policjant. Pewnie detektyw, bo nie w mundurze.

Obaj równocześnie unosimy rękę.

– Ja.

– Wasze dokumenty tożsamości.

George gmera, jakby szukał papierów, szpitalny fartuch aż fruwa.

– Jesteśmy braćmi – mówię. – Ja jestem starszy.

– Więc kto, komu i co zrobił?

Detektyw już wyjął notes.

George pociąga łyczek kawy. Ja milczę.

– To proste pytanie. Tak czy owak zdejmiemy odciski z lampy. Odciski! – woła detektyw. – Weźcie całą ekipę. – Kaszle. – No więc… czy w domu jest ktoś jeszcze? Mamy szukać? Jeżeli to nie jeden z was przydzwonił jej lampą, to może osoba, która to zrobiła, nadal przebywa w domu, a może jest gdzieś jeszcze jedna ofiara.

Urywa, czekając na jakiś odzew.

Odpowiada mu tykanie kuchennego zegara. Niemal odchodzę od zmysłów, kiedy wyskakuje kukułka i kuka – kuku, kuku, kuku – sześć razy.

– Przeczesać dom! – woła detektyw do swoich ludzi. – Sprawdźcie, czy nie ma nikogo więcej. Dowody do torebek. To dotyczy również lampy. – Zwraca się do nas. – Jest poniedziałek rano, wstałem z łóżka, żeby tu przyjechać. Żona daje mi w każdy poniedziałek rano, o nic nie pytając, bo lubi, żebym tydzień zaczynał w dobrym humorze, dlatego nie liczcie na moją sympatię.

– Co ty sobie, do kurwy nędzy, myślisz, chuju, kurwa twoja mać! – wybucha George.

Dwóch rosłych policjantów blokuje drzwi kuchni. Raptem nie ma jak stamtąd wyjść.

– Zakujcie go – rozkazuje detektyw.

– Ja nie do pana – wyjaśnia George. – Mówiłem do brata. – Patrzy na mnie. – To jest moja piżama. Zrobiłeś to.

– Tym razem nie będę mógł ci pomóc – mówię.

– Popełniłem przestępstwo? – pyta George.

– Trudno powiedzieć – odpowiada policjant, zakładając mu kajdanki.

– Dokąd go zabieracie? – pytam.

– A gdzie konkretnie mielibyśmy go zabrać?

– Był w szpitalu. Musiał stamtąd wyjść wczoraj wieczorem. Pod spodem ma szpitalną koszulę, widzicie?

– Znaczy uciekł?

Kiwam głową.

– Jak się dostał do domu?

– Nie wiem.

– Na piechotę, w ciemnościach, kurwa mać. Cipolizie!

Karetka zabiera Jane, policja zabiera George’a, a ja zostaję z policjantem, który czeka na ekipę kryminalistyczną. Zaczynam wchodzić na górę, policjant mnie zatrzymuje.

– Miejsce zbrodni – wyjaśnia.

– Ubranie – mówię, poruszając nogawkami piżamy, która tak naprawdę należy do George’a.

Odprowadza mnie do sypialni, która wygląda jak po przejściu tornada – na podłodze rozbita lampa, krew, skotłowana pościel. Zdejmuję piżamę i bez słowa pożyczam czyste ubranie brata, wiszące na drzwiczkach szafy w plastikowej torbie z pralni chemicznej.

– Brudne rzeczy zostawi pan w pokoju – poleca policjant. – Nigdy nie wiadomo, co się okaże.

– Racja – odpowiadam i schodzimy na dół.

Z policjantem za plecami czuję się dziwnie, jak podejrzany. Przychodzi mi na myśl, że dobrze byłoby zadzwonić do adwokata George’a i powiadomić go o rozwoju wypadków, ale nie pamiętam jego nazwiska. Zastanawiam się też, czy policjant mnie obserwuje, czy powinienem wystrzegać się szybkich ruchów, nie sięgać po coś i tak dalej. No i jak mam się od niego uwolnić, by zadzwonić na osobności?

– Włożę pranie do suszarki.

– Pan zaczeka – powstrzymuje mnie policjant. – To może pan zrobić później. Mokre ubranie zostaje mokre.

– Dobra. – Siadam przy kuchennym stole, biorę telefon do ręki i przeglądam nazwiska dzwoniących w nadziei, że znajdę nazwisko adwokata, które zabrzmi znajomo. No i proszę… Rutkowsky. – Mogę zadzwonić?

– To pan płaci.

– Mogę wyjść na dwór?

Policjant kiwa głową.

– Dzwonię nie w porę? – pytam, kiedy odbiera adwokat Rutkowsky.

– Kto mówi?

– Silver, Harry Silver, brat George’a Silvera.

– Właśnie jadę do sądu.

Stoję na podwórku przed domem, boso na wilgotnej trawie.

– Zdarzyło się to i owo. – Milknę. – Wczoraj wieczorem George wyszedł ze szpitala, Jane jest ranna, oberwała lampą w głowę. Jest tu policja, czekają na ekipę kryminalistyczną i…

– Skąd pan się tam wziął?

– Poproszono mnie, żebym na czas, kiedy brat jest w szpitalu, dotrzymał jej towarzystwa.

– Gdzie jest Jane?

– Zabrano ją do szpitala.

– A George?

– Jego też zabrano.

– Czy wygląda to na poważne przestępstwo?

– Tak.

– Kiedy przyjadą policjanci, proszę za nimi chodzić i nie odstępować ich na krok, nawet jeśli każą panu odejść. Niech niczego nie przestawiają, a jeżeli poproszą, żeby pan czegoś dotknął albo coś przesunął, ręce do kieszeni. Mogą robić zdjęcia, mogą podnosić przedmioty pęsetami i wkładać je do torebek.

– Sąsiedzi gapią się przez okna.

– Przyjadę o wpół do piątej. Do tego czasu proszę niczego nie zmieniać na miejscu wypadku.

– Na wypadek gdybym nie wrócił, zostawię klucz pod sztucznym kamieniem przy drzwiach wejściowych.

– A dokąd się pan wybiera?

– Do szpitala.

– Pan poda numer swojej komórki, a nuż będę pana potrzebował.

Podaję mu numer i się rozłącza. W głowie słyszę głos Jane: „Kondomy?”.

Tak. Ale gdzie teraz są? Przepadły, zużyte, skończone, wrzucone do kubła na śmieci, pełne lagru.

Wracam do domu.

– Wolno zaparzyć świeżą kawę?

– Nie powstrzymam pana – mówi policjant. – Ten pies był tu cały czas? – Wskazuje Tessie, która ma sucho w misce i zlizuje wodę z moich stóp.

– To Tessie.

Nalewam jej świeżej wody i sypię karmę.

Ekipa kryminalistyczna przebiera się na trawniku przed domem. Rozkładają białe jednorazowe polietylenowe kombinezony i nakładają je, wraz z ochraniaczami stóp i lateksowymi rękawiczkami, jakby czekała ich operacja wysokiego ryzyka.

– No nie, to niekonieczne – zapewniam. – Niczym nie zarażamy, a dywan już jest zniszczony.

Nie reagują.

– Ktoś chce kawy? – pytam, unosząc kubek. Zwykle nie piję kawy, ale tego ranka to już moja czwarta; mam swoje powody. Posłusznie chodzę za nimi z pokoju do pokoju. – Używacie taśmy i zapisu cyfrowego?

– Tak – odpowiada fotograf, trzaskając zdjęcia.

– To bardzo ciekawe. Skąd pan wie, co fotografować?

– Przepraszam, mógłby się pan odsunąć?

Przed odejściem ekipy policjant wyjmuje notes.

– Jeszcze parę pytań, zanim pójdę. W tej historii jest kilka białych plam, dziur.

– Na przykład?

– Czy uprawiał pan z nią seks, kiedy brat wrócił do domu?

– Spałem.

– Miał pan romans z żoną brata?

– Jestem tu, ponieważ brat był w szpitalu.

– A pańska żona?

– Jest w Chinach. To ona podsunęła pomysł, żebym nocował u żony brata.

– Jakie są pańskie stosunki z bratem?

– Bliskie. Pamiętam, kiedy kupili ten dom. Pamiętam, jak pomagałem im wybierać rzeczy, kafelki do kuchni. Po wypadku pocieszałem Jane.

Policjant zamyka notes.

– No dobrze, wiemy, gdzie pana znaleźć.

Po jego wyjściu na stoliku w holu znajduję torebkę Jane, grzebię w niej, chowam do kieszeni komórkę, klucze od domu i – nie wiadomo dlaczego – szminkę. Przedtem jednak zdejmuję z niej osłonkę i przeciągam pomadką Sweet Fuchsia po wargach.

Z samochodu dzwonię do Claire w Chinach.

– Zdarzył się wypadek, Jane jest ranna.

– Mam jutro przyjechać?

W Chinach jutro jest dzisiaj, a tu, gdzie jest dzisiaj, tam jest jutro.

– Zostań, gdzie jesteś – odpowiadam. – To zbyt skomplikowane.

Dlaczego Claire tak chętnie mnie puściła? Dlaczego pchnęła mnie w ramiona Jane? Chciała mnie wypróbować? Naprawdę aż tak mi ufała?

– Jadę teraz do szpitala, zadzwonię, kiedy dowiem się czegoś więcej. – Milknę. – Jak tam praca?

– Świetnie. Kiepsko się czuję, zjadłam coś dziwnego.

– Może robaka?

– Zadzwoń później.

Przyjeżdżam do szpitala i dowiaduję się, że Jane jest na operacyjnym, a George wciąż w izbie przyjęć, na jej tyłach, przywiązany do noszy.

– Głupi chuju – wita mnie, kiedy odsuwam zasłonkę.

– Co z twoją twarzą?

Wskazuję świeże szwy nad jego okiem.

– Prezent powitalny.

– Nakarmiłem psa, odczekałem, aż policja zrobi swoje, i zadzwoniłem do twojego prawnika. Przyjdzie później.

– Nie chcą przyjąć mnie z powrotem, bo niby „uciekłem”. Nikt mi nie powiedział, że jak się stąd wychodzi, to potrzebne jest jakieś pozwolenie.

Przychodzi salowa z wiadrem i mopem z metalowym drążkiem.

– Zaraźliwy? – pyta.

– Śmiało – zachęcam. – Nie, jest agresywny.

Młody lekarz wjeżdża z dużym podświetlonym szkłem powiększającym.

– Jestem Chin Chow – przedstawia się. – Przyszedłem wyskubać panu twarz.

Nachyla się i zaczyna wyskubywać odłamki szkła.

– Nie masz piersi – mówi do niego George.

– I bardzo dobrze – odpowiada Chin Chow.

Idę do pokoju pielęgniarek.

– Brat ma szwy na głowie. Nie miał ich, wychodząc dziś rano z domu.

– Zanotuję, że chce pan porozmawiać z lekarzem.

Wracam do George’a. Jego twarz wygląda jak kawałek płótna w krwistoczerwone grochy.

– Chow Fun mnie, kurwa, wyskubał, próbował zmusić do wyznań: „Ach, co pana dziś do nas sprowadza? Nocna awantura w domu?”. Robił mi bez znieczulenia dziury w twarzy. „Dosyć”, mówiłem sto razy, „dosyć, dosyć, dosyć!”. „Ach, co za duże dziecko, marudzi i marudzi. Pan jest duży chłopiec, znoś pan to po męsku”. To nie lekarz, to tajny agent, próbował wycisnąć ze mnie wyznanie.

– Naprawdę? Po prostu z tobą rozmawiał. Wątpię, czy wie, dlaczego tu jesteś.

– Ależ wie, powiedział, że poczyta o mnie w „New York Post”.

George zaczyna płakać.

– Och, daj spokój, nie zaczynaj.

Bełkocze jeszcze chwilę, prycha, pociąga nosem i przestaje.

– Powiesz mamie?

– Twoja żona ma operację mózgu, a ty pytasz, czy powiem mamie?

– Powiesz?

– A jak myślisz?

Milczy.

– Kiedy ostatni raz widziałeś się z mamą?

– Kilka tygodni temu.

– Kilka tygodni?

– Może miesiąc.

– Ile miesięcy?

– Nie wiem, do cholery! Powiesz jej?

– A po co? Nieraz nawet nie wie, kim jest. Zrobię tak: jeżeli o ciebie spyta, powiem, że cię przeniesiono za granicę. Wyślę jej herbatę od Fortnuma i Masona, niech myśli, że wciąż jesteś szychą.

George wierci się na noszach.

– Podrap mnie w tyłek, co? Nie dosięgnę. Równy z ciebie chłop. – Wzdycha z ulgą. – Równy chłop, ale i skończony sukinsyn.

Kiedy salowa przynosi lunch, George, mimo przywiązanych rąk i nóg, wykręca się tak, że kolanami strąca tacę ze stolika na podłogę.

– Po jednej na pacjenta – komunikuje salowa. – Spróbujemy jutro.

– Podłączcie kroplówkę, żeby się nie odwodnił – zarządza natychmiast pielęgniarka.

– Oni tu się nie obcyndalają – mówię, kiedy pielęgniarka z igłą w ręku, w czteroosobowej męskiej obstawie, odsuwa zasłonkę. – Skoro mowa o lunchu, to idę do baru.

– Dzisiaj może nie umrzesz, ale kiedyś obedrę cię ze skóry – zapowiada George.

– Przynieść ci coś? – wpadam mu w słowo.

– Ciasteczka z kawałkami czekolady.

Idę obok wyłożonego w barze jedzenia, okrążając parujące pojemniki z warzywami, makaronowymi nadziewanymi muszlami, klopsami, kanapkami na zamówienie, pizzą, pączkami, płatkami; robię rundę i kończę z pustą tacą. Ruszam w drugi obchód, biorę pomidorową z ryżem, paczkę krakersów Goldfish i karton mleka.

Rozrywam opakowanie, pomarańczowe krakersy uciekają, zaśmiecając stół i podłogę. Zbieram, co się da. Różnią się od tych, które pamiętam. Nie wiem, czy w ogóle się zmieniły, czy może jest to wada paczki ze stu kaloriami, ale są mniejsze, bardziej płaskie i robią miny. Pływają na boku, łypią na mnie jednym okiem i uśmiechają się idiotycznie, półgębkiem.

Jem, myśląc o „robaku” w chińskim jedzeniu, o sprzedawcy w delikatesach niedaleko mojego mieszkania, który mówi „pomidolowa zliże”. Jem, przywołując w pamięci garnek z zupą na kuchence matki, błonę tworzącą się na wierzchu, kiedy zupa stygła, i to, jak matka bezwiednie nakładała mi ciągliwy glut, który zjadałem, wyobrażając sobie zawsze, że to krew.

Jem zupę, udając, że to krew, udając, że poddaję się transfuzji, podczas gdy Jane na górze przechodzi „kraniotomię i ewakuację” – takich właśnie słów użyli. Wyobrażam sobie chirurgiczny odkurzacz z nierdzewnej stali odsysający okruchy porcelany i kości. Wyobrażam sobie, jak Jane wychodzi z tego uzbrojona w stalowe płytki i musi nosić dzień i noc futbolowy kask.

Czy w ogóle wiedziała, co się dzieje? Czy ocknęła się z myślą: „To nieprawda, to jakiś straszny sen”, i czy potem, po tym wszystkim, jej czaszkę rozrywał pulsujący ból? Pomyślała: „Na głowie mam bałagan”?

Jest w bloku operacyjnym, a w niej pływa jak oszalałe moje rozlane nasienie. Robiliśmy to z zabezpieczeniem, ale także bez. Ktoś odkryje, że pływam w jej wnętrzu? Potrzebuję adwokata?

Zupa mnie rozgrzewa, przypominając, że od ostatniego wieczoru nic nie jadłem. Mija mnie mężczyzna z podbitymi oczami, niesie tacę z lunchem, a ja myślę o tym, jak ojciec z błahego powodu przyłożył kiedyś mojemu bratu, powalając go na łopatki. „Żebyś wiedział, kto tu rządzi!”.

Myślę o George’u: o zagłębieniu w gipsowej ścianie po napełnionej kawą rozbitej filiżance, która, kiedy się „potknął”, w niewytłumaczalny sposób wyfrunęła mu z ręki. Myślę o tym, co opowiedziała mi kiedyś Jane o ich wyprawie na niedzielny lunch. George, cofając się na podjeździe, uderzył w pojemnik na śmieci i tak się rozzłościł, że zaczął jeździć po nim w tę i z powrotem, zmieniając co chwila biegi, aż dziećmi rzucało na wszystkie strony, i przestał dopiero, kiedy Ashley zwymiotowała. Czy podobne wybuchy agresji skierowanej przeciw przedmiotom są sygnałem, że ktoś taki pewnego dnia zabije własną żonę? Czy naprawdę wiążą się z tak silnym szokiem?

W szpitalnej toalecie, myjąc ręce, patrzę w lustro. W odbiciu, które widzę, rozpoznaję nie tyle siebie, ile swojego ojca. Kiedy tu się zjawił? Nie ma mydła; wcieram środek dezynfekujący w twarz – piecze. Niewiele brakuje, bym, usiłując go spłukać, utopił się w umywalce.

Kapie mi z twarzy, mam mokrą koszulę, a podajnik papierowych ręczników jest pusty. Czekając, aż wyschnę, kluczykiem od samochodu wydrapuję na ścianie z pustaków imię Jane.

Omal mnie na tym nie przyłapuje pracownik szpitala, ale atakuję go pierwszy pytaniem:

– Dlaczego nie ma papierowych ręczników?

– Już ich nie używamy, ze względów ekologicznych.

– Ale ja mam mokrą twarz.

– Pan się wytrze papierem toaletowym.

Tak robię – papier czepia się zarostu, więc wyglądam, jakbym przeszedł przez papierotoaletową zamieć.

W poniedziałek, późnym popołudniem, Jane opuszcza blok operacyjny. Wiozą ją korytarzem podłączoną do dużego mechanicznego respiratora, z głową zawiniętą jak u mumii, podsiniałymi oczami. Jej twarz przypomina mięso. Spod przykrycia wychodzi rurka, przy końcu łóżka wisi woreczek na mocz.

Całowałem ją tam zeszłej nocy. Powiedziała, że nikt nigdy tego nie robił, więc znów ją pocałowałem, głęboko. Dogodziłem jej. Użyłem języka – nikt nigdy się nie dowie.

Powtarzam sobie, że zrobiłem, co mi kazano. Claire kazała mi zostać. Jane mnie pragnęła – przyciągnęła do siebie. Czemu jestem taki słaby? Czemu chcę zwalić winę na kogoś? Zadaję sobie pytanie: „Czy w ogóle pomyślałeś, że winieneś się powstrzymać, ale nie zrobiłeś tego, akurat w tym momencie nie mogłeś?”. Teraz rozumiem znaczenie słów „tak wypadło”. Ot, wypadek.

Lekarz mówi, że jeżeli Jane przeżyje, nigdy nie będzie taka jak przedtem.

– W krótkim czasie, gdy tu była, nastąpiło pogorszenie. Wycofuje się, zapada w siebie. Oczyściliśmy ranę i wywierciliśmy otwory, robiąc miejsce na opuchliznę. Rokowania są złe. Czy powiadomiono rodzinę? Dzieci?

– Nie – odpowiadam. – Są w szkole z internatem.

– Proszę je zawiadomić – poleca lekarz i odchodzi.

Zadzwonić bezpośrednio do dzieci czy najpierw do ich szkół? Najpierw do dyrektorów i wyjaśnić: „Matka jest w stanie śpiączki, ojciec w kajdankach, więc może przerwie pan/pani jemu/jej cichą naukę i poleci się spakować”. Mam od razu wyłożyć kawę na ławę i powiadomić, jak okropna jest sytuacja – w środku dnia oznajmić tym dzieciakom, że życie, jakie znały do tej pory, się skończyło?

Najpierw łączę się z bratanicą.

– Ashley – zaczynam.

– Chodzi o Tessie? – pyta, nim cokolwiek powiem.

– O twoich rodziców – mówię zająkliwie.

– Rozwodzą się?

Zaczyna płakać, nim mogę coś dodać, i jakaś koleżanka przejmuje telefon.

– Ashley nie może teraz rozmawiać.

Bratanka zaś informuję:

– Twój ojciec zwariował. Może powinieneś wrócić do domu, chyba że nie chcesz, chyba że w ogóle nie chcesz do niego wracać. Pamiętam, jak twoi rodzice go kupili, jak dobierali rzeczy.

– Nie bardzo rozumiem.

– Twoja matka miała wypadek – mówię, rozważając, czy powinienem mu powiedzieć, jak poważny jest jej stan.

– Czy to tata? – pyta.

Zaskakuje mnie bezpośredniość jego pytania.

– Tak. Twój ojciec uderzył ją lampą. Próbowałem to powiedzieć twojej siostrze, ale mi się nie udało.

– Zadzwonię do niej – obiecuje.

Czuję ulgę, że nie muszę znów przez to przechodzić.

Stoję w pustym korytarzu zalanym zmęczonym fluorescencyjnym światłem. W moją stronę idzie człowiek w białym kitlu; uśmiecha się. Wyobrażam sobie, że to zły czarnoksiężnik, który zrywa kitel i odsłania togę sędziego. „Czy podobna, by brat wiedział, że posuwasz jego żonę, i dlatego wstał z łoża boleści i dotarł do domu?”.

– Na razie wstrzymam się od komentarzy. Z powodu tego wszystkiego już i tak źle się czuję – mówię na głos w korytarzu, choć nikt mnie nie słucha.

Przechodzę do poczekalni dla rodzin. Dzwonię.

– George uderzył Jane lampą – informuję matkę Jane.

– To straszne – mówi, nieświadoma powagi moich słów. – Kiedy to się stało?

– Wczoraj wieczorem. Twój mąż w domu?

– Oczywiście – odpowiada, lekko niepewnym głosem.

Słyszę w tle jego głos.

– Kto dzwoni?

– Brat twojego zięcia – wyjaśnia. – Coś się stało Jane.

– Co się stało Jane? – pyta, biorąc słuchawkę.

– George uderzył ją w głowę lampą.

– Zamierza wnieść oskarżenie?

– Najprawdopodobniej umrze.

– Takich rzeczy nie mówi się dla żartu.

– Ja nie żartuję.

– Sukinsyn!

Chcę iść do domu. Chcę odzyskać dawne życie. Miałem je. Kiedy to się zdarzyło, byłem w trakcie czegoś, prawda? Co robiłem? Nie mam przy sobie terminarza, ale coś musiało w nim być: wizyta u dentysty, kolacja z przyjaciółmi, zebranie na wydziale. Który to dziś dzień? Spoglądam na zegarek. Za pięć minut zaczynam zajęcia. Dwudziestu pięciu studentów wejdzie jeden za drugim do sali, usiądzie na swoich miejscach i zacznie się wiercić, bo się nie przygotowali, nie przeczytali tego, co należało przeczytać. Temat kursu – Nixon: Duch w Machinie, badanie niezbadanego. Siedzą jak idioci, czekając, aż im wszystko objaśnię, nakarmię ich wiedzą. Tkwiąc w odrętwieniu na swoich grzędach, układają listy do dziekana. Jeden się poskarżył, iż wymaga się od niego pisania na zajęciach, inny obliczył, ile kosztuje każde z dwudziestu dwóch spotkań w semestrze, i zrobił listę rzeczy, które mógłby kupić za tę albo mniejszą kwotę.

Muszę skalkulować, ile dolarów wart jest stres wytrzymywania ich tępych spojrzeń przez półtorej godziny dwa razy w tygodniu, ich przychodzenia na mój dyżur, pytań „Co nowego?”, jakbyśmy byli za pan brat, rozsiadania się tak, jakby to miejsce było ich własnością, mówienia mi, że nie mogą „załapać, w czym rzecz”. Przed odejściem chcą jeszcze pogłaskania po główce i zapewnienia, ot tak, bez powodu: „Dobry z ciebie dzieciak”. Zachowują się nonszalancko, jakby wszystko im się należało – ja za taką postawę w wieku dorastania dostałbym reprymendę i szlaban na tydzień.

Przez wszystkie lata nauczania nie zdarzyło się, żebym nie przyszedł na zajęcia, a przekładałem je tylko dwa razy, z powodu kanałowego leczenia zęba i ataku woreczka żółciowego.

Dzwonię na uniwersytet, dzwonię na swój wydział, dzwonię do sekretariatu dziekana szkoły, z którą jestem związany – wszędzie odpowiada automatyczna sekretarka. Nie mogę złapać żywej osoby. Co będzie, jeśli się nie zjawię, jak długo będą tam siedzieć? Dzwonię do biura ochrony.

– Mówi profesor Silver. Mam pilną sprawę.

– Potrzebuje pan pomocy medycznej?

– Już jestem w szpitalu, a za dwie minuty powinienem zacząć zajęcia. Czy ktoś mógłby tam pójść i wywiesić na drzwiach kartkę z informacją dla studentów, że odwołałem zajęcia?

– Ktoś od nas?

– Tak.

– To nie nasza sprawa.

Próbuję z innej mańki.

– Ależ jak najbardziej wasza. Jeśli nikt się nie zjawi, jeśli nie zainterweniuje nikt z władz, może dojść do zamieszek. To zajęcia z politologii, rozumie pan, co to znaczy? Do głosu dochodzą radykalne idee, studenci czują się silni. Pomni pan moje słowa.

– Co ma być na tej kartce?

– Profesor Silver ma pilną sprawę rodzinną i nie będzie na zajęciach. Przeprasza i obiecuje, że wynagrodzi to studentom.

– No dobrze, który to budynek i sala?

– Mógłby pan sprawdzić? Nigdy nie pamiętam nazw budynków ani numerów sal.

– Chwileczkę… Silver nie ma dziś zajęć. Jest pan w Szkole Humanistycznej, pańscy studenci mają wolne. Impreza na plaży…

– Och, zapomniałem. Po prostu zapomniałem. Dziękuję.

Miałem jakieś życie. Coś robiłem.

Tego samego dnia spotykam się w domu z prawnikiem. Przyjeżdża jednym samochodem, a drugim jego ludzie. Niosą ciężkie walizki, przypominają ekipę od dezynsekcji.

– Po schodach i na prawo – wysyłam ich na górę.

– Co tu się stało, u licha?!

– Jak to co się stało?

– Ale bardak!

– Zabronił mi pan czegokolwiek dotykać! – krzyczę z dołu.

– Co za smród!

Tessie idzie za mną. W połowie drogi uderza mnie odór.

– Nasrane! – sarka prawnik.

Pies ma minę winowajcy.

Tessie, pozostawiona sama w domu, zrobiła własne porządki: zlizała z podłogi krew Jane, zostawiając różowawe ślady, a potem zafajdała łóżko.

Patrzy na mnie, jakby chciała powiedzieć: „Tu był dom wariatów. Coś musiało się stać”.

– Już dobrze, psinko – mówię i schodzę na dół po pudełko plastikowych worków.

Pies oddał mi przysługę. Zatarł wszelkie ślady, jakie mogły pozostać na pościeli. Wpycham pościel do dwóch worków, otwieram okna i psiukam lizolem.

Zabrano śmieci. Prawnik i jego świta odchodzą.

– Kiepsko to wygląda – mówi jeden z jego ludzi do drugiego.

– Serio, Sherlocku?

Stoję w kuchni, obsesyjnie myśląc o pościeli: Wystarczy wyrzucić ją do śmieci? Czy wywożąc pościel na wysypisko, wzbudziłbym podejrzenia? A gdybym spróbował ją spalić? Wysłałaby sygnały dymne widoczne na wiele kilometrów dokoła?

Wykręcam numer do firmy Szybka Dostawa Materacy.

– Jak szybko dostarczycie nowy materac?

– Dokąd?

– Sycamore sześćdziesiąt cztery.

– A jakiego pan szuka? Wybrał pan coś konkretnego: Serta, Simmons, luksusowy, z poduszkami?

– Jestem otwarty na propozycje, musi być duży, miękki, ale nie zanadto, twardy, ale też nie zanadto, coś w sam raz.

– Przygotuje się pan na dwa osiemset, za materac i ramę ze sprężynami.

– Nie za dużo?

– Mogę spuścić na dwa sześćset pięćdziesiąt, a jeżeli kupi pan na materac naszą poszwę, dostanie pan dziesięcioletnią gwarancję. Zwykle kosztuje sto dwadzieścia pięć, ale oddam za stówkę.

– I zabierze pan stary?

– Tak.

– Nawet poplamiony?

– Wszystkie są poplamione.

– Kiedy?

– Pan zaczeka.

Wyciągam z kieszeni kartę kredytową Jane.

– Między szóstą a dziesiątą wieczorem.

Biorę wiadro z gorącą wodą, szczotkę, rolkę papierowych ręczników, płyny Mr. Clean i Comet, butelkę octu i lateksowe rękawice Jane ze Święta Dziękczynienia. Naciągając je, ronię łzy.

Szoruję na czworakach. Ciemna, sucha krew się łuszczy. Zmoczona, zmienia się w różowiejące wiry, przesiąkające przez papierowe ręczniki jak sok z buraków. Kaleczę się w palec, kawałek porcelany rozcina mi skórę i moja krew miesza się z plamą na podłodze. Zabezpieczam ranę klejem z tubki Krazy Glue. Pracuję z uczuciem, że jestem przez kogoś szpiegowany, obserwowany. Coś mnie mija, ocierając się o moją nogę, a kiedy się odwracam, żeby spojrzeć – skacze. Robię obrót. Mokra podłoga jest śliska, więc ląduję na tyłku. Na toaletce siedzi kot, trzepiąc ogonem na boki.

– Jasny gwint! Przestraszyłeś mnie – mówię.

Kot mruga, patrzy na mnie, jego zielone oczy błyszczą jak szmaragdy.

Jako niewolnik przyzwyczajeń, pracuję, aż skończę, opróżniam wiadro z krwistą wodą i wyrzucam szmaty. Dopiero potem patrzę, co zjem na kolację. Stojąc przed otwartą lodówką, wyciągam resztki z poprzedniego wieczoru. Kosztuję różne rzeczy, wspominając Jane, nasz wieczorny posiłek, nasze amory. Wykładam jedzenie na talerz i wyciągam się na kanapie przed telewizorem.

Budzi mnie łoskot wystrzałów. W pierwszej chwili myślę, że George znów uciekł i przyszedł mnie zabić.

Trach, trach, trach!

Łomotanie do drzwi.

Tessie szczeka.

Przyjechał materac.

– Dobrze, że materace się nie tłuką – mówi jeden z tragarzy wnoszących nieporęczny towar po schodach. – Kiedyś dostarczałem telewizory plazmowe, to był koszmar.

Bez komentarza zabierają stary materac i stelaż ze sprężynami. Kiedy wychodzą z domu, na podwórku coś błyska.

– Co, do…

Błysk, błysk-błysk!

Jeden z tragarzy upuszcza koniec wynoszonego materaca i skacze w ciemność. Z krzaków dobiegają odgłosy szamotaniny. Tragarz wraca z drogim aparatem fotograficznym.

– Oddaj aparat – mówi nieznajomy, gramoląc się z grządki.

– Kim pan jest? – pytam.

– To mój aparat – upomina się fotograf.

– Już nie – mówi tragarz, ciskając aparat w stronę ulicy.

Muszę pojechać do siebie. Dochodzi jedenasta. Zamykam dom na klucz, prowadzę Tessie do auta, podsadzam ją i jadę w stronę autostrady. Suka się trzęsie.

– Nie będzie zastrzyków. Nie będzie weterynarza – uspokajam ją. – Jedziemy do miasta, Tessie.

Pies puszcza śmierdzące bąki. Zjeżdżam na pobocze, Tessie załatwia się tuż przy autostradzie.

– Miał pan dobrą podróż? – pyta nocny portier.

Milczę.

– Pańska poczta, pańskie paczki – mówi, wypełniając nimi moje ręce. – Pańskie pranie.

Zaczepia mi wieszaki na zakrzywionym palcu.

– Dziękuję.

Nie wspomina o psie, którego smycz zakręciłem wokół przegubu.

W mieszkaniu unosi się zapach, znajomy, ale nieco stęchły. Jak długo mnie tu nie było? Zdaje się, jakby wszystko uległo zamrożeniu w czasie, zamrożone nie tylko od kilku dni, gdy mnie tu nie było, lecz być może od całych dziesięciu lat. To, co kiedyś wydawało się nowoczesne, wyszukane, wygląda jak dekoracja ze sztuki Edwarda Albeego z mniej więcej 1983 roku. Telefon z modelowanymi przyciskami, rzadko używany. Podniszczone podłokietniki przy sofie. Włos dywanu nierówny na wydeptanej ścieżce z pokoju do pokoju. Sterty magazynów sprzed półtora roku.

Mimo to odczuwam ulgę, że znajduję się w miejscu, gdzie wszystko jest znajome, gdzie mógłbym poruszać się po omacku. Poddaję się temu uczuciu, chciałbym się w nim wytarzać, chcę, aby to, co się wydarzyło, nie było prawdą.

Orchidea nadal kwitnie. Podlewam ją i – jakbym oglądał film w przyśpieszonym tempie – w ciągu godziny jej płatki, nagle uwolnione, opadają na szafkę, martwe. Do rana pozostanie goły badyl.

Z lodówki sączy się odorek skwaśniałego mleka, połówki podeschniętego grejpfruta, masła orzechowego bez daty, brązowego chleba zbielałego na brzegach, starego puddingu ryżowego z wyhodowanym zielonym okiem w plastikowym pojemniku z delikatesów. Rozgorączkowany otwieram wszystkie szafki i wyrzucam przeterminowane produkty. Zastanawiam się, czy wszyscy robią to w taki sam sposób – tu szklanki, tam talerze, a sypka żywność i puszki obok siebie? Gdzie człowiek się uczy tego grupowania podobnych rzeczy? Wynoszę śmieci, dzwonię do Chińczyka. Obsługujący poznaje mój numer.

– Późno pan dzwoni, dawno się nie widzieliśmy – mówi. – Pikantna kwaśna zupa, smażony kurczak z ryżem, wieprzowina mu-szu?

Czekając na dostawę, zjeżdżam windą do piwnicy, ze schowka wyciągam wielką starą niebieską walizę. Na górze otwieram ją na łóżku i zaczynam napełniać. Sam nie wiedząc, co właściwie sobie myślę, pakuję się, jakbym chciał się skumulować, zminimalizować. Zakładam, że po powrocie Claire nie będę mile widziany. Zaglądam do szuflad, szafy, szafeczki na lekarstwa pełen podziwu wobec łagodności współistnienia rzeczy, tego, jak wiszą, spoczywają bądź opierają się o siebie bez jakichkolwiek napięć czy osądów. Jej nitka do zębów, szczoteczka, emulsja do depilacji, tusz do rzęs, mój płyn do płukania gardła, sprej do nosa, obcinacz do paznokci. Wszystko intymne, ludzkie, wszystko podzielone między niego i nią – niewiele wspólnego.

Pobraliśmy się późno; Claire miała już za sobą krótkotrwałe małżeństwo. Po dwóch latach przedstawiłem ją rodzicom. Na samym wstępie powiedziała im:

– Ślub był bardzo skromny, sami przyjaciele.

– Dlaczego tak długo ją przed nami ukrywałeś? – spytała matka. – Jest piękna i ma dobrą pracę. Myślałeś, że jej nie zaakceptujemy?

Ujęła Claire za ręce.

– Myśleliśmy, że coś jest z tobą nie tak i dlatego cię nie przyprowadza, że może masz rozszczepione podniebienie, penisa albo co innego. – Zmarszczyła czoło, jakby pytała: „I co ty na to?”.

Co zabieram? Pakuję walizkę bez ładu i składu – kilka zdjęć, drobiazgi z dzieciństwa, parę garniturów, buty, płócienną torbę z najnowszym szkicem nieukończonej pracy o Nixonie, mały czarny zegar z jej strony łóżka. Nie chcę wiele, nie chcę ostentacji. Umyślnie zostawiam ulubione rzeczy – nie chcę być oskarżony o opuszczenie okrętu.

Późno po północy dźwięczy dzwonek. Daję dostawcy duży napiwek, siadam przy stole i jem prosto z pudełek, jem tak, jakbym od wielu dni nie miał nic w ustach. Smak fantastyczny, ostry, korzenny, tekstura rozkoszna, jest tu wszystko – od śliskich grzybów i tofu do twardych kawałków wieprzowiny. Smaruję naleśniki śliwkowym dżemem i polewam sosem sojowym – obfitość glutaminianu sodu budzi mnie do życia.

Tessie siedzi cierpliwie u moich stóp. Daję jej miseczkę białego ryżu – skrobia dobrze jej zrobi na żołądek. Zjada szybko. Dokładam jej ryżu, a ona znów puszcza śmierdzące bąki.

Mam ochotę sprawdzić to w komputerze, wpisać do Google’a „złe skutki picia krwi”, ale nie chcę pozostawić elektronicznego śladu mej wizyty.

– Tessie, ile ty masz lat? Dwanaście? Według ludzkiej miary miałabyś ponad sto. Willard Scott[1] powinien wspomnieć o tobie w telewizji. Wiesz, co to był za kot? Znasz go skądś? Jakoś nie przeszkadzała ci jego obecność. Oto moja propozycja – ciągnę. – Przenocujemy tutaj, a rano tam wrócimy, w pełnym świetle dnia.

Rozmawiam z psem.

Dzwonię do Claire, do Chin, podejmując ostatnią próbę.

– Jestem na spotkaniu – informuje.

– Możemy porozmawiać później.

– Czy Jane się polepszyło?

– Jest pod respiratorem.

– Cieszę się, że czuje się lepiej – mówi Claire.

Rytm zdania zachowany; reszta zaginęła w tłumaczeniu.

Leżąc w łóżku, przyciągam jej poduszkę tak blisko, że opieram się o nią piersią. Zwyczajnie tęsknię za Claire, za tym, jak zagląda mi przez ramię, gdy robię rachunki, i upiera się, żebyśmy oprócz wspólnego konta mieli także dwa osobne. Za Claire, która gumową wycieraczką do okien, ukradzioną na stacji benzynowej, osusza w łazience drzwi kabiny prysznicowej. Za Claire przy zlewie, jak pije wodę, a potem opłukuje, wyciera i odstawia szklankę. Za Claire, która pilnuje porządku, nie pozostawia nic przypadkowi, zawsze trzyma rękę na pulsie. To, co w niej lubiłem, stwarza problem – po prostu jej nie ma. Wymagała ode mnie niewiele, tak jakby nie było jej tuż obok, i niewiele mi dawała.

Tessie chodzi dokoła, jakby nie mogła znaleźć sobie miejsca. Biorę z łazienki ręcznik i rozkładam go przy łóżku. Tę starą seterkę kupiono, kiedy była jeszcze szczeniakiem, w pełnych obietnic i nadziei czasach, gdy wydawało się, że wszystko dobrze się ułoży.

Śpimy.

Kobieta podchodzi i wali mnie poduszką.

– Wynoś się z mojego domu, wynoś się z mojego domu! – powtarza.

Za nią stoi mężczyzna w garniturze.

– Na razie wystarczy. Dorwiemy go później – mówi.

Rzucam się do drzwi. Mężczyzna stoi przy nich i zmienia zapadkę w zamku.

Budzę się. Kim była ta kobieta? To Claire czy Jane?

Pies chce wyjść. Pies chce jeść. Pies chce wrócić do swojego domu.

Dzieci przyjeżdżają, załatwiono co trzeba. Za ich plecami przeprowadzono rozmowy telefoniczne. By je dowieźć, wynajęto auta z szoferami.

– Co z dziećmi? Dokąd pojadą? – pytają rodzice Jane podczas telefonicznej konferencji.

Myślę sobie, że nie lubię dzieci brata, ale zachowuję to dla siebie.

– Mogą zatrzymać się u mnie – proponuje siostra Jane, Susan. – Mamy wolny pokój.

– Biuro – przypomina jej mąż.

– Jest tam łóżko.

I dokazujące bliźniaki na uwięzi. Myślę o tych małych terrorystach, bezustannie w ruchu, często biegnących ku przepaści. Wyobrażam sobie, jak Susan i jej mąż na rodzinnych wakacjach urządzają na plaży zawody, kto z nich pierwszy złapie któregoś z puszczonych luzem bliźniaków.

– Mają psa – mówię.

– A ty masz alergię – przypomina Susan matka.